Broad Peak. Darowane życie - Monika Witkowska

-
Proszę czekać

ZAMIAST WSTĘPU, czyli coś jest po coś

ZAMIAST WSTĘPU, czyli coś jest po coś

Opis z poprzedniej strony to nie żaden koszmarny sen, tylko prawdziwa historia. Konkretnie - tak właśnie wyglądał finał mojego ataku szczytowego na Broad Peak (8051 m) w lecie 2021 roku.

Broad Peak nie jest łatwą górą, zresztą żaden ośmiotysięcznik łatwy nie jest. Owszem, technicznie trudno go uznać za specjalnie trudny, za to na pewno potrafi być wyczerpujący oraz zdradliwy (jego stoki są zagrożone lawinami oraz lecącymi kamieniami, szczeliny zaś zdarzają się nawet ponad obozem 3). Dość powiedzieć, że jeden z polskich zdobywców Korony Himalajów i Karakorum, Piotr Pustelnik1, w pewnym z wywiadów górę tę podsumował tak: "Osobiście panicznie się jej boję. Jest nie tyle bardzo niebezpieczna, co nie toleruje najmniejszych błędów"2. Znaczący zresztą jest fakt, że doświadczony przecież Pustelnik Broad Peak zdobył dopiero za czwartym razem. Mało tego, na jednej z wypraw (w 1998 roku) za sprawą zerwanej poręczówki poleciał dobre kilkaset metrów w dół, cudem ratując życie. Ale nie tylko on, wielu himalaistów miało z Broad Peakiem problem. Wanda Rutkiewicz zmagała się z nim dwukrotnie, bez powodzenia, a przewijający się w tej książce Oscar Cadiach, dla którego Broad Peakiem był już ostatnim, czternastym w kolekcji ośmiotysięcznikiem, stanął na szczycie dopiero przy siódmej próbie.

Opisana w niniejszej książce wyprawa była moim drugim spotkaniem z dwunastą pod względem wysokości górą świata. Pierwsze odbyło się w 2017 roku, kiedy działałam razem z ekipą austriacką. Niestety, szczytu nie zdobyliśmy ze względu na nieoczekiwane załamanie pogody w czasie ataku szczytowego i powstałe zagrożenie lawinowe. Ale nie atak szczytowy na tamtej wyprawie był dla mnie najważniejszym i najbardziej wrytym w pamięć wydarzeniem, ale lawina. Wielka, potężna, w której cudem - dzięki zbiegowi wypadków - się nie znalazłam, tym samym ratując życie.

Podświadomie wiem, że Broad Peak był w moim zasięgu. Wtedy i teraz. Skoro tak, to pewnego lipcowego poranka AD 2021, siedząc przed swoim namiotem w bazie i patrząc na wznoszącą się ponad obozem masywną Górę, spytałam ją, co jest nie tak, dlaczego dwa razy dała mi kosza? Nie, nie obraziłam się na nią, takie jej prawo decydować, kogo chce wpuszczać na swój wierzchołek, a kogo nie. Potem jednak, już z perspektywy czasu, dotarło do mnie, że to nie tak, że chyba czegoś nie dostrzegałam. Może nie chodzi o to, że Góra mnie nie pokochała, lecz odwrotnie - robiła wszystko, żeby nie doszło do tragedii.

Moi najlepsi znajomi z wyprawy w 2017 roku. Od lewej - Richard Hidalgo z Peru (zginął w 2019 roku na Makalu), Arman Hadad z Iranu, Waldek Kowalewski, Pakistańczycy - tak zwany Little Hasan oraz Anwar Syed, Kanadyjka Grace McDonald, Sana - nasz oficer łącznikowy, dwaj Chilijczycy Jimmy Mora oraz Andres Mitjans i chłopak z obsługi bazy.

W swojej filozofii życiowej wychodzę z założenia, że coś jest po coś - to co się w pierwszej chwili wydaje pechem czy wręcz nieszczęściem, budzi żal, złość albo rozgoryczenie, może w rzeczywistości okazać się wręcz optymalną opcją. W odniesieniu do moich spotkań z Broad Peakiem - najważniejsze było w nich to, że z obu tych wypraw wróciłam. Nie wszystkim to było dane - nieszczęśliwe wypadki, jakie latem 2021 roku się wydarzyły, spowodowały, że dwie osoby (jedna na Broad Peaku, druga na K2) pozostały w Karakorum na zawsze.

Obóz bazowy pod Broad Peakiem w roku 2017.

Nawet lepiej nie myśleć, jak wielką lawinę spowodują zalegające pod szczytem Broad Peaku zwały śniegu i lodu, gdy w końcu się obsuną.

Jeśli chodzi o mnie, mimo niewejścia na szczyt nie myślę wcale, że była to nieudana wyprawa. Nie, bo przecież zawsze powtarzam, że szczyt jest ważny, ale ważniejsza od celu jest prowadząca do niego droga. A na tej wyprawie droga, choć trudna i kręta, była bardzo ciekawa. I o tym właśnie jest moja książka. Ale żeby była jasność... Kto już zna moje książki, wie, że nie są one wyłącznie o mnie. To raczej zapis tego, jak na wyprawie na ­ośmiotysięczniki wygląda codzienność, kim są spotkani ludzie (zarówno wspinacze, jak i miejscowi). Są tu również informacje dotyczące himalizmu jako takiego, a i pozagórskich wątków również nie brak (mam tu na ­myśli lokalne tradycje, ciekawostki na temat Pakistanu, nawiązania do historii, przyrody itp.). Wszystkim życzę ciekawej lektury, a tym, którzy mi na tej wyprawie kibicowali - ­serdecznie ­dziękuję!

BROAD PEAK

W ENCYKLOPEDYCZNYM SKRÓCIE

Wysokość: 8051 m (choć są też źródła przyjmujące 8047 m)

Miejsce w rankingu wysokości: 12. góra świata

Inne nazwy: K3, Falchan Kangri

Kraj: szczyt znajduje się na granicy Pakistanu i Chin, przy czym opisywana wyprawa prowadzona była od strony pakistańskiej

Masyw: Karakorum

Pierwsze wejście: 9 czerwca 1957 roku. Dokonali go Austriacy Hermann Buhl, Kurt Diemberger, Marcus Schmuck i Fritz Wintersteller

Pierwsze wejście polskie: nieoficjalnie: 30 lipca 1982 roku Jerzy Kukuczka i Wojciech Kurtyka, oficjalnie: 30 czerwca 1983 roku Krystyna Palmowska

Liczba dotychczasowych zdobywców: 551 wspinaczy (w tym 45 kobiet i 25 osób z Polski)

Liczba ofiar śmiertelnych: 35 (w tym 6 z Polski)

PRZYGOTOWANIA - jak K2 zamieniło się w Broad Peak

PRZYGOTOWANIA - jak K2 zamieniło się w Broad Peak

Marzyło mi się K23. Druga góra świata zawładnęła moim umysłem wkrótce po powrocie z udanej wyprawy na Lhotse (2019 rok) i wszystko wskazywało na to, że lato 2020 roku spędzę właśnie tam. Los chciał inaczej. Trzy miesiące przed wyprawą świat zamarł w nieznanym nam wcześniej rodzaju szoku - media trąbiły o pandemii, przerażające statystyki wywoływały psychozę strachu, ale wciąż jeszcze miałam nadzieję, że to chwilowe i że po kilku tygodniach wszystko wróci do normy. Pierwszym utrudnieniem stało się zamknięcie siłowni, co oznaczało odcięcie mnie od głównej formy treningu, czyli chodzenia z plecakiem po ruchomych schodach. "Przyjeżdżaj do mnie, mieszkam w 22-piętrowym bloku" - zaproponował kumpel, Damian Rosiński, więc faktycznie ileś treningów zrobiłam właśnie na klatce schodowej jego wieżowca. Po pewnym czasie rozpoznawałam niektóre z pięter choćby po zapachach ze zsypu. Potem z kolei, gdy ogłoszono lockdown, ćwiczyłam w domu, a konkretniej - dostawałam wycisk w ramach internetowych treningów prowadzonych przez Karola Henniga z Formy na Szczyt. Ktoś powiedział, że w małym mieszkaniu nie można ćwiczyć? Można... Za sprzęty służyły mi krzesła czy ława, za ciężarki czy sztangę plecak wypełniony zgrzewką wody . Według płynących z laptopa instrukcji robiłam pompki, przysiady, deski...

Baza pod K2. Pierwotnie to ona latem 2021 roku miała być moim ­­górskim domem.

W czasie lockdownu szalenie mi brakowało wolności, przestrzeni i świeżego powietrza. Tutaj też okazało się, że potrzeba jest matką wynalazków. Balkonu niestety nie mam, ale odkryłam, że małe okienko ze strychu na piątym piętrze bloku na warszawskim Czerniakowie pozwala mi wyjść na dach, z którego widzę Łazienki! Wynosiłam karimatkę i mając dachową przestrzeń jedynie dla siebie, mogłam oddawać się lekturze górskich książek, między innymi tych o K2. Oczywiście w międzyczasie organizowałam wyprawę - negocjowałam z agencją ceny, dogadywałam szczegóły i coraz częściej mentalnie byłam już w Pakistanie. Niestety, w związku z pandemią żadnej wyprawy nie było. Nadszedł kolejny rok i nowe nadzieje. Wszystko układało się wręcz idealnie. Może nawet za dobrze? Najtrudniej było ze sponsorami, ale w końcu znalazły się firmy, które postanowiły mnie wesprzeć (tu wielkie podziękowania dla najważniejszych sponsorów, którymi byli InterRisk, Douglas i Brother). W każdej wolnej chwili jeździłam w góry, doszkalałam się, a że siłownie znowu działały, w moim ulubionym klubie sieci Zdrofitu mogłam katować się do oporu, bez żadnych taryf ulgowych. Rowery, tabata, no i ruchome schody dawały naprawdę dobre efekty, pilnowałam też ściśle diety - żeby było w niej dużo żelaza (w dużym skrócie: żelazo wspomaga przystosowanie się organizmu do wysokości). W kwietniu pojechałam do Nepalu - prowadziłam grupę trekerów do bazy pod Everestem, ale przy okazji z częścią ekipy weszliśmy też na sześciotysięcznik Lobuche East (6119 m), co traktowałam jako wstępną aklimatyzację.

Ruchome schody -najlepszy trening przed górskimi wyprawami. W plecaku mam ciężarki o wadze kilkunastu kilogramów.

Miesiąc po powrocie z Nepalu miałam już lecieć do Pakistanu. Nie tylko ja, bo w towarzystwie grupy trekerów, którzy mieli mnie odprowadzić do bazy. Poważne problemy zaczęły się trzy tygodnie przed wylotem. Najpierw ciśnienie podniosła nam informacja, że Polska znalazła się na liście krajów, których obywatele ze względu na covid nie mogą przylecieć do Pakistanu. Ręce nam opadły, ale na szczęście nasz pakistański kontrahent obiecał załatwić stosowne zezwolenie i faktycznie - udało mu się to zrobić. Zaraz potem odwołano nam lot, ale dzięki znajomościom udało się załatwić miejsca na inny. Następna wiadomość tąpnęła mną już solidnie: na listę zbanowanych krajów wpisano również Nepal! Zabrzmiało to fatalnie, bo właśnie Nepalczycy byli organizatorami wyprawy (agencja Seven Summit Treks). Łudziłam się jeszcze, że skoro nam, Polakom, załatwiono zezwolenia, to podobne uda się załatwić także i Nepalczykom. Nic z tego. Kilka dni później przyszedł mail od agencji, że jest im bardzo przykro, ale są zmuszeni odwołać wyprawę. Byłam bliska rozpaczy, jednak burza mózgów z Pawłem (moim mężem) oraz Adamem (moim najlepszym przyjacielem, doradcą i wspólnikiem wielu działań), zaowocowała decyzją: szkoda miesięcy przygotowań oraz treningów. Skoro jest jak jest i nie ma szans na K2, to trzeba brać to, co się da, czyli zlokalizowany po sąsiedzku Broad Peak! Tu ryzyka, że i tę wyprawę odwołają, nie było, jako że stała za nią agencja pakistańska, ta sama zresztą, która organizowała nasz treking, czyli Leila Peak Expedition.

Kolejne dni minęły na błyskawicznym przystosowywaniu się do zmiany celu. Trzeba było szybko wymyślić logo, zamówić nowe banery sponsorskie, zrobić pieczątkę wyprawy, no i milion innych rzeczy. Równocześnie piętrzyły się nowe problemy. Najważniejszy stanowiło to, że do wylotu zostało zaledwie kilka dni, a my wciąż nie mieliśmy wiz. Co z tego, że wnioski złożyliśmy internetowo kilka tygodni wcześniej, skoro nawet nie mieliśmy sygnału, czy ktoś je rozpatruje. "Ekipa hiszpańska dostała wizy sześć godzin przed wylotem" - śmiał się Akbar, szef agencji, podczas gdy mnie wcale nie było do śmiechu. Wylot miał być we wtorek, w czwartek z Adamem zakomunikowaliśmy Akbarowi, że jeśli do końca następnego dnia nie będzie wiz, odwołujemy wyjazd. Tego, co się działo w piątek, nawet nie chcę wspominać - SMS-y, telefony oraz maile napływały z taką częstotliwością, że nie nadążaliśmy z ich czytaniem. Poruszony został pakistański MSZ, polski MSZ, Ambasada Pakistanu w Polsce i jeszcze inne przydatne kontakty. "Jeśli do siedemnastej nie będzie wiadomości, to już nie mam pomysłu..." - napisał Akbar. Szesnasta pięćdziesiąt wyświetliła się informacja: wizy zostały przyznane.

Przez ostatni tydzień przed wylotem razem z Adamem działaliśmy dosłownie na trzysta procent normy, a mój mąż dzielnie nas wspierał (gdyby nie on, pewnie bym zapomniała o jedzeniu, to on robił za baristę, bo bez kawy nie dałabym rady, nie mówiąc o kwestiach technicznych, jeżdżeniu w roli kuriera itp., itd.). Wyzwoleniem z lawiny spraw tradycyjnie okazał się dopiero moment wejścia do samolotu...

Był jednak jeden naprawdę duży plus całego tego zamieszania, a mianowicie: nie miałam czasu na nadmierne rozmyślania czy roztkliwianie się. Nikt z himalaistów o tym nie mówi, ale przed samym wylotem nie jest nam łatwo. Na etapie planowania wyprawy, wiele miesięcy wcześniej, wszystko jest fajnie - są plany, cele, pełen entuzjazm i hurraoptymizm. Nie myśli się o ryzyku, bo wydaje się na tyle odległe, że wręcz nierealne, kompletnie abstrakcyjne. Im bliżej wyprawy, tym częściej pojawiają się myśli o tym, że może być różnie, że możemy nie wrócić, że tak wiele spraw pozostaje w górach poza naszą kontrolą. Tłumimy te myśli i tak naprawdę to chyba też udajemy i gramy - przed bliskimi, znajomymi, a przede wszystkim przed sobą, że jak najbardziej wyprawa nas cieszy i że to fantastyczne realizować te swoje cele. Jednak przed samym wylotem bywa naprawdę kiepsko. Są wyrzuty sumienia wobec najbliższych i mnóstwo myśli, które sprawiają, że zaczynamy się wahać. Jechać? Nie jechać? Nie jechać już trochę głupio, bo wstyd przecież przyznać, że się po prostu boimy. W końcu życie mamy jedno, trochę szkoda by było je stracić. A czarne myśli i rozmaite "znaki"? No nie, zabobonni nie jesteśmy. Choć może to jakieś proroctwa?

Owszem, mogą być wśród himalaistów i tacy, którzy tego nie doświadczają - pewnie zazwyczaj ci, którzy jeszcze nie mają zbyt dużego doświadczenia i po prostu nie zdają sobie sprawy z ryzyka, albo ci, którzy z jakichś powodów uciekają w góry przed czymś czy przed kimś, stawiając wszystko na jedną kartę. Co do doświadczenia, to wiem po sobie, że przed Everestem zdecydowanie mniej się bałam niż teraz, gdy to już któraś moja wyprawa. A z ucieczką? Ja w góry nie uciekam - kocham swoje codzienne niegórskie życie i zależy mi na nim ogromnie. Ale wiem, że wiele osób doświadcza nawału obaw i je tłumi. Mało tego, znam himalaistów, którzy przedwyprawowe lęki zagłuszają używkami dającymi im złudną namiastkę luzu. Apogeum lęków stanowi pożegnanie z bliskimi - dla mnie to cholernie ciężki moment, podobnie jak zostawianie koperty z napisem: "Otworzyć, gdyby coś...".

Lęk zwykle znika w momencie wylotu. Dociera do nas, że już nic nie zrobimy, samolotu nie zawrócimy, no i uniknęliśmy tego wstydu przed wycofaniem. Z początkiem wyprawy wpadamy już w kulę wydarzeń, która zaczęła się toczyć, a my lecimy z nią ku, zakładamy, szczęśliwej mecie. Teraz już jest okej, zwłaszcza że poznajemy podobnych "wariatów", no i trzeba się skupić na górze. Strach znika, zastępuje go radość, że znowu jest się w górach, że rozpoczęła się nowa przygoda.

Zdjęcie zrobione w obozie na Concordii, z Broad Peakiem w tle.

ANTEK - Mały Wielki Bohater

ANTEK - Mały Wielki Bohater

Zanim przejdziemy do relacji z wyprawy, czyli przeniesiemy się na zbocza Broad Peaku, muszę kogoś przedstawić (zwłaszcza że w kilku miejscach będzie o nim mowa).

Tym kimś jest Antek, w czasie wyprawy mający osiem lat chłopiec, który urodził się jako wcześniak z dziecięcym porażeniem mózgowym, czego efektem są między innymi ataki padaczki, niedosłuch, problemy z mówieniem, ale przede wszystkim to, że mimo licznych operacji Antek nie jest w stanie samodzielnie chodzić.

Trudno nawet zliczyć, ile Antek miał operacji. Jego życie to ciągła walka z bólem i jak nie szpitale, to żmudna rehabilitacja.

Zdjęcie z marca 2022 roku, kiedy odwiedziłam Antka z dumą prezentującego swój wózek. Na spacer poszła z nami jeszcze Natalia (walcząca z chorobą nowotworową) i najmłodsze dzieciaki -Rita i Maksiu.

Antka poznałam dzięki Broad Peakowi. Postanowiłam, że podobnie jak przy poprzednich wyprawach, ta również ma przynieść coś dobrego. Wiem, tłumaczyłam już swoją filozofię w poprzednich książkach, czy o Manaslu, czy też o Lhotse, ale przypomnę ją w skrócie raz jeszcze. Otóż wychodzę z założenia, że jestem szczęściarą - mam zdrowie i możliwość, by jeździć po świecie, ale przez to mam też swoisty dług wdzięczności wobec losu, który dla mnie jest, owszem, bardzo łaskawy, ale dla innych nie zawsze. Poza tym co to za frajda, jeśli robi się coś wyłącznie dla siebie? Dużo lepiej, jeśli nasze pasje mogą służyć też innym.

W każdym razie tak jak i przy poprzednich górach, tak i teraz przeliczyłam wysokość góry na złotówki. Czyli założyłam, że skoro Broad Peak ma 8051 m, to celem będzie zebranie 8051 zł do wykorzystania na pomoc jakiemuś dziecku. Tylko jakiemu? Zawsze zależy mi na tym, aby akcje, w które się angażuję, były trafione (osobiście je weryfikuję), uczciwe, a zebrane pieniądze - na pewno dobrze wykorzystane. Co ważne, nie o jednorazowe zbiórki w tych moich akcjach chodzi - dziecko, któremu pomagam, staje mi się bliskie i tym samym trafia do gromadki moich podopiecznych, z którymi kontakt mam także po zakończeniu akcji.

O Antku i jego rodzinie powiedział mi mój dobry kolega, Jacek Konieczny. Po kilku rozmowach telefonicznych z zaskoczoną propozycją Natalią, mamą Antka, wybrałam się do nich z odwiedzinami. I jeśli można w takich sytua­cjach mówić o miłości od pierwszego wejrzenia, to tak właśnie było tym razem. Rodzina Chudzickich podbiła moje serce przede wszystkim podejściem do życia. Wyobraźmy sobie dom, w którym jest piątka dzieci (oprócz Antka - 3-letni Maksymilian, 5-letnia Rita, 6-letni Janek oraz 11-letni Alex), przy czym wszystkie są obarczone jakimiś chorobami, a poważne problemy zdrowotne ma też i mama. "Jesteśmy normalną rodziną" - stwierdziła Natalia, a ja z podziwem patrzyłam, jak ta "normalna", a tak naprawdę niezwykła i dzielna rodzina funkcjonuje: dom jest zadbany, dzieciaki posłuszne i wzajemnie sobie czy mamie pomagające, wszystkie wydatki są przemyślane (nie jest łatwo, bo gros pieniędzy pochłaniają leki, rehabilitacja, seanse logopedyczne itp., itd.), a Natalia, mimo miliona spraw, które na nią spadają, na przytulenie dzieci zawsze znajdzie siłę i czas. Łatwo im nie jest, ale nie ma też mowy o narzekaniu, skarżeniu się na los czy proszeniu kogokolwiek o pomoc (chęć pomocy była inicjatywą moją i Jacka).

Dzięki wsparciu osób obserwujących moją stronę na Facebooku zbiórka się udała - Antek swój Broad Peak zdobył. Założoną kwotę 8051 zł zgromadziliśmy, trochę jeszcze dołożyła poznańska Fundacja Niesiemy Nadzieję, która przy okazji otoczyła Antka swoją opieką. Miesiąc po moim powrocie z Broad Peaku chłopiec dostał wymarzony nowy wózek. Z poprzedniego już wyrastał, a poza tym stary wózek wymagał, by ktoś go pchał, bo Antek nie miał siły w rączkach, aby napędzać koła na dłuższych dystansach czy na podjazdach. Teraz wreszcie ma wózek z napędem elektrycznym, co zapewnia mu dużą dozę samodzielności i równocześnie dodaje pewności siebie. Co również ważne, obserwując moją wyprawę, Antek niesamowicie wkręcił się w góry, co z kolei stanowi odskocznię od jego choroby i choć na trochę pozwala zapomnieć o ciągłym bólu. Odkąd wróciłam do Polski, mój mały przyjaciel obejrzał już chyba wszystkie górskie filmy, jakie pokazywano w telewizji, czyta też górskie książki (w bibliotece, do której należy, zrobił ponoć "awanturę", dlaczego nie ma w niej moich książek) i nawet klawisze w pianinie, na którym gra, nazwał górami - jest Giewont, Śnieżka, Szrenica...

Mówi się, że dobro wraca. W przypadku Antka i jego rodziny faktycznie tak jest. Pewnego dnia Natalia zadzwoniła do mnie i oznajmiła, że razem z Antkiem zostali wolontariuszami - raz w tygodniu będą rozdawać jedzenie bezdomnym. Bo ktoś im pomógł, więc oni pomogą innym. Jak powiedzieli, tak zrobili - kiedy piszę te słowa, mija już któryś miesiąc, gdy drobniutka dziewczyna z synkiem na wózku w każdy piątek nalewa zupę tym, którym życie się pogmatwało. Akcji, w których Antek i jego rodzina się angażują, jest zresztą więcej - na przykład pakowanie prezentów dla ubogich przed świętami, odwiedzanie starszych osób w Domu Opieki Społecznej czy pomaganie ukraińskim uchodźcom.

Poznanie Antka i jego rodziny uważam za największe dobrodziejstwo wyprawy na Broad Peak. Nie mam wątpliwości, kto komu więcej dał (rzecz jasna - Antek mnie). Podczas wyprawy kontakt z tym małym chłopcem dawał mi motywację do zdobywania góry (przecież nie mogłam go zawieść), a równocześnie wlał we mnie radość, że wciąż są dobrzy, empatyczni ludzie, którzy patrzą dalej niż poza czubek własnego nosa (te pozytywne jednostki to zarówno rodzina Antka, jak i wszyscy, którzy Antka w czasie zbiórki wsparli). Cieszę się, że mam takiego małego, a zarazem Wielkiego Przyjaciela, czy właściwie gromadkę przyjaciół, tak bardzo zaangażowanych w to, co robię. Chociaż... "Ja się pomodlę, żeby ciocia już nie jeździła w góry" - o modlitewnych intencjach małej Rity doniosła niedawno jej mama. Antek z kolei marzy, że będzie z ciocią góry zdobywał. Jeśli mogłabym spełnić jakieś jedno życzenie, bardzo bym chciała, żeby Antek mógł chodzić.

Najbardziej hojnie zrzutkę na Antka wsparli: Anna Janicka, Magda Jarzębska, Maciej Olko, Anna Banaszek, Ellig Pa, Maja Sajdak, Marzena Kuśnierz, Katarzyna Pankanin, Kinga Duda (nie córka... :-)), Agnieszka Maszewska, Beata Jaworowska, Agnieszka Klimecka, Katarzyna Tarant, Mariusz Weinert oraz Agnieszka Kubiak, niemniej z całego serca ogromnie dziękuję wszystkim darczyńcom, niezależnie od przekazanej kwoty. Największą nagrodą i tak pozostanie uśmiech Antka.

INSZALLAH - pierwsze dni w Pakistanie

15 czerwca 1. dzień wyprawy Przelot z Warszawy via Stambuł do IslamabaduGwiazdy są wśród nas

Wir przygotowań sprawił, że ostatnie trzy doby przed rozpoczęciem wyprawy prawie nie spałam, tak więc z pierwszego odcinka lotu niemal nic nie pamiętam - zasnęłam przed startem i obudziłam się już po wylądowaniu.

Przesiadkę w Stambule spędziliśmy między innymi na opowiadaniu sobie różnych historyjek dotyczących osób z naszej ekipy, co miało cel integracyjny, bo była to już pora, by się poznać. Zresztą nawet ja sama wszystkich nie znam. Co prawda część ekipy była już ze mną na jakichś wyjazdach, ale jest kilka osób zupełnie nowych. Do gwiazd, w przenośni i dosłownie, bezsprzecznie należy Krysia, która wcześniej zaliczyła ze mną wyjazd na Kazbek, a także trekingi do baz pod Annapurną i pod Everestem. Otóż Krycha sama podkreśla, że jest stuprocentową gwiazdą i nie ma to nic wspólnego z żadnym narcyzmem (Krycha to superskromna dziewczyna z fajnym poczuciem humoru), chodzi natomiast o to, że na nazwisko ma właśnie... Gwiazda! Czasem wychodzą z tego komiczne sytuacje, bo wyobraźmy sobie scenkę, gdy Krysia się komuś przedstawia: "Gwiazda jestem...". "Oj, lasce się mocno przewraca w głowie" -­ niesłusznie pomyśli wówczas ten, co nie zna podłoża sytuacji.

Innego rodzaju "gwiazdą", tu już faktycznie gwiazdą medialną, jest z kolei Jacek Łapiński, z racji swojej miłości do whisky często chodzący w ­koszulce "I am Jack. Jack Daniels". W zależności od nastroju Jacek jest albo wyciszony, albo odwrotnie - wchodzi w rolę showmana. W marcu 2021 roku o Jacku usłyszała cała Polska. Wszystkie stacje telewizyjne pokazywały go jako zdobywcę K2. I to zimowego!

Przełożony lot, problemy z wizą, ale wreszcie przyszedł upragniony moment, gdy można było wystartować.

JAC(E)K NA K2,

CZYLI DROGA DO SŁAWY

Był początek marca 2021 roku, zaledwie półtora miesiąca po tym, jak Nepalczycy dokonali historycznego, pierwszego wejścia zimą na K2 i emocje z tym związane były nadal dość silne. I oto nagle nasze rodzime media obiegła sensacyjna wiadomość: oto K2, wciąż jeszcze zimą, zdobył też Polak! Jakież było moje zdumienie, gdy okazało się, że bohaterem newsów stał się mój dobry kolega, Jacek Łapiński, wielu osobom być może znany jako organizator festiwalu bluesowego Las, Woda & Blues, a jeśli chodzi o moje z nim kontakty, to poznany kilka lat temu na prowadzonym przeze mnie wyjeździe na Kilimandżaro (gdzie radził sobie bardzo dobrze, choć o K2 nic nie wspominał).

Jak się okazało, poniekąd byłam "matką chrzestną" tego oryginalnego pomysłu. Otóż w roku 2020, wiedząc, że wybieram się na wyprawę na K2 (letnią), Jacek zgłosił się do grupy, która miała mnie do bazy odprowadzać. Co prawda covid zniweczył plany wyjazdu, ale w umyśle kolegi słynna góra zakorzeniła się już głęboko. Pewnego dnia, po jakiejś imprezie, a u Jacka imprezy wiążą się też z kreatywnością, narodził się szalony pomysł: Jacek postanowił zdobyć K2 po swojemu, swoją własną autorską drogą. Czasu było mało, bo kilka dni później nasz bohater miał wylatywać do Meksyku, no a poza tym zależało mu, aby było to jednak wejście zimowe.

Pomysł był jedyny w swoim rodzaju - nieopodal miejsca zamieszkania Jacka, czyli znajdującej się w województwie lubuskim miejscowości Sława, nad tamtejszym jeziorem (a jakże - Sławskim) stoi 35-metrowa wieża widokowa, druga co do wysokości w Polsce (miało to znaczenie symboliczne, bo przecież K2 to drugi co do wysokości szczyt świata). Celem naprędce utworzonego Łapiński Team (czyli Jacek Łapiński plus jego 25-letni syn Kamil) było wejście na tę wieżę tyle razy, ile wynosi wysokość, czyli 8611 m. Niestety, Kamil po drodze odpadł, bo wysiadły mu kolana - uzyskał odpowiednik 5,5 tys. m, natomiast Jacek ambitnie cel osiągnął. W ciągu czterech dni zrobił 247 wejść, pokonując przy tym 48 tys. 412 schodów (wieża liczy 197 schodów), co przeliczono na 3190 pięter.

"Mieliście jakieś momenty załamania?" - spytałam Jacka kilka miesięcy później, już w Pakistanie, kiedy siedząc na lodowcu, piliśmy herbatę z widokiem na prawdziwe K2. "No pewnie! Każdego dnia! Codziennie co innego bolało, raz kolano, raz łydki, choć bardzo pomogły kijki trekingowe; bez nich by się nie dało" - śmiał się Jacek. "A jak ze sprzętem?" - byłam ciekawa. "Mieszkaliśmy w namiotach, a na dole, przy wieży, mieliśmy wszystko - raki, uprzęże, czekany"...

Jedno jest pewne - gratulacje za to "K2" mu się należą. Za pomysł i wymagające naprawdę niezłej kondycji jego zrealizowanie, ale także za wypromowanie zarówno wieży, jak i małej, niewątpliwie ładnie położonej Sławy. Równocześnie nutka humoru, wniesiona w zwykle bardzo poważnie traktowany temat himalaizmu, też na pewno nie zaszkodzi.

16 czerwca 2. dzień wyprawy IslamabadKawa, meczet i szaszłyki

Wylądowaliśmy w Islamabadzie o trzeciej w nocy, z ulgą wychodząc z wypełnionego do ostatniego miejsca samolotu, który zabrał nas z przesiadki w Stambule. Wypełnionego bynajmniej nie turystami - z Westmenów oprócz nas leciało tylko dwóch Belgów (Niels i Jeff, kandydaci do zdobycia K2) oraz para z Rumunii (ci z kolei na Gaszerbruma II).

Na lotnisku powitali nas Akbar i Anwar Syedowie. Zupełnie mi się mylą, bo jak przystało na książkowy przykład bliźniaków, są praktycznie identyczni! Dobrze, że przynajmniej ubierają się inaczej, więc ratuję się rozpoznawaniem ich po strojach. Wraz z kolejnym bratem, Tahirem, prowadzą jedną z największych pakistańskich agencji górskich - Lela Peak Expedition. Organizowali wiele wypraw, również polskich wspinaczy (korzystali z ich usług między innymi Artur Hajzer, Krzysiek Wielicki, Adam Bielecki, Andrzej Bargiel i wielu innych), a teraz zajmują się logistyką naszego trekingu i mojej wyprawy na Broad Peak.

Z ekipą moich trekerów odprowadzających mnie do bazy.

Patriotyczny napis wypatrzony w Gilgit-Baltistanie, prowincji na północy Pakistanu.

PAKISTAN

- TAJEMNICA NAZWY

Nazwa Pakistan nie ma zbyt długiej historii, bo sam kraj jest stosunkowo młody (niepodległość uzyskał dopiero w 1947 roku, odłączając się od Indii Brytyjskich). Jej twórca to niejaki Choudhry Rahmat Ali, młody działacz zaangażowany w walkę o powstanie muzułmańskiego państwa (większą część Indii Brytyjskich zamieszkiwali wyznawcy hinduizmu). W 1933 roku, w czasie studiów prawniczych na uniwersytecie w angielskim Cambridge, Choudhry opublikował nacjonalistyczną broszurę Teraz albo nigdy, w której po raz pierwszy użył nazwy "Pakistan". Nie było to przypadkowe - stanowiło sprytnie przemyślany akronim wykorzystujący pierwsze litery czterech prowincji wchodzących wówczas w skład kolonii brytyjskiej, w których dominowali wyznawcy islamu.

Były to:

- Pendżab,

- Afgania (na północnym zachodzie, przy granicy z Afganistanem),

- Kaszmir,

- Indus-Sind,a końcówkę nazwy dodano z jeszcze jednej prowincji, którą był:

- Baluchistan (Beludżystan).

Dopiero z czasem zauważono, że nazwę "Pakistan" można interpretować nie tylko jako symboliczny zlepek liter, ale jeszcze inaczej, a konkretnie jako "Czysty kraj" (chodziło o czysty w znaczeniu czystych myśli i działań), albo też "Kraj czystej ziemi". Wiąże się to z tym, że w językach perskim oraz paszto słowo "pak" oznacza przymiotniki "czysty", "święty", a "istan" to "miasto" oraz "miejsce w coś obfitujące".

Z przejazdu do hotelu pamiętam wielką czerwoną kulę wschodzącego słońca. A potem, już w pokoju, kompletnie urwał mi się film. Nic dziwnego - nareszcie odpuścił przedwyjazdowy stres, dotarło do mnie, że po pokonaniu piętrzących się problemów jednak udało nam się dostać do Pakistanu. Padłam na łóżko i obudziłam się dopiero po kilku godzinach, a właściwie to obudził mnie Adam, przypominając, że musimy wstawać, bo jesteśmy umówieni z ekipą na popołudniową kawę.

Kawa jak kawa, ale miejsce! Bo na kawę wybraliśmy się do pobliskiej kawiarnio-piekarni, i to nie byle jakiej, tylko polskiej! Określenie "polskiej" nie jest wcale nadużyciem, jako że faktycznie lokal prowadzi Polka. Niestety, nie było jej na miejscu, nie miałam więc szansy, aby z nią pogadać (udało mi się to dopiero na powrocie, o czym jest mowa na stronie 374), ale plakat z Pałacem Kultury i napisem "Warszawa", a do tego pachnące pączki i "polskie" chleby (w Pakistanie chlebów w naszym rozumieniu normalnie raczej się nie jada) sprawiły, że nasza duma narodowa od razu rozkwitła. Ale nie, pączka sobie nie zamówiłam. Tym razem skończyło się na pysznym cappuccino i pachnącym świeżością croissancie.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej