Branka Cyganów - Ludwik Marian Kurnatowski

Kup ebooka

4.99 zł
3.99 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Branka cyganów

Przed kilku tygodniami w pismach codziennych ukazały się wzmianki o odbywającym się w Koszycach procesie cyganów, oskarżonych o mordowanie ludzi i... odżywianie się ich mięsem. Fakt kanibalizmu w dwudziestym wieku jest czymś tak niesłychanym, że trudno się nawet dziwić zaciekawieniu, jakie ogarnęło na wieść o nim czytelników-Polaków. Toteż wiele pism, w szczególności Wieczór Warszawski wysłało swych korespondentów do Koszyc. Dzięki tej okoliczności mieliśmy możność śledzić z dnia na dzień przebieg sensacyjnego procesu.

Podczas rozprawy sądowej ujawniło się wiele ciekawych momentów z życia, znajdującego się pod oskarżeniem obozu cygańskiego. Jeden fakt zwłaszcza specjalnie zwrócił moją uwagę i dał mi wiele do myślenia. Czytając suchą wzmiankę o nim, przypomniałem sobie pewną zagadkową historię z niedawnych lat, w rozwikłaniu której sam byłem bezpośrednio zainteresowany. Ośmielam się mniemać, że tajemnicza ta sprawa zainteresuje czytelników, w szczególności czytelnikówłodzian, z tego więc powodu zamierzam opowiedzieć ją w skrócie. Zastrzegam się jednak, że nie wyciągam z niej żadnych wniosków konkretnych, pozostawiając Czytelnikowi znalezienie wspólnego ogniwa, pomiędzy wypadkiem z roku 1921 a jednym z faktów, ujawnionych przez sąd w Koszycach.

Rdzenni łodzianie pamiętają zapewne rodzinę niejakich Szternbergów, zamieszkałych w Łodzi, przy ulicy Pomorskiej. Co prawda rodzina ta nie odznaczała się niczym specjalnym, jednak nieszczęście, jakie ją spotkało, uczyniło ją bardzo znaną pośród mieszkańców polskiego Manchesteru.

Stało się to w roku 1921.

Lato tego roku było skwarne, toteż kto tylko mógł, uciekał ze spowitej dymem Łodzi na wieś, aby tam, wśród pól i lasów wypocząć i nabrać nowych sił do borykania się z ciężkimi warunkami życia. Jednak los nie wszystkim pozwolił na przebywanie na wilegiaturze na wsi - byli tu i tacy, których brak funduszów zmuszał do szukania wypoczynku po małych zapadłych miasteczkach. W tej liczbie była między innymi rodzina Szternberga.

Stary Szternberg, którego interesy wiązały się z miastem, pozostał na lato w Łodzi, żonę zaś z dziećmi wysłał do teściów do Sieradza, gdzie ojciec jego żony posiadał duży tartak.

Znasz, Czytelniku, polskiej prowincjonalne miasteczka i warunki, w jakich ich mieszkańcy pędzą żywot? Przypominasz zapewne sobie małe, niebrukowane uliczki, kędy w tumanach kurzu bawią się w niewysychających nigdy bajorach setki obywateli i obywatelek młodocianych? Wiesz też, jak wielkie wrażenie wywołuje najdrobniejszy nawias życia codziennego?

Toteż, gdy dziewięcioletnia Estera Szternberg wpadła do mieszkania dziadków przy tartaku z okrzykiem:

- Mameleben, die cyganes kim! - każdy, kto się tylko tam znajdował, wybiegł na ulicę z błyskawiczną szybkością, by być świadkiem naocznym niezwykłego zdarzenia.

Estera powiedziała prawdę: wąską uliczką przeciągał tabor cygański. Konie, wiozące wysokie wozy o budach płóciennych, trzęsące się przy każdym ruchu, człapały leniwie, na wozach drzemały, kiwając się, matrony, młódź cygańska szła pieszo, bacznie przyglądając się miasteczku i wyległej ludności. Młode, smagłe cyganki, szumiąc marszczonymi spódnicami i dzwoniąc sznurami korali, uwijały się żwawo, proponując każdemu spotkanemu postawić nieśmiertelną kabałę lub powróżyć z ręki.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.