Brud - Bartosz Kurek

-
Proszę czekać

PRO­LOG

SOFIA POŁOWA LAT 80.

Szyb­kie kroki odbi­jały się echem od ścian kamie­nic. Ulica 3 Marca w Sofii była kom­plet­nie pusta. Igor ucie­kał, z tru­dem łapiąc oddech. Pró­bo­wał w mroku dostrzec oblo­dzone frag­menty chod­nika. Syl­we­strowy mróz ści­skał sto­licę Buł­ga­rii, a służby miej­skie nie wszę­dzie dotarły z pia­skiem i solą. Męż­czy­zna, który go gonił, nie odpusz­czał. W pra­wej dłoni trzy­mał pisto­let i tylko cze­kał na moment, by oddać jeden czy­sty strzał.

Igor skrę­cił w ulicę Spra­wie­dli­wo­ści i zoba­czył oświe­tloną bramę kamie­nicy. W gło­wie zabły­snął mu pro­myk nadziei. Minął kilka zasp, pod któ­rymi kryły się zapar­ko­wane przy chod­niku samo­chody, i prze­biegł na drugą stronę ulicy. Ści­ga­jący go męż­czy­zna wyło­nił się zza rogu. Rzut oka wystar­czył mu, żeby zro­zu­mieć zamiary Igora. Uniósł pisto­let z tłu­mi­kiem i bły­ska­wicz­nie zło­żył się do strzału. Pocią­gnął za spust dokład­nie w chwili, gdy chło­pak naci­skał na klamkę.

Igor poczuł szarp­nię­cie w ple­cach, ale adre­na­lina zro­biła swoje. Żad­nego bólu. Wsko­czył w bramę. Dopadł drzwi miesz­ka­nia na par­te­rze i gwał­tow­nie je otwo­rzył. Po chwili usły­szał jakiś ruch. Ktoś wyszedł z pokoju.

- Nie zapa­laj świa­tła, ubie­raj się szybko i ucie­kaj przez okno - roz­ka­zał szep­tem.

- Ale jak to...? - odpo­wie­dział mu prze­ra­żony kobiecy głos.

- W restau­ra­cji wybu­chła bomba. Ktoś mnie goni! Nie trać czasu! - szep­nął z wysił­kiem Igor i poczuł, że ugi­nają się pod nim nogi. Ból prze­szy­wa­jący plecy dopiero teraz dał o sobie znać.

- Co ci się stało? Jesteś ranny?

- Wynoś się - wysy­czał. - Ubie­raj się i zwie­waj.

- A ty?

- Bła­gam cię, ucie­kaj! - powie­dział i dotknął ramie­nia kobiety. Anna Maria w biegu narzu­ciła na sie­bie futro, zła­pała czapkę i ręka­wiczki. Zatrzy­mała się na sekundę w drzwiach do kuchni.

- Igor...

- Ucie­kaj!

Otwo­rzyła okno, weszła na blat i prze­ło­żyła nogi przez para­pet.

Igo­rowi doku­czał coraz więk­szy ból, ale nie prze­sta­wał prze­su­wać dłońmi po boaze­rii w przed­po­koju. W końcu jedna z desek ustą­piła pod naci­skiem ręki. Wycią­gnął rewol­wer ze skrytki. Osu­nął się na pod­łogę i oparł o ścianę. Był gotów.

* * *

Męż­czy­zna przy­sta­nął, wyj­rzał zza rogu budynku i pod­niósł futrzany koł­nierz. Mróz sta­wał się coraz tęż­szy. Upew­nił się, że nie jest obser­wo­wany, szybko prze­szedł na drugą stronę ulicy i znik­nął w ciem­nej bra­mie. Ni­gdzie nie dostrzegł śla­dów krwi, choć był pewien, że tra­fił. Zawsze tra­fiał. Powoli zaczął wcho­dzić po scho­dach. W jed­nym z miesz­kań na par­te­rze usły­szał jakiś dźwięk. Cof­nął się bez­sze­lest­nie z pisto­le­tem w dłoni goto­wym do strzału.

Ostroż­nie naci­snął klamkę. Na pod­ło­dze w przed­po­koju ktoś leżał, ale w ciem­nym pomiesz­cze­niu nie był w sta­nie dostrzec twa­rzy. Pod­szedł bli­żej i roz­po­znał chło­paka. Ten żył jesz­cze, choć oddy­chał coraz szyb­ciej i gło­śniej. W bez­wład­nej dłoni trzy­mał rewol­wer. Męż­czy­zna bez zasta­no­wie­nia wymie­rzył i strze­lił mu w głowę. Nagły skurcz wstrzą­snął cia­łem Igora. Mor­derca stał przez chwilę w bez­ru­chu nad zwło­kami. W miesz­ka­niu było cicho, ale coś przy­kuło jego uwagę. Na twa­rzy poczuł chłodny powiew.

Pomy­ślał, że gdzieś musi być otwarte okno. Prze­szedł nad cia­łem i uchy­lał ostroż­nie drzwi do kolej­nych pomiesz­czeń. Pokoje wyda­wały się puste. Wszedł do kuchni. Jedno skrzy­dło okna było otwarte, prze­ciąg wydy­mał zasłonę. Zabójca pod­szedł i otwo­rzył okno na oścież. Stał w nim przez moment i obser­wo­wał oko­licę.

Przy­kle­jona ple­cami do muru dziew­czyna usły­szała dźwięk otwie­ra­nego okna. Wstrzy­mała oddech, żeby para wydo­by­wa­jąca się z ust nie zdra­dziła jej obec­no­ści. Pomimo siar­czy­stego mrozu czuła spły­wa­jące po ple­cach strużki potu. Po chwili usły­szała odda­la­jące się kroki.

Para­li­żo­wał ją strach, ale wie­działa, że musi ucie­kać. Grupa mło­dych ludzi zmie­rzała w jej kie­runku.

- Wysy­pała mi się impreza, mogę się przy­łą­czyć? - spy­tała.

- Jasne! - wrza­snął entu­zja­stycz­nie chło­pak w nie­bie­skiej czapce. - Jak masz na imię?

- Simona - skła­mała.

- Niech żyje Simona! - zawo­łał i podał jej butelkę szam­pana. Pocią­gnęła duży łyk.

Gdy zabójca był przy drzwiach, usły­szał rado­sny hałas dobie­ga­jący z ulicy. Scho­wał pisto­let w wewnętrz­nej kie­szeni kurtki i ostroż­nie wyj­rzał z bramy. Całą sze­ro­ko­ścią chod­nika szła grupa mło­dych roze­śmia­nych ludzi z butel­kami w dło­niach. Po dru­giej stro­nie ulicy w świe­tle latarni stał męż­czy­zna w dłu­gim weł­nia­nym płasz­czu. Dło­nią w czar­nej skó­rza­nej ręka­wiczce dał mor­dercy znak, żeby pod­szedł.

- I jak?

- Młody zała­twiony, poza tym pusto.

- Pew­nie córeczka gdzieś się bawi. Trudno, innym razem. Moi ludzie pra­cują już nad wybu­chem.

- W porządku.

Anna Maria kątem oka zauwa­żyła, że męż­czy­zna, który wła­śnie wyszedł z budynku, pod­szedł do kogoś po dru­giej stro­nie ulicy. Korzy­sta­jąc z zamie­sza­nia, jakie wpro­wa­dzała grupa nowych zna­jo­mych, pró­bo­wała dostrzec jego twarz. On jed­nak stał tyłem.

W świe­tle latarni dostrze­gła nato­miast twarz męż­czy­zny w płasz­czu.

Zamarła.

Dosko­nale ją znała.

ROZ­DZIAŁ 1

WAR­SZAWA CZER­WIEC, TRZY­DZIE­ŚCI TRZY LATA PÓŹ­NIEJ

- Bomba w górę i ruszyły! - Huk wystrzału i szczęk otwie­ra­nych bra­mek poprze­dziły nara­sta­jący tętent kopyt. - Tysiąc trzy­sta metrów w tej goni­twie, na pro­wa­dze­niu Easy Way, tuż za nim Bale­rina, na trze­ciej pozy­cji Jur­gos! - W gło­sie spi­kera sły­chać było pod­nie­ce­nie. Stop­niowo udzie­lało się ono widzom, któ­rzy coraz licz­niej gro­ma­dzili się przy barier­kach oddzie­la­ją­cych tor od strefy dla kibi­ców. Jak zawsze pod­czas waż­nych gonitw na Słu­żewcu par­ter i restau­ra­cja w stre­fie VIP pękały w szwach. Mię­dzy­na­ro­dowe towa­rzy­stwo tło­czyło się przy wyj­ściu na odkrytą widow­nię.

Miliar­der Wal­de­mar Sko­neczny nie mógł wybrać lep­szego miej­sca na spo­tka­nie w spra­wie zakupu Toru Słu­że­wiec. Z nie­wiel­kiego tarasu biz­nes­men oraz jego goście, Buł­gar Borys Boj­kow i Szwaj­car Hans Vogl, spo­koj­nie obser­wo­wali tor i rosnący wokół niego tłum fanów wyści­gów, który w końcu wypeł­nił całą prze­strzeń mię­dzy barier­kami a wybie­giem. Atmos­fera była przy­ja­zna, choć w tle wyczuć można było pewne napię­cie, cha­rak­te­ry­styczne dla sytu­acji, w któ­rych w grę wcho­dzą wiel­kie pie­nią­dze. Naprawdę wiel­kie.

Bar­czy­sty, wysoki Sko­neczny góro­wał nad oto­cze­niem, a świeża opa­le­ni­zna spra­wiała, że jego krót­kie blond włosy wyda­wały się pra­wie białe. Buł­gar nie­mal dorów­ny­wał wzro­stem Sko­necz­nemu, był jed­nak o wiele szczu­plej­szy. Spod man­kietu jego świet­nie skro­jo­nej mary­narki wysu­wała się błysz­cząca bran­so­leta zegarka firmy Jaeger-LeCo­ul­tre. Mimo wło­sów mocno przy­pró­szo­nych siwi­zną nie wyglą­dał na swoje sześć­dzie­siąt lat. W trak­cie roz­mowy raz po raz, nieco ner­wowo, gła­dził sta­ran­nie wypie­lę­gno­waną brodę, która mogłaby być reklamą naj­lep­szego bar­bera w mie­ście. Hans Vogl trzy­mał się tro­chę z boku, przy­słu­chu­jąc się roz­mo­wie Polaka i Buł­gara. Łysy jak kolano, szer­szy w barach i niż­szy od Boj­kowa Szwaj­car stał z rękami zało­żo­nymi na piersi. Na małym palcu jego lewej ręki pobły­ski­wał złoty sygnet.

- Każdy zarobi. Wystar­czy, że będę miał spo­kój, a sprawa zosta­nie zakoń­czona w rok, maks pół­tora, rozu­miesz pri­ja­tjel? - powie­dział Sko­neczny, kła­dąc rękę na ramie­niu Buł­gara. Ten spoj­rzał na jego wielką dłoń i znowu zapa­trzył się w prze­strzeń toru.

- To nie jest pro­po­zy­cja... - stwier­dził po chwili mil­cze­nia. - To... - Chciał coś dopo­wie­dzieć, gdy powie­trze prze­ciął głos spi­kera:

- Zostało ostat­nie trzy­sta metrów! Bale­rina ata­kuje Easy Way, zapo­wiada się wyrów­nana koń­cówka, Jur­gos trzyma pozy­cję i skraca dystans do Bale­riny, która nie chce oddać dru­giego miej­sca! Easy Way ma przed sobą jesz­cze sto metrów do celow­nika, ale Bale­rina nie odpusz­cza! - Tłum zebrany przy barier­kach gęst­niał. - Są na ostat­niej pro­stej! - Słowa wystrze­li­wały z gło­śni­ków z coraz więk­szą pręd­ko­ścią. Koń­skie łby wysu­nięte mocno do przodu z furią ata­ko­wały powie­trze, a lśniący pot jesz­cze bar­dziej uwy­dat­nił ich mię­śnie inten­syw­nie pra­cu­jące pod skórą.

Borys zro­bił krok do przodu i oparł dło­nie na balu­stra­dzie tarasu wido­ko­wego. Teraz wszy­scy trzej stali obok sie­bie wpa­trzeni w ostat­nią pro­stą toru.

- Co za koń­cówka! Bale­rina może jesz­cze wygrać, jest dosłow­nie metr za Easy Way. - Głos spi­kera prze­cho­dził w ochry­pły krzyk. - A jed­nak Bale­rina, co za roz­da­nie, co za wyścig!

Sko­neczny odpro­wa­dził wzro­kiem konie, które stop­niowo wytra­cały pręd­kość, wcho­dząc kłu­sem w kolejny zakręt. Nagle odwró­cił się pew­nie do Buł­gara:

- Borys, to naj­lep­sza oferta, jaką dosta­niesz! - Roz­ło­żył sze­roko ręce.

Bro­dacz bez prze­ko­na­nia kiw­nął głową, na­dal patrząc w głąb toru. Ode­rwał dło­nie od balu­strady i w mil­cze­niu odda­lił się w stronę sali ban­kie­to­wej. Po chwili wró­cił ze szklanką. Wziął łyk, lód zagrze­cho­tał o szkło. Zmru­żył oczy.

- Jak chcesz, Wal­dek. Pro­po­no­wa­łem dobry układ, ale ty jesteś za chy­try i to cię zgubi, a spo­kój... - Buł­gar zawie­sił głos i uśmiech­nął się smutno, następ­nie odwró­cił głowę w stronę toru. - Spo­koju to my już ni­gdy nie będziemy mieli, chyba że po dru­giej stro­nie - wyce­dził przez zaci­śnięte zęby i wychy­lił resztę drinka. Odsta­wił szklankę na naj­bliż­szy sto­lik, po czym odwró­cił się i wyszedł bez poże­gna­nia.

Wal­de­mar Sko­neczny uśmiech­nął się pod nosem i oparł ple­cami o słu­pek tarasu. Hans Vogl pod­szedł do niego z dwoma szklan­kami whi­sky.

- Czy to ozna­cza, że nie? - zapy­tał niskim, chra­pli­wym gło­sem Szwaj­car i lekko uniósł brwi.

- To ozna­cza, Hans, że Borys nie chce iść naszą drogą - odparł spo­koj­nie Sko­neczny, umo­czył usta w szkoc­kiej i uśmiech­nął się pod nosem. - Na szczę­ście - dodał cicho.

- Co teraz?

- Wszystko zgod­nie z pla­nem, robimy tak, jak powie­dzia­łem.

Nie­mal jed­no­cze­śnie odwró­cili głowy w stronę otwar­tych drzwi. Z sali ban­kie­to­wej wyło­nił się przy­stojny męż­czy­zna po sześć­dzie­siątce. Był szczu­pły, nie­wy­soki i opa­lony, a jego głowę zdo­biła aure­ola siwych wło­sów.

- Jak się pano­wie czują w naszych skrom­nych pro­gach? - zapy­tał z uśmie­chem.

- To dyrek­tor wyści­gów Leon Krza­ko­ski, dzięki jego wspar­ciu możemy wiele osią­gnąć - wyja­śnił Han­sowi Sko­neczny.

Męż­czyźni uści­snęli sobie dło­nie.

- Leon, czy wynik jest pewny?

- Oczy­wi­ście, że tak. Dla mnie to logiczne. - Krza­ko­ski wzru­szył ramio­nami.

- Dla mnie też - powie­dział Sko­neczny. Stuk­nęli się szklan­kami. - Dobrze... Przy­ślę jesz­cze posłańca na kon­sul­ta­cje.

- Pójdę już, ale dopy­tam tylko - Krza­ko­ski odwró­cił się do Sko­necz­nego - kto to będzie?

- Ktoś zaufany.

- Ufam zatem - odparł z powagą Krza­ko­ski. Kiw­nął głową Sko­necz­nemu i Voglowi, po czym opu­ścił taras.

- Naj­wyż­szy czas, żebyś powie­dział coś wię­cej. Potrze­buję mięsa! Sprawa wydaje się bar­dzo inte­re­su­jąca. - Hans mówił po pol­sku z wyraź­nym twar­dym akcen­tem.

- Potrze­bu­jemy wiel­kiego otwar­cia, fajer­wer­ków, igrzysk potrze­bu­jemy! - powie­dział Wal­de­mar i strzep­nął nie­wi­dzialny pyłek z rękawa mary­narki. - Rozu­miesz, o czym mówię?

- Chyba tak. Pozor... - urwał w pół słowa, szu­ka­jąc odpo­wied­niego okre­śle­nia.

- Pozór? O to ci cho­dzi?

- Nie, nie, macie takie słowo... - Vogl zmarsz­czył brwi, w końcu pstryk­nął pal­cami. - Pozo­rant, ten od psów, tak? Wszy­scy na niego patrzą. Pro­wo­kuje, zmu­sza zwie­rzę do ataku.

- O to, to, to. - Sko­neczny poki­wał głową. - Znasz takiego, Hans?

- Psa? - Roze­śmiali się obaj.

- Pamię­taj, Wal­dek, wysoko licy­tu­jesz.

- Wysoko weszli­śmy - odpo­wie­dział Sko­neczny i gestem zapro­sił Vogla do sali ban­kie­to­wej.

Zwy­cię­ski koń kro­czył powoli w stronę wąskiego wyj­ścia, gotowy na ofi­cjalną deko­ra­cję. Młody przy­stojny męż­czy­zna w ide­al­nie skro­jo­nym gar­ni­tu­rze gra­tu­lo­wał dum­nemu uśmiech­nię­temu dżo­ke­jowi i już liczył w myślach pie­nią­dze, które wygrał dzięki zwy­cię­skiej goni­twie. Tłum przy barier­kach lekko się prze­rze­dził. Za godzinę roz­po­czy­nał się ostatni tego dnia wyścig. Ktoś znowu mógł liczyć na uśmiech for­tuny.

ROZ­DZIAŁ 2

LUTY

- Sza­nowni pań­stwo, samo­lot Pol­skich Linii Lot­ni­czych LOT z Sofii do War­szawy wylą­do­wał zgod­nie z roz­kła­dem, jest dokład­nie ósma dwa­dzie­ścia pięć. Tem­pe­ra­tura na zewnątrz wynosi trzy stop­nie Cel­sju­sza, pró­szy lekki śnieg. Dzię­ku­jemy za sko­rzy­sta­nie z naszych usług i do zoba­cze­nia - poin­for­mo­wała łagod­nym gło­sem ste­war­desa.

Więk­szość miejsc była zajęta. Kiedy boeing sta­nął, w przej­ściu mię­dzy fote­lami natych­miast usta­wiła się kolejka chęt­nych do wyj­ścia. W holu na okrą­głej taśmie krą­żyły już pierw­sze walizki do odbioru. Młody bru­net, sie­dzący na miej­scu 9F, ni­gdzie się jed­nak nie spie­szył. Był szczu­pły i wysoki, zwró­cił uwagę ste­war­desy już w momen­cie, gdy wszedł na pokład maszyny w Buł­ga­rii. Kiedy tylko tłum opu­ścił samo­lot, szybko wstał, zabrał z luku ciem­no­brą­zową aktówkę i nie­wielką walizkę, a następ­nie opu­ścił samo­lot, nie zwra­ca­jąc na kobietę uwagi. Rzu­cił jedy­nie zdaw­kowe "do widze­nia".

Wszedł do głów­nego holu portu i skie­ro­wał się do salo­niku pra­so­wego. Kupił kilka gazet i wło­żył je do aktówki. Na zewnątrz ude­rzył go zimny podmuch wia­tru. Pod­niósł koł­nierz ele­ganc­kiego weł­nia­nego płasz­cza i wsu­nął na dło­nie czarne skó­rzane ręka­wiczki. Zła­pał pierw­szą z brzegu tak­sówkę, czar­nego mer­ce­desa.

- Na Wiej­ską popro­szę - powie­dział, wrzu­ca­jąc walizkę do otwar­tego bagaż­nika.

- Z któ­rej strony?

- Może być obok She­ra­tona.

Zaczął wer­to­wać gazety. Jego uwagę zwró­cił tekst na pierw­szej stro­nie dzien­nika.

Ostat­nia pro­sta Toru

Dla Słu­żewca, war­szaw­skich rad­nych i Skarbu Pań­stwa będzie to jedna z naj­cie­kaw­szych i naj­bar­dziej docho­do­wych trans­ak­cji. Prze­targ na grunty i tor wyści­gów kon­nych budzi zain­te­re­so­wa­nie wielu inwe­sto­rów z całego świata. Nie odstra­szają ich nawet warunki brze­gowe, czyli gwa­ran­cja zacho­wa­nia toru, wyści­gów oraz przy­mus utrzy­ma­nia uni­kal­nego cha­rak­teru miej­sca. W grze jest wiele nazwisk z pierw­szej dzie­siątki naj­bo­gat­szych Euro­pej­czy­ków. Wia­domo, że spoza Pol­ski do prze­targu chcą przy­stą­pić spółki, w które zaan­ga­żo­wane są fun­du­sze buł­gar­skie, rumuń­skie, nie­miec­kie i szwaj­car­skie. Polacy w tej roz­grywce zaj­mują wysoką pozy­cję, głów­nie z powodu zain­te­re­so­wa­nia, któ­rym Wal­de­mar Sko­neczny od lat darzy tor słu­że­wiecki. Finał tej ope­ra­cji poznamy zapewne w maju, bo wtedy powinno nastą­pić osta­teczne roz­strzy­gnię­cie prze­targu. Wtedy dowiemy się, w czyje ręce trafi teren z olbrzy­mim poten­cja­łem, zlo­ka­li­zo­wany nie­malże w cen­trum euro­pej­skiej sto­licy.

Dotąd kil­ku­krot­nie podej­mo­wano próby pry­wa­ty­za­cji toru, ale prze­targi nie docho­dziły do skutku lub je unie­waż­niano. Od połowy lat 90. sytu­acja powta­rzała się trzy­krot­nie. Wśród urzęd­ni­ków Skarbu Pań­stwa przez lata krą­żyło powie­dze­nie o "klą­twie toru". Bez względu na to, która for­ma­cja poli­tyczna docho­dziła do wła­dzy, każda "poty­kała" się o ten teren. Do prze­targu sta­wali biz­nes­meni z sze­ro­kimi powią­za­niami, a mimo to nikomu nie udało się unik­nąć fatal­nego finału prze­targu. Za każ­dym razem wszy­scy prze­gry­wali na ostat­niej pro­stej.

Odło­żył gazetę i się­gnął po kolejną. Poli­tyka śred­nio go inte­re­so­wała, prze­su­nął wzro­kiem po nagłów­kach i zaczął prze­glą­dać strony o gospo­darce. Gdy skoń­czył czy­tać, wyj­rzał przez okno. Przy­pró­szona śnie­giem War­szawa wyglą­dała pięk­nie, ale wszyst­kie budynki, aż do wyso­ko­ści pierw­szego pię­tra, pokry­wała kle­ista, ciemna breja. Bure błoto pośnie­gowe oble­piało wiaty przy­stan­ków, a każdy samo­chód zda­wał się wra­cać z rajdu offro­ado­wego. Było szaro i ponuro. Mia­sto spo­wi­jała niska zawie­sina przy­po­mi­na­jąca chmury. Smog. W Sofii też mieli z tym kło­pot. Wyjął tele­fon z wewnętrz­nej kie­szeni płasz­cza i wyłą­czył tryb samo­lo­towy. Gdy udało mu się pod­łą­czyć do sieci, uru­cho­mił What­sAppa i wysłał krótką wia­do­mość:

"Jestem. Zaczy­nam".

Odpo­wiedź przy­szła nie­mal natych­miast. Była to tylko jedna kropka.

Scho­wał tele­fon do kie­szeni, ponow­nie wyj­rzał przez okno. Zaczął padać śnieg, który powoli pokry­wał chod­niki mia­sta. Mijali pomnik Lot­nika, gdy męż­czy­zna zauwa­żył kolumnę pojaz­dów zbli­ża­jącą się w asy­ście poli­cji.

- Kto to? - zapy­tał, nie odry­wa­jąc wzroku od prze­su­wa­ją­cych się w rów­nym tem­pie czar­nych limu­zyn.

- A może i pre­mier. - Facet za kie­row­nicą mach­nął ręką, trą­ca­jąc zwi­sa­jący z lusterka krótki róża­niec. - Wie pan, oni teraz tam mają jakieś szczyty szczy­tów w tej Bruk­seli, to cią­gle krążą mię­dzy Ale­jami a woj­sko­wym.

- Zaro­bieni.

- Ano zaro­bieni. - Tak­sów­karz kiw­nął głową i spoj­rzał w lusterko wsteczne. - Cho­lera ich wie! Ja to tam w sumie nie wiem, za co oni te pie­nią­dze biorą. Niby rzą­dzą, a jak przy­cho­dzi co do czego, to od razu się Unia Euro­pej­ska wtrąca, że nie wolno albo że prawo unijne nie pozwala i takie tam. To po jaką cho­lerę nam ten rząd, skoro i tak wszystko w Bruk­seli usta­lają? - zawie­sił na chwilę głos i moc­niej przy­ha­mo­wał. - Wie pan, ja to bym ich wszyst­kich zwol­nił.

Róża­niec ponow­nie zako­ły­sał się pod luster­kiem. Pasa­żer mil­czał, wpa­tru­jąc się w sza­rość kra­jo­brazu prze­ci­naną od czasu do czasu bia­łymi pla­mami śniegu. Kie­rowca włą­czył radio, aku­rat trwał ser­wis infor­ma­cyjny:

Na zakoń­cze­nie naj­now­szy ran­king naj­bo­gat­szych Pola­ków przy­go­to­wany wspól­nie z redak­cją por­talu Czy­sty Zysk. W czo­łówce nie­spo­dzianka - naj­wyż­szą pozy­cję w naszym zesta­wie­niu zaj­muje po raz pierw­szy Wal­de­mar Sko­neczny, twórca Inter­corpu, giganta pol­skiego rynku nie­ru­cho­mo­ści oraz branży recy­klin­go­wej, a także udzia­ło­wiec wielu gieł­do­wych spółek. Wię­cej w kolej­nym ser­wi­sie, a teraz pro­gnoza pogody.

Kie­rowca szybko zmie­nił sta­cję i wró­cił do tematu:

- No wła­śnie, bogaci się bogacą, a my od trzy­dzie­stu lat tyramy uczci­wie na swoim i cią­gle gówno mamy. - Tak­sów­karz wje­chał na drugi pas. - Wie pan, na pry­wa­ty­za­cjach się nacha­pali, nakra­dli i są pani­ska. A nie­któ­rych to ja pamię­tam, jak w dziu­ra­wych butach łazili i pro­sili o pod­wózkę za pół ceny. A teraz nawet nie spoj­rzą... Ech... dzia­do­stwo, panie! Czło­wiek z wio­chy wyj­dzie, wio­cha z czło­wieka ni­gdy. Patrz pan, jaki korek! Nor­mal­nie to ja tu zawsze prze­la­tuję w minutę osiem do cen­trum, a tu, kurde, wszystko blo­kują. - Tak­sówka skrę­ciła na ron­dzie Jazdy Pol­skiej w stronę placu Kon­sty­tu­cji. - Dojeż­dżamy. - Mer­ce­des skrę­cił w Żura­wią i toczył się wolno w sznu­rze innych samo­cho­dów. Po kilku minu­tach obje­chali plac Trzech Krzyży i zatrzy­mali się tuż obok She­ra­tona.

- Reszty nie trzeba - powie­dział pasa­żer, wrę­cza­jąc tak­sów­ka­rzowi stu­zło­towy bank­not.

- A dzię­kuję, dzię­kuję! - Uśmiech­nął się kie­rowca i wysiadł z auta, by otwo­rzyć bagaż­nik. Młody męż­czy­zna bez słowa ode­brał walizkę i wol­nym kro­kiem ruszył w stronę jed­nej z pobli­skich kamie­nic.

ROZ­DZIAŁ 3

KWIE­CIEŃ

Mokra od desz­czu zie­mia tłu­miła odgłos mia­ro­wych, szyb­kich kro­ków. Wysoki, krótko ostrzy­żony sza­tyn biegł ścieżką wzdłuż portu Czer­nia­kow­skiego. Poru­szał się coraz wol­niej, pierw­szy etap tre­ningu miał za sobą. Smu­kłą syl­wetkę zawdzię­czał regu­lar­nym tre­nin­gom.

Orga­nizm przy­zwy­cza­jony do dużego wysiłku dzia­łał auto­ma­tycz­nie. Wik­tor prze­szedł z truchtu do mar­szu i dopiero teraz zdjął oku­lary prze­ciw­sło­neczne. Wyraź­nie zary­so­wane ciemne brwi mocno kon­tra­sto­wały z jasno­nie­bie­skimi tęczów­kami. Popa­trzył na ekran smar­twat­cha, tętno i tempo były w nor­mie. Włą­czył funk­cję sto­pera, wyze­ro­wał zapis.

- Zaczy­namy - powie­dział do sie­bie pod nosem i prze­tarł wierz­chem dłoni spo­cone czoło. Naci­snął start. Pędem poko­nał kolejne metry, po dwóch minu­tach zwol­nił i truch­tem biegł jesz­cze przez minutę.

"Jesz­cze pięć razy" - popa­trzył na koń­czący się czas odpo­czynku. Po chwili znów przy­spie­szył. Do końca trasy zostały trzy kilo­me­try, stop­niowo zwal­niał. Gdy dobiegł do rampy przy ślu­zie, zatrzy­mał się i zaczął roz­cią­gać. Potem zro­bił jesz­cze trzy serie po dwa­dzie­ścia pom­pek i uznał, że wystar­czy. W tym samym momen­cie poczuł wibro­wa­nie tele­fonu w kie­szeni. Jego iPhone odbie­rał kolejne powia­do­mie­nia z ser­wi­sów pra­so­wych. "Wal­de­mar Sko­neczny na pierw­szym miej­scu listy naj­bo­gat­szych Pola­ków" w naj­now­szym zesta­wie­niu mie­sięcz­nika "For­bes".

Docho­dziła siódma rano, Wik­tor wyłą­czył tele­fon i scho­wał go do kie­szeni. Nie­spiesz­nym kro­kiem doszedł do mostku na ślu­zie portu Czer­nia­kow­skiego. Na wodzie lekko koły­sały się barki koszarki. Wypro­du­ko­wane w poło­wie ubie­głego wieku - teraz dogo­ry­wały przy­cu­mo­wane do drzew rosną­cych na skar­pie oka­la­ją­cej port. Miesz­kali w nich marzy­ciele, któ­rzy cią­gle liczyli na to, że w końcu powsta­nie tu mały war­szaw­ski Amster­dam. Gęste zaro­śla sku­tecz­nie zasła­niały już pierw­sze stop­nie wąskich scho­dów nie­le­gal­nie wyla­nych przez bar­ko­wi­czów. Wej­ście na barki znali jedy­nie miesz­kańcy i węd­ka­rze. W por­cie pano­wał spo­kój i bez­ruch, jeśli nie liczyć kil­ku­na­stu kaczek i star­szego pana, który - jak co rano - kaja­kiem kil­ku­krot­nie prze­mie­rzał dłu­gość portu. Teraz poko­ny­wał ten sam dystans już po raz piąty. Wik­tor przy­glą­dał mu się przez chwilę, po czym minął krzaki i zszedł w stronę trapu pro­wa­dzą­cego do brą­zo­wej koszarki z tara­sem na dachu. Na pro­wi­zo­rycz­nym ogro­dze­niu wisiała tabliczka z napi­sem: "Wik­tor Zybert, wystar­czy zawo­łać".

Osia­da­jąca na por­to­wej mie­liź­nie krypa mogła zerwać cumy. Kilka mie­sięcy wcze­śniej, gdy poziom wody obni­żył się, jedna z nich naprę­żyła się i pękła. Ważący ponad pół tony trap solid­nie trzy­mał jeden koniec, ale uwol­niony tył barki wyko­nał łuk w por­to­wej wodzie, sta­no­wiąc poważne zagro­że­nie dla każ­dego, kto mógł poja­wić się w pobliżu.

Wik­tor wypro­sto­wał się i prze­szedł wzdłuż barki.

- Już cię wypusz­czam - mruk­nął i otwo­rzył cięż­kie sta­lowe drzwi. Na pokład dostoj­nym kro­kiem wyszła olbrzy­mia suka rasy owcza­rek środ­ko­wo­azja­tycki. Wsko­czyła wła­ści­cie­lowi na ramiona i szorst­kim języ­kiem prze­je­chała mu po policzku. - Dość. - Wik­tor deli­kat­nie odsu­nął psa. Się­gnął do skrytki pod scho­dami i wyjął torbę z karmą. - Podano do stołu, Layla. - Spraw­dził, czy furtka jest dobrze zamknięta, po czym znik­nął pod pokła­dem, zosta­wia­jąc uchy­lone drzwi.

Wnę­trze urzą­dzono asce­tycz­nie. Dwa duże pomiesz­cze­nia roz­dzie­lone były ścianką i cho­wa­nymi w niej drzwiami. Znaj­du­jące się w środku drewno Wik­tor poma­lo­wał na jasny kolor, co spra­wiło, że każdy, kto wcho­dził pod pokład, odno­sił wra­że­nie, że tra­fił do skan­dy­naw­skiej chaty na odlu­dziu. Miesz­kał tu nie­le­gal­nie, prąd pod­łą­czył z barki obok, a wodę czer­pał z wyko­pa­nej na brzegu studni. Nie inte­re­so­wał go stan prawny, nie oba­wiał się zimy, powo­dzi oraz plą­czą­cych się wokół meneli i kiboli. Spę­dził tu wystar­cza­jąco dużo czasu, by nic nie było w sta­nie go zasko­czyć ani znie­chę­cić.

Wycho­dził wła­śnie spod prysz­nica, gdy zadzwo­nił tele­fon. Na ekra­nie wyświe­tlił się numer szefa. Nie ode­brał. Są jakieś gra­nice, kurwa, jesz­cze ósmej nie ma, a ten już dostał bie­gunki! - pomy­ślał i włą­czył eks­pres do kawy. Zro­bił sobie kanapkę z resztką wędliny i pla­ster­kiem wysu­szo­nej goudy, a potem pod­niósł z kanapy gazetę i wyszedł na taras. Layla leżała nie­ru­chomo, przy­sy­pia­jąc. Zauwa­żył, że kajak znowu prze­pływa obok jego barki, więc zawo­łał:

- Panie Romku, gdzie pan tak pędzi?!

- Jak­bym się spie­szył, toby ten pana kadłu­bek na falach pod­ska­ki­wał! - odkrzyk­nął wesoło sta­ru­szek i raź­nie powio­sło­wał w głąb kanału.

Wik­tor upił łyk kawy i usiadł na ławce. Bez entu­zja­zmu prze­glą­dał kolejne strony, gry­ząc kanapkę. Szybko się znu­dził, rzu­cił gazetę na pokład. Od samego patrze­nia na nagłówki miał odruch wymiotny. Po dwóch tygo­dniach cią­głej pracy w końcu dostał dzień wolny. Wolny od przy­go­to­wy­wa­nia mate­ria­łów i bie­ga­niny za tema­tami. Im dłu­żej pra­co­wał w zawo­dzie, tym czę­ściej odno­sił wra­że­nie, że ta robota nie ma więk­szego zna­cze­nia i coraz mniej kogo­kol­wiek obcho­dzi.

Nagle barka zako­ły­sała się deli­kat­nie.

- Ktoś ma roz­mach... - mruk­nął i wychy­lił się z tarasu. Wpra­wie­nie prze­szło pięć­dzie­się­cio­to­no­wej krypy nawet w nie­wielki ruch było nie lada wyczy­nem.

- Siema! - Łysy poli­cjant z lekko zaokrą­glo­nym brzu­chem wygra­mo­lił się na pokład ze służ­bo­wej moto­rówki. - Przy­wio­złem ci tro­chę plo­tek - dodał.

Piotr Zawia­dow­ski, dekadę star­szy od Zyberta, był ofi­ce­rem poli­cji kry­mi­nal­nej, ale od czasu do czasu wpa­dał do portu Pra­skiego, gdzie mie­ścił się poste­ru­nek "wod­nia­ków", i poży­czał służ­bową moto­rówkę, by popły­wać po Wiśle. Twier­dził, że w ten spo­sób oczysz­cza głowę. Nikomu to nie prze­szka­dzało, zwłasz­cza że Zawia­dow­ski przed laty zaczy­nał jako "wod­niak", albo jak mawiali zło­śliwi - "szu­wa­rek". Z Zyber­tem poznali się, gdy Wik­tor koń­czył stu­dia. Piotr roz­po­czy­nał wtedy pracę w wydziale zabójstw, a młody dzien­ni­karz pra­co­wał w kro­nice kry­mi­nal­nej.

Począ­tek tej zna­jo­mo­ści nie nale­żał do naj­przy­jem­niej­szych. Pew­nego dnia do gazety zadzwo­nił miesz­ka­niec jed­nego z blo­ków na war­szaw­skich Bie­la­nach, skar­żąc się naj­pierw na wyjąt­kowy smród w budynku, a potem na bez­czyn­ność poli­cji. Zybert poja­wił się na miej­scu w momen­cie, gdy doje­chał tam radio­wóz, a jed­nym z funk­cjo­na­riu­szy był Zawia­dow­ski.

Jego wizyta zapa­dła w pamięć miesz­kań­com bie­lań­skiego bloku na długo. Drzwi do lokalu, z któ­rego dobie­gał smród, były zaba­ry­ka­do­wane. Zawia­dow­ski naj­pierw wezwał stra­ża­ków, by z kosza gaśni­czego zaj­rzeć do środka, następ­nie wró­cił do cze­ka­ją­cej grupki sąsia­dów. Piotr zwró­cił się z uśmie­chem do gapiów:

- Zaraz wywa­żymy drzwi, a wy, dro­dzy pań­stwo, łap­cie kap­cie. Gdy drzwi się otwo­rzą, zaczy­na­cie napier­da­lać!

- Ale o co panu cho­dzi? I co to za słow­nic­two?! - zapy­tała z nutą obu­rze­nia w gło­sie sąsiadka z wał­kami na gło­wie, szczel­nie opa­tu­lona szla­fro­kiem.

- O to, że pani sąsiada wła­śnie zja­dają robale - powie­dział oparty o ścianę Zawia­dow­ski. - A jak chło­paki wywalą te drzwi, to całe dzia­do­stwo roz­le­zie się po waszym bloku. To jak, się­gnie pani po tego kap­cia? - zapy­tał, obrzu­ca­jąc kpią­cym spoj­rze­niem całą grupę.

W tym momen­cie, bez słowa pro­te­stu, wszy­scy zebrani zdjęli swoje pan­to­fle. Na czwo­ra­kach cze­kali na sygnał stra­ża­ków. Po wywa­że­niu drzwi pla­ska­nie ude­rza­ją­cych o pod­łogę kla­pek, skó­rza­nych z góral­skim wzor­kiem i wielu innych, długo odbi­jało się echem na kory­ta­rzach wyso­kiego bloku. Sły­chać je było nawet w sąsied­niej klatce.

Ten obraz sku­tecz­nie zapi­sał się rów­nież w pamięci Zyberta. Za każ­dym razem, gdy spo­ty­kał się z Zawia­dow­skim, miał przed oczami grupę mocno już siwych eme­ry­tów we fla­ne­lo­wych koszu­lach i szla­fro­kach, tłu­ką­cych na kola­nach robac­two. Krótko po tym incy­den­cie Wik­tor tra­fił do redak­cji kanału infor­ma­cyj­nego News 24, a zna­jo­mość z Zawia­dow­skim prze­ro­dziła się w przy­jaźń, którą dzien­ni­karz chęt­nie wyko­rzy­sty­wał w pracy.

- Cześć, Piter! Właź, tylko się nie spier­dol, bo pokład jest jesz­cze miej­scami mokry od rosy. Na szczę­ście Layla jest dziś w dobrym nastroju, więc masz spore szanse na ura­to­wa­nie spodni - rzu­cił na powi­ta­nie Zybert.

- Dobrych ludzi psy nie gryzą.

Po chwili obaj sie­dzieli pod pokła­dem przy podwój­nym espresso. Piotr zapadł się w miękką kanapę i patrzył przez okno na wodę.

- W końcu mia­sto was stąd wyku­rzy - powie­dział. - Jak się wezmą za te wasze budy, to bez pyta­nia prze­ro­bią je na żyletki. Miesz­ka­cie tu pra­wie za friko, bo jesz­cze nikt nie wyniu­chał, jaki inte­res można na tym zro­bić, ale to kwe­stia czasu.

- No i chuj - odpo­wie­dział Wik­tor. - Już i tak wysze­dłem na swoje. Sen­ty­men­talny nie jestem. A co u was?

- W porządku, dzie­ciaki zdrowe, a Baśka jesz­cze mnie nie wyrzu­ciła z domu, więc w nor­mie, tak myślę. Zresztą ty chyba też nie bie­du­jesz.

- Nie, biedy nie ma, fejmu też nie­wiele. Ale przy­naj­mniej dawny gnój się za mną nie cią­gnie.

- Dobra, stary, mam dla cie­bie cie­kawą sprawę. Może ci się przyda albo ty przy­dasz się komuś. Moja zna­joma leży w szpi­talu. Pozna­łem ją kilka lat temu, gdy wpro­wa­dzi­li­śmy się na Fil­try. Dzie­ciaki ją lubiły, nazy­wały cio­cią Zosią i bywały u niej czę­sto. Nie­raz rato­wała nam życie. Zaprzy­jaź­ni­li­śmy się do tego stop­nia, że zosta­wała z Julką i Prze­mkiem, gdy szli­śmy na imprezę albo do kina. Dwa lata temu prze­pro­wa­dziła się na Pragę-Pół­noc do jakiejś znie­do­łęż­nia­łej ciotki. Utrzy­my­wa­li­śmy kon­takt, ale raczej spo­ra­dyczny, wiesz, tele­fony na święta i takie tam. Była ostat­nio u nas na uro­dzi­nach Julki i opo­wie­działa mi swoją histo­rię. Zapo­mnia­łem ci powie­dzieć, że ona jest w poło­wie Buł­garką.

- No świet­nie i po co mi ten rodzinny obra­zek?

- Cze­kaj. W latach osiem­dzie­sią­tych buł­gar­skie służby zabiły jej ojca, pod­kła­da­jąc bombę w restau­ra­cji. Jej matka też zgi­nęła, a ona musiała wiać do Pol­ski.

- Przy­kre, ale świat już sły­szał o takich histo­riach. - Zybert wzru­szył ramio­nami.

- Wiem, ale rozu­miesz, ona koniecz­nie chce poga­dać z kimś, kto może nagło­śnić tę sprawę.

- Nie powie­działa nic wię­cej?

- I tak, i nie, bo widzisz, wiem, że ona pro­wa­dziła jakieś pry­watne śledz­two na temat tego zama­chu i ponoć ma sporo kwi­tów, nota­tek, zdjęć. I twier­dzi, że jest w sta­nie wska­zać odpo­wie­dzial­nych za tę zbrod­nię. Podobno są teraz gru­bymi rybami. Tyle udało mi się od niej wycią­gnąć. - Zawia­dow­ski mach­nął ręką. - Jest ciężko chora, ma raka. Wiem, że zostało jej nie­wiele czasu. Pomy­śla­łem, że może mógł­byś jej pomóc. Sama ci wię­cej o sobie opo­wie.

- Słu­chaj, ale o co wła­ści­wie cho­dzi? - wybuch­nął Zybert. - Co ja mam z tym zro­bić? Chcesz, żebym do niej poje­chał? Po co? Jestem zwy­kłym media­wor­ke­rem, szu­kam tema­tów, zadaję pyta­nia, nagry­wam, wyrzu­cam z sie­bie uro­bek i zapo­mi­nam o nim tuż po wyj­ściu z redak­cji.

Piotr otwo­rzył usta, by coś odpo­wie­dzieć, ale w tym momen­cie zadzwo­nił tele­fon Zyberta.

- Czego on znowu chce, menda jedna - wark­nął i ode­brał. - Mam dziś wolne, to coś ratu­ją­cego życie, tak?

Po krót­kiej wymia­nie zdań Zybert odło­żył komórkę na stół i odwró­cił się do Zawia­dow­skiego:

- Pio­trek, chyba będziemy musieli dokoń­czyć innym razem. Nie wiem, co się dzieje, ale mojemu sze­fowi ewi­dent­nie sko­czyło ciśnie­nie. Jadę do redak­cji.

- Zróbmy ina­czej - powie­dział poli­cjant. - Wysy­łam ci ese­me­sem namiary na nią. Zadzwoń i tyle. Jeśli zain­te­re­suje cię jej histo­ria, to pogrzeb wokół tego. Jeśli nie, olej.

Uści­snęli sobie dło­nie. Po chwili Wik­tor usły­szał dźwięk odpa­la­nego sil­nika. Szybko zgar­nął tele­fon i klu­czyki od samo­chodu. Wyszedł na pokład i rozej­rzał się po por­cie. Gdy prze­krę­cił klucz w kłódce, na pokład wyszła Layla. Poło­żyła się na brą­zo­wej wycie­raczce i zasty­gła. Wie­dział, że przez naj­bliż­szą godzinę na pewno się nie ruszy. Tak naprawdę nie musiał nawet zamy­kać bramki na klucz, obec­ność Layli dawała stu­pro­cen­tową gwa­ran­cję, że nikt nie­po­żą­dany nie wej­dzie na pokład. Scho­dami wbiegł szybko na szczyt skarpy, gdzie stał jego dwu­dzie­sto­letni mer­ce­des CL 600. Wygod­nie roz­siadł się w fotelu i prze­krę­cił klu­czyk w sta­cyjce. Po chwili dźwięki skrzy­piec Adama Bał­dy­cha wypeł­niły wnę­trze auta.

ROZ­DZIAŁ 4

Samo­chody sunęły Wisło­stradą, korek cią­gnął się w obu kie­run­kach. Karetka powoli minęła auto Zyberta, prze­dzie­ra­jąc się pomię­dzy pojaz­dami, które utwo­rzyły kory­tarz życia. Z daleka widział, że ambu­lans zatrzy­mał się u zbiegu ulic. Wik­tor patrzył na to wszystko z wyraźną zło­ścią, zasta­na­wiał się, czego, do cho­lery, znowu chce od niego szef i kiedy wresz­cie będzie mógł odpo­cząć jak czło­wiek. Lubił swoją pracę, ale cią­żyło mu cza­sem, że nie potrafi pozbyć się towa­rzy­szą­cego jej napię­cia. Zawsze, kurwa, coś. Zawsze, nawet w dzień wolny. Ale w duchu wie­dział, że za cie­kawy temat, za miej­sce na jedynce, gra­tu­la­cje i kliki oddałby trzy tygo­dnie na raj­skiej wyspie, z drin­kami i żar­ciem all inc­lu­sive. Genu dzien­ni­ka­rza nie da się wyma­zać.

- No to sobie, Ste­fan, pocze­kasz - mruk­nął wresz­cie do sie­bie i się­gnął do schowka po nie­wielką lor­netkę. Ratow­nicy pro­wa­dzili reani­ma­cję. Nie­da­leko karetki leżał pogięty rower, a kilku poli­cjan­tów krą­żyło wokół sto­ją­cego obok forda z widocz­nym wgnie­ce­niem na masce.

Dopiero po kil­ku­dzie­się­ciu minu­tach Zyber­towi udało się wje­chać w Ksią­żęcą i zapar­ko­wać przy daw­nym budynku KC PZPR. Posta­wił mer­ce­desa tuż obok limu­zyny na dyplo­ma­tycz­nych tabli­cach. Jak zwy­kle zaraz po wej­ściu do budynku Giełdy Papie­rów War­to­ścio­wych utknął na kilka minut. Przej­ście zagra­dzały dwa wykry­wa­cze metalu i maszyna do prze­świe­tla­nia bagaży, wystar­czyło zale­d­wie kilka osób pró­bu­ją­cych się dostać do środka, by utwo­rzyła się kolejka. Wik­tor poło­żył na taśmie nie­wielką skó­rzaną torbę, z którą wła­ści­wie się nie roz­sta­wał. W środku miał swój zestaw obo­wiąz­kowy: tele­fon, dyk­ta­fon, notat­nik.

Wje­chał na ostat­nie, ósme pię­tro, gdzie mie­ściła się redak­cja por­talu PI Media. Jak zawsze wrzało w niej jak w ulu w środku lata. Kil­ka­dzie­siąt osób odbie­rało tele­fony, przy­ci­nało zdję­cia na mon­ta­żach i wymie­niało infor­ma­cje pod­nie­sio­nymi gło­sami.

Całą prze­strzeń redak­cji wypeł­niały biurka. Niskie ścianki wyzna­czały kolejne działy: gospo­dar­czy, kul­tu­ralny, poli­tyczny. W tym ostat­nim stoły dzien­ni­ka­rzy świe­ciły pust­kami, bo więk­szość czasu i tak spę­dzali kilka ulic dalej, w Sej­mie. Sporą część pomiesz­cze­nia zaj­mo­wał dział plot­kar­ski, z któ­rego wła­ści­wie żyli. Dwie dodat­kowe ścianki two­rzyły mini­stu­dio, w któ­rym nagry­wano fle­sze infor­ma­cyjne do apli­ka­cji na smart­fony oraz roz­mowy z zapro­szo­nymi gośćmi. Por­tal PI Media był wła­sno­ścią fran­cu­skiej spółki, która dys­po­no­wała też podob­nymi for­ma­tami w innych kra­jach. Ser­wis plot­kar­ski odniósł spory suk­ces, więc firma zain­we­sto­wała w inne działy, które powoli, ale stale zwięk­szały swoje zyski. Tek­sty o poli­tyce i gospo­darce kli­kały się coraz lepiej, poja­wiła się więc koniecz­ność zatrud­nie­nia zawo­dow­ców.

W krót­kim cza­sie twórcy PI Media zosta­wili w tyle kon­ku­ren­cję. Szef por­talu Ste­fan Gracz­kie­wicz decy­zję o utwo­rze­niu działu wideo pod­jął po roz­mo­wach z fran­cu­skim wła­ści­cie­lem, który chęt­nie inwe­sto­wał w kraju swo­ich przod­ków. W tym samym cza­sie swoje CV przy­słał do redak­cji Zybert. Gracz­kie­wicz znał sprawę Carub­skiego i wyni­ka­jące z niej kło­poty Wik­tora ze zna­le­zie­niem pracy. Wie­dział też, że ma szansę zatrud­nić samo­dziel­nego repor­tera, który potrafi wyka­zać się ini­cja­tywą. Doga­dali się już w cza­sie pierw­szego spo­tka­nia. Gracz­kie­wicz zyskał doświad­czo­nego dzien­ni­ka­rza, który miał stwo­rzyć dział wideo i ścią­gnąć do pracy potrzebne osoby. Zybert dostał stałą i przy­zwo­itą pen­sję w miej­scu, w któ­rym jego twarz i nazwi­sko nie były nad­mier­nie wyeks­po­no­wane.

- Cześć, Buła, co jest? - powie­dział Witor do ślę­czą­cej przed moni­to­rem wydaw­czyni.

- Ukła­dam naj­now­sze jedynki i piszę leady, nic mi się tu, kurwa, nie skleja, nic mi nie pasuje. Połowa tek­stów roz­grze­bana, druga chu­jowa. Mówię ci, Zibi, cią­gle pod górę... Mate­riał o pedo­fi­lii w Kościele sąsia­duje z tym o skut­kach ostat­nich burz.

- To by nawet paso­wało. W obu przy­pad­kach straty kolo­salne. Buła, wylu­zuj, na pewno dasz radę, zawsze dajesz.

- Kata­strofa musi nastą­pić, ina­czej nic się nie zmieni - mruk­nęła wydaw­czyni i się­gnęła za lewe ucho, za któ­rym miała wci­śnię­tego papie­rosa. - Zaja­ramy?

- Nie, muszę iść do Ste­fana - odpo­wie­dział Wik­tor i odwró­cił głowę. Jego uwagę przy­cią­gnął pod­nie­siony ton wydzie­ra­ją­cej się przez tele­fon na ope­ra­tora kie­row­niczki pro­duk­cji.

- A tej co się stało?

- A nic, Miko­łaj ma dziś dyżur, za dwie godziny koń­czy, ale już daje znaki, że nic się nie dzieje, żeby tylko spier­do­lić, znasz go. - Buła wes­tchnęła i wró­ciła do swo­jej roboty.

Stłu­mione "chwi­leczkę" zza drzwi z tabliczką "Dyrek­tor" powstrzy­mało Zyberta od naci­śnię­cia klamki. Po chwili z pokoju wyszła atrak­cyjna drobna blon­dynka. Mija­jąc w drzwiach Wik­tora, cicho rzu­ciła:

- Dzień dobry.

- Nowa? - zapy­tał Zybert, sia­da­jąc w fotelu naprze­ciwko Gracz­kie­wi­cza.

- Wła­śnie zatrud­ni­łem. Mał­go­sia. - Uśmiech­nął się pod nosem i mru­gnął do Zyberta. - Co jak co, ale laski mamy zaje­bi­ste, nie? - zare­cho­tał.

Szef był znany z tego, że kochanki, zresztą zwy­kle bar­dzo prze­lotne, wybie­rał zwy­kle w cza­sie castin­gów na sekre­tarki. Wszyst­kie, nawet jeśli były skrom­nego wzro­stu, i tak zde­cy­do­wa­nie góro­wały nad nim. Wszyst­kie miały też podobny styl, który Zybert z kole­gami nazwali "bia­łymi kozacz­kami".

Gracz­kie­wicz ze swoją tuszą i czer­wo­nymi od popę­ka­nych naczy­nek policz­kami wyglą­dał jak żyw­cem wyjęty z kam­pa­nii o prze­ciw­dzia­ła­niu oty­ło­ści.

Kulka tłusz­czu w gar­ni­tu­rze sie­działa teraz za biur­kiem. Jego kark wła­ści­wie zrósł się z ostrzy­żoną na krót­kiego jeża głową, a małe ruchliwe oczy zdra­dzały ner­wo­wość. W gabi­ne­cie non stop mru­gały trzy wiel­kie tele­wi­zory wyświe­tla­jące kanały infor­ma­cyjne, a obok stała wieża, zawsze usta­wiona na tak zwane "gra­nie umcyk-umcyk".

- Co się dzieje? Mam wolne pierw­szy raz od nie wia­domo kiedy.

- Ano pro­blem nie w tym, co się dzieje, a w tym, co dziać się może - powie­dział sen­ten­cjo­nal­nie szef i poło­żył przed nim grubą kopertę.

- Co to? - zapy­tał Zybert, uda­jąc nie­za­in­te­re­so­wa­nego. W rze­czy­wi­sto­ści cie­ka­wość wręcz paliła go w gar­dle.

- Wpa­dło mi to nie­dawno w ręce, zaj­rzyj. Wydaje mi się, że powin­ni­śmy się tym zająć, w inte­re­sie spo­łecz­nym, rzecz jasna. - Gracz­kie­wicz zro­bił poważną minę i splótł pulchne palce na brzu­chu. - To kopie doku­men­tów IPN z teczki TW Podróż­nika.

- Czyli wraca sprawa Sko­necz­nego? Prze­cież wszy­scy wie­dzą, że w latach osiem­dzie­sią­tych współ­pra­co­wał, przy­znał się, przed­sta­wił fakty, nie jest urzęd­ni­kiem pań­stwo­wym, nikogo nie zabił ani nie okradł. Chyba. Inte­re­suje go tylko kasa... O co więc cho­dzi? - zapy­tał Zybert, się­ga­jąc po kopertę. Poczuł ukłu­cie nie­po­koju. Zawsze poja­wiało się przy tema­tach z pogra­ni­cza biz­nesu i poli­tyki. Pole minowe, na środku któ­rego zosta­wał sam jak saper bez wykry­wa­cza ładun­ków wybu­cho­wych.

- Pro­blem w tym, że Sko­neczny przy­znał się do współ­pracy, ale nie do wszyst­kiego, co robił. Tych doku­men­tów ni­gdy nie poka­zano publicz­nie, a one opi­sują dokład­nie jego dzia­łal­ność, nie tylko przy obser­wa­cji opo­zy­cji, ale także kon­takty z wrażą służbą innych państw bloku.

- A jaką to ma klau­zulę? Bo śmier­dzi mi zbio­rem zastrze­żo­nym... - mruk­nął Zybert, prze­wra­ca­jąc kartki akt. Spo­mię­dzy nich wysu­nęło się na stół kilka czarno-bia­łych foto­gra­fii. Na wszyst­kich był młody Sko­neczny, zwy­kle w towa­rzy­stwie kilku męż­czyzn w oko­li­cach trzy­dziestki.

- Tro­chę tego jest, ale nie każda ma opis - rzu­cił szef, poda­jąc jedną z foto­gra­fii Zyber­towi. Wik­tor pobież­nie rzu­cił okiem na fotkę, na któ­rej obok Sko­necz­nego stał wysoki ciem­no­włosy męż­czy­zna z kil­ku­let­nim naj­wy­żej chłop­cem, i wsu­nął ją z powro­tem do teczki.

- Zasta­nów się, co można z tym zro­bić. Masz dwa tygo­dnie, żeby zba­dać sprawę. Moim zda­niem jest tu kilka faj­nych wąt­ków, można je pocią­gnąć, zro­bić sporo szumu. Jeśli będziesz musiał gdzieś pole­cieć, to dzwoń do mnie bez­po­śred­nio, mamy pie­nią­dze na takie akcje, nie zbie­raj żad­nych fak­tur, nie poja­wiaj się w fir­mie. Nie wychy­laj się z tema­tem. Po pro­stu jesteś na urlo­pie i jeź­dzisz sobie tu i tam. - Gracz­kie­wicz wyko­nał ręką uspo­ka­ja­jący gest.

- Zaraz, zaraz, czemu znowu to ja mam się taplać w gów­nie? - Już wie­dział, że tamto ukłu­cie to nie był nie­po­kój, ale for­poczta zgody. Powi­nien wstać i podzię­ko­wać za spo­tka­nie. Po ludzku odmó­wić i nie brać się za bary z tema­tem, który jesz­cze bar­dziej może go pogrą­żyć. Pod­skór­nie czuł, że na pewno zosta­nie z tym sam, tak jak kie­dyś. - A jeśli nic z tego nie wynik­nie? To co?

- To nic, zamkniesz temat i tyle, ale sądząc po foto­gra­fiach i kwi­tach, powi­nie­neś mieć nie­zły kąsek. Zobacz, raporty ze spo­tkań na przy­kład. Spo­tkali się, poga­dali, wymie­nili obser­wa­cjami na temat opo­zy­cji.

- Dużo tego, ktoś musiał być bar­dzo skru­pu­latny - rzu­cił Zybert, ni to do szefa, ni to do sie­bie.

- Albo war­tość zawod­nika była na tyle wysoka, że nale­żało go dokład­nie prze­świe­tlać.

- Przyj­rzę się i dam znać. - Uznał, że gdy odwle­cze sprawę i zyska na cza­sie, łatwiej będzie się wyłgać.

- Tu jest pięć­dzie­siąt tysięcy. - Ste­fan wysu­nął jedną z szu­flad biurka i obok zdjęć na bla­cie poło­żył nieco mniej­szą kopertę. - Prze­loty, hotele, żar­cie, może jakaś mała łapówka, co tam sobie chce­cie, panie Zybert - zakoń­czył wywód z lisim uśmie­chem.

Wik­tora zamu­ro­wało. Tyle kasy, od ręki? I to od tego dusi­gro­sza?! Prze­cież on by swoim dzie­ciom na lizaka nie dał.

- Ste­fan, kurwa, o co cho­dzi? Dajesz mi pięć­dzie­siąt kawał­ków bez zbie­ra­nia rachun­ków i dwa tygo­dnie waka­cji, żebym zajął się naj­bo­gat­szym Pola­kiem na pod­sta­wie pod­rzu­co­nych doku­men­tów? - Zybert nie wytrzy­mał. - Co ty, cyn­gla chcesz ze mnie zro­bić? Zresztą na nic się nie zde­cy­do­wa­łem. To wymaga prze­my­śle­nia, można w chuj stra­cić.

- Albo w chuj zyskać... Posłu­chaj... - Gracz­kie­wicz wziął głę­boki oddech i przez kilka sekund nic nie mówił. - Oczy­wi­ście, możesz odmó­wić, możesz tego nie robić, możesz dalej, kurwa, taplać się w bie­żączce albo zająć tema­tem, który jest samo­gra­jem i... - zawie­sił na chwilę głos - pomoże ci w zma­za­niu plamy z nazwi­ska. Możesz znowu wró­cić do punktu, w któ­rym wypa­dłeś z gry po prze­gra­nej z mini­ster­stwem. - Ledwo zauwa­żalny uśmiech prze­mknął po twa­rzy Gracz­kie­wicza, a Zybert poczuł, że Ste­fan dobrze wypro­wa­dził cios.

- Sko­neczny to temat sam w sobie. Gość jest na szczy­cie pra­wie od początku trans­for­ma­cji, wła­ści­wie wszystko ucho­dzi mu na sucho. Jest na pier­do­lo­nej górze łań­cu­cha pokar­mo­wego! Nie od dziś krążą plotki o tym, że nie­które inte­resy zała­twiał pod sto­łem. Podej­rze­wam, że tu cho­dzi o potężne wpływy mię­dzy­na­ro­dówki prze­stęp­czej, a te kwity to, być może, począ­tek budo­wa­nia sieci. Jeżeli jakimś cudem uda ci się poskła­dać to do kupy, będziesz miał newsa na skalę euro­pej­ską! Rozu­miesz? - Skrze­kliwe tony docho­dzące z ust Ste­fana wbi­jały Wik­tora w fotel.

- Kto ci to zle­cił? Sze­fo­wie?

- Pffrrrr... - Gracz­kie­wicz gło­śno wypu­ścił powie­trze, chciał coś powie­dzieć, ale Zybert zaczął pierw­szy.

- Czyli to zle­ce­nie. Ktoś to po pro­stu przy­niósł i powie­dział, że ma być zro­bione, tak? To chcesz mi powie­dzieć?

- Oj, nie do końca. Newsy to nasze poży­wie­nie. Zybert, ja powiem tak: nie wiem, kto i jak te kwity zdo­był, ale jestem pewien, że to auten­tyk, widzę, że są wszyst­kie ponu­me­ro­wane strony, czyli nikt w tym nie grze­bał. A twój redak­tor naczelny, widząc poten­cjał źró­dła, wyty­po­wał repor­tera i z przy­jem­no­ścią wyskro­bał kil­ka­na­ście tysięcy eura­sów, żeby było mu łatwiej. Możesz spać spo­koj­nie.

- Chyba wtedy, gdy umrę - odburk­nął Zybert i pokrę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem. - Zawsze byłeś taki ostrożny, powta­rza­łeś, żeby się nie łado­wać w pro­cesy, bo to droga zabawa, a tu coś takiego. Kurwa, do śmierci nie wyj­dziesz z sądu i pogrą­żysz mnie kom­plet­nie.

- Gło­śny pro­ces od czasu do czasu nam nie zaszko­dzi, a może pomóc. Zresztą masz doświad­cze­nie, co nie? - Ste­fan mru­gnął okiem.

- Lecisz w banał... - Miał ochotę wykrzy­czeć mu w twarz, co o nim sądzi. "Pier­do­lony chuj" byłoby przy tym kom­ple­men­tem.

- Jebać to! Życie składa się z bana­łów. Pamię­taj, skoro wła­ści­ciel się zga­dza, by w to wejść, i daje na to pie­nią­dze, to zna­czy, że ma też papugi przy­go­to­wane do ewen­tu­al­nych spięć. To eks­plo­duje moc­niej niż tro­tyl! - Gracz­kie­wicz klep­nął się dłońmi po wydat­nym brzu­chu, wyraź­nie dumny ze swo­jego żartu.

- Dam znać... - rzu­cił Wik­tor i wyszedł.

Wie­dział, że się zgo­dzi.

Poszło łatwiej, niż przy­pusz­cza­łem - stwier­dził Gracz­kie­wicz. Po chwili, zado­wo­lony z wyko­na­nej misji, się­gnął do szu­flady po tele­fon.

- Cześć, widzimy się? - powie­dział do słu­chawki. - Tak, przyjdę sam. Musimy zacząć pla­no­wa­nie. Teczka tra­fiła w dobre ręce. Jeste­śmy umó­wieni za godzinę. Na razie.

* * *

Wik­tor szyb­kim kro­kiem poko­nał kory­tarz cią­gnący się wzdłuż new­sro­omu. Musiał dzia­łać jesz­cze szyb­ciej niż zwy­kle. To mogła być jego ostat­nia szansa. Był tak zajęty ana­li­zo­wa­niem tego, co przed chwilą usły­szał od szefa, że nie zauwa­żył dziew­czyny wycho­dzą­cej zza rogu.

Alek­san­dra Zdro­jew­ska pra­co­wała w PI Media od kilku lat, była wszech­stronna i nie bała się trud­nych tema­tów. Nie miała żad­nych pro­ble­mów z napi­sa­niem dużego tek­stu o gospo­darce, poli­tyce, zmia­nach kli­matu lub oby­cza­jówce. Wysoka, smu­kła, dłu­go­noga, okrę­cała sobie roz­mów­ców wokół palca: z każ­dego potra­fiła wyci­snąć newsa albo szo­ku­jące wyzna­nie. Wydawcy doce­niali ją nie tylko za świetne tek­sty, ale też za to, że w prze­ci­wień­stwie do wielu kole­gów odda­wała je na czas. Mimo że mogła zostać twa­rzą jed­nej redak­cji, wybrała wol­ność i pracę dla każ­dego, kto aku­rat dobrze pła­cił. Fre­elance trak­to­wała jak spo­sób na życie, a nie przy­mus. Dopóki prze­lewy przy­cho­dziły na czas, była miła, potem trak­to­wała pra­co­daw­ców jak byłych face­tów, czyli bez żad­nych sen­ty­men­tów. Zybert doce­niał jej pro­fe­sjo­na­lizm, ale jesz­cze bar­dziej to, że nie miała żad­nych opo­rów, by uma­wiać się z nim na naj­zwy­klej­szy na świe­cie seks bez zobo­wią­zań.

Nie musiał nawet nic mówić. Wymie­nili tylko szyb­kie spoj­rze­nia. To był ich mały rytuał. Ich i miliona innych kochan­ków na całym świe­cie. Kilka mru­gnięć i już oboje wie­dzieli, że ten wie­czór spę­dzą razem. Z dala od pracy, z dala od codzien­nego syfu. Tylko oni, wino i szum Wisły. Lubili te wspólne chwile, pod­czas któ­rych czas pły­nął jakby w prze­ciwną stronę.

Dziew­czyna ruszyła do gabi­netu Gracz­kie­wi­cza, a Zybert zaj­rzał jesz­cze na chwilę do new­sro­omu. Główny wydawca darł się jak opę­tany na wszyst­kich dokoła i pró­bo­wał wyda­wać pole­ca­nia sied­miu oso­bom naraz. Spro­wa­dzał na dyżur kolej­nych repor­te­rów, któ­rzy mieli wolne, i stra­szył wszyst­kich zwol­nie­niami. Powód jego iry­ta­cji nie był jasny, więc więk­szość dzien­ni­ka­rzy ole­wała jego wrza­ski i dalej zaj­mo­wała się roz­mo­wami na komu­ni­ka­to­rach. Wik­tor odwró­cił się i zoba­czył zastępcę szefa Zenona Mimow­skiego. Rudy chu­dzie­lec coraz bar­dziej przy­po­mi­nał lustru­jącą teren sury­katkę, cią­gle wier­cił się w miej­scu i tylko szu­kał dobrego momentu, by znik­nąć w swoim ciem­nym gabi­ne­cie na tyłach biura. Szcze­rze nie zno­sił miej­sca, w któ­rym pra­co­wał, ale z racji tego, że był jedy­nym trzy­ma­ją­cym para­sol finan­sowy nad bli­skimi, żył w prze­ko­na­niu, że tak musi być. Histo­ria Zenka i rodziny, którą wpro­wa­dził do firmy, uczy­niła z niego postać wręcz legen­darną i była też główną przy­czyną jego ner­wo­wo­ści. Pierw­sza w redak­cji poja­wiła się jego sio­stra, która chciała zarzą­dzać zespo­łem, a została repor­terką. Dla kolej­nej sio­stry szczy­tem osią­gnięć oka­zała się rola asy­stentki w dziale spor­to­wym. Potem kochanka wier­ciła mu dziurę w brzu­chu długo i sku­tecz­nie, więc i ją wcią­gnął do redak­cji. Miała znać się na gospo­darce i poli­tyce, ale szybko się oka­zało, że wię­cej wie o plo­tach ze świata cele­bry­tów niż o ostat­nich noto­wa­niach Dow Jones czy szcze­gó­łach reformy edu­ka­cji. Prze­su­nięto więc ją do stra­te­gicz­nego, z punktu widze­nia wła­ści­cieli por­talu, działu plot­kar­skiego, gdzie w głów­nej odsło­nie zda­wała rela­cje z cele­bryc­kich imprez i bry­lo­wała na pre­mie­rach, nie­rzadko sama bio­rąc udział w jaki­miś pikant­nym skan­da­liku. Pod­czas pisa­nia tek­stów przy­świe­cała jej pro­sta zasada: dużo zdjęć, jesz­cze wię­cej goli­zny, jak naj­mniej tre­ści. Poza impre­zo­wym lan­sem zaj­mo­wała się też rugo­wa­niem poten­cjal­nej kon­ku­ren­cji, co czy­niła, pisu­jąc donosy i knu­jąc intrygi.

- Cześć, mia­łeś mieć wolne, co cię przy­gnało do naszego szamba? - zapy­tał ze zło­śli­wym uśmie­chem, roz­glą­da­jąc się na boki i spraw­dza­jąc przy oka­zji, czy ktoś przy­pad­kiem nie traci czasu na dupe­rele nie­zwią­zane z pracą.

- Wiesz, jak jest w ścieku, wszystko do niego tra­fia, więc cza­sem warto zaj­rzeć - odpo­wie­dział Zybert, ści­ska­jąc dłoń Mimow­skiego.

- Widzę, że Gracz­kie­wicz idzie za cio­sem, ciska się od dwóch dni, jakby miał dostać awans. Nasi wła­ści­ciele z Fran­cji są zain­te­re­so­wani tylko wyni­kami, jest podob­nie jak przed rokiem, a nawet lepiej, ale do ide­ału daleko. Dobrze by było, gdyby mu drzwi w biu­rze na obro­towe wymie­nili, taki ruch.

- Taka rola szefa, nie? - rzu­cił na odczep­nego Zybert, roz­glą­da­jąc się wokół. Nie miał naj­mniej­szej ochoty na kon­ty­nu­owa­nie roz­mowy, postać wice­na­czel­nego budziła w nim odrazę, któ­rej nie był w sta­nie ukryć. Szybko zmie­nił temat: - Co to za har­mi­der?

- Wła­śnie zeszło, że teren Słu­żewca jest na sprze­daż, niby żaden news, ale wśród zain­te­re­so­wa­nych są Sko­neczny, kon­sor­cjum buka­resz­teń­sko-ateń­skie, jakaś firma z Wro­cła­wia, jakaś szwaj­car­ska spółka, Ame­ry­ka­nie, no i Żydzi. Duże pie­nią­dze, grunty to żyła złota. - Mimow­ski oparł się na moment o ścianę i zaczął przy­glą­dać się nowo zatrud­nio­nej ciem­no­wło­sej edy­torce, która szpa­ro­wała zdję­cia do mate­riału.

- Fakt, spore! Moim zda­niem można spo­koj­nie zało­żyć, że jeśli nie zastrzeże się zacho­wa­nia roli obiektu, to wyro­śnie tam nowy Ursy­nów albo Bia­ło­łęka - skon­sta­to­wał Zybert. - Lecę, wra­cam na urlop, widzimy się za jakiś czas.

Ruszył w stronę wind, gdy zoba­czył sekre­ta­rza redak­cji. Mario naprawdę miał na imię Zenek, ale nie przy­zna­wał się do tego, bo nie chciał mieć nic wspól­nego z Mimow­skim. Zybert był jed­nym z nie­wielu, który znał prawdę o jego imie­niu. Po pro­stu pano­wie na barce kie­dyś upili się do tego stop­nia, że Mario się wyga­dał.

Chudy jak tyczka i wiecz­nie przy­gar­biony, poru­szał się wolno, szu­ra­jąc gło­śno nogami. Przy­jął jedną zasadę: obi­jać się ile wle­zie. Wystar­czyła chwi­lowa nie­obec­ność szefa, a już opusz­czał żalu­zje w pokoju i pogrą­żał się w strze­lan­kach, wykań­cza­jąc faszy­stów lub innego, dowol­nie wybra­nego wroga. Poza umie­jęt­no­ścią mimi­kry Mario miał też inny talent: potra­fił prze­ko­nać inwe­sto­rów do swo­ich naj­głup­szych pomy­słów. Stał się na przy­kład posia­da­czem naj­no­wo­cze­śniej­szego sprzętu, dzięki któ­remu mógł odda­wać się mor­der­czej pasji, godzi­nami odstrze­li­wu­jąc prze­ciw­ni­kom głowy.

- Siema, Zibi - rzu­cił Mario, pod­cho­dząc do Wik­tora z sze­ro­kim uśmie­chem, by uści­snąć mu dłoń. - Stary musi mieć nie­złe ciśnie­nie, skoro aż z urlopu cię tu spro­wa­dził.

- No wła­śnie nie wiem, o co cho­dzi, pod­skór­nie wyczu­wam, że jest jakaś więk­sza ryfa... Pier­do­lony zbieg oko­licz­no­ści, tu prze­targ, a tu nagle teczka... - zaczął Zybert. Mario był jedną z nie­wielu osób, któ­rym ufał w tym kłę­bo­wi­sku żmij.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki