Brat mojego męża - Danka Braun

Kup ebooka

32.90 zł

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Pięć mie­si­ęcy pó­źniej

Dziś jest wy­jąt­ko­wo zim­no. Daw­no nie było tak mro­źne­go maja. Wra­cam z Ol­ku­sza. Mu­sia­łam zro­bić za­ku­py. Pan­de­mia pan­de­mią, ale jeść trze­ba, a w skle­pi­ku Sa­wic­kiej nie ma zbyt du­że­go wy­bo­ru. Do­da­ję gazu, żeby po­ko­nać wznie­sie­nie, i pod­je­żdżam pod nasz dom. Pi­lo­tem otwie­ram bra­mę wjaz­do­wą i par­ku­ję na pod­je­ździe. Drzwi domu się otwie­ra­ją i wi­dzę w nich bu­źkę Ka­ri­ny.

- Ma­mu­siu, ku­pi­łaś mi cze­ko­lad­ki i kred­ki do ma­lo­wa­nia?

- Wej­dź szyb­ko do środ­ka, bo się prze­zi­ębisz - mó­wię do có­recz­ki.

- Nie prze­zi­ębię się, bo jest już wio­sna.

- Ale jest zim­no.

Z tyłu za Ka­ri­ną uka­zu­je się ma­syw­na po­stać pani Wan­dy.

- Nie da się jej upil­no­wać. Gdzie masz pan­to­fle? - woła ko­bie­ta.

- Mamy ogrze­wa­nie podło­go­we, mo­żna cho­dzić boso - prze­ko­ma­rza się na­sza młod­sza la­to­ro­śl.

Co za zwa­rio­wa­na po­go­da, maj, a my mu­si­my jesz­cze ogrze­wać dom - smut­na re­flek­sja prze­la­tu­je mi przez gło­wę. Na myśl o ra­chun­ku za gaz i elek­trycz­no­ść od razu robi mi się go­rąco. Nie wiem, jak dłu­go mo­że­my li­czyć na wspa­nia­ło­my­śl­ną po­moc two­je­go ojca. Na ra­zie prze­le­wa co mie­si­ąc na moje kon­to trzy ty­si­ące zło­tych, ale nie wia­do­mo, jak dłu­go będzie to ro­bił, ma prze­cież żonę. Mło­dą żonę, któ­ra ma wy­jąt­ko­wo duże wy­ma­ga­nia fi­nan­so­we. Za trzy ty­si­ące mo­gła­by so­bie ku­pić nową to­reb­kę lub faj­ne nowe buty - ona prze­cież musi mieć wszyst­ko z naj­wy­ższej pó­łki, dro­gie i fir­mo­we.

Wci­ąż się za­sta­na­wiam, jak taki in­te­li­gent­ny czło­wiek jak mój teść mógł po­ślu­bić tę pa­zer­ną im­be­cyl­kę. Nie mu­siał się z nią że­nić, wy­star­czy­ło­by, gdy­by co mie­si­ąc wpła­cał na jej kon­to za­do­wa­la­jącą ją sum­kę. Przy od­po­wied­nich per­trak­ta­cjach mó­głby za­osz­czędzić dużo for­sy.

Nie po­win­nam jej osądzać, bo czy by­łam od niej lep­sza? Za­cho­dząc w ci­ążę, też li­czy­łam na to, że pod­pi­szesz cy­ro­graf przed ołta­rzem.

Wcho­dzę do stre­fy ku­chen­nej i roz­pa­ko­wu­ję za­ku­py. Nasz dom jest duży, wy­god­ny i ład­nie urządzo­ny. Otwar­ta prze­strzeń stre­fy dzien­nej spra­wia wra­że­nie prze­stron­no­ści. Cie­szę się, że uda­ło mi się za­blo­ko­wać twój po­my­sł, gdy pla­no­wa­łeś wy­ło­żyć całą podło­gę mar­mu­rem. Na moją pro­śbę, za­ak­cep­to­wa­ną przez two­je­go ojca, zro­bi­li­śmy to tyl­ko w holu, kuch­ni i ja­dal­ni, a w sa­lo­ni­ku da­li­śmy drew­no.

Nie mia­łam dużo do po­wie­dze­nia w kwe­stii wy­stro­ju wnętrz, bo to ty ze swo­im oj­cem wszyst­ko fi­nan­so­wa­li­ście i dla­te­go za­wsze de­cy­zja na­le­ża­ła do was. Na szczęście de­ko­ra­tor­ka wnętrz mia­ła do­bry smak i gust po­dob­ny do mo­je­go, dzi­ęki temu czu­ję się tu do­brze.

Na blat sza­fek ku­chen­nych wska­ku­je Fi­luś, jak zwy­kle cie­ka­wy, co ku­pi­łam. Nie mu­szę go prze­ga­niać, bo robi to za mnie pani Wan­da.

- A kysz, wstręt­ny ko­cie! - woła. - To naj­głup­szy kot, ja­kie­go wi­dzia­łam. Strasz­nie go roz­pie­ści­li­ście. Kto to wi­dział po­zwa­lać mu na ła­że­nie po bla­tach i sto­łach.

- Nie po­zwa­la­my, nie­ste­ty nie mam zdol­no­ści pe­da­go­gicz­nych, bo mnie nie słu­cha - wzdy­cham. - Pa­wła też nie słu­chał.

- Za bar­dzo się z nim cer­to­lisz, niech ła­pie my­szy i nor­ni­ce, a nie za­ja­da się przy­sma­ka­mi. Ten kot ma le­piej niż dzie­ci w Afry­ce.

- Chy­ba tak, pani Wan­do. - Sia­dam zmęczo­na na krze­śle przy sto­le.

- Zro­bić ci kawy? Spe­cjal­nie na cie­bie cze­ka­łam, że­by­śmy mo­gły ra­zem ją wy­pić. Wczo­raj upie­kłam cia­sto i uda­ło mi się ura­to­wać ka­wa­łek przed ła­kom­stwem mo­je­go Lesz­ka.

- Pani Wan­dziu, co ja bym bez pani zro­bi­ła? Jak to do­brze, że pa­nią mam.

To była praw­da. Naj­lep­sze, co mnie spo­tka­ło w Żu­ra­dzie Le­śnej, to sąsiedz­two. Kup­no dzia­łki od Lesz­ka Kie­re­sa było naj­lep­szym two­im po­my­słem, Paw­le. Za­rów­no pan Le­szek, jak i jego żona za­wsze byli wspa­nia­ły­mi sąsia­da­mi. Od po­cząt­ku oka­zy­wa­li nam życz­li­wo­ść i chęć po­mo­cy. Sam fakt, że sprze­da­li nam bar­dzo ta­nio par­ce­lę, świad­czył o ich przy­ja­źni i sym­pa­tii do nas. Wiem, że pan Le­szek był ku­zy­nem two­jej mamy i przy­ja­cie­lem ojca, ale to wca­le go nie ob­li­go­wa­ło do po­zby­wa­nia się ład­nej dzia­łki za po­ło­wę ryn­ko­wej ceny. Sły­sza­łam, że jego żo­nie nie za bar­dzo to pa­so­wa­ło, ale po­sta­wił na swo­im, bo to on wnió­sł zie­mię do ich ma­łże­ństwa. Mimo to lu­bi­łam pa­nią Gra­ży­nę i ni­g­dy nie czu­łam do niej żalu, że chcia­ła za­ro­bić wi­ęcej na sprze­da­ży nie­ru­cho­mo­ści. Przy­kro mi było, gdy za­bił ją no­wo­twór. Była dla mnie ni­czym cio­cia. Tro­chę mniej ser­ca mam dla Mar­ce­li­ny. Za­wsze spra­wia­ła ro­dzi­com kło­po­ty, ale po śmier­ci mat­ki sta­ła się wy­jąt­ko­wo ci­ężkim przy­pad­kiem. Wspó­łczu­ję panu Lesz­ko­wi i pani Wan­dzie, że mu­szą zno­sić jej hu­mo­ry i wy­bry­ki. Wszyst­ko wska­zu­je na to, że zno­wu za­wa­li rok. Wy­wa­li­li ją z me­dy­cy­ny, ale na far­ma­cji też ma pro­ble­my z za­li­cza­niem eg­za­mi­nów. Zdzi­wi­łbyś się, jak się ostat­nio zmie­ni­ła. Za­wsze bra­łeś ją w obro­nę i uspra­wie­dli­wia­łeś jej nie­wła­ści­we za­cho­wa­nie, ale te­raz sam stwier­dzi­łbyś, że po­stępu­je pa­skud­nie. Może je­stem dla niej zbyt su­ro­wa, ale obu­rza mnie spo­sób, w jaki trak­tu­je swo­ją bab­cię - ja ni­g­dy się tak nie za­cho­wy­wa­łam w sto­sun­ku do mo­jej. Wiem, że utra­ta mat­ki była dla niej wiel­ką trau­mą, ale to nie uspra­wie­dli­wia jej cham­skich od­zy­wek i rosz­cze­nio­wej po­sta­wy.

- Dia­na, zej­dź na zie­mię - sły­szę sło­wa pani Wan­dy. - Zno­wu błądzisz my­śla­mi.

- My­śla­łam o Mar­ce­li­nie. Jest w domu czy po­je­cha­ła do Kra­ko­wa?

Czo­ło pani Wan­dy marsz­czy się i ko­bie­ta wzdy­cha.

- Chy­ba po­je­cha­ła, bo nie wi­dzę jej sa­mo­cho­du. Wy­łu­dzi­ła od ojca dwa ty­si­ące zło­tych i się zmy­ła. Prze­cież te­raz, w cza­sie pan­de­mii, wszyst­kie za­jęcia są pro­wa­dzo­ne zdal­nie. Po­win­na zre­zy­gno­wać z wy­na­jęte­go miesz­ka­nia i miesz­kać tu­taj z oj­cem i bab­ką.

- Pani Wan­dziu, mło­dzi wolą miesz­kać sami. Co ona by ro­bi­ła w Żu­ra­dzie?

- A co ma do ro­bo­ty w Kra­ko­wie? Prze­cież jest lock­down. Wszyst­ko po­za­my­ka­ne. I re­stau­ra­cje, i kina, i te­atry. Zno­wu su­szy Lesz­ko­wi gło­wę, żeby ku­pił jej miesz­ka­nie.

- In­we­sty­cja w nie­ru­cho­mo­ści w du­żych mia­stach jest do­brym in­te­re­sem. Gdy­by na­wet Mar­ce­li­na wró­ci­ła do Żu­ra­dy Le­śnej, miesz­ka­nie mo­żna wy­na­jąć.

- I tu się my­lisz, Dia­na. Te­raz wca­le nie jest tak ła­two o na­jem­ców. Lesz­ka zna­jo­my z Kra­ko­wa, któ­ry ma ka­mie­ni­cę w Śród­mie­ściu, na­rze­ka, że nie ma komu wy­na­jąć trzech miesz­kań. Przez pan­de­mię stu­den­ci wró­ci­li do swo­ich do­mów i co­raz wi­ęcej lu­dzi pra­cu­je zdal­nie.

- Prze­cież pan­de­mia nie będzie trwa­ła wiecz­nie - mó­wię, sie­dząc w fo­te­lu i po­pi­ja­jąc kawę. - Je­śli lo­ka­le sto­ją wol­ne, to dla­cze­go wzro­sła cena nie­ru­cho­mo­ści? Miesz­ka­nia w Kra­ko­wie ostat­nio bar­dzo pod­ro­ża­ły.

- Skąd wiesz?

Nie od razu od­po­wia­dam.

- Pysz­ne cia­sto, pani Wan­dziu. Ten ser­nik to z sera mie­lo­ne­go?

- Nie za­ga­duj. - Ko­bie­ta nie spusz­cza ze mnie wzro­ku. - Chcesz się prze­nieś do Kra­ko­wa?

Od­chrząku­ję w pi­ęść i od­wza­jem­niam spoj­rze­nie.

- Co­raz częściej się nad tym za­sta­na­wiam. Kie­dy obro­nię pra­cę ma­gi­ster­ską, ro­zej­rzę się za ja­ki­mś za­jęciem, a w Kra­ko­wie dużo ła­twiej zna­le­źć do­brą pra­cę niż w Ol­ku­szu.

- Prze­cież tłu­ma­cze­nia mo­żesz ro­bić tu­taj, te­raz wszyst­kie fir­my pre­fe­ru­ją pra­cę zdal­ną. Gdzie ci będzie le­piej niż w Żu­ra­dzie? Co zro­bisz z dzie­ćmi?

- Ra­cja, pani Wan­dziu, tu mam pa­nią, a w Kra­ko­wie nie mia­ła­bym ni­ko­go. Ale... ten dom... Tu wszyst­ko mi się ko­ja­rzy z Pa­włem.

- To zrób mały re­mont, prze­ma­luj ścia­ny, po­prze­sta­wiaj me­ble. Wte­dy dom będzie wy­glądał tro­chę ina­czej. Le­szek po śmier­ci sy­no­wej za moją radą wszyst­ko po­zmie­niał.

- Wiem, wi­dzia­łam. Ale to dla mnie ta­kie trud­ne...

- Do­sko­na­le cię ro­zu­miem. Kie­dy upo­rasz się już z ża­ło­bą, rze­czy­wi­ście po­win­naś uło­żyć so­bie ży­cie na nowo. Chy­ba Hen­ryk nie po­wi­nien mieć nic prze­ciw­ko temu. - Zmarsz­czy­ła brwi. - Hmm, tak roz­pa­czał po śmier­ci Li­dii, ale dość szyb­ko się po­cie­szył.

- No nie tak szyb­ko, do­pie­ro po pi­ęciu la­tach.

- Nie za­rzu­cam mu, że się po­wtór­nie oże­nił, ale wzi­ąć so­bie na żonę dziew­czy­nę w wie­ku sy­nów to już prze­sa­da.

- Nie tak ca­łkiem w wie­ku sy­nów, prze­cież Pa­weł był młod­szy od Pa­try­cji o całe pięć lat. - Cho­ciaż sta­ram się po­wie­dzieć to lek­kim to­nem, wy­czu­wa się sar­kazm.

- He­niek na sta­ro­ść ca­łkiem ogłu­piał! Sama nie wiem, co bym wo­la­ła, czy żeby mój Le­szek do ko­ńca ży­cia był wdow­cem, czy żeby oże­nił się z taką mło­dą la­ta­wi­cą. Ale mimo wszyst­ko chy­ba wo­la­ła­bym to pierw­sze. Cho­ciaż wsty­du by mi oszczędził. - Zno­wu wes­tchni­ęcie. - Chcia­ła­bym, żeby kie­dyś się po­now­nie oże­nił, ale z od­po­wied­nią ko­bie­tą. Nie jest do­brze być sa­me­mu na tym świe­cie. Kie­dy mnie za­brak­nie, nie będzie miał kto o nie­go za­dbać.

- Pani Wan­dziu, pan Le­szek jesz­cze dłu­go nie będzie sam. Jest pani w świet­nej for­mie, do­ży­je pani set­ki. Oprócz tego ma Mar­ce­li­nę.

- Wo­la­ła­bym, żeby to mnie Pan Bóg za­brał, a nie moją sy­no­wą. To nie­spra­wie­dli­we, gdy mło­dzi umie­ra­ją, a sta­rzy wci­ąż żyją.

- Pani Wan­dziu, wca­le nie jest pani sta­ra, co to jest sie­dem­dzie­si­ąt dzie­wi­ęć lat. Do set­ki da­le­ko.

- Po­wiedz le­piej, dla­cze­go chcesz się wy­pro­wa­dzić z Żu­ra­dy. Nie wiem, czy by się to spodo­ba­ło two­je­mu te­ścio­wi.

- To jest nasz dom, nie te­ścia. Pa­wła i mój.

- Ale Hen­ryk go sfi­nan­so­wał.

- Nie do ko­ńca. Pa­weł przez po­nad dzie­si­ęć lat był jego wy­rob­ni­kiem. To on za­ła­twiał wi­ęk­szo­ść za­gra­nicz­nych kon­trak­tów. Ja też mam ja­kiś wkład, bo to ja spo­ty­ka­łam się i ne­go­cjo­wa­łam z Niem­ca­mi, naj­lep­szy­mi jego kon­tra­hen­ta­mi. Prze­cież mój teść zna tyl­ko ro­syj­ski i tro­chę fran­cu­ski.

- No cóż, kie­dy stu­dio­wał, nie przy­wi­ązy­wa­no du­żej wagi do zna­jo­mo­ści języ­ków ob­cych. Ży­li­śmy za­mkni­ęci w so­cja­li­stycz­nej en­kla­wie, tyl­ko język ro­syj­ski był po­moc­ny w ka­rie­rze za­wo­do­wej.

- Wca­le nie. W la­tach sie­dem­dzie­si­ątych, za cza­sów Gier­ka, Po­la­cy za­częli wi­ęcej pod­ró­żo­wać. Stu­den­ci je­ździ­li za gra­ni­cę do pra­cy, tu­ry­ści do Bu­łga­rii i Ju­go­sła­wii...

- Ty mnie tu nie ucz, gdzie Po­la­cy je­ździ­li za Gier­ka, chy­ba le­piej znam ten te­mat. Ju­go­sła­wia była trak­to­wa­na jak kraj de­wi­zo­wy, trze­ba było mieć pasz­port i za­pro­sze­nie albo od­po­wied­nią ilo­ść do­la­rów na kon­cie. Też by­łam w Ju­go­sła­wii na urlo­pie w tam­tych cza­sach. - Wan­da marsz­czy brwi. - Zno­wu od­bie­ga­my od te­ma­tu. Nie tyl­ko He­ńko­wi się nie spodo­ba twój po­my­sł sprze­da­ży domu, mo­je­mu Lesz­ko­wi rów­nież. Nie po to od­stąpił wam par­ce­lę za pó­łdar­mo, żeby ja­cyś obcy lu­dzie tu miesz­ka­li. Mnie też by się to nie po­do­ba­ło.

- Pani Wan­dziu, nie pod­jęłam jesz­cze żad­nej de­cy­zji, tyl­ko za­dzwo­ni­łam do biu­ra nie­ru­cho­mo­ści. Pro­szę się nie mar­twić, miesz­ka­nia w Kra­ko­wie bar­dzo po­szły w górę. Ta­kie miesz­ka­nie, ja­kie by mnie in­te­re­so­wa­ło, kosz­tu­je mniej wi­ęcej pół mi­lio­na, a za dom wzi­ęła­bym naj­wy­żej sie­dem­set ty­si­ęcy. Nie za bar­dzo się to opła­ca. I nie wia­do­mo, czy w ogó­le by się tra­fił ja­kiś ku­piec na dom.

- Tyl­ko sie­dem­set ty­si­ęcy? To obu­rza­jące! Prze­cież dom jest nowy i pi­ęk­nie urządzo­ny, no i dzia­łka dwa­dzie­ścia arów.

- Li­czy się miej­sce. W Kra­ko­wie taki dom kosz­to­wa­łby dru­gie tyle albo na­wet wi­ęcej.

Do po­ko­ju wcho­dzi na­sza có­recz­ka. Sta­je przede mną z nadąsa­ną bu­zią.

- Ma­mu­siu, daj mi cze­ko­lad­kę, bo je­stem głod­na.

- Ka­rin­ko, już po­da­ję zupę. - Zry­wam się z fo­te­la.

- Ale ja je­stem głod­na na cze­ko­lad­kę, nie na zupę.

- Dziś jemy zupę ogór­ko­wą, któ­rą bar­dzo lu­bisz.

- Już nie lu­bię zupy ogór­ko­wej. Lu­bię cze­ko­lad­ki, któ­re ku­pi­łaś w skle­pie.

- Cze­ko­lad­ki będą na de­ser, gdy już zjesz zupę i mi­ęsko z ziem­niacz­ka­mi i su­rów­ką - mó­wię, idąc do stre­fy ku­chen­nej.

Pani Wan­da wra­ca do sie­bie, a ja po­da­ję na stół zupę i bio­rę się do obie­ra­nia ziem­nia­ków. Za­wsze jemy naj­pierw pierw­sze da­nie, dru­gie po­da­ję do­pie­ro po go­dzi­nie. Do ja­dal­ni scho­dzi z pi­ętra nasz syn, Igor. Jak na dzie­si­ęcio­lat­ka jest wy­jąt­ko­wo duży i za­rad­ny. I by­stry. I in­te­li­gent­ny. Do­sko­na­le daje so­bie radę z na­uką zdal­ną, nie mu­szę przy nim ster­czeć przed kom­pu­te­rem.

- Zno­wu ogór­ko­wa? - mówi, ro­bi­ąc nie­za­do­wo­lo­ną minę.

- Dla­cze­go "zno­wu"? Je­dli­śmy ją dwa ty­go­dnie temu.

- Wła­śnie że nie. - Wyj­mu­je z kie­sze­ni smart­fon i włącza apli­ka­cję Ka­len­darz. - Ogór­ko­wa była w ubie­gły czwar­tek.

- Wte­dy była z ziem­nia­ka­mi, dziś jest z ry­żem - pro­stu­ję. - Czy mu­sisz za­pi­sy­wać wszyst­ko, co jemy?

- Mu­szę. To do­wód, że mamy zbyt mo­no­ton­ny ja­dło­spis - mówi, z obrzy­dze­niem bio­rąc do ręki ły­żkę. - Mamo, po­win­naś nam uroz­ma­icić je­dze­nie. Prze­czy­ta­łem w in­ter­ne­cie, że tak ra­dzą die­te­ty­cy. Zdro­wa die­ta po­win­na być uroz­ma­ico­na. Daw­no nie ro­bi­łaś fry­tek i pie­ro­gów.

- Rze­czy­wi­ście fryt­ki to naj­zdrow­sza po­tra­wa!

- Na­praw­dę ma­mu­siu? - pod­chwy­tu­je Ka­ri­na. - To ja też chcę jeść zdro­wo. Zrób nam fryt­ki na obiad.

- Mama żar­to­wa­ła. - Syn wzru­sza ra­mio­na­mi.

Moje dzie­ci nie za bar­dzo od­czu­wa­ją brak two­jej obec­no­ści. To chy­ba do­brze, praw­da? Ka­rin­ka przez pierw­sze ty­go­dnie po two­jej śmier­ci do­py­ty­wa­ła, jak jest w nie­bie, czy są tam cze­ko­lad­ki i coca-cola, a dla du­żych pa­nów piwo. O nie­bie opo­wia­da­ła im pani Wan­da, ale ka­żde z nich ina­czej od­bie­ra­ło jej opo­wie­ści. Igor, któ­ry za­li­czył już pierw­szą ko­mu­nię, do kwe­stii nie­ba i pie­kła pod­cho­dził bar­dziej fi­lo­zo­ficz­nie, na­to­miast Ka­rin­ka z pu­ła­pu swo­ich czte­rech lat wszyst­ko bra­ła bar­dzo do­słow­nie. In­te­re­so­wa­ło ją, jak wy­gląda nie­bo, kie­dy zma­rłym wy­ra­sta­ją skrzy­dła i kie­dy prze­mie­nia­ją się oni w anio­ły, czy anio­ły śpią w łó­żkach, czy na kwie­ci­stej łące i czym ba­wią się anio­łki dzie­ci. Z ko­lei Igor się za­sta­na­wiał, czy anioł od razu po śmier­ci ma zle­co­ne za­da­nie opie­ko­wać się kimś na zie­mi, czy musi uko­ńczyć ja­kiś kurs lub szko­le­nie i czy opie­ką ob­jęci są tyl­ko krew­ni, czy rów­nież obcy lu­dzie. Nie uzy­skał za­do­wa­la­jącej go od­po­wie­dzi od ka­te­che­ty, dla­te­go wy­py­ty­wał pa­nią Wan­dę, któ­ra była naj­bar­dziej obe­zna­na w kwe­stiach wia­ry ka­to­lic­kiej. Ko­bie­ta nie prze­pa­da­ła za tego typu py­ta­nia­mi, przede wszyst­kim tymi za­da­wa­ny­mi przez Igo­ra, bo czte­ro­lat­kę ła­twiej było za­do­wo­lić od­po­wie­dzią, ale dużo trud­niej by­stre­go i do­cie­kli­we­go dzie­si­ęcio­lat­ka, któ­ry umie ko­rzy­stać z in­ter­ne­tu. To ja od­sy­łam dzie­ci do pani Wan­dzi z tego typu py­ta­nia­mi, uza­sad­nia­jąc, że ona le­piej im wy­tłu­ma­czy spra­wy wia­ry i nie­ba, bo kie­dyś była na­uczy­ciel­ką.

Sta­ram się nie de­mo­ni­zo­wać pro­ble­mu two­jej śmier­ci. Nie chcę, żeby na­sze dzie­ci żyły w at­mos­fe­rze ci­ągłej ża­ło­by, per­ma­nent­ne­go smut­ku i lęku przed umie­ra­niem. Tro­chę ba­ga­te­li­zu­ję aspekt śmier­tel­no­ści, przed­sta­wia­jąc im kres ludz­kie­go ist­nie­nia w mi­to­lo­gicz­no-bi­blij­nym ujęciu. Niech wie­rzą w nie­bia­ńską tęczę, któ­rą ka­żdy czło­wiek kie­dyś prze­kro­czy jako gra­ni­cę sta­re­go i no­we­go ży­cia. W za­ło­że­niu: to nowe ży­cie będzie lep­sze niż to na zie­mi. Chcę zła­go­dzić im trau­mę sie­roc­twa, po co mają opła­ki­wać utra­tę ojca i jego tra­gicz­ne ode­jście. Niech wie­rzą, że znaj­du­je się te­raz w lep­szym świe­cie i że kie­dyś zno­wu się z nim spo­tka­ją.

Pani Wan­dzia i pan Le­szek po­pie­ra­ją moje po­de­jście do dzie­ci w kwe­stii two­jej śmier­ci, ale mój teść ma tro­chę inne zda­nie. Wy­rzu­ca mi, że nie po­że­gna­łam z po­wa­gą i ża­lem jego syna, że nie kul­ty­wu­ję pa­mi­ęci o nim, że stępiam u dzie­ci po­czu­cie stra­ty, że... Tych za­rzu­tów w sto­sun­ku do mnie jest bar­dzo wie­le. Ni­g­dy nie by­łam pu­pil­ką two­je­go ojca i ni­g­dy za mną nie prze­pa­dał. Wiem, że od­ra­dzał ci ślub, ra­dząc pła­cić tyl­ko ali­men­ty. W trak­cie tych pra­wie je­de­na­stu lat na­sze­go ma­łże­ństwa nie uda­ło mi się zdo­być jego sym­pa­tii, wci­ąż trak­to­wał mnie z pew­nym dy­stan­sem. A te­raz, po two­jej śmier­ci, czu­ję się jak in­truz w jego ro­dzi­nie. Gdy­by nie Kie­re­so­wie, nie mia­ła­bym w Żu­ra­dzie Le­śnej żad­nej przy­ja­znej mi du­szy. Chy­ba mia­łeś ra­cję, mó­wi­ąc, że mam pro­ble­my w na­wi­ązy­wa­niu bli­skich re­la­cji z in­ny­mi lu­dźmi. Ni­g­dy nie mia­łam praw­dzi­wej przy­ja­ció­łki. Ani w szko­le, ani na stu­diach, ani w Żu­ra­dzie. Rze­czy­wi­ście jest ze mną coś nie tak. Kie­dyś moją je­dy­ną przy­ja­ció­łką była bab­cia, a te­raz jest nią pani Wan­da. Nie umiem na­wi­ązać do­bre­go kon­tak­tu ze swo­imi ró­wie­śnicz­ka­mi, ale nie­źle do­ga­du­ję się z mężczy­zna­mi; w szko­le i na stu­diach nie mia­łam ko­le­ża­nek, tyl­ko ko­le­gów. Te­raz też je­dy­nym życz­li­wym mi czło­wie­kiem - nie li­cząc Kie­re­sów - jest Da­rek Drew­niak. Wiem, że ni­g­dy nie prze­pa­da­łeś za po­li­cjan­ta­mi, ale Da­rek jest mi­łym i uczyn­nym czło­wie­kiem. Dużo mi po­mó­gł po two­im po­grze­bie. Przy­je­żdżał do nas, po­ma­gał mi z odśnie­ża­niem pod­jaz­du, na­pra­wił mi auto. Pani Wan­dzi nie za bar­dzo się to po­do­ba­ło, bo za­częły krążyć po Żu­ra­dzie plot­ki na mój te­mat. Uwa­ża, że nie wy­pa­da, że­bym przyj­mo­wa­ła w domu mężczy­znę, gdy mąż jesz­cze nie osty­gł w gro­bie. Ostrze­ga mnie, żeby się nie po­wtó­rzy­ło to samo, co było z moją mamą.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki