3
Już traciłem nadzieję, że miłą swą i jej szlachetną rodzinę odnajdę, gdy tu nagle o poranku ktoś gwałtownie załomotał kołatką żeliwną do drzwi mego domu.
Serce mi do gardła podskoczyło. Mowę utraciłem. Przeczucia okropnego dostałem, że to już... Tragiczna wiadomość, oznajmienie przez policyjnego pocztyliona przyniesione!
Będąc jeszcze w pidżamie, wejście do sypialni gwałtownie uchyliłem i przez szparę zajrzałem w dół, ku schodom.
- Jestem pańską ciotką, młody paniczu - zaprezentowała się osoba zaraz od progu, krzycząc w kierunku mej sypialni i srebrząc się cała w jaskrawym blasku słońca. Napotkała nic nierozumiejący wzrok służącego na swej drodze, Dotsa i jego powstrzymujące chęć ruchu w głąb silne ramię. Zreflektowała się zatem i jak uderzona w policzek poczerwieniała. Wymownie i z wysoka spojrzała na mizerotę.
Ten wraz otrzeźwiał. Zaanonsował jej przybycie.
Na wołanie lokaja odkrzyknąłem, że:
- Schodzę!
I rzeczywiście, zawiązując luźny szlafrok paskiem, szybko zszedłem. Przy ostatnich stopniach przyśpieszyłem i z rozbiegu jednym susem dostąpiłem progu domu, niemal z poczerwieniałą twarzą gościa się zderzając. Tu się zreflektowałem. Zrobiłem krok w tył, ucałowałem podaną dłoń całą w drogich pierścieniach i zapraszając starszawą pannę do salonu, taktycznie odchrząknąłem:
- Madame... Pani pozwoli.
Obdarzyła mnie zdawkowym uśmiechem, tak przemykając do salonu pełna zwiewności i świeżości.
Kontent z widoku oczywistego piękna, podkręciłem wąsa.
"Hm... Ciotka. Jaka to ciotka? Ciekawe?" - pomyślałem. "Co prawda niemłoda, lecz elokwentna, inteligentna, na dobrych energiach idąca i całkiem po młodemu szalona".
Jeszcze schodząc, spostrzegłem rzutem oka kobietę schludną, prężną, nobliwą i ze wszech miar uroczą. W rysach delikatnej twarzy zachwyciła mnie nieśmiało wykreślona kreska ust, z powodzeniem uchodząca za namiętną, nadająca jej całej postaci wrażenie uwodzicielskie, ciepłe i w miłości rozkapryszone. Nos miała raczej skromny, delikatny i zaokrąglony. Brwi mocno zaznaczone, czarne i mocne, a pod powiekami zapalone w źrenicy figlarne ogniki o energii niespotykanej u kobiet nudnego południa kraju. Świadczyły nie tylko o zadziorności, ale i mądrości, i głębi, i nostalgii, którą zwykle u płci pięknej uwielbiałem. Pamiętam, iż wtedy od mocy przenikliwego jej spojrzenia najzwyczajniej w świecie rozbolała mnie głowa.
Przysiągłbym miłemu odbiorcy; rzadko kiedy popadam w zauroczenia, a tu pech i żenada, iż ja kawaler, że tak powiem wiekowy staję naprzeciw damy starszej, czerwieniąc się i sapiąc jak młokos.
Byłaż to bynajmniej ma ciotka? Nie uwierzyłbym, gdybym mógł. Lub może zaistniała niczym jakiś owoc snów mych upojnych i raptem zmaterializowanych? A cóż to ukrywała przy pasie? Nie byłże to rząd magicznych rodów
?
Nic dziwnego, że natychmiast zaprosiłem ją w progi mego oficjalnego gabinetu. Wraz mnie tą egzotyką przekonała.
- Widzę, że nieźle się na stare lata urządziłeś, bratanku Percy - stwierdziła z uznaniem, rozglądając się po szczegółach otaczających ją komód, szaf wiszących i mych umiłowanych zegarów.
Ich dzwonienia ją zdaje się urzekły, bo w poszumie odprasowanej sukienki przechadzała się obok, z zainteresowaniem i nostalgią śledząc tarcze i złote wskazówki, pierścienie wzmacniające, zdobione ciężary czy wystawne sprężyny. Utkwił mi jednak w pamięci inny szczegół. Otóż poczułem ostrą woń przemiłych perfum marki Bronville. Mą uwagę zajął jej stosowny do wizyty kapelusik i krynolina z turniurą, zwaną popularnie robe princesse. Mogłem to wszystko swobodnie ująć jednym wejrzeniem, bo panna ciotka była ode mnie niższa i natychmiast zauważalnie władcza. Jakimś cudem wyczuła w domu tajemne prądy i podeszła zaraz do owej przeklętej marmurowej ściany Laury, wybłyszczonej jak najprzedniejsze lustro, gdzie jak gdyby nigdy nic przepatrzyła niedociągnięcia makijażu, poprawiła falbanki na sukni i wyprostowała tu i ówdzie wystające wstążki, zupełnie bez strachu mierząc się z odbiciem.
- Pewnie dziwisz się drogi bratanku, jakie licho mnie do ciebie przyciągnęło?
- Ciotuchna wybaczy, ale wciąż nie potrafię jej w rodzinie umiejscowić - się zarzekłem, mrugając oczyma.
- Jak to, nie poznałeś nigdy wuja hrabiego Ewalda Gostreya, mego starego, ociężałego umysłowo męża?
- Nie przeczę, pani, że go nie poznałem. Koneksje rodzinne są u nas bowiem rozległe i mogłem jednego wuja na uroczystościach czy spotkaniach przegapić. Jednak ze zdziwieniem muszę odnotować fakt, że imć wielmoża nie wdał się ze mną w bliższe stosunki, ani jakoweś konwersacje, ani tym bardziej interesy. Widzę panią hrabinę po raz pierwszy w życiu, a męża pani nie pamiętam - odpowiedziałem tonem jak najbardziej delikatnym. - Jakkolwiek by było nasze spotkanie tylko przypadkiem podjęte, to sprawia mi przyjemną niespodziankę - dodałem, by nie forsować dalej napiętej atmosfery.
Potok moich słów napływał do niej, gdy zajęta była przepatrywaniem zdobionych wykwintnie tarcz zegarów. Stąd musiała przestać i się frontem do mnie odwrócić. Zrobiła to w jednym ruchu, w żywym kroku, bom jak mięczak trzymał się jak najbliżej stojącego mebla. Podeszła. W zamieszaniu odstąpiłem od szafki i oparłem się o wybłyszczoną trudem służebnym ścianę kominka i na cokolwiek przygotowany czekałem. A ona, jakby nigdy nic... na fotelu usiadła. Teraz dopiero podała mi dłoń do powtórnego ucałowania.
Jakby raz tylko było jej za mało!
Albo jakby ten pierwej wykonany pocałunek był mało wartościowy, bo zdawkowy, nic nie znaczący, uwiędliwy. Miałem dać się sprowokować do hańby i ukorzenia. Uklęknąć? Nie daj Boże! Przysunąłem drugi fotel. Usiadłem naprzeciw. Podjąłem dłoń podaną. Musnąłem muśliny ustami.
Wciąż nie cofała dłoni. Coś w nich krzyczało:
Mało...
Ująłem zimne końcówki palców ze szczególną troską, jakbym dotykał czułej struny. Zdawały się być na tyle chłodne, co aż kamienne, drżące, i dziwnym sposobem usztywnione, niczym pokryte chityną lub warstwą lodu, może płynnego kryształu. Och, już wiem... paznokcie! Takie, jakimi powleczone są końcówki palców istot pozalustrzanych, przybyłych z podświata Księżycowego - mocno zaludnionego i zatrutego smogami.
Znów musnąłem wierzch cudownej dłoni koniuszkiem wargi.
Zauważyłem, że atłasowa skóra nie była żadną przeciwwagą do niebiańsko lśniących paznokci. One same, może ze względu na obecne na nich malunki, naniesione liczby, może wyniki rachunków, działań i wzorów, nie miały sobie równych w porównaniu do żadnych nadnaturalnie wytworzonych klejnotów. Pomimo najpewniej walorów praktycznych matematyki i kalkulacji, posiadały pozytyw artyzmu samego w sobie. Niestety ja byłem ich pozbawiony. Jako już urodzony w Accadii, prawa genetycznego już do nich nie posiadałem. A szkoda...
Spojrzałem na palce me po raz pierwszy z żalem.
Miękkie i niewyraziste.
Znów skoncentrowałem uwagę na mym gościu.
Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, iż całość jej zwiewnej postaci przypomina mi refleksje, jakie powstają w powietrzu przy igraniu wiatru z materią świata w jej tańcu ze słońcem. Tysiące, miliony koncentrujących się mgieł w ramie ograniczonego obszarem pola. Takich ludzi u nas na co dzień się nie spotykało. Najpewniej przybyła z legendarnej Ziemi. I to się znaczy, że z bardzo dziwnej krainy... osrebrzonej milionem księżycowych refleksów. Bawiąc się najmniejszym rodem, dama sama się nieśpiesznie znowu przedstawiła:
- Hrabina Olga Brouslou z Londynu, z Wysp Brytyjskich... I każ smoluchowi wnieść moje walizki na piętro i ulokować w jakiejś sypialni - dorzuciła, wskazując czekające na podjeździe do domu bagaże. Ton jej głosu był jedwabisty i natychmiast w tej mowie poczułem się wyróżniony.
"Dlaczegóż to?" - zapyta znów uważny subskrybent.
Ano odniosłem wrażenie, iż w te właśnie dni kończy się me poświęcone zbijaniu fortuny, smutne i jałowe życie, a zaczyna nowe; beztroskie i szalone, wypełnione romansami i hulanką. Przecież ten ktoś, tak niefrasobliwie wkraczający w moje życie, mocą czarnoksięską drwił sobie z każdego mojego mankamentu! Mogła mnie porwać, ucałować i wyszydzić każdy mój stan rozpaczy i straty. Mogła mnie w mig w sobie rozkochać. Taka kobieta... Taka moc! Poczułem się jej poddanym bezgranicznie! Imponowała mi. Porywała subtelnym uniesieniem wargi, gmatwała myśli wzrokiem i mąciła zdawałoby się ustalony los i nęciła innym, być może prowadzącym do całkowitej ruiny. Czyżby czekała mnie jakaś wielka przygoda? "A cóż z mą narzeczoną?" - zapyta zapewne ktoś oprzytomniały. Ano zapomniałem, na nowo zauroczony.
- Jestem pańską wujenką nie od parady - stwierdziła z uśmiechem maga.
- Już to pani mówiła.
- I powtarzam dla lepszego zapamiętania.
- Percival Quinette... - ja jej na to.
- Wiem, kim jesteś chłopaku - nagle się zezłościła.
- Ale zaraz, nie powie mi pani, że ta woń siarczanów, bijąca od strony pani kapelusika i butów, pochodzi z okresu podróży? Czyżby z niedawno odbytego lotu? Czy ten Londyn miał być przedwczoraj?
- Londyn, mój synowcze, znajduje się po drugiej stronie globu. I tam był przedwczoraj... Dwa dni zajęło mi pokonanie dzielącej nas przestrzeni.
- Zdaję sobie doskonale sprawę, gdzie jest Londyn - tym razem ja natarłem, zauważywszy nadmierną twardość jej akcentu. - Zatem nie był to żaden pojazd, a przenikliwe buty i nie tylko przestrzeń, ale i jej wymiarowa prezencja - przypuściłem, wskazując jej zabrudzone, wielkie obuwie.
- Słusznie - odkryła me myśli. - Rzeczywiście posłużyłam się raczej tradycyjnym zestawem podróżnym, użytym przy wsparciu pary potężnych wojskuwin ukrytych teraz w sakwojażach. Nie masz mi chyba tego za złe?
Ja na to, aż się wzdrygnąłem. Bałem się, że odniesione wrażenie oglądania mgieł jeszcze roznoszących wonie strasznego międzywymiarowego odrzutu nie musiało być przypadkowym.
Tymczasem ona rozejrzała się po sąsiadującym z korytarzem salonie. Jej wzrok pobiegł w stronę kozetki w sąsiednim pokoju gościnnym i zastygłego tam w pozie wyczekującej, tuż przy meblu, służącego. Czarny nieborak, widząc surowy wzrok matrony, nie wiedział jak się zachować. Nigdy jeszcze nie widział mnie w towarzystwie tak elokwentnej i wysoko postawionej damy z niemal obcego naszej Accadii świata. Wprost przeciwnie, zawsze były to wizyty poufne; łajzy i dziwki lub jacyś nicponie i karciani szulerzy. Zresztą ja sam miałem kłopot, bym w odczuwanym szacunku do jakości wybitnej - samego siebie nie zawiódł. Otom kątem oka ujrzał pozostawione nieopodal drzwi gościnnej sypialni bagaże. Zatem Dots obowiązki spełnił wyśmienicie.
Przez myśl mi przemknęło, iż lady może nie daj Boże chcieć się u mnie zatrzymać na dłużej niż dzień, a na przykładowy miesiąc. Na jakiej podstawie przyjmowała, żem na taką okazje przygotowany, żem kontent?
- Ojciec bardzo mi mało o ciotkach wspominał - zacząłem rozwijać moje wątpliwości. - Mówił, że rodzina była rozbita i po dwóch głównych wymiarach ziemskich rozrzucona.
- Bo mój brat był łajzą i kłamczuchem.
- Och, wypraszam sobie.
- Zbędnie się wysilasz chłopcze. Wpierw ustalę z tobą pewne fakty, a później przedstawię dokumenty rodzinne i zdjęcia. Wiesz, że odziedziczyłeś po dziadku niezłą fortunę? - oględnie wspomniała i zamilkła. Czekałem na jej dalsze słowa.
Tam do diaska!
I nic...
Czegoś w torebce szukała.
Ta krótka przerwa w konwersacji zaczęła mi nieznośnie ciążyć. Na szczęście Dots się zorientował, głośno i odważnie odchrząknął, i poprosił damę w moim imieniu o zajęcie miejsca na kozetce belgijskiej tuż przy stoliku na kawę. Natychmiast skorzystała z okazji i się przesiadła.
Przemaszerowała z szelestem sukni do mebla. Uwzględniła wielkość ławy, zarzuciła nadmiar materiału na bok i usiadła. Przy okazji zdjęła kapelusik i pozwoliła rudym włosom rozbiec się i rozpleść, jakby podróż, którą przebyły, była męcząca i brudna właśnie dla czupryny, a nie ducha i ciała. Podążyłem za nią się sadowiąc na meblu tuż nieopodal.
- Drogi Dotsie, proszę skup się i przynieś nam słodyczy - zawołałem na czarnego gapę, bo znów się biedak sam na niezwykłe uroki kobiece zapatrzył. Poprawiłem się, przykryłem połą szlafroka tors i usiadłem, zakładając nogę na nogę. Zapaliłem odłożoną ubiegłej nocy fajkę. Poczułem się w tej pozycji panem sytuacji. - Zatem słucham miłą panią - zachęciłem ją do rozpoczęcia konkretnej rozmowy.
Dots właśnie podszedł i podał słodycze, to jest wielkie zwijane w spirale cukierki walijskie, wiktoriańskie lukrowane kule i czekoladowe bąble całe pełne kakaowej masy. Stryjenka wyraźnie z lubością poddała się tych różnorodności czarowi.
- Ilekroć tu przybywam, zawsze odnajduję rozkosz w słodkich lukrowanych daniach antypodów - rzekła, topiąc na języku kolejną rozkoszną grudkę.
- Pani łaskawa się nie wzbrania i dalej częstuje - zachęciłem ruchem dłoni.
Tymczasem ona wskazała na ścianę, a na niej fragment lustrzany wykonany w marmurze i odbijające się na nim obrazy, migoty różne i linie elektrycznego wzburzenia. Wyciągnęła najkrótszy z rodów i zaczęła nim z odległości niby promiennikiem czerwieni po powierzchni przesuwać, jakby poszukując pęknięcia lub rysy.
- Chciałabym ujrzeć na własne oczy architektoniczne plany domostwa - wyjawiła w końcu. - Posiadasz jakieś dokumenty, chłopcze? Zachowały się plany? Może adres tego rzezimieszka i jego deski projektowej, który całość domostwa zaprojektował? Powiesiłabym lekcewago. Niech tylko dowiem się jego nazwiska! - się piekliła, podejrzewając tajemne intrygi lustrzane.
- Ależ miła ciociu, o ile wiem, w czasie gdy wznoszono budynek nie istniało jeszcze zjawisko wzbudzenia optycznego w skałach pochodzenia metamorficznego - wytłumaczyłem, wciąż mając w pamięci owy szczególny wątek testamentalny. -Regulacje prawne nie wspominały o zakazie ich użycia aż do roku 1802.
- Ależ ja bynajmniej nie obarczam cię synu żadnym ciężarem oskarżenia - się wzbroniła. - Obecna destrukcja rozgraniczenia wymiarowego, to tendencja światowa.
- No, nawet nie przypuszczam, że krytyka tyczy się mej osoby. Sama winna się ciotuchna wytłumaczyć z użycia nielegalnych machin podróżniczych. Przecież to tu u nas karalne.
Spojrzała na mnie dość krytycznie, ale zareagowała bez obrazy, stosownie się tłumacząc. Z trudnością przychodziła mi wiara we wszystko, co mówiła.
- Pojazd, który tę wszystką fizykę i chemię i aerodynamikę ogarnia jest rzeczywiście tutaj w Accadii jeszcze nie opatentowany i zapakowany w częściach wewnątrz stojących waliz u progu drzwi do sypialni. Zatem poradziłabym szczerze, aby twój służący był tak łaskaw i wprowadził cały ten majdan na szafy i pod lustra, a najlepiej jeszcze porozkładał w szufladach sypialni me suknie i bieliznę. I nie zapomniał o drągu - dodała z nikłym uśmiechem, gdym się wciąż z wydaniem polecenia ociągał. Wskazała mi żerdź do złudzenia przypominającą kij od miotły.
- Zrobi się - przytaknąłem, mając na uwadze obiecane, testamentowe profity.