ROZDZIAŁ PIERWSZY
Oaza Al-Bardi na południowy zachód od Dura Europos Drugi rok panowania Aleksandra Sewera
Czuł ucisk w klatce piersiowej, usta miał wyschnięte na wiór, i to jak
na ironię, bo jego trzewia co rusz eksplodowały wodnistą treścią, a skórę pokrywał śliski pot. Panika buzowała w nim niczym ogień, a jego
płomienie podchodziły mu do gardła, wywołując mdłości.
Drust nie po raz pierwszy przeklął to miejsce, boginię Fortunę i zapewnienia, że Partowie mają już dosyć, że ich potęga rozpada się wraz
z każdym odzianym w turban wojownikiem poległym w walce ze swoim
rzymskim sąsiadem.
Obiecano mu, że będzie łatwo; wystarczy dostać się do Dura Europos
niezawodnym szlakiem karawan prowadzącym do zachodniego krańca
Jedwabnego Szlaku.
Obok Drusta siedział Kwintus; widok jego wytrawionej brudem twarzy
skąpanej w mlecznej poświacie uspokajał i dodawał otuchy. Nadal miał na
sobie gruby płaszcz, który chronił go przed nocnym chłodem, ale noc już
odchodziła, a wzmagający się upał i wszechobecne poczucie zagrożenia
sprawiały, że ich twarze były mokre od potu.
Umierali z pragnienia. Te oklepane słowa tak często padały w każdej
rozmowie, że już dawno straciły znaczenie, tyle że tu i teraz były
boleśnie prawdziwe. Przycupnęli za kamiennym murem, który sięgałby im
zaledwie do kolan, gdyby wstali. Ale gdyby wstali, powaliłyby ich
pociski procarzy plemienia zamieszkującego pasmo górskie Dżabal Tuwajk,
którzy kryli się teraz za żółtymi wydmami.
Drust wiedział, że wojownicy mają dość amunicji, by tego dokonać. Byli
gotowi okazać miłosierdzie jedynie wielbłądom: chcieli, by ocalały, więc
zabijali wyłącznie ludzi; ciała wielu z nich zaczęły się już rozkładać.
Przed nimi po lewej stronie był kolejny niski mur, za którym też kulili
się spoceni mężczyźni. Nie mieli już nakryć głów, a ich twarze, ponure i stężałe, lśniły w słabym świetle świtu, które pozwalało dostrzec krew na
brudnych białych szatach. Na niebie nie było gwiazd, a palmy otaczające
oazę sterczały jak włosy wiedźmy na tle ciemnego jeszcze nocnego nieba.
I wtedy coś strzeliło jak bicz tuż przy głowie Drusta.
Czołgała się ku niemu jakaś postać, wzbudzając tumany piasku. Drust
zaczął się krztusić i przeklinać.
- Gdyby tylko był tutaj Maniusz ze swoim łukiem - powiedział Sib, ciężko
wzdychając - to ci miotacze mieliby za swoje.
Maniusza nie było. Maniusz przypuszczalnie nie żył od lat, lecz Sib
nadal nie mógł przyjąć tego do wiadomości. Podobnie jak niegdyś uparcie
wierzył w to, że Maniusz jest jinun, czymś w rodzaju demona. Od
sześciu lat, od chwili powrotu z wygnania na dalekim południu Afryki,
Drust i Bracia Areny przemierzali w tę i z powrotem różne pustynie - od
Tangeru po Aleksandrię - handlując zbożem, zwierzętami i piaskiem dla
amfiteatrów. Słyszeli, że Maniusz trafił do kopalni, ale uwolnił go Pies
cieszący się poparciem Heliogabala, złotego chłopca, który wówczas był
cesarzem, oraz jego równie złotej i wpływowej matki.
Dwa lata temu Heliogabal i jego matka zostali pozbawieni władzy i zabici, a cesarzem został Aleksander Sewer, kuzyn złotego chłopca. Drust
był pewien, że Pies i Maniusz nie żyją; dowiedział się, że zostali
zabici podczas czystek, więc Bracia uczcili ich pamięć, rozsypując sól i rozlewając wino.
A potem z samego jądra ciemności Królestwa Partów nadeszła wiadomość,
oszałamiająca niczym uderzenie w skroń, że Pies i Maniusz żyją i potrzebują pomocy.
Rozległ się okrzyk Kaga, niemal radosny. Kag wyjął swój gladius i zakrzywiony nóż, ale one były przeznaczone do ostatecznego starcia, gdy
wojownicy ruszą na nich z mieczami. Póki co otaczający ich kozojebcy
tylko czaili się za wydmami i strzelali; Drust widział, jak wyskakują,
napinają proce, a potem znowu się chowają. Nie byli w jakimś szczególnym
niebezpieczeństwie; po prostu żaden z członków karawany nie miał
odpowiedniej broni, by odpowiedzieć wrogowi ogniem.
Drust położył spoconą dłoń na niebezpiecznie gładkiej rękojeści miecza,
starego przyjaciela z areny. Tuż obok głowy Kaga przeleciały odłamki
kamieni, więc Drust chciał go ostrzec, ale szybko uświadomił sobie, że
to nie byłoby rozsądne. Chwycił więc miecz, mrużąc oczy przed słońcem,
które zdążyło już wzejść, bo usłyszał, że ktoś się do niego zbliża.
Dźwięk przypominał odgłos mokrego błota rzuconego o ścianę. Potem
rozległo się ostre chrząknięcie i za Drustem opadło głucho czyjeś ciało.
- Trudno dostrzec tych małych gnojków, co?
Głos był zaskakująco łagodny, Drust od razu go rozpoznał. Obrócił się
nieco i zobaczył Praeclarum, która właśnie przeczołgiwała się nad
martwym ciałem jednego z poganiaczy wielbłądów. Nadal drgało, więc
Praeclarum wcześniej przyjrzała mu się uważnie, by się upewnić, że już
nie wstanie.
- Najwyższy czas, żeby te skurwysyny z fortu wreszcie tu dotarły -
stwierdził Drust, a Praeclarum przyznała, iż rozważa ewentualność, że
mogą nie zdążyć.
- Ci szmaciarze otoczyli nas ze wszystkich stron - zauważyła. -
Zaatakują, gdy dojdą do wniosku, że wystarczająco opadliśmy z sił.
Żołnierze z fortu mogą nie przybyć na czas.
- Daj spokój, bądź bardziej praktyczna i coś wymyśl - mruknął
pogardliwie Drust. - Nie dawaj satysfakcji Fortunie.
Praeclarum wydęła wargi.
- Dobra, moglibyśmy stąd nawiać, ale będą na nas czekać, bo leżą we
wszystkich okolicznych krzakach. Mężczyznom wbiją nóż w plecy, a kobiety
zostawią dla siebie. A ja tego nie chcę, nie mówiąc o tym, że nie mam
żadnych owoców, które mogliby zerwać.
Drust chrząknął niepewnie, a potem poderwał się ze strachem, bo zawisł
nad nimi jakiś cień.
- Authent?s - odezwał się znajomy głos.
Drust zaklął chrapliwie.
- Prawie cię zadźgałem - powiedział z goryczą, a oczy Kisy błysnęły w ciemnej twarzy.
- Myślę, że to byłoby ciężkie przeżycie dla nas obu.
- Na tym świecie byłoby o jednego skretyniałego Maura mniej - mruknęła
tęsknie Praeclarum, a potem odwróciła się, żeby się rozejrzeć.
Kisa Szem Tow kiwnął niezobowiązująco głową.
- Czcigodna pani oczywiście wie najlepiej - odparł ze zjadliwym
uśmiechem.
- Kiso, możesz nas stąd wydostać? Myślisz, że to możliwe?
Mężczyzna przez chwilę się zastanawiał, wciągając powietrze przez zęby.
- Nie - oznajmił w końcu, kłaniając się radośnie Drustowi.
Praeclarum roześmiała się cicho, wydając dźwięk, który przypominał szum
zwiędłego aloesu na wietrze. Kisa umknął w bezpieczne miejsce. Niebo nad
oazą rozjaśniło się już zupełnie. Drust wiedział, że niedaleko na
północy leży miasto Dura Europos, w którym znajduje się fort. Dwa dni
temu, zanim jeszcze otoczyło ich plemię zamieszkujące góry Dżabal
Tuwajk, wysłał tam Stercorinusa, ale wcale nie był pewien, czy ten
zdołał się przedrzeć. Szczerze mówiąc, nie był nawet pewien, czy
Stercorinus jest godzien zaufania. Był to mężczyzna z nogami cienkimi i długimi jak bat, a jego ramiona miały kolor spieczonego słońcem błota.
Chodził nago, nie licząc przepaski na biodrach i zakrzywionego ostrza
używanego przez mieszkańców Palmyry. Stercorinus twierdził, że pochodzi
z Palmyry, ale Drust był pewien, że to kłamstwo. Jak większość rzeczy,
które go dotyczyły.
- Za bardzo ufasz temu kozojebcy - mruknęła Praeclarum, a Drust nie był
pewien, czy mówi o Kisie, czy o Stercorinusie. Pomyślał, że to w sumie
bez znaczenia. Pozyskali Stercorinusa z upadającej szkoły gladiatorów w Antiochii, która wyprzedawała swoje zasoby. Był tani, nawet jak na
"wojownika areny", ponieważ jego lanista, trener i właściciel w jednej
osobie rzetelnie wszystkich informował, że Stercorinus jest wrzaskliwy i szalony jak wór płonących harpii.
Kisa Szem Tow był Żydem, wyzwoleńcem z jakiegoś górskiego plemienia, i doskonale znał się na wielbłądach. Oprócz tego był złodziejem i stręczycielem. Przybył do nich z wiadomością od pewnego plemiennego
wodza, przyjaciela Rzymu w Dura Europos.
Praeclarum szczyciła się kiedyś tytułem królowej Amazonek i występowała
na arenie z zakrzywionym nożem i lassem. Kiedy cesarz Septymiusz Sewer
zakazał kobietom występów w roli gladiatorów, była wielokrotnie
sprzedawana, ale okazało się, że nie jest na tyle atrakcyjna, by zostać
dziwką, nie dość wykształcona na niewolnicę domową i zbyt opryskliwa, by
jej zaufać. A więc kiedyś w końcu uciekła, mając na szyi obręcz, która
świadczyła o jej losie; Kwintus z uśmiechem krzywym jak Eufrat kupił ją
dwa miesiące temu za bezcen w Emesie i jeśli miał w stosunku do niej
jakieś plany, szybko je zrewidował i udawał, że było zupełnie inaczej.
A teraz wszyscy byli Braćmi Areny, chociaż jeden z nich był siostrą.
Procuratores, pełnomocnicy, lekko drwiące określenie odnoszące się do
grupy ludzi, którzy mało mówili, lecz dużo myśleli. Termin określający
pierwotnie procuratores dromii, nieszczęśników, którzy musieli
wskakiwać do wraków rydwanów i sprzątać bałagan przed następnym
okrążeniem na arenie. Sprzątali te śmieci przez całe lata na polecenie
swojego patrona, Serwiliusza Structusa, aż do jego śmierci.
Cienie zmieniły pozycje, niebo pojaśniało jeszcze bardziej, ostrzał
osłabł, ale nikt nie miał ochoty się ruszyć. Drust zrzucił osłonę, która
chroniła jego głowę, szyję i zakrywała twarz. Żałował, że wcześniej jej
nie ściągnął, więc teraz - nagle oswobodzony - zaczął się rozglądać.
Usłyszał dziwny dźwięk dochodzący znad wydm: li-li-li-li-li. Wysokie,
świdrujące zawołanie, które mroziło pot i zamieniało go w zimną zupę.
Przez chwilę cuchnące powietrze znieruchomiało, panika zrobiła swoje, a strach walczył z ich kodeksem, który mówił, że gladiatorzy nigdy nie
uciekają. Dlaczego? Ponieważ arena jest okręgiem. Jaki w tym sens? Taki,
że nawet śmiertelnie zmęczony wracasz ciągle do punktu wyjścia.
Pozostali też usłyszeli ten niepokojący dźwięk i radzili sobie ze
strachem na swój sposób.
- Kim jesteśmy? - krzyknął ktoś.
- Fortuna nas wydymała - ryknął inny głos. - Piasek to nasza ojczyzna!
Drust pobłogosławił Kwintusa i Ugona, bo to oni krzyczeli, a ten ostatni
zaczął prychać i machać swoim wielkim toporem. Otarł wargi wierzchem
spoconej dłoni, w której dzierżył miecz, i poczuł sól. Praeclarum
zwróciła ku niemu spierzchniętą twarz i uśmiechnęła się; miała usta
pełne krzywych zębów, co wyglądało, jakby zamierzała wyżerać kukurydzę
przez płot.
- Ten wyleniały szczur Stercorinus prawdopodobnie udał się na wydmy, z których pochodzi - powiedziała. - Może je pokonać z większą łatwością
niż ktokolwiek z nas, pomijając Żyda albo może też Siba. Nie zdziwiłabym
się, gdyby czaił się tam na nas z nożem.
Drust nie chciał myśleć w ten sposób o Stercorinusie, ale swoją drogą
nie mógł zaprzeczyć, iż ten obywatel Palmyry jest podstępny i niewzruszenie wierzy w to, że wie, kiedy umrze, co było związane z przepowiednią Baala-Szamina, semickiego boga palmyrczyków. Stercorinus
nigdy tego nie wyjaśnił, lecz Drust nie mógł się powstrzymać i cały czas
się zastanawiał, czy ta przepowiednia nie dotyczy tej pustynnej oazy i atakującego ich plemienia.
Na szczęście wszyscy byli ze sobą związani areną - piaskiem i krwią.
- Nadchodzą - odezwał się słabo Drust, chociaż to wcale nie było
potrzebne.
Członkowie plemienia odziani w turbany i długie szaty wypłynęli falą
znad wydm ze swoim mrożącym krew w żyłach wysokim li-li-li-li-li.
Drust najpierw usłyszał, jak Kag z rykiem zrywa się na równe nogi, a potem zobaczył mężczyznę, który zamierzył się na niego: obnażone zęby
błyszczące w gęstej brodzie, uniesiony nad głową sztylet. Drust musiał
wystawić przeciw niemu swój gladius. Patrzył, jak sztylet wroga uderza
w jego miecz, przesuwa się na bok, a wojownik, nie mogąc się zatrzymać,
niezgrabnie próbuje się odsunąć. Wtedy Drust przystąpił do kontrataku.
Poczuł wstrząs, usłyszał trzask łamiącego się kręgosłupa, a potem
wrzask, ale nie zwrócił na to uwagi, bo już nadeszli następni.
Szarpnął rękojeścią miecza, w głowie huczały mu przekleństwa, a uszy
gdzieś z bliska rejestrowały złorzeczenia Ugona. Kwintus mignął Drustowi
na granicy pola widzenia; balansował na nogach, lawirował, uderzał i ciął.
Mężczyzna, który atakował Drusta, upuścił włócznię, a potem chwycił
kurczowo płonącą czerwienią szatę na wysokości brzucha, jakby chciał
zasklepić rozwartą ranę i powstrzymać strumień wylewający się z jego
trzewi. Drust pomyślał ze smutkiem, że to jednak przeciwnikowi w niczym
nie pomoże, więc kopnął go, by zająć się następnym.
Było ich zbyt wielu. Wrzaski, pobrzękiwanie metalu o metal, krew, piach,
cieknąca z ust ślina, całkowity brak planu. Tylko dzika panika, jedna
walka za drugą, bazowanie na starych, wyćwiczonych i zakorzenionych
ruchach i rozpaczliwych reakcjach.
Przed Drustem pojawił się kolejny wojownik: warczał, prychał i wymachiwał zakrzywionym nożem. Takim samym zresztą jak pozostali. Było
za późno, by zrobić unik, więc Drust tylko się cofnął, a wtedy mężczyzna
na niego natarł. Przewrócili się obaj, potoczyli na piasek, który
wirował i wciskał się do oczu, a potem Drust spróbował odskoczyć, ale
stwierdził, że klęczy, opierając się na kolanach i łokciach. Wojownik,
któremu opadła zasłona, obnażył w złowieszczym uśmiechu zepsute zęby.
Jego nóż powędrował w górę, a Drust zrobił wszystko, żeby uniknąć ciosu.
Zamrugał, by pozbyć się piasku z oczu, splunął i przyklęknął niczym
składany w ofierze wół czekający na cios kapłana.
Nożownik nagle odskoczył do tyłu, jakby ktoś go odciągnął, z impetem
upadł na Drusta, a potem przetoczył się na plecy, patrząc ze zdumieniem
na mężczyznę siedzącego na wielbłądzie. Skąd się tu wziął?
Człowiek miał na głowie kefię i hełm, biały jak świeży śnieg. Nosił też
zakurzoną białą tunikę, pod którą rysowało się coś w rodzaju kolczugi, i pelerynę w kolorze krwi. Na jego nogach powiewały partyjskie spodnie,
muskając boki wielkiego, parskającego wielbłąda. Mężczyzna wyciągnął
kolejną włócznię z kołczana przytroczonego za prawą nogą, a nożownik wił
się ze strachu.
- Dromedarii!
W tym okrzyku była radość i przede wszystkim ulga.
Wojownicy w czerwonych pelerynach wjechali na wielbłądach za niski mur
małej fortecy, zmuszając do ucieczki wrzeszczących ze strachu członków
plemienia, którzy porzucali swoje oszczepy, proce i strzały. Ugo ze
splątanymi włosami i zmierzwioną od potu i brudu brodą uniósł swój
przerażający topór i wydał okrzyk, który natychmiast podjęli pozostali:
poganiacze, ładowniczy, przewoźnicy, wszyscy. Woda w oazie
poczerwieniała.
Siedzący na wielbłądzie Stercorinus uśmiechał się szeroko, ukazując
dziąsła i dziurawe zęby, i machał do nich z dumą, jakby sam tego
wszystkiego dokonał, a potem czyjś piskliwy głos obwieścił, kto ich
ocalił.
- Czerwoni Ludzie!
Drust zaczął podnosić się z kolan, aż w końcu jego spojrzenie spoczęło
na czyjejś wyciągniętej dłoni; zadarł głowę i zobaczył krzywy uśmiech
Kwintusa.
- Przypomnisz mi raz jeszcze, dlaczego tu jesteśmy?
- Z powodu pieprzonego Psa i pieprzonego Maniusza - warknął Kag, który
usłyszał pytanie. Chciał splunąć, ale zabrakło mu śliny. - Nie mam
pojęcia, dlaczego zawracamy sobie głowę parą umarlaków. Wiem za to, że
musiałem wylać całkiem niezłe wino, żeby uczcić ich pamięć.
Ponieważ jesteśmy Braćmi Areny, pomyślał Drust. I dlatego, że dostałem
wiadomość, że mam udać się do Dura Europos i porozmawiać z Uraniusem.
Drust nie miał pojęcia, kim jest Uranius, ale nie mógł zignorować tej
wiadomości co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, była napisana po
łacinie na porządnym papierze i dobrym atramentem, a nie wyryta na
zwykłej tabliczce. Po drugie, nadeszła od ludzi, którzy nie umieli
czytać ani pisać, nawet gdy jeszcze żyli.
Miasto Dura Europos było grymasem na ustach świata. Zawziętym jak
wykrzywiona gęba kogoś, kto musi stawiać czoło nieustannym porywom
wiatru, pyskatym i niezdolnym się zamknąć, nawet stojąc nad grobem.
Gdyby Dura Europos umiało mówić, w jego słowach rozbrzmiewałby akcent,
który można by wykorzystać do budowy jego licznych wież. Rozciągało się
leniwie wzdłuż urwiska nad Eufratem niczym pijana dziwka na podeście.
Osłaniał je woal resztek wyblakłej partyjskiej świetności, żydowskich
świecidełek, rzymskiej pompatyczności i chrześcijańskich ikon. Miasto
zbudowano tak dawno temu, że nikt tego nie pamiętał, i przez wiele lat
znajdowało się pod panowaniem Persów, aż w końcu za czasów Boskiego
Aureliusza Rzymianie wyrwali je z ich rąk. Od tamtej pory rządzili w nim
niepodzielnie, ozdabiając je wieżami i cytadelami. Dura Europos miało
ważne znaczenie z dwóch powodów, jak wyjaśnił Drustowi, Kagowi i pozostałym pewien dowódca wojskowy: było sztandarem, którym Rzym machał
Partom przed nosem, oraz punktem kontroli zachodniego odcinka szlaku
handlowego, który biegł na wschód i tylko bogowie wiedzą dokąd.
Przywódca wojskowy nazywał się Wiriusz Genadius Attalus, a jego tytuły -
laticlavius, vir militaris i Pan Rzeki - uderzyły Drusta i Kaga jak
otwarta dłoń. Stali na jego mozaikowej podłodze, wyglądając spod
zdobionych łuków na taras owiewany łagodną bryzą, która przynosiła woń
rzecznego mułu, odór ścieków i słodki, upajający aromat róż. Po rzece
sunęła spokojnie jakaś łódź. Wszędzie rosły tamaryszki i palmy.
- Co was tutaj sprowadziło? - zapytał Attalus, vir militaris, eques
i laticlavius w jednej osobie.
- Długa, zakurzona droga - odparł Drust.
- I wielbłądy - dodał Kag.
Attalus spojrzał na nich groźnie. Miał gęstą brodę ułożoną starannie w loki, ponieważ tak nakazywała najnowsza moda. Był więc elegancki i modny, ale za to musiał znosić dokuczliwe swędzenie. Nosił tunikę w szerokie pasy i togę; pełna gala, gdyż - podobnie jak inni oficjele -
próbował w ten sposób zmuszać parweniuszy do posłuszeństwa.
- Nie wkurwiajcie mnie - powiedział, a prostactwo tych słów w ustach
arystokraty z Palatynu niemal rozśmieszyło Drusta. Niemal. - W jakim
celu tu przybyliście?
- Jesteśmy handlarzami, a to miasto jest w końcu centrum handlu.
Przywieźliśmy jęczmień, świnie, prosiaki, wyborne wino, daktyle, oliwę i garum.
Wszystko kupowali żołnierze, starannie wybierając towary, więc Drust nie
raz, nie dwa życzył świniom i ich potomstwu szybkiej śmierci.
- No i siebie - zakończył, a Attalus spojrzał na nich ze zdziwieniem,
zastanawiając się, czy znowu nie próbują z niego kpić.
- Jesteśmy wojownikami areny - dodał szybko Kag, żeby Attalus nie zdążył
się zagotować. - Dawniej należeliśmy do rzymskiej szkoły gladiatorów,
ale dostaliśmy drewniane miecze, więc teraz jesteśmy wyzwoleńcami i obywatelami. Nadal bierzemy jednak udział w walkach pokazowych dla
wytrawnych i wymagających widzów.
- Gladiatorzy? - zapytał z niedowierzaniem Attalus. - Byli niewolnicy?
Nikt nie odpowiedział, więc Attalus zrobił kilka kroków, a potem
zatrzymał się i spojrzał na nich nieufnie.
- Przebyliście z karawaną taką niebezpieczną drogę, żeby handlować sosem
rybnym, jęczmieniem i walkami gladiatorów?
- I świniami - dodał uprzejmie Kag. - Nie zapominaj o świniach.
Attalus obrzucił go gniewnym spojrzeniem.
- Nigdy nie miałem z nimi do czynienia, ale już mi ich żal, że musiały
podróżować z takimi draniami.
Zlustrował ich od góry do dołu. Drust wiedział, co zobaczył: twardych,
niebezpiecznych, chudych mężczyzn, spalonych słońcem, ogorzałych od
wiatru, którzy młodość mieli już za sobą, ale nie zdążył ich jeszcze
skuć mróz starości. Jesteśmy na krawędzi życia, pomyślał Drust, dużo
widzieliśmy i przeżyliśmy, ale nie wyglądamy jak wojownicy areny, muszę
mu to przyznać. Nawet w najlepszych czasach tak nie wyglądaliśmy...
- Powiedziano nam, że droga jest bezpieczna - wyjaśnił Kag, rozkładając
przepraszająco ręce. - Podobno Partowie są zbyt zajęci walką i nie
napadają na karawany.
Attalus wszedł za bogato zdobione biurko, które - nie licząc krzesła i kilku foteli - było jedynym meblem w pomieszczeniu.
- To prawda - przyznał. - Zamieszki wokół Fars są częściowo związane ze
śmiercią Artabana, króla Partów, który zginął z rąk buntownika o imieniu
Ardaszir, oraz jego syna Szapura. Nie rozwiązało to zbyt wielu
problemów, jak już zapewne zdążyliście się przekonać. Brak kontroli ze
strony Partów uruchomił lokalne plemiona. To, które spotkaliście, Dżabal
Tuwajk, to tylko jedno z nich. Dlaczego pytaliście o Uraniusa?
- To imię, które poznałem kiedyś na zachodzie - skłamał Drust. -
Dowiedziałem się, że to gość od wielbłądów w Dura Europos.
- Wasz posłaniec bardzo nalegał, żeby z nim porozmawiać. Podszedł do
bram, wykrzykując jego imię.
To musiał być policzek dla strażników, pomyślał Drust; wysoki, smukły
Maur z ogromnym zakrzywionym mieczem i przepaską na biodrach wyłaniający
się z bezmiaru pustyni na parszywym wielbłądzie i wykrzykujący imię
Rzymianina. To z pewnością nie wzmocni pozycji społecznej Uraniusa.
- Rozumiem, dlaczego to mogło cię zdenerwować - zapewnił Drust. -
Powiedziałem posłańcowi, by starał się przekazać, że znaleźliśmy się w dość kłopotliwej sytuacji. Uznałem, że gdy użyje tego imienia, zostanie
potraktowany poważnie.
- I tak się stało - dodał Kag z błogim uśmiechem. - Uranius wysłał na
pomoc wielbłądzią jazdę.
- To ja wysłałem dromedarii - odparł z goryczą Attalus. - Uraniusa z nimi nie było. Znacie go w ogóle?
- Nigdy go nie spotkaliśmy - odpowiedział stanowczo Drust. To zresztą
była prawda, a zmarszczone brwi Attalusa świadczyły o tym, że zadał
Uraniusowi to samo pytanie. Drust zastanawiał się, skąd to
zainteresowanie i ta kwestia bardzo go zaniepokoiła. Pomyślał gorzko, że
Pies i Maniusz musieli wkurzyć kogoś naprawdę ważnego. Jak zwykle
zresztą.
Utrefiona broda Attalusa rozszczepiła się w uśmiechu.
- Gladiatorzy - powiedział, a Drust natychmiast stał się czujny.
- Mamy tu nowy amfiteatr - ciągnął Attalus. - Został zbudowany dla
żołnierzy zaledwie rok temu. Za kilka dni odbędzie się Święto Róż i jestem przekonany, że ludzie docenią występy prawdziwych gladiatorów.
Drustowi nie spodobał się ten pomysł. Kag wychwycił to od razu, gdy
kompan wymienił cenę, która zwaliłaby z nóg senatora. Attalus zmarszczył
brwi.
- Muszę się skonsultować - odparł, a Drustowi zamarło serce. Wiedział,
że Attalus pójdzie do centurionów i zmusi ich, by przeznaczyli na ten
cel pieniądze legionów. A to oznaczało, że żołnierze zapłacą.
- Nie walczymy na śmierć - ostrzegł Drust, mając nadzieję, że to
zakończy temat. Ale Attalus tylko się uśmiechnął i dał znak, żeby
wyszli.
W mieście roiło się od rzymskich tunik, greckich peleryn, spiczastych
scytyjskich kapeluszy, luźnych perskich spodni, długich arabskich i żydowskich szat i wielkich turbanów handlarzy jedwabiem z Tamilakamu.
Drust kierował się do Wieży Siedemnastej, kompleksu budynków, w którym
znalazła przystań ich karawana i który był wyposażony w łaźnię. Drust
nie potrafił rozgryźć, czy bardziej obraża go, czy cieszy odcięcie od
innych karawanserajów. Zajazdy dla karawan ze wschodu lub zachodu
znajdowały się w głównej mierze poza murami miasta i tylko naprawdę
uprzywilejowani mogli kwaterować w ich obrębie. Drust nie zamierzał
drążyć, dlaczego akurat oni są tak bardzo uprzywilejowani.
Przystanęli w cieniu, by pozaplatać sobie nawzajem warkocze i zastanowić
się co dalej, a Kisa Szem Tow starał się w tym czasie zrobić porządki w karawanie. Był w tym naprawdę dobry, nawet jeśli przy okazji trochę
kradł.
- Mam gdzieś występy w tym mieście - mruknął Kag. - Słyszałem sumę,
którą wymieniłeś, ale Attalus nawet nie mrugnął okiem. To dobrze
urodzony dupek, który za śmierć zapłaci każdą cenę.
- A zatem nie zrobimy tego - zapewnił uspokajająco Drust. - W końcu
jesteśmy wyzwoleńcami, a nie niewolnikami, których wiąże stara
przysięga.
- I tak jej przestrzegamy - wtrącił Sib.
Ugo usiadł i oparł się obiema rękami o swój długi topór. Wyglądał
żałośnie.
- Nie cierpię walczyć bez topora - pożalił się, a Kwintus prychnął
szyderczo.
- To nie jest broń na arenę, czyż nie? Masz być porządnym gladiatorem,
który walczy mieczem, a nie pieprzonym pogromcą byków i barbarzyńcą z Germanii. A poza tym nawet nie lubisz tego topora, tak przynajmniej
mówiłeś.
Ugo pokiwał ze smutkiem głową.
- Najlepszy topór zostawiłem w głowie tej bestii z Północy - przyznał. -
Ten nie może się z nim równać.
- To znajdź inny - rzucił zirytowany Kag. - Albo jeszcze lepiej poszukaj
sobie bardziej cywilizowanej broni.
- Nie uważałeś, że topór jest niecywilizowany, gdy wyrżnąłem nim tych
kozojebców w oazie - zauważył gorzko Ugo. Było w tym dużo prawdy, więc
nikt nie zamierzał się sprzeczać.
- Mógłbym walczyć mieczem Stercorinusa - dodał z nadzieją Ugo, ale
mężczyzna, który podpierał ścianę niczym powyginana wiatrem palma,
kołysząc w dłoniach wielki zakrzywiony miecz, nie zamierzał
odpowiedzieć.
- Stercorinusie, skąd masz taką broń? - spytał Kwintus.
Chudy Maur spojrzał na niego czarnymi, rozmarzonymi oczami.
- Od boga - odparł. - Kiedy powiedział mi, jak umrę, i zażądał, żebym
był jego miecznikiem. Ten miecz należał kiedyś do Szymona zwanego
Kefasem, obrońcy Chrystusa. Obciął nim ucho słudze arcykapłana, gdy
przyszli aresztować jego Pana.
- Jak go zdobyłeś? - zapytał Ugo.
- Takie jest moje przeznaczenie. Dlatego mam ten miecz i dlatego tu
pozostałem. Drust i bóg powiedzą mi teraz, jakie jest moje
przeznaczenie.
Słyszeli to już wielokrotnie i za każdym razem mieli nadzieję, że
dowiedzą się czegoś nowego, ale miecz i bóg nie mieli imion, a Stercorinus ciągle nie zdradzał, jak umrze.
- Zostałeś, bo cię kupili, uwolnili i teraz jesteś związany umową, bo
musisz spłacić, co jesteś winien - odezwała się Praeclarum. - To tak
samo skuteczne jak niewolnictwo. Mnie to zresztą też dotyczy.
Stercorinus spojrzał na nią tak, jakby chciał powiedzieć: wierz sobie, w co tylko chcesz, prawda jest zupełnie inna.
- W każdym razie - wtrącił smętnie Kag, widząc, że nic nowego się nie
wydarzy - ten wygięty nóż jest prawdopodobnie największy ze wszystkich,
jakie widzieliśmy, ale to nie zmienia faktu, że nie nadaje się na arenę.
Brakuje mu dignitas. Tak samo jak walkom kobiet.
- Gdyby tylko mi pozwolili - mruknęła Praeclarum niewzruszona słowami
Kaga.
- W Rzymie to zakazana perwersja - oznajmił Kag - ale tutaj akceptują
walki kobiet. Wschód należy do ciebie.
- Oczywiście - dodał złośliwie Sib. - A jeśli nie będziesz znać kroków
tego tańca i dasz ciała, wygwiżdżą cię, a potem dadzą ci szóstkę jak
facetowi.
"Szóstka" była tradycyjnym sposobem oznaczania martwych gladiatorów.
Drust był zdeterminowany, by nie dopuścić do takiej sytuacji, i powiedział to głośno. Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał.
- A co z tym Uraniusem? - spytał w końcu Kwintus.
Drust nie miał pojęcia. Było jasne, że trzymają ich z dala od
wszystkich, zwłaszcza od Uraniusa, i nie wiedział dlaczego. To
powodowało, że sprawa amfiteatru tak bardzo go niepokoiła.
- Myślisz, że będą próbowali nas wszystkich zabić? - zainteresował się
Sib.
Ugo roześmiał się serdecznie i swobodnie, otwierając szeroko usta.
- Tak właśnie tutaj robią - odezwał się w końcu. - Pies wiedział o tym
najlepiej.
Wszyscy zamilkli, słysząc to imię. Pies był kiedyś jednym z nich,
mężczyzną z wytatuowaną twarzą, która wyglądała jak odwrócona na lewą
stronę czaszka; wyjechał ze wszystkimi Juliami z rodziny cesarskiej,
które były skupione wokół cesarza Heliogabala, złotego chłopca. Drust i pozostali znaleźli sensowną kryjówkę i udali się na wygnanie na południe
Afryki. Od tamtej pory nikt nie słyszał więcej o Psie, ponieważ
Heliogabal i jego matka Julia zostali wyeliminowani, a cesarzem został
młody kuzyn Heliogabala, Aleksander. Obie matki cesarzy miały na imię
Julia.
Można było odnieść wrażenie, że wszystkie kobiety w rodzinie Sewerów
noszą to imię. Heliogabal poślubił dwie Julie; drugie małżeństwo okazało
się skandalem, gdyż owa Julia była westalką. Drust pomyślał, że coś
takiego warto zapamiętać. Julie są najbardziej śmiercionośną siłą w cesarstwie, a Pies praktycznie wielbił matkę Heliogabala, leżał u jej
stóp, a od jej syna trzeba go było odciągać cholernymi wołami.
Wszyscy byli przekonani, że Pies nie żyje, a Maniusz razem z nim, ale
okazało się, że byli tutaj, całkiem żywi, i prosili o pomoc jedyną
rodzinę, jaką znali, jedynych ludzi, którym mogli zaufać. Drust wyjaśnił
pozostałym, że w wiadomości brakowało szczegółów, ponieważ zaginiona
dwójka nie chciała, żeby ktoś się czegoś o nich dowiedział.
- Pewnie chodzi o kobietę - powiedział Kwintus z szerokim uśmiechem.
- Albo o złoto - mruknął markotnie Kag. - Tylko jego blask ma dla Psa
znaczenie.
Trafili więc do Dura Europos, miasta twierdzy, drżącego zakończenia
nerwowego pobudzającego cały organizm Rzymu, ziejącego jak otwarta rana
na obrzeżach cesarstwa, stawiającego czoło odwiecznemu wrogowi, który
zdawał się zmieniać w coś, czego nikt nie był w stanie rozpoznać ani
zrozumieć.
Kisa Szem Tow dobrze je znał, więc kiedy w końcu się zjawił, zwróciły
się ku niemu wszystkie głowy. Był niewysoki, ciemny, miał szeroką twarz,
a jego żuchwę okalała broda, w której lśnił biały uśmiech, najczęściej
kłamliwy. Kisa skontrolował miejsce postoju dla wielbłądów stojących
naprzeciwko siebie w dwóch rzędach; ich pomrukiwania i pochrząkiwania
zagłuszały teraz skutecznie worki z paszą, które miały na pyskach.
Wszystkie ładunki ułożono w zgrabnych stosach na ubitej ziemi wyłożonej
materiałem, przykryto je nasączoną olejem płachtą, powiązano i umocowano. Kisa przekazał im dzwonek, który podczas wędrówki nosił
ostatni wielbłąd w kolumnie, i wykonywał przy tym tak pompatyczne gesty,
jakby wręczał go bogom.
- Co o nas mówią? - spytał Drust.
Mały Żyd skinął głową, spojrzał z ukosa na Stercorinusa, który
przykucnął na ziemi jak ogromny pająk i kołysał w ramionach swój wielki
bułat niczym ukochane dziecko, a potem na Siba. Kisa nie lubił tych
mieszkańców pustyni, nie ufał im, ale miał przecież do wykonania
zadanie...
- Że jesteście wojownikami z Rzymu - odpowiedział. - Dowódcy strażników
karawan zastanawiają się, czy faktycznie jesteście aż tak dobrzy, bo
jest was tylko kilku, a każdą karawanę ochrania przecież co najmniej stu
strażników.
Kwintus parsknął śmiechem.
- Widziałem tych strażników. Bez problemu można by utopić ich dupy w piachu za pomocą owczego pęcherza na kiju.
- Miasto ma problemy - ciągnął Kisa Szem Tow. - Handel ze Wschodem
wprawdzie jeszcze się nie załamał, ale pojawiły się przerwy w dostawach.
Ci uzurpatorzy chcą chyba zniszczyć stare cesarstwo, ale dotychczas nie
zastąpili go niczym nowym. Na pustyni wrze. - Zamilkł na chwilę, a potem
się uśmiechnął. - Może za rok? Kto wie? - dodał. - W tej części świata
tak się dzieje od zawsze. Wszyscy o coś się kłócą i biją, od
szlachetnych wojowników po psy na pustyni.
To miasto też jest warte walki, pomyślał Drust, gdyż handel je wzbogaca,
nawet jeśli nie widać tego na pierwszy rzut oka. Dura Europos można było
objechać w dwadzieścia minut, pod warunkiem że znalazło się dobrego
konia i w miarę porządną ulicę, chociaż na miejscowych traktach roiło
się od różnych możliwości.
- Przypuszczalnie uda ci się znaleźć to pierwsze, drugiego nie
znajdziesz nigdy - odparł Kisa Szem Tow, gdy Drust wyraził swoją myśl.
Kisa dobrze się na tym znał i dzielił się wiedzą ze wszystkimi, którzy
chcieli słuchać, ponieważ Dura Europos było bliźniaczo podobne do jego
rodzinnego miasta. I dlatego wszyscy rozsądni ludzie zatrudniali go jako
przewodnika po tych ziemiach. Kisa dobrze znał miasto i jego okolice, a taka wiedza była nie do pogardzenia. Podobnie zresztą mówił w Antiochii,
gdy przyniósł im wiadomość, która ściągnęła ich do Dura Europos.
Drust słuchał jednym uchem. Mały Żyd zarzucał ich opowieściami od
chwili, gdy zjawili się w Antiochii. Szybko przekonali się, że w kwestii
udzielania informacji jest jak kielich bez dna, chociaż nie wszystkie
były przydatne i nie wszystkie miały sens.
Drust zastanawiał się - nie po raz pierwszy - czy warto tego słuchać.
Nie ufał Kisie Szem Towowi i prędzej powaliłby Ugona rzęsą, niż mu
uwierzył, ale nie powiedział tego głośno. Tylko słuchał i obserwował
skupiska rozpadających się parterowych domów z suszonej cegły,
kłębowiska namiotów i gorącą parę wydobywającą się z pysków
chrumkających z zadowolenia wielbłądów.
Rozkoszował się zapachem dymu drzewnego, świeżego chleba i gorącej
cebuli; nieważne, że musiał przesączać aromaty przez odór wielbłądów i niemytych ciał. Gdyby zamknął oczy, zobaczyłby oczami wyobraźni miejsce,
w którym domy były wyższe i stały bliżej siebie; zobaczyłby wąskie ulice
Subury, bijącego serca Rzymu. Ale Subura była równie daleko, jak
niewielkie były szanse uniknięcia walki w nowym amfiteatrze Dura
Europos.
- Takich ludzi jak ja jest tutaj wielu - powiedział Kisa. - Mam na myśli
Żydów, chociaż nazywamy siebie Karaimi i postępujemy zgodnie z własnymi
naukami, od kiedy Hillel i Szammaj stanęli przeciwko sobie. Niektórzy
twierdzą, że pochodzimy z Czufut-Kale, lecz nikt nie lubi o tym słuchać,
gdyż według legendy Karaimi byli tam niewolnikami bestii zza gór.
- Nienawidzę tej nory - oznajmił Kag, spoglądając spode łba na szeroki
uśmiech Kisy Szem Towa. - Nienawidzę tego upału, tej obcości i nie
postawię smrodu moich jaj przeciwko tym twoim karaimskim Żydom. Chcę się
tylko dowiedzieć, gdzie jest droga, która nas stąd wyprowadzi. A przede
wszystkim chcę wiedzieć, co nas tutaj ściągnęło.
- Jeśli śmierdzą wam jaja, mogę znaleźć jakąś łaźnię - odezwał się
uprzejmie Kisa; jego głos tylko odrobinę zadrżał. - Ludzie kąpią się
tutaj regularnie, Żydzi również. Tylko świeżo upieczeni ojcowie nie mogą
się kąpać i pisać przez czterdzieści dziewięć dni po narodzinach
dziecka. Arabowie też się kąpią, ale nie tak często. Handlarze z pustyń
położonych na wschodzie kąpią się rzadko...
- Dosyć o tych kąpielach - warknął Ugo. - Jesteś jak prąd w czasie
przypływu. Czuję się obmyty.
- Jestem pewien, że masz słuszność, mój panie - odparł Kisa, schylając
głowę. Potem odwrócił się i podszedł do Drusta na tyle blisko, by ten
poczuł odór kwaśnego potu, brudnej bielizny i nieprzystający do reszty
słaby zapach różanych perfum.
- Pewien człowiek - szepnął mu prosto do ucha, a jego oddech musnął
włosy Drusta - powiedział innemu, żeby poszukał Szajka Amjota na ulicy
Taniego Żelaza. Tam znajdziesz Czerwonego Człowieka.
- Człowieka? - zapytał ze zdziwieniem Drust. - Jakiego człowieka? I dlaczego to mówisz? Na dodatek tylko mnie?
Drust głośno zawarczał, co wprawiło Kisę Szem Towa w konsternację, bo
nagle zaczął rozglądać się na boki, jakby szukał drogi ucieczki. Zamiast
niej znalazł Kaga.
- Uspokój się, Żydzie. Pierwsze prawo areny: weź głęboki oddech, a jeśli
czujesz, że się posikasz, przykucnij i udawaj, że wcierasz piasek w dłonie.
- Nie wykonuję waszej profesji - odparł Kisa Szem Tow z wyraźną ulgą. -
Przekazano mi tę informację dość niespodziewanie. Nie zabiegałem o nią.
Człowiek, który mi ją dostarczył, był cieniem. Powiedział, co miał do
powiedzenia, a potem zniknął. To nie ma dla mnie większego znaczenia,
gdyż...
- Dobra, już powiedziałeś, o co chodzi - oznajmił Drust, a Kag obrzucił
go krótkim spojrzeniem, widząc, że kompan odpuszcza, chociaż nie
wiedział, dlaczego tak robi. Uśmiechnął się dziko jak mokry kot, a Kisa
zadrżał.
- Wiesz, gdzie jest ta ulica Taniego Żelaza? - spytał Drust, a Kisa
ukłonił się służalczo.
- Wierzę, że mógłbym znaleźć drogę.
Drust nie odpowiedział, a Kisa zdał sobie sprawę, że musi odejść.
Spróbował oddalić się z godnością, ale po kilku krokach zaczął umykać
małymi kroczkami.
- Dobrze, że mu nie zaufałeś.
Głos Praeclarum był cichy i dobiegał z cienia; Kag otrząsnął się
pierwszy i zachichotał.
- No gdybyśmy potrzebowali takiej rady... W każdym razie bardzo
dziękujemy.
- Pachnie różami - zauważyła Praeclarum, a Drust wymienił z Kagiem
spojrzenie, które potwierdziło to spostrzeżenie.
- W tym mieście wszędzie są róże - ciągnęła Praeclarum. - Na
podobieństwo łuku triumfalnego w Palmyrze. Hodują je na każdym balkonie
i dachu.
- I dekorują nimi sztandary, by uczcić zmarłych - dodał Drust. - Każdego
roku.
- Dobry zarobek dla ludzi - zauważył Kag. - Będą więc hodować setki róż
na taką okazję jak ta.
- Kisa nie spotkał nikogo po drodze - wtrąciła Praeclarum, spoglądając z ukosa na Kaga, który próbował nie zwracać uwagi na jej mroczne,
oskarżające spojrzenie. - I chyba musiał tu wrócić, a to oznacza, że...
- To oznacza, iż wiedział, że ma się tutaj z kimś spotkać - dokończył
Drust, a Kag podrapał się po brodzie i zmrużył oczy.
- Ale z kim? Z tym Szajkiem? Z Czerwonym Człowiekiem?
- Ten Czerwony Człowiek to pewnie Uranius - stwierdził Kwintus,
uśmiechając się szeroko do Praeclarum. - Pamiętacie, co Kag krzyczał w tamtej oazie? Że Rzymianie na wielbłądach to Czerwoni Ludzie. Bo mieli
czerwone peleryny.
- To nie ja krzyczałem - oznajmił Kag. - Myślałem, że to ty.
- To był Kisa Szem Tow - powiedziała Praeclarum. - On bardzo dobrze zna
tych dromedarii.
- Zabierzmy się z nim do tego Szajka - zaproponował Kag, a Kwintus
pokiwał głową.
- Pójdźmy do niego wszyscy. Dziwne miasto, dziwni ludzie.
- Niech pomyślę - mruknął Drust. Odszedł i usiadł kawałek dalej,
szukając powietrza i przestrzeni. Odnalazł wzrokiem uśmiechniętą
Praeclarum.
- Wygląda na to, że masz tu dwie żony - powiedziała, a Drust spojrzał na
nią z ukosa.
- Tylko nie wyzywaj ich od starych bab. Nie chciałabyś, żeby to
usłyszeli.
- A więc weź mnie.
- Ale dlaczego? Tak bardzo chcesz być trzecią żoną?
Nie odpowiedziała. Cisza się przedłużała, aż w końcu Drust wstał i rozprostował zmęczone członki; poczuł zapach smażonego koziego mięsa i zapragnął po prostu się najeść, a potem zasnąć.
Praeclarum spojrzała na niego i uśmiechnęła się niepewnie.
- Niewolnicy nie mogą brać ślubu.
- Nie jesteś już niewolnicą - odparł, a ona przyznała mu rację lekkim
skinieniem głowy.
- Jestem tym, kim nakazuje mi być wasza umowa - odparła. - Dopóki nie
zdecyduję inaczej i nie odejdę.
Wiedział, że dziewczyna żartuje; przynajmniej taką miał nadzieję, więc
odpowiedział jej uśmiechem.
- Cóż mogłoby cię powstrzymać przed tak straszliwym losem? - spytał
żartobliwie.
Pochyliła się lekko ku niemu i złożyła ręce na plecach, tak jak zawsze
robili to niewolnicy.
- Zabierz mnie ze sobą.
Nie odpowiedział, wciągnął tylko w nozdrza zapach jedzenia, ale czuł na
sobie jej wzrok.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki