Bratanek Wittgensteina. Przyjaźń
W roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym siódmym na wzgórzu
Baumgartner jedna z niezmordowanie aktywnych sióstr zakonnych w tamtejszym pawilonie Hermann położyła na moim łóżku dopiero co wydane
Zaburzenie, które napisałem rok wcześniej w Brukseli przy rue de la
croix 60, byłem jednak za słaby, żeby wziąć książkę do ręki, parę minut
wcześniej obudziłem się bowiem z wielogodzinnej narkozy, w którą
wprowadzili mnie ci sami lekarze, którzy rozcięli mi gardło, aby z klatki piersiowej operacyjnie usunąć guz wielkości pięści. Pamiętam,
było to w czasie wojny sześciodniowej, a w następstwie przeprowadzonej
na mnie bez pardonu terapii kortyzonowej wytworzyło się u mnie, zgodnie
z życzeniem lekarzy, tak zwane księżycowe oblicze. Owo księżycowe
oblicze lekarze komentowali w czasie obchodu na swój dowcipny sposób, co
nawet mnie, któremu, według ich własnych przewidywań, pozostało
zaledwie parę tygodni, w najlepszym razie miesięcy życia, przyprawiało
o śmiech. W pawilonie Hermann było na parterze tylko siedem sal, jakichś
trzynastu, czternastu pacjentów czekało w nich już wyłącznie tylko na
śmierć. W szpitalnych szlafrokach człapali tam i z powrotem po
korytarzu, by pewnego dnia odejść bezpowrotnie. Raz w tygodniu pojawiał
się w pawilonie Hermann osławiony profesor Salzer, największy autorytet
w dziedzinie chirurgii płucnej, zawsze w białych rękawiczkach, krokiem
napawającym niesłychanym szacunkiem wchodził otoczony chmarą sióstr
zakonnych, które go, mężczyznę nadzwyczaj postawnego i niezwykle
eleganckiego, niemal bezszelestnie wprowadzały na salę operacyjną. Ów
osławiony profesor Salzer, któremu dawali się operować pacjenci
pierwszej klasy, ponieważ gotowi byli postawić wszystko na jego sławę
(co do mnie, to dałem się operować starszemu lekarzowi oddziałowemu,
krępemu synowi wieśniaka z Waldviertel), był wujem mojego przyjaciela
Paula, bratanka filozofa, którego Tractatus logico-philosophicus znany
jest dziś całemu światu naukowemu, a jeszcze bardziej pseudonaukowemu, i akurat wtedy, gdy ja leżałem w pawilonie Hermann, mój przyjaciel Paul
leżał jakieś dwieście metrów dalej, w pawilonie Ludwig, nienależącym
wszakże, tak jak pawilon Hermann, do oddziału płucnego, a tym samym do
tak zwanego wzgórza Baumgartner, tylko do zakładu dla obłąkanych, Am
Steinhof. Na Wilhelminenbergu, terenach rozciągających się na olbrzymim
obszarze w zachodniej części Wiednia, od dziesiątków lat podzielonych na
dwie części, jedną dla chorych na płuca, określaną w skrócie jako
wzgórze Baumgartner, która była moją domeną, drugą dla umysłowo
chorych, znaną w świecie jako Am Steinhof, pawilony nazywane są
męskimi imionami. Już sama myśl, że mój przyjaciel Paul przebywa akurat
w pawilonie Ludwig, zakrawała na groteskę. Na widok profesora Salzera,
który nie oglądając się na nic, walił prosto na salę operacyjną, za
każdym razem przychodziły mi na myśl słowa mojego przyjaciela, który
swego wuja nazywał na zmianę geniuszem lub mordercą, więc widząc tego
profesora, czy to wchodził na salę operacyjną, czy z niej wychodził,
myślałem, czy to geniusz wchodzi, czy też morderca, czy to morderca
wychodzi, czy też geniusz. Niezmiernie mnie fascynowała ta światowa
sława medyczna. Wprawdzie jeszcze nim trafiłem do pawilonu Hermann,
który po dziś dzień przeznaczony jest wyłącznie do chirurgii płucnej, a specjalizuje się przede wszystkim w tak zwanej chirurgii płucnej
rakowej, widziałem wielu lekarzy i wszystkich tych lekarzy
studiowałem, bo weszło mi to już w nawyk, jednakże wszystkich tych
lekarzy usunął w cień profesor Salzer już w momencie, kiedy go po raz
pierwszy zobaczyłem. Jego genialność pozostawała dla mnie w każdym
względzie absolutnie nieprzenikniona, dla mnie składał się on wyłącznie
z tego, co, obserwując go, w nim podziwiałem, oraz tego, co o nim ludzie
mówili. Profesor Salzer był ponoć, również w opinii mojego przyjaciela
Paula, przez wiele lat istnym cudotwórcą - pacjenci, którym nie dawano
najmniejszych szans, przeżywali jakoby o dziesiątki lat Salzerowską
operację, inni znowu, i to też wciąż powtarzał mój przyjaciel, na skutek
nagłego a nieprzewidzianego załamania pogody umierali pod nerwowym
nagle nożem. Mniejsza o to. Nie pozwoliłem się operować owemu
profesorowi Salzerowi, będącemu faktycznie światową sławą, a do tego
jeszcze wujem mego przyjaciela Paula, właśnie dlatego, iż niesłychanie
mnie on fascynował, a także dlatego, iż jego absolutna światowa sława
napawała mnie jedynie śmiertelnym lękiem, którym owładnięty, i w końcu
również za sprawą tego, co opowiedział mi o swoim wuju Salzerze mój
przyjaciel Paul, opowiedziałem się za starszym lekarzem oddziałowym,
poczciwcem z Waldviertel, przeciw autorytetowi z pierwszej stołecznej
dzielnicy. W ciągu pierwszych tygodni pobytu w pawilonie Hermann
zaobserwowałem również niejeden raz, iż właśnie tych pacjentów, którzy
operacji nie przeżywali, operował profesor Salzer i chociaż dla
światowej sławy był to tylko być może niefortunny okres, ja jednak, ze
strachu, naturalną koleją rzeczy, opowiedziałem się za starszym lekarzem
z Waldviertel, co z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się szczęśliwym
zrządzeniem losu. Takie spekulacje są jednak bezcelowe. W czasie, kiedy
nawet ja, przynajmniej raz w tygodniu, widywałem profesora Salzera,
choćby nawet początkowo przez szparę w drzwiach, mój przyjaciel Paul, a profesor Salzer był przecież jego wujem, w ciągu wielu miesięcy pobytu w pawilonie Ludwig nie widział go ani razu, choć wiadomo mi, że profesor
Salzer wiedział, iż jego siostrzeńca umieszczono w pawilonie Ludwig i z łatwością mógł przecież przejść tych parę kroków z pawilonu Hermann do
pawilonu Ludwig. Nie jest mi wiadomo, z jakich powodów profesor Salzer
powstrzymywał się przed odwiedzeniem swego siostrzeńca Paula, być może i ważkich, ale może jedynie wygodnictwo przeszkodziło mu w odwiedzeniu
siostrzeńca, którego, w czasie gdy ja po raz pierwszy leżałem w pawilonie Hermann, już wielokrotnie umieszczano w pawilonie Ludwig. W ciągu ostatnich dwudziestu lat życia co najmniej dwa razy na rok, za
każdym razem bez uprzedzenia i zawsze w najbardziej przerażających
okolicznościach, mojego przyjaciela Paula trzeba było umieszczać w zakładzie dla obłąkanych Am Steinhof, a z biegiem lat, w coraz
krótszych odstępach czasu, coraz częściej również w tak zwanym szpitalu
Wagnera-Jauregga w pobliżu Linzu, gdy atak zaskakiwał go w Górnej
Austrii, niedaleko jeziora Traunsee, gdzie Paul urodził się i wychował i gdzie aż do śmierci posiadał prawo zamieszkiwania w starej, wiejskiej
posiadłości Wittgensteinów. Choroba umysłowa, którą mamy prawo określić
jedynie jako tak zwaną chorobę umysłową, wystąpiła u niego bardzo
wcześnie, mniej więcej w trzydziestym piątym roku życia. Opowiadał o tym
skąpo, lecz ze wszystkiego, czego się od niego dowiedziałem, nietrudno
wyrobić sobie pogląd na temat źródła tej tak zwanej choroby umysłowej.
Już w dziecku Paulu tkwiła ta tak zwana choroba umysłowa, której zresztą
nigdy dokładnie nie sklasyfikowano. Już noworodek narodził się umysłowo
chory, z tą tak zwaną chorobą umysłową, która opanowała już Paula na
całe życie. Aż do śmierci żył z tą swoją tak zwaną chorobą umysłową w najoczywistszy sposób, tak jak inni żyją bez takiej choroby umysłowej.
Wobec tej jego tak zwanej choroby umysłowej w najbardziej deprymujący
sposób ujawniła się bezradność lekarzy i nauk medycznych. Owa medyczna
bezradność lekarzy i ich nauk wymyślała coraz bardziej kuriozalne
określenia tej tak zwanej choroby umysłowej Paula, naturalną koleją
rzeczy żadne z nich nie było jednak właściwe, w swojej bezmyślności i konfuzji lekarze nie byli do tego zdolni, wszystkie ich próby określenia
tej tak zwanej choroby umysłowej mojego przyjaciela okazywały się
fałszywe, wręcz absurdalne, a każde z nich w najhaniebniejszy, a zarazem
deprymujący sposób unieważniało i znosiło poprzednie. Tak zwani lekarze
psychiatrzy określali chorobę mojego przyjaciela raz tak, raz inaczej,
nigdy nie starczało im jednak odwagi, by przyznać, że na tę chorobę,
jak zresztą i na każdą inną, nie ma żadnego prawdziwego określenia, lecz
jedynie tylko fałszywe, jedynie tylko wprowadzające w błąd, gdyż
koniec końców tak ci, jak i wszyscy inni lekarze ułatwiali sobie życie,
podając coraz to nowe fałszywe określenie choroby, po prostu dla
własnego komfortu, ale koniec końców zbrodniczo. Co chwila padało słowo
maniakalny, co chwila słowo depresyjny, w każdym wypadku zawsze
fałszywe. Lekarze co chwila próbowali uciekać (jak wszyscy inni
lekarze!) w inne uczone słowo, aby siebie (no bo nie pacjentów!) chronić
i asekurować. Jak wszyscy inni lekarze, również ci, którzy zajęli się
Paulem, obwarowali się łaciną, z której wznosili między sobą a pacjentami niezdobyte, nieprzeniknione mury obronne, jak zresztą od
stuleci ich poprzednicy, po to tylko, by zatuszować brak kompetencji i otoczyć zasłoną mgły własną szarlatanerię. Jak murem, wprawdzie
niewidocznym, lecz przecież bardziej nieprzeniknionym niż jakikolwiek
inny, lekarze odgradzają się od swoich ofiar łaciną, i to od razu, już
na samym początku leczenia, którego metody, jak wiadomo, muszą w każdym
wypadku okazać się nieludzkie, zabójcze i śmiertelne. Psychiatra to
najmniej kompetentny lekarz, bliższy zawsze zabójstwa z lubieżności niż
swojej nauki. Przez całe życie nic nie napawało mnie większym lękiem niż
to, że wpadnę w szpony lekarzy psychiatrów, w porównaniu z którymi
wszyscy inni lekarze, bo zawsze przecież każdy lekarz sprowadza na
pacjenta chorobę, są znacznie mniej niebezpieczni, psychiatrzy bowiem w naszym obecnym społeczeństwie to państwo w państwie, są praktycznie
nietykalni, a ponieważ miałem możność przebadać ich metody, przez tyle
lat bez skrupułów stosowane na moim przyjacielu Paulu, tym bardziej się
bałem. Lekarz psychiatra to faktycznie demon naszych czasów. Za naszymi
plecami, bezczelnie i absolutnie bezkarnie, psychiatrzy uprawiają swój
niecny proceder, nic sobie nie robiąc z prawa czy sumienia. Gdy stan
mego zdrowia poprawił się na tyle, iż mogłem już podnieść się z łóżka i najpierw podejść do okna, a w końcu także wyjść na korytarz i, jak
wszyscy pozostali zdolni do chodzenia kandydaci na śmierć, chodzić po
tym korytarzu z jednego końca pawilonu na drugi i z powrotem, i gdy w końcu byłem już nawet w stanie pewnego dnia wyjść z pawilonu Hermann,
podjąłem próbę dotarcia do pawilonu Ludwig. Jednakże mocno przeceniłem
własne siły i już koło pawilonu Ernst musiałem przystanąć. Musiałem
usiąść na przyśrubowanej do muru ławce i uspokoić się na tyle
przynajmniej, żeby móc dojść o własnych siłach do pawilonu Hermann.
Jeżeli pacjent całymi tygodniami, a nawet miesiącami leży w łóżku,
zawsze całkowicie przecenia swoje siły i kiedy może wreszcie wstać,
bierze na siebie po prostu zbyt wiele, w następstwie czego, przez własną
głupotę, wraca na dalsze tygodnie do łóżka, wielu spośród tych, którym
dzięki operacji udało się ujść śmierci, znajduje ją właśnie w takich
raptownych eskapadach. Chociaż jestem chorym o wielkim stażu i całe
życie przyszło mi żyć z ciężkimi i najcięższymi, a wreszcie nawet z tak
zwanymi nieuleczalnymi chorobami, i tak wciąż na nowo popadałem w chorobowy dyletantyzm i popełniałem wiele głupstw, niewybaczalnych.
Najpierw kilka kroków, cztery, pięć, następnie dziesięć, jedenaście,
potem trzynaście, czternaście, wreszcie dwadzieścia, trzydzieści, tak
powinien postępować chory, a nie wstawać i od razu wyprawiać się dokąd
tylko nogi poniosą, najczęściej bowiem równa się to śmierci. Jednakże
chory, całymi miesiącami zamknięty, cały czas w ciągu tych miesięcy chce
wyjść na zewnątrz, i nie może się doczekać chwili, gdy będzie mu wolno
opuścić salę szpitalną i, naturalną koleją rzeczy, nie zadowoli się
paroma krokami po korytarzu, nie, tylko wychodzi na zewnątrz i sam się
zabija. Tak właśnie umiera wielu, z powodu zbyt wczesnego wyjścia, a nie
dlatego, że zawiodła sztuka lekarska. Wszystko można lekarzom zarzucić,
w gruncie rzeczy jednak oczywiście chcą oni przecież tylko poprawy
zdrowia pacjenta, choćby byli nie wiem jak indolentni, ba, pozbawieni
sumienia, a do tego tępi, pacjent jednakże musi się również przykładać i nie wolno mu niweczyć wysiłków lekarzy tym, że za wcześnie (albo za
późno!) wstanie lub za wcześnie wyjdzie, i za daleko. Wówczas zaszedłem
zdecydowanie za daleko, nawet pawilon Ernst był już przecież za daleko.
Powinienem był zawrócić jeszcze przed pawilonem Franz. Koniecznie jednak
chciałem zobaczyć mojego przyjaciela. Wyczerpany, zupełnie nie mogąc
złapać tchu, siedziałem na ławce przed pawilonem Ernst i poprzez pnie
drzew patrzyłem na pawilon Ludwig. I tak prawdopodobnie nie wpuszczono
by mnie, chorego na płuca, nie chorego umysłowo, do pawilonu Ludwig,
myślałem sobie. Chorzy na płuca mieli surowy zakaz opuszczania własnego
terenu i wchodzenia na teren chorych umysłowo, jak i odwrotnie.
Wprawdzie tereny dla chorych na płuca i chorych umysłowo były od siebie
oddzielone wysokim ogrodzeniem, lecz miejscami było ono tak
przerdzewiałe, że już nie trzymało, pełno w nim było wielkich dziur,
przez które każdy mógł z łatwością chociażby przeczołgać się z własnego areału na obcy, i pamiętam, że codziennym widokiem byli na
terenie chorych na płuca chorzy umysłowo i odwrotnie, chorzy na płuca na
terenie umysłowo chorych, wtedy jednakże, gdy po raz pierwszy
spróbowałem przejść z pawilonu Hermann do pawilonu Ludwig, o tym
codziennym ruchu między jednym a drugim terenem nie miałem jeszcze
pojęcia. Później umysłowo chorzy na tak zwanym terenie płucnym stali się
dla mnie znajomym widokiem. Strażnicy musieli ich wieczorem wyłapywać,
zakładać im kaftany bezpieczeństwa i gumowymi pałkami wypędzać z terenu
płucnego na teren umysłowo chorych, widziałem to na własne oczy, przy
czym nie obywało się bez pełnych trwogi krzyków, które mnie potem
prześladowały nocami w snach. Chorzy na płuca opuszczali własny teren i zapuszczali się na teren umysłowo chorych jedynie przez ciekawość,
codziennie bowiem spodziewali się ujrzeć coś sensacyjnego, coś, co
skróciłoby tę przerażającą codzienność śmiertelnej nudy i wiecznie tych
samych myśli o śmierci. I faktycznie opłacało się, wychodziłem na swoje,
opuszczając teren płucny i idąc do chorych umysłowo, którzy wszędzie,
gdziekolwiek by się spojrzało, wycinali swoje numery. Może kiedyś,
później, odważę się w innym miejscu opisać sytuacje na oddziale dla
umysłowo chorych, których przecież byłem świadkiem. Teraz siedziałem na
ławce przed pawilonem Ernst i myślałem, że przyjdzie mi jeszcze
przeczekać cały tydzień, nim będę w stanie dokonać drugiej próby
dotarcia do pawilonu Ludwig, jasne bowiem było, że tego dnia wchodził w rachubę jedynie powrót do pawilonu Hermann. Z ławki przyglądałem się
wiewiórkom, które śmigały w tę i z powrotem po całym olbrzymim i, jak
się wydawało z mojej perspektywy, bezkresnym parku, wskakując na drzewa
i z nich zeskakując, pochłonięte bez reszty, jak się wydawało, jedną
tylko pasją, chwytaniem wyrzuconych przez pacjentów chorych na płuca,
leżących wszędzie papierowych chusteczek i wskakiwaniem z nimi na
drzewa. Z papierowymi chusteczkami w zębach ganiały po całym terenie,
każda w inną stronę, aż w zapadającym zmroku można było dostrzec
wyłącznie tylko śmigające w tę i z powrotem białe punkciki papierowych
chusteczek, trzymanych przez nie w zębach. Siedziałem, kontemplując ten
widok i, naturalną koleją rzeczy, dodając do tych obserwacji własne
myśli. Był czerwiec, okna pawilonów były pootwierane, a z tych
pootwieranych okien w kontrapunktowo zaiste genialnie pomyślanym, a także i skomponowanym rytmie, kaszleli pacjenci w nadchodzący wieczór.
Nie chciałem wystawiać sióstr na próbę cierpliwości, wstałem więc i wróciłem do pawilonu Hermann. Po operacji, pomyślałem sobie, faktycznie
lepiej mi się oddycha, tak, faktycznie całkiem lekko oddychać, serce
bije swobodnie, no ale przecież rokowania nie są dobre, myślałem, a myśli moje zasępiało słowo kortyzon oraz związana z tym słowem
terapia. Ale przecież nie cały dzień pozostawałem bez nadziei. Budziłem
się bez nadziei, potem owej beznadziei próbowałem umknąć i udawało mi
się to zwykle koło południa. Po południu ponownie wpadałem w szpony tej
beznadziei, pod wieczór znowu przechodziła, zaś w nocy, gdy się
budziłem, naturalną koleją rzeczy znowu nachodziła mnie ona z całą
brutalnością. Ponieważ lekarze, tak samo jak mnie, leczyli i pacjentów,
których śmierć dane było mi już oglądać, ponieważ prowadzili z nimi
takie same rozmowy, takie same opowiadali żarty, myślałem sobie, że i ja
przebędę tę samą drogę, jak już umarli. Umierali oni w pawilonie Hermann
niepostrzeżenie, bez najmniejszego krzyku, wołania o pomoc, najczęściej
zupełnie bezgłośnie. Z samego rana łóżko umarłego stało wystawione z sali na korytarz, puste, świeżo posłane dla następnego. Siostry
uśmiechały się tylko, gdyśmy obok przechodzili, nic sobie nie robiąc z tego, że wiemy. Czasami zadawałem sobie pytanie, czemu ja zwlekam z pójściem tą drogą, czemu i ja nie przyłączę się do wszystkich, którzy
nią przeszli? Po co mam się wysilać, zaraz po obudzeniu, żeby nie chcieć
umrzeć, po co? Naturalnie, jeszcze i dziś często się pytam, czy nie
lepiej było wówczas odpuścić, wówczas bowiem z pewnością i ja
błyskawicznie odbyłbym tę drogę, umarłbym w parę tygodni, na pewno już
by mnie nie było. A jednak nie umarłem, żyłem dalej i jeszcze dziś żyję.
Za dobry omen uznałem fakt, że mój przyjaciel Paul przebywał w pawilonie
Ludwig akurat wtedy, kiedy ja leżałem w pawilonie Hermann, przy czym nie
wiedział on przecież w pierwszym okresie mojego pobytu w pawilonie
Hermann, że ja akurat leżę w pawilonie Hermann, wyszło to na jaw dopiero
wskutek gadulstwa odwiedzającej nas na zmianę naszej wspólnej
przyjaciółki Iriny. Wiedziałem, że mój przyjaciel już od wielu lat
całymi tygodniami, a nawet miesiącami przebywał w Steinhofie i że za
każdym razem stamtąd wychodził, myślałem więc, że i ja wyjdę, nawet
jeśli nie można go było porównywać ze mną, pod żadnym względem, to
przecież przekonywałem siebie, że zostanę parę tygodni albo miesięcy i wyjdę, jak on. I w końcu nie omyliłem się. Po czterech miesiącach mogłem
w końcu opuścić wzgórze Baumgartner. Nie umarłem, jak inni, a on wyszedł
dużo wcześniej. Wówczas jednak, w drodze z pawilonu Ernst do pawilonu
Hermann, całkiem jeszcze żywo widziałem w myślach swoją śmierć. Nie
sądziłem, że uda mi się opuścić pawilon Hermann żywym, zbyt wiele w pawilonie Hermann już widziałem i słyszałem, by w to wierzyć, nie miałem
w sobie już choćby iskierki nadziei. Zmierzch nie uczynił tego, jak
można by sądzić, znośniejszym, tylko jeszcze cięższym, niemal nie do
zniesienia. Po wysłuchaniu przemowy siostry dyżurnej na temat mojego
nieodpowiedzialnego zachowania, więcej, mojego głupiego wybryku,
rzuciłem się na łóżko i natychmiast zasnąłem. Na wzgórzu Baumgartner nie
byłem jednak w stanie przespać nawet jednej całej nocy, w pawilonie
Hermann budziłem się najczęściej już po godzinie, albo przerażony snem,
który, jak wszystkie moje sny, prowadził mnie na skraj otchłani
istnienia, albo wyrwany ze snu przez hałas na korytarzu, kiedy ktoś z innego pokoju wzywał nagle pomocy lub umierał, albo gdy mój sąsiad z łóżka obok korzystał z basenu, czego, mimo iż tyle razy mówiłem mu, jak
ma sięgać po basen, żeby nie robić hałasu, nigdy nie robił bez hałasu,
przeciwnie, zazwyczaj potrącał basenem o moją żelazną szafkę, i to nie
raz, lecz kilkakrotnie, przez co musiał za każdym razem wysłuchiwać
cierpliwie mojego wściekłego wykładu, w którym wyjaśniałem mu po raz nie
wiem który, w jaki sposób należy posługiwać się basenem, by mnie nie
budzić, ale na próżno. Za każdym razem budził też sąsiada po drugiej
stronie, przy drzwiach, bo ja zajmowałem łóżko przy oknie, pana
Immervolla, policjanta i nałogowego gracza w oczko, który i mnie nauczył
grać w oczko, czego zresztą od tamtej pory do dziś dnia nie mogę
zaprzestać i co nieraz doprowadza mnie do wściekłości, a nawet obłędu.
Jak wiadomo, pacjent zasypiający dopiero po zażyciu proszka nasennego, w dodatku w takim szpitalu, jak szpital na wzgórzu Baumgartner, w którym
umieszcza się jedynie ciężko i najciężej chorych, raz obudzony, nie może
już zasnąć. Moim sąsiadem był student teologii, syn pary sędziowskiej z Grinzingu, a dokładnie ze Schreiberwegu, a więc jednej z najwytworniejszych i najdroższych części Wiednia, młodzieniec o spaczonym do cna charakterze. Nigdy przedtem nie mieszkał z kimś w tym
samym pokoju, a ja byłem niewątpliwie pierwszą osobą, która zwróciła mu
uwagę na to, że kiedy przebywa się z innymi w tym samym pomieszczeniu,
trzeba się bezwzględnie z tymi innymi liczyć, co powinno być dla niego
czymś oczywistym, właśnie dlatego, że jest studentem teologii.
Studenta nie można było jednak pouczać, w każdym razie nie od razu,
przyszedł bowiem na naszą salę już po mnie, również w beznadziejnym
stanie, również jemu, tak samo jak i mnie oraz wszystkim innym,
przecięto gardło i wycięto guz, przy czym w czasie operacji nieszczęśnik
ów znalazł się, jak to się mówi, o włos od śmierci, a operował go
profesor Salzer. Co naturalnie nie oznacza, że pod nożem innego chirurga
uniknąłby tego dotknięcia śmierci. Nic tylko studiować teologię,
pomyślałem sobie, kiedy człowiek ten przyszedł do naszego pokoju -
siostry zakonne rozpuszczały go w odrażający sposób, a podczas gdy jego
rozpuszczały wszelkimi dostępnymi środkami, mnie oraz policjanta
Immervolla równie intensywnie zaniedbywały. Przykładowo, jedna z dyżurujących sióstr oddawała studentowi teologii wszystko, co jej w ciągu nocy dali w podarunku pacjenci: czekoladę, wino, wszystkie
dostępne w mieście słodycze i to, naturalną koleją rzeczy, jedynie z pierwszorzędnych cukierni, od Demela, od Lehmanna i z równie znanej jak
te dwie cukierni Sluka w pobliżu Ratusza, wszystko to rano kładła na
szafce studenta teologii. Dostawał też zawsze nie jedną, jak było
przewidziane i jak nam wszystkim przysługiwało, lecz dwie porcje chaudeau,
chaudeau, które do dziś dnia
uwielbiam najbardziej w świecie i które stanowiło w pawilonie Hermann
regułę, w pawilonie Hermann leczyło się bowiem wyłącznie śmiertelnie
chorych, zatem przyniesione do łóżka chorego chaudeau jest nieomylnie
znakiem śmiertelnej choroby. Bardzo szybko odzwyczaiłem jednak mojego
studenta teologii od wielu niestosowności, za co wdzięczny był mi
również jego sąsiad, policjant Immervoll, podobnie bowiem jak mnie, tak
i jemu egoizm naszego współpacjenta dał się we znaki w nieznośny sposób.
Przewlekle chorzy, tacy jak ja czy Immervoll, dawno przystosowali się do
wyznaczonej im roli tego niepozornego, wyrozumiałego, niewyróżniającego
się, tylko ta rola bowiem pozwala znosić przewlekłe schorzenia,
natomiast krnąbrność, niegrzeczność, upór z biegiem czasu śmiertelnie
osłabią organizm, na co przewlekle chory nie może już sobie pozwolić.
Ponieważ mój student teologii w gruncie rzeczy zdolny był wstać i przejść do toalety, zabroniłem mu pewnego dnia używania basenu, czym od
razu zraziłem do siebie siostry, które oczywiście z wielką chęcią
wynosiły basen studenta teologii, nie mogłem bowiem zrozumieć, dlaczego
ja oraz Immervoll mielibyśmy wstawać i wychodzić, by oddać mocz,
natomiast student teologii miałby prawo oddawać mocz w łóżku do basenu,
co jeszcze bardziej psuło powietrze w pokoju, i tak już nie do
wytrzymania. Dopiąłem swego i od tej pory student, nie pamiętam, jak się
nazywał, chyba Walter, ale nie wiem już dokładnie, sam chodził do
ustępu. Siostry przez kilka dni nie raczyły na mnie nawet spojrzeć, ale
było mi to obojętne. Wyczekiwałem dnia, kiedy będę wreszcie w stanie
odwiedzić mojego przyjaciela Paula, zaskoczyć go niespodziewaną wizytą,
jednakże po fiasku pierwszej próby, kiedy to już przy pawilonie Ernst
zmuszony byłem zatrzymać się i zawrócić, odkładałem ten dzień w myślach
na odległą przyszłość. Leżałem w łóżku i patrzyłem w okno, a moim oczom
ukazywał się wciąż ten sam widok, korona olbrzymiej sosny. Z tyłu za nią
wschodziło i zachodziło słońce, a ja przez cały tydzień nie miałem
odwagi opuścić sali. Wreszcie odwiedziła mnie, uprzednio odwiedziwszy
mojego przyjaciela Paula, nasza wspólna przyjaciółka Irina, w której
mieszkaniu, na Blumenstockgasse, poznałem Paula Wittgensteina - wszedłem
w środku dyskusji na temat symfonii Haffnerowskiej w wykonaniu
orkiestry Londyńskich Filharmoników pod batutą Schurichta. Woda na mój
młyn, ponieważ, podobnie jak moi rozmówcy, dzień wcześniej w sali
Musikverein wysłuchałem tej symfonii pod batutą Schurichta z przekonaniem, że w całej swej muzycznej biografii nie przeżyłem jeszcze
równie doskonałego wykonania. Wszyscy troje, ja, Paul oraz jego
przyjaciółka Irina, osoba wysoce muzykalna i jedna z absolutnie
wyjątkowych znawczyń sztuki generalnie, mieliśmy o tym koncercie
identyczną opinię.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki