Brudne płótno. O Kłopotach w mojej rodzinnej okolicy - Martin Doyle

-
Proszę czekać

Prolog

Rzeka Bann podtrzymywała kiedyś krwiobieg parafii Tullylish, dostarczając wody przemysłowi lniarskiemu, który zapewniał pracę miejscowej ludności, jednak to inny akwen, jezioro Kernan, stał się symbolem rozlewu krwi, która splamiła historię tego miejsca.

W dzieciństwie jeździliśmy tam z rodzicami na pikniki i dokarmialiśmy łabędzie, dlatego wstrząsnęła mną informacja, że to spokojne jezioro z idyllicznych wspomnień zapisało się w historii jako sceneria tak okrutnych czynów. Później odkryłem jednak, że nie wszyscy mieli podobne odczucia.

Tullylish to część historycznego terytorium Iveagh, którym przez niemal pięć stuleci władał klan Magennis. Północna część angielskiego Pale nigdy nie sięgała tak daleko w głąb lądu. Podczas Plantacji Ulsteru, kolonizacyjnego projektu Korony Brytyjskiej z początku XVII wieku, na północy Irlandii osiedlono lojalnych wobec monarchii Anglików i Szkotów, stwarzając w ten sposób podziały determinujące los tego regionu po dziś dzień.

Katolikom skonfiskowano kościoły wraz z ziemią; musieli praktykować swoją wiarę w sekrecie przy kamiennych ołtarzach pod gołym niebem. W odwecie spalili przejęty przez protestanckich osadników kościół w Tullylish.

W październiku 1641 ulsterscy katolicy pod wodzą Sir Phelima O'Neilla wzniecili powstanie. W Portadown około stu protestantów wrzucono do Bann, a tych, którzy nie utonęli, zastrzelono. Podczas tej rebelii zmasakrowani zostali również katolicy z Islandmagee i wyspy Rathlin w hrabstwie Antrim.

Większy wpływ na historię wydają się mieć jednak wyobrażenia niż rzeczywiste wydarzenia. Badacze w naszych czasach oceniają, że zabito wówczas 4000 ludzi, a kolejne 8000 zmarło przez choroby i niesprzyjające warunki życia, lecz ówcześni historycy z powodów propagandowych przesadzali z opisami okrucieństw i liczbą ofiar, by usprawiedliwić gwałtowność odwetu i przymusowe przekazywanie ziemi katolików protestanckiej elicie. Pisarze prześcigali się w zmyśleniach: John Milton utrzymywał, że zginęło 600 000, a Daniel Defoe pisał o "200 000 niewinnych, zdradzonych protestantów".

Na przedwiośniu 1642, przy przenikliwym chłodzie, Sir Phelim rozkazał około osiemdziesięciu protestanckim osadnikom wraz z dziećmi - urodzonymi już w Irlandii - pokonać pieszo trasę z hrabstwa Armagh do Clandeboye, na północy hrabstwa Down.

Kiedy zbliżali się do jeziora Kernan, wpadli w zasadzkę zastawioną przez bandę buntowników, dowodzoną przez kapitana Phelima McArt McBriana. Ci, wedle świadectw grożąc bronią, zapędzili uchodźców do jeziora na pewną śmierć, "nie szczędząc ni jednego z nich". Powierzchnia jeziora była zamarznięta do tego stopnia, że przy brzegu nie dało się nikogo utopić, toteż buntownicy ciskali dzieci najdalej jak mogli, na cieńszy lód. Rodzice i inni dorośli rzucali się na ratunek, lecz wszyscy powpadali pod lód i zginęli. Tamtego mroźnego przedwiosennego dnia para z ich oddechów musiała unosić się w powietrzu, a krzyki umierających niosły się nad pobliskimi polami.

Historię tych potworności poznaliśmy dzięki świadectwu Petera Hilla, wysokiego urzędnika królewskiego w hrabstwie Down. Jednak jego relacja, powstała trzy lata później, opierała się na tym, co zasłyszał od osoby, która nie była nawet naocznym świadkiem tych wydarzeń. Źródło to zeznało, że "wszyscy się potopili poza jednym mężczyzną, który mimo ran uciekł, i jednej kobiety. Ich imion nie mogę wymienić [rozstrzelenie MD]".

Dr Thomas Fitzpatrick, historyk z St. Malachy's College w Belfaście i Blackrock College w Dublinie, który rozpoczął karierę w mojej starej szkole St. Colman w Laurencetown, opublikował w 1903 książkę The Bloody Bridge [Krwawy Most], zawierającą efekt szczegółowych badań nad powyższymi zeznaniami.

Fitzpatrick zakwestionował precyzję świadectw Hilla. Przyznając, że podczas całego zajścia mogli zostać zabici ludzie, doszedł do wniosku, że ""Masakra" nad jeziorem Kernan - jeżeli w ogóle miała miejsce - została opisana z potężną przesadą". Potwierdził jednak, że wydarzenie to żyło przez wiele lat w pamięci okolicznych mieszkańców. "Pamiętam doskonale, jak pewnego przyjemnego letniego wieczoru w roku 1872 spotkałem nad brzegiem jeziora bystrego starego farmera nazwiskiem McInerney, który mieszkał nieopodal. Opowiedział mi on, jak to "Phellimy O'Neale potopił ludzi w tej wodzie w czasie irlandzkich wojen"".

W moim egzemplarzu The Bloody Bridge, pożyczonym od wieloletniego kolegi z klasy, słowa te są podkreślone, a na marginesie znajduje się ręczna notatka, której fanatyczny wydźwięk mrozi krew w żyłach, tym bardziej że sporządzono ją pięknym charakterem pisma: "Im więcej, tym lepiej, Phelimie! Zmówię Ave Maria za wieczny spoczynek twej duszy, chociaż ośmielam się wierzyć, że i tak spoczywasz w pokoju, nagrodzony za tak rycerski czyn".

Tymczasem w życiu Fitzpatricka nastąpił zwrot akcji godny opowieści grozy M.R. Jamesa, których bohaterowie, dżentelmeni-naukowcy, często płacą wysoką cenę za zakłócanie spokoju zmarłych: badając w 1912 nieodkażone dokumenty w Four Courts, siedzibie irlandzkiego Sądu Najwyższego, historyk zaraził się cholerą i zmarł. Nieostrożnie traktowana historia potrafi być toksyczna!

Tamto potworne wydarzenie upamiętnia również zdobiona klejnotami miska jałmużnicza z brązu w prezbiterium kościoła Wszystkich Świętych w Tullylish. Anonimowy prezent bez daty ma na rewersie inskrypcję: "Ku chwale Pana i pamięci tych, którzy zmarli za swą wiarę w jeziorze Kernan w marcu 1641". (Datę 1641 można wyjaśnić tym, że do 1751 kolejny rok rozpoczynał się 25 marca, w Święto Zwiastowania, nie 1 stycznia).

Ojciec poety Louisa MacNeice, Frederick, biskup Kościoła Irlandii z hrabstwa Antrim, napisał w 1909: "Pokładam nadzieję w Bogu, że jesteśmy dość mądrzy, by nie tylko pamiętać, ale i zapominać. W rzeczy samej nie wydaje się najmądrzejsze, by rok po roku wspominać historie krzywd wyrządzonych protestantom w 1641".

Jego modlitwa nie została jednak wysłuchana. W 1991 oranżyści z Portadown nagrali film porównujący wydarzenia z 1641 do Holokaustu. Trzy lata wcześniej Peter Robinson, przyszły przywódca DUP (Demokratycznej Partii Unionistycznej) i pierwszy minister, opublikował rażąco przesadne oświadczenie: "W sobotę 23 października 1641 irlandzcy katolicy rozpoczęli nikczemną, ludobójczą kampanię (...). W ciągu miesięcy zginęło ponad 100 000 osób (...). Prym wśród napastników wiedli podczas tej rzezi ci, których już od dawna traktowano jako "przyjaznych Irlandczyków", co było dawnym określeniem równoznacznym ze współczesnymi "umiarkowanymi katolikami"".

Mamy obowiązek zapoznać się z naszą kłopotliwą przeszłością, przede wszystkim po to, by próbować uniknąć kolejnych tragedii, a w tym celu musimy wiedzieć, kto jest do czego zdolny, jaka jest stawka i cena ignorancji. Wspominając, powinniśmy jednak zrezygnować z używania historii jako pałki.

Wstęp

Mówi się, że autor powinien opowiadać o tym, co zna; to dla mnie dobry punkt wyjścia, dlatego opisałem moje osobiste doświadczenia z dorastania w trakcie Kłopotów, ale także to, czego od tamtej pory nauczyłem się od sąsiadów: jak to jest być ofiarą, nie tylko obserwatorem.

Oto osobista, intymna historia konfliktu północnoirlandzkiego oglądanego przez pryzmat mikrokosmosu jednej wiejskiej parafii: tej, do której należałem. Pragnę opowiedzieć młodszym ode mnie, jak to wtedy wyglądało, i być może przypomnieć starszym, jak było wtedy strasznie. Skala cierpienia - ponad 3500 ofiar śmiertelnych w ciągu trzech dekad - jest nie do pojęcia. Być może zawężenie optyki do tych, których zabito na obszarze zaledwie kilku mil kwadratowych, sprawi, że czytelnikom łatwiej będzie zrozumieć, przez co przechodziły wówczas lokalne społeczności.

Mała miejscowość w wiejskiej parafii hrabstwa Down, gdzie dorastałem, w dzieciństwie była dla mnie centrum wszechświata, choć już jako nastolatek uznawałem ją za wyjątkowe zadupie. Teraz, kiedy przyglądam się tym doświadczeniom z perspektywy człowieka w średnim wieku, prawda wydaje się leżeć pośrodku. Rozumiem to miejsce lepiej, pojmuję jego granice, jego historię i związki ze światem zewnętrznym; uważam też, że może nauczyć nas czegoś o Kłopotach, irlandzkiej Północy, a nawet ludzkiej naturze.

Laurencetown, czy też Lawrencetown - nie możemy nawet zgodzić się co do pisowni - leży na brzegu rzeki Bann, dzielącej Północ Irlandii, czy też Irlandię Północną - nie potrafimy uzgodnić nawet nazwy - na pół. Miasteczko znajduje się około dwudziestu pięciu mil na północ od granicy, która w 1922 podzieliła wyspę na dwie części.

Należy ono do parafii Tullylish, znajdującej się pomiędzy Banbridge, Dromore, Lurgan i Portadown. Gilford jest większe, a grunty miejskie Tullylish zaczynają się o kilka mil na zachód, ale zawsze uznawałem Laurencetown za stolicę naszej parafii. No cóż, większość ludzi uważa swoją okolicę za pępek świata. Tymczasem nawet parafia jest podzielona: w jej granicach zawiera się Donaghcloney, lecz jest to oddzielne terytorium, należące do Kościoła Irlandii.

Historia Tullylish rozbrzmiewa tak głośnym echem poza granicami miasteczka, ponieważ było ono częścią dwóch obszarów, znanych jako Lniany Trójkąt i Morderczy Trójkąt. W dziewiętnastym wieku w przemyśle lniarskim pracowało 80% robotników parafii.

Bann jest najdłuższą rzeką na Północy. Długa na osiemdziesiąt mil, płynie z gór Mourne przez jezioro Neagh i uchodzi do morza w pobliżu Portstewart. Miękkość jej wody i potęga nurtu sprawiły, że jej brzegi od Ballievy do Moyallan na zachodnim krańcu Tullylish stały się idealnym miejscem dla rozwoju przemysłu lniarskiego. Na początku XVIII wieku Tullylish słynęło z blichów, miejsc - zwykle łąk - gdzie bielono płótno, i z wód Bann, doskonale sprawdzających się w tym procesie.

W 1674 angielski kwakier Alexander Christy rozpoczął w Moyallan bielenie lnu. Do 1772 wzdłuż Bann działało już dwadzieścia sześć blichów, skupionych wokół Gilford. W 1834 Samuel Law wybudował pierwszą przędzalnię napędzaną prądem rzeki w Hazelbank koło Laurencetown, a dwa lata później utworzono The Bann Reservoir Company, by regulować i wzmocnić nurt rzeki, a dzięki temu napędzać przędzalnie wzdłuż jej brzegów. Następnie w 1841 otwarto sześciokondygnacyjną przędzalnię Dunbara McMastera w Gilford, którego populacja urosła - podczas dekady wielkiego głodu - z 643 do 2814 dusz. Kiedy branża lniana przeniosła się z wiejskich chat do fabryk, wioska Banbridge zmieniła się w miasto rywalizujące z Lisburn i Lurgan.

Seamus Heaney użył metafory tego przemysłu na opisanie smrodu religijnego fanatyzmu, który wciąż zatruwa Północ. W wierszu Lint Water [Lniana woda], opublikowanym 5 sierpnia 1965 w dodatku literackim do "Timesa", zanieczyszczona przez producentów lnu rzeka symbolizuje zbrukany kraj. Heaney opisuje, jak "paruje niczym bagno gnijący len/ roznosząc ciężkie, mdlące wyziewy", a moczące się snopy łodyg porównuje do na wpół martwych zewłoków. Jak wskazuje Roy Foster w swoim dziele On Seamus Heaney, "północnoirlandzcy czytelnicy doskonale zdają sobie sprawę, że w ujęciu historycznym wzorce pracy przy produkcji płótna lnianego były ideologicznie nacechowane".

Lniany Trójkąt rozciągał się od Lisburn przez południowe wybrzeże jeziora Neagh do Dungannon w hrabstwie Tyrone i na południe do Newry, serca branży łączącej rolnictwo z przemysłem, która na stałe zapisała się w tożsamości Północy: len trafił do godła Zgromadzenia Irlandii Północnej. Dzięki niemu wielu właścicieli fabryk zgromadziło fortuny, a dziesiątki tysięcy ludzi znalazły pracę, choć w dwóch ostatnich dekadach XVIII wieku przemysł ten stał się kolejną areną podziałów ideologicznych. Katolicy, pozbawieni większości ziem, stanowili teraz nowe zagrożenie gospodarcze jako samozatrudnieni tkacze - i ponieśli tego konsekwencje. Po tym, jak produkcja lnu przeniosła się z wiosek do fabryk, znów stanęli w obliczu dyskryminacji, pozbawiani dostępu do lepiej płatnych stanowisk lub całkowicie wykluczani z zawodu. Pola lnu, z którego tkano płótno, i wielkie bele tkaniny zanurzane w kwasie siarkowym, rozwijane na blichach niczym długie, wijące się prześcieradła, olbrzymie bandaże lub zwoje pergaminu, dawno zniknęły. Przetrwało jednak wiele zrujnowanych przędzalni, wyglądających jak rdzewiejące na brzegach kadłuby albo porzucone domy, których mieszkańców wymordowano. W ślad za nimi podążyły chaty budowane dla pracowników i posiadłości baronów lnianych. Upadek przemysłu mógł posłużyć jako metafora narastania przemocy pomiędzy społecznościami. Jak napisał Ciaran Carson w wierszu Turn Again [Jeszcze jeden zakręt]: "Lniany podkład się rozpada/ Potęga Falls Road wisi na nitce".

Len, z którego tkano szaty egipskich kapłanów, stanowił symbol czystości, a jednak przemysł produkujący lniane tkaniny był wyjątkowo brudny. Praca przy lnie odbywała się w kurzu, wodzie, gorącu i wilgoci. Jeden z robotników określał zakłady w Hazelbank mianem "lochów", a poetka Maureen Boyle w wierszu Strabane pisała o "bawełnianej pylicy płuc, tym robotniczym haraczu/ za przywilej płacy i mieszkania w małym domku".

"Dziadek pracował w przędzalni/ a matka przysięgła, że jej noga tam nie postanie/ widząc złowieszczy śnieg międlonego lnu/ skrywający jej ojca, gdy posyłano ją z posiłkiem/ śnieg, od którego ojciec kaszlał/ wieczorami, kiedy wrócił do domu".

W centrum Lurgan stoi rzeźba autorstwa Maurice'a Harrona Dwoje bielących len, przedstawiająca dwie postacie trzymające lniane płótno i szukające jedności w podzielonym od dawna mieście.

Przędzalnia w Ballievy zmieniła się w studio filmowe, gdzie nakręcono wiele scen ze słynnego z przemocy serialu Gra o tron. Obecnie miejsce to stanowi atrakcję turystyczną, a lniany gobelin z serialu, imitujący tkaninę z Bayeux, został wystawiony w Ulster Museum. Gdyby utkać podobny gobelin upamiętniający Kłopoty, sporządzone w ten artystyczny sposób pasmo okrucieństw byłoby niewyobrażalnie obsceniczne. Zupełnie inaczej jest w przypadku Memorial Quilt, patchworku stworzonego przez grupę South East Fermanagh Foundation - czczącą pamięć tamtejszych ofiar - z kawałków dostarczonych przez rodziny zmarłych.

Staw przy przędzalni w Bessbrook - zbudowanym wokół przemysłu lniarskiego kwakierskim miasteczku, w którym nie było ani pubu, ani posterunku policji, a chlubą mieszkańców stała się przędzalnia, którą później zamieniono na bazę wojskową z najbardziej ruchliwym portem helikopterowym w Europie - zdobi teraz rzeźba autorstwa Alana Burke'a, wznosząca się z wody niczym Ekskalibur. Jest to sześciometrowa pojedyncza łodyga lnu ze stali nierdzewnej, z niebieskim kwiatem na szczycie. Do jej powstania zainspirował twórcę poemat The Ballad of Camlough River autorstwa Jamesa N. Richardsona, miejscowego lnianego lorda, który w ten sposób chciał uczcić rzekę napędzającą jego przędzalnię, a jednocześnie zaobserwował, jak zmienia się wygrywana przez nurt melodia: "W Camlough jej fale dźwięczą słodkim Garryowen/ A pod Millvale grzechoczą rytmem Protestant Boys".

Dziewięciu protestanckich pracowników przędzalni zamordowanych podczas masakry w Kingsmill 5 stycznia 1976 w południowym Armagh pochodziło z Bessbrook. To potworne wydarzenie miało miejsce dzień po atakach na dwie katolickie rodziny, mieszkające nieopodal Reaveyów i O'Dowdów z mojej parafii. Zginęło wówczas sześć osób. Masakra w Kingsmill została opisana w wierszu Michaela Longleya Robotnicy z fabryki lnu: "Kiedy zmasakrowano dziesięciu robotników/ Na jezdnię obok nich leciały okulary,/ Portfele, bilon i sztuczna szczęka -/ Krew, resztki pożywienia, chleb, wino"[1].

Inny wspaniały wiersz Longleya, The Linen Industry, jeden z moich ulubionych, porusza z kolei kwestię nie nienawiści, ale miłości:

Wyrywamy len po tym, jak opadły błękitne kwiatkiI wkładamy garściami do mętnej wody,By łodygi zgniły do kości, lub ustawiamy sztygiPrzypominające spódnice niewidzialnej tancerki,

Wrastamy powoli w przemysł lniarskiI podążamy za nim do brudnego miastaGdzie pola kurczą się do skrzynek na kwiatyI mało przestrzeni zostaje między maszynerią

Lecz nawet na naszym strychu pod świetlikiemKochamy się na łące blichu, całej połaciPrzykrytej materiałem bielejącym w słońcuJakby odziani w śnieg niechętny, by stopnieć.

Czymże jest namiętność, jeśli nie miażdżeniem opornych łodygA potem delikatnym czesaniem włókien niczym włosyI tkaniem ich w płótno na szatki chrzcielne,Na stroje do ślubu lub pogrzebowy całun?

Gdy kończy się nasza praca, obchodzimy żałobęOstatni robotnicy umierającej profesjiLen nas wyswatał i len nas pogrzebiePrzykryje łoże miłości i łoże śmierci

Nieśmiało zakryj piersi, gdy śmierć się do nas zbliża,Powiedz, że wyglądasz piękniej w lnianym płótnieW białych halkach, a kokardka na twym gorsecieJest jak motyl, co przysiadł na kwiatach haftu.

The Ballad of William Bloat Raymonda Calverta opowiada o mężczyźnie z Shankill Road, który próbował powiesić się na prześcieradle po tym, jak poderżnął gardło żonie:

I teraz sprawa nader ciekawyObrót przybierać zaczynaOn trafił do piekła, a jej się upiekłoWciąż żyje i grzeszy dziewczynaBo ostrze to kiepskie, produkcji niemieckiejLecz z lnu belfaskiego jest lina.

Przemysł lniarski zrodził własnych twórców literackich, zwanych rymującymi tkaczami albo tkającymi poetami. Najsłynniejszym z nich był James Orr, którego wiersz zdobi irlandzkie paszporty: "Kos w żywopłocie stoi na jednej nodze/ Choć chciałby ją ogrzać w zmierzwionych burzą piórach". Ten prezbiterianin piszący w ulsterskim dialekcie szkockiego i należący do Society of United Irishmen był irlandzkim patriotą, odrzucającym jednak koncepcję, że w tym celu niezbędna jest mu gaelicka tożsamość.

W Muzeum Lnu w Lisburn zmajduje się mapa prezentująca ośrodki przemysłowe w Irlandii, którą opublikowano w "Belfast News Letter" mniej więcej w tym czasie, kiedy podzielono wyspę - by podkreślić przedsiębiorczość i żywotność Ulsteru w porównaniu z dogorywającym rolniczym Południem. Na mapie tej wyróżnia się Laurencetown, przypominające mi jedno z gwarnych miast biblijnych, obecnie zdegradowanych do statusu zapyziałego miasteczka. Podobna mapa opublikowana obecnie mogłaby otrzeźwić czytelników wspomnianej gazety. Można by nawet pomyśleć, że IDA, irlandzka agencja zagranicznych inwestycji bezpośrednich, uczyniła dla ponownego zjednoczenia Irlandii dużo więcej niż IRA.

***

Określenie "Morderczy Trójkąt" po raz pierwszy zostało użyte w broszurze zatytułowanej The Triangle of Death autorstwa dwóch katolickich księży, Denisa Faula i Raymonda Murraya, wydanej około 1975. Publikacja ta donosiła, że wewnątrz trójkąta, którego wierzchołki wyznaczają Newry, Lurgan i Dungannon, paramilitarni lojaliści przeprowadzili kampanię zabójstw skierowaną przeciwko katolikom. Na tej arenie Kłopoty rozgrywały się z dala od wielkomiejskich ognisk przemocy, takich jak Belfast czy Derry. Tutaj przez niemal trzy dekady popełniono część największych okrucieństw tego okresu.

Linen Memorial, projekt rozpoczęty w 2002 przez Lycię Trouton, łączy te dwa trójkąty. Sporządzono go z 400 białych, lnianych, irlandzkich chusteczek, na których wyhaftowano nazwiska wszystkich ofiar Kłopotów z lat 1966-2006. Stanowią one "symbol żałoby, znaczący czyste, białe płótno (...). Ponieważ len używany był przez wieki do spowijania zmarłych, jego użycie podkreśla symbolikę zwłok i prywatnych rytuałów żalu, żałoby i zadośćuczynienia".

Len, jak wskazuje krytyczka sztuki Jessica Hemmings, jest używany do osuszania łez i tamowania krwawienia. Trouton zauważa zaś, że machanie chusteczką było gestem pożegnania, wykonywanym przez niezliczonych Irlandczyków, którzy rozproszyli się po świecie. Ten "kontrpomnik" został zainspirowany książką Davida McKittricka, Seamusa Keltersa, Briana Feeneya, Chrisa Thorntona i Davida McVea Lost Lives: The Stories of the Men, Women and Children Who Died as a Result of the Northern Ireland Troubles (1999), dziełem, które najlepiej ze wszystkich objaśnia skalę potworności z czasów Kłopotów.

Znacząca część lnianego dziedzictwa Północy omal nie została zniszczona w 1976, kiedy to IRA podłożyła ładunki wybuchowe w belfaskim Malone House, gdzie przechowywano kolekcję kostiumów i tkanin Ulster Museum. Paul Muldoon napisał o tym wydarzeniu w wierszu Na grzybobraniu: "Być może myśleliśmy o zapalającej bombie,/ która wysadziła Malone House w powietrze/ razem z bezcenną kolekcją lnu"[2]. Ojciec Muldoona, Patrick, uprawiał len w pobliżu Portadown podczas drugiej wojny światowej. "Jedno z moich pierwszych wspomnień obejmuje lokalnych baronów lnianych, Cowdych, jadących na niebywale wielkich koniach", opowiadał poeta we wstępie do tomu Cloth (2007), stworzonego we współpracy z Ritą Duffy. "Nam przypadało w udziale miejsce na polu lnu albo na tamie", napisał w Glad Rags, wierszu pokazującym, jak sytuacja klasowa w przemyśle lnianym idzie w parze z fanatyczną przemocą na tle wyznaniowym.

Gdy w 1986 zacząłem naukę na uniwersytecie w Szkocji, a potem przeniosłem się do Londynu, ludzie pytali mnie czasem, jak wyglądało moje dzieciństwo i dorastanie podczas Kłopotów. Wyjaśniałem wówczas, że mieszkałem daleko od głównych punktów zapalnych i - mimo że zdarzało mi się być nękanym przez fanatyków - przemoc oglądałem tylko na ekranie i papierze, z tym że w lokalnych mediach relacjonowano ją w czystej, nierozcieńczonej formie, inaczej niż w Londynie.

Dopiero podczas badań prowadzonych do niniejszej książki zdałem sobie sprawę, że w konflikcie tym straciło życie ponad dwadzieścia osób z mojej parafii, część z nich, kiedy byłem jeszcze dzieckiem, a część po mojej wyprowadzce.

Patrick Kielty, opowiadając o śmierci swego ojca zamordowanego podczas Kłopotów, w rozmowie z kolegą komikiem, Tommym Tiernanem, w programie z 2022 stwierdził: "Nie było to normalne, ale też nie wydawało się czymś nadzwyczajnym".

Pewna szkoła filozoficzna twierdzi, że lubimy nurzać się w nieszczęściu, a powinniśmy żyć dalej, zapomnieć o przeszłości i opowiadać nowe, współczesne historie. Ja jednak doświadczyłem czegoś wprost przeciwnego: nad przerażającymi wydarzeniami z przeszłości rozpostarto całun ciszy, nie przepracowano ich, zapomniano szczegóły, a zabójstwa zdarzały się tak często i szybko, że ofiar nie upamiętniono we właściwy sposób. Ich rodziny oczywiście powinny móc obchodzić żałobę i wspominać najbliższych podczas prywatnych ceremonii tak, jak uważają za stosowne, lecz uważam, że społeczeństwo jako całość zyskałoby, gdyby uznano i lepiej zrozumiano traumę, która dotknęła dwa pokolenia.

Pierwsza ofiara wymieniona w Lost Lives, John Scullion, lat 28, katolik z Belfastu, zmarł 11 czerwca 1966, zamordowany przez założyciela UVF Gusty'ego Spence'a. RUC mimo zeznań świadków i zapewnień lojalistów zaprzeczyła, że został zastrzelony. Dopiero autopsja dokonana po ekshumacji zwłok potwierdziła wersję o zastrzeleniu. Nie grzebcie w przeszłości, przestrzegają niektórzy. A jak inaczej dotrzeć do prawdy?

Tylko dzieląc się historiami, możemy odnaleźć wspólny grunt, na którym wyrośnie dobry plon. Kłopoty były niczym pleśń, która skaziła nasze życie, i mimo że teraz jest już o wiele lepiej, zarodniki tej zarazy niestety wciąż unoszą się w powietrzu.

- W tych gruzach pełnych cierpienia i bólu musimy odnaleźć bezwarunkową miłość - powiedział mi w 1992 pisarz Michael Harding. - Literatura służy właśnie temu: opowiadaniu historii o miłości w gównianych czasach.

***

W lutym 1989 zamordowano mojego sąsiada Pata Feeneya, który popełnił niebywałą zbrodnię: był katolikiem. Pracował jako nocny stróż w przędzalni Liddella w Donaghcloney, a zabójcom wystawił go kolega, protestant. Miałem wówczas 21 lat i studiowałem na Uniwersytecie St Andrews. Ponieważ działo się to na długo przed epoką telefonów komórkowych, dowiedziałem się o tym dopiero kilka dni później, kiedy moja kuzynka Julie przyjechała na studencki bal.

Doskonale pamiętam poczucie winy, że wyjechałem z domu, dzięki czemu udało mi się przeżyć, podczas gdy jedna z osób, które pozostały w mojej rodzinnej okolicy, została tak okrutnie i bezsensownie zamordowana. Co gorsza, przez tyle dni byłem nieświadomy tego potwornego okrucieństwa! Kiedy wyobrażałem sobie tłum żałobników na pogrzebie Pata, stroje uczestników balu wydawały mi się obscenicznie frywolne.

Moja angielska dziewczyna opowiedziała mi tamtego wieczoru historię swojej szkolnej przyjaciółki Nikki, której rodzina doświadczyła podobnej tragedii jak Feeneyowie. Dziwnie się kręci ten świat. Wiele lat później spotkałem Nikki w Londynie, zakochaliśmy się i pobraliśmy. Stworzyliśmy razem nową rodzinę. Myślałem, że tragiczna przeszłość Nikki, którą przezwyciężyła z takim uporem i odwagą, magicznie uchroni nas przed nieszczęściami w przyszłości. Niestety bardzo się myliłem.

Nikki zmarła na raka w wieku 48 lat, w listopadzie 2013, osierocając trójkę naszych małych dzieci. Wściekałem się na przypadkowe okrucieństwo życia, wyczuwając jednak, że taki los wspólny jest całej ludzkości.

Zaraz po śmierci żony czułem się, jakby ogarnęła mnie fala powodzi. Zmuszałem się jednak, by pływać po powierzchni, starając się na niej utrzymać mimo rozciągającej się pode mną głębi. Woda z czasem odpływa, a człowiek staje wówczas przed innym wyzwaniem: jak wykopać kanały melioracyjne i zachować cenne wspomnienia, które wcześniej wydawały się ginąć w topieli?

Radziłem z tym sobie na kilka sposobów: między innymi poprosiłem przyjaciół i rodzinę, żeby spisali swoje wspomnienia związane z Nikki tak, bym mógł przekazać je kiedyś dzieciom. Do tamtej pory czasem tworzyłem na urodziny najbliższych imitacje pierwszych stron gazet, wstawiając w rubryczki rodzinne anegdoty i ubarwiając je zabawnymi zdjęciami. Jedną z takich "gazetek" zrobiłem na trzynaste urodziny Ruairiego, naszego syna, na trzy dni przed śmiercią Nikki. Potem postanowiłem zmienić format i przelać wspomnienia o żonie ze stron A4 na kilka gazetowych płacht.

Wierzę w potęgę opowieści i uzdrawiającą moc pielęgnowania, nie wycinania wspomnień o najbliższych, których straciliśmy.

Niektórych traum nie da się uzdrowić, można tylko dbać o tych, którzy ich doznali. Często musi to wystarczyć.

"Ludzie, których kochamy najbardziej, stają się fizyczną częścią nas samych, wrośniętą w nasze synapsy, w ścieżki, którymi wędrują nasze wspomnienia". Uwielbiam te słowa psychiatry, zacytowanego przez amerykańską autorkę Meghan O'Rourke w The Long Goodbye [Długim pożegnaniu], wspomnieniach żałoby po matce. O'Rourke pisze o swojej stracie szczerze i pięknie.

"Codziennie myślę o matce, lecz nie tak wyraźnie jak kiedyś. Przemyka przez moje myśli jak kardynał szkarłatny na wiosnę, tuż poza polem widzenia: nagle, olśniewająco, przepięknie... i już jej nie ma. Nie polega to na przezwyciężeniu czegokolowiek czy też uzdrowieniu; nie, to kwestia, jak nauczyć się żyć z tą zmianą (...). Nie przypomina to wyłaniania się z kokonu, ale raczej przerastanie przez przeszkodę, tak jak robią to drzewa".

***

Kłopoty rzuciły cień na moje dzieciństwo i odegrały ważną rolę podczas pierwszej dekady mojej dziennikarskiej pracy w Londynie. Nigdy nie odciąłem się od rodzinnych okolic, muszę jednak przyznać, że pokój (jakkolwiek niedoskonały), który doprowadził do porozumienia wielkopiątkowego i trwa od tamtego czasu, sprawił, że nie musiałem tak intensywnie śledzić codziennych machinacji ani frustrować się polityką uprawianą na Północy. Zdarzały się dni, kiedy nie klikałem w każdy link na portalu Nuzhound, prowadzonym przez Johna Faya, Amerykanina irlandzkiego pochodzenia. Strona ta zbierała doniesienia medialne - irlandzkie, brytyjskie i międzynarodowe - na temat Kłopotów i procesu pokojowego.

Wszystko to zmienił Brexit. Przeprowadzili go brytyjscy politycy, których nie obchodziło, jakie konsekwencje będzie miał ten krok dla Irlandii Północnej, a wspierali liczni unioniści, których najwyraźniej cieszyła związana z nim perspektywa zniszczenia płaszczyzny porozumienia, jaką stworzyły Wspólny Rynek i jego następczyni, Unia Europejska. Brexit rozmontował unijne ramy, które stwarzały warunki do pokojowego współistnienia rywalizujących tożsamości narodowych. Profesor Brendan O'Leary zinterpretował strategię DUP następująco: "Przyznajmy to wreszcie: ekipa z Westminsteru chciała przywrócić twardą granicę lądową, by utrudnić ponowne zjednoczenie Irlandii. Żadne inne wyjaśnienie takiego postępowania nie ma sensu". Linie, które zdążyły się zatrzeć, teraz - wedle słów przedstawicieli DUP - znów przybrały krwawą barwę. Wściekłość unionistów z powodu protokołu uzgodnionego przez ich rząd z UE, a dotyczącego wyjątkowej sytuacji Północy, stoi w całkowitej sprzeczności z radością, z jaką świętowali Brexit, któremu wszak sprzeciwiała się większość mieszkańców Irlandii Północnej.

Postępowanie elity stojącej za kampanią promującą opuszczenie Unii przypomina mi fragment z Wielkiego Gatsby'ego F. Scotta Fitzgeralda: "Nie przejmowali się niczym, (...) niszczyli rzeczy i ludzi, a potem wracali do stanu absolutnej beztroski, do swoich pieniędzy, do tego wszystkiego, co trzymało ich razem, i piwo, którego nawarzyli, kazali pić innym"[3]. (Tak, paramilitarni z klasy robotniczej i żołnierze kompletnie nie przejmowali się ludzkim życiem).

Jako młodszy redaktor literacki w "The Irish Times" w dniu ogłoszenia wyników referendum brexitowego w czerwcu 2016 zebrałem opinie ponad dwudziestu autorów, głównie z Północy. Niemal jednogłośnie wyrazili zaniepokojenie. Czy był to przejaw instynktu stadnego? Uważam, że raczej zdrowego rozsądku. Na długo przed tym, zanim protokół w sprawie Irlandii i Irlandii Północnej stał się problemem dla unionistów, niemal wszyscy nacjonaliści, wielu bezstronnych i część unionistów musieli się pogodzić z destabilizującymi efektami decyzji, której się sprzeciwiali.

Po gwałtownej śmierci dziennikarki i autorki Lyry McKee w Wielki Czwartek 18 kwietnia 2019 znów zaczęła mnie nawiedzać przeszłość. Zaledwie miesiąc wcześniej napisałem o McKee w artykule o najlepszych irlandzkich autorach, opisującym dziesięć najbardziej obiecujących postaci naszej sceny literackiej: "Północny Belfast stał się nagle obficie bijącym źródłem znakomitej prozy, przede wszystkim dzięki uhonorowanemu Bookerem Mleczarzowi Anny Burns z Ardoyne, któremu dotrzymują kroku The Good Son Paula McVeigha i For the Good Times Davida Keenana. Zaraz za nimi plasuje się Lyra McKee, dwudziestoośmioletnia dziennikarka, której debiutancka książka The Lost Boys zostanie wydana przez Fabera w przyszłym roku".

"Byliśmy pokoleniem porozumienia wielkopiątkowego, które nigdy nie miało doświadczyć potworności wojny, ale korzystać z owoców pokoju... tylko że jakoś nigdy nie zdołaliśmy ich skosztować", napisała. Teraz, dwadzieścia jeden Wielkich Piątków później, Lyra również zginęła. Zanotowałem wówczas: "Dziennikarka i autorka Lyra McKee zginęła wczoraj w nocy w Derry, zastrzelona przez republikańskich dysydentów. To bezsensowna śmierć, która sprawia wrażenie, jakby upiory przeszłości wyciągały zimną, martwą rękę, by pozbawić nas przyszłości.

Parafrazując L.P. Hartleya: dla ekstremistów wszelkiej maści, tych spod sztandarów w barwie gorzkiego pomarańczu czy też zjadliwej zieleni, przeszłość nie jest obcym lądem. To jedyny kraj, który znają i kochają - i najwyraźniej nie potrafią postępować inaczej, to znaczy żyć i dać żyć innym. Jedyne, co możemy zrobić jako społeczeństwo, to chronić się przed nimi i stanowić lepszy przykład. Lyra McKee reprezentowała ląd przyszłości, zupełnie inny i lepszy".

Kiedy belfaski pisarz Paul McVeigh poprosił mnie, bym napisał tekst do jego antologii 32 głosów z irlandzkiej klasy robotniczej, zgodziłem się, rozumiejąc, że zaprezentuję w tym zbiorze stanowisko katolika dorastającego na Północy w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych i spotykającego się z uprzedzeniami raczej na tle religijnym i etniczym niż klasowym. Nikt nigdy nie nazwał mnie skurwielem z klasy robotniczej.

W rezultacie powstał artykuł zatytułowany Brudne płótno, który łączył wątki wyrzucenia mojego dziadka i jego siostry z lokalnych zakładów lniarskich w 1920 z zabójstwem Pata Feeneya w przędzalni w 1989. Materiał ten stanowił również kronikę innych morderstw popełnionych w mojej parafii podczas Kłopotów, w tym zabójstwa trzech członków rodziny O'Dowdów w styczniu 1976. Zaledwie dziewiętnastoletni Declan, który zginął wraz z bratem Barrym i wujem Joe'em, dostarczał nam węgiel, a jego ojciec Barney, którego także postrzelono, ale przeżył, był mleczarzem. Wszyscy go uwielbiali.

Po tej tragedii rodzina O'Dowdów przeprowadziła się na południe i nie miałem kontaktu z Barneyem aż do publikacji artykułu zatytułowanego tak samo jak ta książka, Brudne płótno, w "The Irish Times", w maju 2021. Noel, syn Barneya, skontaktował się ze mną, a potem zawiózł mnie na spotkanie z ojcem i jego rodziną. Było to wzruszające doświadczenie; kiedy wysłuchałem historii opowiadanych przez nich obu, poczułem się zobowiązany, by o nich napisać. Noel zaproponował, że oprowadzi mnie po budynkach rodzinnej farmy, opuszczonej po zabójstwach sprzed czterdziestu pięciu lat, a kiedy jechaliśmy przez parafię, wskazał mi miejsca innych okrutnych wydarzeń. W styczniu 2022, w rocznicę morderstwa O'Dowdów, "The Irish Times" opublikował mój artykuł Upiorne osiedle i pusty grób.

Pierwsze rozmowy z mieszkańcami Tullylish, które przeprowadziłem, by mogli podzielić się żalem po stracie bliskich, przekonały mnie, że znajdę tam więcej opowieści, które powinien poznać cały świat. Podobnie jak pisarz, który orientuje się, że jego opowiadanie powinno stać się powieścią, bo nie da się satysfakcjonująco przekazać jego treści w kilku tysiącach słów, zdałem sobie sprawę, że zarówno historia O'Dowdów, jak i inne tragiczne relacje z tej parafii wymagają dłuższej formy.

Nigdy nie zdarzyło mi się iść w kondukcie pogrzebowym żadnej z ofiar Kłopotów ani poczuć ciężaru jej trumny na ramieniu. Kiedy jednak odwiedziłem cmentarz, na którym pogrzebano O'Dowdów, i złożyłem hołd na grobach innych zabitych, zdecydowałem się uczcić ich pamięć, uwiecznić życiorysy i odnotować ich tragiczne śmierci, które ukradły nie tylko ich dokonania, ale także całą ich przyszłość.

Kiedyś ktoś zapytał mnie swobodnym tonem o śmierć Nikki: "Ile to już lat?", tak jakby było to pytanie, które pewnego dnia mogłoby pojawić się w quizie. Tymczasem pewne daty odciskają się w umyśle równie trwale, jakby wyryto je na marmurze albo w metalu, daty, które dzielą życie na "przedtem" i "potem", tak jak narodziny Jezusa stały się linią podziału w chrześcijańskiej rachubie czasu.

Sednem tej książki są ofiary i ich rodziny. Podczas pracy nad nią często słyszałem pytanie, czy trudno mi było prowadzić rozmowy na ten temat. Zwykle odpowiadałem, że okazywały się raczej głęboko wzruszające niż przygnębiające. Czułem się wtedy jak na stypie lub pogrzebie; mój smutek był niczym w porównaniu z trwającą całe życie rozpaczą bliskich, dzielących ze mną swoje historie. Wierzę, że jestem im winien - jesteśmy im winni - co najmniej czas poświęcony na wysłuchanie opowieści, przez co przeszli i nadal przechodzą.

Chciałem, aby w rezultacie powstało polifoniczne dzieło, wieloma głosami prezentujące różne perspektywy. Poznałem więcej historii, niż chciałbym opowiedzieć, ale niektórzy ludzie, co zrozumiałe, zdecydowali, że nie chcą znaleźć się w tej książce, a do innych nie mogłem dotrzeć. Czasami zaskakiwało mnie, kto pozytywnie reagował na moje poszukiwania (pewien oranżysta), a kto odmawiał rozmowy (niektórzy politycy i księża).

Kiedy chowano Nikki, ksiądz zaprosił krewnych, by rozsypali ziemię na jej trumnie. Jej kuzyn Graham wydawał się nie orientować w rytuałach i nabrał ziemię na łopatę trzymaną odwrotnie, do góry dnem. Wiedziałam, że wychowywał się w mieście, ale to było kompletnie niedorzeczne. Później jednak dowiedziałem się, że tak wyglądała żydowska tradycja, symbolizująca zarówno niecodzienną naturę tego zadania, jak i brak akceptacji dla odejścia bliskich. Uważam, że to samo powinno dotyczyć wspomnień z czasów Kłopotów: nie powinniśmy ich grzebać pod glebą niepamięci. Wydaje się to perwersyjne, tak jak pisanie odwrotną stroną stalówki, ale trudne historie najczęściej są najważniejsze, mimo bólu, jaki w nich tkwi - a być może właśnie dzięki niemu.

Kiedy dociera do mnie, że moich sąsiadów z dzieciństwa dotknęła tak potworna strata, a oni znoszą ją z taką godnością, czuję głęboką pokorę. Dlatego właśnie podjąłem próbę spisania historii ofiar z czasów Kłopotów w naszej parafii i okrywającego je całuna traumy.

Stałem na cmentarzu i patrzyłem, jaką miłością ci, którzy zostali, darzą tych, którzy odeszli; jak dbają o trawę, zmieniają kwiaty, polerują nagrobki i dosypują świeży żwir. Obserwowałem, jak pogrążeni w smutku czuwają nad zmarłymi. Nie, nie jesteśmy w tym wyjątkowi. Serce mi pękało, kiedy widziałem ukraińską wdowę po żołnierzu z regionu Doniecka, której okrutna wojna Putina odebrała męża, i słyszałem, jak mówi, ozdabiając grób:

- Proszę, pokryj tę ziemię kwiatami niczym ogród Edenu. Niech stanie się dla ciebie niebiańskim ogrodem, bo doświadczyłeś piekła.

Przeplatam te wielce emocjonalne opowieści z własnymi wspomnieniami dorastania podczas Kłopotów, dotyczącymi również lokalnej społeczności, której byłem częścią. Pragnę zaprezentować w ten sposób surową fakturę zwykłego życia, sięgając do historii mojej rodziny, by dobrze przekazać nastrój tamtych czasów, a także by opisywane wydarzenia osadzić w szerszym kontekście historycznym i kulturowym.

Starałem się nie przesadzać z humorem, ale jednocześnie nie wykluczać go całkowicie, bo jest on jednym z elementów, które czynią nas ludźmi; w ten sposób radzimy sobie w trudnych czasach. Ludzie, z którymi dorastaliśmy, nie są ponurakami, to tkacze opowieści, którzy uwielbiają dobre anegdoty.

Na rodzinnym pogrzebie w 2021 pewien kuzyn miał na głowie czapkę, która skojarzyła się komuś z nakryciem głowy naszego dziadka Arthura Pata. Przy tej okazji wspominaliśmy, jak dziadek kładł ją zwykle na klęczniku w kościele, a ja zapytałem, czy robił to po to, by mieć miękko, czy też by ochronić kolana spodni przed brudem i przetarciem. Wspólnie zdecydowaliśmy, że najbardziej prawdopodobny był ten drugi powód: dziadek chciał wydłużyć życie swojego staroświeckiego stroju. To zabawne, ile czasem można wydobyć ze wspomnień, poruszonych niczym osad podczas burzy.

Szwagier mojego kuzyna wygłosił sprzed ołtarza poruszającą, pełną emocji mowę, niepozbawioną humoru, który potrafi odsunąć cierpienie po śmierci choć na moment, w chwili, kiedy to najbardziej potrzebne:

- Traktował każdego tak samo; do wszystkich zwracał się równie gburowato!

Zastanawiałem się później, czy któryś z mówców na pogrzebie ofiary Kłopotów pozwoliłby sobie na coś podobnego; wątpię. To jeszcze jedna pociecha, której odmawiano tamtym żałobnikom.

Catherine O'Shea, prababka Hilary Mantel, dorastała w Portlaw, wiosce niedaleko przędzalni irlandzkich kwakrów. Kiedy zakład zamknięto, wyniosła się do Lancashire, a jej dwóch braci wyemigrowało do Ameryki i słuch po nich zaginął. W 2017, podczas przygotowań do pierwszego wykładu im. Reitha w BBC, Mantel napisała: "Święty Augustyn mówi, że zmarli są niewidzialni, ale nadal obecni. Nie trzeba wierzyć w duchy, by przyznać mu rację. Dziedziczymy geny i kulturę po przodkach, a to, co o nich myślimy, kształtuje to, co myślimy o sobie i jak odnajdujemy sens w swoim czasie i miejscu".

Benedict Anderson, anglo-irlandzki autor Wspólnot wyobrażonych, napisał: "Zmarli, o których pamięć ciągle trwa, pozostają ważną częścią wspólnoty. To, jak o nich myślimy, i historie, które opowiadamy o stosunkach łączących zmarłych i żyjących, jest najważniejsze dla wyobrażenia sobie nowych form wspólnot i/lub opowieści o narodach"[4].

Wspomnienia mogą być cenne i zarazem bolesne, jakby człowiek chodził boso po diamentach. Kiedy jednak ktoś zostaje zapomniany, to tak, jakby umierał po raz drugi. "Nikt nie jest ostatecznie martwy, dopóki nie uspokoją się zmarszczki, jakie wzbudził na powierzchni rzeczywistości", napisał Terry Pratchett. "Czas trwania czyjegoś życia (...) to tylko jądro rzeczywistego istnienia"[5].

Jak mówi żydowska modlitwa, niech ich pamięć będzie błogosławiona.

[1] Michael Longley, Robotnicy z fabryki lnu, przeł. Piotr Sommer, w: tegoż, Od kwietnia do kwietnia, Wrocław 2011.

[2] Paul Muldoon, Na grzybobraniu, przeł. Jakub Sajkowski, w: "Kontent. Kwartalnik Literacki", nr 10 (lipiec-wrzesień 2019).

[3] F. Scott Fitzgerald, Wielki Gatsby, przeł. Ariadna Demkowska-Bohdziewicz, Poznań 2013.

[4] Benedict Anderson, Wspólnoty wyobrażone. Rozważania o źródłach i rozprzestrzenianiu się nacjonalizmu, przeł. Stefan Amsterdamski, Kraków 1997.

[5] Terry Pratchett, Kosiarz, przeł. Piotr W. Cholewa, Warszawa 2001.