ŁÓŻKOWA GRA
Wyszedłem od lekarza i prawie po omacku dotarłem do tej knajpy. Nigdy w niej nie byłem. Miałem kilka bliżej domu, zawsze pełnych znajomych i w których barmani witali mnie od progu. Jednak teraz szybko potrzebowałem jakiegoś trunku. Wszedłem więc, a gdy doczłapałem do kontuaru, natychmiast zamówiłem potężnego stakana.
- Już od południa tak ostro pan zaczyna? - zapytał barman. Był młody, więc wybaczyłem mu ten brak taktu.
- Jeszcze jeden - zażądałem, gdy wypiłem. Młodzian uśmiechnął się i dodał, podając mi drugą porcję: - Nikt tu nie wali nigdy wódy szklankami. - Nie było w tym sarkazmu, kpiny czy pogardy, dlatego nie przypierdoliłem mu w mordę.
Wychyliłem drugą porcję, odetchnąłem i dopiero wtedy poczułem, że powracam do życia. Śmierć musiała jeszcze trochę na mnie poczekać. Od kwadransa wiedziałem, że jest blisko, lecz z całą pewnością nie miała mnie dopaść tego dnia. Chociaż akurat z nią nigdy nic nie wiadomo.
- Góra pół roku - powiedział do mnie lekarz, a potem bąknął coś w stylu, że bardzo mu przykro. Wyrok śmierci na mnie leżał przed nim na biurku, dopiero co przysłany z laboratorium, w którym wykryto to, co już niedługo miało mnie wykończyć.
Przyjąłem diagnozę nadzwyczaj spokojnie. Sam się sobie dziwiłem. Jedynie owionął mnie dziwny chłód. Być może sama kostucha przyszła obejrzeć swoje następne trofeum. W każdym razie przełknąłem to, jak przystało na mężczyznę.
- Cóż mogę jeszcze powiedzieć... - westchnął lekarz, patrząc na mnie ze współczuciem. - Chyba powinienem poradzić, żeby się pan oszczędzał, nie pił i takie tam pierdoły, ale sam na pana miejscu robiłbym zupełnie odwrotnie.
Wyszedłem od niego, a resztę już znacie. Teraz siedziałem w knajpie i piłem. Ciężko jest zapijać coś, czego nie można się pozbyć, tego robaka, który ma ci towarzyszyć aż do grobu. Jednak próbowałem, chociaż bezskutecznie. Słowa doktora cały czas dźwięczały mi w uszach. Pół roku wydawało się tak krótkim dystansem. Może nawet tylko pięć miesięcy albo krócej. Lekarze zawsze trochę dokładają, żeby pacjenci mieli czas na oswojenie się z tą myślą. Na pozałatwianie wszystkich spraw. Żeby do samego końca uważali, że ciągle jeszcze przed nimi kawałek drogi, Aż tu nagle śmierć się pojawia i spycha ich z urwiska.
Nie wiedziałem, co robić w oczekiwaniu na koniec. Nie miałem do załatwienia żadnych spraw i nikogo, kogo żal byłoby zostawić. Żadnej kochanej kobiety ani dzieci, którym mógłbym kiedyś wskazać właściwą drogę czy też udzielić paru dobrych rad. Nie miałem do załatwienia żadnych spraw i nikogo, kogo żal byłoby zostawić. Żadnej kochanej kobiety ani dzieci, którym mógłbym kiedyś wskazać właściwą drogę czy też udzielić paru dobrych rad. Nie miałem takiego życia, z którym ciężko byłoby się rozstać, lecz wciąż miałem na nie apetyt. Przecież miałem dopiero trzydzieści lat. A więc, kurwa, śmierć nie była tym, czego oczekiwałem od losu! Ale właśnie to dostawałem od niego w prezencie. Jebanego raka, który miał mnie wykończyć lada dzień.
Siedziałem tak, co rusz kazałem sobie dolewać, rozmyślałem i nawet nie zauważyłem, że ktoś wszedł do lokalu i przysiadł się tuż obok. Dopiero gdy poczułem ostry zapach perfum, odwróciłem głowę.
Była w nieokreślonym wieku i wyglądała jak róża w pełnym rozkwicie. Zapragnąłem jej od razu, mimo że już niedługo miałem umrzeć i przynajmniej dzisiaj nie powinienem myśleć o takich rzeczach.
- Napiję się jakiegoś dobrego drinka - powiedziała kobieta, co dziwne, nie do barmana, lecz do mnie. Kazałem więc podać tej pani coś dobrego.
- Ma pan bardzo sympatyczną twarz - stwierdziła, kiedy już drink pojawił się przed nią.
- A pani niezwykle piękną - odwzajemniłem komplement, delektując się jej urodą.
To nie do uwierzenia, ale wystarczy odrobina piękna w polu widzenia, żeby zapomnieć o troskach i smutkach. Jeśli gdzieś w planach jest jeszcze seks, to już w ogóle życie na powrót nabiera rumieńców. Tak było właśnie w moim przypadku. W jednej chwili zapomniałem, że mam umrzeć. Tak jakbym wcale nie był u lekarza i nie dowiedział się strasznej prawdy. Dziękowałem w duchu tej kobiecie, że się pojawiła w moim życiu i wyrwała mnie ze szponów rozpaczy. Miałem nadzieję, że na tym nie poprzestanie. Że poprowadzi mnie dalej w zapomnienie. Na przykład do swojego mieszkania.
- Coś pana gryzie, prawda? - zapytała, przyglądając mi się badawczo.
- Ależ skąd - odparłem.
- Niech pan nie udaje. Widzę takie rzeczy. Potrafę odgadnąć stan ducha każdej osoby. Pana coś gryzie. To widać. Pańskie usta się uśmiechają, a dusza płacze.
- Tak, ma pani rację. Jestem smutny. Kilka godzin temu samochód przejechał mojego ukochanego psa.
- To przykre - powiedziała ona - jeśli, oczywiście, to prawda. - Dlaczego pani w to wątpi?
- Nie wiem... Wygląda pan na kogoś, kogo opuściła ukochana kobieta, komu zmarła matka albo... kto sam ma niedługo umrzeć.
Spojrzałem na nią zimno. Po plecach przeszedł mi dreszcz.
- Skąd pani to przyszło do głowy? - zapytałem, siląc się na uśmiech.
- Co?
- To... to ostatnie?
- Nie wiem. Tak tylko powiedziałam. Na pewno nie życzę panu źle.
- Mam nadzieję. Nie zniósłbym, gdyby taka piękna kobieta pragnęła mojej śmierci.
- Nie mogłabym. Przecież nawet pana nie znam.
- Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby mnie pani poznała.
- To prawda. Nic nie stoi.
- Zacznijmy więc... Nazywam się Krzysztof Rylski - przedstawiłem się, wyciągając rękę. Podała mi swoją i powiedziała z uśmiechem: - Jestem... "Pani X".
- "Pani X"...? Brzmi bardzo tajemniczo.
- Jest pan na tyle duży, aby wiedzieć, że kobiety lubią być tajemnicze.
- A więc, droga "Pani X"... Jakie ma pani plany na resztę dnia? - Przypuszczam, że takie same jak pan - odrzekła.
Mój plan na resztę dnia nie był skomplikowany. Zwłaszcza od kiedy ujrzałem tę kobietę. Już godzinę później zaprosiłem ją do swojego mieszkania, na co zgodziła się bez żadnego problemu. Czasami, acz bardzo rzadko, wszystko układa się tak, jak to sobie wymarzymy. Nie spieszyłem się. Nie chciałem nicze go spieprzyć. Byłoby ironią losu, gdyby ta doskonała kobieta, którą tak łatwo udało mi się poderwać, uciekła mi w ostatnim momencie. Jednak wcale nie miała zamiaru uciekać. Ani czekać na mój pierwszy krok. Od kiedy przekroczyła próg mojego mieszkania, sama przejęła inicjatywę.
- A zatem to jest twoja sypialnia - powiedziała, otwierając drzwi do pokoju. - Bardzo ładna. Łóżko wydaje się niezwykle wygodne. - Jest wygodne - potwierdziłem, stając za nią i obejmując ją w pasie.
- Nie uwierzę, dopóki sama się nie przekonam.
- Nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś to zrobiła - szepnąłem do jej cudownych włosów. Działała na mnie jak żadna. Jak na kandydata na trupa, czułem się nadzwyczaj żywy. Zwłaszcza w tym szczególnym miejscu, z sześć cali poniżej pępka.
- Niestety, ale stoi na przeszkodzie - odrzekła i delikatnie odsunęła się ode mnie.
"Cholera..." - pomyślałem, nie mogąc uwierzyć, że tak blisko celu czeka mnie niespodzianka.
Podeszła do fotela, na którym leżała jej torebka. Podniosła ją, otworzyła i wyjęła ze środka talię kart.
- Wiesz, co to jest? - zapytała, pokazując mi je.
- Karty - odrzekłem.
- Owszem. Jednak niezwyczajne - powiedziała tajemniczo.
- Nie bardzo rozumiem... Co w nich jest takiego nadzwyczajnego? I co one mają wspólnego z tym, co mieliśmy właśnie zamiar zrobić. Czyżbyś, skarbie, lubiła sobie rozegrać partyjkę pokera przed numerkiem?
- Coś w tym stylu - odrzekła.
Z wprawą zawodowego pokerzysty rozłożyła karty w piękny wachlarz. Zrobiła to błyskawicznie, jak magik w cyrku. Następnie zbliżyła się do mnie i pokazała mi ich awersy. Faktycznie były niezwykłe. Nigdy takich nie widziałem, ale domyślałem się, do czego służyły. Była to talia do tarota.
- Czyżbyś chciała mi powróżyć?
Połączenie owych kart z tym, jak się przedstawiła, wydało mi się teraz bardzo na miejscu. "Pani X" jak ulał pasowało do wróżki.
- Nie, nie będę ci wróżyła. Bo nie da się przewidzieć przyszłości. Ci, co uważają, że potrafą to robić za pomocą kart, zwyczajnie kłamią - odparła z wielkim przekonaniem.
- Po co więc te karty?
- To moja szczęśliwa talia. Tak jak dla kogoś innego szczęśliwa moneta, rozumiesz?
- Szczerze mówiąc, nie.
- Zdaję się na te karty, kiedy chcę się przespać z facetem, który mi się podoba. To one decydują, czy to zrobię.
- Ooo! A w jaki sposób o tym decydują? - W bardzo prosty. Wybierzesz trzy karty, a ja przetasuję je wraz z innymi. Będziesz losował trzy razy. Jeśli ponownie trafsz chociaż jedną, będę twoja.
- Czy nie ma innego sposobu, żebyś była moja?
- Nie.
- Nigdy nie miałem szczęścia ani w grach, ani w życiu. Może jednak moglibyśmy darować sobie tę farsę, wskoczyć do łóżka i przez chwilę zapomnieć o całym świecie? Miałem naprawdę ciężki dzień. Proszę...
- Nie. To moja łóżkowa gra. Zawsze ją stosuję. Wskoczę z tobą pod kołdrę, dopiero gdy wygrasz.
- A jeśli nie uda mi się wyciągnąć żadnej z tych kart?
- Pójdę sobie. Karty od zawsze żądzą moim seksem i jeszcze nigdy mnie nie zawiodły. Wybacz, ale ja naprawdę wierzę w ich osąd w tej kwestii.
- No cóż... Skoro tak mówisz... Chyba nie mam wyjścia. Raz kozie śmierć, dawaj te karty!
Znów rozłożyła talię przede mną. Kolejno wyjąłem trzy karty i podałem jej, nawet im się nie przyglądając. Nie wierzyłem, że za chwilę uda mi się ponownie na którąś z nich trafć. Ktoś, kto dowiaduje się, że umiera na raka w wieku trzydziestu lat, przestaje już wierzyć w cokolwiek.
Pani X" przyjrzała się wylosowanym przeze mnie kartom i wsunęła je z powrotem do talii. Następnie przetasowała wszystkie. Umiała to robić. Wprost fruwały jej w dłoniach. Patrząc na ten profesjonalizm, jeszcze bardziej stałem się pewny rychłej przegranej. Wreszcie ponownie rozłożyła mi przed oczami wachlarz z kart, tyle że tym razem rewersami do mnie.
- Losuj - powiedziała.
Z rezygnacją sięgnąłem po pierwszą z brzegu. Wyciągnąłem, spojrzałem na nią, lecz i tak nie pamiętałem, czy to jedna z tych właściwych. Jednakże "Pani X" pamiętała... Uśmiechnęła się i rzekła: - Gratuluję. Jestem już twoja.
Nie mogłem uwierzyć w to, co usłyszałem. Nie wiedziałem, śmiać się czy płakać. Dzisiaj otrzymałem od losu swoją śmierć, ale także seks z najładniejszą kobietą, jaką w życiu spotkałem. Najwyraźniej drań kpił sobie ze mnie. Jeszcze przez kilka godzin mogłem mu to jednak wybaczyć.
- No to chodźmy już do łóżeczka - poprosiłem.
- Jeszcze nie - odrzekła.
- Przecież wygrałem...
- Zaraz pójdziemy. Ale mam do ciebie kolejną prośbę. Wylosuj następne dwie karty.
- W umowie było, że wystarczy jedna taka sama.
- Wiem. Jednakże jestem ciekawa, czy uda ci się wylosować jeszcze chociaż jedną. Nikomu to się nigdy nie udało. Żadnemu mężczyźnie ani żadnej kobiecie.
- Z kobitkami też sypiasz? - zapytałem pół żartem, pół serio.
- Owszem - odparła. - Czy masz coś przeciwko temu?
- Ależ skąd... Jestem nowoczesny.
- No, losuj. Ciekawa jestem, jak ci pójdzie.
- Na pewno fatalnie. Cud, że miałem szczęście za pierwszym razem. W totka nie trafłem nigdy nawet trójki. A tak w ogóle... Jaka będzie nagroda, jeśli uda mi się wyciągnąć jeszcze jedną? Zadzwonisz po równie piękną koleżankę?
- Wzbudzisz mój podziw - odrzekła "Pani X" takim tonem, jakby jej podziw był największą nagrodą, jaką mogła komukolwiek ofarować. Mnie nigdy kobiety nie podziwiały, więc taką nagrodę mogłem przyjąć. Pod warunkiem że wygram i oczywiście w drugiej kolejności po jej ciele. Lecz na taki nadmiar szczęścia nie liczyłem.
Znowu sięgnąłem po karty. Wyciągnąłem pierwsze dwie, na jakie natrafła ręka. Nie spoglądając na nie, pokazałem je "Pani X". Nie musiała nic mówić, w jej oczach zobaczyłem, że wygrałem. Były zdumione. Szczerze zdumione.
- Jest wśród nich któraś z tych wcześniej wybranych? - zapytałem.
- Obie są nimi - odparła i zaraz dodała - jeszcze nikt nie wylosował trzech kart. Nikt nigdy tego nie dokonał.
- No to jestem pierwszy. Bardzo się z tego cieszę. Teraz czas na nagrodę. Mam zamiar cię schrupać jak słodziutkiego ptysia.
- Dostaniesz nagrodę, jakiej jeszcze nikt nigdy ode mnie nie dostał - wyrzekła uroczyście. Rozrzuciła karty po całym pokoju i przywarła namiętnie swoimi wargami do moich.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.