Brat bies - Marek Weiss

Reflow text when sidebars are open.
Dzisiaj, kaszląc po przebudzeniu, zobaczyłem ją wyraźniej niż zwykle. Początkowo była drobna i nie budziła lęku. Po chwili zorientowałem się, że idzie szybko i zwinnie, a sylwetką i odległymi jeszcze rysami twarzy przypomina moją matkę. Domyślałem się, że jest wytworem mojej wyobraźni, bo przecież śmierć nie jest ani osobą, ani oswojonym zabawnym szkieletem, ale zdawałem sobie sprawę, że za tą wyobrażoną postacią ukrywa się jej rzeczywiste istnienie, że jest realna i absolutnie moja. Nie podzielę się nią z nikim. Nie ucieknę przed nią. Nie uproszę jej, żeby przyszła później albo żeby chociaż chwilę zaczekała. Kaszlałem z wysiłkiem i analizowałem ból, który rozpierał żebra. Nie był to chyba jeszcze zawał, ale nie wolno tego lekceważyć. Każdy ból piersiowy należy starannie nadzorować, żeby nagły atak nie zaskoczył człowieka nieprzygotowanego. Na przykład dobrze jest znaleźć zaciszne miejsce, gdzie można się wygodnie oprzeć, a nad głową nie zgromadzą się gapie.
Pomyślałem, że muszę się ogarnąć, zadbać o to, co pozostawię. Nikt tego za mnie nie zrobi. Nawet gdyby ktoś z bliskich chciałby się do tego zabrać, z pewnością popsuje konstrukcję, którą przez tyle lat budowałem w nadziei, że wystarczy mi czasu, by dopracować wszystkie szczegóły, utrwalić jej ogólny zarys i postarać się, żeby była piękna. Wiadomo, że nie będzie o mnie świadczyła wiecznie. Z czasem wszystkie budowle obracają się w pył. Ale żeby chociaż przez jakiś czas była dowodem na to, że nie trudziłem się na marne, że miało to jakiś sens, że się komuś na coś przydałem. Skąd to pragnienie? Nie wiadomo. Potrzeba sensu ma bardziej zawiłe i mroczne źródła niż on sam. Czasami pragnienie sensu jest silniejsze niż wola życia. Nie wszystkie pragnienia dadzą się wytłumaczyć. Nie wszystkie są tak proste jak fizjologia.
A przecież mimo tej prostoty poświęca się fizjologii coraz więcej czasu, uwagi i pieniędzy, jakby to miało dać zbawienie, którego tak brakuje. Jej naprawianie to wielki biznes. Ale przecież równie wielkie oszustwo. Niewiele można w niej poprawić. Każda indywidualna fizjologia jest zaprogramowana na konkretny czas i jeśli on się kończy, to święty Boże nie pomoże. Oczywiście, że uprawiana rozsądnie oszczędza nam nieco cierpień i wydłuża życie o włos, czy dwa. Jednak nie ma gwarancji, że to się uda każdemu i że skutków jest tyle, ile wysiłku włożymy w nasze starania. Ileż to znamy przykładów wyrzekania się przyjemności i rzucania palenia, by uniknąć raka płuc, gdy w tym czasie rodzi się skorpion, na przykład w mózgu. No pewnie, że nie ma co lamentować. Warto jednak nie ulegać złudzeniom, że rządzi tym sprawiedliwość i że nas ominie powszechny wyrok. On jeden jest pewny i nieuchronny. Od dziecka powinniśmy być przygotowywani do życia tymczasowego. Wpajanie, że jest inaczej, wyrządza ludziom wielką krzywdę.
Pojedynczym ludziom tak, ale ludzkości nie. Ludzkość karmiona wiarą w życie wieczne i jej pochodnymi, jak Bóg, Raj, Zbawienie i tym podobne, jednak kwitnie. Gdyby nie te bujdy i legendy, nie tylko nie byłoby piramid, katedr, honorowych pojedynków, wigilijnego opłatka i jeszcze miliona pięknych zjawisk, ale również i tej opowieści. Być może przyniesie ona komuś ulgę. Jeśli nie, to jest przecież zasadniczą częścią tego, co po mnie zostanie. Jest moją skrzynią, którą zapełnię i zatrzasnę przed podróżą w kosmiczne otchłanie, gdzie pierwiastki moje, niezniszczalne i sprytne, utworzą nowe kombinacje i byty wplatające się w błogosławiony rytm czasu i przestrzeni. Tym samym nie cały przeminę, jak to wyraził poeta, myśląc bardziej o swoich wierszach niż o atomach, ale przecież żył w czasach nikłej wiedzy o prawach przyrody.
Już sobie wyobrażam to oburzenie, że ośmieliłem się nazwać bujdami coś, co dla wielu jest świętością. Ale nie mówię o tym pogardliwie. Zawsze ogarnia mnie smutek, kiedy rozmyślam o skutkach straszliwej pomyłki Platona, który tak sugestywnie zawyrokował w sprawie podziału świata na byt realny i idealny. Jak to chwyciło! Jak przekonująco uświadomiło bezradność poznania! Brawurowy przykład z cieniami na ścianie jaskini spowodował nieobliczalne konsekwencje i szkody. Jakże urzekło to tysiące mędrców na przestrzeni dziejów usiłujących wytłumaczyć sobie i innym, dlaczego jest raczej Coś niż Nic! Skłonność umysłu ludzkiego do dwoistego porządkowania, do mówienia "tak" lub "nie", do odróżniania czerni od bieli, wreszcie do uznania, że człowiek musi składać się z ciała i duszy, otrzymała od staruszka Platona mocny fundament intelektualny i narzędzie do majstrowania niezliczonych kombinacji. Oparte na tym podziale filozofie, sztuki, religie i zabobony opanowały świat tak skutecznie, że dyskusja z tymi mrzonkami skazana jest na klęskę i to często bardzo dotkliwą dla tych, co nie są przekonani do rozróżniania fizyki i metafizyki. Tu należałoby też dodać - chemii i metachemii, biologii i metabiologii, psychologii i parapsychologii.
A przecież świat jest całością. Jeden, nieskończony i nieskończenie złożony. Jesteśmy częścią jego rytmu tworzenia i niszczenia. Pustka wypełniona wirującymi cząstkami materii. Zmieniają kształt i tworzą coraz to nowe struktury. Łączą się i rozstają w czasie nieskończonym i w zakrzywionej przestrzeni, która nieskończoność imituje. A może i czas imituje nieskończoność, a tak naprawdę zatacza łuk i wraca do początku? To by potwierdzało moją intuicję, że byt istnieje jeden, niepodzielny, bez początku i końca. To, co wydaje nam się rzeczywistością duchową, jest tylko wynikiem ewolucji życia i przedłużeniem instynktów, uczuć i emocji. Jest niekończącą się piramidą na fundamencie świata. Jest tych fundamentów niepodzielnym przedłużeniem, bo nie da się ustalić, kto i kiedy zaczął ją budować, zapisując pierwsze słowa i cyfry. A Bóg tylko tę piramidę wieńczy, jako efekt naszych tęsknot za matczyną i ojcowską opieką, której zamęt życia pozbawia nas zbyt wcześnie.
Tak było ze mną. Ojciec porzucił nas dla rudej zdziry. Matka nie dawała sobie rady z wychowaniem dwojga małych dzieci. Rozpaczliwie poszukiwała opiekuna. Świat był dla niej za trudny i właściwie nie orientowała się w jego regułach. Była naiwna i zabobonna. Wpadała w łapy coraz gorszych wujków, którzy byli łasi na nasze fajne mieszkanie - jedyne, co nam po ojcu zostało. Był budowniczym Mariensztatu i tam, jako zasłużony rekordzista w układaniu cegieł, dostał dwa pokoje z kuchnią, z której okna widać było Wisłę i zieleń po drugiej stronie. Wiele godzin spędziliśmy z siostrzyczką w tym oknie, wpatrzeni w mrugające latarnie i światła samochodów, czekając na mamę, która była zajęta polowaniem na nowego tatusia. To w tym oknie narodziła się moja wiara w Boga i tym kilku osobom, które uformowały jej procedury w moim życiu, niewiele pozostało roboty.
To były czasy, kiedy religii uczyły katechetki w parafialnej świetlicy. Chodziliśmy do kościoła Świętej Anny, gdzie w bocznej kaplicy stała figurka Jezusa frasobliwego. Zakonnica, która raz w tygodniu uczyła nas katechizmu i przygotowywała do pierwszej komunii, zaklinała się, że wiele lat temu widziała, jak ta figurka płacze. Jedna łza popłynęła po szarej od zmartwień twarzy Jezusa i zatrzymała się na starannie wyrzeźbionej brodzie. Tam schła przez kilka godzin, a katechetka jak sparaliżowana wpatrywała się w nią bez ruchu i też płakała. W popłochu zastanawiała się, czy to nie ona jest powodem tej łzy. Może jest bardziej grzeszna, niż jej się wydawało? Potem jednak zrozumiała, że Bóg płacze, bo aresztowali prymasa poprzedniej nocy. Komuniści chcieli rozprawić się z kościołem i z Jezusem raz na zawsze. Gdyby mogli, ukrzyżowaliby go po raz drugi. A już z pewnością trzymaliby go w więzieniu, albo wydali Ruskim, a ci wysłaliby Jezusa do łagru na Syberii. Siostra opowiadała nam o tym wszystkim, czego nie mogła opowiadać pani w szkole, chociaż może by i chciała.
Tak było wtedy, że co innego mówiło się w szkole, w radiu, na zebraniach w pracy, na oficjalnych spotkaniach, w gazetach i później w telewizji, a co innego w domach, na podwórkach, w knajpach, na prywatkach i w parafialnych świetlicach, a potem w kazaniach niektórych księży, z księdzem Jerzym na czele. Wiele lat po mojej pierwszej komunii byłem jego przyjacielem i nieudolnym obrońcą. Nieudolnym, ponieważ pozwoliłem mu pojechać na to ostatnie spotkanie, chociaż uprzedzano nas, żeby nie wychodził poza ogrodzenie parafii, bo ktoś na samej górze wydał już na niego wyrok. Trzymałem go za ramiona i potrząsałem nim gwałtownie, prosząc, żeby nas posłuchał, że tutaj, wśród tych kilku oddanych mu robotników z sąsiedniej huty, którzy zmieniali się co dwa dni, pełniąc przy nim wartę, jest bezpieczny. Patrole młodzieżowe krążyły wokół kościoła, meldując o każdym podejrzanym samochodzie przesuwającym się powoli wzdłuż ogrodzenia. Mogliśmy go tak strzec do upadku komuny. Ale on uważał, że musi pojechać. Tłumaczył nam, że wystarczy mu kierowca, przy którym włos mu z głowy nie spadnie, że Bóg czuwa nad nim, bo modlitwy tysięcy ludzi w jego intencji nie pozwolą Najwyższemu choćby na chwilę nieuwagi.
Kiedy dwa tygodnie później stałem przy jego trumnie w naszym kościele, zerkałem ku Jezusowi rozpiętemu na wielkim krzyżu pod sklepieniem i zastanawiałem się, który z jego wizerunków uroni łzę nad umęczonym ciałem Jerzego. Czy ten frasobliwy z kruchty u Świętej Anny? Ile tych figurek jest rozsianych po całym świecie? Miliony? Która z tych milionów da znak? Kościół nabity był ludźmi. Wszystkim łzy płynęły i długo nie wysychały. A wokół kościoła, na placu Komuny, która to nazwa nie ma nic wspólnego z naszą, tylko z paryską, w uliczkach, na trawnikach, na dachach domów jak okiem sięgnąć stał trzystutysięczny tłum. Milicji nie było widać po raz pierwszy od kilku lat. A kiedy wszyscy skandowali zakazane słowo "Solidarność, Solidarność!", brzmiało to tak, jakby cała polska ziemia wołała do Boga: "Obudź się! Jak mogłeś dopuścić do tej zbrodni? Gdzie byłeś?". On, jak to On, przyzwyczajony do tych pytań, nie odpowiadał, tylko milczał z wyższością wiedząc, że sami sobie poradzimy.
Więc niemożliwe, żeby wtedy Jezus frasobliwy płakał z powodu prymasa, którego nikt nawet nie uderzył ani nie popchnął, tylko nastraszyli go tym aresztowaniem i wywiezieniem w bezludne miejsce. Nic mu się na szczęście nie stało i powrócił jeszcze mocniejszy. Miałem okazję podziwiać jego dostojną postać, kiedy brał udział w mszach przy Krakowskim Przedmieściu, a ja byłem tam ministrantem i stałem bardzo blisko jego kardynalskiego płaszcza. To był z pewnością wielki strateg i wódz. Bez jego konsekwentnej pracy nie byłoby przecież naszego papieża. Ale władcza twarz prymasa, tak skora do gniewu na nieposłusznych i niewiernych, nie miała boskich rysów mojego świętego księdza Jerzego, którego Bóg umiłował, a potem pozostawił, jak swego syna, na łasce ludzi. To właśnie była wątpliwość, która zachwiała moją wiarą po raz pierwszy. Nigdy nie mogłem zrozumieć, jak Bóg Ojciec stał się Synem i dobrowolnie wydał się na mękę. Nie rozumiałem też, co w tej Trójcy odczuwał wtedy Duch Święty, który wcześniej napełnił błogosławione łono Marii. A idąc dalej, nie pojmowałem, jak Bóg zgodził się na męczeństwo księdza Popiełuszki.
Nigdy się chyba nie dowiemy, kto kazał Jerzego zabić. Kiedy się idzie po szczeblach od oprawców do wierzchołka władzy, to wydaje się na pierwszy rzut oka, że każdy z nich mógł taką decyzję podjąć, ale po chwili przychodzi refleksja, że to niemożliwe, że żaden z nich nie miałby odwagi wziąć na siebie takiej odpowiedzialności. Dopiero przy Kiszczaku i Jaruzelskim ta wątpliwość znika. Ale czy ci dwaj nie byli jednak na tyle mądrzy, żeby z podobnym rozkazem nigdy się nie wychylić? Przecież to wielcy gracze, którzy na taką brudną i bezcelową robotę nie wyraziliby zgody. Więc kto? Znowu Ruscy? Oprawcy mieli podwójną zależność? Dostawali czasem i stamtąd polecenia? Ruskim byłoby bardzo na rękę usunięcie kaznodziei i podsycenie nienawiści w narodzie. Może dlatego generałowie zdecydowali się na proces? Wiedzieli, że nikt prawdy nie wyda, a jeśli zdąży wydać przed śmiercią, to hańba okupantów rozgrzeszy generałów z wielu spraw.
A stan wojenny? Też się nie dowiemy. Milczą dranie, a gdy się odezwą, to kłamią notorycznie. Za chwilę wszyscy zejdą z tego świata i zabiorą tajemnicę ze sobą. W ruskich archiwach może jest coś, co pomogłoby wyjaśnić polskie sprawy, ale moim zdaniem Ruski spalili wszystko, co by mogło ich skompromitować w oczach świata, kiedy już jawność zapanowała na dobre. Nasi palili archiwa, to co dopiero tamci. Jakbym to widział. W nocy do archiwum wkracza specgrupa, ochrona tylko salutuje i gały bałuszy, a oni wiedzą, gdzie szukać, wyciągają teczki z półek, wrzucają w torby, wynoszą i nawet nie odsalutują. Potem jakieś ognisko rozpalają nad rzeką, rybek przy okazji nałapią, pieką i jedzą, śpiewają te swoje romanse i frontowe opowieści, papiery fajczą się na popiół, a z nimi nasze polskie racje.
Trzeba przyznać, że los nam dał wyjątkowe miejsce na ziemi. "Rów, w którym płynie mętna rzeka, nazywam Wisłą" pisał największy poeta moich czasów. Łagodne niziny po obu stronach tego "rowu" to piękny kraj. Lud, który tu przemieszkuje od niepamiętnych czasów niewiele się zmienił do dzisiaj. Jakaś polna wytrwałość i ospała niezniszczalność w tym ludzie. Kraj wychylał się to na wschód, to na zachód, ale w zasadzie pozostał wierny swemu centrum. Ziomkowie nie mieli cech agresywnych nomadów, ale na swoim byli dzielni i bitni. Pod kolejnymi zaborami czy okupacją większość potrafiła się zachować przyzwoicie i uszczerbku na honorze nie wybaczała. Byli zdrajcy w każdym pokoleniu, jak wszędzie, ale zostawali wykluczeni z narodu, a imiona ich na wieki przeklinano. Kraina płynęła mlekiem i miodem, a tutejsi wąsale od niepamiętnych czasów zwracali się do siebie per "panie bracie".
Byłaby ta idylla wzorem do naśladowania, gdyby to wyjątkowe miejsce na ziemi nie było obarczone przekleństwem sąsiedztwa ze wschodu i z zachodu. Cztery są wielkie narody w dziejach Europy. Angole i Francuzi tworzą parę skłóconą ze sobą i wojującą od zawsze, ale nastawioną na budowanie i porządek. Racjonalizm i kultywowanie wartości przyświecało tym nacjom mimo zniszczeń we wzajemnych wojnach. Jednak z tych lat słabości i utraty równowagi zwykle wychodziły oba narody zwycięsko. Druga para przeciwnie. Mimo rozmachu i energii zdolnych do ulepszenia świata zwykle go psuła. Jej skłonność do szaleństwa i destrukcji nie ma sobie równych. A nam przypadło miejsce akurat pomiędzy nimi. Obie nacje, potężne i twórcze, wydały na świat wielu geniuszy, ale też i dwóch największych zbrodniarzy w dziejach, a wraz z nimi zastępy nieprzebrane drapieżników bez czci i wiary. Nie wiadomo, kto gorszy - Ruscy, czy Niemcy. Wojujemy z nimi od początku świata i z krótkimi przerwami wojować będziemy do jego końca. Ratuje nas tylko jakiś nietrwały sojusz i podporządkowanie się któremuś z szaleńców. I ten dylemat, to pytanie, komu sprzyjać mamy, skoro na walkę z oboma naraz nie starcza sił, zdominował naszą historię.
Łatwo powiedzieć - zdominował! Ile jednak pokoleń zapłaciło najwyższą cenę za wątpliwości w tej sprawie! Ile krwi wsiąkło w ziemię w bratobójczych walkach! Stawiam tu co chwila wykrzykniki, bo bardzo mnie ten temat porusza i nie potrafię spokojnie o tym mówić. Sam niejednokrotnie biorąc udział w nocnych rozmowach rodaków polewanych wódą, wybuchałem gniewem i w zaperzeniu rwałem się do bitki. Gdy tylko ktoś upierał się, że sami sobie jesteśmy winni, że beznadziejna nacja, że chciwe, a leniwe chłopstwo oddające się pijaństwu i kultowi umarlaków, zaczynałem się wściekać. Jak tylko słyszałem te pogardliwe narzekania na ciemnotę naszą i gnuśność, czułem skok ciśnienia. Zaczynałem spokojnie od wyliczania naszych zalet i sukcesów na przestrzeni dziejów, ale zrozpaczony drwiącymi uśmieszkami, słysząc wciąż te same docinki, wpadałem w gniew i darłem się na wrogów, aż w końcu musiałem komuś przywalić.
Wtrącić muszę, że przywalanie szło mi łatwo, bo odziedziczyłem po ojcu znaczący wzrost i wielkie pięści. W latach dojrzewania ćwiczyłem boks w klubie tramwajarzy na Woli. Zaciągnął mnie tam koleżka z klasy, z którym tłukliśmy się na przerwach w zimowych rękawicach wypchanych watoliną. Kiedy w szkole nie mieliśmy już konkurencji, poszliśmy szukać przeciwników z miasta i tak dotarliśmy do klubu, w którym pewien stary trener udzielił mi wielu ważnych lekcji, nie tylko na temat zadawania ciosów. Był jednym z najmądrzejszych ludzi, jakich spotkałem w życiu. To jest decydujące w losie człowieka - trafić chociaż raz na właściwego nauczyciela. Pewnie wydaje się nieprawdopodobne, że syn murarza i bokser od tramwajarzy wie, kto to jest Platon, ale to właśnie mój trener połączył we mnie te odległe dziedziny. Czytał mnóstwo książek i wiedział, które trzeba znać, a które odkładać bez wahania. Był marynarzem i walczył w czasie wojny na brytyjskim krążowniku. Znał cały świat.
Jedną z moich ulubionych pierwszych lektur był cykl przygód Tomka na różnych kontynentach. Identyfikowałem się z nim. Jego odwaga, ciekawość świata i patriotyzm były dla mnie kanonem cnót, które chciałem naśladować. Miał przyjaciela, bosmana Nowickiego, obdarzonego nadludzką siłą. Drugim jego opiekunem był tajemniczy Smuga - mędrzec i wcielenie szlachetności. Mój trener Zych był połączeniem tych dwóch postaci i w moim życiu odegrał ich rolę, zastępując mi ojca. Kochałem go i nie mogłem się pozbierać, kiedy po trzech latach wykonywania jego rozkazów musiałem się z nim rozstać. Białaczka zmiotła go z ziemi w ciągu dwóch tygodni. Nie miał rodziny, więc pochowaliśmy go na koszt klubu. Na cmentarzu zjawił się tłum chłopaków. Nie tylko ja go kochałem. Trener zapisał mi swoje książki. Transportowałem je do domu w plecaku przez wiele tygodni. Był też list do mnie, w którym spisał swoje ostatnie rozkazy. Jeden z nich był o czytaniu książek, inny o tym, że nie wolno bić słabszych, a jeszcze inny, że mam szanować swoją matkę jak świętość bez względu na to, kim jest i jak się do mnie odnosi.
Odnosiła się różnie. Czasami była dobra do bólu. Uprzedzała moje pragnienia, spełniała marzenia i okazywała mi czułość. Częściej jednak wyładowywała na mnie swoją nienawiść do ojca i żal o zmarnowane życie. Musiał jej rzeczywiście złamać serce tak skutecznie, że nie była w stanie pogodzić się z męskim światem. Nie tylko nie mogła znaleźć sobie faceta, którego dałoby się pokochać, ale mając wielu amantów, nigdy nie mówiła o nich inaczej niż z pogardą i obrzydzeniem. Mężczyźni raz na zawsze stali się dla niej wrogami, z którymi pewnie walczyła nawet podczas orgazmu. Gardziła sobą, że musi im ulegać. A przecież nie mogła bez nich żyć. Myślę, że była bardzo namiętna i gdyby ojciec wytrzymał kryzys, jaki im się przytrafił, miałby z nią więcej radości, niż z rudą zdzirą, która doprowadziła go do kompletnej ruiny i alkoholizmu. Ale tajemnica dlaczego facet pragnie tej, a nie innej, jest jedną z największych zagadek ludzkości i jednym z głównych tematów wszystkich opowieści.
Naczytałem się o tym w książkach przenoszonych w plecaku. To już nie były przygody Tomka, tylko powieści klasyków, dzieła poetów i tomy biblioteki paryskiej "Kultury", dzięki którym Polacy nie upadli duchowo, jak chcieli tego okupanci. Mój bosman przywoził tego sporo z każdej wyprawy i rozdawał zaufanym towarzyszom niewoli w obozie socu. Takich kurierów były całe zastępy. Jakim cudem Giedroyć nie zbankrutował, skoro prawie każdy z nich miał poważny rabat, a często niektóre egzemplarze dostawało się przy bulwarze Saint-Germain za darmo. Sam z takiej wycieczki przywiozłem trzy tomy dzieła Kołakowskiego o nurtach marksizmu. Przeczytałem te tomiszcza, a jakże, chociaż nie obyło się bez kilkukrotnego przyśnięcia nad otwartą książką. Wydaje się to niewiarygodne, że bokser z poobijanym łbem czytał po nocach Herlinga i Miłosza, ale naprawdę zdarzali się tacy wśród sportowców, muzyków jazzowych, drobnych handlarzy, kurwiszonów, turystów z małych miasteczek i studentów medycyny czy innych nieliterackich dyscyplin. Wszędzie można było nieoczekiwanie spotkać osobnika, który za fasadą prymitywnych zajęć zarobkowych czytał i myślał.
Nie było ich wielu - to jasne. Każdy z nich jednak z kimś rozmawiał, próbował podzielić się wątpliwościami, pożyczać wyświechtane egzemplarze. Nie było łatwo znaleźć partnerów do takich rozmów, ale kiedy już kontakt został nawiązany, dbało się o niego troskliwie. Nie mieliśmy Facebooka ani komórek. Do najbliższego automatu telefonicznego kawał drogi, a w dodatku nigdy nie było gwarancji, że działa. Kiedy się wreszcie z kimś usiadło do stołu i rozmowy, nie było piwa, które samo leci do ręki, czy bezliku maleńkich buteleczek w każdym sklepie. Alpaga, pół litra - to były zdobycze traktowane z szacunkiem. Kiedy już alkohol otworzył serca, zarażało się koleżków wirusem prawdy, natrafiając nieraz na sprzeciw i wściekłą obronę. Czasem kosztowało to utratę przyjaźni. Czasem koleżka donosił gdzie trzeba.
Donosicielstwo mnie fascynuje, jak każde zjawisko przekraczające granice prawdopodobieństwa. Nie mieści mi się w głowie, że po spotkaniu z przyjacielem i spędzeniu długich chwil w emocjach i uroczystym nastroju dzielenia się prawdą, można zasiąść przed urzędową mendą i powtórzyć zasłyszane wyznania. Kim trzeba być, żeby bezpowrotnie zniszczyć swoją godność i sumienie? Przecież zawsze się kiedyś odezwie i nie da nam spokoju, jak Erynie. Grecy odkryli podstawowe reguły ludzkiego bytu, nazwali je i wymyślili tyle legendarnych imion. My mamy "gnidy" i "mendy". Trudno budować jakąś mitologię w oparciu o te wszawe terminy. W Grecji jednak wszystko zawsze było piękniejsze. Mogli sobie Grecy w swoim boskim klimacie mitologizować. Od ich zamierzchłych czasów niewiele się zmieniło. Dowiedzieliśmy się o sobie więcej gorzkich prawd, ale nie jesteśmy przez to mądrzejsi. Oni wiedzieli już najważniejsze rzeczy. Wiedzieli, że istnieje honor, który jest jak dziewictwo - nienaprawialny.
* * *
koniec darmowego fragmentuzapraszam do zakupu pełnej wersji