Brida - Paulo Coelho

Kup ebooka

42.00 zł
35.21 zł (35,21 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Poprzez ciem­ność Brida widziała zni­ka­jącą w lesie postać Maga. Bała się zostać sama, ale sta­rała się o tym nie myśleć. To jej pierw­sza lek­cja, nie może poka­zać, że się dener­wuje.

"Jestem jego uczen­nicą. Nie mogę go zawieść".

Była z sie­bie zado­wo­lona, a jed­no­cze­śnie zasko­czona, że wszystko dzieje się tak szybko. Ni­gdy nie wąt­piła w swoje zdol­no­ści, czuła się dumna z sie­bie i z tego, że tu dotarła. Była pewna, że Mag obser­wuje ją zza skał, że spraw­dza, czy zdoła opa­no­wać pierw­szą lek­cję magii. Mówił jej o odwa­dze, dla­tego nie mogła oka­zać stra­chu, choć bała się, bo wyobraź­nia pod­su­wała jej obrazy węży i skor­pio­nów kry­ją­cych się w skal­nych szcze­li­nach. Prze­cież Mag wkrótce wróci i zaczną pierw­szą lek­cję.

"Jestem silna i wiem, czego chcę", powta­rzała sobie w duchu. To prze­cież przy­wi­lej zna­leźć się tu, obok czło­wieka, któ­rego ludzie albo podzi­wiali, albo się bali. Odtwa­rzała w pamięci całe popo­łu­dnie i wie­czór, który spę­dzili razem. Przy­po­mniała sobie chwilę, w któ­rej w jego gło­sie usły­szała czu­łość. "Może mu się spodo­ba­łam. Może nawet chciałby się ze mną kochać. Nie byłoby to takie złe, ale ma coś nie­po­ko­ją­cego w oczach".

Co za głu­pie pomy­sły! Przy­je­chała tu prze­cież w poszu­ki­wa­niu drogi pozna­nia, a zaczęła rozu­mo­wać jak zwy­kła kobieta. Sta­rała się o tym nie myśleć i nagle zdała sobie sprawę, jak wiele czasu minęło, odkąd zosta­wił ją samą.

Poczuła pierw­sze oznaki paniki. Róż­nie o nim mówiono. Dla jed­nych był naj­więk­szym z mistrzów, zdol­nym siłą umy­słu zmie­nić kie­ru­nek wia­tru i roze­gnać chmury. Bridę, tak jak każ­dego, fascy­no­wały takie cudowne zdol­no­ści.

Inni z obra­ca­ją­cych się w świe­cie magii, adepci tych samych kur­sów, w któ­rych i ona uczest­ni­czyła, zapew­niali, że upra­wia czarną magię, bo kie­dyś wyko­rzy­stał swe nad­przy­ro­dzone moce, by znisz­czyć męż­czy­znę, który poko­chał jego uko­chaną. Dla­tego też, mimo że był mistrzem, został ska­zany na samotne błą­ka­nie się po lesie.

"Może długa samot­ność dopro­wa­dziła go do sza­leń­stwa", znów ogar­nęła ją fala paniki. Mimo mło­dego wieku wie­działa, jakich spu­sto­szeń może doko­nać w czło­wieku samot­ność. Znała ludzi, któ­rzy stra­cili chęć do życia, bo nie potra­fili prze­zwy­cię­żyć samot­no­ści i sta­wali się od niej uza­leż­nieni. W więk­szo­ści byli to ludzie, któ­rzy uwa­żali, że świat jest podły i nik­czemny, a wie­czory i noce tra­wili na nie­koń­czą­cych się czczych roz­mo­wach o cudzych błę­dach. Samot­ność uczy­niła z nich sędziów świata, śmiało feru­ją­cych wyroki, jeśli zna­leźli kogoś, kto chciał ich słu­chać. Być może i Mag osza­lał z samot­no­ści.

Na jakiś gło­śniej­szy sze­lest obok aż pod­sko­czyła i serce zaczęło jej bić jak osza­lałe. Po nie­daw­nej pew­no­ści sie­bie nie zostało już ani śladu. Rozej­rzała się wokół, ale nic nie dostrze­gła. Zdjęło ją prze­ra­że­nie.

"Muszę się wziąć w garść", pomy­ślała, ale było to nie­moż­liwe. Przed oczami zaczęły się jej prze­su­wać zwidy węży, skor­pio­nów i stra­chów z dzie­ciń­stwa. Była zbyt prze­ra­żona, by nad sobą zapa­no­wać. Poja­wił się kolejny obraz: potężny cza­row­nik, który zawarł pakt z dia­błem i skła­dał ją na ołta­rzu w ofie­rze.

- Gdzie pan jest?! - krzyk­nęła. Nie obcho­dziło jej, co sobie pomy­śli, byle się tylko stam­tąd wydo­stać.

Nikt nie odpo­wie­dział.

- Chcę się stąd wydo­stać! Pomocy!

Odpo­wie­dzią był tylko zło­wrogi szum lasu i tajem­ni­cze odgłosy. Ze stra­chu krę­ciło się jej w gło­wie, była bli­ska omdle­nia. Tylko nie to! "Teraz gdy wiem, że Maga nie ma w pobliżu, nie wolno mi tra­cić przy­tom­no­ści, myślała. Muszę się opa­no­wać".

Tak pomy­ślała i od razu poczuła w sobie jakąś moc. "Nie wolno mi krzy­czeć", szep­nęła. Krzyki mogły przy­wa­bić żyją­cych w lesie ludzi, czę­sto nie­bez­piecz­niej­szych od dzi­kich bestii.

- Wie­rzę - wyszep­tała. - Wie­rzę w Boga, wie­rzę w Anioła Stróża, który mnie tu dopro­wa­dził i jest przy mnie. Nie potra­fię go opi­sać, ale wiem, że jest bli­sko. Nie urażę swej stopy o kamień.

Ostat­nie słowa pocho­dziły ze zna­nego jej dobrze w dzie­ciń­stwie psalmu, o któ­rym dawno zapo­mniała. Jego słów nauczyła ją nie­dawno zmarła bab­cia. "Szkoda, że jej tu ze mną nie ma", pomy­ślała i zaraz poczuła czy­jąś przy­ja­zną obec­ność.

Zaczy­nała poj­mo­wać, że ist­nieje wielka róż­nica mię­dzy nie­bez­pie­czeń­stwem i stra­chem.

Kto prze­bywa w pie­czy Naj­wyż­szego... - tak zaczy­nał się Psalm. Powoli przy­po­mi­nała sobie słowo po sło­wie, jakby recy­to­wała go teraz dla niej bab­cia. Powta­rzała jego słowa bez prze­rwy, i mimo stra­chu nieco się uspo­ko­iła. Nie miała innego wyj­ścia. Musiała uwie­rzyć w Boga i swego Anioła Stróża, albo pod­dać się prze­ra­że­niu.

Poczuła opie­kuń­czą obec­ność. "Muszę w nią uwie­rzyć. Nie potra­fię tego wytłu­ma­czyć, ale wiem, że ist­nieje. I zosta­nie ze mną przez całą noc, bo sama nie odnajdę drogi powrot­nej".

Gdy była dziec­kiem, budziła się cza­sem z pła­czem w środku nocy. Wtedy ojciec brał ją na ręce, pod­cho­dził do okna i poka­zy­wał jej mia­sto. Opo­wia­dał o noc­nych stró­żach, o mle­cza­rzu, który już zaczął roz­wo­zić mleko, o pie­ka­rzu, który wła­śnie piekł chleb. Odga­niał nocne potwory i zalud­niał ciem­no­ści tymi, któ­rzy czu­wali po zmroku. "Noc jest prze­cież czę­ścią dnia", prze­ko­ny­wał ją.

Noc była prze­cież czę­ścią dnia. Tak jak chro­niło ją świa­tło, chro­niła ją też ciem­ność. To za sprawą ciem­no­ści przy­wo­łała tę opie­kuń­czą obec­ność. Musiała jej zaufać. To zaufa­nie to Wiara. Nikt ni­gdy nie pojął, czym jest Wiara. A Wiara jest wła­śnie tym, co czuje w tej chwili: nie­zwy­kłym, nie­wy­tłu­ma­czal­nym zanu­rze­niem się w naj­czar­niej­szą noc. Była, ponie­waż w nią wie­rzyła. Tak samo jak nie da się wyja­śnić cudów, a prze­cież ist­nieją dla tych, któ­rzy w nie wie­rzą.

"Mag mówił coś o pierw­szej lek­cji", pomy­ślała i nagle przy­szło olśnie­nie. Opie­kuń­cza obec­ność była tu, bo w nią wie­rzyła. Po wielu godzi­nach napię­cia Brida poczuła znu­że­nie. Z każdą chwilą wra­cał spo­kój i czuła się coraz bez­piecz­niej.

Wie­rzyła. A Wiara nie pozwoli wró­cić skor­pio­nom, ani wężom. Wiara każe czu­wać Anio­łowi Stró­żowi.

Uło­żyła się wygod­niej w zagłę­bie­niu skal­nym i nie wia­domo kiedy zasnęła.

Gdy się obu­dziła, nastał już dzień i słońce roz­świe­tlało wszystko wokół. Tro­chę prze­mar­zła, miała na sobie brudne ubra­nie, ale było jej lekko na duszy. Spę­dziła całą noc samot­nie w lesie.

Wypa­try­wała Maga, choć wie­działa, że na próżno. Pew­nie wędro­wał teraz przez las, szu­ka­jąc spo­sob­no­ści "zespo­le­nia się z Bogiem", a może też zasta­na­wia­jąc się, czy tej dziew­czy­nie, która się u niego zja­wiła ostat­niej nocy, star­czyło odwagi, żeby pojąć pierw­szą lek­cję Tra­dy­cji Słońca.

- Pozna­łam Ciemną Noc - rze­kła zwra­ca­jąc się do lasu, skąd już nie dobie­gał żaden dźwięk. - Nauczy­łam się, że poszu­ki­wa­nie Boga jest Ciemną Nocą. Że Wiara jest Ciemną Nocą. I nie ma się czemu dzi­wić, bo każdy dzień jest dla czło­wieka Ciemną Nocą. Nikt nie wie, co sta­nie się za minutę, a mimo to idziemy naprzód. Bo ufamy. Bo mamy Wiarę.

A może dla­tego, że nie poj­mu­jemy tajem­nicy zaklę­tej w następ­nej sekun­dzie. Ale to nie miało naj­mniej­szego zna­cze­nia, naj­waż­niej­sze było to, że zro­zu­miała.

Że każda chwila w życiu jest aktem Wiary.

Że można ją wypeł­nić wężami i skor­pio­nami albo opie­kuń­czą siłą.

Że Wiary nie da się wyja­śnić. Że jest Ciemną Nocą. I można się z tym pogo­dzić albo nie.

Spoj­rzała na zega­rek, zro­biło się późno. Musiała zdą­żyć na auto­bus i przez trzy godziny podróży wymy­ślić prze­ko­ny­wu­jące wytłu­ma­cze­nie dla narze­czo­nego, który ni­gdy nie uwie­rzy, że spę­dziła noc samot­nie w lesie.

- Bar­dzo trudna jest Tra­dy­cja Słońca! - krzyk­nęła w stronę lasu. - Sama muszę stać się dla sie­bie mistrzem, a tego się nie spo­dzie­wa­łam!

Spoj­rzała na wio­skę u pod­nóża, w pamięci nakre­śliła drogę przez las i zaczęła scho­dzić. Naj­pierw jed­nak zwró­ciła się raz jesz­cze w stronę skały.

- Chcę jesz­cze coś dodać! - zawo­łała weso­łym, dźwięcz­nym gło­sem - Jest pan intry­gu­ją­cym czło­wie­kiem!

Wsparty o pień sta­rego drzewa widział, jak znika w gęstwi­nie. Czuł jej prze­ra­że­nie i sły­szał krzyki w środku nocy. W pew­nej chwili chciał iść do niej, objąć ją, ochro­nić przed stra­chem i powie­dzieć, że takie wyzwa­nia nie są jej do niczego potrzebne.

Teraz cie­szył się, że tego nie zro­bił. I był dumny, że ta dziew­czyna, z całym swym mło­dzień­czym zamę­tem, jest jego Drugą Połową.

W cen­trum Dublina jest księ­gar­nia spe­cja­li­zu­jąca się w okul­ty­zmie. Ni­gdzie się nie rekla­muje, ale zawsze jest tu tłoczno, bo ludzie, któ­rzy ją odwie­dzają, przy­cho­dzą z pole­ce­nia innych. Cie­szy to wła­ści­ciela, bo tra­fiają do niego tylko naprawdę zain­te­re­so­wani tema­tem klienci.

Brida wiele o niej sły­szała, zanim zdo­była adres od nauczy­ciela pro­wa­dzą­cego kurs o podró­żach astral­nych. Poszła tam pew­nego popo­łu­dnia po pracy i zachwy­ciła się.

Odtąd ile­kroć miała czas, szła oglą­dać książki. Tylko oglą­dać, bo głów­nie były to wydaw­nic­twa impor­to­wane, nie na jej kie­szeń. Wer­to­wała je, oglą­dała rysunki i sym­bole, instynk­tow­nie wyczu­wała flu­idy pły­nące z ogromu nagro­ma­dzo­nej w nich wie­dzy. Po spo­tka­niu z Magiem stała się ostroż­niej­sza. Cza­sem żało­wała, że uczest­ni­czy jedy­nie w spra­wach, które rozu­mie. Prze­czu­wała, że coś waż­nego jej umyka i że jeśli dalej tak pój­dzie, to będzie się krę­cić w kółko i stale prze­ży­wać te same dozna­nia. Ale nie miała odwagi nic zmie­nić. Czuła, że musi cią­gle odkry­wać swoją drogę. Teraz, gdy poznała już Ciemną Noc, wie­działa, że nie ma zamiaru w nią się zagłę­biać. I cho­ciaż zda­rzały się jej chwile nie­za­do­wo­le­nia z samej sie­bie, pew­nych gra­nic nie była w sta­nie prze­kro­czyć.

Książki były bez­piecz­niej­sze. Na pół­kach stały reprinty trak­ta­tów stwo­rzo­nych przed set­kami lat - nie­wielu powa­żało się na napi­sa­nie cze­goś nowego w tej dzie­dzi­nie. Wie­dza tajemna, pra­stara i odle­gła, zda­wała się uśmie­chać ze stron tych ksiąg, kpiąc z ludz­kich wysił­ków odkry­wa­nia jej w każ­dym poko­le­niu na nowo.

Poza książ­kami Bridę spro­wa­dzał do księ­garni inny ważny powód. Obser­wo­wała, kto tutaj przy­cho­dzi. Cza­sami uda­wała, że kart­kuje sza­cowne trak­taty alche­miczne, pod­czas gdy tak naprawdę przy­glą­dała się ludziom - męż­czy­znom i kobie­tom, zwy­kle star­szym od niej - któ­rzy dokład­nie wie­dzieli, czego chcą i kie­ro­wali swe kroki od razu do wła­ści­wego regału. Pró­bo­wała sobie wyobra­zić, jacy byli w życiu pry­wat­nym. Jedni wyglą­dali na mędr­ców, obda­rzo­nych mocami nie­zna­nymi zwy­kłym śmier­tel­ni­kom. Inni zda­wali się roz­pacz­li­wie szu­kać odpo­wie­dzi, które kie­dyś, dawno temu, znali, a bez któ­rych ich życie tra­ciło sens.

Nie uszło jej uwagi, że stali klienci zamie­niali kilka słów z księ­ga­rzem. Roz­ma­wiali o tak dziw­nych spra­wach, jak fazy księ­życa, wła­ści­wo­ści kamieni czy poprawna wymowa rytu­al­nych słów.

Pew­nego razu i Brida zdo­była się na odwagę. Wra­cała z pracy po uda­nym dniu i stwier­dziła, że musi wyko­rzy­stać dobrą passę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Chcę zgłę­biać taj­niki magii - powie­działa dziew­czyna.

Mag obrzu­cił ją krót­kim spoj­rze­niem: sprane dżinsy, pod­ko­szu­lek i wyzy­wa­jąca poza, którą przy­bie­rają nie­śmiali wła­śnie wtedy, gdy nie powinni. "Mam dwa razy tyle lat co ona", pomy­ślał. A mimo to wie­dział, że spo­tkał Drugą Połowę.

- Nazy­wam się Brida - cią­gnęła. - Prze­pra­szam, że się nie przed­sta­wi­łam. Tak długo cze­ka­łam na tę chwilę, że się okrop­nie dener­wuję.

- Po co chcesz nauczyć się magii? - zapy­tał.

- Żeby zna­leźć odpo­wiedź na pyta­nia doty­czące życia. Żeby posiąść tajemną moc. I może po to, by móc prze­no­sić się w prze­szłość i poznać przy­szłość.

Nie ona pierw­sza przy­cho­dziła do niego z taką prośbą. Był czas, gdy ucho­dził za sław­nego mistrza, uzna­nego przez Tra­dy­cję. Przyj­mo­wał wielu uczniów i wie­rzył, że świat się zmieni, jeśli jemu uda się zmie­nić tych, któ­rzy go ota­czali. Ale popeł­nił błąd. A mistrzom Tra­dy­cji błę­dów popeł­niać nie wolno.

- Nie sądzisz, że jesteś za młoda?

- Mam dwa­dzie­ścia jeden lat - odparła Brida. - Była­bym za stara, gdy­bym zamie­rzała roz­po­cząć karierę bale­tową.

Mag dał jej znak, żeby poszła za nim. W mil­cze­niu ruszyli przez las. "Jest ładna", pomy­ślał. W szybko chy­lą­cym się ku zacho­dowi słońcu cie­nie drzew sta­wały się coraz dłuż­sze. "Ale jestem od niej dwa razy star­szy". A to, jak wie­dział, z dużym praw­do­po­do­bień­stwem wróży cier­pie­nie.

Bridę dener­wo­wało mil­cze­nie idą­cego obok męż­czy­zny, który nawet nie zare­ago­wał na jej słowa. Szli po wil­got­nych, opa­dłych liściach. Ona rów­nież zauwa­żyła wydłu­ża­jące się cie­nie i szybko zapa­da­jący zmrok. Za chwilę będzie ciemno, a prze­cież nie mają latarki.

"Muszę mu zaufać - doda­wała sobie odwagi. - Skoro zda­łam się na niego w kwe­stii magii, to muszę też uwie­rzyć, że prze­pro­wa­dzi mnie bez­piecz­nie przez las".

Wyda­wało się, że Mag wędruje bez celu, raz po raz zmie­nia kie­ru­nek, cho­ciaż żadna prze­szkoda nie zagra­dzała im drogi. Zata­czali kręgi, mijali po wie­le­kroć te same miej­sca.

"Pew­nie chce mnie spraw­dzić". Była zde­cy­do­wana wytrzy­mać tę próbę, uda­wała sama przed sobą, że wszystko, nawet to bez­sen­sowne krę­ce­nie się w kółko, było czymś zupeł­nie nor­mal­nym.

Przy­je­chała z daleka i dużo sobie obie­cy­wała po tym spo­tka­niu. Dublin leżał o 150 kilo­me­trów stąd, a docie­ra­jące do leżą­cej nie­opo­dal wio­ski auto­busy były stare, zde­ze­lo­wane i kur­so­wały o absur­dal­nych porach. Musiała wstać wcze­śnie i tłuc się jed­nym z nich przez trzy godziny, a potem roz­py­tać się o Maga w wio­sce i wyja­śniać, czego chce od tego dziw­nego czło­wieka. W końcu ktoś wska­zał jej leśną oko­licę, w któ­rej Mag zwy­kle prze­by­wał za dnia. Nie omiesz­kał jej jed­nak ostrzec, że kie­dyś pró­bo­wał uwieść dziew­czynę ze wsi.

"Musi to być intry­gu­jący czło­wiek", pomy­ślała. Teraz, kiedy ścieżka pięła się w górę, zapra­gnęła, żeby słońce jesz­cze przez chwilę nie zacho­dziło. Bała się pośli­zgnąć na wil­got­nym pod­łożu.

- Powiedz mi szcze­rze, czemu chcesz zgłę­bić taj­niki magii?

Ucie­szyła się, że prze­rwał ciszę. Powtó­rzyła tę samą odpo­wiedź.

Ale to mu nie wystar­czyło.

- Może dla­tego, że jest nie­zgłę­biona i tajem­ni­cza? Że zna odpo­wie­dzi, które tylko nie­licz­nym udaje się odkryć po latach poszu­ki­wań? A może dla­tego, że przy­wo­łuje roman­tyczną prze­szłość?

Brida nic nie odrze­kła. Nie wie­działa, co odpo­wie­dzieć. Chciała, żeby znowu zamilkł, bo oba­wiała się, że jej odpo­wiedź nie przy­pad­nie mu do gustu.

W końcu prze­mie­rzyli cały las i dotarli na szczyt wzgó­rza. Teren stał się ska­li­sty, pozba­wiony roślin­no­ści, nie było już śli­sko i Brida bez trudu dotrzy­my­wała Magowi kroku.

Wresz­cie męż­czy­zna usiadł na szczy­cie i wska­zał jej miej­sce obok sie­bie.

- Byli tu już przed tobą inni - ode­zwał się. - Pro­sili, bym nauczył ich magii. Ale ja już nauczy­łem wszyst­kiego, czego mia­łem nauczyć. Odda­łem ludz­ko­ści to, co mi ofia­ro­wała. Teraz chcę być sam, cho­dzić po górach, upra­wiać ogród i żyć w zgo­dzie z Bogiem.

- To nie­prawda - powie­działa dziew­czyna.

- Co jest nie­prawdą? - zapy­tał zasko­czony.

- Być może chce pan żyć w zgo­dzie z Bogiem, ale to nie­prawda, że chce pan być sam.

Natych­miast poża­ło­wała słów wypo­wie­dzia­nych pod wpły­wem impulsu, ale było już za późno, by napra­wić błąd. Może nie­któ­rzy lubią samot­ność? Może kobieta bar­dziej potrze­buje męż­czy­zny ani­żeli męż­czy­zna kobiety?

Jed­nak w gło­sie Maga nie było roz­draż­nie­nia, gdy znowu się ode­zwał.

- Zadam ci jedno pyta­nie. Odpo­wiedz mi szcze­rze. Jeśli odpo­wiesz zgod­nie z prawdą, nauczę cię tego, o co pro­sisz. Ale jeśli skła­miesz, lepiej ni­gdy tu nie wra­caj.

Brida ode­tchnęła z ulgą: to tylko pyta­nie, wystar­czy na nie szcze­rze odpo­wie­dzieć. Zawsze sądziła, że przy­szłych uczniów mistrzo­wie wysta­wiają na o wiele trud­niej­sze próby.

Sie­dział na wprost niej. Oczy mu błysz­czały.

- Załóżmy, że zacznę cię uczyć tego, co sam pozna­łem - zaczął, patrząc jej pro­sto w oczy - że ukażę ci rów­no­le­głe światy, które nas ota­czają, anioły, mądrość natury, taj­niki Tra­dy­cji Słońca i Tra­dy­cji Księ­życa. A ty pew­nego dnia w dro­dze na zakupy spo­ty­kasz na rogu ulicy męż­czy­znę swego życia.

"Cie­kawe, jak go roz­po­znam", pomy­ślała, ale nie ode­zwała się sło­wem, bo wyglą­dało na to, że pyta­nie będzie trud­niej­sze, niż się jej z początku wyda­wało.

- On uświa­da­mia sobie to samo i pod­cho­dzi do cie­bie. Zako­chu­je­cie się w sobie. Na­dal uczysz się pod moim kie­run­kiem. Ja za dnia uka­zuję ci mądrość Kosmosu, a nocą on uczy cię mądro­ści Miło­ści. Aż nad­cho­dzi taki dzień, kiedy nie daje się tych dwóch mądro­ści pogo­dzić i musisz wybie­rać.

Mag zamilkł na chwilę. Jesz­cze zanim zadał pyta­nie, poczuł lęk, jaką usły­szy odpo­wiedź. Przy­by­cie tej dziew­czyny ozna­czało koniec pew­nego etapu w życiu ich obojga. Wie­dział to, bo znał zwy­czaje i zamy­sły mistrzów. Ona była mu tak samo potrzebna jak on jej. Ale naj­pierw musiała uczci­wie odpo­wie­dzieć mu na pyta­nie. To był jedyny waru­nek.

- Teraz odpo­wiedz mi z całą szcze­ro­ścią - ode­zwał się w końcu, zbie­ra­jąc się na odwagę. - Czy rzu­ci­ła­byś wszystko, czego się nauczy­łaś, wszyst­kie moż­li­wo­ści i tajem­nice, które ofia­ro­wuje świat magii, dla męż­czy­zny swo­jego życia?

Brida odwró­ciła wzrok. Wokół roz­po­ście­rały się zale­sione wzgó­rza. W dole w małej wio­sce zaczy­nały zapa­lać się pierw­sze świa­tła, a z komi­nów sączył się dym - znak, że wkrótce rodziny spo­tkają się przy stole, by wspól­nie zasiąść do kola­cji. Tutejsi ludzie pra­cują uczci­wie, żyją bogo­boj­nie i sta­rają się poma­gać bliź­nim, bo wie­dzą, co to miłość. Ich życie ma sens, rozu­mieją wszystko, co dzieje się we wszech­świe­cie, choć ni­gdy nie sły­szeli o Tra­dy­cji Słońca ani o Tra­dy­cji Księ­życa.

- Nie widzę sprzecz­no­ści pomię­dzy poszu­ki­wa­niem a szczę­ściem - rze­kła.

- Odpo­wiedz - patrzył jej pro­sto w oczy. - Rzu­ci­ła­byś wszystko dla tego czło­wieka?

Chciało jej się pła­kać. Nie cho­dziło o pyta­nie, tylko o wybór - jeden z naj­trud­niej­szych, przed jakim czło­wiek w życiu staje. Wiele przed­tem o tym myślała. Był czas, że nic na świe­cie nie było waż­niej­sze od miło­ści. Miała wielu chło­pa­ków i każ­dego z nich na swój spo­sób kochała, a przy­naj­mniej tak się jej wyda­wało, ale każda miłość nagle się koń­czyła. Ze wszyst­kiego, co poznała, miłość była naj­trud­niej­sza. Teraz kochała kogoś, kto był nie­wiele od niej star­szy, stu­dio­wał fizykę i widział świat zupeł­nie ina­czej niż ona. Jesz­cze raz uwie­rzyła w miłość, zaufała uczu­ciu, ale prze­żyła tyle roz­cza­ro­wań, że nie była już pewna niczego. Mimo to, ta miłość była jej wielką nadzieją.

Omi­jała wzro­kiem Maga. Jej spoj­rze­nie błą­dziło po świa­teł­kach i dymią­cych komi­nach wio­ski. To poprzez miłość ludzie sta­rali się zro­zu­mieć wszech­świat od zara­nia dzie­jów.

- Rzu­ci­ła­bym wszystko - powie­działa w końcu.

"Sie­dzący naprze­ciw mnie męż­czy­zna, ni­gdy nie zro­zu­mie, co dzieje się w ludz­kim sercu, pomy­ślała. Wie, co to wła­dza, znane mu są taj­niki magii, ale nie zna ludzi. Ma szpa­ko­wate włosy, ogo­rzałą od wia­tru twarz, posturę czło­wieka nawy­kłego do cho­dze­nia po górach, i te oczy, zwier­cia­dła duszy, która zna wszyst­kie odpo­wie­dzi. Jest przy­stojny. I pew­nie po raz kolejny dozna roz­cza­ro­wa­nia z powodu uczuć zwy­kłych śmier­tel­ni­ków". Ona też była roz­cza­ro­wana samą sobą, ale nie mogła skła­mać.

- Spójrz na mnie - powie­dział.

Było jej wstyd, ale mimo to spoj­rzała mu w oczy.

- Powie­dzia­łaś prawdę. Będę twoim nauczy­cie­lem.

Zapa­dła bez­k­się­ży­cowa noc, tylko gwiazdy lśniły na nie­bie. W ciągu dwóch godzin Brida opo­wie­działa nie­zna­jo­memu całe swoje życie. Szu­kała fak­tów, które by wyja­śniały jej zain­te­re­so­wa­nie magią, jakichś wizji z dzie­ciń­stwa, prze­czuć, wewnętrz­nych gło­sów - ale niczego takiego nie było. Po pro­stu odczu­wała chęć pozna­nia. Dla­tego cho­dziła na kursy astro­lo­gii, tarota, nume­ro­lo­gii.

- To tylko języki - powie­dział Mag. - I to nie jedyne. Magia prze­ma­wia wie­loma języ­kami ludz­kiego serca.

- Czym więc jest magia? - spy­tała.

W ciem­no­ści poczuła, że odwró­cił twarz. Patrzył w niebo, zamy­ślony, być może szu­ka­jąc odpo­wie­dzi.

- Magia jest pomo­stem - ode­zwał się w końcu. - Pomo­stem pozwa­la­ją­cym przejść ze świata widzial­nego w świat nie­wi­dzialny i czer­pać wie­dzę z oby­dwu świa­tów.

- Co mam zro­bić, żeby przejść po tym pomo­ście?

- Musisz odkryć swój spo­sób. Każdy ma wła­sny.

- Po to wła­śnie tu przy­je­cha­łam.

- Są dwie metody - odparł Mag. - Jest Tra­dy­cja Słońca, która odkrywa przed nami tajem­nice poprzez prze­strzeń i wszystko, co nas ota­cza. I jest Tra­dy­cja Księ­życa, która odsła­nia tajem­nice poprzez czas i wszystko, co uwię­zione w jego pamięci.

Rozu­miała. Tra­dy­cja Słońca to była ta noc, drzewa, chłód, który odczu­wała, gwiazdy na nie­bie. A Tra­dy­cją Księ­życa był sie­dzący przed nią męż­czy­zna i mądrość przod­ków bijąca z jego oczu.

- Pozna­łem Tra­dy­cję Księ­życa - cią­gnął Mag, jakby odga­du­jąc jej myśli - ale ni­gdy nie byłem jej mistrzem. Jestem mistrzem Tra­dy­cji Słońca.

- Naucz mnie Tra­dy­cji Słońca - popro­siła Brida, nieco zmie­szana, bo w gło­sie Maga pobrzmie­wała nuta czu­ło­ści.

- Nauczę cię tego, co sam pozna­łem. Ale wiele jest dróg Tra­dy­cji Słońca. Trzeba zaufać zdol­no­ściom drze­mią­cym w nas samych.

Brida nie myliła się. Rze­czy­wi­ście głos Maga pobrzmie­wał czu­ło­ścią, tyle tylko, że zamiast doda­wać jej odwagi, napa­wało ją to lękiem.

- Potra­fię zro­zu­mieć Tra­dy­cję Słońca - powie­działa.

Mag odwró­cił wzrok od gwiazd i spoj­rzał na dziew­czynę. Wie­dział, że nie umie jesz­cze pojąć Tra­dy­cji Słońca. Mimo to powi­nien ją uczyć. Nie­kiedy ucznio­wie wybie­rają sobie mistrzów.

- Przed pierw­szą lek­cją muszę cię ostrzec. Gdy już znaj­dziesz swoją drogę, nie lękaj się. Miej odwagę popeł­niać błędy. Roz­cza­ro­wa­nia, porażki, zwąt­pie­nie to narzę­dzia, któ­rymi posłu­guje się Bóg, by wska­zać nam wła­ściwą drogę.

- Oso­bliwe to narzę­dzia - ode­zwała się Brida. - Wielu z ich powodu zawraca w pół drogi.

Dobrze o tym wie­dział, bo cia­łem i duszą doświad­czył tych dziw­nych Boskich narzę­dzi.

- Naucz mnie Tra­dy­cji Słońca - powtó­rzyła.

Popro­sił, by się poło­żyła na wystę­pie skal­nym i odprę­żyła.

- Nie musisz zamy­kać oczu. Przy­glą­daj się wszyst­kiemu wokół i sta­raj się jak naj­wię­cej zro­zu­mieć. W każ­dej chwili, każ­demu z nas, Tra­dy­cja Słońca wyja­wia odwieczną mądrość.

Zro­biła, jak pro­sił, choć wszystko działo się zbyt szybko.

- To pierw­sza i naj­waż­niej­sza lek­cja - powie­dział. - Prze­ka­zał ją nam Jan od Krzyża, hisz­pań­ski mistyk, który pojął istotę Wiary.

Popa­trzył na pełną odda­nia i ufno­ści twarz dziew­czyny. Z głębi serca pra­gnął, by zro­zu­miała jego nauki. Prze­cież była jego Drugą Połową, choć tego jesz­cze nie wie­działa, taka młoda, cie­kawa ludzi i świata.