Wstęp. Dramat w końskiej źrenicy
Siedem, osiem lat, nie więcej. Metr piętnaście, może - w lśniących oficerkach - metr dwadzieścia wzrostu. Jest w mundurze kawalerzysty, przepasany skórzanym pasem. Na piersi krzyż wzorowany na orderze Virtuti Militari. Na kołnierzyku pełza wężyk, szabla u lewego boku sięga ziemi, ostroga pochwy niknie w trawie. Jedna dłoń zaciśnięta na rękojeści ze zdobnym chwostem; w drugiej trzymana za błyszczący daszek rogatywka - ma amarantowy otok, choć koloru nie widać. Zdjęcie jest czarno-białe.
W tle drzewa i ceglane budynki koszar w Garwolinie.
Włosy ma przyczesane, usta zaciśnięte, wzrok pewny, choć zdradzający napięcie. Chłopiec jest onieśmielony - za parę minut wsiądzie do służbowego samochodu ojca i razem z nim i kilkoma oficerami pojedzie do Warszawy. Do Belwederu.
Zapamięta parapet dużego okna - postawiono chłopca w okiennej wnęce, jak jakiś posążek - filiżankę gorącej czekolady i siwe, przyżółcone nikotyną wąsy "tego wielkiego pana", który podszedł i pogłaskał go po głowie. Ojciec i oficerowie w garnizonie będą opowiadać, że Marszałek wziął go nawet na kolana, a chłopiec nie będzie tego prostował, "czując, że pozbawiłby się majestatu, w który go takim kłamstwem przyoblekli"1. Lecz bardziej niż cokolwiek wabi go "szklisty blask w kącie mrocznego belwederskiego hallu":
Wielkie oko wypchanego konia budziło go potem w przerażających snach, trafiał na nie w nocnym odbiciu księżyca w kałużach, gdy wracając po burzy na wakacyjne harcerskie kwatery, biegł sam przez ciemny, groźny las... "Kasztanka" - wytłumaczył mu to nabożnie ojciec, w którego świecie znaczyło to zupełnie coś innego niż wypchany zdechły koń, coś bliższego może dziecinnej tajemnicy żywego blasku w martwym przedmiocie [CW, 310].
W półokrągłej źrenicy-soczewce odbija się to, co na zewnątrz. Pomniejszone, skarlałe, za sprawą sztucznego dystansu także zdeformowane. Ten mały ekran do selfie obejmuje jednak szeroką perspektywę i pozwala dużo zobaczyć, popatrzeć z zewnątrz również na samego siebie. Przez jakiś czas chłopiec, młodzieniec, mężczyzna będzie to potrafił - spojrzeć na świat szerzej i w zbliżeniu, od środka i z dystansu. Tak zdawał się rozumieć poezję, a chciał być poetą: jako imperatyw przenikliwego spojrzenia ogarniającego więcej. Potem zda się zapomnieć o wszystkim oprócz samego siebie. Życiowa droga rozpadnie mu się na parę części, z których każda może być zaprzeczeniem pozostałych, choć - jak będzie przekonywał (zachowa więc jednak strzęp umiejętności spojrzenia "na całość"?) - kolejne etapy wynikały z poprzednich, napędzane "logiką dziejów", zdrowym rozsądkiem, wiernością sobie i nieopanowaną żądzą życia.
Na pewno?
Kolumbowie Romana Mularczyka - Romana Bratnego - to według wielu, również moim zdaniem, najważniejsza książka o warszawskiej konspiracji, powstaniu i tużpowojennych losach roczników '20. Na hasło "Kolumbowie" w myślach, jak automatyczny komunikat w telefonie, pojawia się szereg skojarzeń, u każdego innych, ale mających silny wspólny rdzeń: stwierdzenie, że wojenne pokolenie dwudziestolatków - pierwsze wychowane w niepodległej Polsce - odkrywało archipelagi terroru, grozy, cierpienia i śmierci. Jest to dziś tyleż prawdziwe, ileż właściwie już banalne.
Opracowania, tysiące stron prac naukowych, literaturoznawczych i przede wszystkim historycznych, dają wiedzę. Ale czym jest wiedza bez nakładanych na nią obrazów i emocji? Jeśli literatura, jej tworzenie i czytanie, to "ciągły rozwój empatii" - by ogrzać się w cieple słów Olgi Tokarczuk - to czym byłyby prace historyków bez książek Aleksandra Kamińskiego, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Aleksandra Wata, Lesława Mariana Bartelskiego, Seweryny Szmaglewskiej, Jana Kurdwanowskiego, Zofii Posmysz, Stanisława Podlewskiego, bez tysięcy tomów osobistych, subiektywnych wspomnień, bez grających w jeszcze innych rejestrach książek Jerzego Andrzejewskiego i Mirona Białoszewskiego, Bogdana Wojdowskiego i Tadeusza Borowskiego, bez opowieści Tadeusza Konwickiego, Hanny Krall i sztuk teatralnych Tadeusza Różewicza? Bez wierszy Anny Świrszczyńskiej, Zbigniewa Jasińskiego, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i Tadeusza Gajcego?
I bez Kolumbów. Rocznik 20?
Tak właśnie, w skrócie, wygląda powód, dla którego Roman Bratny nie powinien być zapomniany, a jego nazwisko nie powinno pozostawać jedynie synonimem sprzeniewierzenia się wartościom, symbolem pewnej klęski aksjologicznej i literackiej utalentowanego autora, zawodu, anatemy, niesmaku i zażenowania, na co pisarz zapracował dużą częścią swojej powojennej twórczości, zwłaszcza książkami z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, ze słynnym Rokiem w trumnie na czele - brutalnie cyniczną, smutną groteską wykpiwającą ideały "Solidarności". A były przecież te ideały kotwicami moralnymi części polskiej inteligencji, opierały się na romantycznej tradycji niepodległościowych zrywów, również, a może przede wszystkim, powstania warszawskiego, w którym ginęli Kolumbowie.
Bratny zbudował wyobrażenia dotyczące wojennej generacji dwudziestolatków. Czy zrobił to uczciwie i "pokazał prawdę"? Niniejsza książka w pewnej mierze będzie traktowała również o tym, choć nie może aspirować do wyczerpującej i jedynie prawdziwej odpowiedzi-analizy. Takowe zresztą nie istnieją.
Tadeusz Gajcy, Zdzisław Stroiński, Stanisław Marczak-Oborski, Andrzej Trzebiński, Lesław M. Bartelski, Józefa Radzymińska, Zbigniew Stolarek, Wojciech Mencel, Witold Zalewski, niedaleko, choć na innym "politycznym" biegunie, Krzysztof Kamil Baczyński - to krąg, w którym Roman Bratny poruszał się w czasie wojny, czyli w najważniejszym okresie swojego życia. Poeci. "Poeci pokolenia Kolumbów" - tak będzie się o nich mówić. Tak będzie się ich czytać. Część zginęła, losy tych, którzy przeżyli, były różne. Bratny tuż po wojnie "chłeptał życie jak młody zgrzany pies" - tak napisze o swoim alter ego w ostatniej książce. Jeśli próby budowania nowego lepszego świata i brak lęku przed zwykłym wyjściem na ulicę można określić jako "chłeptanie życia", to nie kłamał. Jeśli rozumieć to stwierdzenie jako zachłystywanie się przyjemnościami, jakimś rodzajem władzy i dolce vita - to fantazjował, bo okres, który można by tak nazwać, w jego biografii rozpocznie się dopiero później, po sukcesie Kolumbów. Wydana w 1957 roku książka będzie czytana przez wszystkich, stanie się prawdziwym przebojem wydawniczym, wzbudzi kontrowersje, ale na lata trafi na listę lektur szkolnych; kolejne roczniki napiszą o Kolumbach prace maturalne, powstaną spektakle w teatrach i przejmujący serial.
Skąd wywiódł się najpoczytniejszy polski pisarz czterdziestu powojennych lat? Sam jeden z Kolumbów i współtwórca ich legendy?
Dzieciństwo spędził w koszarach 1 Pułku Strzelców Konnych. Pułkiem dowodził jego ojciec.
Amarantowe proporce, stukot kopyt na bruku, wierzchowce lśniące jak atłas, polowania i turnieje strzeleckie (w których jako dwunastolatek upokarzał oficerów, bo strzelał lepiej niż oni). Ordynans czyszczący ojcowskie oficerki. Garnizonowe bale. Wyprasowane mundury. Akademie z recytacjami Mickiewicza i Słowackiego (długie fragmenty Anhellego znał na pamięć). Wojny z chłopakami z sąsiedztwa. Ogniska na zasnutych majową mgłą polach, gdy umarł Piłsudski. Dźwięki trąbki rano i na capstrzyk. Śpiew i rżenie koni. Wszechobecny, ciepło-słodkawy zapach stajni.
Ten sam zapach i klaskanie kopyt po kamieniach będą mu towarzyszyć również w godzinie śmierci. Nie, nie w domniemanych reminiscencjach przeszłości - proszę nie spodziewać się w tej książce tego typu psychologizowania. Dosłownie: stare, wykupione z rzeźni konie wieczorami samopas schodzą z pól do stajni w poniemieckim siedlisku, z trudem remontowanym przez młodszą córkę Bratnego. Dach prawie się zapada, dużo much, cisza mazurskiego końca świata i on, zapomniany pisarz-gwiazda, dogorywający w drugiej dekadzie XXI wieku przy otwartym oknie w pokoju na poddaszu.
Wygląda to jak stylizowana dla efektu narracyjna klamra, ale właśnie w takich okolicznościach raz jeden jedyny go spotkałem.
Jak to wszystko się potoczyło? Co było "pomiędzy"? Krzysztof Kamil Baczyński w wierszu Ten czas pisał: "My sami - tacy mali, krok jeszcze - przejdziem w mit"2. Mit będzie wielki. Oni - mali? Czy można ich pochwycić w jednym, skupionym w szklanej soczewce obrazie? Mit ich pomniejsza czy nadludzko pompuje? Bratny był poetą, choć nie mógł się równać z Baczyńskim czy zwłaszcza z blisko zaprzyjaźnionym Gajcym. Ale był poetą, był. Potem zwrócił się ku prozie. I zdawał się szczerze, wręcz wściekle - jak we wspomnianym emblematycznym i przeklętym Roku w trumnie - walczyć z owym mitem, do którego tworzenia sam się przyczynił. Uznał, że mit przekłamuje prawdę o ludzkiej naturze? Że teatralizuje historię i zawłaszcza prawdziwą (czyli jaką?) pamięć o poległych przyjaciołach i ocalałych towarzyszach walki?
Właściwie cała twórczość Bratnego, ta lepsza i ta bardzo słaba, stanowi zbiór osobistych przypisów autora do Kolumbów.
Nie zostawił dzienników. Niszczył listy. Rękopisy wyrzucał. Niewielkie archiwum, jakie miał, spłonęło w latach osiemdziesiątych - od palącej się sterty zeschłych liści zajął się ogniem drewniany domek w kącie ogrodu. Skruszałe papiery pewnie paliły się szybciej niż liście.
Pozostaje pamięć ludzi go znających i książki, teksty w gazetach i książki, archiwalne dokumenty i książki. Według wielu warsztatowe bluźnierstwo biografistyki - wyciąganie faktów z książek bohatera opowieści.
W utworach z drugiej połowy życia wciąż i wciąż pisał o sobie, jednocześnie coraz bardziej brnąc w stronę agresywnej publicystyki. Czasem zmyślał, czasem szkicował zalegającą głęboko warstwę autentycznych wydarzeń, którą można odkryć dopiero po mniej lub bardziej udanym połączeniu kropek rozrzuconych w liczącej kilkadziesiąt tytułów nierównej twórczości. Mieszał fikcję z prawdą, wspomnienie ze zmyśleniem, jakby prawda mogła być jedynie pożywką dla fikcji albo - lepiej powiedzieć - zawsze była tylko jej częścią. Odkrywanie prawdziwych protoplastów bohaterów, zdzieranie z powierzchni opowiadań warstwy fikcji i poszukiwanie rzeczywistych wydarzeń to z dzisiejszej perspektywy raczej mało interesujące zajęcie, z wyjątkiem dwóch, trzech książek: oczywiście Kolumbów, będącego kluczem do biografii Bratnego Anioła w butach z ostrogami oraz - w mniejszej mierze, ale jednak - Roku w trumnie.
Przywołane w latach sześćdziesiątych wspomnienie szklanego, odbijającego rzeczywistość oka Kasztanki jest prawdziwe. "Wielkie oko wypchanego konia" na zawsze musiało zostać w pamięci chłopca, pozującego do zdjęcia w ułańskim mundurze. Dwadzieścia lat po wizycie w Belwederze, trzy lata po sierpniowym powstaniu warszawskim, już w innej epoce, Bratny napisał jeden ze swoich lepszych wierszy - Dramat w końskiej źrenicy.
(Rzecz dzieje się na Starym Mieście w 1944 roku)
To wszystko chwilę widać na bohaterskiej arenie
źrenicy upadłego w wybuchu rumaka,
którego sam dorożkarz nawet nie opłakał,
bo nie wie nic - na barykadzie - przy cekaemie.
To wszystko widać:
Matkę Boską ze ścian kościółka, który naprzeciw źrenicy leży
- choć taką małą widać, że samiutka siebie
uniosłaby na rękach zamiast swego synka.
I dom widać tak mały, że całkiem zmieściłby się sobie
przez okno, przez wybitą szybę jedną
- dom jest mniejszy niż piórko na wróblim ogonie,
który mignął nad końskiej źrenicy areną.
Teraz wróbel odleciał, a Marię zastąpił brutalnie
- zajął jej miejsce w źrenicy - z automatem -
żołnierz biegnący (pamiętasz wojsko ołowiane?),
maleńki i schylony. O Mario! - upadnie!
Upadł! Już Maria puste po nim wyciąga ramiona
i widać poległego pięść większą niż dom
- to już będzie - nie wyrwie ręki żołnierz, łbem nie rzuci koń,
na trwałe hełm zmieniła Marii aureola.
W kącie źrenicy końskiej zieje ogień
- przy samej pięści zabitego na linii
łuna leży malutka - to kwiat georginii
- to tutaj opadały wiszące ogrody
(skrzynki z okien u pięter)
- ten koń się pewnie schylił, by uszczknąć zieleni,
i wtedy granat trafił, i stąd na arenie
kwiat u poległego zaciśniętej pięści.
Do stóp Marii niosą ciężki karabin maszynowy - i już bije jak wściekły!
Widać malutkich, zrywają się! - biegną,
rosną! Co to?! Raptem ciemność.
- Padł tuż przed końskim łbem dorożkarz niepodległy3.
Kim był ten poeta? Co się z nim stało?