RZYM
Dziesiąty rok panowania cesarza Lucjusza Septymiusza Sewera, założyciela dynastii Sewerów, zdobywcy Królestwa Partów w Arabii i Asyrii, najwyższego kapłana.
W stronę Drusta biegł mężczyzna; strasznie wrzeszczał i wysoko nad głową
trzymał grubą drewnianą maczugę. Za nim biegli inni, wydając równie
dzikie odgłosy. Jeden z mężczyzn się śmiał, ale Drust ledwie zwrócił na
niego uwagę.
Opuścił rękę, poruszył się lekko, wbił pięść w brzuch krzykacza, a potem
zrobił półobrót, słysząc, jak powietrze wydobywa się z głośnym sykiem z jego ust. Mężczyzna przeszedł jeszcze kilka chwiejnych kroków, w końcu
osunął się u stóp wielkiego Pakuwiusza, który spojrzał na niego z mieszanką niesmaku i zdumienia i powalił go żelazną pięścią.
- Łapcie ich! Łapcie grubasa!
Drust się zorientował, że wykrzykuje to ten sam człowiek, który
wcześniej śmiał się do rozpuku. Miał na twarzy maskę Bucca - głupka -
groteskową i jeszcze bardziej upiorną w migoczącym blasku pochodni; na
ścianach budynków podskakiwały ogromne cienie.
Pakuwiusz zaczął kopać leżącego na ziemi człowieka, któremu spadła
maska; Drust zobaczył, że to maska Pappusa, naiwnego starca. Wszyscy
napastnicy nosili maski postaci z fabula atellana, improwizowanej
ludowej farsy.
- Po twojej prawej.
Kag zablokował uderzenie innego zamaskowanego mężczyzny. Nie sprawiło mu
to większej trudności, ponieważ atakujący był tiro, czyli zwykłym
żółtodziobem. Za Pakuwiuszem upadł wzięty znienacka Tarkwiniusz. Miał
krwawiącą ranę głowy, a dwaj zamaskowani mężczyźni bili go pałką.
Chłopcy z pochodniami uciekli, a ci, którzy nieśli lektykę, zachwiali
się. W rezultacie lektyka się przechyliła, bo dwójka tragarzy z przodu
zaczęła ją opuszczać.
Drust się obrócił, świadomy nowego zagrożenia, zablokował cios,
przekręcił nadgarstek, przesunął nogę i powalił mężczyznę na plecy. Gdy
z jego twarzy spadła maska Dossenusa, garbatego mędrka, zobaczył dzikie
spojrzenie młodzieńca, który zapiszczał, gdy tylko Drust uniósł maczugę.
Chłopak. Ledwie nastolatek. Drust zawahał się z maczugą w powietrzu. To
ci nocni prześladowcy, dobrze urodzone dupki. Biegali w ciemnościach po
ulicach Rzymu i terroryzowali pechowych przechodniów. Prawdopodobnie
robili to już wcześniej - maski, wrzaski i straszenie ludzi wystarczały,
by chłopcy noszący pochodnie i tragarze uciekali co sił w nogach.
- Załatw go - warknął Kag, zjawiając się niczym lodowaty wiatr; jego
młodzieniec leżał powalony, zwijając się z bólu i trzymając za krocze. -
Szóstka dla niego.
- To tylko dzieciak - zaoponował Drust.
- Załatw go mieczem - zawołał jeszcze raz Kag i podszedł do Bucca.
Chłopak leżący na ziemi szarpnął się, sięgnął po swoją pałkę i zaczął
wstawać. Drust przeklął, pokręcił głową, a potem dwa razy uderzył go w nerki. Chłopak zgiął się z bólu, krzyknął przeraźliwie, przewrócił się i zaczął płakać.
Przez miesiąc będzie sikać krwią, pomyślał Drust, a potem kątem oka
zobaczył coś, co kazało mu się zatrzymać się w pół obrotu. Do lektyki
zbliżali się dwaj kolejni napastnicy; Bucco wymieniał ciosy z Kagiem, a Pakuwiusz próbował pomóc Sofonowi; lanista był ranny, ale jeszcze gorsze
było to, że ucierpiała jego duma trenera gladiatorów. Kwintusa i Ugona
nigdzie nie było widać, lektyka leżała na ziemi, tragarze zniknęli.
Stała prosto i nadal była zasłonięta kotarą, ale ci, którzy ich przedtem
ścigali, już ją rozrywali.
Został więc tylko Drust.
- Hej! - zawołał, a wtedy jeden z mężczyzn się odwrócił.
Nosił maskę Manducusa, żarłoka, i na pewno nie był chłopcem. Nie był też
tiro - wyglądał raczej jak obłąkany. Kiedy zjawił się drugi napastnik
i zawarczał spod maski klowna Maccusa, Drust wiedział już, że ma przed
sobą parę wojowników ze szkoły gladiatorów, którzy trenowali z mieczami
dwa razy cięższymi od tych prawdziwych, cięższymi też od maczugi; tacy
wojownicy byli w stanie rozpłatać czaszkę.
Drust zdołał odparować cztery ciosy, a potem jeden z napastników uderzył
go między żebra z taką siłą, że Drust zatoczył się i gwałtownie wciągnął
powietrze. Drugi wycelował w jego głowę i tego ciosu Drust już nie był w stanie odeprzeć; to uderzenie miało rozbić mu głowę jak jajko i zapewnić, że skończy z oznaczeniem "6" - martwy. Drust nie był najlepszy
w walce i nawet się do tego przyznawał, ale nie był też tiro. Zdołał
więc uniknąć uderzenia w głowę, przyjmując jego główną siłę na górną
część ramienia, akurat tam, gdzie znajdowało się podbicie peleryny.
Ramię natychmiast zdrętwiało i Drust upuścił maczugę. Cofnął się
chwiejnie, zrobił unik, ale przeciwnicy byli coraz bliżej.
Nagle rozległo się wesołe szczekanie. Klown Maccus się obrócił i zobaczył wyłaniającego się z bocznego zaułka Kwintusa z szerokim jak
arena uśmiechem na twarzy. Maccus zdążył jeszcze ujrzeć śnieżnobiałą
siłę tego uśmiechu, nim Kwintus wziął szeroki zamach, powalił go na
ziemię, a potem wbił tępy koniec maczugi w maskę z rozdziawionymi
ustami. Wytrysnęły z nich zęby wraz z krwią w towarzystwie dzikich
wrzasków i zakrwawionych drzazg.
- Łapcie przywódcę - rozległ się głos z lektyki. - Łapcie Bucca.
Drust się obrócił. Kwintus i Manducus tańczyli wokół siebie, reszta
napastników leżała albo się czołgała.
- Łapcie Bucca - odezwał się ponownie ten sam głos, a potem Serwiliusz
Structus wystawił zza rozdartej kotary swą rozwścieczoną, świńską twarz.
- Bierzcie go. Tego małego pojebańca...
Kag klęczał na jednym kolanie, ale udało mu się zablokować serię ciosów.
Drust ruszył w jego stronę, próbując nie krzywić się z bólu, który czuł
w żebrach. Miał nadzieję, że będzie mógł walczyć jedną ręką. Bucco się
cofnął, celując maczugą w Kaga i Drusta; śmiał się na cały głos.
- Kostka - powiedział z goryczą Kag.
Drust pokiwał ze zrozumieniem głową, odetchnął głęboko i sprawdził, w jakiej kondycji jest jego ręka. Zgiął palce, a ostre ukłucia powiedziały
mu, że czucie powraca.
- Złapcie go - ponagliło ich chrumkanie wieprza z lektyki.
Drust zaklął, a potem popędził za uciekinierem w boczny zaułek
odchodzący od ulicy Sandalników.
Podążali cuchnącą, zapchaną uliczką, przeskakując przez jakieś ledwie
widoczne przedmioty, wysłuchując dobiegających z okien wrzasków. W końcu
Bucco dotarł do ślepego zaułka, próbował przeskoczyć ścianę, ale nie
udało mu się i spadł. Drust zatrzymał się i pochylił, z trudem łapiąc
oddech. Bucco zaśmiał się krótko. Był bardziej spięty, ale najwyraźniej
uważał, że ma przewagę, bo skoczył do przodu. Drust pomyślał, że nie
jest starszy od młodzieńca, którego powalił wcześniej, ale maczuga to w końcu maczuga.
Zablokował uderzenie i poczuł różnicę, bo usłyszał zgrzyt metalu na
drewnie, a potem patrzył, jak czubek miecza Bucca rozrywa jego pałkę.
Bucco warknął spod maski, błysnęła naga stal.
- Teraz nie będziesz już taki zadziorny i pewny siebie, co damnatus?
Wygląda na to, że on coś o mnie wie, pomyślał Drust. Wystarczająco dużo,
by nazwać go straceńcem, niewolnikiem skazanym na walki na arenie.
Wystarczająco dużo, by zdawać sobie sprawę, że Drust wcale nie jest taki
zadziorny i pewny siebie w obliczu cholernie ostrego miecza i że właśnie
kombinuje, jak się stąd wydostać. Drust zauważył jakieś drzwi zasłonięte
sznurami koralików i szybko w nie zanurkował. Słyszał za sobą ciężkie
kroki Bucca.
Pomieszczenie było małe, brudne i okazało się winiarnią, do której
dostał się bocznym wejściem. Przy palenisku stał jakiś mężczyzna w skórzanym fartuchu i potrząsał skwierczącym rondlem. Podniósł głowę i spojrzał ze zdziwieniem na wchodzącego Drusta. Za nim i za ladą z amforą
stało kilka prymitywnie skleconych stolików. Siedzący przy nich klienci
oderwali się od gry w kości. Niebieskawy dym i ciężka woń smażonego
mięsa sprawiały, że powietrze było dławiące i duszne.
- Kim ty, kurwa, jesteś? - zapytał kucharz.
- Trupem. Tym właśnie jest.
Do środka wszedł Bucco, a kucharz krzyknął na widok błyszczącej stali.
Drust skoczył za bar, a klienci się rozpierzchli. To byli wigilowie.
Rzymska straż nocna. Ocalony...
Bucco podbiegł do kontuaru i zaczął się na niego wspinać. Drust zmylił
go, rzucając się do tyłu. Chwycił najbliższy garnek i rzucił nim w zamaskowaną twarz napastnika. Rozległ się bulgoczący dźwięk i chłopak
zwalił się na podłogę. Kucharz krzyknął jeszcze raz i postanowił opuścić
miejsce rozróby.
Drust ponownie przeskoczył przez ladę. Ciężko oddychał, był obolały,
poraniony i zły na tego młodocianego przestępcę, przez którego musiał
przez to wszystko przechodzić. Chwycił z podłogi upuszczony miecz i zerwał maskę z twarzy chłopaka. Ze zdziwieniem ujrzał szeroki uśmiech.
Młoda, lśniąca od potu buzia, kręcone włosy, oczy błyszczące bólem nad
białą tuniką. Do tego żałosny meszek zamiast brody: chłopak był jednak
na tyle dorosły, by nosić togę, a jego spojrzenie świadczyło o tym, że
jest przebiegły i sprzedajny.
- Missio - powiedział młodzieniec, podnosząc z uśmiechem palec
wskazujący, który oznaczał prośbę pokonanego gladiatora o łaskę.
- Recipere ferrum - odwarknął Drust. Przygotuj się na przyjęcie
miecza.
Mówił to poważnie; młodzian to zrozumiał i uśmiech zniknął z jego
twarzy.
- No weź - powiedział. - To tylko zabawa...
- Zostaw cesarza w spokoju.
Wigil, który to powiedział, był ponury i srogi jak stare urwisko i miał
przy sobie okuty żelazem kij, który wyglądał jak dzida. Drust gapił się
przez chwilę nieco skołowany, a gdy chłopak uśmiechnął się lekko,
dotarła do niego obrzydliwa prawda.
To był Karakalla. Zakapturzony cesarz. Marek Aureliusz Antoninus, syn
Septymiusza Sewera i jednocześnie współrządzący cesarz, który kierował
się własnymi zasadami - Drust przypomniał sobie ten dzień, gdy Karakalla
świętował wyniesienie do godności cesarza; stojąc z szeroko rozłożonymi
ramionami, zmusił cholernego Psa, by zabił swojego przyjaciela. Teraz
był dziesięć lat starszy, więc upłynęło zbyt dużo czasu, by Drust mógł
go rozpoznać. Uderzyła go ta myśl, ale wtedy podeszli wigilowie i zaczęli przeskakiwać ladę, by stworzyć kordon wokół młodzieńca.
- Dobra, wiem, kim jesteś - oświadczył Drust. - A ty wiesz, kim ja
jestem?
Chłopak wyglądał na zaintrygowanego. Wigilowie spoglądali gniewnie.
- Nie - odparł młody cesarz.
- Świetnie - powiedział Drust i uderzył w uchwyt stojącego na ogniu
rondla.
Garnek wystrzelił w powietrze, a wigilowie, oblani wrzącym olejem i gorącą zawartością naczynia, zaczęli krzyczeć.
Wtedy Drust z całej siły kopnął cesarza w krocze i uciekł.
TRYPOLITANIA
Pięć lat później
- Kto by pomyślał, że woda może doprowadzać ludzi do szaleństwa -
powiedział Kag, jakby nadal tkwiła w tym jakaś tajemnica.
Drust pomyślał, że większość ludzi popadła w szaleństwo na długo przed
tym, zanim przyszło im walczyć o wodę. Walczyli o to, kto lepiej
dogaduje się z bogami. O ziemię. O złoto. A kiedyś, Drust doskonale o tym wiedział, Grecy bili się o kobietę. Czasem ludzie walczą o te
wszystkie rzeczy jednocześnie, a innym razem walczą po to, by rozbawić
innych.
Siedzieli przed Złotym Potem, co jest dosłownym tłumaczeniem i brzmi,
jakby odbywały się tam dzikie orgie, chociaż wcale tak nie było. To
tylko miejsce, które uchodziło za sklep - słowo "pot" było łacińskim
przekładem nazwy lokalnej marki alkoholu spożywanego tutaj od lat.
Kag przysiadł na skraju jednego z worków wyładowanych przed chwilą z wozu. Drust spoczął obok niego i obaj obserwowali tłum ludzi
spacerujących w czerwonej poświacie zachodzącego słońca.
- Poważnie - powiedział refleksyjnie Kag. - Tylko popatrz na nich.
Tłum przedstawiał się różnorodnie, Drust musiał to przyznać. Falujące
szaty, białe i brązowe, chusty, turbany, welony, słomkowe kapelusze,
sandały, bose stopy; ludzie reprezentowali różne typy, a wszyscy żywili
nadzieję na lepsze życie. Jedni mieli kozy, inni daktyle, tkaniny,
kosze, bo wszystko było dla nich obietnicą bogactwa; jeśli uda się coś
sprzedać jakiemuś desperatowi, będzie można zarobić. Inni mieli łopaty i kilofy oraz przeświadczenie, że gdzieś tam jest woda, do której będzie
można się dokopać. Wędrowali więc przez pustynię i kopali, dopóki nie
umarli, szukając przejrzystego, płynnego złota.
- Szaleństwo - powtórzył Kag i dodał, że wszyscy powinni pójść do domu,
bo zdecydowanie są obłąkani, przesiadując na pustyni i szukając
kurczących się wód gruntowych albo czekając na to, że w końcu pojawi się
klient nad klientami.
Drust pomyślał, że sam nie jest aż tak szalony, żeby wrócić do domu.
Przynajmniej nie wtedy, gdy Karakalla leczy swoje obolałe jaja i na
pewno jest wściekły. Drust miał nadzieję, że Karakalla, jego brat i cała
ta porąbana rodzinka jest teraz z tatusiem, cesarzem Septymiuszem
Sewerem. A jeśli tak, to znaczy, że wszyscy są daleko na północnych
rubieżach cesarstwa, w miejscu zwanym Eboracum, a stary cesarz pokazuje
swoim synalkom, jak buduje się imperia, podbijając jakąś dziurę na końcu
świata.
Drust pomyślał, że choć cesarza nie ma w Rzymie, a imperium jest
zarządzane z zadupia w Brytanii, on sam absolutnie nadal nie jest aż tak
szalony, by wracać na Palatyn.
Słońce zaszło i obok nich przekradał się ciemny cień, plaskając nagimi
stopami i zapalając pochodnie. Siedzieli teraz w mrocznym pomieszczeniu
pełnym cieni i niewyraźnych sylwetek, przy stoliku oświetlonym mdłym
blaskiem. Z mroku wyłonił się ciemny kształt i zmaterializował pod
postacią starszego mężczyzny, który przyniósł oliwki, a potem zniknął
niczym duch, zabierając ze sobą trochę ciepła.
Po chwili starzec wrócił.
- Już idzie - powiedział, a za nim pojawiły się nowe cienie.
Drust bardziej je wyczuwał, niż widział. W delikatnej poświacie dojrzał
starszego mężczyznę z dużą misą, w której znajdowało się niewielkie
naczynie wraz z kilkoma kubkami. Kag i Drust wymienili spojrzenia; od
misy biło chłodem, woda skraplała się na jej brzegach. Była pełna
pokruszonego lodu.
Gdy starzec nalewał wino, jeden z cieni usiadł na krześle naprzeciwko.
Drust spróbował dojrzeć Kaga, ale górna połowa jego ciała - a raczej jej
kształt - była pogrążona w cieniu. Drust słyszał jednak jego pomruki.
Obaj spróbowali napoju i starali zachowywać się nonszalancko, ale nie
było to łatwe, bo był to prawdziwy nektar.
Starzec zniknął w cieniu i wtedy Drust zobaczył zarys sylwetki
przybysza, który nachylił się w stronę światła i stał się realnym
mężczyzną. To było wielkie rozczarowanie, bo Drust miał cichą nadzieję,
że zobaczy kogoś z lokami mitycznej Meduzy albo z oczami pełnymi ognia.
A tymczasem ujrzał twarz o szorstkiej, ciemnej skórze odziedziczonej po
przodkach. Trudno było ocenić wzrost mężczyzny, ponieważ siedział, ale
miał wyraźnie zarysowane mięśnie, które mimo wieku jeszcze nie
zwiotczały, chociaż było widać, że ten proces już powoli się zaczyna.
Twarz miał pospolitą, bez znaków szczególnych, które mogłyby wskazywać
na jego wielkość czy pochodzenie, może z wyjątkiem oczu, w których czaił
się kontrolowany gniew.
Serwiliusz Structus bardzo szanował Juliusza Jahję, ponieważ obdarował
go kłami lwa i pazurami tygrysa, symbolami nieograniczonych mocy
starożytnego bohatera. Był to człowiek stworzony przez bogów, właściciel
wspaniałych domów, namaszczony ruchem bezdusznego kciuka na bogatego i sławnego. Chociaż w dalszym ciągu był niewolnikiem. Nawet nie byłym;
niewolnikiem dynastii Sewerów tutaj, w Leptis Magna, ich rodzinnym
mieście. I miejscu narodzin cesarza.
Serwiliusz Structus był sprytnym człowiekiem - grubym, przekupnym i bezwzględnym - który stworzył własne małe imperium na terenie slumsów
Subury, rzymskiej dzielnicy biedoty. Handlował zbożem, piaskiem do
posypywania aren, niewolnikami, egzotycznymi zwierzętami, egzotycznymi
perwersjami i bólem; Drust, Kag i inni - jego procuratores,
pełnomocnicy reprezentujący jego interesy - byli częścią tego biznesu,
więc doskonale wiedzieli, jaką ma władzę.
Jednak Serwiliusz Structus wymawiał imię Juliusza Jahji, jakby było
trucizną, którą kazano mu przełknąć. Twierdził, że cesarze i generałowie
są zależni od opinii Juliusza Jahji, który trzyma cały świat w garści,
więc Drust był zdumiony, że taki herkules siedzi z nimi przy stole i rzuca cień jak zwykły śmiertelnik. Miał pokryte plamami dłonie,
wydzielał słaby zapach słonego potu i drogich wonnych olejków oraz
dziwny odór, który według Drusta mógł być zapachem sukcesu, siły albo
strachu. Albo wszystkiego naraz.
Drust nie patrzył na Kaga, chociaż domyślał się, że przyjaciel myśli
mniej więcej to samo. Serwiliusz Structus wysłał ich aż tutaj, by
rzekomo wyciągnąć ich z Rzymu, ale zrobił to w taki sposób, jakby
wiedział, że już nigdy ich nie zobaczy, co od razu zaniepokoiło Drusta.
Teraz zachodził w głowę, dlaczego ten człowiek, tak potężny i bogaty,
pokonał długą drogę, narażając się na niewygody, by spotkać się z nimi
na prośbę Serwiliusza - w wielkiej tajemnicy i pod osłoną nocy. I co
miał wspólnego z Serwiliuszem Structusem, który ewidentnie się go
obawiał.
Co można zrobić w obliczu takiej tajemnicy? Najlepiej po prostu zapytać.
- Czego od nas chcesz?
- Dziękuję, że przyszliście. - Słowa Jahji były skierowane do nich obu.
Potem obrócił się w kierunku stojącego w cieniu starca i rzekł z uśmiechem: - Abu, szerbet dla mnie.
Stary człowiek chyba spodziewał się tego zamówienia, bo niemal
natychmiast podał oszroniony kielich, a delikatny aromat napoju sprawił,
że wszystkim ślina napłynęła do ust. Co za przysmak, pomyślał Drust. I całe to miejsce oświetlone miękkim, migoczącym światłem, misa z pokruszonym lodem, który ich chłodził: niewyobrażalny luksus w samym
środku przytłaczającej biedy, niczym kopczyk złota usypany na
gnojowisku.
- Dziękuję, Abu. Drususie, Kagizo, jeszcze raz dziękuję wam za
przybycie.
To jest właśnie jego sposób, pomyślał Drust. Wytrącić człowieka z równowagi uprzejmością, zboczyć z tematu i wić się jak podstępny wąż.
Juliusz Jahja ponownie odwrócił się w kierunku cienia za swoimi plecami.
- Napijesz się wina? - zapytał.
Mężczyzna tylko kiwnął dłonią, ciemną i elegancką, raczej dość
oszczędnie, jakby był skrępowany i nie chciał przeszkadzać. Jahja
przyjął tę milczącą odpowiedź, a potem znowu spojrzał na Drusta i Kaga.
Uniósł kielich, strumyczki skroplonej pary płynęły wśród wytłoczonych w metalu bachantek i kiści winogron.
- Trzydzieści lat temu potrzebowaliśmy stu trzydziestu dwóch galonów
wody, by wyprodukować jedną amforę tego napoju - powiedział Jahja. -
Teraz wyprodukujemy tylko połowę. Wyprodukowanie wina, które pijecie, to
zaledwie dwadzieścia galonów wody, większość była potrzebna podczas
uprawy, a nie do końcowej fermentacji. Aby zapewnić jedzenie
czteroosobowej rodzinie na jeden dzień w takich krajach jak ten, gdzie
piasek pochłania wodę, potrzebne jest pięć tysięcy galonów. Nawet z niezłymi akweduktami i rurami.
Drust nie odpowiedział, Kag poruszył się na krześle, a potem uniósł swój
kielich.
- Dzięki za wino - powiedział. - Jak w kolejce po zasiłek w Suburze,
przyjmuję plotki razem z chlebem.
Juliusz Jahja nie okazał rozdrażnienia, wręcz przeciwnie; pokiwał
poważnie głową.
- Zdaję sobie sprawę, że nie oczekujesz wykładu o kosztach wody -
odparł. - I pewnie wydaje ci się, że wszystko już wiesz o takich
rzeczach, ponieważ to towar, którym można handlować, a obaj z Drustem
jesteście częścią twardego interesu i codziennie obserwujecie cenę krwi,
jaką trzeba zapłacić, żeby dobić targu. - Zamilkł na chwilę i pociągnął
łyk napoju. - Ale nie macie racji. Ani pojęcia o kosztach. Niewielu
ludzi zresztą ma, a jeśli o tym myślą, to tylko po to, żeby ponarzekać.
Oczywiście cesarstwo dobrze prosperuje dzięki wymianie handlowej i jest
uzależnione od zysków z inwestycji. - Zapadła cisza, ale nie trwała
długo. - To nie zboża są najlepszym towarem - ciągnął Jahja. - Nie jest
nim też złoto ani woda, nawet w takim miejscu jak to. Tym towarem jest
zaufanie. Wiara, że ludzie będą wypełniać swoje zobowiązania. To właśnie
ona napędza inwestycje i handel, zapewnia również zyski.
- Do tej pory nie powiedziałeś nic nowego - odezwał się Drust. - Każdy
zapluty domokrążca w każdym mieście cesarstwa o tym wie. Nadal nie
powiedziałeś, czego od nas chcesz.
- Cierpliwości, cierpliwości - odparł z uśmiechem Jahja. Drust zaczynał
go nie lubić. - Mówię wam o tym wszystkim, bo jeśli nadal będziecie
patrzeć na sprawę handlu w tak ograniczony sposób, możecie dojść do
wniosku, że to przegrana sprawa, że bez względu na to, co się wydarzy,
ludzie zawsze będą kupować i sprzedawać. - Jeszcze raz pociągnął łyk
szerbetu i odstawił kielich. - Ale to nie tak. Wystarczy, że ktoś powie
"nie", takie jedno krótkie słowo, i w machinie zacznie zgrzytać, aż w końcu zatrzyma się ona jak jedno z tych wspaniałych kół wodnych w akwedukcie, gdy wetknie się kij między szprychy. I podobnie jak w przypadku tego koła, gdy tryby przestaną się kręcić, skutki natychmiast
będą widoczne wszędzie, straszne i niszczące. - Juliusz Jahja rozłożył
szeroko ręce. - I to jest właśnie bitwa, którą toczę - powiedział. - Rok
po roku, dzień po dniu, by kontrolować, optymalizować i zabezpieczać
zaufanie w imieniu mojego... patrona. Zaufania trzeba być pewnym. Pewność
może mieć jednak wiele postaci, a jedną z nich jest zagrożenie. Dlatego
tu jesteście.
- Właśnie się nad tym zastanawiałem - powiedział Kag. - W co
wdepnęliśmy.
Juliusz Jahja dopił wino i siedział teraz z półuśmiechem, który Drust
tak dobrze znał; ten uśmieszek oznaczał ostrzeżenie.
- Mój patron posiada pewną cenną rzecz - podjął Jahja. - Od tej rzeczy
zależy zaufanie całego narodu. Ta rzecz musi zostać zwrócona.
Drust nie patrzył na Kaga i miał nadzieję, że tamten będzie siedział
cicho. Ale tak się nie stało.
- Patron, powiadasz - powiedział Kag, mieląc słowa w ustach, jak robił
to przed chwilą ze skruszonym lodem. - Masz na myśli swojego pana.
Te słowa uderzyły w stół, jakby ktoś rzucił łajnem; Drust poczuł, że
cień za plecami Juliusza Jahji przesunął się odrobinę w oczekiwaniu na
to, co może się wydarzyć, gotowy i napięty. Kag rozparł się wygodnie na
krześle i uśmiechnął. Juliusz Jahja, niewolnik, który miał do dyspozycji
więcej włóczni niż sporych rozmiarów kraj, spojrzał na Kaga, wyzwoleńca
z kubkiem z glazurowanej glinki w dłoni i szerokim uśmiechem na twarzy.
Ich oczy zwarły się jak jelenie poroża.
- Patron czy pan - powiedział wolno Juliusz Jahja. - Wszystko jedno, dla
was nie ma to żadnego znaczenia. Podobnie jak i to, kim jest ten pan.
Wystarczy, że trzyma w garści waszego patrona, a ten trzyma was za jaja.
Tak kręci się ten świat.
Drust poczuł dreszcz przebiegający po kręgosłupie. Próbował nie patrzeć
na Kaga, ale mu się nie udało. Kag poczuł jego wzrok, obrócił się lekko
i wzruszył ramionami.
Jeśli jest tak, jak mówi Juliusz Jahja, to znaczy, że osoba, której
służy ten potężny niewolnik, musi był prawdziwym arbitrem władzy.
Serwiliusz Structus uginał się przed niewieloma osobami, więc jeśli
kłaniał się niewolnikowi z powodu tego, kogo ten niewolnik reprezentuje,
to jego władza musiała być ogromna.
Drust przypomniał sobie, że w tym mieście, w Leptis Magna, urodził się
cesarz. Jeszcze dotkliwiej poczuł chłód bijący od miski z kruszonym
lodem, przekalkulował wszystko i spojrzeniem wysłał wiadomość Kagowi.
Kag odpowiedział lekkim skinieniem głowy.
Juliusz Jahja był usatysfakcjonowany wrażeniem, jakie wywarł, i wyciągnął dłoń; to był sygnał dla człowieka stojącego za jego plecami,
by wyłonił się z cienia. Mężczyzna był ubrany w tradycyjnie skrojoną
tunikę przewiązaną w pasie. Miał długą, wąską głowę, dziwnie oklapnięte
uszy i był biały jak kość słoniowa. Nosił amulet, co zaskoczyło Drusta.
Zresztą Drust od samego początku, już nawet wtedy, gdy mężczyzna był
tylko cieniem, odniósł wrażenie, że jest to człowiek, który nie boi się
bogów ani nie zabiega o ich względy. W bezlitosnym świetle wszystkie
płaszczyzny i zagłębienia jego ciała wyglądały jak wypolerowana kość
słoniowa, a wierzchy dłoni, kiedy podawał swojemu szefowi kilka
woskowych tabliczek, były zupełnie białe. Drust zauważył, że ich wnętrza
są ciemniejsze i wcale nie gładkie ani delikatne.
Drust pomyślał, że ten biały człowiek nie może się wystawiać na słońce
nawet przez pięć minut. Jego skóra od razu pokryłaby się pęcherzami, ale
nigdy by się nie opaliła ani nie ogorzała; po prostu by się spalił i umarł. Musiał się czuć jak żółw na pustyni, czekający, aż jakiś okrutnik
przewróci go na grzbiet. Drust nie sądził jednak, by ten mężczyzna na to
czekał ani na to pozwolił. A w cieniu mógł być śmiertelnie niebezpieczny
niczym wąż.
- Dziękuję, Werusie - powiedział Juliusz Jahja i otworzył jedną z tabliczek. - Bracia Areny - przeczytał i spojrzał na nich z krzywym,
kpiącym uśmiechem. - Jakie to barwne. Naprawdę jesteście jak bracia?
Słyszałem, że gladiatorzy nie mają przyjaciół i nawet nie wolno im ich
mieć.
- Kiedy jesteś niewolnikiem - poprawił beznamiętnie Kag. - To niewolnicy
nie mają przyjaciół.
Jahja nawet nie mrugnął ani nie potwierdził, po prostu siedział
spokojnie, trzymając tabliczkę pałeczkowatymi palcami, i czytał. -
Widzę, że jest was sześciu. Byli gladiatorzy, byli niewolnicy,
pracownicy Serwiliusza Structusa na różnych stanowiskach. Kagizo -
zwrócił się do Kaga. - Czy to jedyne imię, jakie posiadasz? Imię
niewolnika, chociaż tu twierdzą, że jesteś wyzwoleńcem.
Nie czekał na odpowiedź, ponieważ było oczywiste, że Kag jej nie
udzieli. I faktycznie, obrzucił go tylko chłodnym, beznamiętnym
spojrzeniem. Kag miał drugie imię, ale wydawało mu się, że brzmi ono
jeszcze bardziej niewolniczo niż to prawdziwe. Juliusz Jahja wrócił do
czytania tabliczki.
- Pochodzisz z południa Tracji. Ojciec był obywatelem i rzymskim
legionistą Legionu XIII. Twoi rodzice w jednym roku umarli na malarię.
To chyba nie był dla ciebie dobry rok. Pojmany za przestępstwo: za
kradzież jedzenia. W tej sytuacji zrozumiałe, ale niemniej to
przestępstwo. Skazany na galery albo walkę na arenie. Pokazy w porze
obiadowej.
Kiedy Juliusz Jahja zaczął czytać, Drust pomyślał, że będzie to
materiał, jaki zazwyczaj przygotowują Rzymianie, gdy państwo prześwietla
cię światłem swej pochodni. Ale to było coś zupełnie innego. To były
informacje, które znał Serwiliusz Structus i prawdopodobnie przekazał
pod presją albo przekupiony sporą ilością gotówki. A może był winien
zobowiązanie, z którego nie mógł się wymigać. Drust poczuł na plecach
lodowatą strużkę potu.
- Wyrok zmieniono - powiedział Juliusz Jahja i z zadumą spojrzał prosto
na Kaga. - Najwyraźniej Serwiliusz Structus zobaczył coś w tobie i gdy
zacząłeś pracować z jego ogierami jako jeden z aurigatores, woźniców,
musiałeś zrobić na nim wrażenie. Co to było?
Kag nie odpowiedział, a Drust uświadomił sobie, że Jahja i tak zna
wszystkie szczegóły, więc Kag nie zamierzał grać w jego grę. Mężczyzna
nie wyglądał na rozczarowanego, chyba wręcz przeciwnie, ponieważ się
uśmiechał.
- Ekspert od koni, świetnie radziłeś sobie z bronią, więc wysłali cię do
ludus, szkoły gladiatorów. Piętnaście walk, dwanaście zwycięstw.
Przegrany, ale ułaskawiony, w końcu missus jest lepsze niż śmierć.
Studiowałeś filozofię i nauczyłeś się czytać, ale tylko dlatego, że twój
pan wynajął cię Acyliuszom. Podejrzewam, że strzegłeś młodego Marka
Acyliusza Glabrio. Musiałeś dopilnować, żeby gówniarz chodził na lekcje
i nie uciekał. Rzecz jasna, że nauczyłeś się więcej od niego. - Juliusz
Jahja podniósł głowę znad tabliczki i uśmiechnął się. - Może niezbyt
dużo, ale czegoś się nauczyłeś - dodał. - Siedziałeś tam i patrzyłeś,
jak chłopak marnuje swoją szansę. Podstawą istnienia każdego państwa
jest edukacja młodzieży.
Drust był przekonany, że tę ostatnią kwestię wypowiedział ktoś sławny.
Kag o tym wiedział, a Juliusz Jahja wiedział, że on wie; przygotował
więc strzałę i wypalił.
- Psy i filozofowie robią najwięcej dobrego i dostają najmarniejszą
nagrodę.
- Nazywają mnie psem, bo łaszę się do tych, którzy rzucą mi jakiś ochłap
- wyrecytował Jahja. - Warczę na tych, którzy nic nie dają, i gryzę
szubrawców.
- W domu bogatego człowieka jest tylko jedno miejsce, w które można
napluć - powiedział spokojnie Kag. - Jego twarz.
Juliusz Jahja uśmiechnął się swobodnie, w przyćmionym świetle
połyskiwały jego białe zęby.
- Diogenes z Synopy - wyjaśnił Drustowi z nutką dydaktyzmu w głosie,
jakby pouczał dziecko.
- Mylisz mnie z kimś, kto ma wszystko w dupie - odparł Drust.
Juliusz Jahja po raz pierwszy zmarszczył brwi.
- Drususie Serwiliuszu znany jako Drust. Pochodzisz z Kaledonii i zostałeś wzięty do niewoli trzydzieści lat temu.Oczywiście jako dziecko.
To niespotykane, że przeżyłeś tak długo, by w końcu zostać kupionym
przez Serwiliusza Structusa, więc zapewne jesteś naznaczony przez bogów.
Twoja matka umarła, gdy miałeś dziewięć lat. Pracowałeś u Serwiliusza
Structusa przy przeładunku piasku, a gdy dorosłeś, trafiłeś do szkoły
gladiatorów. Walczyłeś osiem razy, sześć porażek, dwa zwycięstwa. -
Zamilkł. - Nie jesteś wysoko w rankingu - podjął po chwili. -
Prowincjonalne areny i występy dla turystów. Prawdopodobnie walki na
forum, najważniejszym miejscu na każdym zadupiu, które nie posiada
amfiteatru. Niemniej z takim życiorysem już dawno powinieneś być martwy.
Słyszałem, że pozwalano ci przeżyć, bo zawsze dobrze udawałeś.
Drust pomyślał, że ludzie mają złe wyobrażenie o gladiatorach - myślą,
że jeśli nie wygrają, kończą martwi. A ponieważ wyszkolenie i utrzymanie
gladiatora, który walczył trzy albo cztery razy w roku, było bardzo
kosztowne, tak naprawdę walka kończyła się jego śmiercią jedynie przez
przypadek. Chyba że organizator igrzysk zapłacił za śmierć danego
wojownika albo walka była mało widowiskowa i przegrał.
Walki Drusta zawsze były widowiskowe i walczył tylko na prowincjonalnych
arenach, a może nawet na zakurzonych forach, którymi zarządzali radni
miejscy zatroskani tym, by wydać jak najmniej pieniędzy, więc nie mogli
sobie pozwolić na śmierć gladiatora. Ale Drust zawsze odgrywał rolę
bohatera w pieczołowicie zainscenizowanych walkach i uchodziło mu to na
sucho przez cztery lata.
Nie skomentował tego, tylko wzruszył ramionami.
- Nie wszyscy jesteśmy Spartakusami - rzucił po chwili.
- Ocaliłeś życie swojemu laniście, kiedy pewnej nocy towarzyszyłeś mu na
ulicach miasta. Pokonałeś z tuzin zbirów. A jednego zabiłeś drewnianą
maczugą.
- Jeśli trafisz w odpowiednie miejsce, zabijesz gościa łyżką - odparł
spokojnie Drust. - Źle odczytujesz informacje z tej swojej tabliczki i omijasz najważniejsze wiadomości. Ani ja go nie zabiłem, ani on nie był
zbirem, lecz gladiatorem z innej szkoły i został wynajęty, by dokonać
tej napaści. I nie było tuzina wojowników, tylko kilku. I nie był to też
lanista, lecz Serwiliusz Structus, który był naszym właścicielem.
Lanista jest trenerem, a ten nasz był wrzodem na dupie i nazywał się
Sofon. Nie odlałbym się na niego, nawet gdyby się palił.
Przypomniał sobie szeroko uśmiechniętą twarz młodego cesarza, jego
śmiech, uniesiony palec i zawołanie missio, prośbę o ułaskawienie,
zaledwie chwilę po tym, gdy próbował zabić Drusta nagim mieczem.
Karakalla wiedział, że to Serwiliusz Structus, więc wystawił paru
godnych wojowników, by się upewnić, że grubas będzie cierpiał. Pozostało
tajemnicą, dlaczego doszło do tej napaści, ale mogła to być jedynie
szczeniacka zachcianka uprzywilejowanego młodzieńca, który miał ochotę
kogoś skrzywdzić.
Serwiliusz Structus zbył wówczas wzruszeniem ramion wszystkie pytania
Drusta, chociaż zbladł i pokrył się potem. Powiedział, że to stara
sprawa i że nie ma się czym przejmować. Dodał również, że będzie
najlepiej, jeśli Drust na jakiś czas wyjedzie z Rzymu.
Dla Drusta to był szok, podobnie jak wtedy, gdy stary grubas pchnął w jego stronę rudis, drewniany miecz ćwiczebny, owinięty w akt
wyzwolenia niewolnika. Widok tego prostego, wygrawerowanego drewnianego
ostrza był takim wstrząsem jak skok do lodowatego oceanu, więc pozbawił
go tchu; w jednej chwili, w okamgnieniu Drust przestał być niewolnikiem
i stał się wolnym człowiekiem.
Pamiętał, że wolność była cierpkim owocem. Niewolnik, który walczy na
arenie, ma zapewnione cztery posiłki dziennie, kwaterę, opiekę medyczną,
a jeśli jest gladiatorem, może skorzystać z usług dziwek, sprowadzanych
przez Serwiliusza Structusa, by zaspokajały żądze, często zwyrodniałe,
ludzi wysokiego stanu, którzy na seksie znali się przecież najlepiej.
Nowy wyzwoleniec, Drusus Serwiliusz, musiał zapewnić sobie to wszystko
całkiem sam, a jedynym sposobem, żeby zarobić, była dalsza służba dla
Serwiliusza Structusa za marne pieniądze, które i tak oznaczały
niewolniczą pracę. Drust szybko zdał sobie sprawę, że jedyna różnica
polegała na tym, że znalazł się poza piaskownią i powierzano mu
transportowanie bardziej wartościowych ładunków jak najdalej od Rzymu i zainteresowania rozdrażnionego młodego cesarza. Na przykład rydwanów,
koni i drugorzędnych wojowników na prowincjonalne spectacula; wywóz
ogierów do Afryki i przywóz zbóż i specjalnego białego piasku do
amfiteatru Flawiuszów w Rzymie. Te zajęcia sprawiały, że Drust i inni
spędzali sporo czasu poza miastem. Kiedy wrócili, zostali wezwani do
świadczenia innych usług, w tym bolesnych i krwawych, oraz wysłuchiwania
błagań ofiar.
Jako wolny człowiek dowiedział się również, że byli niewolnicy są
szumowinami. Już od dawna zdawał sobie sprawę, że tyczy się to także
gladiatorów, którzy stali na drabinie społecznej stopień niżej niż
dziwki. Drust pomyślał, że w sumie jest to zgodne z prawdą. Jeden żyje
dzięki temu, że w czymś tkwi, a inny dlatego, że tego unika. Dwie różne
strony tej samej monety. Kiedyś myślał, że gdy pozostawi tamto życie i zostanie wyzwoleńcem, awansuje w hierarchii. Ale tak się nie stało;
ludzie znali prawdę, wiedzieli, kim jest, a chowanie dłoni naznaczonych
piętnem niewolnika w tunice nawet w najgorętsze dni, jeszcze bardziej go
wyróżniało.
- Teraz stoisz na czele tak zwanych Braci Areny - ciągnął Juliusz Jahja.
- Należy do nich również twój kompan, siedzący tutaj filozof ze stajni.
Jak mawia Heraklit: "W każdej chwili stajesz się tym, co wybierasz, co
myślisz i co robisz".
- Pierdol się - rzucił Kag.
Drust miał wrażenie, że człowiek stojący za Jahją odrobinę się skurczył,
jakby zbierał siły. Chciał coś powiedzieć, położyć dłoń na ramieniu
Kaga, ale się nie poruszył ani nie odezwał.
- Jesteśmy procuratores po procuratores dromii - dodał Kag.
Zapadło milczenie, a potem Juliusz Jahja zachichotał i pokiwał głową.
Procuratores dromii podczas wyścigów rydwanów zbierali szczątki
wraków, rozczłonkowane ciała, wyciągali martwych i krzyczących, połamane
konie, rozsypywali świeży piasek, który wchłaniał krew, a potem wszystko
zagrabiali, by widowisko mogło dalej trwać. To była niebezpieczna,
niedoceniana i słabo płatna praca - Serwiliusz Structus nazwał ich
procuratores dla żartu. A między sobą nazywali się Braćmi Areny.
- Sibanus Serwiliusz - ciągnął Jahja. - Dziwne imię, ale to Garamant,
Mauro. Był woźnicą u waszego byłego pana. Widzę, że trzydzieści sześć
razy brał udział w wyścigach, wygrał dziewiętnaście razy, dwanaście razy
był drugi, zdeklasował całą resztę. Wydaje się też, że jest w waszej
małej grupie kimś w rodzaju zwiadowcy.
Drust tylko się na niego gapił. Mauro - Maur, zwęglony - tak Rzymianie
szyderczo nazywali każdego, kto miał ciemniejszą skórę, chociaż w obecnych czasach trochę to przycichło, ponieważ cesarz był bardziej
ciemny niż jasny, a jego synowie mieli tylko odrobinę jaśniejszą skórę.
Sib był zwinny, a w nocy niewidzialny, dopóki się nie uśmiechnął. Ale
nie uśmiechał się często i wcale nie był Garamantem; nie pochodził z Afryki Północnej, ale z głębszego południa, z dalekiej pustyni.
- Pustynny jeździec - potwierdził Juliusz Jahja i westchnął. - Rzućcie
stąd kamieniem w którymkolwiek kierunku, a traficie w pół tuzina takich
jak on. Dzięki zbawiennej łasce bogów został pojmany i wcielony do armii
Serwiliusza Structusa, który najwyraźniej ma oko do talentów. W innym
przypadku byłby kolejnym młodym człowiekiem, który stracił życie.
- Za to teraz wykrwawia się dla cesarstwa - powiedział spokojnie Kag.
- Cesarstwo ocaliło mu życie - odparł Jahja pozornie bez złośliwości. -
Zgarnęło go, gdy ekipa z Tingisu chciała go ukrzyżować. Jak zapewne
wiecie, oni tam się z nikim nie cackają, bo ich rozrywki są o wiele
okrutniejsze i kończą się śmiercią.
Oczywiście, że wiedzieli. Wiedzieli też o innych, których Juliusz Jahja
miał na swojej liście. Maniusz Serwiliusz, człowiek pozornie życzliwy i dobry niczym kapłan Ceres, bogini urodzaju, który zaprasza wiernych na
święto plonów, mrużący oczy przy uśmiechu, ukazując równe zęby, lekko
pożółkłe od jakiejś mieszanki ze Wschodu - żuł ją, gdy tylko zdołał ją
zdobyć.
Maniusz Serwiliusz mógł cię powitać silnym uściskiem jednej dłoni, a drugą kręcić zabójczym sztyletem sicarii, zakrzywionym srebrem
śmiercionośnego judejskiego ostrza, który był dla niego tym samym co ząb
jadowy dla węża. Potrafił poruszać się bezszelestnie i zabijać bez
żadnych skrupułów. Był złym człowiekiem, który najpierw cię upatrzył, a potem mierzył do ciebie kolczastą strzałą osadzoną w naciągniętej
cięciwie łuku.
On również pochodził z nieokreślonego miejsca na pustyni. Sib miał się
przed nim na baczności, widział w nim mrok i demony, ale Maniusz o to
nie dbał. Wylądował w Ludus Ferrata, Żelaznej Szkole Gladiatorskiej
Serwiliusza Structusa - walczył szesnaście razy i wszystkie pojedynki
wygrał, ale został uwolniony dzięki pracy z Drustem, kiedy realizowali
mniej akceptowalne moralnie zadania, które Serwiliusz Structus miał w swojej ofercie.
Ugo był prawdziwym mistrzem we władaniu długim toporem, miał mocny,
krępy korpus i płowe włosy; według zapisków pochodził z Germanii, ale
tak naprawdę był Fryzem. Żadna z tych nazw nic dla niego nie znaczyła.
Nie przywiązywał też wagi do nazwy plemienia, z którego pochodził, ani
do broni, którą walczył na arenie - był to wielki, pancerny wojownik,
hoplomachus - a topór stanowił część tego, kim naprawdę był. A był
człowiekiem groźnym, sprzedajnym i rządził na swojej ziemi, przynajmniej
tak twierdził. Potrafił słuchać rozkazów, samodzielnie myśleć i nigdy
nie miał pieniędzy.
Kwintus Serwiliusz był odważny i bezkompromisowy. Uśmiech nie schodził
mu z twarzy. Był wszędzie, robił wszystko i miał specyficzne poczucie
humoru wyostrzone ekstremalnymi doświadczeniami życiowymi aż do granic
absurdu, w którym mieściło się szaleństwo, ale i też zadziwiająca
dobrotliwość granicząca z głupotą. Walczył jako retiarius, z siecią
rybacką i trójzębem. To zadanie wymagało od niego szybkości, zręczności
i wyczucia czasu; był w tym doskonały, stoczył wiele walk w różnych
prowincjach, ale tłumy nie lubiły tego typu gladiatorów, ponieważ
występowali oni prawie nago, co było zbyt greckie. W szczególności
publiczność nienawidziła Kwintusa Serwiliusza, ponieważ nie ginął;
retiarius nosił lekki hełm bez osłony, a publika z lubością
obejrzałaby wyraz jego twarzy, gdyby ktoś zadał mu śmiertelny cios.
Drust pamiętał, jak podczas zakończonej fiaskiem walki ulicznej Kwintus
Serwiliusz wyłonił się z zaułka niczym ryczący huragan. Śmiał się wtedy
na cały głos, tak samo jak robił przy innych okazjach, gdy walczył w parze z pochodzącym z Galii Supremusem. Kiedy Supremus został powalony,
przeciągnięty po piasku i uderzony w głowę tak mocno, by nie było
wątpliwości, że umarł, to właśnie Kwintus zażądał ciała, a potem upewnił
się, że zostało umyte i właściwie pochowane. Dokonał tego gołymi rękami
z poobijanymi kostkami, niczego innego nie posiadał. I tylko on się tym
przejął.
Te wszystkie informacje były znane wyłącznie Braciom i Serwiliuszowi
Structusowi, więc Drust zaniepokoił się tym, że Juliusz Jahja, niewolnik
pachnący cynamonem i różami, też o tym wie. Jakby zostali obnażeni i wystawieni na sprzedaż.
Wszyscy byli procuratores, Braćmi Areny, mężczyznami, którzy znali
Drusta i siebie nawzajem. Łączyły ich wspomnienia potwornego strachu,
który przeżywali w ciemnych kryptach obskurnych amfiteatrów, i smak
smażonego koziego mięsa w dziwnych pustynnych przybytkach. Byli
mężczyznami, którzy walczyli ramię w ramię. Patrzyli, jak inni umierają,
pryskała na nich krew wojowników zmieszana z krwią tchórzy, sukinsynów i mętów wszelkiej maści, różnych kolorów i wyznań. Słuchali ostatnich słów
umierających i fałszywych westchnień miłosnego uniesienia.
Przeżyli jeden wspaniały, pełen chwały rok, kiedy zostali zmuszeni do
wędrówki z armią i cieszyli się rolą wyzwolicieli, wchodząc do wiosek i miasteczek wraz z uzbrojonymi żołnierzami z Legionu III Augusta, tłumiąc
po drodze rebelię. Rebelia nie miała nic wspólnego z Serwiliuszem
Structusem, który chciał tylko, by jego wielkie wozy toczyły się
bezpiecznie do Rzymu. Żołnierze myśleli, że jest w nich zboże
przeznaczone na pomoc żywieniową, ale okazało się, że to tylko piasek,
miękki i biały, przeznaczony do amfiteatru Flawiuszów, a Drust i inni
nieomal za niego zginęli.
Drust pamiętał, że uwolnili jeńców w oswobodzonym mieście, ukradli
wszystkie wartościowe przedmioty, jeśli nie były przytwierdzone na
stałe, i oddali władzę lokalnym przywódcom, a potem obserwowali, jak ci
wieszają "kolaborantów" na nadprożach ich własnych domów, gdzie się
kołysali i wyglądali jak dziwne tykwy.
Widzieli, jak ludzie, których znali, umierają mało chwalebną śmiercią.
Widzieli ludzi, których ostatnie słowa nie były zwrócone do cesarza ani
do kraju, lecz zazwyczaj brzmiały: "O kurwa" albo: "Nie pozwólcie, żeby
moja matka dowiedziała się, że się posrałem". Niektórzy musieli nawet
klękać w oczekiwaniu na śmiercionośne ostrze miecza i wsłuchiwać się w pożądliwe wycie tłumu.
Drust pomyślał, że w końcu człowiek zaczyna się wycofywać i że to jest
pierwszy znak. Wycofujesz się, jakby dystansowanie się mogło cokolwiek
ułatwić innym i tobie, kiedy nadejdzie na to czas. Nawet gdy jesteś
wyzwoleńcem. Wtedy zaczynasz dostawać łatwiejsze trasy, mniejsze
ładunki, a jedynym zagrożeniem jest to, że zarobisz kopa w dupę od
jakiegoś rozgorączkowanego złodziejaszka, który będzie próbował
błyskawicznie coś podprowadzić. Serwiliusz Structus wiedział o tym, tak
samo jak Drust wiedział wszystko o jego bogactwie. Wygląda na to, że
dotarli do końca i stracili ikrę.
Drust nie chciał już niczego bardziej absorbującego niż eskortowanie
wozów, a Juliusz Jahja wyczuł to niczym dobry wędkarz, który wie, w którym momencie może szarpnąć haczyk i złapać rybę, która niechętnie
połyka przynętę. Jahja znowu wyciągnął swą władczą rękę, w której
trzymał zwój. Rozwinął go, obrócił w ich stronę i lekko pchnął. Zwój
potoczył się ku nim, zatrzymując się na pieczęci. Był biały jak młoda
owca, a pieczęć wyglądała na nim jak kropla świeżej krwi.
- Oto list nadający władzę, której mógłby pozazdrościć niejeden legat -
powiedział. - Pomoże wam pokonać każdą przeszkodę, na której w przeciwnym razie mogliby was zatrzymać cesarscy urzędnicy.
Drust tylko patrzył. Po chwili Jahja poruszył ręką i z uśmiechem
ponownie zrobił sztuczkę ze zwojem.
- A zatem, drodzy Serwiliusze, swoją drogą co za dziwne braterstwo,
niedługo będziecie bogatsi od bogów. To jest umowa. Podpiszcie ją albo
zróbcie jakiś znak. Po jej zrealizowaniu będziecie żyć w dostatku przez
pięć lat. Albo w absurdalnym luksusie przez rok. - Jego uśmiech stał się
nagle bardziej oficjalny. - Oczywiście z pieniędzy nie ma żadnego
pożytku, jeśli nie macie prawa posiadać nawet tego, na czym siedzicie.
Drust gwałtownie odetchnął. Wyzwoleńcy mieli dużo praw, ale w tym było
coś więcej...
- Oferujesz nam obywatelstwo? - zapytał, a Juliusz Jahja pokiwał głową.
Wtedy Kag się roześmiał, a Jahja szarpnął głową; przez chwilę jego
elegancka maska opadła i odsłoniła dzikie oblicze.
- Gardzicie obywatelstwem?
Kag wzruszył ramionami.
- A co ja na tym zyskam? - zapytał. - Od czasów Nerona nawet niewolnik
może wnieść pozew do sądu, a ci, którzy mają pieniądze, mogą nawet
wręczyć łapówkę, by bronić swoich praw. Uczyń mnie obywatelem, a będę
mógł głosować. Oczywiście jeżeli będzie mnie stać na podróż do miasta,
bo trzeba to robić osobiście. Mogę też zostać jednym z honestiores i należeć do klasy uprzywilejowanej lub jednym z humilores i znaleźć się
w stanie niższym. Tak czy owak, to bez znaczenia, bo bez względu na to,
czy trafię do elity czy do mętów społecznych, prawo tego nie rozróżnia.
Obaj jesteśmy tacy sami: nieistotni, ponieważ nie mamy nic do gadania w sprawach państwowych. Cesarz rządzi, jak chce.
Juliusza Jahję zatkało, a Drust miał ochotę głośno krzyknąć z radości,
że Kag przywalił mu na tyle mocno, że aż odebrało mu głos. Drust jednak
nie krzyknął, tylko zaczął się wiercić; zostanie obywatelem Rzymu dla
niektórych było nagrodą, chociaż już nie taką jak kiedyś.
- Lepsze to niż bycie tylko wyzwoleńcem - wydusił w końcu Jahja
ochryple, ale musiał się bardzo starać, żeby kontrolować rozżalenie w swoim głosie. - Albo niewolnikiem.
- Tobie może się to wydawać nęcące, bo sam jesteś niewolnikiem - rzekł
Drust. - Tak samo myśleliśmy kiedyś o byciu wyzwoleńcami, ale nigdy nie
chcieliśmy zostać obywatelami. Całkowicie wystarczą nam pieniądze z tej
umowy. A jeśli uczynią nas, jak mówisz, bogatszymi od bogów, wtedy jako
wyzwoleniec będę mógł kupić sobie ciebie.
Zapadła absolutna, przenikliwa cisza; nienawiść buchała z Juliusza Jahji
niczym ogień z paleniska.
Drust pochylił się i wyciągnął w jego stronę obie ręce.
- Niewolnika kupuje się w całości - powiedział. - Ze wszystkim, co ma i kim jest. Jeśli właściciel sobie życzy, niewolnik musi mu oddać
wszystko, każdą chwilę, nawet swoje marzenia. Każdy dzień jego pracy
należy do właściciela, a jego życie zazwyczaj jest ciężkie. Kiedy wiek
zabiera niewolnikowi siły, właściciel pozbywa się go, a na jego miejsce
kupuje młodszego. Bez względu na to, co jest teraz, ten znak pozostanie
na zawsze, chyba że stracę dłonie - powiedział.
Juliusz Jahja spojrzał na jego knykcie. Na każdym widniała jedna brzydka
litera: E.S.S.S. Drust zauważył, że Jahja lekko drgnął i uniósł prawą
rękę do lewego ramienia; tam miał własny znak, dyskretny i ukryty,
ponieważ był wysoko cenionym niewolnikiem; Drust się uśmiechnął.
- Ego sum servus Servilius - wyrecytował. - Każdy gladiator ma takie
lub podobne znaki. Tatuują nam je na dłoniach, żebyśmy nie mogli ich
ukryć, ponieważ jesteśmy niewolnikami areny, po dwakroć przeklętymi
przez społeczeństwo. - Drust położył ręce na stole i spojrzał na nie. -
Tak właśnie skonstruowany jest niewolnik: bez pochodzenia, bez
wychowania, bez Nony i jej sióstr Parek, prządek ludzkiego losu. Jeden
funt kory egipskiej sosny, dwie uncje skorodowanego brązu, dwie uncje
złości, jedna uncja jadu. Dodaj do tego jeszcze ból i wstyd, jeśli
chcesz. Zmieszaj wszystko i przesiej, przemyj knykcie sokiem z pora i wykłuwaj wzór ostro zakończonym drutem, aż pojawi się krew. Potem
wetrzyj atrament. Gotowe. - Drust utkwił spojrzenie w iskrzących się
oczach Juliusza Jahji. - Ale przecież ty wiesz o tym wszystkim. Bez
względu na to, jak będziemy sprytni, ty, Kag i ja, nigdy nie będziemy w stanie ukryć tego, kim naprawdę jesteśmy, prawda? Stajesz się cenny,
inwestują w ciebie więcej pieniędzy niż przeciętny kupiec w swoje
dzieci. I chociaż nie jesteś wolny, możesz zażądać więcej niż rybak
zarzucający sieci o świcie albo nosiciel lektyki, który dźwiga podobnych
Serwiliuszowi Structusowi z Subury. Możesz zażądać więcej niż my,
wyzwoleńcy, ciągle naznaczeni niewolnictwem, którzy teraz siedzimy przed
tobą, i jeśli postawimy znak na tym dokumencie, będziemy musieli
spełniać kaprysy tego samego Serwiliusza Structusa oraz twojego patrona.
- Drust rozsiadł się wygodniej i ciągnął: - Wyzwoleniec staje się
niezależny i musi radzić sobie sam. Każdy chce tylko tego, żeby ktoś go
docenił, bez względu na to, czy jest obywatelem, czy nie. A co mi z tego
obywatelstwa, skoro ciągle muszę ukrywać ręce w tunice?
- To filozofia homo novus, parweniusza - warknął Jahja.
- Nikt nie wyskakuje z głowy Jowisza w pełni ukształtowany - odparował
Kag. - Wszyscy jesteśmy "nowymi ludźmi".
- A co dalej? - zapytał oburzony Jahja. - Legiony dowodzone przez
generałów z Germanii, żołnierze z włosami długimi do ramion? Do tego ma
dojść?
- I Rzym rządzony przez Maura z Afryki? - zasugerował delikatnie Kag.
Jahja tylko pokręcił głową. Zdobył się nawet na uśmiech, a potem
przesunął zwoje w ich kierunku.
- Tak czy inaczej to zmieni wasze życie - powiedział.
Drust spojrzał w przestrzeń. Czuł, że Kag patrzy na niego, ale nie miał
odwagi odwzajemnić jego spojrzenia. Zmieni życie...
- Mógłbym jeszcze dodać, że wasz patron, Serwiliusz Structus, również
zasługuje na swoje wynagrodzenie w związku z tym przedsięwzięciem -
kontynuował Juliusz Jahja.
- Och, zatem w porządku - rzucił lakonicznie Kag ochrypłym głosem.
A więc nie ma już odwołania, pomyślał Drust. Tak właśnie powiedział
Serwiliusz, gdy zawiadamiał ich, że mają się spotkać z Juliuszem Jahją:
róbcie to, co wam powie, bez żadnych zastrzeżeń. Żegnajcie. Nie
spodziewam się, że jeszcze się kiedyś spotkamy.
Wynajął nas, pomyślał wówczas Drust. Jak ogiery po swoim najlepszym
sezonie. A teraz mamy się dymać; nie zostaliśmy wynajęci, zostaliśmy
sprzedani.
Juliusz Jahja chyba się domyślał, o czym myśli Drust, więc się
uśmiechnął.
- Musimy ćwiczyć się w tym, co nas uszczęśliwia, ponieważ jeśli to się
nam przydarzy, będziemy mieć już wszystko. Jeśli nie, będziemy musieli
skoncentrować nasze działania na tym, by to osiągnąć - powiedział.
Kag wzruszył niepewnie ramionami.
- Jeśli życie człowieka jest cokolwiek warte, to tylko wtedy, gdy osiąga
się stan pięknej duszy. Jeśli zdołałeś ją zobaczyć, już nigdy nie
zwiedzie cię urok złota, ubrań i urodziwych chłopców, ponieważ nie
będzie ci zależeć na zewnętrznym pięknie, które kiedyś zapierało ci dech
- powiedział.
- Aplaudo - odparł Juliusz Jahja ze szczerym zachwytem.
Drust był już zmęczony tą ich ogniową wymianą myśli filozoficznych, bo
zawsze jacyś niewinni mimowolni świadkowie obrywali rykoszetem. Poza tym
czuł się ignorowany, jakby znalazł się w pomieszczeniu z dwoma
kochankami, ale nie dbał o to; zbyt dużo było na szali i zbyt wiele
niewiadomych, żeby się w to bawić.
- Cóż, zatem wszyscy staniemy się dobrymi i bogatymi obywatelami -
powiedział szorstko. - Jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy. A boję
się być szczęśliwy, bo kiedy tak się czuję, to za każdym razem wydarza
się coś złego. Kiedyś zobaczyłem taki napis na ścianie Forum.
Hałas był w równej mierze wstrząsający, jak zaskakujący; nawet Juliusz
Jahja był zdezorientowany. Wszyscy się obrócili i spojrzeli na Werusa,
cichego, stojącego w cieniu mężczyznę, który śmiał się na cały głos.
- Co musimy zatem zrobić, żeby zasłużyć na to szczęście? - zapytał
Drust, gdy już zapadła cisza.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki