PROLOG
Działo się to w czasach, kiedy władztwo Rzeczypospolitej rozciągało się nieomal po wybrzeża Morza Czarnego. Było to dawne dziedzictwo książąt litewskich, które pod rządami Witoldowymi rozszerzyło się nawet po sam brzeg czarnomorski. Z portu w Chadżybeju szło w świat polskie zboże i litewskie drzewo wtedy, kiedy krzyżacka bestia rozsiadła się u ujścia Wisły i na Żmudzi, usiłując podbić i podporządkować sobie swoich sąsiadów. Z czasem kniaziowskie zastępy musiały ustąpić pod naporem bisurmańskim, ale osiadły z kolei solidnie na brzegach dnieprowych, nie dając się zepchnąć dalej na północ. Ostatni z Jagiellonów - Zygmunt August - włączył do Korony województwa kijowskie i bracławskie. Rozległe ziemie ukrainne, położone nad szerokim Dnieprem i dziesiątkami jego dopływów, stały się południowo-wschodnimi rubieżami Rzeczypospolitej i całego rzymskiego chrześcijaństwa.
Była to najwspanialsza kraina całej północnej strony czarnomorskiego świata. Od dawien dawna ciepłe i słoneczne ziemie, rozciągające się od delty Dunaju, aż po Krym, przyciągały prostych osadników, stepowych wojowników, a nawet rzymskich cesarzy swoimi nadzwyczajnymi bogactwami, niezwykłą różnorodnością wysokich gór i stepów, gęstych lasów i piaszczystych plaż, szerokich rzek wpadających do lazurowego morza, nieprzebranych ilości dzikiego zwierza wszelkiego gatunku, setek tysięcy ptactwa, ciągnących tędy z lęgowisk na zimowe leża i z powrotem, ogromnych ławic ryb słodko- i słonowodnych.
Ani Mołdawia, ani Wołoszczyzna, ani Półwysep Krymski nie mogły się jednak równać wspaniałości polskiego Naddnieprza.
Jak wspominał szesnastowieczny kronikarz, czarna ziemia ukrainna była tak żyzna i wdzięczna do obrobienia, że zorana raz tylko, dawała wielkie urodzaje, a człowiek nie był w stanie zebrać wszystkich plonów. Nawet nieuprawiane role wydawały rośliny, żywiące przejeżdżających tędy podróżników łodygami albo korzeniami. Rosły tam także drzewa, dające najdelikatniejsze owoce, uprawiana była winna jagoda, rodząca wielkie grona, a niekiedy na pochyłościach wyrastał nawet dziki winograd. W starych dębach i bukach, w których ze starości potworzyły się dziuple, gnieździły się roje pszczół, dających miód smaczny i pachnący, w kolorze pięknego bursztynu. Dzikich zwierząt: żubrów, koni i jeleni było takie mnóstwo po lasach i na polach, że polowano na nie jedynie dla skóry, do jedzenia zabierając tylko polędwicę. Mięsa dzików i łań nawet nie tykano, mając lepszego w ogromnym nadmiarze. Sarny migrowały z lasów na stepy i odwrotnie w tak ogromnych stadach, że każdy tamtejszy włościanin zabijał ich rocznie tysiące. Na brzegach rzek, wpadających do Dniepru, można było napotkać niezliczone żeremia bobrowe, wielkie niby stanice kresowe. Ptactwa była tam taka mnogość, że na wiosnę chłopięta robiły wyprawy do gniazd i wypełniały całe łodzie jajami dzikich kaczek, gęsi, żurawi i łabędzi. Setki wylęgłego drobiazgu hodowano potem w przydomowych zagrodach. Z kolei małe orlęta zamykano do klatek dla piór, które do strzał mocowano. Ogromne mnóstwo jesiotrów i innych wielkich ryb, wpływających z morza w głąb lądu, służyło jedynie do karmienia psów, bo ludzie mający mięsa w nadmiarze, nie chcieli go jadać.
Czarnoziemy ukrainne mogłyby wyżywić całą Europę, a dla Rzeczypospolitej być skarbem większym niźli złoto. A jednak ogromne połacie ziem województwa kijowskiego i bracławskiego pozostawały bezludne, trwając we władaniu natury. Bliżej Kijowa - po Bracław, Białą Cerkiew, Czerkasy i Czehryń, gdzie stały zamki z załogami wojsk koronnych - tu i ówdzie zdarzały się spore wsie, po większej części będące we władaniu książątek kresowych. Dalej jednak - w bezkresie traw, lasów i podmokłych łąk - można było napotkać już tylko pojedyncze zamieszkane polanki.
Nie mogło to jednak dziwić, bo jak piękne były krainy rozciągające się na północnych i zachodnich brzegach Morza Czarnego, tak były też pełne niebezpieczeństw, czyhających na spokojnych ludzi. Już w czasach starożytnych stały się one miejscem nieustannej rywalizacji plemion i narodów, pragnących nad nimi panować. Na wybrzeżu morskim Grecy stworzyli Olbię - kolonię "bogatą i szczęśliwą". Ścierali się tam potem Scytowie i Goci, Sarmaci i Hunowie, Awarowie i Bułgarzy. Kiedy zaś nadeszły czasy nowożytne, szlakami tutejszymi przeciągać poczęły zbrojne zastępy Złotej Ordy i Litwinów, a później Polaków i Turków.
Przez wieki całe trwała nieustanna walka o narzucenie zwierzchności księstwom Mołdawii i Wołoszczyzny, a wyprawy kozackie łupiły osmańskie wybrzeża od Warny po Stambuł. Największą grozę wzbudzali jednak Tatarzy. Wszędzie, gdzie się pojawiali, towarzyszyły im jęki ginących, zawodzenie prowadzonych w jasyr, przerażony ryk bydła i łuny pożarów. Nie wiadomo było, skąd i kiedy nadejdą, a pewnym się zdawało, że przyniosą ze sobą śmierć i zniszczenie.
***
Szereg kilkudziesięciu krytych strzechą, bielonych wapnem, drewnianych chałup ciągnął się wzdłuż piaszczystej drogi niczym sznur jasnych korali. Przy części z nich stały dodatkowo budynki gospodarcze - stajnie, obory, stodoły i chlewiki. W pewnym oddaleniu znajdował się jeszcze średniej wielkości dworek z dachem krytym gontem, gankiem z drewnianymi kolumienkami i dwoma alkierzami na obu końcach. Za nim rozpościerał się rozległy sad, pełen jabłoni i grusz, drzew brzoskwiniowych i wiśni.
Wieś owa zwała się Konstantynówką i była własnością księcia Konstantego Wiśniowieckiego, starosty czerkaskiego. Od samych Czerkas była ona oddalona o dziesięć kilometrów. Bliżej, o ledwie pół mili, leżała Śmiła, niewielka osada, założona w poprzednim wieku z woli króla Zygmunta Starego. Do Śmiłej miejscowi chłopi udawali się na targ, do karczmy albo do cerkwi, ale to Konstantynówka zdawała się być rajem na ziemi, skrytym przed cywilizacją i wszelkimi zagrożeniami.
W pewnej odległości, w wąskim pasie pomiędzy dopływami Dniepru i Dniestru, biegł Czarny Szlak, którym po wielokroć podążały żądne krwi czambuły tatarskie. Niejednokrotnie tysiące skośnookich wojowników z ord perekopskiej, krymskiej i budziackiej prowadziło tędy dziesięćkroć liczniejsze gromady ludzi, pędzonych na wieczną i beznadziejną niewolę w południowych krainach osmańskiego imperium, a nawet dalej - w Afryce i Azji.
Mieszkańcy Konstantynówki wiedli tymczasem spokojne i bezpieczne życie ludzi niemalże puszczańskich, strzeżonych przez otaczające ich potężne bory. Od wschodu rozciągał się Las Motrzyński, rozpoczynający się w okolicach Korsunia i sięgający aż do Czehrynia. Po stronie zachodniej z kolei osłaniał wieś i jej okolice rozległy Las Lebedyński. Leśne ostępy rozdzielały doliny, tworzone przez Taśminę i jej dopływy. Konstantynówka leżała nad jednym z nich - rzeczką Srebrzanką, która tuż za domostwami wiła się lustrzanymi meandrami pośród zielonych łąk i żółtawych pól. Nieco dalej, w odległości nie większej niż pięćset łokci - tak od północy, jak i od południa - wznosiły się ściany strzelistego, sosnowego lasu. Wrażenie raju na ziemi pogłębiała cudowna pogoda. Późna wiosna powoli bowiem przechodziła w lato, a bogata przyroda południowych krańców Rzeczypospolitej zdołała rozkwitnąć już bogactwem soczystej zieleni i wszystkich niemalże kolorów tęczy.
Konstantynówka powstała już była z nocnego spoczynku, po okolicy rozchodził się gwar z chłopskich gospodarstw, trzeszczały drewniane konstrukcje żurawi studziennych, starsze dzieci przeganiały bydło na pastwiska, znad rzeczki docierał chlupot wody, w której praczki pracowicie płukały mokre ubrania.
Na ganek dworu wyszła młoda dziewczyna. Miała na sobie prostą, długą białą nocną koszulę. Młodość kipiała w niej nie mniej żywiołowo niż świeżość otaczającej ją przyrody. Liczyła sobie jakieś siedemnaście lub osiemnaście lat, smukłością zaś dorównywała widocznym w oddali sosnom. Długi warkocz odcinał się jaskrawo od bieli koszuli, a kasztanowe włosy okalały cudną, niemal anielską, gładką i nieco śniadą twarz. Jej urodę potęgowała radość życia, promieniująca z bursztynowych oczu i roześmianych ust, w których lśnił rząd zębów, białych niby kość słoniowa.
Panna stała w drzwiach dworku i z beztroską pochłaniała dźwięki wsi oraz zapach rześkiego poranka. Zamknęła oczy i zwróciła twarz w kierunku grzejącego mocno słońca.
Nie mogło dziwić niczym niezmącone szczęście tej dziewczyny. Zwała się Łucja Rahozianka i była jedynym, ukochanym dzieckiem Jeremiego Rahozy, podstarościego czerkaskiego, i żony jego Anny z Wojniłłowiczów.
Rahozowie byli starym rodem ruskim, pieczętującym się Szreniawą, wywodzącym się z rodowego gniazda w Rahozach na pograniczu województw wileńskiego i mińskiego, trwającym od zawsze przy wierze greckiego obrządku. Od zawsze też należeli do drobniejszej szlachty, która ledwie wiązała koniec z końcem, ziemię obrabiała sama na równi z chłopami i nieraz musiała od ust sobie odjąć, żeby zapłacić podymne, a na popisy wojewódzkie najczęściej podążała piechotą, z rohatyną albo kiścieniem zamiast szabli.
Żaden z Rahozów nie marzył nawet o nijakich godnościach powiatowych, nie mówiąc o wojewódzkich. Fortuna uśmiechnęła się do rodziny dopiero, kiedy Michał Rahoza, który wstąpił między czerńce, wspiął się do godności archimandryty mińskiego monasteru, potem zaś metropolity kijowskiego obrządku greckiego. Stał się wtedy jednym z najbliższych sojuszników króla Zygmunta III Wazy w jego wielkim projekcie unii Kościołów zachodniego i wschodniego. Funkcja, jaką sprawował, poglądy oraz królewskie względy przysporzyły mu potężnego wroga w osobie księcia Konstantego Ostrogskiego, wojewody kijowskiego, ale też zapewniły przyjaźń innych magnatów, pragnących wejść w jego łaski.
Skorzystał z owej przychylności niejeden członek rodu, zajmując pozycje na dworach wielkich panów, wśród sekretarzy królewskich, jak również obejmując niższe urzędy ziemskie. Na szersze wody wypłynęli nie tylko Rahozowie litewscy, ale też niewielka gałąź osiadła w Wołoszczyźnie. Dwaj bowiem bracia - Jur i Symeon - znaleźli tam swoje miejsce na ziemi, kiedy zdołali uwolnić się z niewoli, w którą popadli za czasów nieszczęsnej wyprawy Olbrachtowej. Od Jura wywodził się Jeremi Rahoza. W bardzo młodym wieku, dzięki wstawiennictwu wuja oraz księcia Konstantego Wiśniowieckiego, powrócił on na ziemię dziadów i zdobył stanowisko podstarościego czerkaskiego. W ten sposób stał się nie tylko posesjonatem, ale też znalazł się pod opieką potężnych magnatów. Kilka lat później poznał Helenę, córkę Nepomucena Wojniłłowicza, sędziego nowogródzkiego, i się z nią ożenił. Po roku zaś osiadł z nią w niewielkiej Konstantynówce, gdzie na świat przyszła ich córka.
Łucja, poza rodzinną wsią, praktycznie nie znała innego świata. Bywała z rodzicielami na targach w Czerkasach i Korsuniu, gościła też raz w książęcym zamku w Wiśniowcu. Pełni szczęścia zażywała jednak tutaj, w wąskiej dolinie, skrytej pośród potężnych borów, wśród pól i łąk, przez które wiła się krystalicznie czysta Srebrzanka. A szczęście to pogłębiała miłość zapatrzonych w jedynaczkę rodziców. Nie wiodła życia bardzo bogatego, ale też na niczym w domu podstarościego nie zbywało. Dni upływały jej na pobożnych modlitwach, wyszywaniu, haftowaniu, przędzeniu wełny i nauce gospodarskich zajęć. Przede wszystkim jednak przepełniała ją radosna beztroska. Pełno jej było we wsi i w lesie, na polach, łąkach i w sadach. Chłonęła całą sobą nieograniczoną wolność i swobodę.
Łucja otworzyła oczy, wciągnęła głęboki haust powietrza i przeciągnęła się, po czym ruszyła pędem w stronę zielonego sadu, a potem w wysokie na metr burzany traw, łopianów i polnych kwiatów. Rozgarniała je rękoma, a one falowały niby morze wzbudzane lekkim wiatrem. Przebiegła tak ze dwa stajania, aż wreszcie, tuż przed ścianą lasu, runęła na ziemię. Leżała, chłonąc ciepło słoneczne i wszechogarniający zapach lewkonii, maków, rumianku i mięty. Bzyczące pszczoły i bąki oraz dobiegające z oddali odgłosy wiejskiej pracy uspokajały ją. Czuła się coraz bardziej błogo, nie słyszała nawoływania matki, w końcu odpłynęła zupełnie w spokojny sen.
Dość długo trwało, nim jakieś osobliwe, niepokojące dźwięki przywróciły dziewczynę do życia. Otworzyła oczy i poczęła nasłuchiwać. Od strony Konstantynówki dochodziły krzyki, zrazu pojedyncze, potem coraz częstsze i głośniejsze. Były to wysokie głosy kobiece i niskie, rozkazujące, męskie. Towarzyszyły im zaś porykiwania wystraszonego bydła oraz niezwyczajne rżenie koni.
Przez długą chwilę nie docierało do niej, co też może się dziać. W końcu jednak oprzytomniała całkiem i zerwała się na równe nogi. Stanęła wśród wysokich traw i z niedowierzaniem i przerażeniem patrzyła na widowisko rozgrywające się na jej oczach. Oto bowiem spokojna zawsze wieś teraz jakby wirowała w piekielnym tańcu, w którym wszyscy rozbiegali się w najrozmaitszych kierunkach, bez ładu i składu, z obłędem w oczach. Jedni biegli ku polom i lasowi, inni próbowali chwytać konie, matki z dzikim wyciem nawoływały swoje dzieci, psy szczekały albo skowyczały uwiązane przy budach. Ci, którzy uciekali, oglądali się za siebie, ku drodze biegnącej pośród zabudowań.
Z drogi tej rozlali się zaraz na majdany, do sadów i na pastwiska jeźdźcy na niewielkich konikach, w charakterystycznych spiczastych czapkach, bielejący kożuchami wywiniętymi wełną na zewnątrz.
- Tatarzy!!! - jęknęła Łucja. - Czambuł tatarski!!! - powtórzyła, jakby niedowierzając w to, co widzi.
Stała jak skamieniała, sparaliżowana bardziej zaskoczeniem niż przerażeniem. Tymczasem z oddali przybywało Tatarów - początkowo widziała kilkunastu, zaraz potem kilkudziesięciu, wreszcie uczyniło się ich takie mrowie, że nie mogła wszystkich wzrokiem ogarnąć.
- Spasi Chryste!!! Hospody pomyłuj!!! - rozlegały się zwielokrotnione, rozpaczliwe kobiece krzyki.
Niektóre chałupy zaczęły płonąć. Napastnicy zapędzali ku drodze bydło, które z przerażenia poczęło tratować wszystko na swojej drodze i siebie nawzajem. Część sparaliżowanych strachem ludzi, zwłaszcza kobiet, czekała na dopełnienie się swojego losu, szarpana zaciskanymi na ich rękach łykami. Kto czuł się na siłach, próbował oszukać przeznaczenie, starając się uciekać w stronę lasu. Nikt jednak nie zdołał osiągnąć zbawiennej gęstwiny, bo zaraz uciekiniera wypatrywały czujne oczy najeźdźców, którym całe życie upływało na napadach i polowaniach. Zaraz też ruszali w pogoń, a arkan zaciskał się na szyi zbiega.
Kiedy kolejny ze śmiałków zdecydował się na desperacką ucieczkę i zaczął biec w kierunku stojącej nadal na skraju lasu Łucji, jeden z jeźdźców puścił się za nim w pościg. Po kilkunastu krokach stanął jednak jak wryty, spostrzegając ciemnowłosą dziewkę. Za chwilę, porzuciwszy swój wcześniejszy cel, pognał konia w jej stronę.
Starościanka dopiero teraz ocknęła się z letargu, odwróciła się i poczęła uciekać ku odległej o ledwie kilkadziesiąt kroków ścianie potężnych sosen. Potykając się co chwilę o nierówności łąki i długą nocną koszulę, biegła, ciężko dysząc i coraz bardziej zbliżając się do lasu. Miała nadzieję zgubić prześladowcę, klucząc wśród drzew albo zaszywając się w zaroślach. Już tylko kilka kroków dzieliło ją od celu, już czuła woń igliwia, już słyszała odgłosy leśnej zwierzyny, kiedy dosięgnął jej arkan. Zatrzymała się gwałtownie i upadła. Sznur zacisnął się jej na szyi. Pociągany przez jeźdźca, zmusił ją do powstania.
Stanęła wśród zielonych traw, pełnych pachnących kwiatów, daleka od poprzedniej beztroski i swobody. Jeździec zbliżał się do niej, aż w końcu stanął przed nią w odległości nie większej niż pięć łokci. Niemal zemdlała na widok zarośniętego, śniadego Tatara o ostrych rysach, w cuchnącym kożuchu, a jego osoba napełniła ją jednako obrzydzeniem i przerażeniem. On tymczasem zlustrował ją od stóp do głów, po czym aż cmoknął z zachwytu.
- To dopiero łup. Takiej dziewki jeszczem nie miał. Ałłaga szeker! - wykrzyknął w stronę nieba.
Uderzył po trzykroć łbem o grzywę końską w podzięce Bogu, po czym zawrócił ku wiosce, ciągnąc na arkanie swoją zdobycz.
Tymczasem w Konstantynówce nastał sądny dzień. Tatarzy przeczesywali dwór i chłopskie chałupy w poszukiwaniu łupów, zaganiali konie i bydło, wiązali w łyka kobiety i mężczyzn, którzy odmawiali ciche modlitwy, błagając Świętą Przeczystą o ratunek lub przynajmniej szybką i bezbolesną śmierć. Ta spotykała jednak na razie tych, którzy nie byli potrzebni bezwzględnym łupieżcom. Starców bowiem przywiązywali do drzew, po czym strzelali do nich z łuków z mniejszej bądź większej odległości, a gdy strzała dosięgła celu, towarzyszyły temu cmokania wyrażające uznanie lub drwiące śmiechy z mniej fortunnych strzelców. Zabijani nieszczęśnicy najpierw patrzyli z przerażeniem w oczy swych prześladowców, a potem prężyli się z bólu. Kiedy zaś ich ciała zawisły bezładnie, dzicy ordyńcy poczynali mierzyć do kolejnych brańców, którzy jeszcze żyli.
Jeszcze gorszy los czekał niemowlęta i kilkuletnie dzieci. Te wrzucano żywcem do płonących obór i stodół, z których przez moment dochodził przeraźliwy płacz, cichnący po kilku chwilach. Matki ich, w odruchu rozpaczy wyrywały się na pomoc, ale pociągane za więzy upadały na ziemię, która mieszała się z potokiem wylewanych łez.
Patrzył na to wszystko pan podstarości i krew się w nim burzyła, ale wiedział doskonale, że nic zrobić nie zdoła, a tylko sobie i swoim bliskim zaszkodzić może, jeśliby na jakowyś hazard się zdobył. Ponuro zatem spoglądał, jak domostwo jego plądrują, jak żonę związują, jak ludziom, opiece jego powierzonym, nieszczęście się dzieje. Mógł tylko pięści zaciskać i zębami zgrzytać.
Nie widząc zrazu wśród zniewolonych swojej jedynaczki, karmił się nadzieją, że może umknęła w bezpieczne miejsce. Teraz jednak zobaczył ją, prowadzoną na arkanie przez tatarskiego wojownika, i pięści zacisnęły mu się jeszcze bardziej, aż do krwi. Czuł, jakoby kość utknęła mu w gardle, niezdolny oderwać wzroku od kierunku, z którego prowadzono Łucję.
W tę samą stronę spojrzał także jeden z najezdników. Znaczny to musiał być ktoś, choć - jak inni - ubrany był w kożuch, wywinięty wełną na wierzch. Do drogiego pasa miał za to przytroczoną szablę, której rękojeść i pochwa pstrzyły się niezliczoną ilością diamentów i pereł. Szarawary zaś nosił delikatne, z bordowego aksamitu, a na czapce obszytej sobolim futrem skrzyły się rubiny wielkości włoskiego orzecha. Jego koń także wyróżniał się wśród innych dobrym pochodzeniem, był to bowiem arab, smukły i piękny, maści siwej, zwany Saklawi.
- Ałła beek. Anioł w ziemskiej powłoce zstąpił na ziemię... - westchnął.
Był to Aziz, syn Selima, murza baryński, przewodzący owemu czambułowi. Zwrócił zaraz konia ku prowadzonej na arkanie Łucji, a kiedy znaleźli się od siebie na odległość nie większą niż dziesięć łokci, zeskoczył zgrabnie z siodła i ruszył do przodu, pochłaniając pannę drapieżnym spojrzeniem. Kiedy znalazł się tuż przed nią, w podstarościm coś pękło.
- Nie strzymam, żeby mi pohaniec dziecko zbisurmanił... - jęknął głucho i rzucił się w szaleńczym odruchu na pomoc. Nie ubiegł jednak daleko, bo wystarczyło kiwnięcie ręki murzy, a już jeden z jego Tatarów dopadł Rahozę i zdzielił go potężnie kiścieniem. Szlachcic runął jak długi bez życia, a z jego strzaskanej czaszki buchnęła struga gorącej krwi.
Wyrwała się z rąk tatarskich jego żona Helena i przypadła z płaczem do bezwładnego już ciała. Próbowała też ruszyć Łucja, ale przytrzymał ją sznur arkana. Stała więc podobna do męczennicy, z twarzą oblaną słonymi łzami.
Aziz nie zwracał uwagi ani na śmierć podstarościego, ani na reakcję jego bliskich. Pochłaniała go bez reszty osoba branki. Kiedy zbliżył się do niej na długość strzały, próbowała się bronić, ale on, szczerząc białe zęby, kontrastujące z piękną, młodą, śniadą twarzą, bez trudu powstrzymał atak i chwycił jej ręce. Wyrywała się, ale nic nie mogła zrobić.
Z niepokojem przypatrywał się tej scenie jeździec imieniem Bilal, który jako pierwszy dojrzał urodziwą dziewkę. Nadal trzymał ją na arkanie, ale czuł, że teraz łup wymyka mu się z rąk.
- Efendi, to mój jasyr. Pierwszym ją dojrzał i na arkan ułapił... - zaczął niepewnie.
Murza nie zwracał na niego uwagi, tylko - trzymając wyrywającą się Łucję - wpatrywał się w nią i oceniał jednocześnie.
- Oczy głębokie jak noc najciemniejsza... Włos gruby a lśniący niczym grzywa najszlachetniejszego wierzchowca... Dziksza od najdzikszej czarnej pantery... Usta słodsze i czerwieńsze od najczerwieńszego wina... - Myślał już tylko o tej pannie, której widok go opętał. Puścił jej ręce i krzyknął: - Trzymaj!
Dwóch ordyńców przyskoczyło od razu i chwyciło pannę mocno.
- W górę! - wydał kolejne polecenie Aziz.
Nic już go nie powstrzymywało, podciągnął więc w górę koszulę.
- Sin byek Ałła! Wspaniałe są twoje dary dla wiernych sług swoich! - wykrzyknął. - Łania to jest smukła i gibka, a ciało jej niczym dojrzewająca oliwka!
- Efendi, ona moja...! - wykrzyknął Bilal.
Koszula murzy opadła z powrotem, a on sam odwrócił się do żołnierza.
- Ona perła, diament nieskalany, który tylko na najdelikatniejszym ciele spoczywać może. Allach jej nie stworzył do twojej prostej jurty, ale na dwór pański, a może i do sułtańskiego seraju. Ciebie Allach zwykłym psem stworzył, a jednak w łaskawości swojej dozwalam ci jakowąś dziewkę posiąść, byś ją na arkanie do swojej nory prowadził.
Bilal, zaślepiony obrazą i wizją utraty cudnego jasyru, nie wytrzymał. Rzucił się na murzę z głuchym warkotem, któremu towarzyszył zgrzyt wysuwanej z pochwy szabli. W tym samym jednak momencie błysnęła inna stal - wspaniała, damasceńska - a promienie słońca odbiły się w wielkich diamentach. Wystarczyło jedno cięcie, by droga broń murzy pokryła się świeżą krwią, a Bilal runął na ziemię z rozpłataną twarzą.
Murza spojrzał na trupa z najdoskonalszą obojętnością, po czym wytarł szablę w jego kożuch i schował na miejsce. Potem kopnął ciało, żeby zrobić sobie przejście.
- Na koń i w drogę! - krzyknął do skośnookich ordyńców. - Dziewkę usadźcie na luzaku, ma iść obok mnie.
W ciągu kwadransa Tatarzy, krzykiem i uderzeniami bykowcami, uformowali kolumnę mężczyzn i kobiet, bydła oraz wozów, w których kryły się rzeczy zrabowane wieśniakom i w podstarościńskim dworze. Czambuł ruszył w drogę powrotną, żegnany obrazem płonących zagród i wyciem psów nad trupami pana podstarościego, starców oraz dzieci.
***
Dzień cały i noc po nim następującą, ciągnęło kilkuset nieszczęśników przez Las Lebedyński. Szli tym samym, wąskim traktem, przez który nieszczęście na ich wieś nadciągnęło. Nikt nie ośmielił się pisnąć ni słowa, bo też każdego, kto tylko złorzeczył, jęczał albo ociągał się w pochodzie, dosięgały razy bykowców, a w miejscu po uderzeniu biel koszuli nasiąkała krwistą czerwienią. Tylko bydło jęczało żałośnie, że je pędzono bez ustanku i bez popasu.
Wysoki bór sosnowy patrzył w ciszy na nieszczęście ludzkie. Zwierzyna i ptactwo, rozbudzone wcześniej letnim słońcem i ciepłem, teraz nie ośmielało się nawet wychynąć spośród ostępów puszczy ani śpiewać radośnie. Wreszcie, kiedy ściana drzew rzednąć poczęła, murza dał znak do odpoczynku tak swoim wojownikom, jak i pędzonym niewolnikom. Nie powodowała nim jednak litość nad bliźnimi. Po prostu nie mogli sczeznąć, nim dotrą na targi krymskie i nowe bogactwa mu zapewnić zdołają. Prawdziwa droga krzyżowa była dopiero przed nimi.
Wiedzieli o tym ci, którzy na skraj Lasu Lebedyńskiego się zapędzali i obserwowali z ukrycia czambuły tatarskie, wracające do kosza. Inni teraz dopiero mieli poznać piekło na ziemi, które otwierało przed sobą kolejne, głębsze i czarniejsze kręgi. Nie dano mieszkańcom Konstantynówki dość wypocząć, kiedy od zachodu nadjechał zdyszany Tatarzyn i powiedział coś do murzy. Ten zaś krzyknął do ordyńców, którzy bykowcami i wrzaskiem poderwali na nogi ciżbę ludzką. Brańcy poznali zaraz, że to, co dotąd przeżyli, było igraszką jedynie w porównaniu do ich dalszego losu.
Wyszli teraz z lasu i ogarnął ich bezmiar stepu. Jak ogromna była przestrzeń, porośnięta wszelaką roślinnością, na metr nieraz w górę strzelającą, tak niezmierzone wydawały się tłumy ludzkie, ciągnące ku południowi. Nie mniej niż kilkanaście watah, kilkanaście tysięcy dzikich łowców bisurmańskich, otaczało jak wilki swoje ofiary - dziesiątki tysięcy prowadzonych w łykach i na arkanach Polaków i Rusinów, Żydów i Ormian, kobiet i mężczyzn. Tatarzy mieli przytroczone do koni worki z niewielkimi dziurami, w których wieźli kury i kaczki, gęsi i króliki, ale też małe dzieci, które - jeśli przeżyją - miały być wychowane w Turcji na janczarów.
Pył podnoszony przez dziesiątki tysięcy stóp ludzkich, kopyt końskich i bydlęcych, zatykał usta i nosy i nie pozwalał oddychać. Szli więc owi nieszczęśnicy w odchodach zwierzęcych, ostre trawy kaleczyły im nogi, a nahajki resztę ciała. Wspólna rozpacz, cierpienie i beznadzieja łączyły ze sobą łacinników i starozakonnych, wyznawców religii greckiej i ormiańskiej.
Patrzyła na to wszystko Łucja, której losu inni mogli pozazdrościć. Jechała bowiem na koniu, karmiona była lepiej, a na każde zawołanie dostawała wodę. Czuwał nad tym murza Aziz, nie wiadomo, czy wiedziony perspektywą zysku, czy zaspokojenia żądz własnych. Wolałaby jednak dziewczyna śmierć szybką niźli utratę czci, jaka ją niechybnie czekała.
Jakże odmienił się jej los w ciągu kilku dni! Jeszcze niedawno była wolna i beztroska, otoczona bezgraniczną miłością i opieką rodzicielską. Teraz bezgraniczna pozostała tylko rozpacz i brak nadziei. Straszna była świadomość śmierci ojca i nieznanego losu matki, która zaginęła w tłumie jednakich postaci, przykurzonych pyłem, przygniecionych brzemieniem rozgrywającej się tragedii, poruszających się beznamiętnie do przodu, na kształt stad bydła, zdolnych do ludzkiego głosu tylko wtedy, kiedy dosięgnął je rzemień bykowca.
Zazdrościła tym rzeszom, że ból i zmęczenie znieczuliły je na myśli o przyszłym losie. Ona bowiem w tym czasie rozmyślała o drapieżnych pohańcach, którzy wyciągną po nią ręce, by nasycić swe żądze, i marzyła o nożu, który zadałby jej cios szybki i pewny.
Na chwilę oderwała się od czarnych myśli, zauważając odmianę w zachowaniu pilnujących ich, wilczych zastępów. Dotąd jeźdźcy tatarscy beztrosko i ze śmiechem rozprawiali między sobą, dzieląc już w głowach zdobyte łupy. Blisko już było do kosza, rozlokowanego za Czarnym Lasem w niedostępnych, łatwych do obrony uroczyskach Małego Ingułu, gdzie nikt już im nie mógł zagrozić. Teraz jednak Tatarzyni nerwowo spoglądali za siebie, pokazywali coś sobie w oddali i pokrzykiwali do siebie.
Łucja odwróciła się i serce poczęło jej bić mocniej. Była w środku długiej kolumny, ciągnącej się na cztery mile do przodu i pół mili do tyłu. Mimo pyłu, wiszącego w powietrzu, z wierzchu końskiego widziała jej koniec. Dużo dalej, ale w zasięgu ludzkiego wzroku, unosiła się zaś kolejna chmura, wyższa i rosnąca w oczach. Nie mogli to być Tatarzy, skoro ci tutaj byli tak poddenerwowani widokiem.
Jeńcy, ciągnący w ostatnich szeregach, poczęli podnosić z radości ręce, niektórzy nawet rzucali się na jadących obok nadzorców, nie zważając na spadające na nich ciosy nahajek. Wieść rozchodziła się coraz dalej, do kolejnych kolumn, a ludzi ogarniała nadzieja. Wiadomo już było, że nadciąga odsiecz.
- Wojska koronne!!! - rozlegał się szmer szeptu z setek ust. - To komputowe chorągwie!!! Dragonia!!! Nie, to pancerni!!!
Serce Łucji biło już jak oszalałe. Zacisnęła w modlitwie spętane łykami ręce.
Boże wszechmogący, nie odwlekaj kary! - wypowiadała w duchu. - Święta Przeczysta wstawiaj się za mną i za tymi wszystkimi nieszczęśnikami!
W najwyższym pędzie nadjechał ku nim jeden z bejów, dowodzących wyprawą. Murza Aziz pokłonił się przed nim z uszanowaniem.
- Zbierzesz swój czambuł i ruszysz naprzeciw niewiernym.
Aziz pobladł nieco, ale odpowiedział posłusznie:
- Ałła szułaj telygyn. Pan czuwa nad wiernymi swymi sługami i da zwycięstwo nad pomiotem Zygmuntowym.
- Ruszaj - odpowiedział niecierpliwie bej i zaraz potem nawrócił ku czołu kolumny.
Murza tymczasem wziął w usta gwizdek i dał sygnał swoim ludziom. Zaraz też nie mniej niż dwa tysiące ordyńców pomknęło jak wicher ku nadciągającym polskim chorągwiom. Inni tymczasem poczęli jeszcze bardziej poganiać idących w łykach ludzi, tak aby jasyru nie dosięgła polska pogoń.
Aziz pędził na czele swojego czambułu, minąwszy kolumny jeńców i mając już przed sobą zbliżających w wielkim pędzie jeźdźców. Na ich przedzie widać było dość mizernego wzrostem człowieka, który płazował swojego konia i popędzał swoich podwładnych. Był to pułkownik Jerzy Wołodyjowski na czele trzech chorągwi pancernych. Stanowiły one prezydium czerkaskie, które z opóźnieniem dostało wieści o tatarskich czambułach, a teraz próbowało nadrobić utracony czas. Pułkownik wiódł raptem czterystu jeźdźców, którzy podjęli się samobójczego starcia z kilkunastoma tysiącami Tatarów, ale tylko śmierć mogła ich powstrzymać od wypełnienia ordynansu.
Azizowi ordyńcy napięli łuki i gromada strzał pomknęła w kierunku Polaków. Kilku z nich z jękiem zsunęło się z siodeł, opadło na ziemię i dostało pod kopyta rozpędzonych koni. Inni jednak gnali nadal i Tatarzy pojęli, że nie unikną starcia z piekielnymi niewiernymi. Tysiące szabel błysnęło w słońcu, ale nie speszyło to jeźdźców pancernych. Huknęły bandolety i teraz z kolei kilku ordyńców przeniosło się na łono Allacha, reszta zaś czekała na starcie. Wołodyjowski, nie bacząc na niebezpieczeństwo, wbił się jak oszalały we wrogie szeregi i nie dał nawet szansy na odpór ataku. Niemal jednocześnie dwa ciała opadły w pył stepu. Następni próbowali sparować kąśliwe ciosy, ale nie byli w stanie powstrzymać tego, który nie dawał nigdy szans ni szwedzkim, ni moskiewskim mistrzom szermierki. Ruchy ręki miał ledwie wyczuwalne, szabla błyskała niby ukradkiem, od niechcenia, a jednak coraz puściej robiło się wokół pułkownika. Brali z niego przykład inni towarzysze pancerni, którzy siekli z wściekłością potomków Tamerlana.
Linia czambułu cofała się pod naporem doborowych koronnych chorągwi, utrzymywana przed ucieczką przekleństwami, groźbami i płazowaniem przez swojego murzę. On sam trzymał się z tyłu, podczas gdy reszta jego oddziału desperacko broniła się przed pięciokroć mniej licznym przeciwnikiem. Walka trwała już kwadrans, w końcu dwa kwadranse. Polskie szable z niegasnącym zaangażowaniem przerąbywały się przez czambuł, który topniał jak śnieg wiosną na polach. Wreszcie Wołodyjowski, który wciąż był na czele nacierających pancernych, złamał opór trzech kolejnych ordyńców.
Murza Aziz, ten sam, który wcześniej był tak odważny wobec sług swoich i brańców, teraz pobladł straszliwie. Pot sperlił mu czoło i ręce zadrżały, widział bowiem, jakiego ma przed sobą mistrza, przed którym jeno sam Allach mógł go osłonić. Wyciągnął jednak swą drogocenną damasceńską szablę, zdobioną perłami i diamentami, i przygotował się na pierwszy atak.
Wołodyjowski podjechał, ostrza zderzyły się, ale czy Polak zlekceważył przeciwnika, czy siły nie stało, dość, że zgrzytnęła tylko stal i ześliznęła się tak, że omal broń nie wypadła mu z ręki. Minęli się, zwrócili konie i ruszyli znów w swoją stronę. Tatar nabrał niespodziewanej odwagi, uwierzył we wsparcie Allacha i odważnie doskoczył. Zamachnął się wysoko, aby uderzyć z całą mocą i rozpłatać niewiernego.
Na to tylko czekał pan Jerzy. Celowo wcześniej zepsuł cięcie, aby zmylić przeciwnika. Teraz już nie udawał. Wykorzystał pychę Aziza, przejechał przez środek jego piersi i rozpłatał ją na pół. Murza spojrzał z niedowierzaniem, ale nic powiedzieć nie zdołał, bo krwawa piana wydobyła się z jego ust. Życie w nim zgasło szybciej, niż zdołał pomyśleć, że oto trafia do raju jako męczennik za wiarę. Tym bardziej zaś nie zdążyła przeleć mu przez głowę myśl, że oto Bóg chrześcijan karę wymierza drugiej już osobie, która na cześć niewinnej Łucji nastawała.
Śmierć murzy odebrała ducha resztkom walczącego jeszcze czambułu, a przede wszystkim uwolniła go od rozkazu. Tatarzy rzucili się do ucieczki, oddalając się od przeciwnika na swych rączych wierzchowcach. Potem, w pędzie, wystrzelili z łuków w stronę napastników. Chorągwie koronne ruszyły w pogoń, choć mocno już były przerzedzone. Nie mniej niż czterdziestu żołnierzy zaległo na wieki w ukrainnym stepie. Reszta jednak dopadła końca kolumny, zagarniając kilka tysięcy brańców pod swoją opiekę. Pozostałych wszak żadna siła nie mogła wyrwać z rąk tatarskich. Tysiące strzał całymi chmurami leciało w kierunku Polaków, nie robiąc im wprawdzie wielkiej krzywdy, ale udaremniając pościg. Radość kilkunastu setek ocalonych mieszała się ze łzami bezsilnej rozpaczy kilkunastokroć większej ciżby niewolników, gnanej ku ponuremu przeznaczeniu.
Patrzył na oddalające się tłumy pan Wołodyjowski, bijąc się z myślami. Odgadł je wraz wachmistrz:
- Za mało nas, wasza miłość. Diablo mało, żeby się na takowy hazard kusić. Trzeba nam tych uwolnionych przed periculum chronić.
Pułkownik nie odpowiedział, szablą tylko w bezsilnej złości trzasnął, po czym nawrócił z powrotem w kierunku Czerkas, prowadząc uwolnionych brańców.
Kilkanaście dni trwał jeszcze exodus tych, których gnano przed siebie na podobieństwo ludu izraelskiego, pędzonego z rozkazu Nabuchodonozora w niewolę babilońską. Kiedy przeprawili się przez brody dnieprzańskie opodal Kyzykermenu, umarła ostatnia nadzieja na pomoc, która mogła przyjść ze strony wojska zaporoskiego, i pozostało czekać na najgorsze.
O ile przejście przez Dzikie Pola było dla brańców drogą krzyżową, o tyle wkroczenie w mury Kaffy mogli porównać tylko do Golgoty. Było to wielkie, osiemdziesięciotysięczne, gwarne miasto, pozostające osmańską enklawą na Krymie, graniczącą z ziemiami chana. Znajdował się tam port, a obok starej genueńskiej twierdzy wznosiły się islamskie meczety, greckie cerkwie i ormiańskie kościoły. Przede wszystkim jednak Kaffa od setek lat słynęła z handlu, a najważniejszym towarem byli niewolnicy, których sprzedawano tak, jak gdzie indziej bydło, konie albo kury.
Umęczeni ludzie wchodzili przez bramy miejskie niby w odmęty piekielne. Matki rozdzielano tam od dzieci, żony od mężów, i pędzono w grupach po kilkadziesiąt osób, po czym wystawiano na targu na sprzedaż. Otaczali ich wtedy kupcy, sprawdzający zęby i włosy, oceniający siłę mięśni i budowę całego ciała. Część ofiar trwała w oszołomieniu, w zupełnym milczeniu znosząc targanie, obracanie, obdzieranie z szat, obmacywanie. Inni próbowali się wyrywać, mężowie klęli, niewiasty wznosiły modły do nieba albo z jękiem zalewały się łzami. Nie zwracali na to uwagi nabywcy i fachowo, jak co dnia, oceniali "towar", głośno go komentując albo targując się ze sprzedającymi. Mieszały się tam niezliczone języki świata: polski i ruski, hebrajski i ormiański, arabski i turecki, sprawiając wrażenie, jakoby to była biblijna scena budowy wieży Babel.
Z targu brańcy pędzeni byli dalej - jedni na galery, inni do pracy na roli, kobiety do pracy w domu albo do haremów. Dzieci, które przeżyły morderczą drogę, w przyszłości miały stać się janczarami, gotowymi oddać życie za sułtana.
Odmienny los czekał Łucję i inne z najpiękniejszych młodych dziewic, wyłuskanych spośród kilkunastotysięcznego jasyru. One nie trafiły w gwar targowiska, ale na pałacowe posadzki. Nie w pył drogi, pokrywający brudem twarze i ręce, ale do łaźni, gdzie myto je i pokrywano ich skórę wonnymi olejkami. Nie mniejsze czekało je jednak zniewolenie, a nade wszystko wstyd i hańba. Oto bowiem stanęły w końcu pośród cudnych marmurów i perskich kobierców, delikatnych krat i zdobień. Nie zwracały uwagi na piękno wnętrza, ale na kupców, którzy czekali na nie, rozłożeni na łożach i fotelach, popijając wino i przegryzając świeżymi figami.
Wreszcie wstali, odziani w drogocenne atłasy i aksamity, i zbliżyli się do panien. Łucja starała się ukryć za innymi niewolnicami, na nic jednak to się zdało. Wzrok jednego z mężczyzn od razu spoczął na jej ślicznej, śniadawej twarzy. Rozepchnął inne dziewki i stanął na wprost młodej Rahozianki. Chwycił ją za brodę, pogładził po rękach, dotknął długich ciemnych włosów, po czym rzekł z zachwytem:
- Wszystkie te panny są piękne niczym gwiazdy na niebie, ale ów anioł jedynie Allachowi dorównywać może. Sułtan ozłoci mnie, jeśli mu ją do seraju sprowadzę. Niczym słońce rozjaśni cały pałac stambulski.
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Słońce do połowy skryło się już w głębinach Morza Czarnego, reszta zaś ostrym światłem nadawała wodom ciemnopomarańczowego odcienia. Spokojny majestat ognistych fal naruszały trzy czarne sylwetki tureckich galer, płynących z Kaffy do Stambułu i powoli zbliżających się do nocnego przystanku w warneńskim porcie. Uderzenia bębnów, wybijających rytm dla wioślarzy, niosły się głośnym echem po morzu.
Na górnej części pokładu, z dala od uwijającej się załogi, leżał na łożu w otoczeniu sług Jafer Pasza, wysoki dostojnik osmańskiego dworu. Zawołał kapitana statku i nakazał przyspieszenie tempa. Czuł się zmęczony całodziennym rejsem i chciał jeszcze przed całkowitym mrokiem dotrzeć do Warny, aby móc jak najszybciej spocząć w porządnej komnacie.
- Efendi, ci ludzie wiosłują od wielu godzin. Nie dadzą rady przyspieszyć tempa. Omdleją albo i trupem padną, nim dopłyniemy ku Warnie. - Kapitan padł błagalnie do stóp wielmoży.
- Bacz, byś ty pierwszy trupem nie padł - warknął wściekły Jafer i kopnął w twarz kapitana. Potem rzucił w leżącego pestkami po zjedzonych daktylach, wreszcie sam podniósł się nieporadnie z racji wielkiego brzucha i ruszył pod pokład.
Tam, wyrwawszy bat z ręki nadzorcy, począł siec rzemieniem z ołowianymi kulkami po nagich plecach wioślarzy. Rozległy się jęki bitych, którym kulki wyrywały ze skóry kawałki mięsa i buchała krew. Jeden z bitych nie poprzestał na jękach i pośród wykrzykiwanych tureckich przekleństw paszy przebił się jego głos:
- Żebyś tak więcej nie zobaczył swojego Stambułu pogański synu, żeby cię w kobylim mleku utopili tłusty szczurze! Oby ci psy na grobie wyły bisurmańskie psalmy! Oby ci grzbiet na bęben przerobili. Dostałby cię pod swoją szablę pan Wołodyjowski, to byś do piekła uciekał jak najszybciej, żeby płazów uniknąć. Żebym cię tak ja dostał w swoje ręce, to byś na rozżarzonych węglach skwierczał jako prosię!
Krzyczącym mimo kolejnych ciosów był potężny, ale wychudły i zarośnięty mężczyzna lat około czterdziestu, z bielmem na jednym oku i dziurą do kości na czole. Odziany zaś był w resztki obszernego kontusza - ostatni znak, że obficiej kiedyś jadał, a praca fizyczna była mu wówczas obca.
Gwar na okrętach, a zwłaszcza krzyki paszy, zagłuszyły inne dźwięki. Nikt także nie zauważył chmary czarnych punkcików, które posuwały się niewidoczne od strony zachodzącego słońca i rosły z każdą chwilą. Wreszcie, nim kilka pacierzy minęło, a słońce ostatecznie zgasło za horyzontem, zrównały się z galerami, otoczyły je jak rój szerszeni, a z dziesiątek kozackich czajek huknęło kilkaset samopałów.
Na pierwszą salwę część bisurmańskich marynarzy osunęła się z pokładu i kilkanaście głośnych plusków oznajmiło początek ich drogi do muzułmańskiego raju. Z czajek nadleciały kotwiczki na sznurach i już po chwili dziesiątki, a potem setki mołojców zaczęły zalewać pokłady galer niczym czarna rzeka. Ledwie kilka minut trwała rzeź tureckich marynarzy, którzy nie mieli żadnych szans z niezrównaną zaporoską piechotą.
Nawet trzech i czterech Kozaków stawało naprzeciwko jednego wroga, nic więc dziwnego, że osmańcy osuwali się cicho na deski pokładów lub spadali przez burtę wprost do morza. Co i raz ostrze szabli zatapiało się w czyimś ciele. Niektórych, uciekających w przypływie rozpaczy na maszty, dosięgały kule samopałów. Spadali z góry z jękiem, ale ginęli przynajmniej prawie bezboleśnie, inaczej niż ich pobratymcy, czujący przed śmiercią ostrze noża rozrywającego gardziel.
Wreszcie cisza się uczyniła i jeno kozackie buty pluskotały w potokach ciepłej, lepkiej krwi. Część mołojców obdzierała pracowicie trupy ze wszystkiego, co miało jakąś wartość, inni wyrzucali nagie ciała do morza, kiedy spod pokładu do ich uszu doszły okrzyki:
- Pomyłujte braty. Ne dozwolte meni, szto by ja tu szczezł jak sobaka.
- Szczo eta za czort? Każe jak Kozak - rozległy się zaskoczone głosy wśród zaporoskich.
Dwóch z nich zeszło pod pokład, gdzie pozostali zakuci nadal wioślarze.
- Sława Bohu, zwilniaty meni, braty - odezwał się mężczyzna, wcześniej złorzeczący na Jafera Paszę, i wyciągnął ku przybyłym ręce zakute w kajdany. Również inni wioślarze błagalnie wyciągnęli ręce, wyjąc w przeróżnych językach.
Mołojcy odpychali ich nogami, aby dotrzeć do mężczyzny mówiącego w ich języku, i przybliżyli do niego płonącą pochodnię, zabraną ze ściany statku. Przyjrzawszy mu się, zobaczyli resztki kontusza.
- Szczo ty nasz brat, ty ne Kozak, ty Lach, ty szlachtic. Bywaj zdorow. Kłaniaj się od nas rybom. - Splunęli w jego kierunku i chcieli wyjść.
- Jak ne brat, ja krestjan błahoczestiwy, ja z atamanom Olewczenką bitsja pid Smolienskom. Pomożitie braty Kozaki - zajęczał kolejny raz wioślarz.
Jeden z mołojców zastanowił się i rzekł do drugiego:
- Rozkuwaty jeho i na hori.
- Djakuju wam i Swintej Prieczystiej - powiedział skazaniec i, kiedy opadły pętające go kajdany, ruszył za wyzwolicielami.
Na pokładzie odetchnął świeżym powietrzem, oczy przymrużył i rozejrzał się wokół. Ujrzawszy zwłoki Jafera Paszy, leżące w kącie, podszedł ku nim i zaczął kopać trupa, gdzie popadnie, klnąc przy tym szpetnie.
- Widzisz kozi synu, tyś mnie jako psa batożył, a teraz twoje ścierwo kundlom albo rybom za wieczerzę posłuży. Z Zagłobą się mierzyć śmiałeś, ty miernoto?! Za to, żeś rękę pogańską na mnie szczurzojadzie podniósł, takeś skończył! Jeśli fortele zawiodą, jeszcze boska opieka zostaje, za którą to, w podzięce, ofiaruję się w piątki miodu zdradzieckiego poniechać.
Zagłoba krzyż zrobił łaciński, nie bacząc, że jeszcze chwilę wcześniej mienił się wiernym greckiego zakonu, po czym szykował się dalej do znęcania nad zwłokami paszy, gdy dobiegły go słowa z tłumu:
- Głos poznaję, jeno właściciela nie widzę. Puskajte braty, szczob by ja pobacził teho Lacha.
Z gromady zaraz wyłonił się postawny mężczyzna w kosztownym kaftanie, skrzącym się od srebrnej nici i poprzetykanym perłami, przepasany pasem zdobnym rubinami, z wsuniętym za niego ozdobnym buzdyganem, w którym mieniły się w świetle pochodni diamenty, wielkie jak laskowe orzechy. Lat miał około trzydziestu, ale lekko falujące dłuższe włosy, sięgające ramion i okalające młodzieńczą twarz, sprawiały, że każdy mógł dać mu ich najwyżej dwadzieścia.
Uśmiechnięty od ucha do ucha, stanął naprzeciwko Zagłoby z szeroko otwartymi rękoma. Ten przymrużył zdrowe oko i przyjrzał się mu badawczo, po czym wziął się pod boki i zakrzyknął:
- Wasyl, czy to ty niecnoto? Poznać ciężko, bom cię na moskiewskiej wojnie ostatni raz widział! I raz, że już prawie dziesięć lat od tamtego czasu minęło; dwa, że ciemno; trzy, że oko jeno jedno mi do patrzenia zostało. Niechże cię uściskam! A napić się tam nie masz czego, bo mi te psubraty bisurmańskie nawet wody szczędziły i żem już prawie zapomniał, jako samogon smakuje, co go tam mołojcy po chutorach pędzą. - Tu mrugnął porozumiewawczo do kniazia Wasyla Kurcza, teraz Kurczewicza, on to bowiem krył się pod drogimi perskimi strojami, zapewne złupionymi podczas którejś z kozackich chadzek.
- Toś dopiero co ofiarował się trunków w piątki poniechać. A dziś właśnie piątek - powiedział rozbawiony Wasyl.
- Piątek, powiadasz? Tegom nie wiedział. Na łasce owych pogan będąc, człek kalendarza nieświadom - skonfudował się pan Zagłoba, ale tylko na chwilę. - Alem się przecie jeno z miodem ofiarował. O gorzałcem nie mówił...
Szlachcic mrugnął jednym okiem, a kniaź począł śmiać się do rozpuku.
- Brati towariszi, pieredajtie toho Lachu wipiwka. To kompan mój serdeczny, który moją siostrę z piekielnych rąk wyratował, za co ja mu do końca życia wdzięczen będę. Tylko najlepiej dajcie całą beczułkę, bo on was na szablę pewnie nie zwycięży, ale zawsze przepije - mówił ze śmiechem Wasyl, któremu zawtórowało całe towarzystwo.
- Życie i ja tobie zawdzięczam, kiedyś nas z zasadzki jako pacholę salwował, ale i u mnie szabla nie rdzewieje, czegom nieraz dowiódł, choćby przy owej zasadzce, bo gdyby nie ona i mój dowcip forteli pełen, pewnie i waścina asysta na nic by się zdała - odpowiedział z uprzejmą, ale jednak kąśliwością Zagłoba.
- Zapomniałem, że u tego szlachcica język ostrzejszy od szabli. Już tam na słowa z waścią mierzyć się nie będę, bo wiem, że na tym polu niechybnie polegnę - odpowiedział Wasyl.
W tym momencie Kozacy ryknęli śmiechem, a zaraz potem poczęli mlaskać z podziwu, bo Zagłoba podniósł nad twarz i przechylił otrzymaną beczułkę, a potem trzymał nad ustami, aż lecący ciurkiem płyn całkiem nie wypłynął. Na koniec wyrzucił pustą beczułkę, a statek wypełniły gwizdy, strzały z piszczeli i okrzyki:
- Mołodiec, nie perelywaje komir. Lach, ale nasz! - Klepali go po plecach, częstując słoniną i machorką.
Wesoły nastrój przerwał w końcu Wasyl, który rzucił do kilku Kozaków, żeby czasu już nie marnować, tylko ładownie otworzyć i łup poprzenosić na wolne czajki. Tamci poszli, lecz wrócili po chwili z niepewnymi minami.
- No szczo? Co u was miny takie nietęgie? Co w ładowniach? Nie powiecie chyba, że puste? Statek zanurzony był głęboko - stwierdził Wasyl.
- Podiwitsa sami, atamani - powiedzieli zmieszani.
Wasyl z Zagłobą podeszli do krawędzi luku i poświecili pochodniami. W środku nie było towaru, za to co najmniej kilkadziesiąt kobiet. Część z nich wpatrywała się przerażonymi oczyma w dzikie twarze Kozaków, inne stały obojętnie, z niewidzącym wzrokiem utkwionym w ściany ładowni, pozostałe zaś leżały bezwładnie, nie wiadomo czy martwe już, czy tylko omdlałe od duchoty, gorąca i braku wody. Jedne nosiły szczątki własnej odzieży, drugie były w samych koszulach, niektóre wręcz półnagie. W wieku były rozmaitym - przeważnie młode lub nawet bardzo młode. Widać było, że to jasyr, zagarnięty przez Tatarów podczas jednej z ich wypraw, a teraz płynący na targ do Stambułu.
Dziwili się Kozacy, znajdując taki ładunek na statku, Turcy bowiem przeważnie pędzili jasyr lądem. W tym przypadku Jaser Pasza widocznie chciał najcenniejsze kobiety w miarę dobrym stanie dowieźć do celu, żeby dostać za nie najlepszą cenę, albo też najgładszymi wkupić się w łaski padyszacha.
- Wasylu, wyciągnąć je trzeba co prędzej z tego lochu! Toż one już ostatnim tchem przędą i wyzdychają tu zaraz. - Pierwszy ze zdumienia ocknął się Zagłoba.
Wasyl znalazł drabinę i opuścił ją na dno ładowni.
- Ihor, Andrij, schodźcie ze mną na dół. Panie Zagłobo, będziesz waść z mołojcami przejmował te niewiasty i na pokładzie sadzał. Krew zetrzyjcie co rychlej, bo w panikę tu wpadną - powiedział Wasyl i pierwszy zszedł do ładowni.
Część kobiet, którym pozostało najwięcej siły, sama przepychała się do dającej wolność drabiny. Kolejne wyciągały ręce w błagalnych gestach do Kozaków. Inne - mianowicie te, które wcześniej zobojętniałym wzrokiem patrzyły w przestrzeń - teraz z nieludzkim jękiem, a czasami wręcz z wilczym wrzaskiem, wyrywały się z rąk wyzwolicieli i uciekały przed nimi. Te widać najsłabsze głowy miały i nie wytrzymały koszmaru niewoli. W końcu jednak się poddały i pozwoliły wynieść się na górę. Na koniec ataman z dwoma mołojcami wzięli się do tych, które znaku życia nie dawały.
Patrzący na branki Wasyl pięści zaciskał i wygrażał w myślach tym, którzy zgotowali pannom ten straszny los. Jak najostrożniej przenosił je do drabiny, skąd mołojcy już mniej delikatnie brali je na pokład. Wreszcie dotarł w najbardziej oddalony kąt ładowni i o więcej światła zawołał, a kiedy Ihor z Andrijem poświecili pochodniami, zobaczył drobną dziewczynę, leżącą bez ducha na deskach. Podszedł i żal ścisnął mu gardło.
Panna, odziana w kosztowną dawniej koszulę, miała nie więcej niż lat osiemnaście, była smukła i wysoka, ale wątła i blada przy tym jak śmierć. Twarz jej, mimo męki okrutnej, wydała się Wasylowi iście anielska. Nie mógł oderwać oczu od pięknej istoty - od delikatnych, choć pobladłych i obrzmiałych od suchości warg, niewielkiego nosa, wąskich, ciemnych brwi i kasztanowych włosów, wijących się pasmami po spoconym czole.
Rzeczywiście bliższa wydawała się aniołom, bo choć ciało było ciepłe, Wasyl ledwo wyczuwał tętno. Nie mógł się powstrzymać i dotknął jej twarzy. Chwycił ją i osobiście wyniósł po drabinie, a potem, zdjąwszy kaftan, otulił ją z czułością.
- Wody im dać, a która da radę jeść, chleba i słoniny podać - rozporządził zaraz mołojcami. - Która zaś nieprzytomna, gorzałki jej w usta wlać. Z trupów ordyńców, którzy jeszcze do morza nie poszli, ubrania zdjąć i okryć panny. Sprawdzić, czy żywe wszystkie.
- My już perewirili batko. Spasi Bohu wsi żiwi.
Wasyl wziął manierkę z gorzałką od jednego z mołojców i przechylił do ust onej niebogi, którą osobiście salwował. Trunek popłynął do ust dziewczyny, aż ta zachłysnęła się i zaczęła kaszleć, potem dotarł dalej, aż rozgrzał całe jej ciało. Westchnęła wówczas pełną piersią i otworzyła oczy. Wasyl spojrzał w jej bursztynowe oczy i dreszcz przeszył jego ciało, a serce, ugodzone strzałą Amora, zaczęło mu gwałtownie łomotać, jakby chciało przebić wzniosłymi uczuciami ziemską, zwyczajną cielesność. Zastygł nad panną jakby sparaliżowany, niezdolny do zrobienia ani powiedzenia czegokolwiek.
Dziewczyna również nic nie mówiła, bo słaba była okrutnie, a po wtóre przerażona po zeszłych przeżyciach i niepewna, w czyich teraz rękach się znalazła.
Takoż i inne kobiety nic nie śmiały mówić, widząc wokół samych mężczyzn, z których wielu - półnagich - wyglądało jeszcze bardziej dziko i złowieszczo niż osmańscy żołdacy. Twarze ich były osmalone prochem, większość miała na sobie szare od brudu koszule albo owcze kożuchy, przez co równie dobrze mogli wyglądać na Kozaków, Mołdawian albo zwykłych piratów, jakich na morzu nie brakowało. Nadto cuchnęło od nich gorzałką, a niektórzy, ośmieleni trunkiem, łakomie spoglądali na wydobyte z ładowni niewiasty.
Tuliły się więc one do siebie nawzajem w rozpaczy, nie wiedząc, jaki znów straszny los dla nich się gotuje.
- Sen kimsin? - zapytał po turecku Zagłoba. Odpowiedziała mu cisza. - Kim sin? - powiedział z kolei po tatarsku. Znowu cisza. - Języków im przecie nie wyrwali. Widać przerażone tak mocno, że i pary z gęby wydusić nie mogą - zwrócił się do Wasyla.
- Ludzie, to wy nie rozbójnicy? - spytała go w tym momencie jedna z kobiet, która podniosła się z pokładu i z płaczem rzuciła do jego stóp.
Zaraz też inne, bojąc się nadal dzikich mołojców i omijając ich, przypadły do szlachcica, płacząc i śmiejąc się na przemian. Dziewczyna zaś, która jeszcze przed chwilą patrzyła na Wasyla jak na kata, objęła go nagle za szyję, wtuliła się w niego i ścisnęła tak mocno, jakby chciała mieć pewność, że już nic i nikt nie oderwie jej od wybawcy. Ten zaś objął ją również, trwając w swoim szczęściu, ale i w jej cierpieniu. Poprzysiągł sobie, że prędzej jego na pal wbiją, niż pozwoli, aby jedna jeszcze krzywda spotkała to chodzące nieszczęście, które tak wiele przeżyć już musiało w swoim krótkim życiu, a stało mu się teraz droższe nawet niż matka nieboszczka, ojciec na wojnie poległy, brat czy siostra.
Przez płacz kobiet przebił się tymczasem głos dobiegający zza burty:
- Wasyl, szczo z taboju. U nas już czajki prawie pełne, u was nic. Pospali się, czy do wina dobrali?
- Nie ma łupu Jakubie, w ładowni jasyr wieźli - odpowiedział młody Kurcewicz.
Za burtą ukazał się przywódca całej chadzki, pułkownik kozacki i ataman Jakub Nerodowicz Borodawka. Wspiął się po linowej drabince i wskoczył na pokład galery. Spojrzał krytycznie na kobiety i rzekł:
- Kot w worku, Wasylu. Nie zawsze złoto i inne skarby znajdziesz. Czasem nic wartościowego - powiedział, złapał za włosy jedną z kobiet, przyciągnął do siebie, przyjrzał jej się i mówił dalej: - Kto one?
- Laszki i Rusinki. Najpewniej na targ je wieźli do Stambułu.
- Za łby je i za burtę, nie ma co czasu tracić. Warna o pięć mil raptem. Tam straty odrobicie.
- Jakubie, druhu, ratować nam je trzeba, nie topić. Toż one nasze, z naszej ziemi porwane, i piekło za nimi. To tak, jakby ty matkę albo żonę swoją na śmierć skazywał.
- On by swoją babę chętnie sprzedał albo i w przerębel dnieprowy zimową porą wpuścił, bo gderliwa jak stary pop - wtrącił jeden z Kozaków, a cała reszta ryknęła śmiechem. Inni za to krzyczeć zaczęli:
- Prawdu howority ataman. Za łeb je i do morza. A potem na Warnę, żeby nocą zdążyć dopłynąć.
- Tihisze, tihisze, braty mołojce! - krzyknął Wasyl. Dziewczyna skuliła się od krzyków, ale wpiła się w niego tak, że niemal tworzyli jedno ciało. - One kapitał nasz, nie balast. Nam za ich oswobodzenie lackie pany złotem zapłacą i jeszcze wdzięczni będą.
- Win prawdu howorit - powiedział Zagłoba. - Ja korola druh. Ja pojadę do niego i on wam hori groszi za nie da.
- Jakiwo korola? - padło z towarzystwa.
- No jak, jakiwo? Jeden jest nasz król i pan, Zygmunt III. Powtarzam wam, że do Warszawy pojadę i złoto wam za te niewiasty osobiście przywiozę.
- Spasi Boh, korola naszowo wriatyj - padło znów z towarzystwa, a dzicy niżowcy ściągnęli czapki i pochylili pokornie głowy na dźwięk majestatu.
Jeden Jakub nie zareagował na dźwięk imienia królewskiego.
- Miękkie masz serce Wasylu, widać ta Laszka ci do głowy uderzyła jak perekopska peremoha. Nie dziwię ci się, bo gładka okrutnie - powiedział niechętnie Nerodowicz. - Chcesz, to bierz ją i cały ten babiniec, ale mołojcom zysku nie odbieraj. Który na ochotnika z tobą zostanie, tego do czajek bierz, resztę z galerników, co na dole siedzą, dobierzesz. Płyńcie potem do ujścia i tam na nas czekajcie. My w Warnie pohulamy po naszemu, a potem już razem w górę Dniepru popłyniem. Ale baby potem na Siczy pod moim nadzorem zostaną, aż ten Lach złota od korola nie dowiezie.
Wasyl wiedział, że nie można tych branek na Siczy, jako owiec w wilczej norze, zostawić. Wiedział też jednak, że nie czas to i miejsce, żeby na ten temat dysputę z dzikim atamanem prowadzić. Przyjął więc warunki jako dobre słowo.
- Bywaj zdrów Jakubie, dzięki ci bracie mój i druhu - powiedział do Borodawki, który ruszył z powrotem do drabinki.
Ten splunął przez zęby, machnął ręką i jął schodzić do czajki.
Ledwie piętnastu z Zaporożców zostało z Kurcewiczem i Zagłobą. Trzydziestu kolejnych wziął młody kniaź spośród wyzwolonych galerników. Z nich dowódcą jednej z łodzi zrobił Szkota, Mac Farella, któren był sąsiadem z ławy Zagłoby, stąd wiedział on, że to żołnierz doświadczony, który na weneckich okrętach armaty sprawował, dopóki go Turcy w niewolę na morzu nie wzięli. Pozostałe łodzie zabrali sam Wasyl i Zagłoba, ostatnią zaś - czwartą - stary esauł Pawluczenko.
Łodzie popłynęły w różnych kierunkach, oddalając się od siebie coraz bardziej. Na czajkach dowodzonych przez kniazia podniesiono żagle i te, korzystając z lekkich powiewów wiatru, szybko ruszyły najprostszą drogą ku delcie dnieprowej, większość zaś ćmy kozackiej popłynęła cicho jak wilki, które zwęszyły świeżą krew, w stronę pobliskiej Warny. Światło dawał płynącym początkowo ogień, palących się jak trzy znicze opustoszałych galer.
Mieszkańcy Warny dostrzegli ogień rozszerzający się coraz bardziej na środku morza. Łuna pożaru rozjaśniła żółcią powierzchnię morza, na której można już było dostrzec niewielkie czarne plamy, które z każdą chwilą rosły w oczach. W porcie uderzono w dzwony i ruch uczynił się wielki. Zamrowiło się na nabrzeżu. Mężczyźni biegli ku brzegowi z bronią białą i muszkietami, kobiety zaś i starcy na gwałt zamykali okiennice i barykadowali drzwi do domów.
Kozacy wcale się nie ukrywali. Upajały ich głosy przerażonych niewiast i dźwięki bijących dzwonów. Strach ludzki i bliskość łupów był dla nich jak opium, które podniecało jeszcze bardziej. W końcu dopłynęli do brzegu, grzmotnęły samopały, piszczele, falkonety i niewielkie wiwatówki na dziobach czajek. Echo wystrzałów poniosło się ulicami miasta, a zaraz za nim dzikie mrowie ludzkie rozlało się na wszystkie strony Warny.
Wąska linia obrońców ani na chwilę nie powstrzymała Zaporożców. Ci, którzy nie zginęli przy fali kul wszelkiej broni palnej Kozaków, zaraz kładli się pokotem, rozpłatani ciosami szabel albo z czaszkami zgruchotanymi przez szczęki końskie na drzewcach, przez Zaporożców masłakami zwane. Krew płynąca z ran, fragmenty kończyn i rozbryzgniętych mózgów zaczerwieniły wnet kamienne nabrzeża.
Kozacy, podobni starożytnym Wandalom albo wikingom, zalali czarną falą miasto, wciskając się w każdą ulicę, zaułek i kąt. Nie pomagały żadne drzwi, drewniane czy nawet żelazne okiennice. Zaporoska ćma wciskała się przez każdą szparę, a gdy jej nie znalazła, w ruch szły topory i wlewała się zaraz do domów i pałaców.
Ginął każdy, kto stanął niżowcom na drodze. Starcy tylko i pacholęta unikali noża i, sparaliżowani strachem, patrzyli w dokonującą się rzeź, fontanny krwi strzelające po ścianach i łupieżców, mnożących się po wszelkich izbach, komnatach, komórkach, kuchniach i stajniach. Tam najeźdźcy chwytali i zrywali ze ścian wszystko, co miało jakąkolwiek wartość - od drogich kaftanów po zwykłe koszule, od win i małmazji z pańskich pałaców po pomarańcze z prostych obejść, od puzder masą perłową wykładanych, przez weneckie zegary i perskie kobierce, po wysadzane drogocennymi kamieniami kindżały i pasy.
Najwięcej grozy wzbudzali galernicy, którzy jeszcze kilka godzin wcześniej jęczeli pod batem i mdleli z wysiłku i pragnienia, a teraz brali odwet na ziomkach swoich katów. Sami stając się oprawcami, nie przepuszczali żadnemu muzułmaninowi, napotkanemu na swojej drodze. Im więcej wcześniej cierpieli, tym większe teraz zadawali cierpienia, aby niezawodna śmierć stała się jak najdłuższa i koszmarna. Rozrywali tedy niemowlęta na oczach matek, gwałcili i mordowali kobiety na oczach mężów, wlekli nieszczęsnych po ulicach za końmi, aż przestawali dawać oznaki życia. Poznać zaś można było ich po tym, że umazani krwią od stóp do głów, dyszący, z przekrwionymi oczyma i obłąkanym wzrokiem, więcej do upiorów niż do ludzi byli podobni.
Nieliczni, którzy pierwsi spostrzegli się w niebezpieczeństwie, z szaleństwem w oczach umykali w okoliczne lasy i teraz ze wzgórz przyglądali się rzezi swojego miasta. Ono zaś jękiem i przekleństwami wypełniało się tam, gdzie napastnicy mordowali jeszcze mieszkańców. Tam zaś, gdzie jeno puste domy i pałace zostały, trupami tylko pokryte, pożoga ogarniała ognistymi językami kolejne kwartały ulic.
Plądrowanie miasta trwało kilka godzin. Wreszcie, jak nagle Kozacy rozlali się po ulicach Warny, tak równie prędko poczęli z nich znikać. Byli podobni chmarom szarańczy, nadlatującej nad uginające się od ziarna łany pól, a po której przejściu niebo i ziemia tylko zostaje, głód, śmierć i rozpacz. Tak i po tętniącej życiem Warnie pozostała głucha cisza, którą zakłócał tylko szum pożarów, trzask pękających od żaru szybek okiennych i huk walących się kamiennych murów.
Łuna pożarów odbijała się od ciemnych wód morza, tworząc zapierające dech, choć potworne widowisko. Nie zwracali na nie uwagi Kozacy, którzy rozdzielali łup, aby zabrać ze sobą tylko to, co najcenniejsze. Wreszcie wsiedli do łodzi, a wiosła odepchnęły je od brzegu. Niemal setka czajek, zanurzonych teraz po same burty od wszelkich skarbów, skierowała się, wśród wycia mołojców i strzałów z samopałów, ku północy.
Wreszcie słońce poczęło krwawo wychylać się zza horyzontu, oświetlając ostrym czerwonym blaskiem dopalające się zgliszcza i potęgując straszne wrażenie końca świata, który nocą nadszedł niespodziewanie dla Warny. Chmura kozackiej szarańczy była już wtedy tak daleko, że żadna pogoń nie mogła jej dopaść.
Niektórzy na brzegu słyszeli jeszcze niosącą się po wodzie, dobiegającą z setek kozackich gardeł pieśń:
Z wami braty umiraty
z wami grodów dobywaty
Jak my grodów dobywaty
tak z mołodyciami poigraty
Smirt Kozaku priznaczena
Abo skarbiw żajworonok pełnij
ROZDZIAŁ DRUGI
W czasie, gdy dopełniał się los nieszczęsnej Warny, trzy czajki Wasylowe płynęły wprost ku północy. Noc była ciepła i bezwietrzna, powietrze zaś pachniało morską solą. Świecący pełnią swej tarczy księżyc odbijał się długim, jasnym jęzorem na wodzie, niezmąconej prawie falami. Owa latarnia niebieska odprowadzała swym blaskiem żeglarzy, którzy ciągnęli ku północy, ku bezpiecznym brzegom dnieprowym.
Ludzie zagarniali wiosłami połacie wody, których plusk zakłócał nocną ciszę. Panny uwolnione z jasyru, po tym jak zostały nakarmione i napojone, wreszcie dały się przekonać, że nic im z rąk zaporoskich nie grozi, i porozkładały się w każdym wolnym kącie drewnianych łodzi. Umościły się, jak która mogła - to na wiązkach słomy, to na kożuchach kozaczych, to na rzeczach zagarniętych z licznych kufrów podróżnych Jafera Paszy. Teraz spały jako anioły, pierwszy raz choć trochę spokojniejsze po wielu tygodniach cierpień, krwawych widoków, poniżania, głodu, pragnienia i straszliwej wizji przyszłości w roli nałożnic.
Wasyl patrzył na ich piękne, młode i gładkie lica z litością i rozczuleniem, z miłością zaś w jedną twarzyczkę anielską, tak kochaną, jak zbolałą i zmizerowaną.
- Imaginujesz sobie, waćpan? Same szlachcianki tak powybierane, aby najpiękniejsze z nich jeno zostawić... - mówił cicho do siedzącego obok Zagłoby.
- Pewna to rzecz, że do jakowegoś bogatego haremu płynęły. Może nawet do samego seraju, aby ich sułtan posmakował - przyznał szlachcic.
Na tę myśl Wasylowi aż się pięść zacisnęła na głowni szabli i ze złości tak trzasnął żelaziwem, że kilka z panien otworzyło oczy i z przestrachem rozejrzało się dookoła. Poczekał chwilę, aż zapadną na powrót w sen głęboki, a potem mówił dalej:
- Cud boski, że się nam z owymi galerami drogi skrzyżowały. Inaczej niechybnie pohańbienie, wstyd i sromota by je czekały.
- Cud to podwójny, bo żeś i mnie z nie lada opresji salwował. Jużem myślał, że prędzej z owym wiosłem, do którego mnie zawiść ludzka przywiodła, w jedno drzewo się zrosnę, niźli wolności doczekam. Choć sucha owa wolność, a ja żem po całych tygodniach postu w wiór się niemal zamienił, którego byle zefir zdmuchnąć może...
Tutaj mrugnął pan Jan Onufry Zagłoba swoim zdrowym okiem, na co Wasyl poszperał głębiej w łodzi i gąsior wina z obfitych zapasów Jafera Paszy wygrzebał. Szlachcic nie czekał na zaproszenie, tylko odbił korek, przechylił naczynie i pił, dopóki tchu mu nie zabrakło. Kniaź czekał na ten moment i wtedy dopiero zapytał:
- Jakież to złe duchy waszmości na ową galerę zawiodły?
- Długoż by opowiadać! Ilem przeżył, ilem widział, tego skryba by w jednej księdze nie zmieścił. To jeno ci powiem, że nie duchy mnie tam insertowały jeno zawistnicy, o moją gładkość i niewiast uwielbienie zazdrośni.
- Widzę, żeś się waszmość wiele nie zmienił. Najłatwiej cię w karczmie i wśród niewiast spotkać.
- Za to ja patrzę i oczom nie wierzę. Prędzej bym się śmierci spodziewał niźli tego, że się waść z Kozakami zbratasz. Zawsze byłeś niespokojnym duchem, ale... - Tu Zagłoba nachylił się do ucha kniazia i szepnął: - ...dalibóg, nie szlachecka to sprawa, żeby się z pospólstwem bratać.
- Nieraz wojsko zaporoskie wiernie w obronie Rzeczypospolitej stawało, a i Sicz Zaporoską nie kto inny, jak kniaź Dymitr Wiśniowiecki założył... - zaczął jakby na usprawiedliwienie Wasyl, po czym ciągnął dalej: - Masz jednako rację, że trudno mi wytrwać na miejscu, a przy tym i za ciasno nam już było w starych Kurczach. Przeto razem z bratem przenieśliśmy się na Podole, gdzie bogatsi z naszego rodu mieszkają i gdzie o przygodę u boku wielkich panów kresowych łatwo. Najłatwiej zaś wśród Kozaków, którzy wolność i wojnę jako ja kochają.
Zagłoba w myślach pogmerał.
- Prawda, że znany to na Podolu i Wołyniu ród, Kurczem się pieczętujący. Był Michał, sędzia włodzimierski, i Dymitr, podstarości białocerkiewski. Jest też, mam nadzieję jeszcze wśród żywych, i Iwan, igumen trachtemirowski.
- Jako żywo, to mój wuj.
- Przecie jednak oni Kurcewiczami się mienią i do greckiego zakonu należą.
- Tak i nas, z bratem Konstantynem, teraz zowią, jako to Kurcz i Kurcewicz jeden ród oznaczają. A przy tym obaj wiarę przodków naszych przyjęliśmy.
- Zaprawdę niezbadane są wyroki boskie, które prowadzą ludzi w najdziwniejsze miejsca i do najdziwniejszych wyborów - skonkludował Zagłoba.
Zapadła cisza, którą zakłócał jedynie plusk wioseł i bulgot wina płynącego cienkim, acz nieprzerwanym strumieniem do gardła niedawnego galernika. Trunek rozgrzewał nie tylko jego ciało, ale i umysł. Dowcip, dotąd nieco otępiały, teraz poczynał wracać do swojej zwykłej kondycji, przynosząc jednak, miast forteli, niepokojące myśli. Jedna z nich aż wstrząsnęła panem Janem Onufrym:
- Czekaj no, waćpan. Czyśmy nie nazbyt pochopnie od całej twojej kompaniji się odłączyli? Co będzie, jeśli się na jakowąś galerę turecką natkniemy?
- Właśnie dlategom się od reszty odłączył. Primo, aby niewiastom widoku rzezi oszczędzić, secundo, że pohańcy, powiadomieni o napadach, nader często zasadzki na ujściu dnieprowym zakładają. Nieraz już tam na niżowców galery czekały.
Zagłobie, mimo panującego ciepła, zimny pot oblał czoło, a ciarki przeszły po karku.
- A to mi się strateg trafił, Pyrrusowi równy! - zakrzyknął, nie bacząc na śpiące niewiasty. Kiedy poczęły się budzić, szeptem już gorączkowym powiedział do ucha Wasylowi: - Pędzić nam trzeba czym prędzej! Toż jeślić nas dopadną, głowy nasze zetną i sułtanowi do nóg rzucą! Żagle każ stawiać, żeby tempo przyspieszyć!
- Na co? Widzisz waszmość, że lustro wody płaskie jak stół i wiatru nie widać. Nadto, kiedy dzień wstanie, trzeba będzie dać odpocząć wioślarzom, żeby do reszty z sił nie opadli.
Ciemność właśnie zaczynała szarzeć, by ustąpić miejsca światłu dnia. Pan Zagłoba ze zgrozą obserwował, jak słońce wysuwa się zza widnokręgu i mamrotał coś pod nosem, jakby chcąc zatrzymać nieunikniony boski porządek świata. Kiedy zaś jasność nastała zupełna, a ludzie wiosła poczęli składać, mruknął już głośniej, sam do siebie:
- Niechybnie bisurmańscy pachołkowie na jaszczur ci skórę przerobią, Janie Onufry Zagłobo, a po herbie jeno dziura w czele zostanie. Nie może inaczej być! Nawet i fortele nic niewarte, kiedy jeno woda dookoła.
Wbrew czarnym myślom pana Zagłoby żadne przykre niespodzianki nie zakłóciły pięknego, bezchmurnego dnia. Ludzie, po kilku godzinach snu i godnym posiłku, przyrządzonym przez wyzwolone z niewoli dziewki, wrócili do wiosłowania i czajki znów poczęły posuwać się żwawo w kierunku północy. Podśpiewywali nawet rzewne kozackie piosenki, których słowa podchwytywać zaczęli także dawni galernicy. Morze wokół było puste, a słońce miło muskało ich twarze.
Czajki z każdą godziną przybliżały się do bezpiecznych wód dnieprowych, chociaż wiadomo było, że potrzeba dni co najmniej pięciu, aby opuścić bezkres Morza Czarnego. Ten fakt martwił nadal szlachcica, któremu wspomnienie tureckich łyków mroziło krew w żyłach. Patrzył więc z dezaprobatą na tempo, z jakim płynęli, i nie omieszkał przelewać swoich żalów na wioślarzy.
- Myślałby kto, żeście tu się zebrali, żeby piegi sobie na słońcu przypalać - komentował, a kiedy ci nie reagowali na przytyki, żalił się dalej: - Żwawiej, rychlej! Nie na śpiewy tu się zebraliście, ale by te panny w bezpieczną przystań odstawić!
Odpowiedziały mu śmiechy Kozaków, a pieśni rozległy się głośniejsze niż wcześniej i rozchodziły się dalej po lustrzanej powierzchni morza. Wiosła zaś pracowały w takim samym jednostajnym, spokojnym tempie. Pan Zagłoba na ten widok już niemal ręce załamywać począł.
- Ludzie! Toż na galerze w dwakroć szybszym tempie pływać zwykliśmy! Nauczyłby was nadzorca wiosłami robić albo by wam miazgę z pleców zrobił!
- To ty nas teraz naucz pane Lach! Pokaż nam pane łycar, jakoś to z Turczynem wojował! Zrobim ci miejsce przy wiośle, abyś swobody miał dosyć!
Na wyścigi Kozacy poczęli usuwać się i miejsce przy wiosłach robić, a kiedy panu Zagłobie na takie dictum słów w gębie zabrakło i spłonił się jak panna, ryknęli śmiechem potężnym. Nie pozostało mu tedy nic innego, jak usunąć się w kąt. I tam, choć większą miałby ochotę w karczmie, przy ławie usiąść, począł zdrowaśki odmawiać, licząc na wsparcie najwyższej instancji.
Modlitwy zdawały się przynosić skutek, bowiem pod koniec dnia pojawił się nawet mocniejszy wietrzyk, dzięki czemu można było postawić żagle na masztach wszystkich łodzi. Grupa żwawiej pomknęła przed siebie, a i w czas odpoczynku czajki ciągnęły dalej, zmniejszając dystans dzielący je od zbawczych wód dnieprowych.
Tak samo upłynął dzień trzeci i dzień czwarty. Wiaterek niewielki, podobnie jak niczym niezmącone promienie słoneczne, lekko omiatał twarze, szyje i dłonie. Nawet panny poczęły najpierw nieśmiało, a potem coraz śmielej się uśmiechać. Kozacy, którzy wcześniej wzbudzali ich przerażenie zarośniętymi twarzami, powtykanymi za pas krócicami i ubiorem, bardziej dzikim ludom podobnym, teraz byli postrzegani jako wyzwoliciele. Pozwalały sobie nawet z nimi na żarty, a kiedy rozbrzmiewały stepowe dumki, wsłuchiwały się w nie z zadumą i pewnym rozrzewnieniem.
Również pan Zagłoba uwierzył w końcu, że niebiosa czuwają nad owymi pannami, a przy okazji i nad nim.
Treść dostępna w pełnej wersji.