Rozdział 2
Mądrze jest zauroczyć się w wyglądzie, a zakochać w charakterze.
Autor nieznany
Aaron
Siedzę w sali konferencyjnej i omawiam z innymi dupkami z tej branży zakup nowego terenu, na którym w przyszłości mam wybudować domy szeregowe. Inwestorzy upierają się, że wybrana przeze mnie ziemia nie będzie spełniać oczekiwań przyszłych mieszkańców. Uważają, że prezentowany teren znajduje się daleko od centrum miasta. Mimo sukcesów, jakie osiągam, nie dociera do nich, że ja mam zawsze rację i to, co wybieram, jest opatrzone z góry sukcesem.
- Panowie, nie muszę tłumaczyć swojego wyboru. Powszechnie wiadomo, że to, czego się tykam, zamienia się w złoto lub kurę znoszącą złote jajka. Macie prosty wybór: inwestujecie w plany i zgarniacie dużą kasę albo żegnamy się i zwrócę się do kogoś innego, kto za rok, jak dobrze pójdzie, będzie zacierał rączki i liczył zyski - stwierdzam fakt, który jest oczywisty.
Trzech łysiejących i siwiejących gości patrzy po sobie, w międzyczasie obdarzając mnie krótkim spojrzeniem. Nie mogą się zdecydować. Nie rozumiem ich wahania, gdyż jestem cenionym developerem w kraju i nie rzucam słów na wiatr. Zawsze przedstawiam tereny i plany, które mają pewne powodzenie. Tym razem też tak jest i czuję się zirytowany ich długim namyślaniem się.
- Dobrze, widzę, że potrzebujecie więcej czasu na zastanowienie. Dam wam go do jutra, do godziny czternastej. Spotykamy się w tym samym miejscu. Do zobaczenia - mówię, a następnie podchodzę do każdego z nich, podając rękę, po czym opuszczam pomieszczenie.
Nie lubię, gdy ktoś podważa moje wybory, mógłbym to zrozumieć, gdybym nie był szanowanym człowiekiem biznesu, ale jestem pewny swojego stanowiska, jak i tego, że trafiam w dziesiątkę.
Wracam do swojego biura i zabieram teczkę z dokumentami odnośnie do odbytej narady, żeby w domu jeszcze raz na spokojnie przejrzeć wizualizacje komputerowe zaplanowanych robót i nanieść na nie ewentualne poprawki. W tym fachu wyróżnia mnie jedna cecha: nie liczy się dla mnie tylko kasa osiągnięta ze sprzedaży wybudowanych domów czy mieszkań. Ważne jest dla mnie, aby przyszłym lokatorom dobrze się mieszkało w tych miejscach, a nasze budynki były solidnie zbudowane, niekoniecznie wielkimi kosztami. Nie jestem chujem, który liczy wyłącznie na zysk. Dbam o ludzi i o ich życie. W końcu dom to miejsce, gdzie tworzy się swoją historię.
Udaję się do windy, by zjechać na parter wieżowca Sears Tower. Po drodze informuję swoją asystentkę Susan, aby wszelkie rozmowy kierowała na mój firmowy numer, a w sprawie ewentualnych spotkań dzwoniła na numer prywatny. Wychodzę z biura, wciągając chłodne powietrze do płuc. Jesień otula mieszkańców Chicago niską temperaturą, zapowiadając srogą zimę, co mi się nie podoba. Dreszcz łaskocze skórę na moim ciele, gdy pomyślę, że za chwilę wsiądę do zimnego wnętrza auta. Nie znoszę tej pory roku, nie lubię też zimy, zdecydowanie wolę wiosnę i lato, gdyż mogę zawiesić oko na atrakcyjnych ciałach kobiet. Gdy słońce świeci, a ciepłe powietrze roztacza się nad miastem, mogę podziwiać piękne i zjawiskowe krągłości słodkich blondynek, drapieżnych brunetek i żądnych przygód właścicielek ognistych rudych włosów.
Wsiadam do samochodu, włączam ogrzewanie na full i ruszam do domu.
Nowoczesne wnętrze jest surowe, a biało-grafitowe ściany salonu mogłyby być odwzorowaniem mojego nastroju. Kate wielokrotnie marudzi, chcąc, bym zrobił mały remont albo chociaż dodał kolorowe akcenty, które nadałyby ciepła pomieszczeniu. Nawet łazienka w moim mieszkaniu urządzona jest w surowym stylu i nie zachęca do wzięcia długiej, relaksującej kąpieli. Moja siostra nie zamierza wbić sobie do głowy faktu, że jestem typowym facetem, w dodatku pracoholikiem i nie przywiązuję wagi do takich bzdetów jak kolor ścian czy płytek. Ma być czysto, na czasie i po męsku.
Pomogłem Kate, kiedy Kevin ją zostawił. Dupek nie doceniał tego, co miał. Zachowywał się jak rozkapryszone dziecko i wymagał od mojej siostry, aby witała go w progu mieszkania w seksownej bieliźnie i nie robiła nic innego, tylko mu dogadzała.
Nie miała gdzie się podziać, ponieważ nasza mama zmarła parę lat temu, a tato wyjechał do Włoch do naszego dziadka, by zaopiekować się nim i pomóc babci. Twierdził, że w Chicago po odejściu mamy nic już go nie trzyma, a my jesteśmy dorośli i mamy swoje życie.
Przygarnąłem ją do siebie, ale mam już serdecznie dość trajkotania na temat zmiany wystroju mojego mieszkania. Nie mam ochoty słuchać wywodów, iż powinienem przystopować z pracą i poszukać sobie kobiety, która by się mną zajęła. Jest mi dobrze samemu, nie potrzebuję nikogo. Na swój sukces pracowałem wiele lat w pocie czoła i nie chcę, aby jakieś miłostki względem kobiety rozproszyły mój umysł. Jedyne, co może mnie łączyć z jakąkolwiek dziewczyną, to seks. Tylko i wyłącznie seks. Nic więcej, zero, nada.
Jednak ten układ też nie do końca się sprawdza. Niektóre kobiety, z którymi chodzę do łóżka, już po pierwszej wspólnie spędzonej nocy wyobrażają sobie, że będzie z tego coś więcej. Nie ma takiej opcji.
Nie jestem gotowy na stały związek. W dalekiej przyszłości, gdybym spotkał na swojej drodze kobietę, która bez wątpienia byłaby mnie warta, mógłbym zastanowić się nad rolą małżonka. Aczkolwiek nic poza tym. Żadnych dzieci. Zdecydowanie. Mieszkam pod jednym dachem z pewną wyszczekaną dziewczynką i to mi w zupełności wystarczy.
Przebieram się w sportowe ciuchy, pakuję torbę i ruszam na siłownię. W cieplejszym sezonie biegam po parkach, a teraz zmuszony jestem robić to na bieżni. Dbam o kondycję i ciało, ponadto muszę czymś wypełnić wolny czas. Od dziecka lubiłem ruch pod jakąkolwiek postacią i nie umiałem usiedzieć na miejscu.
Witam się z instruktorami uściskiem dłoni. Na siłowni bywam dwa razy w tygodniu. Gdy muszę dać upust emocjom, wyrzucić z siebie napięcie, częściej odwiedzam to miejsce. Robię krótką rozgrzewkę - kilka skłonów, przysiadów - i wchodzę na bieżnię.
Ze względu na moją pracę muszę być ciągle pod telefonem, więc zabrałem go ze sobą na salkę i to okazało się zgubne. A może wcale nie?
Zdążyłem przebiec zaledwie dwadzieścia metrów, kiedy w etui na ramieniu czuję wibracje. Zatrzymuję sprzęt i sięgam po telefon. Marszczę brwi, zauważając, że dzwoni moja siostra. Ma idealne wyczucie czasu, żeby zawracać mi dupę. Pewnie chce powiadomić mnie, że całkiem przypadkiem, idąc deptakiem, w witrynie sklepowej rzuciła jej się w oczy piękna bluzeczka i chciałaby wiedzieć, czy może sobie ją kupić z moich pieniędzy.
- Czego? - warczę do słuchawki.
- Aaron, jesteś zajęty?
- Tak, jestem na siłowni. O co chodzi?
Jeśli Kate pyta, czy jestem zajęty, musi chodzić o coś zupełnie innego niż pozwolenie na zakup nowej bluzeczki. Zazwyczaj wali prosto z mostu, że stoi właśnie przed jakimś butikiem z wyprzedażą.
- No, bo pamiętasz, jak mówiłam ci, że mam dzisiaj rozmowę kwalifikacyjną?
- Pamiętam. I? - drążę.
- Utknęłam na autostradzie, wracając do domu. Zamknęli drogę, bo był wypadek i tir zablokował całą szerokość pasa. Trzeba odebrać Alison.
- I? - Mam świadomość, że właśnie prosi mnie, bym odebrał siostrzenicę z przedszkola. Kate doskonale wie, jaki mam stosunek do dzieci. Nigdy nie zamierzam zostać ojcem, jestem zielony w tych sprawach i unikam, jak tylko mogę, by nie zostać sam na sam z Alison.
- Mógłbyś to zrobić, nie mam kogo poprosić - mówi cicho.
Ma rację. W Chicago mamy tylko siebie. Na nikim innym nie możemy polegać, wyłącznie na sobie. Rola starszego brata zobowiązuje do opieki nad młodszą siostrą. Szczególnie że Kate niezbyt powodzi się w życiu.
- Jasne, wyślij mi adres, żebym tam trafił.
- Dzięki, braciszku, jesteś wspaniały. Już wysyłam - odpowiada z ulgą w głosie i kończy połączenie.
Wzdycham i ruszam do szatni, żeby wziąć szybki prysznic. Po dwudziestu minutach wbijam adres w nawigację, chcąc uniknąć korków i robót drogowych. Parkuję przed dużym budynkiem z ogrodem wokół. Wysiadam z wozu i udaję się do środka, lecz Alison tam nie ma. Kobieta w średnim wieku informuje mnie, że siostrzenica przebywa aktualnie na placu zabaw, tuż obok przedszkola. Uśmiecham się, dziękuję i opuszczam budynek.
Podchodzę do ogrodzenia, za którym ją dostrzegam. Mała mnie nie zauważyła. Opiekunka przebywająca z dziećmi podchodzi do mnie, bacznie mi się przyglądając. Posyłam jej najlepszy uśmiech, na jaki mnie stać, i miękkim głosem witam się.
- Kogo pan zabiera? - pyta kobieta, na moje oko około trzydziestki.
- Alison Smith - odpieram uprzejmie, lecz przedszkolanka nadal patrzy na mnie podejrzanie. - Brat Kate, Aaron Antinori - dodaję, dopiero wtedy twarz kobiety rozjaśnia uśmiech.
- Ach, tak. Pańska siostra dzwoniła i uprzedziła, że Alison odbierze dzisiaj ktoś inny. Na przyszłość proszę wypisać deklarację upoważniającą pana do odbioru siostrzenicy. W przeciwnym razie nie wydam panu dziecka - wyjaśnia i uświadamia mi, że gdyby Kate coś się stało, nie będę mógł odebrać małej. Zapisuję w pamięci, by powiedzieć o tym siostrze. - Proszę jeszcze pokazać dowód tożsamości, bym miała pewność, że pan to pan - dodaje i uśmiecha się, jakby chciała tym uśmiechem zrekompensować mi dokładną kontrolę. Nie będę ukrywać, że jestem już zniecierpliwiony. Nie zauważyłem nawet, kiedy stanęła obok mnie kobieta. Spoglądam na nią kątem oka, wyciągając z kieszeni kurtki portfel, a z niego prawo jazdy. Ma ciemne włosy, aksamitny głos, ładny profil i ponętne usta. Idealne do mojego kutasa.
Podaję opiekunce dokument. Po chwili Alison biegnie już w moim kierunku z uśmiechem na twarzy. Chwyta moją dłoń i ciągnie w stronę budynku. Rzucam do przedszkolanki szybkie "do widzenia", spoglądam jeszcze na tyłek brunetki, dochodząc do wniosku, że jeśli takie mamuśki przychodzą po swoje dzieci, to mogę częściej odbierać Alison. W przedszkolnej szatni siadam na małej ławce pod oknem i mówię do siostrzenicy:
- Wiesz, co robić, mała. Nie patrz tak na mnie, nie mam bladego pojęcia, jak ubiera cię mama.
- A gdzie ona jest? - pyta, opierając dłonie na biodrach.
Nie zastanawiając się, odpowiadam:
- Utknęła na autostradzie, bo jakiś chuj zablokował drogę.
- Aha, a ten chuj to kto? - wypala.
Gdy Alison powtarza po mnie przekleństwo, śmieję się pod nosem i przypominam sobie, jak to siostrzyczka darła się na mnie, że przeklinam przy jej dziecku.
- Nie mów tak i nie wspominaj o tym mamie. Ubieraj się, już! - mówię stanowczo.
Mała nie ciągnie mnie już dalej za język, bo do pomieszczenia wkracza mamuśka z ładnym tyłkiem i ponętnymi ustami. Z racji tego, że młodej opornie idzie ubieranie, a ja nie mam zamiaru jej w tym pomóc, wyciągam telefon i sprawdzam maile. Pogrążony w przeglądaniu skrzynki, nie wsłuchuję się w rozmowę, jaką prowadzi kobieta z dziewczynką, jednak nie uchodzi mojej uwadze, że mała zapytała się mamy, czy to prawda, iż jestem ładny. Nie odrywając wzroku od ekranu, chichoczę pod nosem, bo ma tak samo niewyparzony język, jak Alison.
Młoda, już ubrana, oznajmia, że możemy iść, więc chowam telefon do kieszeni w spodniach i podnoszę się z miejsca, przelotnie spoglądając na atrakcyjną brunetkę. Wychodząc z placówki, nie mogę oprzeć się pokusie i spoglądam w głąb holu, mając nadzieję, że seksowna mamusia podąża tuż za nami i będę mógł przyjrzeć się jej dokładnie. Mam fart, ponieważ córka owej kobiety prze do przodu jak szalona, poganiając swoją matkę.
Czuję na sobie wzrok brunetki, gdy znajdujemy się na zewnątrz. Jestem pewny, że taksowała mój tył i mam cholerną nadzieję, że to, co widzi, podoba jej się tak samo, jak mnie widok jej krągłości.
Będąc już przy samochodzie, otwieram tylne drzwi. Alison zajmuje miejsce. Właśnie dociera do mnie, iż nie mam fotelika do przewożenia dzieci. Pocieszający jednak jest fakt, że siostrzenica nie należy do wyrośniętych dzieciaków i zbytnio jej nie widać. Aczkolwiek gdyby policja nas zatrzymała, oczywiste jest to, że dostanę mandat i punkty karne, które w ogóle nie są mi potrzebne.
Podchodzę do przednich drzwi wozu. Moje spojrzenie wędruje w kierunku stojącej tuż obok, na krawężniku, brunetki. Obserwuje jezdnię, czekając, aż będzie pusta. Domyślam się, że przyszła na piechotę. Nasze spojrzenia spotykają się, dzięki czemu mogę zobaczyć, iż jej oczy mają piwną barwę, a w połączeniu z ciemnymi włosami czynią jej urodę oszałamiającą. Cholera, jest cudowna. Dawno nie widziałem naturalnego piękna w tak czystej postaci. Chyba nigdy nie czułem w trzewiach tego uczucia, jakie ogarnia mnie w tej chwili. Szaleństwo! Tak, to jest szaleństwo. Zatracam się przez moment w toni jej tęczówek, jak zahipnotyzowany. Speszona piękność odwraca się i podąża przez ulicę na drugą stronę.
Wsiadam do wozu, czując niespokojne bicie serca. Zapinam pas, nie odrywając od brunetki oczu. Chcę nacieszyć się jeszcze chwilę jej niewyobrażalną urodą. Nieznajoma przystaje na krawężniku, już po drugiej stronie ulicy, i przez kilka sekund patrzy w moim kierunku. Uśmiecham się triumfalnie, rybka połknęła haczyk. Jednak nie ma to absolutnie żadnego znaczenia, ponieważ już nigdy więcej jej nie zobaczę.