Rozdział 1
Futbol gotowy na przejęcie
Nawet jak na standardy Florentino Péreza ta sytuacja była wyjątkowym przykładem dbania o własne interesy. Rzecz działa się w czasie, gdy miały zostać rozegrane ćwierćfinały Ligi Mistrzów w sezonie 2020/21. Prezes Realu Madryt odczuwał lekkie podenerwowanie, przygotowując się do spotkania z włodarzami Liverpoolu. Co prawda oba kluby miały zagrać przeciwko sobie o półfinał, lecz poza tym były partnerami w projekcie Europejskiej Superligi, a Hiszpan bardzo chciał już poinformować o tym cały świat. Uważał, że oświadczenie w tej sprawie należy wydać w czwartek, po rewanżowym starciu Królewskich z The Reds. Problem polegał na tym, że był to akurat 15 kwietnia, więc termin ten nieszczególnie pasował kierownictwu Liverpoolu. Pérez nie rozumiał, o co chodzi, więc trzeba było mu dyplomatycznie wyjaśnić, że to rocznica tragedii na Hillsborough. Tamtego smutnego dnia w 1989 roku życie straciło 97 kibiców angielskiego klubu, stratowanych na stadionie w Sheffield podczas półfinału Pucharu Anglii, w którym The Reds mierzyli się z Nottingham Forest.
Pérez argument ten przyjął, choć trochę go zdziwiło, że ktoś robi tyle szumu wokół "jakichś wydarzeń sprzed 30 lat". Osoby wspominające ówczesne rozmowy nie sugerują, jakoby Hiszpan miał celowo wyrażać się pogardliwie o tragedii - po prostu nigdy nie miał głowy do spraw niezwiązanych z Realem Madryt i nie zwykł przyjmować do wiadomości czegokolwiek, co odmawiało jego klubowi obecności na samym szczycie futbolowej piramidy. Przedstawiciele władz innych drużyn już nawet się przyzwyczaili, że na spotkaniach Pérez często powtarzał te same słowa.
"Y así es" - mawiał madrycki działacz, całkowicie przekonany o słuszności swojego stanowiska, jak gdyby było to coś oczywistego. "Tak to już właśnie jest", a przynajmniej było przez większość współczesnej historii futbolu. Największe tuzy tego sportu, jak Real czy Barcelona, stawiały na swoim, a dalej wszystko również układało się po ich myśli. Teraz jednak piłka znalazła się "w momencie wyjątkowej zmiany", jak ujmuje to Lise Klaveness, prezeska Norweskiego Związku Piłki Nożnej. Opór wobec regulacji doprowadził do stworzenia świata, który właśnie wymyka się spod kontroli Péreza i innych europejskich przemysłowców, definiujących europejski futbol w minionym półwieczu. To dlatego w 2017 roku wycofał się z niego Silvio Berlusconi, sprzedając AC Milan.
Obecna w piłce chciwość spowodowała, że sport ten rozrósł się do rozmiarów, w których "pożera sam siebie" - o czym zresztą od dawna ostrzegano. Nikt dzisiaj nie zaprzeczy, że futbol robi się coraz bardziej przewidywalny1. Wszystko wynika z paradoksalnego faktu, że sport ten osiągnął bezprecedensową popularność, lecz popularność ta - a więc również pieniądze - koncentruje się wokół coraz mniejszej liczby tak zwanych superklubów. Zaledwie 12 drużyn obraca dzisiaj jedną czwartą całej europejskiej futbolowej gospodarki - mowa tutaj o około 7 z 29 miliardów euro2.
Podobne sprzeczności obserwujemy dziś w tym, co stanowiło dotąd motor napędowy tego sportu - powszechna ludzka uczciwość jest obecnie wykorzystywana przez ludzi realizujących najbardziej niecne interesy. Najwyraźniejsze sprzeczności dotyczą samej istoty futbolu, mówimy bowiem o rywalizacji, która jest uzależniona od współpracy. Wygrać może tylko jeden zespół, ale żeby ten triumf był wartościowy, musi mieć on wielu przeciwników. To wszystko wpisuje się obecnie w jeszcze jedno źródło nieusuwalnego napięcia, a mianowicie fakt, że piłka nożna jest grą zakorzenioną w lokalnych społecznościach, która stała się jednocześnie wielkim biznesem.
Mark Palios, były dyrektor generalny The Football Association, podkreśla, że impet generowany przez rywalizację między klubami dodaje pewnego smaczku: "W biznesie twoim celem jest zarżnąć konkurencję, w sporcie natomiast trzeba co sezon ubierać przeciwników w nowe barwy". Jednym z największych problemów futbolu jest to, że zbyt wielu niezwykle wpływowych ludzi zaangażowanych w ten sport opowiada się za tym pierwszym rozwiązaniem. O podejściu Péreza niech świadczy również to, że skarżą się na nie wszystkie inne kluby. Jeszcze w 2016 roku pewien wysoko postawiony działacz Premier League na kolacji poświęconej omawianiu projektu Superligi wyjechał z następującym tekstem: "Nie chcemy mieć zbyt wielu takich drużyn jak Leicester City". Nawiązał w ten sposób do triumfu tego zespołu w lidze w sezonie 2015/16, jednej z najbardziej romantycznych historii piłkarskich. "Historia futbolu uczy, że kibice lubią zwycięstwa wielkich zespołów. Jasne, że odrobina nieprzewidywalności jest dobra, ale bardziej wyrównana liga byłaby mniej opłacalna".
Autor tych słów naprawdę niepotrzebnie się martwił. Najzamożniejsze ekipy Premier League - od lat nazywane "wielką szóstką" - już dawno zadbały o to, by szanse Leicester na tytuł, oceniane przed mistrzowskim sezonem przez bukmacherów na 1:5000, od tamtej pory zmalały jeszcze bardziej. Praktycznie każda istotniejsza decyzja regulacyjna podejmowana przez futbolowe władze w ostatnich 40 latach prowadziła do osłabiania jakże kluczowej, a jednocześnie bardzo delikatnej cechy tego sportu, jaką jest równowaga konkurencyjna. Chodzi o kluczową kwestię - prawdopodobieństwo pokonania przez dowolny klub każdej innej drużyny i sięgnięcia po trofeum. W piłce nożnej ludziom sprzedaje się właśnie tę nieprzewidywalność, ale paradoksalnie ostatnie zmiany spowodowały, że ważniejszy stał się dochód. Większość kapitalistycznie myślących właścicieli klubów oczekuje gwarancji i wzrostu, a nie dostaną ich, jeżeli nie będą wiedzieć, co przyniesie następny sezon. Współczesny futbol to w istocie skrajny neoliberalizm ekonomiczny skryty za fasadą sportu. Ściąga pieniądze z każdego możliwego zakątka globu i redystrybuuje w ramach grupy tak wąskiej, jak to tylko możliwe. Od 2013 roku w Lidze Mistrzów nie triumfował ani jeden zespół, którego roczne przychody wynosiły mniej niż 460 milionów euro, a dodam, że klubów generujących wyższe obroty jest naprawdę garstka. Nie, pieniądze nie zapewniają sukcesu, są natomiast warunkiem koniecznym do jego osiągnięcia.
Jeżeli musimy już sprowadzać wszystko do finansów, to obecne położenie futbolu zwięźle i jednocześnie niepokojąco podsumowuje David Forrest z University of Liverpool, jeden z najbardziej szanowanych ekonomistów zajmujących się piłką nożną. Sięgając po porównanie z futbolem amerykańskim, gdzie obowiązuje draft, ligi są zamknięte i tak dalej, nawiązuje do eksperymentu myślowego z teorii gier, w którym opłacalna okazuje się postawa nienastawiona na kooperację: "Wszelkie rozważania sprowadzają się ostatecznie do dylematu więźnia. W Ameryce udało im się przezwyciężyć dylemat więźnia, ponieważ właściciele drużyn działają w zmowie, której warunki uniemożliwiają im podejmowanie decyzji korzystnych dla indywidualnych podmiotów. W Europie wygląda to natomiast inaczej. Być może stwierdzenie o wzajemnie gwarantowanym zniszczeniu to już o krok za daleko, jednak" ...jesteśmy tego tak blisko, jak tylko się da. Ten zimnowojenny język jest tutaj jak najbardziej na miejscu - wystarczy przyjrzeć się, jak wyglądają dyskusje prowadzone w środowisku piłkarskim. Gdy jeden z pracowników federacji piłkarskiej w prywatnej rozmowie skomentował naginanie obowiązujących przepisów oraz stwierdził, że negocjacje między klubami zawsze schodzą na poziom wzajemnych oskarżeń, po których następuje publiczna omerta, posłużył się słowami: "To próba sił, taka z wymachiwaniem bronią jądrową". W tym kontekście najczęściej mówi się po prostu o "wyścigu zbrojeń". Staje się on coraz bardziej lekkomyślny i niebezpieczny, nawet jeżeli odpowiednikiem broni są w tym przypadku zarobki piłkarzy, które rujnują budżety klubów. Te, gdy pieniądze ze sprzedaży praw transmisyjnych popłynęły szerokim strumieniem, zaczęły oferować zawodnikom coraz większe zarobki i tym samym wdeptały w ziemię nawet największe marki. Nie brakuje dających do myślenia przypadków znanych i szanowanych, takich firm jak Glasgow Rangers, Everton czy AC Milan, które znajdowały się niegdyś w awangardzie zmian i innowacji w futbolu, a potem padły ofiarą Frankensteina, którego same pomogły stworzyć. Niewykluczone, że ten sam los czeka wiele dzisiejszych superklubów, o setkach mniejszych zespołów z całego świata nawet nie wspominając.
Ten wyścig zbrojeń to kolejny istotny czynnik rozjeżdżający dzisiejszy futbol. Problem dodatkowo pogłębia stanowisko UEFA, zgodnie z którym wynagrodzenia nie stanowią w świetle przepisów "inwestycji" i są traktowane jako konsumpcja. To dodatkowo zaburza cały system i zmusza wszystkich do przepłacania. Choć władze powinny chronić piłkę przed takimi zjawiskami, to poszły w kierunku postępującej deregulacji. Przedstawiciel kierownictwa jednego z największych klubów się skarży: "W tej branży normą jest, że nikt niczego nie rozumie".
Problem polega po części również na tym, że najważniejsze instytucje regulacyjne wzięły na siebie również rolę organizatorów niezwykle dochodowych imprez. W latach 50. XX wieku UEFA niemal przypadkiem otrzymała władzę i kontrolę nad europejskimi rozgrywkami klubowymi, gdy francuska gazeta "L'Équipe" wpadła na pomysł zorganizowania Pucharu Europy, turnieju, z którego powstała dzisiejsza Liga Mistrzów. FIFA zaproponowała po prostu, by nowymi rozgrywkami zarządzała federacja kontynentalna. Idea tej rywalizacji zrodziła się z poczucia dumy, kolejnego ważnego czynnika dla rozwoju futbolu. Angielska prasa, która ogłosiła Wolverhampton Wanderers najlepszym zespołem w Europie, gdy ten w 1954 roku pokonał genialnych wówczas zawodników węgierskiego Honvédu, wzbudziła powszechną irytację. Z tą historyczną przypadkowością nie potrafią pogodzić się tacy ludzie jak Pérez, którego zdaniem pieczę nad wszystkim powinny mieć same kluby. Pewnego razu w prywatnej rozmowie lekceważąco nazwał Aleksandra Čeferina, prezydenta UEFA, "jakimś prawnikiem z pensją w wysokości dwóch milionów euro rocznie". Żeby mieć obecnie jakieś szanse na boisku, trzeba dysponować graczami zarabiającymi łącznie minimum 300 milionów funtów rocznie. W obliczu takiego stanu rzeczy powtarza się mądrość ludową, że kiedyś było przecież podobnie i zawsze wygrywały największe kluby. Tymczasem z twardych danych wynika coś zupełnie innego.
Tak naprawdę to, co się stało z futbolem, można opisać, wykorzystując znaną metaforę powolnego gotowania żaby. Zmiany zachodziły stopniowo, więc ludzie nie zauważali, jak głęboką transformację przechodzi ten sport. Stało się normą, że wiele zespołów po prostu nigdy niczego nie wygrywa, tymczasem jest to zjawisko nowe. W latach 1959-1976 nikomu nie udało się obronić mistrzostwa Anglii, a po tytuł sięgnęło wówczas 11 różnych klubów. Dla porównania: ostatnio najdłuższy okres dominacji w historii zaliczył Manchester City, wcześniej królowały natomiast Manchester United i Liverpool. To trzy z zaledwie siedmiu klubów, które triumfowały w Premier League w minionych 31 latach. Do 2012 roku nie zdarzyło się, by któryś z niemieckich klubów wygrywał Bundesligę więcej niż trzykrotnie z rzędu. Najróżniejszych mistrzów było tam co niemiara. Później 11 razy z rzędu mistrzowską paterę zgarniał Bayern Monachium. W Hiszpanii nowe tysiąclecie rozpoczęło się od triumfów Deportivo La Coru?a i Valencii, lecz od 2004 roku odnotowaliśmy tylko dwa sezony, w których mistrzem nie zostały Real Madryt albo FC Barcelona - i w obu tych przypadkach liga padała łupem Atlético Madryt. Rojiblancos też mieli współtworzyć Superligę, a jednak obecnie uważa się ich za "tych słabszych".
Tak samo wygląda to w całej Europie - w połowie lig krajowych w ostatniej dekadzie występowały okresy bezprecedensowej dominacji jednej drużyny. W wielu przypadkach zmieniały się one w rozgrywki pozbawione prawdziwej konkurencji. W olbrzymim stopniu przyczyniły się do tego nagrody pieniężne w Lidze Mistrzów, będącej najjaskrawszym przejawem całego problemu. Nieprzypadkowo 11 z 13 najdłuższych epok panowania w europejskich ligach krajowych zdarzyło się po 1992 roku, kiedy to narodził się najbardziej prestiżowy turniej klubowy.
14 - Skonto Ryga, Łotwa, 1991-2004
14 - Lincoln Red Imps, Gibraltar, 2003-2016
14 - Łudogorec Razgrad, Bułgaria, 2012-2025
13 - Rosenborg, Norwegia, 1992-2004
13 - BATE Borysów, Białoruś, 2006-2018
11 - Dinamo Zagrzeb, Chorwacja, 2006-2016
11 - Bayern Monachium, Niemcy, 2013-2023
10 - Red Bull Salzburg, Austria, 2014-2023
10 - Sheriff Tyraspol, Mołdawia, 2001-2010
10 - Piunik Erywań, Armenia, 2001-2010
10 - Dinamo Tbilisi, Gruzja, 1990-1999
10 - BFC Dynamo Berlin, Niemiecka Republika Demokratyczna, 1979-1988
10 - MTK Budapeszt, Węgry, 1914-1925
W ciągu 37 lat istnienia rozgrywek o Puchar Europy wygrało je 19 różnych klubów z dziewięciu krajów, przy czym w ostatnich sześciu latach przed zastąpieniem tego turnieju Ligą Mistrzów mieliśmy czterech nowych triumfatorów: Crveną zvezdę Belgrad z Jugosławii, Steauę Bukareszt z Rumunii, portugalskie FC Porto oraz PSV Eindhoven z Holandii. W 1967 roku po najważniejsze trofeum klubowe na Starym Kontynencie sięgnął szkocki Celtic Glasgow. W tamtych czasach Puchar Europy zdecydowanie bardziej odpowiadał ideałowi rywalizacji kontynentalnej. Od 2004 roku do finału Ligi Mistrzów nie dostał się ani jeden klub spoza pięciu największych lig. Francja, czyli kraj, którego klubom nie udało się ani razu wygrać "pierwszego" Pucharu Europy, przez te wszystkie lata w decydującym meczu miała tylko jednego przedstawiciela - klub stanowiący własność Katarczyków*. Poza tym 27 z 40 miejsc w kolejnych finałach zajęły zespoły z Anglii i Hiszpanii i w 16 z 20 przypadków wygrywały całe rozgrywki.
Tak oto najważniejsze trofeum samo w sobie stało się symbolem neoliberalizmu. Od tamtej pory jako dowód na nieprzewidywalność futbolu nieodmiennie podaje się przykład triumfu Leicester City w Premier League, bardzo niepokoi jednak to, jak skrajnie rzadko zdarzają się takie historie. Równie dobrze można negować zmiany klimatu za pomocą zapewnień, że wciąż bywają chłodne dni. Sytuacja, w której po tytuł sięga klub spoza wąskiej elity, dopiero od bardzo niedawna jest aż tak zaskakująca. Javier Tebas, prezes La Liga, uważa, że "jeszcze w 2016 roku futbol nie był tak spolaryzowany finansowo jak dziś". Oczywiście absolutnie nie chodzi tu o idealizowanie dawnych czasów. Jak zapewnia wielu insajderów, piłka nożna zawsze była "brudna". Zamiast wypłacać piłkarzom większość pieniędzy pojawiających się w tym sporcie, świat ten wykorzystywał zawodników. Korupcja była wszędzie, lecz pewien doświadczony działacz zauważa, że "ewentualne problemy natury moralnej sprowadzały się do tego, że ten czy tamten dostał w łapę".
Futbolowi w minionych dekadach towarzyszyły regulacje, które przynajmniej uznawały jego społecznościowy charakter i sprzyjały utrzymywaniu równowagi konkurencyjnej. Kiedyś wszystkie kluby piłkarskie w Hiszpanii stanowiły własność ich członków, a na kształt angielskiej piłki przez niemal 100 lat miał wpływ artykuł 34 kodeksu The Football Association, wprowadzony w latach 90. XIX wieku, by zagwarantować, że drużyny pozostaną społecznymi instytucjami niekomercyjnymi, z których nie da się wyprowadzić aktywów albo w inny sposób eksploatować ich finansowo. Tamten przepis niemalże rozwiązywał problem tarć między sportem a biznesem, istniejący w futbolu od samego początku3. Jednocześnie rozumiano, że jeżeli Football League ma się rozwijać, mecze muszą być atrakcyjne dla widza, a co za tym idzie - nieprzewidywalne. Dlatego aby zrównoważyć potencjalną przewagę klubów z dużych miast, pewną część ich przychodów ze sprzedaży biletów zgodnie z artykułem 34 przekazywano zespołowi gości.
Dzisiaj trudno uwierzyć, że u samych podstaw tego sportu legł przepis, który w 2025 roku uznano by za oburzający i rewolucyjny. Warto zatem wiedzieć, że obowiązek przekazywania 20 procent wpływów z biletów przetrwał w Anglii do lat 80. XX wieku. Uniemożliwiało to takim klubom jak Manchester United i Arsenal sięganie po tytuły tak często, jak przyzwyczaiły do tego swoich fanów Juventus i Real Madryt. Angielska piłka miała wówczas coś, co szło nawet dalej niż zachwalany dziś system amerykański, choć wówczas nikt nie zdawał sobie z tego sprawy. To dzięki temu rozwiązaniu Burnley i Huddersfield Town mogły zostać mistrzami Anglii.
Z dzisiejszego punktu widzenia znacznie bardziej krytycznie postrzegamy obowiązujący od 1904 roku górny limit wynagrodzeń, który wraz z dawnym systemem utrudniającym transfery zawodników sprawiał, że najwięcej do powiedzenia miały kluby, a nie gracze. Decyzję o odbieraniu pracownikom sprawczości należy ocenić jako moralnie naganną, ale pozwalała ona wyrównywać sportową rywalizację. Wtedy "kupowanie sukcesu" było niemalże niewykonalne.
Poza tym na futbol wpływała dookolna rzeczywistość. W całej Europie obowiązywały ograniczenia co do zatrudniania piłkarzy z zagranicy, więc kluby nie mogły masowo ściągać najbardziej utalentowanych graczy. Dzięki temu istniała mniejsza koncentracja zawodników wysokiej klasy, bo występowali oni w różnych krajach, a do tego w poszczególnych ligach odsetek miejscowych piłkarzy był większy. Żelazna kurtyna sprawiała, że wielu graczy z Europy Środkowo-Wschodniej przez lata grało na domowym podwórku, a reżimy komunistyczne uważały inwestycje w futbol za element polityki państwowej. To dzięki takiemu podejściu Dynamo Kijów mogło stworzyć jeden z najmocniejszych zespołów w Europie na długo przed pojawieniem się Andrija Szewczenki. Gdy futbol zaczęto pokazywać w telewizji, technologia była na tyle ograniczona, że można było oglądać jedynie rozgrywki we własnym kraju. Jeszcze w latach 90. bardzo rzadko zdarzało się, by ktoś miał sposobność zobaczyć coś więcej niż cotygodniowy skrót meczu FC Barcelony, dzisiaj jednak dysponujemy natychmiastowym dostępem do wszelkich rozgrywek.
Wiąże się to z kolejnym prostym czynnikiem - dawniej w piłce nie było tylu pieniędzy. Jeszcze w latach 90. XX wieku 90 procent budżetów klubów stanowiły wpływy ze sprzedaży biletów. Nawet jeżeli występowały nierówności finansowe, to nie mogły się powiększać, co przekładało się na znacznie większą mobilność zawodników. W latach 80. dwaj najlepiej wówczas opłacani piłkarze angielskiej First Division, Michael Robinson i Steve Foster, grali w Brighton & Hove Albion. Wtedy klub wydający najwięcej na wynagrodzenia graczy miał na ten cel tylko trzykrotnie większe środki niż rywal, który płacił najmniej. Dzisiaj to różnica siedmiokrotna.
W środowisku krąży pewna historia z okresu, gdy najbogatsze angielskie kluby podejmowały pierwsze kroki w celu wyrwania się z tego systemu. Ich przedstawiciele pojechali do USA, by przekonać się, jak funkcjonują kluby zrzeszone w National Football League (NFL). Gdy goście wyjaśnili Amerykanom, że szukają sposobów na "zwiększenie przychodów", w odpowiedzi usłyszeli słowa przestrogi. "Jeżeli wydaje się wam, że teraz macie problemy, to poczekajcie, aż pojawią się pieniądze" - powiedział im jeden z menedżerów z NFL. Oczywiście trzeba otwarcie stwierdzić, że wszystko zmieniło się z tego samego powodu, dla którego ten sport w ogóle istnieje. Zawodnikom symulującym faule i graczom, którzy wspinają się na szczyty możliwości, przyświeca identyczna motywacja - chodzi o żyłkę rywalizacji. Sir Bob Murray, prezes Sunderlandu, wyjaśnia to w najprostszy sposób: "Dużo myślimy o sobie, ponieważ musimy wygrywać mecze". Palios dodaje, że "bez ambicji tego sportu by nie było".
Dokładnie z tego powodu futbol powinien być ściśle regulowany - należy go chronić przed jego własną skłonnością do posuwania wszystkiego do granic możliwości. Tymczasem w ciągu ostatnich 40 lat ambicja mogła hulać do woli. Nie jest przypadkiem, że obowiązujący wcześniej model zaczął ulegać wypaczeniu z początkiem lat 80., czyli wraz z nastaniem polityki gospodarczej Reagana. Ktoś pewnie powie, że to wszystko suche fakty niezwiązane ze sportem, tak naprawdę jednak można bez trudu prześledzić zależności. Wszystkie kolejne duże zmiany wprowadzane od tamtej pory w świecie futbolu miały służyć budowaniu piłkarskiej wersji kapitalizmu na sterydach. "Podejmowane decyzje w żaden sposób nie uwzględniają ich średnio- i długookresowych skutków" - uważa Tebas. Oczywiście gdybyśmy rozpatrywali te posunięcia osobno, wiele z nich okazałoby się koniecznych, ponadto warto podkreślić, że gwałtowny wzrost popularności piłki nożnej nie był przypadkiem. Wszystkie te decyzje pozwoliły całkowicie przebudować ekonomiczną infrastrukturę tej dyscypliny.
Świetnym przykładem jest pierwsza duża zmiana w angielskiej piłce. Nikt nie mógł kwestionować faktu, że podjęta przez Professional Footballers' Association udana próba podważenia przepisów o górnym limicie zarobków piłkarzy była bezsprzecznie słusznym krokiem i wiązała się z prawem należnym wszystkim pracownikom. Nie zmienia to faktu, że późniejsze decyzje pozwoliły na niekontrolowane windowanie płac, co wyniszcza futbol do dziś. Na początku lat 80. podjęto kroki na rzecz likwidacji zasady podziału wpływów ze sprzedaży biletów. To właśnie w tamtym okresie rozpoczęły się nieformalne spotkania przedstawicieli dawnej angielskiej "wielkiej piątki", czyli Manchesteru United, Liverpoolu, Arsenalu, Tottenhamu Hotspur i Evertonu. Członkowie tej grupy odczuwali coraz większą frustrację oporem świata futbolu wobec prób jakiejkolwiek modernizacji, podnosili też słuszny argument, że pochodzące jeszcze z epoki wiktoriańskiej struktury zarządzania przestały służyć piłce nożnej. Niewykluczone, że to właśnie z ich powodu nikt nie oponował w związku z następnym istotnym krokiem.
Irving Scholar, prezes Tottenhamu, który wcześniej wprowadzał innowacje w branży reklamowej, postanowił uczynić swój klub spółką giełdową, by poprawić jego sytuację ekonomiczną. Zakazywał tego artykuł 34, więc sprytny biznesmen postanowił obejść ograniczenie, powołując do życia holding. Ludzie z FA nawet nie odpisali na jego list, w którym Scholar sugerował to i podobne rozwiązania. Warto napomknąć, że działo się to w okresie, kiedy wyobraźnię działaczy klubowych rozpalały doniesienia zza oceanu o opiewającej na dwa miliardy dolarów umowie telewizyjnej NFL z 1982 roku. Przedstawiciele "wielkiej piątki" uważali, że z praw do transmisji należy im się więcej niż 25 tysięcy funtów, tym bardziej że dokładnie takie same kwoty wypłacano klubom z czwartej klasy rozgrywkowej. Nie było również tak, że futbol pokazywany na żywo królował wówczas na ekranach, rynek był wówczas w zupełnych powijakach. Nadawcy publiczni, tacy jak RAI czy BBC, w zasadzie nie musieli konkurować z innymi podmiotami o relacje z meczów, więc nie było komu podbijać wartości umów na sprzedaż praw telewizyjnych. Ten stan rzeczy miał zostać jednak zmieciony podmuchem łopat wirnika śmigłowca lądującego na San Siro. Właśnie tak zakup Milanu w 1986 roku postanowił uczcić Silvio Berlusconi - w widowiskowy sposób zawitał na słynnym stadionie, a całemu wydarzeniu towarzyszyły dźwięki Jazdy Walkirii Richarda Wagnera. "Wiedziałem, że będą się ze mnie śmiali - mówił włoski biznesmen - ale musieliśmy pokazać, że w klubie dzieje się coś całkiem nowego"4.
Mentalna zmiana miała sprawić, że w futbolu nastanie nowa rzeczywistość. Nie przesadzę, nazywając Berlusconiego jedną z najbardziej wpływowych postaci w historii tego sportu. Ów magnat medialny z ambicjami politycznymi, który miał zostać potem czterokrotnie premierem Włoch, stanowił archetyp takich ludzi jak Pérez. Chodzi o patriarchalnych przedsiębiorców z końca XX wieku, którzy kształtowali oblicze futbolu, zanim na początku obecnego stulecia pojawiły się w nim państwa i kapitalistyczne fundusze inwestycyjne. Berlusconi był autentycznym fanem piłki nożnej, a tacy trenerzy jak Carlo Ancelotti przyznawali, że posiadał sporą wiedzę taktyczną. Miał również pomysł na to, jak wpisać futbol w swoją wizję biznesu telewizyjnego. Jako właściciel klubu dokonał przełomu, integrując swoje medialne koncepcje z piłką nożną.
Rozwój technologiczny sprawił, że upowszechniła się kodowana telewizja satelitarna z wieloma kanałami w ofercie, ale utrzymanie tego systemu generowało olbrzymie koszty. Powstawały nowe stacje i potrzebowały one treści, za które ludzie początkowo byliby skłonni zapłacić jednorazowo, a później regularnie, w postaci abonamentu. Na pierwszym etapie pomogły filmy i pornografia, jeżeli jednak chodzi o ofertę pakietową, kluczowe znaczenie miała emocjonalna więź z futbolem.
Berlusconi wierzył, że prawa transmisyjne mogą stanowić motor napędowy zarówno jego firm, jak i piłki nożnej. To wówczas pojawił się pierwszy "cnotliwy cykl" - określenie to zaczęły powtarzać raz za razem niemal wszystkie największe kluby. Oznaczało ono, że fani płacą za oglądanie meczów, nadawcy inwestują więcej pieniędzy w futbol, a dzięki temu jedno i drugie staje się coraz bardziej atrakcyjne dla odbiorcy. Tak rozumiane "cnotliwe cykle" miały w przyszłości wywołać wiele negatywnych konsekwencji dla całej piłki nożnej, w tym dla samego Milanu, na razie jednak ludzie zyskali dzięki nim dostęp do pełnej powabu kolorowej telewizji w świecie złożonym z ziarnistych obrazów. W branży pojawiły się konkurencja oraz ambicje, powstawały bowiem podobne modele biznesowe. Grupa medialna Leo Kircha w Niemczech, francuski Canal+ i należąca do Ruperta Murdocha brytyjska stacja Sky również sięgnęły po futbol, by zapewnić rozwój swoim firmom. To właśnie z uwagi na konflikt interesów rząd w Londynie w 1998 roku zablokował przejęcie Manchesteru United przez Murdocha.
Jeżeli uznać, że w ten sposób Berlusconi został jedną z najbardziej wpływowych postaci w całym futbolu, to mecz pierwszej rundy Pucharu Europy z września 1987 roku należy uznać za jedno z najbardziej wpływowych spotkań piłkarskich. Tak się bowiem złożyło, że na boisko wybiegły tego dnia Real Madryt, najbardziej utytułowany klub na kontynencie, i Napoli, w którym występował Diego Maradona, najlepszy piłkarz świata. Ów dwumecz okazał się ostatecznie jednym z zaledwie sześciu występów Argentyńczyka w Pucharze Europy, ponieważ Real Madryt wygrał tę rywalizację 3:1. Właściciel Milanu oglądał to starcie i nie wierzył, że wydarzenie o takim potencjale jest po prostu marnowane, zwłaszcza że jego wynik oznaczał w praktyce, że dalej niż mistrzowie Włoch zajdzie albo Linfield z Irlandii Północnej, albo norweski Lillestr?m. "Puchar Europy stał się historycznym anachronizmem - powiedział włoski gigant medialny w epokowym wywiadzie dla "World Soccera" z 1991 roku. - Z ekonomicznego punktu widzenia całkowitym bezsensem jest to, że taki klub jak Milan może zostać wyeliminowany w pierwszej rundzie. Całkowicie nienowoczesne myślenie"5. Do tego sprowadzała się jednak istota sportu: do losowości, nagłej śmierci, nieprzewidywalności. Berlusconi już wtedy starał się wyeliminować albo chociaż ograniczyć te czynniki. Uważał za absurd, że największe kluby nie spotykają się regularnie w meczach na najwyższym poziomie. Jego zdaniem futbol powinien być widowiskiem telewizyjnym i należało oswobodzić go z archaicznych, zaściankowych ograniczeń. Saatchi & Saatchi, firma konsultingowa z Londynu, przyjęła zlecenie opracowania modelu "Europejskiej Ligi Telewizyjnej", mającej zastąpić Puchar Europy. Naturalnym miejscem dla tego rodzaju treści była oczywiście telewizja satelitarna, taka jak należąca do Berlusconiego stacja Canale 5. Koncepcja ta, gdyby została w pełni urzeczywistniona, znakomicie odzwierciedlałaby immanentną dla futbolu ambicję i ukształtowałaby przyszłość tego sportu. Wszystko, co wydarzyło się później - każda reforma i zmiana systemu dzielenia pieniędzy - odbywało się w wiszącym nad europejską piłką od 30 lat cieniu zagrożenia utworzeniem Superligi.
Co bardzo istotne, Berlusconi nie był odosobniony w takich pomysłach. Wczesnym odpadaniem z rywalizacji wydających najwięcej klubów irytowali się również działacze Glasgow Rangers. Tylko w latach 80. Szkoci byli eliminowani już w pierwszej rundzie wszystkich trzech europejskich pucharów. Kierownictwo tego klubu uznało, że nie są w stanie sensownie planować budżetu takiej nieprzewidywalności rozgrywek, zwłaszcza w kontekście zakupu drogich zawodników, jak Terry Butcher czy Trevor Francis. W związku z tym Campbell Ogilvie, sekretarz generalny Glasgow Rangers, przedstawił w UEFA plan zapewnienia większej liczby meczów w formie rozgrywek grupowych. Pomysł szybko zyskał poparcie innych klubów, więc już nie tylko Berlusconi naciskał na władze europejskiej piłki. Włodarze angielskiej "wielkiej piątki" dochodzili do tych samych wniosków co właściciel Milanu i zaczęli dążyć do oderwania się od Football League.
Te wszystkie siły zaczęły się zbiegać i łączyć ze sobą, a na to nakładały się czasami zdarzenia o jeszcze większym znaczeniu. Władze piłkarskie z epoki wiktoriańskiej sprawowały nadzór nad architekturą z epoki edwardiańskiej, a wszystko to w latach 80. XX wieku, czyli w czasach wyrazistych nierówności społecznych. Wtedy też doszło do szeregu tragedii zdających się sugerować, że infrastruktura futbolowa zaczyna się walić. W 1985 roku 56 kibiców poniosło śmierć w pożarze na stadionie Bradfordu City. Zaledwie dwa tygodnie później, w trakcie finału Pucharu Europy zorganizowanego na zaniedbanym stadionie Heysel w Brukseli, kibice Liverpoolu wdarli się na sektor fanów Juventusu, runęła ściana i zginęło 39 osób, głównie Włochów. Późniejsze, prowadzone w grobowych nastrojach dyskusje tylko przyspieszyły wprowadzanie zmian.
Już wkrótce miało dojść do modernizacji futbolu, wcześniej jednak musiała wydarzyć się jeszcze jedna tragedia, najpoważniejsza ze wszystkich. 15 kwietnia 1989 roku "rażące uchybienia policji i pogotowia ratunkowego" poskutkowały stratowaniem na śmierć 97 niewinnych fanów The Reds6. Raport z przebiegu zdarzeń na Hillsborough autorstwa lorda Petera Taylora, sędziego Sądu Apelacyjnego Anglii i Walii, wzywał do szeroko zakrojonej reformy krajowego futbolu, w szczególności w odniesieniu do bezpieczeństwa na obiektach piłkarskich. W tym samym czasie UEFA zaostrzyła wymogi wobec organizatorów meczów. Pojawiły się nowe przepisy, zgodnie z którymi na stadionach musiały być wyłącznie miejsca siedzące, co wiązało się z dużymi inwestycjami. Wezwania do zmiany modelu ekonomicznego w świecie piłki nożnej padały zatem na jeszcze bardziej podatny grunt. Angielska "wielka piątka" mogła teraz twierdzić, że wprowadzenie ich pomysłu na Premier League stało się zwykłą koniecznością7. Co typowe dla tamtych czasów, przedsięwzięcie o charakterze społecznym ignorowano tak długo, aż zaczęło wymagać reformy, a tę przeprowadzono z uwzględnieniem skrajnie kapitalistycznych interesów.
Dlatego też rok 1992 jest jednym z dających się jasno wskazać momentów przełomowych, w którym w futbolu element sportowy ustąpił pola elementowi biznesowemu. Nowy model miał się rozwinąć w skrajny sposób, eskalować wraz z każdą kolejną umową na sprzedaż praw telewizyjnych na utworzone właśnie tamtego roku nowe rozgrywki: Ligę Mistrzów oraz Premier League. Następny kontrakt telewizyjny wyraźnie pokazał, że wyspiarze wyrwali się naprzód. Wynegocjowana z telewizją Sky umowa na początkową kwotę 214 milionów funtów była niemal pięciokrotnie korzystniejsza niż poprzednia, podpisana przez Football League i opiewająca na kwotę 44 milionów funtów. Dodatkowe 90 milionów napłynęło ze sprzedaży praw transmisyjnych za granicę oraz od sponsorów. Kluby Premier League - w liczbie 22 - skorzystały również na tym, że od tej pory większość tych pieniędzy miała trafiać do nich.
Do dzisiaj dziwi zupełny brak oporu wobec tych zmian. Każde oddzielenie się od dotychczasowych struktur wymagało zgody FA, ponieważ bez niej nie można było funkcjonować w piramidzie rozgrywek futbolowych, władze angielskiej piłki miały zatem dość mocny argument przy negocjowaniu rozmaitych warunków i postanowień szczegółowych. Gdyby FA powiedziała "nie", Premier League nigdy by nie powstała. Tymczasem projekt został po prostu zaakceptowany, podobnie jak stało się to w przypadku próby obejścia artykułu 34. Taka reakcja wynikała z partykularnych interesów innego rodzaju - federacja pozostawała w sporze z Football League, choć była to jedna z tych przyczyn, które po fakcie wydają się małostkowe. Premier League miała być swego rodzaju "śmiertelnym ciosem" zadanym jej poprzedniczce przez FA8. Tych słów użył późniejszy przewodniczący związku, Greg Dyke, cięty na wcześniejszych zarządców rozgrywek.
"Właśnie się przekonuję, że największym błędem na świecie był brak jakichkolwiek warunków postawionych przez FA - skarżył się ów działacz, obejmując swoje stanowisko. - Cóż, problem w tym, że Bert Millichip** i Graham Kelly nie byli najbystrzejszymi facetami". W ramach ustępstw organizatorzy nowych rozgrywek wyrazili zgodę na nazwę FA Premier League, jednak jej pierwszy człon ostatecznie nie znalazł się we Wstępnym Porozumieniu Założycielskim. Kelly, ówczesny dyrektor generalny federacji, dopisał go później ręcznie9. Po latach miał przyznać, że szefowie związku wykazali się wówczas "katastrofalnym brakiem dalekowzroczności"10. Doskonałe epitafium dla organów regulujących futbol.
Bardziej technokratycznie usposobieni przywódcy UEFA w osobach Lennarta Johanssona*** i Gerharda Aignera**** usiłowali - przynajmniej w nowej Lidze Mistrzów - uwzględnić nordyckie zasady odpowiedzialnej ekonomii. Jak to ujął Alex Fynn z firmy Saatchi & Saatchi, plan Ogilviego "stanowił bardziej praktyczne rozwiązanie" niż "polityczne groźby" Berlusconiego. Przed sezonem 1991/92 UEFA przyjęła jedną z propozycji sekretarza generalnego Glasgow Rangers, wprowadzając eliminacje, których celem było wyłonienie zespołów rywalizujących później w dwóch czterodrużynowych grupach. Puchar Europy nominalnie przeistoczył się w Ligę Mistrzów dopiero w sezonie 1992/93, gdy europejska federacja otworzyła się na podsuniętą przez Berlusconiego wizję widowiska telewizyjnego. Zadanie opracowania porywającego brandingu otrzymała firma TEAM Marketing AG - to ona zaprojektowała logotyp w postaci kuli złożonej z gwiazd, podobnie jak poruszający hymn, oparty na hymnie koronacyjnym Zadok the Priest Georga Friedricha Händla. Ten motyw rodem z muzyki klasycznej znakomicie oddaje powagę Pucharu Europy. Co oczywiste, prawa do transmisji Ligi Mistrzów we Włoszech wywalczyła firma Fininvest Berlusconiego, pokonując w przetargu telewizję publiczną RAI.
Niezwykle wymowny był fakt, że pierwsi triumfatorzy Ligi Mistrzów - pełen niesamowitych talentów zespół Olympique Marsylia - zostali niemal natychmiast ukarani za ustawianie meczów w Ligue 1. Właściciel tego klubu, Bernard Tapie, kolejny magnat biznesowy z politycznymi ambicjami, był opisywany przez jednego ze swoich asystentów w parlamencie***** jako "człowiek nieuznający żadnych granic, dla sukcesu gotowy zrobić wszystko"11. Marsylczycy rozważali zakup Diego Maradony, Argentyńczyk pojawił się tam nawet wraz ze swoją 35-osobową świtą, ale transfer nie doszedł do skutku, ponieważ oznaczałby bankructwo francuskiego klubu. Tapie chciał jednak za wszelką cenę pokonać w finale Ligi Mistrzów AC Milan Berlusconiego, więc włodarze francuskiego klubu zaoferowali łapówki graczom Valenciennes FC, by kilka dni wcześniej w ważnym meczu ligowym nie przykładali się specjalnie do gry. Skończyło się na tym, że Olympique został relegowany z Ligue 1, a do tego wykluczony z Ligi Mistrzów w sezonie 1993/94, mógł natomiast - to jedna z niepojętych decyzji UEFA - zatrzymać sobie Puchar Europy. Jego miejsce w rozgrywkach zaproponowano Paris Saint-Germain, klub ten jednak odmówił - należał bowiem wówczas do telewizji Canal+, która nie chciała brać pod włos części swoich klientów, będących fanami drużyny znad Morza Śródziemnego. Całe to zamieszanie w żaden sposób nie odbiło się na marce nowo powstałych rozgrywek. Gdy w 1995 roku w finale po raz trzeci z rzędu zameldował się AC Milan, łączna liczba widzów elitarnych zmagań sięgnęła 3,64 miliarda, co oznaczało wzrost o 61 procent w stosunku do poprzedniej edycji12. Berlusconi chodził przeszczęśliwy, przynajmniej do czasu, gdy młody zespół Ajaxu pokonał jego graczy w decydującym starciu. Nowy, pięknie opakowany produkt stawał się coraz bardziej atrakcyjny dla odbiorcy.
W 1996 roku wartość umowy Premier League ze Sky wzrosła do 670 milionów funtów, a cztery lata później wynosiła już 1,1 miliarda funtów. Futbol trafiał do coraz większej liczby ludzi, a to czyniło go ciekawszym pod względem komercyjnym. Jako pierwszy nowe możliwości w pełni wykorzystał Manchester United, który postanowił samodzielnie zajmować się całym merchandisingiem (był też drugim, po Tottenhamie, klubem, który wszedł na giełdę). Między 1993 a 1994 rokiem przychody Czerwonych Diabłów z działalności komercyjnej wzrosły o 180 procent, a w 1998 roku całkowite obroty klubu z Old Trafford przerosły łączne obroty Arsenalu i Liverpoolu13. Na tamtym etapie ManU był wart więcej niż drużyna New York Yankees i konsekwentnie okupował pierwsze miejsce w nowo utworzonym rankingu Deloitte Football Money League14.
Na równi z logo UEFA widoczne były oznaczenia jej sponsorów, takich jak Mastercard i Continental. Władze europejskiej piłki skopiowały model przyjęty przez FIFA, oparty na scentralizowanych umowach sprzedaży praw telewizyjnych oraz kontraktach sponsorskich na wyłączność z największymi firmami. Skala dochodów sprawiła, że w 1994 roku formuła Ligi Mistrzów ponownie się zmieniła. W pierwszej rundzie pojawiły się cztery grupy po cztery zespoły, ale już w 1997 roku doszło do kolejnego powiększenia liczby uczestników, a zarazem przełomu, ponieważ po raz pierwszy prawo gry w Lidze Mistrzów otrzymały zespoły z drugich miejsc w najlepszych ligach. To rozwiązanie stało w jawnej sprzeczności z nazwą rozgrywek, ale w żaden sposób nie zaszkodziło marce. Liga Mistrzów stała się wręcz jeszcze bardziej lukratywna - i tak oto rozpoczął się proces pogłębiania nierówności w europejskiej piłce. Dotychczas do futbolowych władz trafiała połowa nagród pieniężnych, ale z każdym kolejnym cyklem umów na sprzedaż praw transmisyjnych odsetek ten malał, ponieważ kluby w każdej chwili mogły sięgnąć po straszak w postaci utworzenia Superligi. Coraz więcej pieniędzy wypłacano za sam udział w rozgrywkach, co dodatkowo wzmocniło pozycję zespołów, które rywalizowały w nich regularnie.
Decyzja o organizacji najważniejszej imprezy piłkarskiej w ojczyźnie komercyjnej gospodarki została podjęta w najlepszym możliwym momencie. Finały mistrzostw świata w Stanach Zjednoczonych, które odbyły się w 1994 roku, dzisiaj uznaje się za czynnik o niedocenianym wpływie na zmiany zachodzące w futbolu. Problem polegał na tym, że na efekty trzeba było poczekać jakąś dekadę. To prawda, że władza skupia się w rękach klubów i wszystko, co ważne, dzieje się właśnie w piłce klubowej, lecz to kolejne edycje mundialu wyznaczają rytm cyklu ekonomicznego. Decydują o tym uwaga opinii publicznej, która skupia się na gospodarzach imprezy, oraz gigantyczne kontrakty na sprzedaż praw telewizyjnych. Amerykański turniej, podobnie jak mistrzostwa w Katarze w 2022 roku, miał jeszcze większe znaczenie. Ogłaszając decyzję o wyborze organizatora tej pierwszej imprezy, FIFA oświadczyła, że zależy jej "na dynamicznym rozwoju futbolu"15. Największy rynek na świecie mógł doświadczyć obsesji całej reszty globu na punkcie takich gwiazd europejskich klubów jak Roberto Baggio z Juventusu czy grający w Barcelonie Romário. Reprezentacja Włoch, która w finale musiała uznać wyższość Brazylijczyków, w dużej mierze bazowała na piłkarzach AC Milan.
Największe korzyści z tego procesu czerpała ojczyzna Berlusconiego, kraj pobudzony własnym mundialem sprzed czterech lat. Serie A była wówczas zdecydowanie najmocniejszą ligą na świecie. Jej atut stanowiła bogata kultura Włoch, również futbolowa, a także wielkie - i wówczas potężne - rody przemysłowe. Berlusconi stał na czele całej grupy bogaczy, do której należeli również Massimo Moratti, magnat stalowy i właściciel Interu, drugiego mediolańskiego klubu, a także rodzina Agnellich, rządząca Fiatem i Juventusem. W Parmie występowały wówczas takie gwiazdy jak Gianluigi Buffon i Hernán Crespo, których zarobki rosły dynamicznie dzięki pieniądzom od firmy spożywczej Parmalat, należącej do familii Tanzich. Przewaga finansowa sprawiła, że od sezonu 1988/89 do 1997/98 w finałach aż dziewięciu na dziesięć edycji Pucharu Europy i Ligi Mistrzów wystąpił jakiś włoski klub. Wydatki na futbol osiągnęły na Półwyspie Apenińskim taki poziom, że gdy w 1992 roku AC Milan poinformował o rekordowym zakupie Gianluigiego Lentiniego z Torino, papież Jan Paweł II określił kwotę tego transferu - 12 milionów funtów - jako "zniewagę dla godności pracy"16. W sumie trudno orzec, co robiło większe wrażenie: wspomniana suma czy fakt, że włoskie kluby mogły wówczas wystawiać tylko trzech graczy z zagranicy. Pamiętny skład ekipy Berlusconiego, w której brylowali Holendrzy Ruud Gullit, Marco van Basten i Frank Rijkaard, był znacznie mniej kosmopolityczny niż dzisiejszy zespół AFC Bournemouth.
W wielu krajach obowiązywały wewnętrzne ograniczenia dotyczące piłkarzy zagranicznych, UEFA obawiała się jednak wydrenowania rynku z zawodników i w związku z tym konsekwentnie trzymała się swego porozumienia z Komisją Europejską z 1991 roku17. Chodzi o słynną zasadę "trzy plus dwa", wedle której kluby europejskie mogły wystawiać w meczu do trzech graczy zagranicznych plus dwóch "zasymilowanych", czyli mieszkających w danym kraju od co najmniej pięciu lat. Reguła ta ostatecznie nie obowiązywała długo, ponieważ nadchodził bardzo ważny przełom. Ostatnie bastiony starego systemu transferowego zostały zburzone przez prawo wspólnotowe. W 1990 roku wygasł kontrakt Jean-Marca Bosmana z RFC Li?ge, ale zgodnie z obowiązującym wówczas prawem belgijski klub nadal mógł domagać się zapłaty za transfer zawodnika. Pomocnik chciał przenieść się do USL Dunkerque, ale francuski zespół nie chciał wydawać za niego tyle, ile oczekiwali Belgowie. Nie puszczali Bosmana, a jego zarobki spadły o 70 procent, ponieważ nie był przewidziany do gry w pierwszym zespole. Piłkarz zmagał się z tą frustrującą sytuacją przez trzy lata, aż w końcu w październiku 1993 roku jego sprawa trafiła do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Pozwanymi w niej były klub z Li?ge, belgijska federacja oraz UEFA.
Trybunał ocenił sytuację w kontekście praw przysługujących pracownikom, musiał zatem wydać orzeczenie korzystne dla piłkarza. Z perspektywy przepisów sportowych był to natomiast klasyczny przypadek niezamierzonego skutku - brak właściwej reakcji działaczy piłkarskich miał katastrofalny wpływ na równowagę konkurencyjną. Orzeczenie w sprawie Bosmana potwierdziło, że zawarta w traktacie z Maastricht zasada swobody przepływu pracowników w obrębie wspólnego unijnego rynku dotyczy również piłkarzy, więc ci po wygaśnięciu kontraktów mogą za darmo dołączyć do innej drużyny w granicach Unii Europejskiej. Przy okazji TSUE wypowiedział się w kwestii ograniczania liczby zagranicznych graczy, jakich mogą zatrudnić kluby, i UEFA musiała te przepisy uchylić18. Obecnie zarówno osoby zajmujące się prawem wspólnotowym, jak i specjaliści od futbolu podkreślają z żalem, że "nikt nie przewidział, jak wielkie przyniesie to zmiany". Rick Parry, pierwszy dyrektor generalny Premier League, mówi w tym kontekście o "absolutnym punkcie zwrotnym" w historii piłki nożnej. Orzeczenie w sprawie Bosmana sprawiło, że powstał niemal całkowicie otwarty rynek pracy - otwarty w stopniu nawet większym niż międzynarodowy system bankowy - a do tego w branży, w której stopniowo osłabiano wszelkie bezpieczniki finansowe. Jakby tego było mało, zbiegło się to w czasie z napływem do futbolu nowych pieniędzy. Sport ten zmierzał w bardzo konkretnym kierunku i miał zacząć błyskawicznie się zmieniać. Jeszcze w 2024 roku na zebraniu kierownictwa UEFA jeden z jej wysoko postawionych działaczy narzekał, że przez Bosmana "Europa stała się nie do ogarnięcia".
Cała sprawa może być frustrująca dla kibiców, zwłaszcza że nawet pod koniec lat 90. różnice ekonomiczne nie były jeszcze tak wielkie. W 1995 roku, gdy TSUE wydawał wspomniane orzeczenie, Ligę Mistrzów wygrał Ajax, mistrzami Anglii byli piłkarze Blackburn Rovers, a we Francji po tytuł sięgnęło Nantes. Bayern Monachium zajął wówczas dopiero szóste miejsce w Bundeslidze. Bosman tę równowagę zburzył. Dziś podnosi się argument, że gdyby wówczas wprowadzono przepisy na wzór obecnego Finansowego Fair Play UEFA (Financial Fair Play, FFP), sytuacja byłaby obecnie znacznie korzystniejsza - wtedy posłużyłyby zachowaniu równowagi konkurencyjnej, dziś zaś betonują finansową przewagę małej grupy klubów.
Tak się składa, że już pierwszy transfer, który stał się możliwy dzięki orzeczeniu w sprawie Bosmana, okazał się proroczy. W jego ramach Edgar Davids przeniósł się z Ajaxu do Milanu, czyli do klubu pokonanego przez holenderski zespół w finale Ligi Mistrzów 1994/95. Pomocnik był jednym z sześciu uczestników tamtego meczu, którzy w ciągu roku opuścili amsterdamski klub. Trzy lata później w stolicy Holandii nie było już żadnego triumfatora. Następna drużyna spoza pięciu największych lig, której udało się wygrać Ligę Mistrzów, doświadczyła jeszcze szybszego drenażu zawodników. W kilka tygodni po zwycięstwie 3:0 z Monaco w finale edycji 2003/04 FC Porto straciło pięciu piłkarzy oraz charyzmatycznego trenera José Mourinho. Kolejnych 6 z 14 graczy, którzy wybiegli na boisko tamtego majowego wieczoru, miało odejść w ciągu roku. W porównaniu z odejściami z Ajaxu po 1995 roku zawodnicy dwukrotnie szybciej opuszczali portugalski klub po triumfie w Lidzie Mistrzów - amsterdamskie gwiazdy biegały po holenderskich boiskach średnio jeszcze przez dwa lata, a dekadę później do rewolucji w Porto doszło w ciągu roku od historycznego wyczynu.
Orzeczenie w sprawie Bosmana sprawiło również, że płacowy wyścig zbrojeń ruszył na dobre. Cały system został ukierunkowany na koncentrację, co musiało odbić się na całym środowisku piłkarskim. "To globalna elita ciągnie resztę w górę - wyjaśnia Mark Palios. - Jako że nie było żadnych ograniczników, pomiędzy elitą a dołami pojawiła się luka, która zaczęła zamieniać się w przepaść". Alan Sugar, prezes i współwłaściciel Tottenhamu w latach 1991-2001, często sięgał po barwniejszą analogię. Opisując zjawisko, w ramach którego zdecydowana większość pieniędzy trafiających do futbolu natychmiast ten sport opuszcza i ląduje w kieszeniach zawodników, chętnie mówił o "efekcie przeczyszczającym". W całej epoce Ligi Mistrzów gracze zagarniali dla siebie regularnie 60-70 procent całości wpływów.
To właśnie na skutek tej dynamiki, wynikającej z ambicji leżącej u podstaw futbolu, w ogóle konieczne było wprowadzenie FFP. Zbyt wielu klubom groziło bankructwo tylko dlatego, że starały się nadążyć za ogólnym trendem, a gdy upadały, sporo pracowników w ogóle nie dostawało wynagrodzeń. Słynnymi przykładami klubów, które przesadziły z wydatkami, byli półfinalista i finalista Ligi Mistrzów w sezonie 2000/01 - odpowiednio Leeds United i Valencia CF. Pierwsze sygnały ostrzegawcze pojawiły się jednak już w latach 80. w postaci kryzysu finansowego, który zmienił oblicze hiszpańskiej piłki i okazał się tak dotkliwy, że konieczna była interwencja rządu19. Większość tamtejszych klubów miała trudności ze spłatą zaciągniętych długów, więc zostały przekształcone ze stowarzyszeń sportowych w spółki. Tylko czterem z nich pozwolono pozostać organizacjami należącymi do członków. Były to instytucje głębiej zakorzenione w kulturze swoich regionów: Osasuna, Athletic Bilbao, Barcelona i Real Madryt. Ostatecznie nawet ten element społeczny miał zostać wykorzystany komercyjnie, do celów brandingowych, zwłaszcza przez dwa ostatnie z tych klubów.
Orzeczenie w sprawie Bosmana sprawiło również, że jeszcze bardziej wzrosła rola rosnących stawek w umowach na sprzedaż praw telewizyjnych. Po prostu pieniądze były powiązane z najlepszymi piłkarzami. Krajowe rynki takich klubów jak Ajax, Porto czy Glasgow Rangers stały się za małe, przy czym warto zwrócić uwagę, że właśnie o takie realia zabiegali właściciele tej ostatniej drużyny. W futbolu zastanawiająco często powraca motyw fundowania sobie kłopotów na własne życzenie. Wysuniętą przez Campbella Ogilviego pierwotną propozycję modelu organizacji Ligi Mistrzów UEFA przyjęła dopiero w sezonie 1999/2000 - utworzono wtedy osiem grup, w których rywalizowały łącznie 32 zespoły. Podstawowa różnica w stosunku do koncepcji szkockiego działacza polegała na tym, że prawo gry w tych rozgrywkach dostały po cztery najwyżej sklasyfikowane kluby z najlepszych lig, czyli w praktyce najzamożniejsze. Stało się tak na skutek presji wywieranej przez utworzoną w 1998 roku grupę G14, która zaczęła przygotowywać konkretne plany odłączenia się od europejskiej federacji i utworzenia Superligi. Była to jak dotąd najpoważniejsza groźba - w ramach grupy Media Partners rozpoczęto nawet analizę możliwości organizowania zamkniętych rozgrywek.
"Od tamtej pory ten straszak nieustannie wisi nam nad głowami, nawet jeżeli nikt głośno o tym nie mówi" - komentuje pewien działacz uczestniczący w tego rodzaju negocjacjach. Częstokroć zdarzało się, że pracownicy UEFA w prywatnych, wewnętrznych rozmowach oceniali reformy jako niekorzystne dla futbolu, mieli jednak świadomość, że jeśli utracą największe kluby, dojdzie do podziału całej dyscypliny, a pieniądze pójdą za największymi. Takie uzasadnienie stoi za wszystkimi podejmowanymi przez piłkarskich włodarzy decyzjami, więc zrodził się z tego kolejny zamknięty krąg. Największe kluby podnosiły argument, że to dzięki nim w futbolu pojawiły się pieniądze, problemem było natomiast coś innego - ewolucja struktur ekonomicznych, które zmieniały się w taki sposób, że zwiększały potencjał dochodowy tych samych, czołowych organizacji. Należy odnotować, że jakiś opór przeciwko temu projektowi się pojawił. Gdy Peter Kenyon, dyrektor generalny Manchesteru United w latach 1997-2003, podczas jednego ze spotkań wspomniał o Superlidze, nadział się na zdecydowaną ripostę Kena Batesa, ówczesnego prezesa Chelsea: "Wiesz co, Peter? Weź wypieprzaj z Premier League!"20.
Choć dzięki tym wszystkim zmianom największą potęgę miała osiągnąć właśnie Premier League, to opisywane tu siły krystalizowały się poza nią. Berlusconiego w roli najważniejszego wizjonera futbolu zastąpił Florentino Pérez, co nie oznacza, że jego koncepcja miała być korzystna dla tego sportu. Zwycięstwo tego przedsiębiorcy w wyborach na prezesa madryckiego klubu w 2000 roku to kolejny z punktów zwrotnych w historii piłki nożnej. Kandydat na najważniejsze stanowisko w Realu oparł kampanię na ryzykownej obietnicy ściągnięcia z Barcelony Luísa Figo - deklarował, że jeśli nie zdoła tego dokonać, opłaci roczne składki wszystkim członkom klubu. Już sama ta propozycja była zdumiewająca, stanowiła jednak element znacznie szerszej strategii, która miała bazować na widowisku. Pérez przygotował nawet chwytliwą nazwę, niemalże dorównującą marce "Real Madryt": los Galácticos. Chodziło o wyniesienie zespołu w stratosferę, przydanie mu blasku przez prawdziwe gwiazdy, zbudowanie produktu idealnie dopasowanego do potrzeb zglobalizowanego świata.
Początkowo Pérez sięgnął jednak po lokalne narzędzia. Podjęto kontrowersyjną decyzję o sprzedaży boisk treningowych Realu miastu Madryt, by z uzyskanych w ten sposób pieniędzy spłacić spore długi klubu21. Później jego prezesowi przez wiele lat zarzucano, że ta i podobne transakcje stanowią formę niedopuszczalnej pomocy publicznej22. W takich okolicznościach powstał "Dwór Péreza", jak ujął to jeden z europejskich działaczy. Szef madryckiego klubu wybiegał jednak myślami znacznie dalej. Jako że w tamtym momencie Manchester United był już spółką giełdową, hiszpański biznesmen przeglądał sprawozdania finansowe Czerwonych Diabłów niczym piłkarski skaut23. Od razu zwrócił uwagę na fakt, że Manchesterczycy dzielili uzyskiwane pieniądze na trzy kategorie: dochód ze sprzedaży praw do transmisji, dochód ze stadionu i dochód z umów komercyjnych. Zdaniem prezesa Realu należało iść jeszcze dalej24. Sir Alex Ferguson wykorzystywał sukces drużyny do kupowania lepszych piłkarzy, by móc sięgać po kolejne trofea. Pérez natomiast uważał, że to sami gracze powinni być głównym motorem napędowym działalności klubu - mieli być gwiazdami, które wszyscy chcieliby oglądać. Ta wizja wykraczała dalece poza widowisko telewizyjne Berlusconiego: prezes Realu Madryt chciał wejść na duży ekran, a działacze Królewskich zaczęli myśleć o klubie w kategoriach studia filmowego, bo właśnie z tą branżą pragnęli rywalizować.
"Disney tworzy treści i my tworzymy treści" - mówił w tamtym okresie José Ángel Sánchez, dyrektor ds. marketingu Realu25. Właśnie dlatego rekordowo wysokie kwoty transferów stanowiły jeden z elementów strategii brandingowej klubu. Sumy te działały podobnie jak dane, ile zarobił film. Największe hity trzeba przecież zobaczyć, więc oglądanie Realu Madryt też stawało się niejako koniecznością. Letnie prezentacje kolejnych Galácticos - Zinédine'a Zidane'a (2001), Ronaldo (2002), Davida Beckhama (2003) - przypominały niemal premiery filmowe. Tak oto udało się stworzyć kolejny "cnotliwy cykl", przynajmniej na jakiś czas. Licząc od pierwszego sezonu Figo (2000/01) do pierwszej kampanii z Beckhamem w składzie (2003/04), przychody Realu wzrosły ze 138,2 miliona do 236 milionów euro. Rok później Królewscy jako pierwsi zdetronizowali Manchester United na czele rankingu Deloitte Football Money League - to wydarzenie fetowano niemal jak triumf w Lidze Mistrzów. Kluczowym czynnikiem całej operacji była sława Beckhama, i to mimo faktu, że z czysto piłkarskiego punktu widzenia w tamtym Realu nie bardzo było dla niego miejsce.
Opisywanym zmianom znów przysłużyły się czynniki zewnętrzne. W 1993 roku hiszpański sąd orzekł, że La Liga nie będzie mogła sprzedawać praw transmisyjnych w takim samym modelu jak Premier League, czyli jako jeden podmiot. Tym samym kluby mogły dysponować nimi indywidualnie, co przyniosło niezamierzony efekt w postaci zabicia konkurencji, którą wspomniany wyrok miał chronić. Przez 14 lat - do orzeczenia TSUE z 2007 roku - Real i Barcelona zagarniały niemal całość dochodów z praw telewizyjnych. W pewnym momencie było to nawet 90 procent ich wartości. Tak oto powstał piłkarski duopol, w ramach którego oba kluby rok w rok gromadziły w lidze powyżej 90 punktów.
Pérez powiedziałby, że dokładnie tak powinno być, inni jednak nazywają tamten okres "straconą dekadą" La Liga. W tym samym czasie przyspieszał rozwój technologiczny, upowszechniał się internet, więc prezes Królewskich raczył wszystkich opowieściami, jak to "technologia działa na naszą korzyść"26. Pod koniec 2005 roku reklama Nike z udziałem grającego wówczas w Barcelonie Ronaldinho została pierwszym filmem w serwisie YouTube z milionem wyświetleń. Natychmiast pojawiło się przekonanie, że wszystko się zmieni. Wielkość danego klubu ograniczało początkowo to, ilu ludzi pomieści stadion, potem barierą stały się rozmiary rynku telewizyjnego. Teraz - podobnie jak w przypadku globalnego systemu transferowego - potencjalnie znikały wszelkie restrykcje.
Uświadomili to sobie amerykańscy biznesmeni, którzy już wcześniej odnotowali efekty zorganizowanego w ich kraju mundialu. Dla miliarderów pokroju Malcolma Glazera kluby sportowe były również spółkami medialnymi - kojarzyły im się z "ekskluzywnym marketingiem". W efekcie dostrzegli olbrzymi potencjał finansowy w Manchesterze United. W tamtym okresie znane były już przykłady klubów, których przychody wzrosły o 10-25 procent, "czyli znacznie wyraźniej niż w większości innych branż", jak stwierdził Ferran Soriano, dyrektor generalny Manchesteru City27. W 2005 roku Glazerowie postanowili w bardzo sztampowo kapitalistyczny sposób przejąć Manchester United - jedna z największych instytucji europejskiego futbolu zmieniła właściciela w ramach wykupu lewarowanego. To cyniczny mechanizm finansowy spopularyzowany w okresie deregulacji w latach 80., w dużej mierze sprowadzający się do wzięcia kredytu pod zastaw sukcesu spółki. Glazerowie do wykupienia klubu z Old Trafford potrzebowali 790 milionów funtów, z czego 525 milionów pożyczyli - w większości pod zastaw przyszłych dochodów Czerwonych Diabłów.
To kolejny obszar, w którym brak regulacji wpłynął na zmianę oblicza futbolu. Premier League, kierowana wówczas przez dyrektora generalnego Richarda Scudamore'a, określała samą siebie jako "neutralną w kwestii modelu własności". Wszelkie inwestycje uważano za korzystne dla marki, o ile pieniądze pochodziły od osoby niekaranej - był to w zasadzie jedyny wymóg słynnego przepisu, zgodnie z którym kluby mogły być kupowane jedynie przez "osoby godne". Nikt się szczególnie nie zastanawiał, jakie konsekwencje to wszystko może zrodzić w przyszłości. Glazerowie natomiast dokładnie wiedzieli, czym dysponują. Avram i Joel, synowie Malcolma Glazera, wielokrotnie nazywali Manchester United "najmocniejszą marką sportową na świecie". Ruszył kolejny wyścig zbrojeń, wszystkie duże kluby zaczęły zabiegać o korzystne umowy komercyjne na całym świecie. Na tym etapie Real był kojarzony z markami europejskimi, takimi jak Siemens, ponieważ gospodarkę Starego Kontynentu napędzały wówczas Niemcy. Najpotężniejszy gracz w tym kraju, Bayern Monachium, miał wkrótce zadecydować o wydzieleniu piłkarskiej sekcji swojego klubu w formie spółki prawa handlowego, by móc nawiązywać strategiczną współpracę z wybranymi dużymi firmami, takimi jak Adidas i Audi. Horyzonty Bawarczyków niedługo miały się poszerzyć.
W Bundeslidze obowiązywał scentralizowany model sprzedaży praw telewizyjnych, więc monachijski klub nie mógł samodzielnie negocjować warunków tych umów, jak robiły to największe tuzy w Hiszpanii i we Włoszech. Mimo wszystko wyszło później na jaw, że Bayern dostawał od firmy Leo Kircha tajne przelewy w zamian za pozostawanie w tym systemie. Tak czy owak, obowiązujące w niemieckiej piłce regulacje służyły Monachijczykom. Bundesliga od dawna była wychwalana za zasadę 50 + 1, wedle której członkowie klubów mają 50 procent głosów plus jeden dodatkowy na walnym zgromadzeniu, co dawało im gwarancję większościowej kontroli nad losami organizacji. Jeżeli chodzi jednak o realia sportowe, to bardziej społeczne podejście ograniczało Bayernowi możliwości działania na rynkach globalnych. Liga Mistrzów była już wówczas pokazywana w ponad 200 krajach świata, a UEFA zaczynała wypłacać jej uczestnikom nagrody pieniężne liczone w miliardach euro. W latach 2003-2012 45 procent tych środków trafiło do zaledwie 12 klubów28.
Grupa ta rozwijała się w takim tempie, że zaczęła kanibalizować pozostałą część futbolu. Globalna piramida piłkarska z idealistycznych założeń FIFA zamieniała się w stromy szczyt, za którym czaiła się przepaść. Pierwszym przykładem potwierdzającym ten smutny fakt okazała się liga irlandzka. Mniej więcej do lat 60. XX wieku na jej mecze przychodziło względnie dużo kibiców. Następnie BBC zaczęła emitować program Match of the Day ze skrótami spotkań ligi angielskiej, a wówczas irlandzcy fani prawie zapomnieli o swoich stadionach. Zaczęli jeździć na mecze Manchesteru United czy Liverpoolu, rozpoczynając nowy trend, który miał się rozlać na cały świat. Tak tworzyła się nowa kultura piłki nożnej. W Azji, Afryce, Europie, a nawet w Ameryce Południowej kibice zaczynali bardziej interesować się największymi drużynami niż zespołami ze swoich okolic. Zjawisko to nie ominęło nawet Hiszpanii, gdzie ogólnokrajowe badania przeprowadzone w 2001 roku wykazały, że Real Madryt nie był najpopularniejszym klubem jedynie w trzech miastach29. Były to oczywiście Barcelona oraz baskijskie Bilbao i San Sebastián. Niektórzy działacze piłkarscy uważają, że obecnie najpopularniejszymi meczami w Afryce są starcia Manchesteru United z Chelsea.
Liga Mistrzów przyczyniła się do wzrostu tych "kominów dochodowych", i to nie tylko z powodu swej wszechobecności. Przyznawane tam nagrody pieniężne doprowadziły do pojawienia się lig krajowych, w których liczy się tylko jeden zespół - z punktu widzenia sprzedaży praw telewizyjnych to katastrofa. Doszło do sytuacji, że takie rozgrywki jak łotewska Virsl?ga musiały zacząć płacić stacjom telewizyjnym za pokazywanie meczów. Okazało się to tym bardziej rujnujące dla kondycji futbolu, że wedle badań korelacja między wydatkami na zarobki piłkarzy a miejscami zajmowanymi w lidze sięga 90 procent30. Innymi słowy, sukces można sobie po prostu kupić, co sprzyja oczywiście umacnianiu płacowego wyścigu zbrojeń. Największe kluby chciały wydawać więcej pieniędzy, więc naturalnie były mniej skłonne dzielić się nimi z zespołami z niższych poziomów piramidy. Zaczęło się ograniczanie "janosikowego" z UEFA, czyli kwot dzielonych między kluby niebiorące udziału w Lidze Mistrzów. Już wtedy traktowano resztę klubowej piłki po macoszemu. Martin Edwards jeszcze w 1985 roku wypowiedział pamiętne słowa, że "mniejsze kluby [...] należałoby uśpić"31. Później Ferran Soriano opowiedział historię z czasów swojej pracy w Barcelonie, kiedy to pewien amerykański menedżer ze świata sportu przekonywał go, że Katalończycy powinni w większym stopniu dzielić się dochodami z takimi klubami jak Villarreal, ponieważ przysłuży się to ich interesom komercyjnym: "Słuchałem go, ale trudno było mi w ogóle myśleć o maksymalizacji jakichkolwiek dochodów, ponieważ wtedy interesowało mnie tylko jedno: FC Barcelona miała wygrywać wszystkie mecze, wygrywać zawsze. Co mnie obchodziły jakieś "całościowe wpływy z turnieju" czy inne takie koncepcje?"32. Smutna prawda jest taka, że w ujęciu historycznym rozwój piłki nożnej nigdy nie opierał się wyłącznie na "wielkich" klubach. Jedną z najwspanialszych cech futbolu była jego żywiołowość. Obecnie gros fanów zaczęły przyciągać superkluby, wcześniej jednak piłka zachwycała wielością i różnorodnością. Wyobraźnię kibiców porywały liczne drużyny, których dzisiaj nikt nie zaliczy do komercyjnych gigantów. Nie trzeba cofać się dalej niż do czasów Benfiki Eusébio czy Celticu Jocka Steina. W innych okresach wszyscy interesowali się AS Saint-Étienne i Dinamem Tbilisi - oba te kluby toczyły przecież elektryzujące pojedynki z Liverpoolem.
Santos Pelégo, Flamengo Zico oraz Boca Juniors Juana Romána Riquelme ogrywały mistrzów Europy w dawnym Pucharze Interkontynentalnym, potwierdzając status Ameryki Południowej jako ojczyzny futbolu wyższej jakości niż ten europejski. Dzisiaj tamtejsze największe talenty bardzo wcześnie wyjeżdżają do Europy, większość jeszcze jako nastolatki. Kontynent ten stał się piłkarskim eksporterem, w porównaniu ze Starym Kontynentem kurcząc się dziesięciokrotnie. Wciąż obecna jest tam wielka pasja do piłki nożnej, tylko sama dyscyplina się nie rozwija. Nawet liga argentyńska składa się z graczy nie dość dobrych, by dało się ich sprzedać za granicę, oraz powracających weteranów. Pewien naukowiec przyrównał tamtejszy rynek transferowy do rynku kawy, ponieważ na obu obszarach zamożne kraje zarabiają bardzo dużo na "przetwarzaniu surowca", a nie na jego produkcji33.
Javier Tebas mówi w tym kontekście o "problemie etycznym", ponieważ "krok po kroku powoduje to utratę konkurencyjności". Liga Mistrzów stała się w dużej mierze przewidywalna, ponieważ najzamożniejsze kluby zbudowały sobie liczniejsze i lepsze składy. Miały również wspiąć się dzięki temu na nowe szczyty, bo koncentracja talentu musiała przełożyć się na koncentrację sukcesów. Niesamowity wyczyn Barcelony w postaci zdobycia potrójnej korony w rozgrywkach 2008/09 - wtedy to po raz pierwszy hiszpański klub w tym samym sezonie triumfował w La Liga, Pucharze Króla i Lidze Mistrzów - był jednocześnie początkiem całej serii podobnych sukcesów najlepszych drużyn. Rzeczy niegdyś uznawane za niemożliwe zdarzały się teraz niemal co sezon. W latach 2008-2024 byliśmy świadkami 11 potrójnych koron w pięciu największych ligach****** - wcześniej w tych samych rozgrywkach udało się to osiągnąć tylko raz (dokonał tego Manchester United w sezonie 1998/99). Największe marki przestały być tylko klubami piłkarskimi czy "dostawcami rozrywki", jak chcieli ich pracownicy odpowiedzialni za kwestie komercyjne i poszukujący globalnych sponsorów - stały się superklubami.
Taka skala działalności miała szybko wprowadzić futbol w nową erę. Te same kluby nie mogły już okiełznać tej zmiany, paradoksalnie właśnie dlatego, że swoimi mackami objęły cały świat. Stan Kroenke, późniejszy właściciel Arsenalu, zauważył to podczas wyjazdu biznesowego do Hongkongu. "Podchodzę do straganu z prasą na nabrzeżu, biorę do ręki jakiś magazyn, a tam piszą głównie o angielskiej Premier League - mówił w wywiadzie dla "Sports Illustrated". - Wydaje się, że warto przyjrzeć się temu bliżej"34.
Takie same przemyślenia w 2003 roku miał człowiek jeszcze zamożniejszy i jeszcze bardziej skryty. Roman Abramowicz rzekomo do tego stopnia zafascynował się zwycięstwem 3:1 Realu Madryt z Manchesterem United w pierwszym ćwierćfinałowym starciu Ligi Mistrzów w sezonie 2002/03, że rewanżowe spotkanie chciał obejrzeć już z trybun. Za organizację tej eskapady miał odpowiadać Pini Zahavi, wkrótce jednak rosyjski oligarcha dał agentowi piłkarskiemu poważniejsze zadanie. Wygrany 4:3 przez Czerwone Diabły rewanż, w którym hat tricka ustrzelił Ronaldo Il Fenomeno, tak zachwycił Abramowicza, że postanowił kupić sobie klub piłkarski. Tak przynajmniej wygląda wersja oficjalna tej historii, która przy okazji świetnie podsumowuje tamte czasy - starcie dwóch największych ówcześnie klubów sprawiło, że do gry włączyli się jeszcze potężniejsi ludzie.
Wówczas Manchester United nie był na sprzedaż, a Real Madryt i FC Barcelona należały do socios, więc były przed takimi zakusami chronione. Dostępna była natomiast Chelsea - kolejny klub, który przesadził z wydatkami i potrzebował ratunku. Później w środowisku piłkarskim wybuchła dyskusja, czy przejęcie The Blues przez Abramowicza było przejawem sportswashingu. Bezsporny jest natomiast fakt, że owa transakcja przeobraziła futbol w kontekście zarówno własności klubów, jak i zależności między piłką nożną a pieniędzmi. Wydarzyła się rzecz do tej pory niespotykana - w dynamicznie rozwijającej się Premier League nie pojawiali się dotąd właściciele, którzy nie byliby Brytyjczykami albo przynajmniej nie mieszkali na Wyspach, a co dopiero mówić o kimś tak tajemniczym i pochodzącym z tak odległego świata jak rosyjski biznesmen. W Chelsea zainwestował ktoś, kto działał z prawdziwie globalnym rozmachem i dysponował bezprecedensowo dużymi środkami. To był pierwszy wielki wstrząs w świecie futbolu - Abramowicz bezzwłocznie wpompował w klub kilkaset milionów funtów, a pieniądze pochodziły spoza tego sportu. W jednej chwili zarobki graczy i kwoty transferów gwałtownie wzrosły. Nagle radykalnie zwiększył się próg finansowy niezbędny do rywalizowania na najwyższym poziomie. "Po raz pierwszy pojawiły się olbrzymie wydatki bez oglądania się na takie kwestie jak zyski czy straty" - uważa Rick Parry. Owszem, znane rodziny działające w Premier League, jak Hill-Woodowie w Arsenalu czy Mooresowie w Liverpoolu, posiadały spore fortuny, "ale nie były oligarchami".
Do tego właśnie doprowadził futbol - sam siebie uczynił atrakcyjnym celem przejęcia. Słowo "oligarcha" pochodzi od greckiego oligarkh?s, co oznacza "rządy nielicznych". Dzisiaj służy ono jako określenie grupy bajecznie bogatych ludzi, którzy dysponują potężną władzą dzięki szybko rosnącemu majątkowi i politycznym koneksjom35. Najczęściej termin ten kojarzy się z Rosją, ponieważ po upadku żelaznej kurtyny wyłoniło się tam wiele takich postaci. Nowo zyskana rzekoma wolność od śmiercionośnego komunizmu dla wielu cynicznych graczy oznaczała swobodę zagrabiania olbrzymich majątków z nieregulowanych zasobów oraz sprzedaży aktywów państwowych.
Okres ten, którego symbolem jest upadek muru berlińskiego, fetuje się dziś jako triumf wolnorynkowego kapitalizmu i liberalnej demokracji - tych samych sił, które w latach 80. zaczęły wywoływać przemiany w futbolu. Słynne słowa Francisa Fukuyamy o "końcu historii" są już dzisiaj wyświechtanym frazesem, wtedy jednak wielu szczerze uważało, że ówczesny porządek ekonomiczno-polityczny będzie już zawsze kształtował obraz świata.
Problem w tym, że świat miał się rozwijać w tym samym kierunku co futbol - nierówności stanowiące nieodłączny element tego systemu musiały doprowadzić do podziałów ekonomicznych, a z czasem do głębokich pęknięć. W piłce nożnej działo się to oczywiście na jeszcze większą skalę, przyjęty w niej model należałoby nazwać hiperkapitalizmem. Do opisania nowego oblicza tego sportu można by wykorzystać jeden z pierwszych ustępów Kapitału w XXI wieku Thomasa Piketty'ego: "Kiedy wskaźnik rentowności kapitału przewyższa w sposób trwały stopę wzrostu produkcji i dochodu, jak działo się to do XIX wieku i może stać się normą w wieku XXI, kapitalizm automatycznie tworzy arbitralne nierówności nie do zniesienia, stawiając pod znakiem zapytania podstawowe wartości, na jakich opierają się nasze demokratyczne społeczeństwa"36.
W szerszym świecie wypadki te doprowadziły do kryzysu finansowego z 2008 roku. Upadały banki, które trzeba było nacjonalizować, ale futbolowa elita trzymała się całkiem nieźle. Przychody Premier League w 2008 roku wzrosły o 20 procent i o 9 procent rok później37, nawet jednak w tym gronie wybrańców pojedyncze kluby zaczynały mierzyć się z trudnościami. Zwiększyła się liczba przejęć, w szczególności przez właścicieli ze Stanów. Do gry znów wchodziły różne siły.
Gospodarki zachodnie zwróciły się po niemal nieograniczone środki z państwowych funduszy inwestycyjnych krajów znad Zatoki Perskiej, gotowych i chcących inwestować w Europie w ramach swoich programów dywersyfikacji ekonomicznej. Abu Zabi, Katar i Dubaj prawie z dnia na dzień stały się nowymi centrami globalnej gospodarki. "Brytyjskie władze niemal z wyciągniętą ręką udawały się do krajów Zatoki, szukając inwestycyjnego zastrzyku gotówki z tamtejszych funduszy publicznych, by ratować nasz system bankowy" - wyjaśnia Christopher Davidson, brytyjski specjalista od Bliskiego Wschodu.
Mniej więcej w tym samym czasie Gordon Brown, premier Wielkiej Brytanii, oraz Peter Mandelson, tamtejszy minister biznesu, spotkali się na prywatnej kolacji z ówczesnym emirem Kataru, Hamadem bin Chalifą al Sanim, oraz premierem tego kraju, Hamadem bin Dżasimem bin Dżabrem al Sanim. Gdy przy stole wywiązała się już uprzejma rozmowa, z brytyjskich ust padło niezobowiązujące pytanie: "A nie myśleliście o kupnie klubu piłkarskiego?".
* Sytuacja zmieniła się w 2025 roku, kiedy PSG pokonało w finale LM Inter Mediolan 5:0 (wszystkie przypisy pod tekstem pochodzą od redakcji).
** Sir Frederick Albert Millichip (1914-2002) - przewodniczący FA w latach 80. i 90.
*** Lennart Johansson (1929-2019) - szwedzki działacz sportowy, prezydent UEFA w latach 1990-2007.
**** Gerhard Aigner (1943-2024) - niemiecki były piłkarz, sędzia i działacz sportowy, w latach 1989-2003 sekretarz generalny (od 1999 roku dyrektor wykonawczy) UEFA.
***** Tapie w latach 1989-1996 był posłem do francuskiego Zgromadzenia Narodowego (pełnił też funkcję ministra ds. miast), a między 1994 a 1997 rokiem zasiadał w Parlamencie Europejskim.
****** Autor ma na myśli zarówno potrójne korony krajowe, jak i międzynarodowe, czyli licząc z triumfem w Lidze Mistrzów.