ROZDZIAŁ I
Obydwie wycieraczki pracowały bez chwili przerwy, ale mimo to widoczność stawała się coraz gorsza. Strugi wody spływały po szybach, przesłaniając ciemniejący krajobraz rozmazaną mgłą. Światło reflektorów odbijało się od mokrej szosy.
Joanna oparła głowę o ramię siedzącego przy kierownicy mężczyzny.
- Lubię deszcz - powiedziała.
Milczał. Słowa, które cisnęły mu się na wargi, nie były zbyt uprzejme. Wolał nic nie mówić. Czasami tak mu działała na nerwy, że z trudem się opanowywał. Życie nauczyło go cierpliwości i niepoddawania się chwilowym nastrojom.
Widocznie intuicyjnie wyczuła jego niechęć, bo podniosła głowę i odsunęła się.
- Dokąd jedziemy? Do mnie czy do ciebie? - spytał.
Utkwiła wzrok w jego ostro zarysowanym profilu.
- A może wolisz spędzić ten wieczór w samotności?
Niecierpliwie poruszył ramionami.
- Przecież ustaliliśmy, że...
- Tak, ale jeżeli nie masz humoru i ochoty...
Zwiększył szybkość.
- Mam ochotę - mruknął.
- To dlaczego jesteś taki jakiś dziwny?
- Bo nie cierpię deszczu. Nienawidzę prowadzić wozu w taką cholerną pogodę.
- Może ja poprowadzę?
- Nie. Cóż by był ze mnie za szofer, gdybym pozwolił siadać pani hrabinie za kierownicą.
- Przestań. Nie lubię takich żartów.
- Przecież to prawda. Twój wóz.
- Uspokój się, bo w tej chwili wyrzucę cię na szosę i na piechotę będziesz wracał do Warszawy.
Zwolnił i otworzył drzwiczki.
- Mam wysiąść?
Energicznie chwyciła go za rękę.
- Oszalałeś? Co ty wyprawiasz? Przestań się wygłupiać. Co cię ugryzło? Co się z tobą dzieje, Kola?
- Nic, nic... - spojrzał na nią i spróbował się uśmiechnąć. - Nie zwracaj na mnie uwagi. I mężczyźni także miewają swoje humory.
- Właśnie zauważyłam.
Jechali w milczeniu. On wpatrywał się w zalaną deszczem szosę, ona przymknęła oczy, udając, że drzemie. Była smutna. Od pewnego czasu Mikołaj stał się jakiś dziwny, rozdrażniony, łatwo wpadał w gniew. Czuła zupełnie wyraźnie, że coś się między nimi zmieniło, ale nie mogła zrozumieć, co się właściwie stało, o co chodzi? Początkowo sądziła, że może jakaś kobieta...? Ale nie. Nic nie wskazywało na to, żeby zainteresował się kimś innym. Po dawnemu był pełnym temperamentu kochankiem. Wiedziała, że jej pożąda, czuła to. Więc co? Co mu jest? Parę razy próbowała się dowiedzieć, pytała go. Zbywał ją byle czym, obracał wszystko w żart, mówił, że jest może trochę przepracowany, że ma jakieś tam kłopoty, niezbyt ważne. Zresztą zaraz zaczynał rozmowę o czym innym, wyraźnie uciekał od tego tematu.
- Więc dokąd jedziemy?
- Dokąd chcesz. Ale powiedz zupełnie szczerze, może wolisz być sam?
- Nie męcz mnie. Proszę cię. Wiesz przecież doskonale, że chcę być z tobą.
- To pojedżmy do mnie. Teresa jeszcze nie wróciła z Kazimierza. Cały "apartament" mamy do naszej dyspozycji. Zresztą u ciebie na pewno nie ma nic do jedzenia, a ja jestem piekielnie głodna.
- Mam śledzie marynowane - powiedział ponuro.
Roześmiała się.
- Widzę, że śledzie marynowane napełniają cię bezgranicznym smutkiem. A więc zdecydowane, jedziemy do mnie Tak mi się coś zdaje, że u mnie znajdziemy nieco bogatszy asortyment artykułów spożywczych.
Okrążyli Rondo Waszyngtona i wjechali we Francuską. Potem ocieniona drzewami ulica Walecznych. Mikołaj zwolnił i nacisnął hamulec.
Dwa pokoje z kuchnią. Po śmierci ojca Joanna miała zamiar zmienić mieszkanie, ale okazało się to przedsięwzięciem tak skomplikowanym i kosztownym, że obie z Teresą postanowiły zostać na starych śmieciach. Chciały sprowadzić matkę do Warszawy, pani Stawiska nie miała jednak ochoty wyjeżdżać z Częstochowy. "Przyzwyczaiłam się tu - mówiła. - Od czasu do czasu odwiedzę was i wy przyjedziecie do mnie na Boże Narodzenie czy na Wielkanoc. Gdzie mi tam zaczynać nowe życie na stare lata. Zresztą Warszawa mnie męczy. Tak na parę dni to można wytrzymać, ale na stałe.... Do emerytury już tu zostanę, a potem zobaczymy".
Joanna energicznie zakrzątnęła się koło kolacji. Niebawem smakowity zapach smażonej wątróbki rozszedł się po mieszkaniu.
- Nastaw jakąś płytę - powiedziała, nakrywając do stołu. - Przyda nam się trochę muzyki. Napijesz się czegoś?
- Nie wiem, co mi zaproponujesz.
- Śliwowica, jarzębiak, soplica, myśliwska.
- O, widzę, że solidnie zaopatrzyłaś swój barek. - Podszedł do adapteru i zaczął przeglądać płyty. - Co chcesz, żebym nastawił? Czajkowskiego, Brahmsa, Chopina, a może jazz?
- A ty na jaką muzykę masz ochotę?
- Na żadną.
- To zostaw te płyty - powiedziała obojętnie. Wyszła do kuchni i po chwili wróciła, niosąc na tacy pieczywo, masło, sardynki, smażoną wątróbkę i kawałek sernika. Z baru wyjęła butelki i dwa kieliszki. - Czy można zaprosić cię na ucztę?
Poruszył się wolno, niechętnie.
- Właściwie nie jestem głodny.
- A ja mam niesamowity apetyt. - Napełniła kieliszki śliwowicą. - Twoje zdrowie, Kola. I, na miłość boską, rozchmurz się trochę, bo masz taką minę, jakbyś wrócił z własnego pogrzebu.
- Przepraszam cię - mruknął. - Rzeczywiście jestem dzisiaj wyjątkowo nie w sosie.
- Czy może dlatego, że wspomniałam, że chciałabym z tobą pojechać do mamy?
- Ale skądże... Nic podobnego
- Więc dlaczego właściwie jesteś taki przegrany?
Wzruszył ramionami.
- Sam nie wiem. Tak jakoś...
Znowu nalała do kieliszków śliwowicę.
- Słuchaj, Kola, pomówmy ze sobą szczerze. Przecież nie musisz się ze mną żenić, nie musisz przedstawiać się mojej matce. Dobrze jest, jak jest. Ja nie mam najmniejszego zamiaru namawiać cię do czegokolwiek. Oboje jesteśmy wolnymi ludźmi. Robimy to, co chcemy, na co mamy ochotę. Nie uznaję żadnego przymusu. Nie masz w stosunku do mnie absolutnie żadnych zobowiązań. Zapamiętaj to sobie raz na zawsze. To ty zacząłeś mówić o naszym małżeństwie, nie ja. - Nałożyła mu na talerz dwa kawałki wątróbki. - No, zjedzże coś, bo się upijesz. - Posmarowała masłem sporą pajdę chleba i położyła na jego serwetce. - Jedz Proszę cię.
Wypił, zjadł, ale nie odzyskał dobrego humoru. Ciągle jeszcze był markotny i zamyślony.
- Widzisz, Joasiu - powiedział wolno, jakby z pewnym wysiłkiem - to wszystko nie są takie proste sprawy. Mogę cię zapewnić, że mój stosunek do ciebie jest zawsze taki sam, że nic się nie zmieniło.
- A gdyby się nawet zmieniło, to co? - uśmiechnęła się odważnie. - Czyż można mieć do kogoś pretensję o to, że przestał kochać? To są rzeczy od nas niezależne.
- Ależ ja cię kocham. Chyba wiesz... chyba czujesz...
- Bywają chwile, że zaczynam mieć co do tego wątpliwości.
- Jesteś niesprawiedliwa. Nie możesz zrozumieć, że... że mam swoje zmartwienia, kłopoty...
- Gdybyś mnie uważał za kogoś naprawdę bliskiego, zwierzyłbyś mi się ze swoich kłopotów. Przecież od dłuższego czasu widzę, że chodzisz jak struty. Nie jesteś chyba takim idiotą, żeby stracić humor z tego powodu, że ja mam samochód, a ty nie masz.
- Dajże spokój.
- No więc właśnie. Wiesz zresztą, że mogłam kupić tę Skodę tylko dlatego, że sprzedałam place, które nam ojciec zostawił.
Uśmiechnął się.
- Ależ nie, Joasiu... Na miłość boską... Nie musisz się tłumaczyć. Ja nie pracuję w Wydziale Finansowym. Nie chodzi o żaden samochód. Czy uważasz mnie za takiego durnia?
- Raczej nie. Ale z wami, mężczyznami, nigdy nic nie wiadomo. Zraniona męska ambicja może doprowadzić do kompletnych nonsensów. Napijesz się jeszcze?
- Nalej. Dobra ta śliwowica.
- Ale pod warunkiem, że coś zjesz.
- No dobrze, już dobrze. Strasznie mnie męczysz. Nie bój się. Nie upiję się przecież trzema takimi naparstkami.
Po kolacji Mikołaj przeniósł się na fotel, Joanna usiadła na tapczanie i nastawiła płytę z walcami.
- Podobno rytm na trzy czwarte znakomicie wpływa na system nerwowy - powiedziała wesoło.
Próbowali rozmawiać z pozorną beztroską o tym i o owym, ale oboje nie mogli się pozbyć pewnego skrępowania. Męcząca atmosfera nieszczerości zaciążyła nad nimi, stawała się coraz trudniejsza do zniesienia. Wreszcie Joanna wróciła do poprzedniego tematu.
- Usiądź tu koło mnie.
Bez zapału spełnił jej prośbę.
- Ładne są te walce - powiedział, siląc się na swobodny ton. - Może masz ochotę zatańczyć?
Potrząsnęła głową.
- Nie, nie mam ochoty zatańczyć. Siedź spokojnie i popatrz mi w oczy.
- Chcesz mnie zahipnotyzować? - spytał żartobliwie.
- Chcę, żebyś mi wreszcie powiedział, o co chodzi?
- To nie dotyczy ciebie.
- Mylisz się. Wszystko, co dotyczy ciebie, dotyczy i mnie. Przynajmniej ja tak rozumiem współżycie dwojga ludzi. Nie mogę spokojnie patrzeć, jak ciebie coś dręczy. Chyba to nic dziwnego.
Przyciągnął ją do siebie i pocałował.
- Jesteś bardzo kochana. Ale widzisz... To są takie moje rodzinne sprawy... Nie chciałbym ci tym wszystkim zawracać głowy. Zresztą to dla mnie ogromnie przykre, więc...
Przytuliła się do niego.
- Powiedz, Kolá. Proszę cię. Powiedz, co cię gnębi. Będzie ci lżej... Zobaczysz... Wspólnie się naradzimy. Może coś pomogę... doradzę. Powiedz. Ja tak dłużej nie mogę.
Odwrócił głowę.
- Chodzi o mojego brata.
- Nie wiedziałam, że masz brata. Nic mi nie mówiłeś.
- Nie chciałem ci mówić. Wolałem, żebyś nie wiedziała. Maurycy kompromituje całą naszą rodzinę.
- Pije?
Zaśmiał się drwiąco.
- Żeby tylko pił, to byłoby pół biedy. Z alkoholizmu można się wyleczyć. Chodzi o dużo gorsze rzeczy.
Wzięła go za rękę.
- Przerażasz mnie.
- Nie chciałem z tobą o tym mówić! - wybuchnął Mikołaj. - Nie chciałem, żebyś wiedziała! Zmusiłaś mnie! Maurycy to bandzior! Zwykły bandzior, nożownik! Siedział w więzieniu. Cztery lata.
- Wypuścili go?
- Tak. Darowali mu sześć miesięcy za dobre sprawowanie.
- Może się przez ten czas zmienił - próbowała pocieszyć go Joanna. - Cztery lata to bardzo dużo. W więzieniu mógł pewne sprawy przemyśleć, zastanowić się. Takie rzeczy przecież się zdarzają, że po wyjściu z więzienia...
Mikołaj machnął niecierpliwie ręką.
- Diabła tam!... Różne rzeczy się zdarzają, ale nie z Maurycym. Nic ani nikt nie jest w stanie go zmienić. Taki charakter. Już od małego dziecka był z niego kawał drania, męczył zwierzęta, bił kolegów... Nie było na niego rady. Ani prośba, ani groźba, ani żadna perswazja, nic nie pomagało, absolutnie nic. Wyrzucali go ze wszystkich szkół.
- Ma jakiś zawód?
- Ma bardzo dużo różnych zawodów. Próbował wszystkiego. Właściwie jest szoferem, mechanikiem samochodowym. Przez pewien czas kradł samochody, rozbierał na części i... W końcu go nakryli. Najprzód dostał dwa lata, potem, jako recydywista, cztery i pół. Niedawno wyszedł. Rozumiesz teraz, że mając takiego brata, nie mogę myśleć o małżeństwie z tobą, nie mogę cię w to wszystko wplątywać.
Dotknęła jego dłoni.
- Nie martw się, kochany, nie przejmuj się tak strasznie. Oczywiście, że to bardzo przykra i bolesna sprawa, ale w końcu nie możesz odpowiadać za czyny swojego brata.
Żachnął się.
- To się tylko tak mówi. Czy wiesz, że przez niego już cztery razy musiałem zmieniać pracę? Automatycznie staję się człowiekiem niepewnym, podejrzanym. A ile razy wzywali mnie na milicję, ile razy przesłuchiwali! Nikt mi nic nie mógł zarzucić, ale to nie są przyjemne rzeczy. Przeprowadzano nawet w moim mieszkaniu rewizję. Szukali fałszywych dolarów. A ile rachunków za niego płaciłem, ile weksli. Podrabiał mój podpis. Podawał mój adres. Mikołaj... Maurycy - mała różnica. Myślałem już nawet o tym. żeby uciec za granicę. Przez cztery lata miałem spokój. Teraz znowu się zacznie. Sam już nie wiem, co robić?
- Spróbuj porozmawiać w komendzie milicji. Porozum się z jakimś adwokatem. Może coś ci poradzą, pomogą. Musi przecież być jakieś wyjście z tej sytuacji.
- Tak. Musi przecież być jakieś wyjście z tej sytuacji - powtórzył Mikołaj i zamyślił się ponuro. Po chwili wstał i zaczął nerwowymi krokami przemierzać pokój Zatrzymał się przy stole, ostrożnie, drżącą nieco ręką nalał wódkę do kieliszka. - Twoje zdrowie, Joasiu. Przestańmy wreszcie mówić o przykrych sprawach. I tak nic się na to nie poradzi. Nastaw jakąś wesołą muzyczkę.
Nacisnęłaklawisz odbiornika. Był akurat koncert życzeń.
- Muszę ci kiedyś posłać życzenia przez radio - powiedział Mikołaj.
Uśmiechnęła się
- I bez tego wiem, że mi dobrze życzysz. Przestań biegać po pokoju i chodź tutaj do mnie. Nie znoszę, kiedy jesteś taki zdenerwowany. Siadaj.
Usiadł posłusznie na tapczanie i wziął ją za rękę.
- Przepraszam cię, Joasiu. Zachowuję się strasznie głupio.
- Niemądry. Przecież doskonale rozumiem twoje zdenerwowanie. Czy widziałeś się z bratem?
- Nie. Telefonował do mnie, ale nie chciałem się z nim spotkać.
- Może źle robisz? Czy nie powinieneś z nim pomówić?
- Daj spokój. To beznadziejne. Żebyś wiedziała, ile razy już rozmawiałem. To nic nie daje, absolutnie nic. Kiedyś myślałem... miałem nadzieję, że się zmieni, że wreszcie zrozumie... Nie, nie... po prostu nie mam siły z nim rozmawiać.
- Ja bym jednak na twoim miejscu spróbowała. Cztery lata więzienia to dużo czasu. Zobacz się z nim, Kola. Może jednak...
Spojrzał na nią uważnie.
- Tak sądzisz?
- Oczywiście. Moim zdaniem - powinieneś. To nawet twój obowiązek. Czasami takie spotkanie dwóch braci po tylu latach może mieć decydujące znaczenie. Przecież...
Objął ją i pocałował.
- Jesteś bardzo kochana. Ale ty go nie znasz. W rozmowie z nim trudno o argumenty. Nic do niego nie dociera, absolutnie nic. Uznaje wyłącznie prawo silniejszego, prawo pięści. Tylko pieniądze posiadają dla niego jakąś wartość. Żadnych hamulców natury moralnej, żadnej etyki. Nie mam pojęcia, skąd się taki typ wziął w naszej rodzinie. Wstydzę się tego uczucia, ale bywają chwile, kiedy wprost marzę o tym, żeby go w ogóle nie było...
- Nie mów tak. Nie wolno ci tak myśleć.
Zmarszczył brwi Jego szczupła, pociągła twarz nabrała wyrazu ponurej zawziętości.
- Tak - powiedział cicho. - Wiem o tym. Nie powinienem tak myśleć, nie powinienem pragnąć jego śmierci, ale czasem... - Przeciągnął dłonią po czole, oczach i policzkach. - Zmęczony jestem, bardzo zmęczony. Chyba już pójdę. - Podniósł się, jakby chciał się pożegnać.
Mocno ujęła go za rękę.
- Zaczekaj. Nie chcę, żebyś odchodził w takim nastroju. Posiedź jeszcze chwilę.
Uśmiechnął się.
- Boisz się, żebym nie zrobił jakiegoś głupstwa?
- Nie. Nie o to chodzi, ale nie lubię się z tobą rozstawać, kiedy wiem, że cię coś dręczy.
- Ta sprawa nie przestanie mnie dręczyć. Taki już mój parszywy los.
- Słuchaj, Kola, a może chciałbyś, żebym ja porozmawiała z twoim bratem, może...?
Żachnął się.
- Oszalałaś? Co za pomysł?
- Widzisz... czasami rozmowa z kimś zupełnie nieznajomym daje o wiele lepsze rezultaty aniżeli wszystkie perswazje ludzi bliskich, rodziny. Może moje słowa łatwiej do niego trafią, może uda mi się przekonać go, chociażby w minimalnym stopniu.
Mikołaj roześmiał się.
- Oj, Joasiu, ty nic nie pojmujesz. Zupełnie nie zdajesz sobie sprawy, jakim człowiekiem jest Maurycy. Rozumujesz kategoriami, które w żaden sposób nie dają się do niego zastosować. Nie znasz ludzi tego pokroju...
- Z różnymi ludźmi miałam już do czynienia. Nie zapominaj, że jestem dziennikarką.
Machnął ręką.
- Daj spokój. Co wy, dziennikarze, wiecie w ogóle o życiu? Każdy z tych waszych reportaży, wywiadów jest z góry zaplanowany, przygotowany, wyreżyserowany.
- O, bardzo cię przepraszam - poczuła się urażona w swej zawodowej ambicji. - Wiele rzeczy robi się na żywo, bez żadnego przygotowania i bez żadnej reżyserii.
- Mniejsza z tym - skrzywił się niechętnie. - W każdym razie absolutnie się na to nie zgadzam, żebyś nawiązywała kontakt z Maurycym. Wybacz, to są nasze rodzinne sprawy i nikt nie powinien się do nich mieszać.
- Jak chcesz. Sądziłam, że mogę ci jakoś pomóc.
- Niestety, nikt mi pomóc nie może - pokiwał głową. - Istnieją w życiu takie sytuacje, że człowiek jest zdany wyłącznie na własne siły. Sam muszę sobie poradzić z tym problemem i sam spróbuję go rozwiązać. Muszę go rozwiązać - dodał podnosząc głos.
Spojrzała na niego niespokojnie.
- Co chcesz zrobić?
- Nie wiem. Trzeba to wszystko dobrze przemyśleć. Niepodobna przecież żyć w ciągłym zagrożeniu.
- A jeżeli on się zmienił? Zastanów się. Sprawdź. Może już jest innym człowiekiem?
Uśmiechnął się smutnie.
- Nie mam co do tego żadnych złudzeń, absolutnie żadnych. W każdym razie dziękuję ci, Joasiu, za chęć pomożenia mi. Nie gniewaj się, że zepsułem ci wieczór. Dobranoc.