Prolog
Cóż to widzisz na sinej plamie horyzontu,
czego nie możesz zasłonić
uniesioną ręką?
Podpalacze Mostów
Toc Młodszy
1163 rok snu Pożogi
9 rok panowania cesarzowej Laseen
Rok Czystki
Gdy wyszedł chwiejnym krokiem z Alei Dusz na Rondo Sądu, wyglądał jak
groteskowy kłąb much. Rojące się skupiska tych owadów migrowały
bezmyślnie po jego ciele, czarne i lśniące, a niekiedy odpadały od niego
w oszalałych bryłkach, które eksplodowały lotem, gdy tylko uderzyły o bruk.
Godzina Pragnienia miała się ku końcowi. Kapłan wlókł się jej śladem,
ślepy, głuchy i milczący. Sługa Kaptura, Pana Śmierci, uczcił w ów dzień
swego boga w ten sposób, że wraz z towarzyszami rozebrał się do naga i wysmarował krwią straconych morderców, którą przechowywano w wielkich
amforach ustawionych pod ścianami w nawie świątyni. Potem bracia
utworzyli procesję i wyszli na ulice Unty, by przywitać duszki boga i pokierować śmiertelnym tańcem, który oznaczał ostatni dzień Pory
Zgnilizny.
Stojący wokół ronda strażnicy rozstąpili się przed kapłanem, a potem
odsunęli się od siebie jeszcze bardziej, by przepuścić ruchliwą,
brzęczącą chmurę, która podążała za nim. Niebo nad Untą wciąż było
raczej szare niż błękitne, jako że muchy, które o świcie zgromadziły się
w stolicy Imperium Malazańskiego, zerwały się teraz do lotu i pofrunęły
nieśpiesznie nad zatoką ku słonym bagnom i zalanym wodą wysepkom leżącym
po drugiej stronie rafy. Pora Zgnilizny zawsze sprowadzała ze sobą
robactwo, a w ciągu ostatnich dziesięciu lat nadeszła aż trzy razy, co
było czymś niespotykanym.
W powietrzu nad rondem nadal pełno było rozbrzęczanych plamek
przypominających latający żwir. Gdzieś na ulicach jakiś pies ujadał
rozpaczliwie, jakby był bliski śmierci, ale nie mógł zakończyć życia.
Nieopodal centralnej fontanny ronda porzucony muł, który jakiś czas temu
padł na ziemię, poruszał jeszcze słabo uniesionymi w górę nogami. Muchy
właziły do środka przez wszystkie naturalne otwory ciała zwierzęcia,
które wzdęły już gazy. Tak jak wszystkie muły, było ono jednak z natury
uparte i zdychało od ponad godziny. Gdy obok przeszedł pozbawiony wzroku
kapłan, muchy poderwały się z ciała muła, tworząc ruchomą zasłonę, i dołączyły do całunu owadów spowijającego mężczyznę.
Felisin, która stała razem z innymi, czekając na kapłana Kaptura, nie
miała wątpliwości, że zmierza on prosto ku niej. Spoglądał w jej stronę
dziesięcioma tysiącami oczu i była pewna, że wszystkie w nią się
wpatrują. Nawet narastająca groza nie była jednak w stanie zwalczyć
odrętwienia, które spowiło jej umysł tłamszącym kocem. Zdawała sobie
sprawę, że wzbiera w niej przerażenie, lecz przypominało to raczej
pamięć o nim niż żywe uczucie.
Niewiele pamiętała z pierwszej Pory Zgnilizny, którą przeżyła, z drugiej
jednak zachowała klarowne wspomnienia. Przed niespełna trzema laty
spędziła ten dzień bezpieczna w rodzinnej posiadłości, domu o grubych
ścianach, w którym okiennice zamknięto i uszczelniono płótnem, na
zewnątrz pod drzwiami ustawiono piecyki koksowe, a na wysokich,
najeżonych odłamkami szkła murach kłębił się gryzący dym z płonących
liści istaarl. Ostatni dzień Pory Zgnilizny i jego Godzina Pragnienia
budziły w niej niesprecyzowaną odrazę, były irytującą niedogodnością,
lecz niczym więcej. Nie myślała wówczas zbyt wiele o niezliczonych
żebrakach i bezdomnych zwierzętach, a nawet uboższych obywatelach,
których potem na wiele dni przymusowo wcielano do brygad sprzątaczy.
To samo miasto, ale inny świat.
Zastanawiała się, czy strażnicy spróbują w jakiś sposób pokierować
zbliżającym się do ofiar czystki kapłanem. Podobnie jak inni stojący w szeregu ludzie była teraz podopieczną cesarzowej i odpowiadała za nią
Laseen, a choć mogło się wydawać, że trasą kapłana kieruje ślepy traf i kolizje są efektem przypadku, a nie świadomego zamiaru, Felisin w głębi
duszy wiedziała, że tak nie jest. Czy noszący hełmy strażnicy podejdą do
kapłana, odciągną go na bok i przeprowadzą bezpiecznie przez rondo?
- Nie sądzę - odezwał się człowiek, który przykucnął po jej prawej
stronie. W jego półprzymkniętych, głęboko zapadniętych oczach pojawił
się błysk czegoś, co mogło być rozbawieniem. - Widziałem, jak
przenosiłaś spojrzenie ze strażników na kapłana, a potem znowu na
strażników.
Rosły, milczący drab po jej lewej stronie podniósł się powoli, ciągnąc
za sobą łańcuch. Skrzyżował ramiona na nagiej, pokrytej bliznami piersi,
szarpiąc gwałtownie okowami, aż Felisin skrzywiła się z bólu. Mężczyzna
spoglądał spode łba na nadchodzącego kapłana, lecz nie odzywał się ani
słowem.
- Czego on ode mnie chce? - zapytała szeptem dziewczyna. - Czym sobie
zasłużyłam na uwagę kapłana Kaptura?
Przykucnięty człowiek kołysał się w przód i w tył, unosząc twarz ku
późnopopołudniowemu słońcu.
- Królowo Snów, czy to, co słyszę z tych pełnych, słodkich usteczek, to
młodzieńczy egocentryzm, czy tylko zwyczajna zarozumiałość szlachty,
która sądzi, że cały wszechświat obraca się wokół niej? Odpowiedz mi,
błagam, kapryśna Królowo!
Felisin skrzywiła się.
- Lepiej było, kiedy myślałam, że śpisz. Albo nie żyjesz.
- Martwi nie kucają, dziewczyno. Leżą na ziemi. Kapłan Kaptura nie idzie
po ciebie, lecz po mnie.
Zwróciła się w jego stronę. Łączący ich łańcuch zagrzechotał. Mężczyzna
przypominał raczej ropuchę o zapadniętych oczach niż człowieka. Był
łysy, a na twarzy miał tatuaż złożony z maleńkich, czarnych,
wytrawionych symboli, ukrytych wewnątrz większego wzoru, który pokrywał
skórę niczym pomarszczony zwój. Jego nagość zasłaniała jedynie
wystrzępiona przepaska biodrowa, koloru wyblakłej czerwieni. Muchy
łaziły po całym jego ciele, nie chcąc odlecieć, Felisin zdała sobie
jednak sprawę, że nie tańczą w rytm ponurej muzyki Kaptura. Wytatuowane
było całe ciało nieznajomego. Na twarzy miał pysk dzika, wzdłuż ramion,
ud i goleni wił mu się splątany labirynt kędzierzawego, utkanego z liter
futra, a w skórze stóp wytrawiono przedstawione ze szczegółami kopyta.
Do tej pory Felisin była zanadto pochłonięta sobą, zbyt odrętwiała z szoku, by zwracać uwagę na skutych z nią łańcuchem towarzyszy. Ten
mężczyzna był kapłanem Fenera, Dzika Lata, i wydawało się, że muchy o tym wiedzą, rozumieją to na tyle, by zmienić tok swego oszalałego ruchu.
Przyglądała się z chorobliwą fascynacją, jak gromadzą się na końcach
kikutów uciętych w nadgarstkach rąk. Pokrywające je stare blizny były
jedynymi miejscami na jego skórze, które nie należały do Fenera.
Ścieżki, po których duszki zmierzały do owych kikutów, nie dotykały ani
jednej linii tatuażu. Muchy unikały ich w swym tańcu, lecz mimo to
wydawało się, że bardzo chcą tańczyć.
Kapłan Fenera zamykał szereg. Skuto go w kostce, podczas gdy wszyscy
pozostali nosili wąskie żelazne okowy na nadgarstkach. Stopy miał
wilgotne od krwi. Muchy krążyły nad nimi, lecz bały się wylądować.
Mężczyzna otworzył oczy, gdy nagle coś przesłoniło słońce.
Przybył sługa Kaptura. Łańcuch zakołysał się, gdy drab stojący po lewej
stronie Felisin cofnął się tak daleko, jak tylko pozwoliły na to okowy.
Ściana za jej plecami była rozgrzana, a płytki, na których namalowano
sceny przedstawiające imperialne ceremonie, przez cienki materiał
niewolniczej tuniki wydawały się śliskie. Felisin wbiła wzrok w spowitego w muchy stwora, który zatrzymał się bez słowa przed
przykucniętym kapłanem Fenera. Nigdzie nie widziała ani skrawka
odsłoniętego ciała. Owady przesłoniły go całkowicie. Pod ich powłoką żył
w ciemności i nie docierał do niego nawet słoneczny żar. Otaczająca go
chmura rozpostarła się szerzej. Dziewczyna odsunęła się trwożnie, gdy
zimne nóżki niezliczonych insektów dotknęły jej skóry i szybko pobiegły
w górę po udach. Otuliła się ciaśniej tuniką i zwarła mocno nogi.
- Godzina Pragnienia już minęła, akolito - odezwał się kapłan Fenera. Na
jego szerokiej twarzy wykwitł pozbawiony wesołości uśmiech. - Wracaj do
świątyni.
Sługa Kaptura nie odpowiedział, wydawało się jednak, że brzęczenie much
zmieniło tonację. Muzyka ich skrzydełek wypełniła kości Felisin
wibracją.
Kapłan przymrużył głęboko osadzone oczy. Jego głos zmienił tonację.
- No dobrze. W rzeczy samej byłem ongiś sługą Fenera, lecz nie jestem
nim już od lat, choć z mojej skóry nie da się zetrzeć dotyku boga.
Wydaje się jednak, że choć Dzik Lata mnie nie kocha, ciebie darzy
jeszcze mniejszą miłością.
W duszy Felisin coś zadrżało, gdy brzęczenie zmieniło raptownie nutę,
tworząc zrozumiałe dla niej słowa.
- Tajemnicę... pokazać... teraz...
- No to mi ją pokaż - warknął były sługa Fenera.
Być może w sprawę włączył się wtedy sam Dzik Lata i uderzyła dłoń
rozwścieczonego boga. Felisin dobrze zapamiętała ów moment i w przyszłości często miała o nim myśleć. Możliwe też, że tajemnica była
tylko drwiną nieśmiertelnych, żartem dalece wykraczającym poza jej
pojmowanie. Tak czy inaczej, w tej właśnie chwili narastająca w dziewczynie fala przerażenia wyrwała się na wolność, druzgocąc skuwające
jej duszę okowy odrętwienia. Muchy eksplodowały we wszystkie strony,
odsłaniając... pustkę.
Były kapłan Fenera wzdrygnął się jak uderzony. Wybałuszył szeroko oczy.
Z gardeł sześciu strażników stojących po drugiej stronie ronda wyrwał
się nieartykułowany krzyk. Łańcuchy strzeliły głośno, gdy inni stojący w szeregu więźniowie szarpnęli się nagle, jakby chcieli uciec. Osadzone w murze żelazne kręgi napięły się mocno, wytrzymały jednak, podobnie jak
same okowy. Strażnicy pobiegli w stronę więźniów, którzy cofnęli się
posłusznie.
- No, to już była przesada - wymamrotał wyraźnie wstrząśnięty
wytatuowany mężczyzna.
***
Minęła godzina, podczas której straszliwa, szokująca tajemnica, jaką
okazał się kapłan Kaptura, zapadła głęboko we wspomnienia Felisin,
stając się kolejnym, lecz bynajmniej nie ostatnim, epizodem koszmaru,
który nie miał końca. Akolita Kaptura... którego nie było. Brzęczące
skrzydełka formujące słowa.
Czy to był sam Kaptur? Czy Pan Śmierci zstąpił między śmiertelników? I dlaczego zatrzymał się właśnie przed byłym kapłanem Fenera? Jaki przekaz
niosło w sobie to objawienie?
Powoli jednak wszystkie te pytania ucichły w jej umyśle. Wróciło
odrętwienie, a wraz z nim zimna rozpacz. Cesarzowa przeprowadziła
czystkę szlachty, pozbawiła małe i wielkie rody nagromadzonych bogactw.
Potem następowało oskarżenie o zdradę i wyrok, który prowadził do
zakucia w łańcuchy. Jeśli chodzi o byłego kapłana po jej prawej stronie
oraz olbrzymiego mężczyznę o wyglądzie bestii po lewej, który sprawiał
wrażenie pospolitego przestępcy, nie ulegało wątpliwości, że żaden nie
może się pochwalić szlachetnym urodzeniem.
Roześmiała się cicho, zaskakując ich obu.
- Czyżbyś przeniknęła sekret Kaptura, dziewczyno? - zapytał były kapłan.
- Nie.
- To co cię tak śmieszy?
Potrząsnęła głową.
Liczyłam na to, że znajdę się w dobrym towarzystwie. To ci dopiero
zarozumiała myśl. Za tę właśnie postawę nienawidzą nas prostacy. To jest
źródło oliwy, do której cesarzowa przytknęła płomień...
- Dziecko! - usłyszała głos jakiejś starej kobiety, wciąż pełen buty,
lecz jednocześnie przesycony rozpaczliwym pragnieniem. Zamknęła na
chwilę oczy, a potem otworzyła je i spojrzała na stojącą za zbirem
wychudłą staruszkę. Kobieta miała na sobie nocną koszulę, rozdartą i poplamioną. I to szlachecką krwią.
- Pani Gaesen.
Staruszka wyciągnęła do niej drżącą dłoń.
- Tak! Żona pana Hilraca! Jestem pani Gaesen...
Zabrzmiało to tak, jakby nie była pewna własnej tożsamości. Ściągnęła
brwi pod pokrywającą zmarszczki powłoką spękanego makijażu, wbijając w Felisin spojrzenie zaczerwienionych oczu.
- Znam cię - wysyczała. - Jesteś z rodu Paranów. Najmłodsza córka,
Felisin!
Dziewczynę ogarnął nagły chłód. Odwróciła się i skierowała wzrok przed
siebie, na opierających się o piki strażników, którzy podawali sobie
nawzajem butelki ale i oganiali się od ostatnich much. Przyjechał wóz
po muła. Zeszło z niego czterech uwalanych popiołem mężczyzn ze sznurami
i ościeniami. Za otaczającymi rondo murami widać było malowane wieże i kopuły Unty. Felisin z tęsknotą wspominała biegnące między nimi cieniste
ulice, a także luksusy, jakie otaczały ją jeszcze przed tygodniem. Kiedy
tresowała swą ulubioną klacz, Sebry ochrypłym głosem wykrzykiwał
polecenia. Wykonawszy precyzyjny zakręt, Felisin podnosiła wzrok, by
ujrzeć równy szereg ołowiodrzewów o zielonych liściach, które dzieliły
parkur od rodzinnych winnic.
Stojący obok zbir chrząknął głośno.
- Na stopy Kaptura, ta dziwka ma niezłe poczucie humoru.
Która? - zadała sobie pytanie Felisin. Jej twarz nic nie zdradzała, mimo
że wyrwano ją z dających pociechę wspomnień.
Były kapłan poruszył się lekko.
- Sprzeczka między siostrami, co? - Przerwał na chwilę. - Chyba trochę
przesadziła - dodał z przekąsem.
Drab chrząknął po raz drugi i pochylił się lekko. Jego cień padł na
Felisin.
- Jesteś byłym kapłanem, zgadza się? Cesarzowa rzadko wyświadcza
świątyniom podobne przysługi.
- To nie było tak. Pobożność odstąpiła mnie już dawno. Cesarzowa na
pewno wolałaby, żebym pozostał w klasztorze.
- Akurat ją to obchodzi - burknął zbir z pogardą w głosie, po czym
wrócił do poprzedniej pozycji.
- Musisz z nią porozmawiać, Felisin! - trajkotała tymczasem pani Gaesen.
- Złożyć apelację! Mam bogatych przyjaciół...
Tym razem chrząknięcie draba przeszło we wściekłe warknięcie.
- Twoi bogaci przyjaciele stoją z nami w rządku, stara wiedźmo!
Felisin tylko pokręciła głową.
Nie rozmawiałam z nią od miesięcy. Nawet gdy umarł ojciec.
Nastała chwila ciszy, która przeciągała się, przypominając panujące
przedtem milczenie. Wreszcie jednak były kapłan odkaszlnął i splunął.
- Nie warto szukać ratunku u tych, którzy tylko wykonują rozkazy, pani -
mruknął. - To nie ma znaczenia, że ona jest siostrą tej dziewczyny...
Felisin skrzywiła się. Przeszyła byłego kapłana wściekłym spojrzeniem.
- Pozwalasz sobie...
- Na nic sobie nie pozwala - warknął zbir. - Zapomnij o więzach krwi, o tym, jak wy patrzycie na podobne sprawy. To robota cesarzowej. Może ci
się wydaje, że to osobista sprawa, może nawet musisz tak myśleć, biorąc
pod uwagę, kim jesteś...
- Kim jestem? - Felisin parsknęła ochrypłym śmiechem. - A do jakiego to
rodu ty należysz?
Drab wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Do rodu hańby. No i co z tego? Twój wcale nie wygląda w tej chwili
lepiej.
- Tak też myślałam - odparła Felisin, z trudem ignorując prawdę zawartą
w jego ostatnich słowach. Spojrzała spode łba na strażników. - Co się
dzieje? Dlaczego tu siedzimy?
Były kapłan splunął po raz drugi.
- Godzina Pragnienia dobiegła końca. Trzeba teraz zorganizować tłuszczę,
która czeka na zewnątrz. - Spojrzał na Felisin spod wydatnych brwi. -
Podjudzić motłoch. My pójdziemy na pierwszy ogień, dziewczyno. Trzeba
dać przykład. To, co wydarzy się w Uncie, wstrząśnie wszystkimi
szlachetnie urodzonymi w imperium.
- Nonsens! - warknęła pani Gaesen. - Potraktują nas dobrze. Cesarzowa
musi nam okazać należny...
Zbir chrząknął po raz trzeci. Felisin zdała sobie sprawę, że to ma być
śmiech.
- Gdyby głupota była zbrodnią, pani, aresztowano by cię już dawno -
stwierdził. - Ten potwór ma rację. Tylko nieliczni z nas dotrą żywi do
niewolniczych statków. Parada Aleją Kolumn będzie jedną wielką jatką.
Ale... - Popatrzył przymrużonymi oczyma na strażników. - Staruszek
Baudin nie pozwoli, żeby rozszarpała go zgraja prostaków...
Felisin poczuła w brzuchu dotknięcie prawdziwego strachu. Stłumiła
drżenie.
- Pozwolisz mi się ukryć w swym cieniu, Baudin?
Mężczyzna spojrzał na nią z góry.
- Jesteś trochę za pulchna jak na mój gust. - Odwrócił się. - Ale możesz
zrobić, co zechcesz - dodał.
Były kapłan przysunął się do Felisin.
- Posłuchaj, ten wasz spór to coś więcej niż zwykłe dziewczyńskie plotki
i drapanie się pazurami. Twoja siostra na pewno zechce się upewnić,
że...
- To przyboczna Tavore - przerwała mu Felisin. - Nie jest już moją
siostrą. Wyrzekła się naszego rodu na żądanie cesarzowej.
- Mam jednak wrażenie, że to nadal osobista sprawa.
Felisin skrzywiła się wściekle.
- A co ty możesz o tym wiedzieć?
Mężczyzna odpowiedział jej lekkim, ironicznym pokłonem.
- Kiedyś byłem złodziejem, potem kapłanem, a teraz jestem historykiem.
Znam trudną sytuację, w jakiej znalazła się obecnie szlachta.
Felisin rozchyliła wolno powieki, przeklinając własną głupotę. Nawet
Baudin, który nie mógł nie usłyszeć tych słów, zwrócił się w stronę
byłego kapłana i obrzucił go badawczym spojrzeniem.
- Heboric - stwierdził. - Heboric Lekki Dotyk.
Mężczyzna uniósł ramiona.
- Lekki jak zawsze.
- To ty napisałeś tę zrewidowaną historię - ciągnęła Felisin. -
Dopuściłeś się zdrady...
Heboric uniósł gęste brwi, udając zaniepokojenie.
- Bogowie, brońcie! To był tylko filozoficzny spór, nic więcej! Sam
Duiker tak powiedział na moim procesie. Bronił mnie, niech go Fener
błogosławi.
- Ale cesarzowa nie chciała go słuchać - wtrącił z uśmiechem Baudin. -
Ostatecznie nazwałeś ją morderczynią, a potem jeszcze miałeś tupet
dodać, że schrzaniła robotę!
- Znalazłeś gdzieś nielegalny egzemplarz, co?
Baudin zamrugał.
- Tak czy inaczej... - ciągnął Heboric, zwracając się do Felisin. -
Domyślam się, że twoja siostra, przyboczna, chce, byś dotarła na
niewolniczy statek cała i zdrowa. Twój brat zniknął na Genabackis i wasz
ojciec tego nie przeżył... tak przynajmniej słyszałem - dodał z uśmiechem. - Ale to pogłoski o zdradzie ponagliły do działania twoją
siostrę, prawda? Chciała oczyścić wasze nazwisko i tak dalej...
- W twoich ustach brzmi to rozsądnie, Heboric - przerwała mu Felisin.
Słyszała gorycz w swym głosie, lecz przestało ją to obchodzić. - Między
mną a Tavore doszło do różnicy zdań i teraz widzisz tego skutki.
- Różnicy zdań na jaki temat?
Nie odpowiedziała.
Przez szereg przebiegło nagłe poruszenie. Strażnicy wyprostowali się i zwrócili ku Zachodniej Bramie Ronda. Felisin pobladła na widok swej
siostry - teraz przybocznej Tavore, następczyni poległej w Darudżystanie
Lorn - która wjechała na rondo na swym ogierze, pochodzącym, ni mniej,
ni więcej, tylko ze stadniny Paranów. U jej boku jechała zawsze jej
towarzysząca T'jantar, piękna, młoda kobieta, której długa, płowa grzywa
harmonizowała z imieniem. Choć nikt nie wiedział, skąd pochodzi, została
teraz osobistą adiutantką Tavore. Za dwiema kobietami zmierzało
dwudziestu oficerów z kompanią ciężkiej kawalerii. Żołnierze sprawiali
niezwykłe, egzotyczne wrażenie.
- Cóż za ironia - mruknął Heboric, spoglądając na jeźdźców.
Baudin wysunął głowę przed szereg i splunął.
- Czerwone Miecze. Bezkrwiste sukinsyny.
Były kapłan obrzucił go rozbawionym spojrzeniem.
- Czy to twój zawód pozwolił ci zwiedzić świat, Baudin? Widziałeś
nadmorskie wały Arenu?
Zbir zakołysał się niespokojnie, po czym wzruszył ramionami.
- Zdarzało mi się w życiu stać na pokładzie, potworze. Poza tym pogłoski
o nich krążą w mieście od co najmniej tygodnia.
Kolumna Czerwonych Mieczy poruszyła się nagle jak jeden mąż. Zakute w stalowe rękawice dłonie zacisnęły się na rękojeściach, a hełmy ze
szpicami zwróciły w stronę przybocznej.
Moja siostro Tavore, czy zniknięcie naszego brata zraniło cię aż tak
bardzo? - pomyślała Felisin. Jak wielkie musiały być twoim zdaniem jego
przewiny, jeśli wymagały aż takiej rekompensaty? A potem, by twa
wierność stała się niezachwiana, wybrałaś, którą z nas złożyć w symbolicznej ofierze, mnie czy matkę. Czy nie wiedziałaś, że po obu
stronach tego wyboru czeka Kaptur? Przynajmniej matka jest teraz z ukochanym mężem...
Tavore obrzuciła pośpiesznym spojrzeniem swój oddział, a potem
powiedziała coś do T'jantar, która skierowała wierzchowca ku Wschodniej
Bramie.
Baudin chrząknął po raz kolejny.
- Róbcie wesołe miny! Zaraz się zacznie Bezkresna Godzina.
***
Co innego oskarżyć cesarzową o morderstwo, a całkiem co innego
przewidzieć jej następne posunięcie. Gdyby tylko posłuchali mojego
ostrzeżenia.
Gdy ruszyli, okowy wpiły się w kostki Heborica, który skrzywił się z bólu.
Ludzie cywilizowani uwielbiają odsłaniać miękkie podbrzusze swej psyche.
Dekadencja i wrażliwość to symbole wysokiego urodzenia. Mogli popisywać
się nimi z łatwością, gdyż niczym im to nie groziło. O to właśnie szło.
Dawali w ten sposób do zrozumienia, że żyją w bezpiecznym dobrobycie.
Paliło to gardła biedaków bardziej niż wszelkie ostentacyjne pokazy
bogactwa.
Heboric pisał o tym w swym traktacie i mógł teraz przyznać, że darzy
gorzkim podziwem cesarzową i przyboczną Tavore, która podczas czystki
była narzędziem Laseen. Pierwszy szok wywołała przesadna brutalność
nocnych aresztowań. Wyłamywano drzwi i wywlekano z łóżek całe rodziny
przy akompaniamencie lamentów służby. Oszołomionych brakiem snu
szlachetnie urodzonych krępowano i zakuwano w kajdany, a następnie
kazano im stawać przed pijanym sędzią i ławą przysięgłych składającą się
ze zgarniętych z ulicy żebraków. Ta gorzka, jawna parodia
sprawiedliwości odzierała ich z ostatnich nadziei na cywilizowane
traktowanie, a nawet samej cywilizacji, pozostawiając jedynie chaos i bestialstwo.
Szok następował za szokiem, rozdzierając te ich delikatne podbrzusza.
Tavore znała ludzi ze swej warstwy, znała ich słabe strony i bezlitośnie
zrobiła użytek z tej wiedzy. Co mogło ją skłonić do podobnego
okrucieństwa?
Gdy tylko biedacy o wszystkim się dowiedzieli, wylegli na ulice,
wznosząc głośne okrzyki na cześć swej cesarzowej. Dzielnicę Szlachecką
ogarnęły starannie sprowokowane zamieszki, którym towarzyszyły grabieże
i rzeź. Tłuszcza wyławiała nielicznych, wybranych szlachetnie
urodzonych, których nie aresztowano. Było ich wystarczająco wielu, żeby
podsycić żądzę krwi motłochu, dać cel jego gniewowi i nienawiści. Potem
przywrócono porządek, by miasta nie strawił pożar.
Cesarzowa popełniała niewiele błędów. Wykorzystała tę okazję, by zgarnąć
niezadowolonych, a wraz z nimi niezależnych uczonych, zacisnąć na
stolicy pięść wojskowej okupacji, podkreślić potrzebę poboru nowych
żołnierzy, nowych rekrutów, którzy będą chronili imperium przed
zdradzieckimi spiskami szlachty. Skonfiskowane majątki pokryły wszelkie
wydatki. To było mistrzowskie posunięcie, nawet jeśli można się go było
spodziewać. Moc Cesarskiego Dekretu rozchodziła się teraz falami po
całym imperium. Wszystkie jego miasta ogarnął okrutny gniew.
Gorzki podziw. Heboric ciągle miał ochotę spluwać, czego nie zwykł
czynić od czasów, gdy był rzezimieszkiem w Mysiej Dzielnicy Malazu.
Widział szok na twarzach prawie wszystkich skutych łańcuchami
współwięźniów. Większość aresztowanych miała na sobie tylko bieliznę
nocną, a ich oblicza pokrywał brud z dołów, w których ich
przetrzymywano. Pozbawiono ich nawet osłony, jaką zapewnia zwykłe
ubranie. Rozczochrane włosy, zdumione miny, zdruzgotane pozy - wszystko
to czekająca pod Rondem tłuszcza gorąco pragnęła ujrzeć i rozszarpać na
strzępy...
Witajcie na ulicach, pomyślał Heboric, gdy strażnicy popędzili ich
naprzód. Przyboczna wciąż przyglądała się więźniom, siedząc sztywno w wysokim siodle. Jej chuda twarz była tak zapadnięta, że zostały z niej
same linie: szczeliny oczu, zmarszczki wokół prostych, niemal
pozbawionych warg ust.
A niech to, natura nie obdarzyła jej zbyt szczodrze.
Przyboczna skierowała wzrok na swą młodszą siostrę, dziewczynę, która
wlokła się o krok przed Heborikiem.
Były kapłan przyglądał się z ciekawością Tavore, wypatrując czegoś, być
może mgnienia złośliwej radości, ta jednak omiotła kolumnę lodowatym
spojrzeniem, tylko na krótką chwilkę zatrzymując je na młodszej
siostrze. Jej reakcja sprowadzała się do tej pauzy. Poznała Felisin, to
wszystko. Spojrzenie powędrowało dalej.
Strażnicy otworzyli Wschodnią Bramę. Początek kolumny skutych łańcuchami
więźniów dzieliło od niej jeszcze dwieście kroków. Przez starożytną,
łukowatą bramę do środka wpadł ryk, fala dźwięku, która z równą
gwałtownością uderzyła w więźniów i w żołnierzy, odbijając się od
wysokich murów i wznosząc razem z chmurą przerażonych gołębi, które
poderwały się z górnych okapów. Odgłos trzepoczących skrzydeł opadł
niczym uprzejmy aplauz, aczkolwiek Heboric odnosił wrażenie, że tylko on
jeden docenił tę ironię bogów. Nie potrafił jednak odmówić sobie gestu i pokłonił się płytko.
Niech Kaptur zachowa dla siebie swe cholerne sekrety. Fenerze, ty stara
macioro, tego swędzącego miejsca nigdy nie mogłem podrapać. Przyglądaj
się teraz uważnie. Patrz, co się stanie z twoim zbłąkanym synem.
***
Jakaś cząstka umysłu Felisin opierała się obłędowi, stawiała wściekły
opór szalejącej wokół burzy. Żołnierze otoczyli Aleję Kolumn kordonem
złożonym z trzech szeregów, lecz tłuszczy raz po raz udawało się znaleźć
słabe punkty w linii zbrojnych. Dziewczyna przyłapała się na tym, że
obserwuje motłoch z kliniczną ciekawością, mimo że szarpały ją dłonie i okładały pięści, a z niewyraźnie widzianych twarzy tryskały ku niej
krople plwociny. Zdrowy rozsądek trzymał się jednak mocno, tak samo jak
ją podtrzymywała para silnych rąk. Pozbawionych dłoni rąk o ropiejących
kikutach, które popychały ją ciągle naprzód. Nikt nie dotknął kapłana.
Nikt się nie odważył. A przodem szedł Baudin - bardziej przerażający niż
sama tłuszcza.
Zabijał bez wysiłku. Odrzucał ciała z rykiem wzgardy, wzywając gestami
następnych. Nawet żołnierze gapili się na niego spod ozdobionych
grzebieniami hełmów. Odwracali głowy na jego szyderstwa, zaciskając
dłonie na pikach albo rękojeściach mieczy.
Baudin, śmiejący się Baudin. Nos rozkwasiła mu celnie rzucona cegła,
kamienie odbijały się od niego, a podarta w strzępy niewolnicza tunika
przesiąknęła krwią i plwociną. Każdego, kto znalazł się w jego zasięgu,
chwytał, ściskał, skręcał i pozbawiał życia. Zatrzymywał się tylko
wtedy, gdy coś działo się przed nim - w szpalerze żołnierzy pojawiała
się jakaś luka - albo gdy słabła pani Gaesen. Łapał ją wtedy pod pachy,
bez zbytniej delikatności, a potem popychał naprzód, ani na moment nie
przestając przeklinać.
Przed nim płynęła fala strachu. Tłum zawracał, porażony grozą.
Atakujących było coraz mniej, choć cegły nie przestawały się sypać.
Niektóre z nich trafiały w cel, lecz większość chybiała.
Marsz przez miasto trwał. Felisin boleśnie dzwoniło w uszach. Zasłona
hałasu tłumiła wszystkie dźwięki, lecz jej oczy widziały wyraźnie, aż za
często natrafiając na obrazy, których nigdy nie zdoła zapomnieć.
Kiedy doszło do najgroźniejszego wyłomu, było już widać bramy. Żołnierze
nagle gdzieś zniknęli, a na ulicę wylała się fala gwałtownego głodu,
która ogarnęła więźniów.
Idący za dziewczyną Heboric popchnął ją z całej siły.
- A więc to teraz - mruknął.
Baudin ryknął wściekle. Został otoczony przez tłum. Szarpały go dłonie,
drapały paznokcie. Z Felisin zerwano ostatnie strzępy ubrania. Czyjaś
dłoń złapała ją za włosy i szarpnęła brutalnie, odwracając jej głowę w próbie złamania karku. Usłyszała krzyk i zdała sobie sprawę, że wyrwał
się on z jej własnego gardła. Ktoś za nią warknął niczym zwierzę.
Poczuła, że dłoń zacisnęła się spazmatycznie, a potem zwolniła uchwyt.
Uszy dziewczyny wypełniły kolejne krzyki.
Wtem poniosła ich silna fala - Felisin nie wiedziała, czy w przód, czy w tył - i ujrzała przed sobą Heborica, który wypluwał kawałki zakrwawionej
skóry. Wokół Baudina pojawiła się nagle pusta przestrzeń. Zbir
przykucnął. Z jego okrwawionych warg sypał się potok portowych
przekleństw. Prawe ucho wyrwano mu wraz ze skórą, włosami i kawałkiem
mięsa. Na jego skroni wilgotno połyskiwała naga kość. Wokół niego ziemię
zaścielały ciała. Tylko nieliczne z nich jeszcze się poruszały. U jego
stóp leżała pani Gaesen. Baudin trzymał ją za włosy, tak by tłum widział
jej twarz. Wydawało się, że czas się zatrzymał, a cały świat skupił w jednym miejscu.
Zbir odsłonił zęby. Ryknął głośnym śmiechem.
- Nie jestem płaczliwym szlachetką - warknął, spoglądając na tłuszczę. -
Czego chcecie? Krwi szlachetnie urodzonej kobiety?
Tłum odpowiedział wyciem. Wyciągnęły się ku niemu chciwe ręce. Baudin
roześmiał się po raz drugi.
- Dojdziemy do tej bramy, słyszycie mnie?
Wyprostował się, unosząc głowę pani Gaesen.
Felisin nie wiedziała, czy staruszka jest przytomna. Jej oczy były
zamknięte, a pokryta brudem i siniakami twarz miała spokojny - niemal
młodzieńczy - wyraz. Być może już nie żyła. Dziewczyna modliła się o to,
by tak właśnie było. Coś miało się zaraz wydarzyć, coś, co streści cały
ten koszmar w jednym obrazie. Powietrze było pełne napięcia.
- Weźcie ją sobie! - wrzasnął Baudin.
Złapał drugą ręką podbródek pani Gaesen i obrócił gwałtownie jej głowę.
Kark złamał się z trzaskiem, a ciało zwiotczało targane drgawkami. Zbir
okręcił kawałek łańcucha wokół jej szyi, zacisnął go mocno, a potem
zaczął piłować. Popłynęła krew, która nadała łańcuchowi wygląd
zmiętoszonej apaszki.
Felisin gapiła się na to przerażona.
- Fenerze, zmiłuj się - wydyszał Heboric.
Oszołomiona tłuszcza umilkła. Choć płonęła w niej żądza krwi, cofnęła
się przed tym widokiem. Skądś pojawił się pozbawiony hełmu żołnierz.
Jego młoda twarz zbielała. Wbił wzrok w Baudina, nie mogąc postawić ani
kroku naprzód. Za nim widać było lśniące, spiczaste hełmy i wielkie
pałasze Czerwonych Mieczy. Oręż błyskał nad głowami tłumu, a jeźdźcy
powoli przepychali się ku makabrycznej scenie.
Nie poruszało się nic poza piłującym łańcuchem. Słychać było wyłącznie
stękanie Baudina. Choć gdzie indziej wciąż szalały zamieszki, wydawały
się one odległe o tysiące mil.
Felisin przyglądała się, jak głowa szlachcianki podskakuje w przód i w tył w parodii życia. Dobrze pamiętała panią Gaesen, wyniosłą, władczą
kobietę. Dawno już opuściła ją uroda, którą próbowała zastąpić teraz
pozycją. Cóż mogła uczynić innego? Wiele rzeczy, ale to nie miało
obecnie znaczenia. Nawet gdyby była kochającą, wyrozumiałą babcią, nic
by to nie zmieniło, nie zapobiegło nadejściu tej porażającej grozą
chwili.
Głowa oderwała się od tułowia z odgłosem przypominającym łkanie. Baudin
popatrzył na tłum, odsłaniając lśniące zęby.
- Zawarliśmy umowę - wychrypiał. - Macie tu to, czego chcieliście.
Będziecie mieli pamiątkę po tym dniu.
Cisnął w ciżbę głowę pani Gaesen. Włosy zawirowały, a we wszystkie
strony trysnęły strużki krwi. Gdy makabryczny podarunek wylądował w jakimś niewidocznym miejscu, przywitały go krzyki.
Pojawili się kolejni żołnierze, wspierani przez Czerwone Miecze.
Posuwali się naprzód powoli, odpychając gapiów. Wzdłuż całego szeregu
przywracano porządek. Wszędzie poza tym jednym miejscem czyniono to
brutalnie, nie dając pardonu. Gdy ludzie zaczęli ginąć pod ciosami
mieczy, reszta uciekła.
Arenę opuściło około trzystu więźniów. Gdy Felisin przyjrzała się teraz
szeregowi, po raz pierwszy zobaczyła, co z nich zostało. U niektórych
łańcuchów wisiały tylko przedramiona, inne zaś były zupełnie puste. Na
nogach trzymało się niespełna stu skazańców. Wielu wiło się na bruku,
krzycząc z bólu. Reszta leżała nieruchomo.
Baudin łypnął spode łba na najbliższe skupisko żołnierzy.
- Akurat na czas, blaszane łby.
Heboric splunął gęstą plwociną i skrzywił się, przeszywając zbira
wściekłym spojrzeniem.
- Wydawało ci się, że w ten sposób kupisz nam prawo przejścia, Baudin?
Dasz im to, czego chcieli? Ale okazało się, że to nie było potrzebne.
Żołnierze byli już blisko. Mogła ocalić życie...
Baudin zwrócił się powoli w jego stronę. Twarz pokrywała mu warstewka
krwi.
- Ale po co, kapłanie?
- Czy tak właśnie rozumowałeś? Że i tak zginęłaby w ładowni?
Baudin obnażył zęby.
- Nie znoszę zawierać umów z sukinsynami - wycedził powoli.
Felisin wpatrzyła się w trzystopowy odcinek łańcucha, który dzielił ją
od zbira. Wzdłuż jego ogniw mogłoby przebiec tysiąc myśli - kim była,
kim stała się teraz; więzienie, które odkryła we własnej duszy i w świecie zewnętrznym, wszystko to połączone w jaskrawym wspomnieniu,
pomyślała jednak i powiedziała tylko:
- Nie zawieraj już żadnych umów, Baudin.
Przymrużył oczy, spoglądając na nią. Jej słowa i ton dotarły do niego w jakiś sposób.
Heboric wyprostował się nagle i spojrzał na Felisin z twardym błyskiem w oczach. Odwróciła się, na wpół ze wstydu, a na wpół w geście wyzwania.
Po chwili żołnierze, którzy oczyścili już szereg z trupów, popchnęli
więźniów ku bramie wychodzącej na Wschodni Trakt, wiodący do portowego
miasteczka Niefart. Tam czekała na nich przyboczna Tavore ze swym
orszakiem, jak również areńskie statki niewolnicze.
U stojących wzdłuż drogi wieśniaków nie dostrzegało się oznak szału,
który ogarnął ich kuzynów z miasta. Felisin widziała w ich twarzach tępy
smutek, pasję zrodzoną z innego rodzaju blizn. Nie rozumiała, skąd się
on bierze, i zdawała sobie sprawę, że to właśnie ta nieświadomość różni
ją od nich. Wiedziała też, dzięki swym siniakom, zadrapaniom i bezbronnej nagości, że jej nauka dopiero się zaczyna.
Rozdział pierwszy
Wszyscy przyszli po to,
by zostawić swój ślad
na ścieżce,
poczuć woń suchych wiatrów
swych mdłych pretensji
do ascendencji.
Ścieżka dłoni
Messremb
1164 rok snu Pożogi
10 rok panowania cesarzowej Laseen
6 z Siedmiu Lat Dryjhny Apokaliptycznej
Przez nieckę mknął spiralny kłąb pyłu, który zapuszczał się coraz
głębiej na bezdroża pustyni Pan'potsun Odhan. Choć obłok dzieliło od
nich niespełna dwa tysiące kroków, wydawało się, że bierze się on
znikąd.
Mappo Konus, który przykucnął na brzegu wyrzeźbionego wiatrem
płaskowzgórza, śledził go niespokojnymi oczyma koloru piasku, głęboko
osadzonymi w bladej, grubokościstej twarzy. W porośniętej najeżoną
szczeciną dłoni ściskał kaktus emrag. Wgryzł się w roślinę, nie zważając
na trujące kolce. Soki spłynęły mu po podbródku, barwiąc skórę na
niebiesko. Żuł powoli i z namysłem.
Siedzący obok niego Icarium rzucił w dół kamyk, który odbijał się ze
stukotem od urwiska, aż wreszcie spadł na leżące u jego podstawy
usypisko głazów. Postrzępione szaty chodzącego z duchami wyblakły w prażącym nieustannie słońcu, zmieniając barwę z pomarańczowej na
brudnordzawą, a szara skóra pociemniała, nabierając oliwkowego koloru,
zupełnie jakby krew jego ojca odpowiadała na starożytny zew tych
pustkowi. Z długich, czarnych, splecionych w warkocz włosów na zbielałą
od słońca skałę skapywał czarny pot.
Mappo wydobył spomiędzy zębów przeżuty kolec.
- Puszcza ci barwnik - zauważył, spoglądając na łodygę kaktusa, nim
ugryzł ją po raz kolejny.
Icarium wzruszył ramionami.
- To już nie ma znaczenia. Nie tutaj.
- Na to twoje przebranie nie nabrałaby się nawet moja ślepa babcia. W Ehrlitanie śledziły nas uważne spojrzenia. Dniem i nocą czułem, jak
przesuwają się po moich plecach. W końcu Tanno na ogół są niscy i mają
krzywe nogi. - Mappo oderwał wzrok od obłoku pyłu i przyjrzał się
przyjacielowi. - Następnym razem wybierz plemię, w którym wszyscy mają
po siedem stóp wzrostu - mruknął.
Przez pooraną bruzdami, ogorzałą twarz Icariuma przemknęło coś, co
przypominało blady cień uśmiechu. Potem wróciła obojętność.
- Ci, którzy mogli nas poznać w Siedmiu Miastach, z pewnością i tak to
zrobili. Pozostali zapewne zdumiewali się naszym widokiem, ale nic
więcej. - Wskazał głową na obłok, mrużąc oczy w jaskrawym blasku słońca.
- Co tam widzisz, Mappo?
- Płaska głowa, długa szyja, czarny kolor i włosy na całym ciele. Gdyby
to było wszystko, opis pasowałby do któregoś z moich wujków.
- Ale jest coś jeszcze.
- Jedna noga z przodu i dwie z tyłu.
Zamyślony Icarium postukał się palcem w grzbiet nosa.
- A więc to nie twój wujek. Aptorianin?
Mappo skinął powoli głową.
- Od konwergencji dzielą nas jeszcze miesiące. Podejrzewam, że Tron
Cienia zwęszył, co się święci, i wysłał paru zwiadowców...
- A ten?
Mappo uśmiechnął się, odsłaniając potężne kły.
- Zapuścił się ociupinę za daleko i jest teraz zabawką sha'ik.
Pożarł resztkę kaktusa, wytarł łopatowate dłonie i podźwignął się na
nogi. Prostując plecy, skrzywił się z bólu. W piasku, na którym rozłożył
dziś posłanie, nieoczekiwanie kryła się cała masa korzeni i teraz w mięśniach po obu stronach kręgosłupa czuł każdy węzeł i zakręt tych
szkieletów nieobecnych drzew. Potarł oczy i przyjrzał się sobie. Ubranie
miał postrzępione i pokryte skorupą brudu.
- Podobno gdzieś tu jest jakiś wodopój - rzekł z westchnieniem.
- A wokół niego obozuje armia sha'ik.
Mappo stęknął.
Icarium również się podniósł, po raz kolejny zwracając uwagę na potężną
budowę swego towarzysza - wielkiego nawet jak na Trella - szerokie bary,
na które opadała czarna grzywa, żylaste mięśnie długich ramion oraz
wspomnienia tysiąca lat, które pląsały w jego oczach niczym rozradowana
koza.
- Potrafisz go wytropić?
- Jeśli chcesz.
Icarium skrzywił się.
- Jak długo już się znamy, przyjacielu?
W oczach Mappa pojawił się błysk. Potem Trell wzruszył ramionami.
- Długo. Dlaczego pytasz?
- Słyszę w twoim głosie niechęć. Niepokoi cię ta perspektywa?
- Niepokoi mnie każde spotkanie z demonami, Icariumie. Mappo Trell jest
płochliwy jak zając.
- Dręczy mnie ciekawość.
- Wiem.
Dziwnie dobrana para wróciła do małego obozu, ukrytego między dwiema
ukształtowanymi przez wiatr skalnymi iglicami. Nie było powodów do
pośpiechu. Icarium usiadł na płaskiej skale i zaczął smarować łuk, żeby
rogodrewno nie wyschło. Gdy już uznał, że wystarczy, zajął się
jednosiecznym mieczem. Wysunął starożytny oręż ze skórzanej pochwy o okuciach z brązu i zaczął przesuwać wzdłuż jego wyszczerbionego ostrza
naoliwioną osełkę.
Mappo złożył namiot z niewyprawionych skór, zwinął je na łapu-capu i wepchnął do wielkiego, skórzanego wora. Za nimi podążyły przybory
kuchenne oraz posłanie. Zawiązał rzemienie, dźwignął bagaż i zarzucił na
ramię. Potem zerknął na czekającego Icariuma, który owinął już łuk i założył go sobie na plecy.
Icarium skinął głową i obaj - pół-Jaghut oraz czystej krwi Trell -
ruszyli ścieżką schodzącą ku niecce.
***
Nad ich głowami jarzyły się gwiazdy, które świeciły tak jasno, że
spękana patelnia niecki nabrała srebrnawego odcienia. Krwiuchy zniknęły
razem z dziennym upałem, pozostawiając noc pojawiającym się z rzadka
rojom ciem płaszczowych oraz żywiącym się nimi, podobnym do nietoperzy
jaszczurkom zwanym rhizanami.
Mappo i Icarium urządzili sobie postój na dziedzińcu jakichś ruin.
Ceglane budynki niemal całkowicie pochłonęła erozja, pozostawiając tylko
wysokie do łydek murki otaczające geometrycznym wzorem wyschniętą
studnię. Płytki dziedzińca pokrywał delikatny, naniesiony przez wiatr
piasek. Mappo odnosił wrażenie, że widzi słaby blask. Pod murami rosły
koślawe krzewy, wczepione w nie kurczowo korzeniami.
Na Pan'potsun Odhan i położonej na zachód od niej Świętej Pustyni Raraku
pełno było podobnych pamiątek po dawno zaginionych cywilizacjach.
Podczas swych wędrówek Mappo i Icarium natrafili na wysokie tele
(wzgórza o płaskich szczytach, ukrywające liczne warstwy ruin
starożytnych miast) ciągnące się niemal równym szeregiem na odcinku stu
pięćdziesięciu mil między wzgórzami a pustynią. Był to niezbity dowód na
to, że tu, gdzie teraz rozpościerało się suche, wietrzne pustkowie,
istniała ongiś bogata, tętniąca życiem cywilizacja. Ze Świętej Pustyni
wywodziła się legenda o Dryjhnie Apokaliptycznej. Mappo zadawał sobie
pytanie, czy katastrofa, która spotkała mieszkańców okolicznych miast,
przyczyniła się w jakiś sposób do powstania mitów o czasach śmierci i zniszczenia. Pomijając spotykane niekiedy opuszczone posiadłości,
podobne do tej, w której się zatrzymali, prawie wszystkie ruiny nosiły
ślady przemocy.
Jego myśli wpadły w znajome koleiny. Mappo skrzywił się wściekle.
Nie za całą przeszłość wina spada na nas. Nie znajdujemy się w tej
chwili bliżej niż kiedykolwiek przedtem. Nie mam też powodów, by wątpić
we własne słowa.
Od tych myśli również się odwrócił.
Prawie na samym środku dziedzińca stała samotna kolumna z różowego
marmuru, po jednej stronie pokryta dziobami i wyżłobieniami
pozostawionymi przez wiatry, wiejące nieustannie z Raraku na Wzgórza
Pan'potsun. Przeciwną stronę wciąż jeszcze zdobiły spiralne wzory
wyrzeźbione przez dawno już nieżyjących rzemieślników.
Po wejściu na dziedziniec Icarium natychmiast zbliżył się do wysokiej na
sześć stóp kolumny i obejrzał ją ze wszystkich stron. Chrząknął, co
powiedziało Mappowi, że znalazł to, czego szukał.
- I co? - zapytał Trell, stawiając na ziemi skórzany worek.
Icarium podszedł do niego, ścierając z rąk pył.
- U podstawy jest mnóstwo śladów pazurków. Poszukiwacze wstąpili na
Szlak.
- Szczury? Więcej niż jeden?
- D'ivers - potwierdził Icarium, kiwając głową.
- Ciekawe, kto to mógł być.
- Pewnie Gryllen.
- Mhm, nieprzyjemnie.
Icarium przyjrzał się rozciągniętej na zachodzie równinie.
- Przyjdą też inni. I jednopochwyceni, i d'iversowie. Ci, którzy czują
się bliscy ascendencji, i ci, którzy mają do niej daleko, ale i tak
szukają Ścieżki.
Mappo przyjrzał się z westchnieniem staremu przyjacielowi.
D'iversowie i jednopochwyceni, dwa przekleństwa zmiennokształtności,
gorączka, na którą nie ma lekarstwa. Zbierają się... i to właśnie tutaj.
- Czy to rozsądne, Icariumie? - zapytał cicho. - Zmierzając do swego
wiecznego celu, natknęliśmy się na nader nieprzyjemną konwergencję.
Jeśli bramy się otworzą, będziemy mieli przeciw sobie zgraję
krwiożerczych indywiduów opętanych przekonaniem, że stanowią one drogę
do ascendencji.
- Jeśli taka droga rzeczywiście istnieje, to może znajdę na niej również
odpowiedzi na moje pytania - odezwał się Icarium, nie odrywając wzroku
od horyzontu.
Odpowiedzi nie są błogosławieństwem, przyjacielu. Uwierz mi. Proszę.
- Nadal mi nie wyjaśniłeś, co uczynisz, gdy już je poznasz.
Icarium odwrócił się ku niemu z bladym uśmiechem na twarzy.
- Sam jestem własnym przekleństwem, Mappo. Przeżyłem stulecia, ale cóż
wiem o własnej przeszłości? Jak mogę osądzić swe życie, nie mając tej
wiedzy?
- Niektórzy uznaliby to przekleństwo za dar - odparł Mappo. Po jego
twarzy przemknął cień smutku.
- Ale nie ja. Widzę w tej konwergencji szansę. Być może zdołam dzięki
niej uzyskać odpowiedzi. Wolałbym nie wyciągać w tym celu broni, ale
uczynię to, jeśli będę musiał.
Trell westchnął po raz drugi i wyprostował się.
- Wkrótce to postanowienie może zostać poddane próbie, przyjacielu. -
Zwrócił się na południowy zachód. - Naszym tropem zmierza sześć
pustynnych wilków.
Icarium odpakował łuk o kształcie jeleniego poroża i szybkim, płynnym
ruchem naciągnął cięciwę.
- Pustynne wilki nigdy nie polują na ludzi.
- To prawda - zgodził się Mappo.
Do wschodu księżyca pozostała jeszcze godzina. Icarium położył obok
siebie sześć długich strzał o kamiennych grotach, a potem wpatrzył się w ciemność. Trell poczuł na karku dotknięcie zimnego strachu. Wilków nie
było jeszcze widać, wyczuwał jednak ich obecność.
- Jest ich sześć, ale są jednym. To d'ivers.
Wolałbym mieć do czynienia z jednopochwyconym. Zamiana w jedno zwierzę
jest wystarczająco nieprzyjemna, ale w całą zgraję...
Icarium zmarszczył brwi.
- Musi być potężny, jeśli zdołał przybrać kształt aż sześciu wilków.
Wiesz, kto to może być?
- Mam pewne podejrzenia - odparł cicho Mappo.
Czekali w milczeniu.
W odległości niespełna trzydziestu kroków, z ciemności, która jakby
tworzyła samą siebie, wychynęło sześć płowych postaci. W odległości
dwudziestu wilki uformowały półokrąg zwrócony w stronę Mappa i Icariuma.
Nieruchome nocne powietrze wypełniła ostra woń d'iversa. Jedna z gibkich
bestii ruszyła ku nim, zatrzymała się jednak, gdy Icarium uniósł łuk.
- Nie sześć, ale jeden - mruknął.
- Znam go - stwierdził Mappo. - Szkoda, że on nie może powiedzieć tego
samego o nas. Brakuje mu pewności, lecz przybrał postać służącą
przelewowi krwi. Dzisiejszej nocy Ryllandaras poluje na pustyni.
Ciekawe, czy na nas, czy na coś innego.
Icarium wzruszył ramionami.
- Kto przemówi pierwszy, Mappo?
- Ja - odparł Trell, postępując krok naprzód. To będzie wymagało
chytrości. Każdy błąd mógł się okazać śmiertelnie groźny. - Zapuściliśmy
się daleko od domu, nieprawdaż? - rzekł cichym, pełnym sarkazmu głosem.
- Twój brat Treach był przekonany, że cię zabił. Gdzie to była ta
rozpadlina? W Dal Hon? A może w Li Heng? O ile dobrze sobie przypominam,
byłeś wtedy szakalami.
Wewnątrz ich umysłów zabrzmiał załamujący się i urywany z powodu
długiego nieużywania głos Ryllandarasa.
Czuję pokusę, by spróbować z tobą szermierki na słowa, N'Trellu, zanim
cię zabiję.
- To może być strata czasu - rzucił od niechcenia Mappo. - Obracam się w takim towarzystwie, że wyszedłem z wprawy tak samo jak ty,
Ryllandarasie.
Przewodnik stada skierował jaskrawoniebieskie ślepia na Icariuma.
- Brak mi bystrości, by toczyć takie pojedynki - odezwał się półkrwi
Jaghut ledwie słyszalnym głosem. - I tracę już cierpliwość.
To głupie. Tylko osobisty urok może was uratować. Powiedz mi, łuczniku,
czy zawierzysz życie sprytowi towarzysza?
Icarium potrząsnął głową.
- W żadnym wypadku. Podzielam jego opinię o nim.
Ryllandaras był wyraźnie zbity z tropu.
A więc podróżujecie razem tylko dla wygody. Towarzysze, którzy sobie
nie ufają i nie wierzą nawzajem w swe siły. Stawki muszą być wysokie.
- To mnie już nudzi, Mappo - warknął Icarium.
Wszystkie wilki zesztywniały jednocześnie, wzdrygając się lekko.
Mappo Konus i Icarium. Ach, rozumiemy. Dowiedzcie się, że nie szukamy z wami zwady.
- Pojedynek stoczony - stwierdził Mappo. Uśmiech na jego twarzy
poszerzył się, po czym zniknął bez śladu. - Idź polować gdzie indziej,
Ryllandarasie, zanim Icarium wyświadczy Treachowi przysługę. - Zanim
sprowokujesz to, co poprzysiągłem powstrzymać. - Zrozumiałeś?
Nasze ścieżki... zbiegają się na tropie demona Cienia, odparł d'ivers.
- On już nie służy Cieniowi - poprawił go Mappo. - Należy do sha'ik.
Święta Pustynia przebudziła się ze snu.
Na to wygląda. Czy zabronicie nam polować?
Mappo zerknął na Icariuma, który opuścił łuk i wzruszył ramionami.
- Jeśli masz ochotę sprawdzić siłę swych szczęk w starciu z aptorianinem, to wyłącznie twoja sprawa. Nas zainteresował jedynie
przelotnie.
W takim razie zaiste zaciśniemy szczęki na gardle demona.
- Chcesz wzbudzić wrogość sha'ik? - zapytał Mappo.
Wilk przewodnik uniósł łeb.
To imię nic dla mnie nie znaczy.
Obaj wędrowcy śledzili wzrokiem oddalające się bestie, które wkrótce
zniknęły w czarodziejskiej ciemności. Mappo obnażył zęby, po czym
westchnął ciężko. Icarium skinął głową, wyrażając na głos to, co myśleli
obaj:
- Ale wkrótce będzie znaczyło.
***
Gdy wickańscy kawalerzyści sprowadzali swe wierzchowce o szerokich
grzbietach po trapach transportowca, z ich ust wyrywały się gwałtowne
okrzyki radości. Na nabrzeżach Portu Imperialnego w Hissarze panował
chaos. Wokół kłębili się niesforni wojownicy obojga płci, a żelazne
groty lanc, czarne, związane w warkocze włosy oraz spiczaste czapeczki
lśniły w blasku słońca. Duiker, który zajął pozycję na tarasie stojącej
u wejścia do portu wieży, spoglądał z góry na tę dziką kompanię ze sporą
dozą sceptycyzmu oraz narastającym lękiem.
Obok historyka imperialnego stał przedstawiciel wielkiej pięści Mallick
Rel. Miękkie, pulchne dłonie splótł na wydatnym brzuchu, jego skóra
lśniła jak naoliwiona, a do tego otaczała go woń areńskich perfum. W najmniejszym stopniu nie wyglądał na głównego doradcę naczelnego wodza
malazańskich wojsk stacjonujących w Siedmiu Miastach. Był jhistalskim
kapłanem pradawnego boga mórz, Maela. Oficjalnie przybył tu po to, by w imieniu wielkiej pięści przywitać nową pięść Siódmej Armii. Jego
obecność była dokładnie tym, na co zakrawała: świadomą obelgą. Duiker
przyznał jednak w duchu, że stojący u jego boku człowiek bardzo szybko
osiągnął znaczącą pozycję wśród imperialnych graczy na tym kontynencie.
Wśród żołnierzy krążyło tysiąc rozmaitych pogłosek na temat tego
spokojnego kapłana o łagodnym głosie, a także źródeł wpływu, jaki
wywierał na wielką pięść Pormquala, lecz żadna z owych opowieści nie
była głośniejsza od szeptu, gdyż historia drogi, która zaprowadziła
Mallicka Rela do łask wielkiej pięści, pełna była tajemniczych wypadków
spotykających każdego, kto stanął mu na drodze. Śmiertelnych wypadków.
Polityczne bagno otaczające malazańskich okupantów w Siedmiu Miastach
było pełne zagadek i śmiertelnie groźne. Duiker podejrzewał, że nowa
pięść raczej nie rozumie zawoalowanych gestów wzgardy, jako że nie
szkolono go w niuansach etykiety kierujących życiem cywilizowanych
obywateli imperium. Historyk musiał zadawać sobie pytanie, jak długo
Coltaine z Klanu Wron przeżyje na swym nowym stanowisku.
Mallick Rel wydął pulchne wargi i głęboko odetchnął.
- Historyku - odezwał się cicho. W jego głosie pobrzmiewał słaby,
syczący akcent z Gedorian Falari. - Raduje mnie twa obecność. I ciekawi.
Areński dwór jest daleko stąd... - Uśmiechnął się, nie odsłaniając
barwionych na zielono zębów. - Ostrożność wywołana odległą czystką?
Słowa niby plusk fal, nieokreślona nieszczerość i zdradliwa cierpliwość
boga Maela. Rozmawiam z Relem już po raz czwarty. Jak ja nie cierpię tej
kreatury!
Duiker odchrząknął.
- Cesarzowa nie poświęca mi zbyt wiele uwagi, jhistalu...
Cichy śmiech Mallicka Rela przypominał odgłos grzechotki węża.
- Nie dba o historyka czy o historię? Wyczuwam cień goryczy z powodu
rady, którą odrzucono albo co gorsza zignorowano. Nie obawiaj się, z wież Unty nie przyleciały do nas żadne zbrodnie.
- Słyszę to z radością - mruknął Duiker, zastanawiając się, skąd kapłan
ma te informacje. - Zatrzymałem się w Hissarze ze względu na moje
badania - wyjaśnił po chwili. - Precedens wysyłania więźniów do kopalń
otataralu na wyspie sięga czasów cesarza, choć on na ogół rezerwował ten
los dla magów.
- Magów? Ach, ach.
Duiker skinął głową.
- Skuteczne, lecz nieprzewidywalne. Nadal nie wiemy zbyt wiele o szczególnych właściwościach otataralu jako kruszcu tłumiącego działanie
magii. Tak czy inaczej, większość tych czarodziejów popadła w obłęd,
aczkolwiek nie wiadomo, czy był to skutek działania rudy, czy też
odcięcia od ich grot.
- A czy w następnym transporcie niewolników znajdują się magowie?
- Trochę ich jest.
- To znaczy, że wkrótce poznamy odpowiedź na to pytanie.
- Wkrótce - zgodził się Duiker.
Na molo o kształcie litery T kłębił się wir bojowo nastawionych Wickan,
wystraszonych tragarzy i krewkich rumaków bojowych. Wąskiego wyjścia
prowadzącego z portu na brukowane półrondo strzegł kordon Gwardii
Hissarskiej. Pochodzący z Siedmiu Miast gwardziści nałożyli sobie na
ramiona okrągłe tarcze i wydobyli z pochew tulwary. Zaczęli powoli
machać szerokimi, zakrzywionymi mieczami, wygrażając Wickanom, którzy
odpowiedzieli chrapliwymi okrzykami wyzwania.
Na tarasie pojawili się dwaj kolejni mężczyźni. Duiker pozdrowił ich
skinieniem głowy. Mallick Rel nie raczył zwrócić uwagi na prostego
kapitana i ostatniego z kadrowych magów Siódmej Armii. Obaj z pewnością
znaczyli zbyt mało, by kapłanowi opłacało się zabiegać o ich względy.
- Witaj, Kulp - zwrócił się Duiker do przysadzistego, białowłosego
czarodzieja. - Może się okazać, że przybyłeś akurat na czas.
Kulp wykrzywił w kwaśnym grymasie wąską, opaloną twarz.
- Tylko po to, by zachować własną skórę w całości, Duiker. Nie mam
zamiaru służyć Coltaine'owi jako dywan na drodze do stanowiska. W końcu
to jego ludzie. Śmiem twierdzić, że fakt, iż nawet nie kiwnął palcem, by
zapobiec zamieszkom, na które się tu zanosi, rokuje raczej źle.
Kapitan mruknął cicho na znak zgody.
- Trudno to przełknąć - warknął. - Połowa tutejszych oficerów po raz
pierwszy przelała krew podczas walk z tym sukinsynem, a teraz przysłali
go tutaj, żeby przejął dowództwo. Na knykcie Kaptura! - dorzucił. - Nikt
nie będzie płakał, jeśli Gwardia Hissarska ukatrupi Coltaine'a i jego
wickańskich dzikusów jeszcze w porcie. Siódma Armia ich nie potrzebuje.
- Oto prawda kryjąca się za groźbą rebelii - zgodził się Mallick Rel,
zwracając się do Duikera. Jego oczy nic nie wyrażały. - Cały ten
kontynent to gniazdo żmij. Coltaine to dziwny kandydat...
- Nie taki dziwny - sprzeciwił się Duiker, wzruszając ramionami.
Ponownie skierował uwagę na wydarzenia rozgrywające się na dole.
Wickanie znajdujący się najbliżej hissarczyków zaczęli paradować dumnym
krokiem w tę i we w tę przed szeregiem zakutych w zbroje żołnierzy. W każdej chwili mogła wybuchnąć regularna bitwa. Wyjście z portu lada
moment miało spłynąć krwią. Widząc, że Wickanie naciągają rogowe łuki,
historyk poczuł w żołądku zimny ucisk. Z alei po prawej na główną
kolumnadę wynurzyła się następna, najeżona pikami kompania gwardii.
- Dlaczego tak sądzisz? - zapytał Kulp.
Duiker odwrócił się i z zaskoczeniem zauważył, że wszyscy trzej
mężczyźni wpatrują się w niego. Wrócił myślami do swych ostatnich słów,
po czym znów wzruszył ramionami.
- Coltaine zjednoczył wickańskie klany i poprowadził je do powstania
przeciw imperium. Cesarzowi trudno było zmusić go do uległości.
Niektórzy z was wiedzą o tym z własnego doświadczenia. Potem, w typowym
dla siebie stylu, Kellanved pozyskał jego lojalność...
- W jaki sposób? - warknął Kulp.
- Tego nikt nie wie - odparł z uśmiechem Duiker. - Cesarz rzadko
opowiadał o swych sukcesach. Tak czy inaczej, cesarzowa Laseen nie darzy
miłością ulubionych wodzów swego poprzednika i dlatego Coltaine cały ten
czas gnił w jakiejś dziurze w Quon Tali. Potem jednak sytuacja się
zmieniła. Przyboczna Lorn zginęła w Darudżystanie, wielka pięść Dujek
zbuntował się razem ze swoją armią, praktycznie kładąc kres kampanii na
Genabackis, a tu, w Siedmiu Miastach, zbliża się Rok Dryjhny, rok
przepowiadanego powstania. Laseen potrzebuje zdolnych dowódców, bo
inaczej wszystko wymknie się jej z rąk. Nowej przybocznej Tavore brak
doświadczenia. Dlatego...
- Coltaine. - Kapitan skinął głową. Mars na jego czole pogłębił się
jeszcze. - Przysłała go tu po to, żeby objął dowództwo nad Siódmą Armią
i uporał się z rebelią...
- Ostatecznie, któż potrafi skuteczniej stłumić insurekcję niż wojownik,
który sam kiedyś dowodził powstaniem? - dodał z przekąsem.
- Jeśli w armii dojdzie do buntu, jego szanse będą marne - wtrącił
Mallick Rel, nie spuszczając wzroku ze sceny rozgrywającej się na dole.
Błysnęło pół tuzina tulwarów. Wickanie wzdrygnęli się, a potem
wyciągnęli własne długie noże. Wyglądało na to, że znaleźli sobie
przywódcę: wysokiego wojownika o groźnym wyglądzie, z fetyszami
wplecionymi w długie warkocze, który głośnym rykiem dodawał odwagi swym
ludziom, wymachując orężem nad głową.
- Kapturze! - zaklął historyk. - Gdzie, do licha, jest Coltaine?
Kapitan parsknął śmiechem.
- To ten wielki z długim nożem.
Duiker wybałuszył oczy.
Ten wariat to Coltaine? Nowa pięść Siódmej Armii?
- Widzę, że w ogóle się nie zmienił - ciągnął kapitan. - Jeśli wódz
wszystkich klanów chce zachować głowę na karku, musi być wredniejszy niż
cała reszta razem wzięta. Jak ci się zdaje, dlaczego cesarz tak bardzo
go lubił?
- Beru, broń - wyszeptał przerażony Duiker.
Chwilę później przeraźliwe zawodzenie Coltaine'a błyskawicznie uciszyło
wszystkich Wickan. Broń zniknęła w pochwach, łuki opadły, a strzały
znalazły się w kołczanach. Nawet wierzgające, próbujące gryźć konie
znieruchomiały, unosząc łby i strzygąc uszami. Wokół Coltaine'a pojawiła
się pusta przestrzeń. Wysoki wojownik odwrócił się plecami do
gwardzistów i skinął dłonią. Czterech stojących na tarasie mężczyzn
przyglądało się bez słowa, jak z absolutną precyzją osiodłano wszystkie
konie. Po niespełna minucie jeźdźcy dosiedli rumaków i ruszyli naprzód w ciasnym, defiladowym szyku, godnym elitarnych oddziałów imperium.
- Świetnie to zrobił - stwierdził Duiker.
Z ust Mallicka Rela wyrwało się ciche westchnienie.
- Perfekcyjne wyliczenie czasu, wyzwanie godne bestii, a potem gest
wzgardy skierowany pod adresem gwardii. Ciekawe, czy i pod naszym?
- Coltaine jest chytry jak wąż, jeżeli o to właśnie pytasz - zauważył
kapitan. - Jeśli Naczelnemu Dowództwu w Arenie wydaje się, że będzie w ich rękach marionetką, to czeka ich przykra niespodzianka.
- To cenna informacja - przyznał Rel.
Kapitan wyglądał tak, jakby przed chwilą połknął jakiś ostry przedmiot.
Duiker zdał sobie sprawę, że oficer odezwał się bez zastanowienia,
zapominając o pozycji kapłana w Naczelnym Dowództwie.
Kulp odchrząknął.
- Ustawił ich w zwartą formację. Wygląda na to, że jazda do koszar
będzie jednak spokojna.
- Muszę przyznać, że z niecierpliwością oczekuję spotkania z nową
pięścią Siódmej Armii - rzekł z przekąsem Duiker.
Przyglądający się spod opadających powiek wydarzeniom na dole Rel skinął
głową.
- Zgadzam się.
***
Płynąca wprost na południe łódź rybacka zostawiła za sobą Wyspy Skara i wypłynęła na morze Kansu. Jej trójkątny żagiel łopotał głośno na
wietrze. Jeśli wichura nie straci na gwałtowności, za cztery godziny
powinni dotrzeć do ehrlitańskiego wybrzeża. Skrzypek zasępił się jeszcze
bardziej.
Ehrlitańskie wybrzeże. Siedem Miast. Nienawidzę tego cholernego
kontynentu. Nie mogłem go znieść już za pierwszym razem, a teraz jest
jeszcze gorzej.
Wychylił się przez nadburcie i splunął gorzką żółcią w ciepłe, zielone
morze.
- Czujesz się już lepiej? - zapytał stojący na dziobie Crokus. Jego
młoda, opalona twarz zmarszczyła się w wyrazie szczerego zatroskania.
Stary sabotażysta miał wielką ochotę zdzielić młodzieńca w gębę, warknął
jednak tylko, pochylając się jeszcze bardziej.
Siedzący u rumpla Kalam wybuchnął basowym śmiechem.
- Skrzypek i woda nie zgadzają się ze sobą, chłopcze. Popatrz tylko na
niego. Jest bardziej zielony niż ta twoja cholerna skrzydlata małpa.
Obok policzka sabotażysty rozległo się pełne współczucia sapanie.
Skrzypek otworzył przekrwione oko i ujrzał maleńką, pomarszczoną
twarzyczkę.
- Zmiataj, Moby - wychrypiał. Chowaniec, który ongiś służył wujkowi
Crokusa, Mammotowi, wyraźnie upodobał sobie sapera, tak jak często
czyniły to bezdomne psy i koty. Kalam, rzecz jasna, twierdził, że było
na odwrót.
- To kłamstwo - wyszeptał Skrzypek. - Kalam kłamie po mistrzowsku...
Tak jak wtedy, gdy leniuchowaliśmy przez cały tydzień w Rutu Jelba,
licząc na to, że może jak raz pojawi się jakiś kupiec ze Skrae. "Chcesz
kupić bilet na wygodny statek, Skrzypek? To nie będzie podobne do tego
cholernego rejsu przez ocean, nie, nie". Wtedy też miało być wygodnie.
Cały tydzień w Rutu Jelba, pełnej jaszczurek, śmierdzącej dziurze, gdzie
cegły są pomarańczowe, a potem co? Osiem jakata za tą przepiłowaną na
pół, utkaną szmatami beczkę po ale.
Z upływem godzin miarowy rytm fal uspokoił Skrzypka. Saper wrócił
myślami do przerażająco długiej podróży, jaka zaprowadziła ich tutaj.
Potem pomyślał o równie długiej podróży, która ich jeszcze czekała.
Nigdy nie wybieramy łatwych sposobów, prawda?
Osobiście wolałby, żeby wszystkie morza wyschły.
Ludzie mają nogi, nie płetwy. A teraz czeka nas wędrówka lądem przez
pełne much, bezwodne pustkowie, gdzie ludzie uśmiechają się tylko po to,
by oznajmić, że chcą cię zabić.
Dzień ciągnął się bez końca. Skrzypek dygotał, a twarz miał zieloną.
Pomyślał o towarzyszach, których zostawił na Genabackis. Żałował, że nie
maszeruje teraz u ich boku.
Idą na religijną wojnę. Nie zapominaj o tym, Skrzypek. Takie wojny to
nie zabawa.
Podczas podobnych konfliktów nie miał zastosowania rozsądek, który
nieraz pozwalał się poddać. Niemniej drużyna była wszystkim, co znał od
lat. Gdy wyszedł z jej cienia, czuł się osierocony.
Ze starej paki został tylko Kalam, a on zwie kraj, do którego się
wybieramy, ojczyzną. I uśmiecha się, nim zabije. A do tego zaplanowali z Szybkim Benem coś, o czym nie chcą mi powiedzieć.
- Znowu te latające ryby - odezwała się Apsalar. Jej głos pozwolił mu
zidentyfikować miękką dłoń, która spoczęła na jego barku. - Są ich całe
setki!
- Ściga je coś wielkiego, co wypłynęło z głębin - stwierdził Kalam.
Skrzypek wyprostował się z jękiem. Moby wykorzystał tę sposobność, by
zdradzić motyw ukryty za całodziennym gruchaniem. Wlazł saperowi na
kolana, zwinął się i zamknął żółte oczy. Skrzypek zacisnął ręce na
nadburciu i razem z trojgiem towarzyszy wpatrzył się w ławicę latających
ryb, widoczną w odległości stu jardów po prawej burcie. Długie jak ręka
mężczyzny mlecznobiałe ryby wyskakiwały z wody, przelatywały około
trzydziestu stóp, a potem znikały pod powierzchnią. W morzu Kansu
latające ryby polowały niczym rekiny. Ich ławica potrafiła w niespełna
godzinę ogryźć do kości całego wieloryba. Wykorzystywały swą umiejętność
latania, by spadać mu na grzbiet, gdy się wynurzał, chcąc zaczerpnąć
powietrza.
- Co, na Maela, może na nie polować?
Kalam zmarszczył brwi.
- W Kansu nie powinno być nic takiego. W Głębi Poszukiwacza są
oczywiście dhenrabi.
- Dhenrabi! Ach, to mnie pociesza, Kalam! Niesamowicie!
- Czy to jakiś wąż morski? - zapytał Crokus.
- Wyobraź sobie wija długiego na osiemdziesiąt kroków - zaczął Skrzypek.
- Owija się wokół wieloryba albo statku, wydmuchuje powietrze spod swego
pancerza i tonie jak kamień, pociągając za sobą zdobycz.
- Są rzadkie i nigdy ich nie widziano w płytkich wodach - uspokoił go
Kalam.
- Do tej pory - dorzucił Crokus, podnosząc zalękniony głos.
Dhenrabi wynurzył się w samym środku ławicy latających ryb. Miotał łbem
z boku na bok, a jego rozwarta paszcza o ostrych jak brzytwa zębach
rozszarpywała dziesiątki ofiar. Łeb stwora miał aż dziesięć sążni
szerokości. Jego segmentowany, porośnięty pąklami pancerz był
ciemnozielony, a z każdego członu wyrastały długie, pokryte chityną
kończyny.
- Osiemdziesiąt kroków długości? - wysyczał Skrzypek. - Chyba po
przecięciu na pół!
Kalam wyprostował się.
- Przygotuj żagiel, Crokus. Spróbujemy ucieczki. Na zachód.
Skrzypek zrzucił z kolan piszczącego Moby'ego, otworzył plecak i przystąpił do rozpakowywania kuszy.
- Kalam, jeśli to bydlę uzna, że wyglądamy apetycznie...
- Wiem - mruknął skrytobójca.
Montując pośpiesznie wielką żelazną broń, Skrzypek podniósł wzrok i spojrzał w wytrzeszczone oczy Apsalar. Jej twarz zupełnie zbielała.
Saper mrugnął znacząco.
- Jeśli spróbuje nas zaczepiać, mamy dla niego niespodziankę,
dziewczyno.
Skinęła głową.
- Pamiętam...
Dhenrabi w końcu ich zauważył. Porzucił ławicę ryb latających i wijąc
się, popłynął w ich stronę.
- To nie jest zwykły potwór - mruknął Kalam. - Czujesz ten zapach,
Skrzypek?
Ostry, korzenny.
- Na oddech Kaptura, to jednopochwycony!
- Kto? - zdziwił się Crokus.
- Zmiennokształtny - wyjaśnił Kalam.
Umysł Skrzypka wypełnił ochrypły głos. Wyraz twarzy jego towarzyszy
świadczył, że oni również go słyszeli.
Śmiertelnicy, mieliście pecha, że widzieliście, jak tędy przepływam.
Saper stęknął. Stwór nie sprawiał wrażenia zbytnio zmartwionego.
Musicie zginąć, choć nie zhańbię waszych ciał, pożerając je, mówiła
bestia.
- To miło z twojej strony - mruknął Skrzypek, ładując do kuszy wielki
pocisk, w którym żelazny grot zastąpiono glinianą kulą wielkości
grejpfruta.
Kolejna łódź rybacka zaginie bez wieści, ciągnął ironicznym tonem
jednopochwycony. Niestety.
Skrzypek powlókł się na rufę i przykucnął obok Kalama. Skrytobójca
wyprostował się i spojrzał prosto na dhenrabiego, jedną dłonią trzymając
rumpel.
- Jednopochwycony! Zostaw nas w spokoju. Nic nas nie obchodzą twoje
sprawy!
Nie będziecie cierpieć.
Stwór pomknął prosto ku rufie barki, tnąc fale niczym okręt o ostrym
dziobie. Rozwarł szeroko paszczę.
- Ostrzegaliśmy cię - oznajmił Skrzypek.
Uniósł kuszę, wycelował i wystrzelił. Bełt pomknął wprost w otwartą
paszczę. Szybki niczym błyskawica dhenrabi pochwycił drzewce. Cienkie,
ostre jak piła zęby przecięły drewno i rozbiły glinę, wystawiając ukrytą
wewnątrz proszkową miksturę na działanie powietrza. Natychmiast
nastąpiła eksplozja, która rozerwała głowę jednopochwyconego.
Wszędzie wokół do wody posypał się deszcz odłamków czaszki oraz szarego
mięsa. Zapalający proszek palił gwałtownym płomieniem wszystko, do czego
przylgnął. Para buchała z sykiem w powietrze. Impet zaniósł bezgłowe
ciało na odległość czterech sążni od rufy barki. Gdy przebrzmiały
ostatnie echa eksplozji, truchło pogrążyło się gładko w morskiej toni.
Nad falami unosił się dym.
- Wybrałeś sobie niewłaściwych rybaków - podsumował Skrzypek,
opuszczając broń.
Kalam wrócił do rumpla, ponownie kierując statek na południe. Powietrze
stało się dziwnie nieruchome. Skrzypek zdemontował kuszę i owinął ją w impregnowaną szmatę. Potem wrócił na śródokręcie, a Moby wlazł mu na
kolana. Saper podrapał się z westchnieniem za uchem.
- I co ty na to, Kalam?
- Nie jestem pewien - przyznał skrytobójca. - Co mogło sprowadzić
jednopochwyconego na morze Kansu? Dlaczego nie chciał, żeby ktoś się
dowiedział o jego obecności?
- Gdyby był z nami Szybki Ben...
- Ale go nie ma, Skrzypek. Będziemy musieli żyć z tą tajemnicą. Miejmy
nadzieję, że nie natrafimy na następnego.
- Myślisz, że to ma coś wspólnego z...
Kalam wykrzywił wściekle twarz.
- Nie.
- Z czym? - zainteresował się Crokus. - O czym mówicie?
- Tak sobie tylko gadamy - odparł Skrzypek. - Jednopochwycony płynął na
południe. Tak samo jak my.
- I co z tego?
Skrzypek wzruszył ramionami.
- Nic. Nieważne. - Splunął za burtę i oklapł. - Przez całe to
zamieszanie zapomniałem o chorobie morskiej. Ale teraz znowu jest
spokojnie, niech to szlag!
Wszyscy umilkli, choć zasępiona mina Crokusa świadczyła, że chłopak z pewnością nie zapomni o tej sprawie.
Nadal dął silny wiatr, który pchał ich szybko na południe. Po niespełna
trzech godzinach Apsalar oznajmiła, że dostrzega przed nimi ziemię.
Czterdzieści minut później Kalam nadał statkowi kurs równoległy do
ehrlitańskiego brzegu, utrzymując odeń odległość półtorej mili.
Halsowali na zachód, wzdłuż porośniętego cedrami górskiego pasma. Powoli
nadciągała noc.
- Chyba widzę jeźdźców - odezwała się Apsalar.
Skrzypek uniósł głowę, razem z pozostałymi wpatrując się w szereg
konnych, którzy zmierzali biegnącym grzbietem wzniesienia przybrzeżnym
traktem.
- Widzę sześciu - powiedział Kalam. - Drugi z nich...
- Niesie imperialny proporzec - dokończył Skrzypek. Wykrzywił twarz,
czując gorzki smak w ustach. - Posłaniec z eskortą lansjerów.
- Zmierzają do Ehrlitanu - dodał Kalam.
Skrzypek odwrócił się i spojrzał w ciemne oczy towarzysza.
Kłopoty?
Być może.
Ta bezgłośna wymiana słów była owocem wielu lat wspólnej wojaczki.
- Coś nam grozi? - zaniepokoił się Crokus. - Kalam? Skrzypek?
Chłopak jest bystry.
- Trudno wyczuć - mruknął Skrzypek. - Widzieli nas, ale kogo właściwie
zobaczyli? Czworo rybaków na barce, jakąś rodzinę ze Skrae, która płynie
do portu, żeby zakosztować cywilizacji.
- Na południe od tych drzew jest wioska - stwierdził Kalam. - Miej oko
na ujście strumienia i plażę, na której nie będzie wyrzuconego na brzeg
drewna, Crokus. Domy będą stały po zawietrznej od grzbietu, to znaczy w głębi lądu. Jak tam moja pamięć, Skrzypek?
- Całkiem niezła, jak na tubylca. Jak daleko stąd do miasta?
- Dziesięć godzin drogi na piechotę.
- Tak blisko?
- Tak blisko.
Skrzypek umilkł. Imperialny posłaniec zniknął im z pola widzenia wraz ze
swą eskortą, skręcając na południe, w stronę Ehrlitanu. Wędrowcy do tej
pory planowali wpłynąć anonimowo do tłocznego, starożytnego
ehrlitańskiego portu. Najprawdopodobniej informacja dostarczona przez
posłańca nie miała z nimi nic wspólnego, jako że niczym się nie
zdradzili od czasu, gdy przypłynęli z Genabackis do imperialnego portu
Karakarang. Zaciągnęli się jako załoga na handlowy statek Niebieskich
Moranthów, by w ten sposób opłacić przejazd. Z Karakarangu wyruszyli
lądową trasą wiodącą przez góry Talgai do Rutu Jelba. Był to typowy
szlak pielgrzymów Tanno. Potem spędzili tydzień w Rutu Jelba, starając
się nie rzucać w oczy. Tylko Kalam wybierał się nocą do dzielnicy
portowej, szukając statku, który przewiózłby ich przez Morze Otataralowe
na kontynent.
W najgorszym razie do jakiegoś urzędnika mógł dotrzeć meldunek, że na
malazańskim terytorium pojawili się dwaj ludzie wyglądający na
dezerterów, w towarzystwie Genabackanina i kobiety. Nie była to raczej
wiadomość, która wstrząsnęłaby imperialnym gniazdem os tak bardzo, że
dotarłaby aż do Ehrlitanu. Zapewne Kalam ulegał swej zwykłej paranoi.
- Widzę ujście strumienia - odezwał się Crokus, wskazując na wybrzeże.
Skrzypek zerknął na Kalama.
To kraj nieprzyjaciela. Jak nisko musimy się czołgać?
Niżej niż pasikoniki, Skrzypek.
Na oddech Kaptura.
- Nienawidzę Siedmiu Miast - wyszeptał saper, spoglądając na brzeg.
Leżący na jego kolanach Moby ziewnął, odsłaniając pełen zestaw ostrych
jak igły kłów. Skrzypek pobladł. - Leż sobie spokojnie, malutki -
powiedział z drżeniem.
Kalam obrócił rumpel. Żaglem zajął się Crokus, który po dwumiesięcznym
rejsie przez Głębię Poszukiwacza nabrał w tym wielkiej biegłości. Barka
sunęła swobodnie z wiatrem, a wystrzępiony żagiel prawie wcale nie
łopotał. Apsalar poruszyła się, nie wstając z miejsca, rozprostowała
ramiona i uśmiechnęła się do Skrzypka. Saper skrzywił się i odwrócił
wzrok.
Niech mną Pożoga potrząśnie. Nie mogę pozwolić, żeby szczęka mi opadała
za każdym razem, kiedy ta dziewczyna się uśmiecha. Kiedyś była kimś
innym. Morderczynią, nożem boga. Robiła różne rzeczy... Poza tym jest z Crokusem, nie? Chłopak ma kupę szczęścia, a wszystkie kurwy w Karakarangu wyglądały jak francowate siostry z jakiejś wielkiej
francowatej rodziny, z francowatymi dziećmi u bioder... Otrząsnął się.
Oj, Skrzypek, za długo byłeś na morzu, stanowczo za długo!
- Nie widzę żadnych łodzi - stwierdził Crokus.
- Są w górze strumienia - wymamrotał Skrzypek, dłubiąc paznokciem w brodzie w poszukiwaniu gnidy. Po chwili wyciągnął ją i wyrzucił za
burtę.
Dziesięć godzin na piechotę, potem Ehrlitan, kąpiel, golenie, dziewczyna
z Kansu z gęstym grzebieniem w ręku, a później wolna noc.
Crokus trącił go łokciem.
- Niecierpliwisz się, Skrzypek?
- Nawet nie wiesz jak bardzo.
- Byłeś tu podczas podboju, prawda? Kiedy Kalam walczył po drugiej
stronie, pod rozkazami Siedmiu Świętych Falah'dów, T'lan Imassowie
służyli cesarzowi, a...
- Wystarczy. - Skrzypek skinął dłonią. - Nie musisz mi o tym
przypominać. Kalamowi też nie. Wszystkie wojny są paskudne, ale ta była
wyjątkowo ohydna.
- Czy to prawda, że służyłeś w kompanii, która ścigała Szybkiego Bena po
Świętej Pustyni Raraku, i że Kalam był waszym przewodnikiem, ale on i Szybki chcieli zdradzić was wszystkich, tylko że Sójeczka się
zorientował...
Skrzypek odwrócił się i przeszył Kalama wściekłym spojrzeniem.
- Jedna noc spędzona w Rutu Jelba nad dzbankiem falarskiego rumu i chłopak już wie więcej niż jakikolwiek imperialny historyk, który
jeszcze pozostał przy życiu. - Ponownie spojrzał na Crokusa. -
Posłuchaj, synu, lepiej zapomnij o wszystkim, co opowiedział ci ten
zapijaczony głąb. Przeszłość i tak już nas prześladuje i nie ma sensu
ułatwiać jej zadania.
Crokus przebiegł dłonią po swych długich, czarnych włosach.
- Jeśli w Siedmiu Miastach jest tak niebezpiecznie, to dlaczego nie
popłyniemy od razu do Quon Tali, gdzie mieszkała Apsalar? - zapytał
cicho. - Mieliśmy znaleźć jej ojca. Dlaczego wybraliśmy się na inny
kontynent i czemu aż tak się ukrywamy?
- To nie takie proste - warknął Kalam.
- Dlaczego? Myślałem, że po to jest cała ta podróż. - Crokus sięgnął po
dłoń Apsalar i uścisnął ją obiema rękami, nadal jednak spoglądał na
Kalama i Skrzypka z nieustępliwą miną. - Mówiliście, że jesteście jej to
dłużni. Zrobiono jej krzywdę i chcieliście to naprawić. Teraz jednak
myślę, że kryje się w tym coś więcej, że obaj coś zaplanowaliście, a odwiezienie Apsalar do domu to był jedynie pretekst, żebyście mogli
wrócić do waszego imperium, mimo że oficjalnie jesteście wyjęci spod
prawa. Nie wiem, co takiego zaplanowaliście, ale to dlatego przybyliśmy
tutaj, do Siedmiu Miast, i dlatego musimy się ukrywać i bać wszystkiego,
jakby ścigała nas cała malazańska armia. - Przerwał, zaczerpnął głęboko
tchu i mówił dalej. - Mamy prawo poznać prawdę, bo narażacie nas na
niebezpieczeństwo, a my nawet nie wiemy, co nam grozi i z jakiego
powodu. No, to gadajcie. Słucham.
Skrzypek oparł się o nadburcie i spojrzał na Kalama, unosząc brwi.
- No, kapralu? To twoja działka.
- Zrób mi listę, Skrzypek - polecił Kalam.
- Cesarzowa chce zdobyć Darudżystan. - Saper spojrzał Crokusowi w oczy.
- Zgadza się?
Chłopak po chwili wahania skinął głową.
- A jeśli czegoś chce, to na ogół prędzej czy później to dostaje -
ciągnął Skrzypek. - Można powiedzieć, że świadczą o tym precedensy. Raz
już próbowała zdobyć twoje miasto, prawda, Crokus? Kosztowało ją to
przyboczną Lorn, dwa imperialne demony i lojalność wielkiej pięści
Dujeka, nie wspominając o stracie Podpalaczy Mostów. To zabolałoby
każdego.
- Jasne. Ale co to ma wspólnego...
- Nie przerywaj. Kapral kazał mi zrobić listę, to ją robię. Jak dotąd
wszystko rozumiesz? Świetnie. Darudżystan raz już się jej wymknął, ale
na pewno spróbuje po raz drugi. Jeśli będzie miała szansę.
- A dlaczego miałaby nie mieć? - Crokus spojrzał na niego spode łba. -
Sam mówiłeś, że jeśli czegoś chce, zwykle to dostaje.
- Jesteś wierny swojemu miastu, Crokus?
- Oczywiście...
- To znaczy, że zrobiłbyś wszystko, żeby nie pozwolić cesarzowej go
podbić?
- Tak, ale...
- Kapralu?
Skrzypek ponownie zerknął na Kalama.
Krzepki czarnoskóry mężczyzna oderwał wzrok od fal, westchnął i skinął
głową. Spojrzał na Crokusa.
- Sprawy mają się następująco, chłopcze. Czas nadszedł. Wybieram się do
niej w odwiedziny.
Na twarzy młodego Daru nie było widać zrozumienia, Skrzypek zauważył
jednak, że Apsalar wybałuszyła oczy, a z jej twarzy odpłynęły kolory.
Dziewczyna usiadła prosto i uśmiechnęła się półgębkiem. Na widok tego
uśmiechu Skrzypka ogarnął chłód.
- Nie rozumiem - powiedział Crokus. - Do kogo? Do cesarzowej? Że niby
jak?
- Ma zamiar spróbować ją zabić - wyjaśniła Apsalar, nadal rozciągając
usta w uśmiechu, który był charakterystyczny dla niej dawno temu, gdy
była... kimś innym.
- Co? - Crokus zerwał się gwałtownie, omal nie wypadając za burtę. - Ty?
Przy pomocy dręczonego chorobą morską sapera z połamanymi skrzypcami na
plecach? Myślisz, że pomożemy wam w tym obłąkanym, samobójczym...
- Pamiętam - odezwała się Apsalar, spoglądając na Kalama zmrużonymi
nagle oczyma.
Crokus zwrócił się w jej stronę.
- Co pamiętasz?
- Kalama. Był sztyletem falah'dów, a Szpon powierzył mu dowództwo dłoni.
To mistrz sztuki skrytobójstwa, Crokus. A Szybki Ben...
- Jest dziesięć tysięcy mil stąd! - wybuchnął Crokus. - To tylko mag
drużyny, na Kaptura! Mały, nędzny mag drużyny!
- Niezupełnie - zaprzeczył Skrzypek. - A odległość nic tu nie znaczy,
synu. Szybki Ben to nasz przycięty kłykieć w rękawie.
- Wasze co?
- Przycięty kłykieć, jak w grze w kłykcie. Dobry szuler zwykle używa
przyciętego kłykcia, żeby oszukiwać przy rzutach, jeśli rozumiesz, o czym mówię. A jeśli chodzi o "rękaw", to jest nim grota Szybkiego Bena.
Dzięki niej może w jedno uderzenie serca znaleźć się u boku Kalama, bez
względu na to, jak daleko w danej chwili przebywa. Tak to wygląda,
Crokus. Kalam ma zamiar podjąć taką próbę, ale musimy dobrze się
przygotować. Cała sprawa zaczyna się tutaj, w Siedmiu Miastach. Jeśli
chcesz, by Darudżystan pozostał wolny na zawsze, cesarzowa Laseen musi
zginąć.
Crokus usiadł powoli.
- Ale dlaczego Siedem Miast? Czy cesarzowa nie przebywa w Quon Tali?
- Dlatego że Siedem Miast wkrótce powstanie - wyjaśnił Kalam,
wprowadzając łódź do ujścia strumienia. Natychmiast ogarnął ich panujący
na lądzie przytłaczający skwar.
- Jak to powstanie?
Skrytobójca obnażył zęby.
- Wybuchnie tu bunt.
Skrzypek odwrócił się szybko, by przyjrzeć się porastającym oba brzegi
cuchnącym zaroślom.
Ta część planu podoba mi się najmniej, pomyślał, czując w żołądku nagły
chłód. Szybki Ben wysłał nas w pogoni za swym kolejnym zwariowanym
pomysłem do kraju, w którym szaleje wojna.
Po chwili minęli zakręt i ujrzeli przed sobą wioskę: skupisko
ustawionych w nierównym półokręgu lepianek oraz szereg skifów
wyciągniętych na piaszczystą plażę. Kalam przesunął lekko rumpel i rybacka łódź skierowała się w stronę brzegu. Gdy stępka zadrapała o dno,
Skrzypek wygramolił się przez nadburcie na suchy ląd. Moby obudził się i wczepił wszystkimi czterema kończynami w jego bluzę. Saper wyprostował
się powoli, ignorując piszczące stworzenie.
- No cóż - westchnął, gdy pierwszy z wioskowych kundli obwieścił ich
przybycie - zaczęło się.
Rozdział drugi
Po dziś dzień łatwo jest ignorować fakt, że Naczelne Dowództwo w Arenie
rozdzierały zdrady, swary, wzajemna rywalizacja i zła wola... Twierdzić,
że [Naczelne Dowództwo] nie zdawało sobie sprawy z wydarzeń na
prowincji, byłoby w najlepszym wypadku naiwnością, w najgorszym zaś
skrajnym cynizmem...
Rebelia sha'ik
Cullaran
Pozostawiony na murze odcisk dłoni barwy czerwonej ochry rozpuszczał się
powoli w strugach deszczu. Rdzawe strumyczki spływały po zaprawie
łączącej cegły z palonej gliny. Duiker garbił się, by choć trochę
osłonić się przed rzadko spotykaną o tej porze roku ulewą. Spoglądał na
znikający powoli znak, żałując, że dzień nie jest suchy albo że nie
natrafił na symbol, nim zaczęło lać, co mogłoby mu pozwolić odgadnąć,
czyja dłoń pozostawiła go tutaj, na zewnętrznym murze starego Pałacu
Falah'da w samym sercu Hissaru.
Liczne kultury Siedmiu Miast używały mnóstwa symboli. Ten tajny,
piktograficzny język był pełen nieprzejrzystych aluzji, które dla
tubylców miały wagę omenów. Znaki te razem tworzyły skomplikowany
dialog, niezrozumiały dla Malazańczyków. Duiker przebywał tu już od
wielu miesięcy i powoli uświadomił sobie, że ta ignorancja jest
niebezpieczna. Zbliżał się Rok Dryjhny i wszędzie rozkwitła chaotyczna
obfitość symboli. Każdy mur w każdym mieście stał się zwojem pokrytym
znakami tajnego kodu. Wiatr, słońce i deszcz nie pozwalały im przetrwać
długo, wycierały kartę, by przygotować ją na przyjęcie nowego przekazu.
Wygląda na to, że ostatnio mają bardzo dużo do powiedzenia.
Duiker otrząsnął się, próbując złagodzić napięcie mięśni szyi i barków.
Wydawało się, że nikt w Naczelnym Dowództwie nie słucha jego ostrzeżeń.
W tych symbolach kryły się jakieś regularności i wyglądało na to, że
jest jedynym Malazańczykiem, który stara się złamać ich kod, czy choćby
zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo ryzykowne jest zachowanie
obojętności.
Naciągnął głębiej kaptur, by deszcz nie zmoczył mu twarzy. Musiał w tym
celu unieść na moment szerokie mankiety telaby otworami do góry i woda
ściekła mu po przedramionach. Ostatnie ślady znaku zniknęły i Duiker
ponownie ruszył przed siebie.
Po brukowanych stokach wzgórza, na którym wznosił się pałac, spływały
sięgające kostek strumienie wody, które następnie wpadały do rynsztoków,
przeprowadzonych środkiem każdego zaułka i biegnącej po grobli ulicy w mieście. Naprzeciwko potężnego muru pałacowego oklapłe markizy zwisały
nad maleńkimi klitkami sklepików. Kupcy o skwaszonych obliczach,
siedzący w zimnych, osłoniętych przed słońcem dziurach w murze, które
pełniły funkcję wystaw sklepowych, śledzili wzrokiem Duikera.
Pomijając zabiedzone osły i od czasu do czasu konia z siodłowato
wygiętym grzbietem, ulice były prawie zupełnie puste. Mimo że niekiedy
docierały tu zabłąkane prądy morskie z Morza Sahulskiego, miasto Hissar
zostało zrodzone z pustyń i suchych stepów. Choć było imperialnym
portem, a teraz również centralnym rejonem lądowania wojsk, wszyscy jego
mieszkańcy odwracali się w duchu plecami do morza.
Duiker zostawił za sobą starożytne budynki i wąskie zaułki, które
ciasnym pierścieniem otaczały pałac, i wyszedł na Kolumnadę Dryjhny,
aleję przeszywającą serce Hissaru prosto niczym włócznia. Rosnące po obu
stronach trasy dla powozów guldindhy kołysały się na wietrze, a deszcz
bębnił o ich liście koloru ochry. Dalej ciągnęły się zielone ogrody
wchodzące w skład posiadłości bogatych obywateli. Na ogół nie otaczały
ich mury, by gapie mogli podziwiać je do woli. Ulewa pozrywała kwiaty z krzewów i karłowatych drzew, pokrywając brukowane ścieżki białymi,
czerwonymi i różowymi płatkami.
Historyk pochylił się, gdy nagły powiew wichru przycisnął mu płaszcz do
prawego boku. Woda na jego ustach miała słony smak, co było jedyną
wskazówką świadczącą, że tysiąc kroków na prawo od niego znajduje się
gniewne morze. W miejscu, gdzie ulica, której nadano nazwę Sztormu
Apokalipsy, zwężała się nagle, trasa dla powozów zmieniała się w błotnistą ścieżkę, usianą kawałkami brukowców i glinianych naczyń, a wysokie, ongiś królewskie drzewa orzechowe ustępowały miejsca karłowatym
pustynnym krzewom. Zmiana była tak raptowna, że nim Duiker zorientował
się, że dotarł do granic miasta, zdążył wleźć po łydki w zapaskudzoną
łajnem wodę. Podniósł wzrok, mrużąc powieki, by osłonić oczy przed
deszczem.
Po jego lewej stronie, ledwie widoczny przez strugi wody, wznosił się
kamienny mur Imperialnych Koszar. Zza wysokich fortyfikacji wydobywały
się smużki dymu. Po prawej, znacznie bliżej Duikera, widać było
chaotyczne skupisko namiotów z niewyprawionych skór, a także koni,
wielbłądów i wozów. Obozowali tu kupcy, niedawno przybyli z Sialk Odhan.
Historyk owinął się ciaśniej płaszczem i ruszył w stronę obozu. Ulewa
bębniła tak głośno, że towarzyszące plemieniu psy nie usłyszały jego
kroków. Duiker wszedł na wąską, błotnistą ścieżkę, która biegła między
bezładnie porozrzucanymi namiotami. Zatrzymał się na skrzyżowaniu dróg.
Naprzeciwko niego stał wielki, upstrzony miedzianymi plamami namiot o ścianach pokrytych gęstą plątaniną malowanych symboli. Spomiędzy poł
wydobywały się smużki dymu. Duiker przeszedł przez skrzyżowanie i po
chwili wahania uniósł płachtę, by wejść do środka.
W uszy historyka uderzył donośny ryk, niesiony przez falę gorącego,
parnego powietrza. Duiker zatrzymał się, by strząsnąć wodę z płaszcza.
Ze wszystkich stron dobiegały krzyki, przekleństwa i śmiechy. W powietrzu unosiła się woń durhangowego dymu i kadzidła, pieczonego
mięsiwa, kwaśnego wina i słodkiego ale. Historyk rozejrzał się wokół.
Po lewej, gdzie zebrała się grupka hazardzistów, słychać było brzęk
wrzucanych do garnków monet, z przodu zaś przez tłum szybko wędrował
tapu, który w obu rękach trzymał żelazne rożny długości czterech stóp,
pełne pieczystego i owoców. Duiker wezwał handlarza okrzykiem, unosząc
rękę, by zwrócić na siebie jego uwagę. Tapu ruszył ku niemu.
- Przysięgam, to kozina! - wołał w nadmorskim dialekcie debrahlskiego. -
Kozina, nie psina, dosińczyku! Powąchaj sobie. Tylko obrzynek za taki
smakowity posiłek! W Dosin Pali niczego nie kupiłbyś tak tanio!
Duiker pochodził z równin Dal Hon i jego ciemna skóra nie różniła się
odcieniem od karnacji miejscowych Debrahlów, miał na sobie żeglarską
telabę noszoną przez kupców z położonego na wyspie miasta Dosin Pali i posługiwał się ich językiem bez śladu akcentu. Wyszczerzył zęby w uśmiechu na zapewnienia tapu.
- Psinę bym kupił, tapuharalu. - Wydobył dwa miejscowe póksiężyce,
odpowiedniki mało wartych "obrzynków" imperialnych jakata. - A jeśli ci
się zdaje, że Mezla na wyspie chętniej rozstają się ze srebrem, to
jesteś głupcem albo i gorzej!
Zaniepokojony tapu zdjął z jednego z rożnów kawał ociekającego sokiem
mięsa oraz dwie miękkie bursztynowe kule owoców, po czym owinął je w liście.
- Strzeż się mezlańskich szpiegów, dosińczyku - wymamrotał. - Sens słów
można wypaczyć.
- Słowa to ich jedyny język - odparł Duiker ze wzgardą w głosie,
przyjmując jedzenie. - Czy to prawda, że mezlańską armią dowodzi teraz
barbarzyńca z blizną?
- Człowiek o twarzy demona, dosińczyku. - Tapu pokręcił głową. - Nawet
Mezla się go boją. - Schował półksiężyce do kieszeni i ruszył w dalszą
drogę. - Kozina, nie psina! - zawołał ponownie, wymachując rożnami nad
głową.
Duiker dopchał się do ściany namiotu i oparł się o nią plecami,
obserwując tłum. Jadł na sposób tubylców, szybko i niechlujnie.
Miejscowe przysłowie mówiło: "Każdy posiłek jest twoim ostatnim", co
było celnym streszczeniem filozofii Siedmiu Miast. Tłuszcz pokrywał
twarz historyka i skapywał mu z palców. Skończywszy jeść, Duiker rzucił
liście na błotnistą ziemię i dotknął czoła w zakazanym przez okupantów
rytualnym geście wdzięczności wobec falah'da, którego kości gniły teraz
w ile Zatoki Hissarskiej. Następnie skierował spojrzenie na krąg starych
mężczyzn stojących za hazardzistami. Ruszył w ich stronę, wycierając
dłonie o uda.
Gapie otaczali Krąg Pór Roku, w którym dwóch zwróconych do siebie
twarzami jasnowidzów rozmawiało ze sobą w skomplikowanym tańcu gestów,
będącym symbolicznym językiem wróżb. Duiker wepchnął się do szpaleru i zobaczył ich obu: zgrzybiałego szamana, którego najeżona srebrnymi
haczykami i pozszywana rzemykami twarz świadczyła, że jest Semkiem,
członkiem plemienia żyjącego daleko w głębi kontynentu, oraz mniej
więcej piętnastoletniego chłopca, który zamiast oczu miał dwie brzydko
zabliźnione dziury. Cienkie kończyny i wydęty brzuch świadczyły o zaawansowanym stadium niedożywienia. Duiker instynktownie zrozumiał, że
chłopak stracił rodzinę podczas malazańskiego podboju i wegetował potem
na ulicach i w zaułkach Hissaru. Tam też znaleźli go organizatorzy
Kręgu, albowiem powszechnie wiedziano, że za pośrednictwem takich
udręczonych dusz zwykli przemawiać bogowie.
Wśród gapiów trwała pełna napięcia cisza, co przekonało historyka, że
wróżba ma w sobie moc. Choć chłopak był ślepy, poruszał się tak, by
kierować twarz na wprost ku semkowskiemu jasnowidzowi, który tańczył
powoli na białym piasku, zachowując absolutne milczenie. Obaj wyciągali
ku sobie dłonie, kreśląc w powietrzu jakiś wzór.
Duiker trącił łokciem stojącego obok mężczyznę.
- Co przepowiedziano? - wyszeptał.
Nieznajomy - przysadzisty tubylec, który miał na obu policzkach szpecące
ślady po oparzeniach, nieudolnie maskujące blizny starego pułku
hissarskiego - syknął ostrzegawczo przez zabarwione durhangiem zęby:
- Ni mniej, ni więcej, tylko ducha Dryjhny. Ich dłonie nakreśliły jego
zarys. Wszyscy tu ujrzeli widmową zapowiedź ognia.
Duiker westchnął.
- Gdybym tylko mógł to zobaczyć...
- Zobaczysz. Patrz, znowu!
Historyk zauważył, że tańczące dłonie dotykają niewidzialnej postaci,
zostawiając za sobą migotliwe plamy czerwonawego światła, łunę
przywodzącą na myśl ludzką postać, która powoli stawała się coraz
wyraźniejsza. Kobietę o ciele z ognia. Uniosła ramiona i na jej
nadgarstkach rozbłysło coś, co przypominało żelazo. Dołączyła do
tańczących, wijąc się i wirując między jasnowidzami.
Chłopak odrzucił nagle głowę w tył i z jego ust wydobyły się słowa
brzmiące jak zgrzyt kruszonych kamieni:
- Dwie szalejące fontanny krwi! Twarzą w twarz. Ich krew jest ta sama,
obie są tym samym, a brzegi Raraku obmyją słone fale. Święta Pustynia
pamięta swą przeszłość!
Widmo kobiety zniknęło. Chłopak runął twarzą na piasek, sztywny jak
deska. Semk przykucnął, opierając dłoń na jego głowie.
- Połączył się z rodziną - oznajmił stary szaman, mącąc ciszę. -
Przyznano mu łaskę Dryjhny, najrzadszy z darów.
Twardzi koczownicy płakali, inni padali na kolana. Wstrząśnięty Duiker
wycofał się z coraz ciaśniejszego kręgu. Zamrugał, by usunąć pot z oczu,
i nagle poczuł, że ktoś go obserwuje. Rozejrzał się. Po drugiej stronie
namiotu stała postać odziana w czarne skóry. Jej twarz kryła się pod
kapturem uszytym na kształt koziej głowy. Po chwili nieznajomy odwrócił
wzrok. Duiker szybko zszedł mu z oczu, kierując się w stronę wyjścia.
Cywilizacja Siedmiu Miast była starożytna i długa historia stanowiła
źródło jej siły. Dawno temu po wszystkich kupieckich traktach,
wszystkich ścieżynach, wszystkich zaginionych dziś drogach łączących ze
sobą zapomniane miejsca chodziły tu Ascendenty. Powiadano, że tutejsze
piaski gromadzą moc w swych szemrzących prądach, że każdy kamień
nasiąknął czarami niczym krwią i że pod każdym miastem ukrywają się
ruiny niezliczonych dawniejszych grodów, sięgające aż do czasów samego
Pierwszego Imperium. Mówiono, że każde miasto wznosi się tu na plecach
duchów, na warstwach duchowej substancji, grubych jak złoża zmiażdżonej
kości, że pod ich ulicami nigdy nie cichną płacz, śmiech, krzyki i nawoływania handlarzy, że wiecznie trwają tam targi i modlitwy, że cały
czas słyszy się pierwsze oddechy zapowiadające życie oraz ostatnie
tchnienia znamionujące śmierć. Pod brukiem kryły się sny, mądrość,
głupota, obawy, gniew, żal, żądza, miłość i gorzka nienawiść.
Historyk wyszedł w deszcz, wciągając w płuca głębokie hausty czystego,
chłodnego powietrza. Znowu owinął się płaszczem.
Nawet jeśli najeźdźcy wdarli się na mury miasta, zabili wszystkich
mieszkańców i przejęli na własność ich posiadłości, domy oraz sklepy, i tak władali jedynie cienką powłoką teraźniejszości i kryjące się pod
powierzchnią duchy pewnego dnia przywiodą ich do zguby, czyniąc z nich
kolejną przejściową warstwę.
Tego wroga nigdy nie zdołamy pokonać, myślał Duiker. Mimo to historia
pełna jest opowieści o takich, którzy raz za razem rzucali mu wyzwanie.
Być może zwycięstwo nie polega na tym, by go rozbić. Może trzeba się do
niego przyłączyć, stać się z nim jednością. Cesarzowa przysłała nową
pięść, by skruszyć niespokojne stulecia historii. Czy naprawdę
zapomniała o Coltainie, jak to sugerowałem Mallickowi Relowi, czy też po
prostu trzymała go w gotowości niczym broń wykutą z myślą o konkretnym
zadaniu?
Duiker opuścił teren obozowiska, ponownie kuląc się w strugach siekącej
ulewy. Majaczyły przed nim bramy Imperialnych Koszar. Być może przed
upływem godziny pozna odpowiedzi na część swych pytań. Miał się spotkać
z Coltaine'em z Klanu Wron.
Przedostał się przez pełną kolein drogę, brodząc w wypełniających
zagłębienia kałużach, po czym wspiął się na błotnisty stok, podchodząc
do wieży bramnej.
Gdy zbliżył się do wąskiego bocznego wejścia, drogę zagrodziło mu dwóch
zakapturzonych wartowników.
- Dzisiaj nie przyjmujemy petycji, dosińczyku - oznajmił jeden z malazańskich żołnierzy. - Przyjdź jutro.
Duiker rozpiął płaszcz i rozchylił go, odsłaniając przypięty do bluzy
imperialny diadem.
- Pięść zwołał radę, prawda?
Obaj żołnierze zasalutowali i usunęli się mu z drogi. Na twarzy tego,
który przedtem się odezwał, Duiker ujrzał teraz przepraszający uśmiech.
- Nie wiedzieliśmy, że jesteś z tym drugim - rzekł.
- Z jakim drugim?
- Przyszedł parę minut temu.
- Ach, oczywiście.
Duiker skinął głową do obu mężczyzn, po czym wszedł do środka. Na
kamiennej podłodze korytarza widać było ślady pary ubłoconych mokasynów.
Zmarszczył brwi, wychodząc na dziedziniec. Wzdłuż muru po lewej biegło
zadaszone przejście, prowadzące do bocznej bramy w przysadzistym,
zaprojektowanym bez krzty wyobraźni budynku dowództwa. Ponieważ Duiker i tak był już mokry, postanowił przejść przez podwórko, prosto do głównego
wejścia. Po drodze zauważył, że ten, kto przyszedł przed nim, postąpił
tak samo. Odciski stóp, jakie pozostawił w błotnistej ziemi, świadczyły,
że miał koślawe nogi. Historyk zasępił się jeszcze bardziej.
Przy wejściu Duikera przywitał kolejny wartownik, który zaprowadził go
do sali narad. Zbliżając się do dwuskrzydłowych drzwi, historyk zerknął
na podłogę w poszukiwaniu śladów swego poprzednika, nie było ich tam
jednak. Najwyraźniej przybysz udał się do jakiejś innej komnaty. Duiker
wzruszył ramionami i otworzył drzwi.
Sala narad była niskim pomieszczeniem o nieotynkowanych kamiennych
ścianach pociągniętych białą farbą. Dominował nad nią długi marmurowy
stół, który pod nieobecność krzeseł wydawał się dziwnie niekompletny.
Obecni byli już Mallick Rel, Kulp, Coltaine i jeszcze jeden wickański
oficer. Wszyscy zwrócili głowy w stronę historyka. Rel uniósł brwi w wyrazie lekkiego zaskoczenia. Najwyraźniej nie wiedział, że Coltaine
zaprosił również Duikera. Czy nowa pięść z premedytacją mu o tym nie
powiedział, chcąc wytrącić go z równowagi? Po chwili zastanowienia
historyk odrzucił tę myśl. Zapewne był to skutek braku organizacji w nowym dowództwie.
Krzesła celowo wyniesiono stąd przed spotkaniem, o czym świadczyły ślady
ich nóg widoczne w pokrywającym podłogę białym pyle. Mallick Rel i Kulp
czuli się wyraźnie skrępowani, nie wiedząc, gdzie stanąć i jaką pozycję
przyjąć. Jhistalski kapłan Maela przestępował z nogi na nogę, a zlewający mu czoło pot lśnił w jaskrawym świetle stojących na stole
lamp. Dłonie skrył w rękawach. Kulp sprawiał wrażenie, że chętnie
oparłby się o ścianę, ale nie był pewien, jak Wickanie zareagują na tak
swobodne zachowanie.
Uśmiechając się w duchu, Duiker zdjął ociekający wodą płaszcz i powiesił
go na starym uchwycie pochodni w pobliżu drzwi. Potem odwrócił się w stronę nowej pięści. Coltaine stał przy bliższym końcu stołu. Oficer -
spoglądający spode łba weteran, którego szeroka, płaska twarz wyglądała
tak, jakby składała się wokół ukośnej blizny biegnącej od prawej
krawędzi żuchwy do lewej części czoła - zatrzymał się u jego lewego
boku.
- Jestem Duiker - oznajmił nowo przybyły. - Historyk imperialny. -
Pokłonił się płytko. - Witaj w Hissarze, pięści.
Z bliska widziało się na twarzy wodza Klanu Wron ślady czterdziestu lat
spędzonych na Równinie Wickańskiej leżącej na północy Quon Tali.
Szczupłe, nieprzeniknione oblicze zryły głębokie bruzdy, które otaczały
szerokie usta o wąskich wargach oraz zaznaczały się w kącikach ciemnych,
głęboko osadzonych oczu. Na plecy opadały mu nasmarowane oliwą warkocze,
ozdobione fetyszami z wronich piór. Był wysoki, na koszulę z niewyprawionej skóry naciągnął sfatygowaną kolczugę, a z jego szerokich
ramion opadał sięgający kolan płaszcz z wronich piór. Na nogach miał
ochraniacze, przytroczone do bioder sznurkami ze zwierzęcych
wnętrzności. Spod lewej pachy wystawał mu długi nóż o rogowej rękojeści.
Uniósł głowę w odpowiedzi na słowa Duikera.
- Kiedy widziałem cię ostatnio, leżałeś dręczony gorączką na osobistej
pryczy cesarza i wydawało się, że lada moment przejdziesz przez bramy
Zakapturzonego - rzekł z ochrypłym wickańskim akcentem. - To Bult był
tym młodym wojownikiem, którego lanca rozpruła ci brzuch. W nagrodę
żołnierz imieniem Dujek naznaczył mu twarz mieczem.
Coltaine odwrócił się powoli i uśmiechnął do stojącego obok niego
Wickanina o obliczu przeciętym blizną.
Posiwiały jeździec spojrzał na Duikera z miną równie złowrogą jak
poprzednio. Po chwili potrząsnął głową i zaczerpnął tchu.
- Pamiętam mężczyznę bez broni. To właśnie powstrzymało w ostatniej
chwili moją lancę. Pamiętam miecz Dujeka, który pozbawił mnie urody w tej samej chwili, gdy zęby mojego wierzchowca zmiażdżyły mu rękę.
Pamiętam, że chirurdzy mu ją potem ucięli, bo koński oddech zapaskudził
ranę. Szczerze mówiąc, zamiana nie była dla mnie korzystna, bo brak ręki
nie przeszkodził Dujekowi w zrobieniu wspaniałej kariery, a ja wskutek
oszpecenia zostałem z tylko jedną żoną, którą już miałem.
- Czy przypadkiem nie była twoją siostrą, Bult?
- To prawda, Coltaine. Była też ślepa.
Obaj Wickanie umilkli. Jeden marszczył brwi, a drugi spoglądał spode
łba.
Stojący z boku Kulp wydał odgłos, który brzmiał jak zdławione
chrząknięcie. Duiker uniósł powoli brwi.
- Przykro mi, Bult - odparł. - Choć brałem udział w tej bitwie, nie
przypominam sobie ani Coltaine'a, ani ciebie. Zresztą nie widzę, byś
poniósł jakiś szczególny uszczerbek na urodzie.
Weteran skinął głową.
- Faktycznie, trzeba się przyjrzeć uważnie.
- Być może nadszedł już czas, by skończyć z tą zabawną wymianą
uprzejmości i rozpocząć obrady - odezwał się Mallick Rel.
- Kiedy będę gotowy - rzucił od niechcenia Coltaine, nadal spoglądając
na Duikera.
Bult chrząknął.
- Powiedz mi, historyku, co ci przyszło do głowy, że przyłączyłeś się do
bitwy, nie mając broni?
- Być może straciłem ją w zamieszaniu.
- Tak nie było. Nie miałeś pasa, pochwy ani tarczy.
Duiker wzruszył ramionami.
- Jeśli mam spisywać historię tego imperium, muszę być tam, gdzie się
ona dokonuje.
- Czy zapisując kroniki oddziałów Coltaine'a, wykażesz się równie
lekkomyślnym zapałem?
- Zapałem? Och tak, z pewnością. Jeśli jednak chodzi o lekkomyślność,
to, niestety, nie jestem już tak odważny jak ongiś. - Duiker westchnął.
- W dzisiejszych czasach nie wybieram się na bitwę bez zbroi, krótkiego
miecza i tarczy. A także hełmu. Do tego otaczają mnie strażnicy i staram
się trzymać w odległości kilku mil od ognia walki.
- Wiek dodał ci mądrości - zauważył Bult.
- Obawiam się, że w niektórych sprawach niezbyt wiele. - Zwrócił się w stronę Coltaine'a. - Ośmielę się służyć ci radą, pięści.
- Budzi to twoje obawy, gdyż usłyszę od ciebie rzeczy, które mi nie
przypadną do gustu - stwierdził Coltaine, przenosząc spojrzenie na
Mallicka Rela. - I być może, usłyszawszy je, rozkażę Bultowi, by tym
razem uśmiercił cię na dobre. To wiele mi mówi o sytuacji w Arenie -
dokończył.
- Nie wiem o niej za dużo - przyznał Duiker, czując, jak pod bluzą
ścieka mu pot. - Ale o tobie wiem jeszcze mniej, pięści.
Twarz Coltaine'a nie zmieniła wyrazu. Pięść przypominał Duikerowi kobrę,
która prostuje się przed nim powoli, przeszywając go zimnym, nieruchomym
spojrzeniem.
- Mam pytanie - odezwał się Mallick Rel. - Czy rada już się rozpoczęła?
- Jeszcze nie - odpowiedział powoli Coltaine. - Czekamy na mojego
czarnoksiężnika.
Kapłan Maela zaczerpnął raptownie tchu. Stojący z boku Kulp postąpił
krok naprzód.
Duikerowi zaschło nagle w gardle. Odchrząknął.
- Czy to nie na rozkaz cesarzowej, w pierwszym roku jej panowania,
wszystkich wickańskich czarnoksiężników, hmm, wyłapano? Czy potem nie
doszło do masowej egzekucji? Przypominam sobie, że widziałem na
zewnętrznych murach Unty...
- Konali wiele dni - odezwał się Bult. - Wisieli na żelaznych
szpikulcach, dopóki wrony nie przyleciały po ich dusze. Prowadziliśmy na
mury miejskie nasze dzieci, żeby zobaczyły starszyznę plemienną, której
odbierano życie na rozkaz krótkowłosej kobiety. Naznaczyliśmy je
bliznami pamięci, żeby prawda żyła dalej.
- To była ta sama cesarzowa, której teraz służycie - zauważył Duiker,
patrząc Coltaine'owi prosto w twarz.
- Krótkowłosa kobieta nic nie wie o wickańskich zwyczajach - wyjaśnił
Bult. - Wrony, które nosiły w sobie dusze największych czarnoksiężników,
wróciły do naszego ludu, by dać im możliwość powtórnych narodzin. W ten
sposób odzyskaliśmy moc naszej starszyzny.
Wtem otworzyły się boczne drzwi, których Duiker dotąd nie zauważył. Do
pokoju weszła wysoka, krzywonoga postać. Jej twarz ukrywał kaptur o kształcie koziej głowy, który teraz zdjęła, odsłaniając gładką twarz
najwyżej dziesięcioletniego chłopca. Jego ciemne oczy spojrzały w oczy
historyka.
- To jest Sormo E'nath - przedstawił go Coltaine.
- Sormo E'nath był starcem i stracono go w Uncie - warknął Kulp. - Był
najpotężniejszym z czarnoksiężników i cesarzowa upewniła się, że nie
uciekł. Powiadają, że umierał na murze jedenaście dni. To nie jest Sormo
E'nath. To tylko chłopiec.
- Jedenaście dni - mruknął Bult. - Jego duszy nie mogła pomieścić jedna
wrona. Codziennie przylatywał nowy ptak, aż zabrały ją całą. Jedenaście
dni, jedenaście wron. Taka była moc Sorma, jego wola życia i w taki
sposób zaszczyciły go czarnoskrzydłe duchy. Przyleciało po niego
jedenaście. Jedenaście.
- Pradawne czary - wyszeptał Mallick Rel. - Wzmianki o podobnych
sprawach można znaleźć w najbardziej starożytnych zwojach. Ten chłopiec
nazywa się Sormo E'nath. Czy naprawdę jest ponownie narodzonym
czarnoksiężnikiem?
- Rhivijczycy z Genabackis mają podobne wierzenia - zauważył Duiker. -
Wierzą, że nowo narodzone dziecko może się stać naczyniem dla duszy,
która nie przeszła przez Bramy Kaptura.
- Jestem Sormo E'nath, który nosi w swym mostku wspomnienie o żelaznym
szpikulcu - odezwał się chłopiec. Jego głos był piskliwy, lecz załamywał
się już na progu męskości. - Przy moim porodzie asystowało jedenaście
wron. - Zsunął z ramion płaszcz, który zawisł mu na plecach. -
Obserwowałem dziś rytuał wróżenia i zauważyłem w tłumie historyka
Duikera. Wspólnie ujrzeliśmy wizję zesłaną przez ducha o wielkiej mocy,
ducha, którego twarz jest jedną z wielu. Ów duch zapowiadał armagedon.
- Widziałem to samo co on - potwierdził Duiker. - W obozie karawany
kupieckiej pod miastem.
- Nie rozpoznali w tobie Malazańczyka? - zainteresował się Mallick.
- Dobrze mówi w plemiennym języku - wyjaśnił Sormo. - I wykonuje gesty
znamionujące nienawiść do imperium. Wygląda na tyle przekonująco, że
tubylcy dają się nabrać. Powiedz mi, historyku, czy byłeś już kiedyś
świadkiem podobnych wróżb?
- Nie tak... oczywistych - przyznał Duiker. - Widziałem jednak
wystarczająco wiele, by dostrzec narastający impet. Nowy rok przyniesie
nam bunt.
- To śmiała teza - wtrącił Mallick Rel. Westchnął głośno wyraźnie
niezadowolony z tego, że musi stać. - Nowa pięść powinien ostrożnie
traktować tego rodzaju zapewnienia. W tym kraju proroctw jest wiele,
podobnie jak wielu jest mieszkańców. Owa liczebność umniejsza ich
wiarygodność. Od czasów malazańskiego podboju co roku w Siedmiu Miastach
zapowiadano rebelię. I co z tego wynikło? Nic.
- Kapłan ma ukryte motywy - odezwał się Sormo.
Duiker wstrzymał nagle oddech.
Okrągła, spocona twarz Mallicka Rela zbielała.
- Wszyscy je mają - odrzekł Coltaine, jakby chciał zlekceważyć słowa
czarnoksiężnika. - Usłyszałem słowa ostrzeżenia i słowa uspokojenia.
Panuje między nimi równowaga. A oto co ja mam do powiedzenia. Mag, który
ma ochotę oprzeć się o kamienną ścianę, widzi we mnie żmiję w swym
posłaniu. Jego strach przede mną wiele mówi o żołnierzach Siódmej Armii.
- Pięść splunął na podłogę, wykrzywiając wściekle twarz. - Nic mnie nie
obchodzą ich uczucia. Jeśli będą słuchać moich rozkazów, ja również ich
nie zawiodę. W przeciwnym razie wyrwę im serca z piersi. Słyszałeś,
kadrowy magu?
Kulp spoglądał na niego wilkiem.
- Słyszałem.
- Przybyłem tu po to, by przekazać rozkazy wielkiej pięści Pormquala...
- Głos Rela brzmiał niemal piskliwie.
- Przed jego oficjalnym powitaniem czy po nim?
Duiker natychmiast pożałował swych słów, mimo że Bult wybuchnął
ochrypłym śmiechem.
Mallick Rel wyprostował się w odpowiedzi.
- Wielka pięść Pormqual wita pięść Coltaine'a w Siedmiu Miastach i życzy
mu sukcesów w dowodzeniu nową armią. Siódma Armia jest jedną z trzech
początkowych armii Imperium Malazańskiego i wielka pięść jest
przekonany, że pięść Coltaine uhonoruje jej chwalebną historię.
- Nic mnie nie obchodzi reputacja - stwierdził Coltaine. - Ludzi sądzi
się po czynach. Mów dalej.
- Wielka pięść Pormqual prosił mnie, bym przekazał jego rozkazy pięści
Coltaine'owi - ciągnął drżącym głosem Rel. - Admirał Nok ma wypłynąć z Hissaru, gdy tylko uzupełni zapasy, i natychmiast pożeglować do Arenu.
Pięść Coltaine ma rozpocząć przygotowania do wymarszu drogą lądową... do
Arenu. Wielka pięść pragnie dokonać przeglądu Siódmej Armii, nim
ostatecznie zdecyduje o jej dyslokacji. - Kapłan wydobył spod szat
zwinięty zwój i położył go na stole. - Tak brzmią rozkazy wielkiej
pięści.
Twarz Coltaine'a pociemniała w wyrazie niesmaku. Skrzyżował ramiona i ostentacyjnie odwrócił się plecami do Mallicka Rela.
Bult roześmiał się ponuro.
- Wielka pięść pragnie dokonać przeglądu armii. Zapewne wielka pięść ma
na swe rozkazy wielkiego maga, a być może również dłoń Szponu? Jeśli
chce sobie obejrzeć wojska Coltaine'a, może tu przybyć przez grotę.
Pięść nie ma zamiaru gonić swej armii do tysiącdwustumilowego marszu
tylko po to, by Pormqual mógł się krzywić na kurz na butach żołnierzy.
Tego rodzaju posunięcie pozbawiłoby wschodnie prowincje Siedmiu Miast
wojsk okupacyjnych. Panują tu obecnie niepokoje i uznano by to za
odwrót, zwłaszcza gdyby wycofano również Flotę Sahulską. Tym krajem nie
da się rządzić zza murów Arenu.
- Sprzeciwiasz się rozkazom wielkiej pięści? - wyszeptał Rel. Spojrzenie
lśniących jak krwawe diamenty oczek wbił w szerokie plecy Coltaine'a.
Pięść odwrócił się błyskawicznie.
- Radzę mu, by zmienił owe rozkazy. Czekam na odpowiedź.
- Zaraz ją otrzymasz - wychrypiał kapłan.
Coltaine uśmiechnął się szyderczo.
- Od ciebie? - zapytał Bult. - Jesteś kapłanem, nie żołnierzem ani
gubernatorem. Oficjalnie nie jesteś nawet członkiem Naczelnego
Dowództwa.
Rel przeniósł spojrzenie z pięści na weterana.
- Nie jestem? Zobaczymy...
- Nie dla cesarzowej Laseen - przerwał mu Bult. - Ona nic o tobie nie
wie, kapłanie, pomijając to, co pisze w swych raportach wielka pięść.
Musisz zrozumieć, że cesarzowa nigdy nie daje władzy ludziom, których
nie zna. Wielka pięść Pormqual wykorzystał cię jako gońca i tak też
potraktuje cię pięść. Nie masz prawa nikomu rozkazywać. Ani Coltaine'owi
czy mnie, ani nawet najniższemu rangą kuchcikowi w Siódmej Armii.
- Przekażę te słowa i opinie wielkiej pięści.
- Nie wątpię w to. Możesz odejść.
Relowi opadła szczęka.
- Odejść?
- Skończyliśmy już z tobą rozmawiać. Zostaw nas samych.
Wszyscy bez słowa spoglądali na wychodzącego kapłana. Gdy tylko zamknęły
się za nim drzwi, Duiker zwrócił się w stronę Coltaine'a.
- To mogło nie być rozsądne, pięści.
Coltaine omiótł go sennym spojrzeniem.
- To Bult mówił, nie ja.
Duiker zerknął na weterana. Naznaczony blizną Wickanin uśmiechał się
szeroko.
- Opowiedz mi o Pormqualu - poprosił Coltaine. - Znasz go?
Historyk ponownie odwrócił się do pięści.
- Znam.
- Czy dobrze sprawuje rządy?
- O ile potrafię ocenić, to w ogóle ich nie sprawuje - odparł Duiker. -
Większość edyktów wydaje człowiek, którego przed chwilą wygnałeś z rady.
To znaczy Bult go wygnał. Jest też grupa innych ukrytych za kulisami
ludzi, głównie bogatych, szlachetnie urodzonych kupców. To przede
wszystkim oni są odpowiedzialni za obniżkę ceł na towary importowane i równoczesny wzrost opodatkowania miejscowej produkcji oraz eksportu.
Rzecz jasna, towary, które sami eksportują, są z tego wyłączone.
Imperialną okupacją zawiadują malazańscy kupcy. Ta sytuacja nie zmienia
się od czterech lat, odkąd Pormquala mianowano wielką pięścią.
- A kto piastował tę funkcję przed nim? - zapytał Bult.
- Cartheron Crust, który pewnej nocy utonął w areńskim porcie.
Kulp prychnął pogardliwie.
- Crust potrafiłby pływać nawet po pijanemu podczas huraganu, ale
znienacka wziął i się utopił, tak samo jak jego brat Urko. Rzecz jasna,
ich ciał nigdy nie odnaleziono.
- I co z tego wynika?
Kulp uśmiechnął się do Bulta, nie powiedział jednak ani słowa.
- Crust i Urko byli ludźmi cesarza - wyjaśnił Duiker. - Wygląda na to,
że podzielili los większości towarzyszy Kellanveda, w tym również Toca
Starszego i Amerona. Ich ciał także nie odnaleziono. - Historyk wzruszył
ramionami. - To już stare dzieje. I do tego zakazane.
- Jesteś przekonany, że zamordowano ich na rozkaz Laseen - zauważył
Bult, odsłaniając wyszczerbione zęby. - Wyobraź sobie jednak sytuację, w której najzdolniejsi dowódcy cesarzowej po prostu... zniknęli,
zostawiając ją samą, pozbawioną odpowiednich ludzi. Zapominasz,
historyku, że nim Laseen została cesarzową, była bliską towarzyszką
Crusta, Urka, Amerona, Dassema i całej reszty. Wyobraź sobie, że czuje
się samotna i wciąż brak jej tych, którzy ją opuścili.
- I zdawało jej się, że fakt, iż zamordowała innych swych bliskich
towarzyszy, Kellanveda i Tancerza, nie wpłynie na jej przyjaźń z owymi
dowódcami?
Duiker potrząsnął głową, słysząc gorycz w swoim głosie.
To byli również moi towarzysze.
- Niektórych błędów nie sposób naprawić - odparł Bult. - Cesarz i Tancerz byli wielkimi zdobywcami, czy jednak potrafiliby rządzić równie
biegle?
- Nigdy się tego nie dowiemy - warknął Duiker.
Westchnienie Wickanina przypominało niemal parsknięcie.
- To prawda, ale to Laseen stała najbliżej tronu i była w stanie ocenić,
co przyniesie przyszłość.
Coltaine ponownie splunął na podłogę.
- To wszystko, co można powiedzieć na ten temat, historyku. Zapisz
słowa, które tu padły, jeśli ich smak nie wydaje ci się zbyt gorzki.
Zmarszczył brwi, spoglądając na milczącego Sormo E'natha.
- Zapiszę je, nawet gdybym miał się nimi udławić - zapewnił Duiker. - W przeciwnym razie nie byłbym godny zwać się historykiem.
- Niech będzie i tak. - Pięść nie odrywał wzroku od Sormo E'natha. -
Powiedz mi, historyku, jakiego haka ma Mallick Rel na Pormquala?
- Chciałbym to wiedzieć, pięści.
- Dowiedz się.
- Mam zostać szpiegiem?
Coltaine odwrócił się do niego z bladym uśmiechem na twarzy.
- A kim byłeś w namiocie kupców, Duiker?
Historyk wykrzywił twarz.
- Musiałbym wrócić do Arenu, a nie sądzę, by po tym, jak byłem świadkiem
jego upokorzenia, Mallick Rel dopuścił mnie do udziału w radzie. W gruncie rzeczy sądzę, że uznał mnie za wroga, a jego wrogowie często
znikają bez śladu.
- Ja nie zniknę - zapewnił Coltaine. Podszedł bliżej, wyciągnął rękę i zacisnął dłoń na barku historyka. - W takim razie zapomnijmy o Mallicku
Relu. Mianuję cię członkiem mojego sztabu.
- Wedle rozkazu, pięści - odparł Duiker.
- Zebranie uważam za zakończone. - Coltaine zwrócił się w stronę
czarnoksiężnika. - Sormo, później opowiesz mi o swoich przygodach.
Sormo E'nath pokłonił się.
Duiker włożył płaszcz i wyszedł z pomieszczenia w ślad za Kulpem. Gdy
tylko zamknęły się za nimi drzwi, historyk pociągnął kadrowego maga za
rękaw.
- Chcę z tobą pomówić w cztery oczy.
- Też o tym pomyślałem - zgodził się Kulp.
Nieco dalej znaleźli pełen zniszczonych mebli pokoik, w którym nikogo
nie było. Kulp zamknął drzwi na zasuwę, po czym z wściekłością w oczach
spojrzał na Duikera.
- To w ogóle nie jest człowiek. Jest zwierzęciem i patrzy na świat jak
zwierzę. A ten cały Bult rozumie warkot swego pana, natychmiast jeży
sierść i ubiera wszystko w słowa. Nigdy nie spotkałem Wickanina tak
gadatliwego jak ten okaleczony staruch.
- Najwyraźniej Coltaine miał mnóstwo do powiedzenia - zauważył z przekąsem Duiker.
- Podejrzewam, że kapłan Maela już w tej chwili knuje zemstę.
- Też tak myślę. Mną jednak bardziej wstrząsnęła obrona cesarzowej.
- Przekonały cię argumenty Bulta?
Duiker westchnął.
- Że żałuje swych czynów i teraz w pełni odczuwa samotność władzy?
Niewykluczone. To ciekawe, ale jakie ma dziś znaczenie?
- Sądzisz, że Laseen zwierzała się tym wickańskim dzikusom?
- Coltaine'a wezwano na audiencję u cesarzowej. Podejrzewam też, że Bult
jest praktycznie przyszyty do boku swego pana. To, o czym mówiono w prywatnych komnatach Laseen, pozostaje jednak tajemnicą. - Historyk
wzruszył ramionami. - Wydaje się oczywiste, że byli przygotowani na
spotkanie z Mallickiem Relem. A co mi powiesz o tym młodym
czarnoksiężniku, Kulp?
- Młodym? - Kadrowy mag przeszył go gniewnym spojrzeniem. - Ten chłopak
ma aurę starca. Wyczułem w nim woń rytualnego picia krwi klaczy, a ten
rytuał oznacza początek Czasu Żelaza, ostatnich kilku lat życia
czarnoksiężnika, gdy jego moc sięga szczytu. Widziałeś go? Wypuścił
strzałkę w kapłana, a potem stał cicho, czekając na skutki.
- Ale oznajmiłeś, że to wszystko kłamstwo.
- Po co Sormo ma wiedzieć, jak czuły mam nos? Nadal będę go traktował
jak chłopca, samozwańca. Jeśli będę miał szczęście, zignoruje mnie.
Duiker zawahał się. Zaczerpnął haust pachnącego kurzem i stęchlizną
powietrza.
- Kulp - odezwał się po chwili.
- Słucham, historyku. O co chcesz mnie prosić?
- To nie ma nic wspólnego z Coltaine'em, Mallickiem Relem ani Sormo
E'nathem. Potrzebuję twojej pomocy.
- A w jakiej sprawie?
- Chcę uwolnić więźnia.
Kadrowy mag uniósł brwi.
- Z hissarskiego więzienia? Historyku, nie mam wpływów w Gwardii
Hissarskiej...
- Nie, nie z miejskiego więzienia. To więzień imperium.
- A gdzie go przetrzymują?
- Sprzedano go w niewolę, Kulp. Jest w kopalniach otataralu.
Kadrowy mag wytrzeszczył oczy z wrażenia.
- Na oddech Kaptura, Duiker, i ty prosisz o pomoc maga? Wydaje ci się,
że zgodzę się dobrowolnie zbliżyć do tych kopalń? Otataral niszczy
czary, doprowadza magów do obłędu...
- Wystarczy, że podpłyniesz płaskodenną łodzią do brzegu - przerwał mu
Duiker. - Obiecuję, Kulp.
- Mam zabrać więźnia, a potem wiosłować jak opętany, żeby uciec przed
dosińską galerą?
Duiker wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Coś w tym rodzaju.
Kulp zerknął na zamknięte drzwi, a potem przyjrzał się zagracającym
pomieszczenie szczątkom, jakby do tej pory ich nie zauważył.
- Co to był za pokój?
- Gabinet pięść Torlom - odpowiedział Duiker. - Tu właśnie dopadł ją ten
dryjhnijski skrytobójca.
Kulp skinął powoli głową.
- Czy wybraliśmy go przypadkowo?
- Z pewnością, mam taką nadzieję.
- Ja również, historyku.
- Pomożesz mi?
- A co to za więzień?
- Heboric Lekki Dotyk.
Kulp raz jeszcze skinął głową.
- Pozwól mi się chwilę zastanowić, Duiker.
- Czy mogę zapytać, dlaczego masz wątpliwości?
Kulp wykrzywił wściekle twarz.
- A jak ci się zdaje? Nie podoba mi się myśl, że na wolności znajdzie
się jeszcze jeden zdradziecki historyk.
***
Święte Miasto Ehrlitan wzniesiono z białego kamienia. Ciągnęło się od
portu aż po rozległe, całkowicie zabudowane wzgórze o płaskim
wierzchołku, znane jako Jen'rahb. Powszechnie uważano, że kryje ono w sobie ruiny jednego z najstarszych miast na świecie i że pod stertami
gruzu czeka Tron Siedmiu Protektorów, który zgodnie z legendą nie był
tronem, tylko komnatą zawierającą siedem koncentrycznych podiów, każde z nich poświęcone przez jeden z Ascendentów, które założyły Siedem Miast.
Ehrlitan miał tysiąc lat, wierzono jednak, że starożytne miasto
Jen'rahb, które zamieniło się w kryjące stertę gruzu wzgórze, jest
dziewięć razy starsze.
Jeden z pierwszych ehrlitańskich falah'dów wszczął na płaskim szczycie
Jen'rahb ambitne, zakrojone na wielką skalę prace budowlane, chcąc w ten
sposób uhonorować ukryte pod ziemią miasto. Kamieniołomy na północnym
wybrzeżu doszczętnie ogołocono, likwidując całe wzgórza.
Dziesięciotonowe bloki marmuru po obrobieniu transportowano drogą morską
do ehrlitańskiego portu, a następnie wciągano po rampach na wzgórze. Na
dziewiczym wierzchołku Jen'rahb wyrosły świątynie, posiadłości, ogrody,
kopuły, wieże oraz pałac falah'da.
Trzy lata po ustawieniu ostatniego bloku starożytne zasypane miasto...
zadrżało. Podziemne łuki zawaliły się pod olbrzymim ciężarem Wierzchołka
Falah'da, mury runęły, a kamienie węgielne wysunęły się na zasypane
ulice. Pod powierzchnią ziemia zachowywała się jak woda. Spływała
ulicami i zaułkami, wpadała w otwarte drzwi, podmywała podłogi. Nad
Jen'rahb trwała jednak ciemna noc. Gdy nastał świt, przynosząc ze sobą
rocznicę panowania falah'da, Wierzchołek opadł w dół, wieże runęły,
kopuły pękły pośród obłoków białego, marmurowego pyłu, a pałac zapadł
się - w niektórych miejscach tylko na kilka stóp, lecz w innych na
przeszło dwadzieścia sążni, tonąc w podziemnych strumieniach pyłu.
Obserwatorzy z Dolnego Miasta pozostawili dokładny opis katastrofy.
Wyglądała ona tak, jakby na Wierzchołek opadła niewidzialna, gigantyczna
dłoń, która zacisnęła się na wszystkich budynkach i zmiażdżyła je,
wtłaczając jednocześnie w głąb wzgórza. Unoszące się w powietrzu obłoki
pyłu sprawiły, że słońce przez wiele dni wyglądało jak miedziany dysk.
Owego dnia zginęło ponad trzydzieści tysięcy ludzi, w tym również sam
falah'd wraz z trzema tysiącami tych, którzy mieszkali i pracowali w pałacu. Jeden jednak ocalał: młody kuchcik, który był przekonany, że
trzęsienie ziemi spowodował puchar upuszczony przez niego na podłogę na
chwilę przed katastrofą. Doprowadzony do obłędu przez poczucie winy
pchnął się nożem w serce na Rondzie Merykra w Dolnym Mieście, a jego
krew spłynęła na te same kamienie, na których stał teraz Skrzypek.
Saper przymrużył niebieskie oczy, obserwując grupkę Czerwonych Mieczy,
którzy galopowali przez pierzchający przed nimi tłum po drugiej stronie
ronda.
Spowijały go cienkie, wyblakłe płócienne szaty, a kaptur uniósł na
sposób plemienia Gralów. Stał bez ruchu na świętym kamieniu, na którym
wyryto ledwie już widoczny pamiątkowy napis, i zastanawiał się, czy
kłębiące się wokół nerwowo tłumy słyszą, jak szybko wali mu serce.
Przeklął sam siebie za to, że odważył się wybrać na spacer po
starożytnym mieście, a potem Kalama za to, że zwlekał z odjazdem, dopóki
nie skontaktował się z jednym ze swych dawnych agentów.
- Mezla'ebdin! - wysyczał ktoś obok niego.
Słowa te znaczyły "malazańskie pieski". Czerwone Miecze pochodziły z Siedmiu Miast, lecz poprzysięgły absolutną wierność cesarzowej. W tym
kraju fanatycznych marzycieli podobny pragmatyzm był rzadkością, w tej
chwili jednak Skrzypek nie cieszył się z ich widoku. Czerwone Miecze
postanowiły na własną rękę porachować się z wyznawcami Dryjhny i uczyniły to w typowy dla siebie sposób - mieczem i lancą.
Na wyblakłych kamieniach ronda leżało bez ruchu pół tuzina ofiar. Wokół
nich walały się kosze, zawiniątka i rozsypana żywność. Dwie małe
dziewczynki przykucnęły obok ciała kobiety, które spoczywało przy
wyschniętej fontannie. Pobliskie mury upstrzyły plamy krwi. W odległości
kilku przecznic słychać było dzwonki Gwardii Ehrlitańskiej. Miejscową
pięść właśnie poinformowano, że Czerwone Miecze znowu rzuciły wyzwanie
jego nieudolnym rządom.
Okrutni jeźdźcy kontynuowali improwizowaną, nieprzebierającą w ofiarach
rzeź na głównej odchodzącej od ronda alei. Wkrótce zniknęli Skrzypkowi z oczu. Na ciała natychmiast rzucili się żebracy i złodzieje, nie zważając
na unoszące się w powietrzu lamenty. Jakiś garbaty alfons złapał obie
dziewczynki i zniknął z nimi w zaułku.
Przed kilkoma minutami Skrzypkowi omal nie roztrzaskano czaszki. Gdy
wchodził na rondo, znalazł się na trasie szarżującego Czerwonego Miecza.
Jako doświadczony żołnierz przebiegł wojownikowi drogę, zmuszając go do
wzięcia mieczem zamachu po drugiej stronie konia, a potem uchylił się
przed świszczącym ostrzem i uciekł. Czerwonemu Mieczowi nie chciało się
go ścigać. Wolał skierować swą uwagę na następną pechową ofiarę,
kobietę, która rozpaczliwie starała się wyciągnąć spod końskich kopyt
dwójkę dzieci.
Skrzypek otrząsnął się i zaklął bezgłośnie pod nosem. Przepychając się
przez gęsty tłum, ruszył w stronę zaułka, w którym skrył się alfons.
Wąska uliczka niknęła w cieniu wznoszących się po obu stronach wysokich,
pochyłych budynków. W powietrzu unosił się intensywny odór gnijącej
żywności i padliny. Skrzypek ostrożnie posuwał się naprzód zaułkiem, w którym nie było widać nikogo. Po chwili natrafił na biegnącą między
dwoma wysokimi murami odnogę, tak wąską, że ledwie by się w niej
zmieścił muł. Ziemię pokrywały tu sięgające goleni zeschłe palmowe
liście. Za murami znajdowały się ogrody, a korony palm na wysokości
dwudziestu stóp nad jego głową tworzyły nieprzerwany baldachim. Po
trzydziestu krokach zaułek kończył się ślepo. Tam właśnie przykucnął
alfons. Młodszą dziewczynkę przygniótł do ziemi kolanem, a drugą
przycisnął do muru, próbując ściągnąć jej nogawice.
Kiedy usłyszał kroki depczącego zeschłe liście Skrzypka, odwrócił głowę.
Miał białą cerę Skrae. Odsłonił w wymownym uśmiechu poczerniałe zęby.
- Gralu, będzie twoja za pół jakata, kiedy tylko przedziurawię jej
skórę. Druga jest młodsza i musi kosztować więcej.
Skrzypek podszedł bliżej.
- Kupuję je - oznajmił. - Na żony. Dwa jakata.
Alfons prychnął pogardliwie.
- W tydzień zarobię na nich dwa razy tyle. Szesnaście jakata.
Skrzypek wyciągnął gralski długi nóż, który kupił przed godziną, i przystawił ostrze do gardła alfonsa.
- Dwa jakata i moje zmiłowanie, simharalu.
- Zgoda, Gralu - wychrypiał alfons, wybałuszając oczy. - Zgoda, na
Zakapturzonego!
Skrzypek wyciągnął z pasa dwie monety i rzucił je na ziemię, po czym
odsunął się od alfonsa.
- Zabieram dziewczynki.
Simharal padł na kolana, rozgarniając zeschłe liście.
- Zabieraj je, Gralu, zabieraj.
Skrzypek stęknął, schował nóż, wziął dziewczynki pod pachy, obrócił się
plecami do alfonsa i ruszył w stronę wyjścia z zaułka. Próba zdrady ze
strony garbusa praktycznie nie wchodziła w rachubę. Grale często wręcz
domagali się zniewag, by znaleźć pretekst do swej ulubionej rozrywki,
wendety. Powiadano też, że nie sposób podkraść się do członka tego
plemienia od tyłu, nikt więc tego nie próbował. Mimo to Skrzypek cieszył
się, że ziemię za jego plecami pokrywa gruba warstwa liści.
Opuścił zaułek. Ciągle odrętwiałe z szoku dziewczynki zwisały mu w ramionach niczym olbrzymie lalki. Przyjrzał się twarzy starszej z nich.
Miała dziewięć, może dziesięć lat i przypatrywała mu się wielkimi,
ciemnymi oczyma.
- Nic ci już nie grozi - uspokoił ją. - Czy będziesz mogła iść, jeśli
cię postawię? Potrafisz zaprowadzić mnie tam, gdzie mieszkacie?
Po dłuższej chwili skinęła głową.
Dotarli do jednej z krętych dróg, które w Dolnym Mieście nosiły nazwę
ulic. Skrzypek postawił dziewczynkę, a młodszą ułożył sobie na ramieniu.
Wyglądało na to, że zasnęła. Starsze dziecko natychmiast złapało go za
szaty, by nie rozdzielił ich tłum, po czym pociągnęło go za sobą.
- Do domu? - zapytał Skrzypek.
- Do domu - potwierdziła.
Po dziesięciu minutach opuścili dzielnicę targową i weszli do
spokojniejszej dzielnicy mieszkalnej. Domostwa były tu skromne, ale
czyste. Dziewczynka zaprowadziła Skrzypka w boczną ulicę. Gdy tylko na
nią weszli, otoczyły ich rozwrzeszczane dzieci. Po chwili z bramy ogrodu
wypadło trzech uzbrojonych mężczyzn, którzy zwrócili się w stronę
Skrzypka, unosząc tulwary. Dzieci nagle rozpierzchły się i umilkły.
- Nahal Gral - warknął Skrzypek. - Kobietę zabił Czerwony Miecz.
Dziewczynki zabrał simharal. Odkupiłem je od niego. Nieprzedziurawione.
Trzy jakata.
- Dwa - poprawił jeden z mężczyzn, spluwając na bruk obok stóp Skrzypka.
- Znaleźliśmy simharala.
- Dwa zapłaciłem. Jeden za to, że je tu dostarczyłem.
Nieprzedziurawione. Trzy. - Skrzypek uśmiechnął się wyzywająco. - To
niewysoka cena za honor Grala. Za jego opiekę.
- Zapłaćcie mu, durnie - odezwał się czwarty mężczyzna, stojący za
plecami Skrzypka. - Nawet sto złotych jakata nie byłoby zbyt wiele.
Niania i dzieci były pod waszą opieką, a wy zwialiście na sam widok
Czerwonych Mieczy. Gdyby ten Gral nie kupił dziewczynek, byłyby teraz
przedziurawione. Zapłaćcie mu i życzcie łask Królowej Snów.
Pobłogosławcie jego i jego rodzinę po wieki wieków. - Mężczyzna okrążył
powoli Skrzypka. Miał na sobie zbroję prywatnego strażnika z insygniami
kapitana. Na jego szczupłej twarzy widniał wycięty symbol weterana spod
Y'ghatan, a grzbiety dłoni znaczyły liczne blizny po poparzeniach
środkiem zapalającym. Wbił w Skrzypka twarde spojrzenie. - Podaj mi swe
handlowe imię, Gralu, byśmy mogli uczcić się w swych modlitwach.
Po chwili wahania saper podał kapitanowi swe prawdziwe imię, to, z którym urodził się przed wielu laty.
Mężczyzna zmarszczył brwi, lecz nie skomentował tego ani słowem.
Gdy przyszedł jeden ze strażników z monetami w dłoni, Skrzypek wręczył
śpiące dziecko kapitanowi.
- To niedobrze, że tak śpi - zauważył.
Posiwiały weteran wziął delikatnie dziewczynkę.
- Zaniesiemy ją do domowego uzdrowiciela.
Skrzypek rozejrzał się wokół. Dziewczynki najwyraźniej należały do
bogatej i wpływowej rodziny, lecz wznoszące się wokół domy były
stosunkowo niewielkie. Mieszkali tu drobni kupcy oraz rzemieślnicy.
- Zjesz z nami posiłek, Gralu? - zapytał kapitan. - Dziadek dziewczynek
zechce się z tobą zobaczyć.
Zaintrygowany Skrzypek skinął głową. Kapitan zaprowadził go do niskiej
bocznej bramy w murze. Trzej strażnicy otworzyli drzwi i większa
dziewczynka wbiegła do środka jako pierwsza.
Brama wiodła do zaskakująco dużego ogrodu. Powietrze było tu chłodne i wilgotne od oddechu niewidocznego strumyka, który szemrał gdzieś w bujnych zaroślach. Wzdłuż wyłożonej kamieniami ścieżki rosły stare
drzewa owocowe i orzechowe. Dalej widać było wysoką ścianę, wzniesioną w całości z matowego szkła. W zroszonych wilgocią i upstrzonych
mineralnymi plamami taflach odbijały się tęcze. Skrzypek nigdy w życiu
nie widział takiej masy szkła w jednym miejscu. W ścianę wprawiono
pojedyncze drzwi z wyblakłego płótna rozciągniętego na cienkiej żelaznej
ramie. Stał przed nimi starzec odziany w pofałdowaną pomarańczową szatę.
Ciemnoochrową barwę skóry podkreślała zupełnie biała czupryna.
Dziewczynka podbiegła i rzuciła mu się w ramiona. Mężczyzna nie
spuszczał ze Skrzypka spojrzenia bursztynowych oczu.
Saper opadł na kolano.
- Błagam o błogosławieństwo, chodzący z duchami - powiedział z najochryplejszym gralskim akcentem, na jaki potrafił się zdobyć.
Śmiech kapłana Tanno przypominał odgłos przesypywanego wiatrem piasku.
- Nie mogę pobłogosławić tego, czym nie jesteś - odparł cicho. -
Zechciej jednak spożyć posiłek ze mną i z kapitanem Turqą. Ufam, że pod
osłoną murów ogrodu ci strażnicy odzyskają odwagę i potrafią zadbać o bezpieczeństwo dzieci. - Położył ogorzałą dłoń na czole śpiącej
dziewczynki. - Selal broni się na własny sposób. Kapitanie, powiedz
uzdrowicielowi, że trzeba ją delikatnie przywrócić temu światu.
Kapitan wręczył śpiące dziecko jednemu ze strażników.
- Słyszałeś, co powiedział pan. Szybko.
Dziewczynki zniknęły za płóciennymi drzwiami. Chodzący z duchami skinął
na Skrzypka i Turqę, po czym wprowadził ich do środka.
W pokoju o szklanych ścianach stał niski żelazny stół otoczony
sięgającymi goleni, obitymi skórą krzesłami. Na jego blacie ustawiono
czary z owocami i zimnym, czerwonym od przypraw mięsem. Z kryształowej
karafki wyjęto korek, wystawiając jasnożółte wino na działanie
powietrza. Na dnie zgromadził się już gruby na dwa palce osad z pączków
pustynnych kwiatów i martwych białych pszczół miodnych. Pokój wypełniał
chłodny, słodki aromat trunku.
Wewnętrzne drzwi były drewniane, wprawione w marmurową ścianę. W umieszczonych w niej małych niszach płonęły różnobarwne świece, których
odbicia tańczyły hipnotycznie w szklanej płycie.
Kapłan usiadł i wskazał pozostałym krzesła.
- Spocznijcie, proszę. Dziwi mnie, że malazański szpieg naraził swe
przebranie, ratując życie dwójki ehrlijskich dzieci. Czy liczysz na to,
że oszołomiona z wdzięczności rodzina zdradzi ci jakieś ważne
informacje?
Skrzypek zdjął z westchnieniem kaptur.
- Jestem Malazańczykiem, ale nie szpiegiem. Przebrałem się, by nie
wykryli mnie inni Malazańczycy.
Stary kapłan napełnił kielich winem i wręczył go saperowi.
- Jesteś żołnierzem.
- Tak.
- Dezerterem?
Skrzypek skrzywił się.
- Nie z własnej woli. Cesarzowa uznała za stosowne wyjąć mój pułk spod
prawa.
Pociągnął łyk słodkiego kwiatowego wina.
- Podpalacz Mostów - wysyczał kapitan Turqa. - Żołnierz z Zastępu
Jednorękiego.
- Jesteś dobrze poinformowany, kapitanie.
Chodzący z duchami wskazał na patery.
- Częstuj się, proszę. Jeśli po tylu latach wojaczki pragniesz odnaleźć
pokój, to przybywając do Siedmiu Miast, popełniłeś poważny błąd.
- Też doszedłem do tego wniosku - zgodził się Skrzypek, biorąc owoc w rękę. - Dlatego właśnie mam zamiar jak najszybciej popłynąć do Quon
Tali.
- Flota Kansu opuściła Ehrlitan - poinformował go kapitan. - A w dzisiejszych czasach niewiele statków kupieckich wypływa na ocean.
Wysokie podatki...
- I perspektywa wielkich zysków, które przyniesie wojna domowa - dodał
Skrzypek, kiwając głową. - Dlatego będę musiał podróżować lądem,
przynajmniej do Arenu.
- To nierozsądne - zauważył stary kapłan.
- Wiem.
Chodzący z duchami Tanno pokręcił głową.
- Nie chodzi tylko o nadchodzącą wojnę. Żeby dotrzeć do Arenu, będziesz
musiał przejść przez Pan'potsun Odhan, wędrować brzegiem Świętej Pustyni
Raraku. To z Raraku wyłoni się Tornado Apokalipsy. Co więcej, zbliża się
konwergencja.
Skrzypek przymrużył oczy. Jednopochwycony dhenrabi.
- To znaczy spotkanie Ascendentów?
- Zgadza się.
- Co je tu zwabi?
- Brama. Przepowiednia o Ścieżce Dłoni. Jednopochwyceni i d'iversowie.
Ta brama coś im obiecuje. Przyciąga je, jak płomień zwabia ćmy.
- Co zmiennokształtnych obchodzi brama groty? Nie są bractwem i nie
używają też czarów. Przynajmniej nie zaawansowanych.
- Wiesz zaskakująco dużo jak na żołnierza.
Skrzypek skrzywił się.
- Ludzie zwykle nie doceniają żołnierzy - zauważył. - Piętnaście lat
walczyłem w wojnach imperium i nie miałem przez ten czas zamkniętych
oczu. Pod Li Heng cesarz starł się z Treachem i Ryllandarasem. Byłem
tam.
Chodzący z duchami pochylił głowę na znak przeprosin.
- Nie potrafię odpowiedzieć na twoje pytania - rzekł cicho. - Nie sądzę,
by sami jednopochwyceni i d'iversowie w pełni wiedzieli, czego szukają.
Tak samo jak łososie wracające do wód, w których przyszły na świat,
kierują się instynktem, wypełniającą krew tęsknotą i obietnicą, którą
jedynie wyczuwają. - Złożył dłonie. - Wśród zmiennokształtnych nie ma
jedności. Każdy z nich jest sam. Ta Ścieżka Dłoni... może się okazać
drogą do ascendencji. Dla zwycięzcy.
Skrzypek zaczerpnął tchu, powoli i niepewnie.
- Ascendencja to moc, a moc oznacza władzę. - Spojrzał w płowe oczy
chodzącego z duchami. - Gdyby osiągnął ją tylko jeden
zmiennokształtny...
- Zdominowałby swych pobratymców. To prawda. Takie wydarzenie miałoby...
reperkusje. Tak czy inaczej, przyjacielu, pustkowi nigdy nie można było
zwać bezpiecznymi, lecz w najbliższych miesiącach na odhan zapanuje
straszliwa groza. Tego jestem pewien.
- Dziękuję za ostrzeżenie.
- Ale nie powstrzyma cię ono.
- Obawiam się, że nie.
- W takim razie uchodzi, bym zaoferował ci jakąś ochronę na czas
podróży. Kapitanie, jeśli byłbyś tak uprzejmy?
Weteran wstał i wyszedł.
- Wyjęty spod prawa żołnierz - zaczął po chwili stary kapłan - ryzykuje
życie, by dotrzeć do serca imperium, które skazało go na śmierć. Sprawa
musi być bardzo ważna.
Skrzypek wzruszył ramionami.
- Ludzie w Siedmiu Miastach pamiętają Podpalaczy Mostów. Przeklinają
ich, lecz jednocześnie podziwiają. Byliście honorowymi żołnierzami,
którzy walczyli w pozbawionej honoru wojnie. Powiadają, że wasz pułk
zahartowały upał i wypalone skały Świętej Pustyni Raraku, gdzie
ścigaliście falah'dańską kompanię czarodziejów. Chciałbym kiedyś
usłyszeć tę opowieść, by móc stworzyć z niej pieśń.
Skrzypek wybałuszył oczy z wrażenia. Czary chodzących z duchami
wywodziły się z pieśni. Nie wymagały żadnych innych rytuałów. Choć pieśń
Tanno była poświęcona pokojowi, podobno kryła w sobie olbrzymią moc.
Saper zadał sobie pytanie, co podobna magia mogłaby uczynić z Podpalaczami Mostów.
Chodzący z duchami najwyraźniej odgadł treść jego myśli, gdyż rozciągnął
usta w uśmiechu.
- Nigdy dotąd nie próbowano stworzyć czegoś w tym rodzaju. Pieśni Tanno
mogą się stać kluczami do ascendencji, czy jednak możliwa jest
ascendencja całego pułku? Na to pytanie naprawdę warto by było
odpowiedzieć.
Skrzypek westchnął.
- Opowiedziałbym ci wszystko, gdybym tylko miał czas.
- Wystarczy jedna chwila.
- Nie rozumiem.
Stary kapłan uniósł pomarszczoną dłoń o długich palcach.
- Gdybyś pozwolił mi się dotknąć, poznałbym całą twą historię.
Saper wzdrygnął się.
- Ach - westchnął tańczący z duchami. - Obawiasz się, że nie potraktuję
twych tajemnic z należytą ostrożnością.
- Obawiam się, że gdybyś je poznał, zagroziłoby to twojemu życiu.
Ponadto nie wszystkie moje wspomnienia są honorowe.
Staruszek odchylił głowę i parsknął śmiechem.
- Gdyby takie były, przyjacielu, bardziej ode mnie zasługiwałbyś na
szatę, którą noszę. Wybacz mi tę śmiałą prośbę.
Wrócił kapitan Turqa, który niósł małą podniszczoną szkatułkę, wykonaną
z drewna koloru piasku. Postawił ją na stole przed swym pracodawcą,
który uniósł wieko i wsadził rękę do środka.
- Raraku była kiedyś morzem - oznajmił Tanno, wyjmując zbielałą ze
starości muszlę. - Podobne relikty można znaleźć na Świętej Pustyni,
jeśli zna się miejsce, gdzie ongiś były brzegi. Na dodatek do zawartej w muszli pieśni, która zachowuje wspomnienie owego śródlądowego morza,
umieszczono w niej również inne. - Podniósł wzrok, spoglądając
Skrzypkowi w oczy. - Moje własne pieśni mocy. Przyjmij, proszę, ten dar
jako wyraz wdzięczności za uratowanie życia i czci moich wnuczek.
Saper pokłonił się, a stary kapłan wręczył mu muszlę.
- Dziękuję, chodzący z duchami Tanno. Czy twój dar zapewnia ochronę?
- Swego rodzaju - odparł z uśmiechem kapłan. Po chwili podniósł się z krzesła. - Nie będziemy cię już dłużej zatrzymywać, Podpalaczu Mostów.
Skrzypek wstał pośpiesznie.
- Kapitan Turqa odprowadzi cię do wyjścia. - Staruszek podszedł do
Skrzypka i położył mu dłoń na ramieniu. - Chodzący z duchami Kimloc
dziękuje ci.
Kapitan wyprowadził z pokoju trzymającego w dłoniach muszlę sapera. Gdy
Skrzypek znalazł się w ogrodzie, jego zlane potem czoło ostudził
chłodny, przesycony wilgocią powiew.
- Kimloc - wymamrotał saper.
Kiedy weszli na ścieżkę prowadzącą ku bramie, Turqa chrząknął.
- Przyjął gościa po raz pierwszy od jedenastu lat. Czy zdajesz sobie
sprawę, jaki zaszczyt cię spotkał, Podpalaczu Mostów?
- Najwyraźniej wysoko ceni swe wnuczki - zauważył z przekąsem Skrzypek.
- Powiedziałeś: od jedenastu lat? To znaczy, że jego poprzednim gościem
był...
- Wielka pięść Dujek Jednoręki z Imperium Malazańskiego.
- Który wynegocjował pokojową kapitulację Karakarangu, świętego miasta
kultu Tanno. Kimloc twierdził, że potrafiłby zniszczyć malazańskie
armie. Całkowicie. A mimo to skapitulował i jego imię stało się teraz
synonimem gróźb bez pokrycia.
Turqa żachnął się.
- Otworzył miejskie bramy, ponieważ nade wszystko ceni życie. Poddał
ocenie wasze imperium i doszedł do wniosku, że tysiące ofiar nic dla
niego nie znaczą. Malaz zawsze zdobywał to, czego pragnął, a wtedy
akurat pragnął Karakarangu.
Skrzypek wykrzywił twarz.
- A gdyby trzeba było w tym celu poszczuć na święte miasto T'lan
Imassów, by zrobili to samo, co w Arenie, nie cofnęlibyśmy się i przed
tym - zauważył z sarkazmem. - Wątpię, by nawet czary Kimloca zdołały
powstrzymać T'lan Imassów.
Zatrzymali się przed bramą. Turqa otworzył ją. W jego ciemnych oczach
lśnił zastarzały ból.
- Kimloc też w to wątpił - rzekł. - Rzeź w Arenie unaoczniła nam
rozmiary obłędu imperium...
- To, co wydarzyło się podczas areńskiego powstania, było błędem -
warknął Skrzypek. - T'lan Imassom Logrosa nie wydano żadnego rozkazu.
Turqa odpowiedział mu jedynie krzywym, gorzkim uśmieszkiem. Wskazał ręką
na ulicę.
- Idź w pokoju, Podpalaczu Mostów.
Poirytowany Skrzypek wyszedł.
***
Moby pisnął z zachwytu, podfrunął w stronę Skrzypka i grzmotnął go w pierś, łopocząc radośnie skrzydłami i obejmując sapera, który z przekleństwem na ustach odepchnął próbującego ścisnąć mu gardło
chowańca. Potem wszedł do wąskiego pokoju i zamknął za sobą drzwi.
- Już zaczynałem się martwić - mruknął ukryty w cieniu pod ścianą Kalam.
- Coś mnie zatrzymało - wyjaśnił Skrzypek.
- Kłopoty?
Saper wzruszył ramionami. Zdjął płaszcz, odsłaniając obszytą skórą
kolczą kamizelkę.
- Gdzie reszta?
- W ogrodzie - odpowiedział Kalam.
Skrzypek przykucnął przy swym plecaku i schował w nim muszlę, owijając
ją w zapasową koszulę.
Potem usiadł przy stoliku obok Kalama, który napełnił dwa kubki
rozcieńczonym wodą winem.
- I co?
- Wstrząsacz w skorupie jaja - odparł Skrzypek. Nim powiedział coś
więcej, pociągnął długi łyk. - Na murach jest gęsto od symboli. Myślę,
że najdalej za tydzień ulice spłyną krwią.
- Mamy konie, muły i zapasy. Zapewne znajdziemy się już wtedy niedaleko
odhan. Tam będzie bezpieczniej.
Skrzypek przyjrzał się towarzyszowi. Jego ciemna twarz o grubych rysach
lśniła w słabym świetle wpadającym przez zasłonięte okno. Na
podziurkowanej powierzchni blatu przed skrytobójcą leżała para noży, a obok nich spoczywała osełka.
- Może tak, a może nie.
- Dłonie na murach?
Skrzypek chrząknął.
- A więc je zauważyłeś.
- Symbole powstania, miejsca spotkań, zaproszenia na rytuały ku czci
Dryjhny, wszystko to potrafię odczytać tak samo biegle, jak każdy
tubylec. Ale te odciski nieludzkich dłoni to coś całkiem innego. - Kalam
pochylił się i uniósł noże. Machinalnie skrzyżował szmelcowane ostrza. -
Mam wrażenie, że wszystkie wskazują na południe.
- Pan'potsun Odhan - stwierdził Skrzypek. - To konwergencja.
Skrytobójca znieruchomiał, wbijając spojrzenie ciemnych oczu w skrzyżowane noże.
- Tej pogłoski jeszcze nie słyszałem.
- Tak uważa Kimloc.
- Kimloc! - krzyknął Kalam. - On jest w mieście?
- Tak mówią.
Skrzypek pociągnął kolejny łyk wina. Gdyby opowiedział Kalamowi o swych
przygodach - i o spotkaniu z chodzącym z duchami - skrytobójca
natychmiast wypadłby z pokoju. I wysłał Kimloca do Bramy Kaptura.
Kimloca, jego rodzinę i strażników. Wszystkich. Siedzący naprzeciwko
niego mężczyzna wolałby się zabezpieczyć.
To mój kolejny dar dla ciebie, Kimloc... milczenie.
W korytarzu rozległy się kroki. Po chwili pojawił się Crokus.
- Ciemno tu jak w jaskini - poskarżył się.
- Gdzie Apsalar? - zapytał Skrzypek.
- A gdzie ma być? W ogrodzie - warknął złodziej z Darudżystanu.
Saper oklapł. Wciąż dręczył go dawny niepokój.
Jej nieobecność zwiastowała kłopoty. Kiedy znikała, należało strzec
własnych pleców. Wciąż trudno mu było uwierzyć, że dziewczyna nie jest
już tym, kim była do niedawna. Poza tym, jeśli patron skrytobójców
postanowi znowu ją opętać, pierwszym ostrzeżeniem, jakie otrzymają,
będzie poderżnięcie gardeł.
Westchnął, masując napięte mięśnie karku.
Crokus przyciągnął krzesło do stołu, usiadł i sięgnął po wino.
- Mamy już dosyć czekania - oznajmił. - Jeśli musimy zapuścić się w głąb
tego cholernego kraju, zróbmy to jak najszybciej. Pod murem ogrodu leży
parująca kupa nieczystości, która blokuje rynsztok. Roi się w niej od
szczurów. Upał jest okropny, a much tyle, że ledwie można oddychać.
Jeśli zostaniemy tu dłużej, na pewno złapiemy jakąś zarazę.
- Miejmy nadzieję, że to będzie siny język - rzucił Kalam.
- A co to jest?
- Ozór ci puchnie i sinieje - wyjaśnił Skrzypek.
- I co w tym takiego dobrego?
- Nie można gadać.
***
Gdy Kalam ruszył w stronę Jen'rahb, na niebie lśniły gwiazdy, a księżyc
jeszcze nie wzeszedł. Na szczyt wzgórza prowadziły stare rampy,
wyglądające jak zbudowane przez olbrzymów schody, pełne szczerb po
usuniętych blokach gładzonego kamienia, które wykorzystano w innych
rejonach Ehrlitanu. Owe luki wypełniały splątane krzewy, których suche
korzenie sięgały głęboko w stok wzgórza.
Skrytobójca wspinał się zręcznie na rumowisko. Pochylał głowę, by nikt
spoglądający z ulic na dole nie wypatrzył go na tle nieba. W mieście
panowała nienaturalna cisza. Nieliczne patrole malazańskich żołnierzy
krążyły po nim w niemal zupełnej samotności, jakby rozkazano im strzec
nekropolii zamieszkanej właściwie tylko przez duchy. Niepokój kazał im
zachowywać się głośno i Kalam unikał ich bez większego trudu.
Dotarł na szczyt, prześlizgując się między dwoma wielkimi blokami
wapienia, które ongiś były częścią otaczającego wierzchołek muru.
Zatrzymał się, oddychając głęboko pełnym pyłu nocnym powietrzem, po czym
spojrzał w dół, na ulice Ehrlitanu. Twierdza Pięści, która kiedyś była
rezydencją miejscowego Świętego Falah'da, piętrzyła się ciemna i pokraczna nad dobrze oświetlonym dziedzińcem niczym zaciśnięta dłoń
stercząca z rozżarzonych węgielków. W tym kamiennym gmachu ukrywał się
wojskowy gubernator Imperium Malazańskiego, który zamykał uszy na pełne
żaru ostrzeżenia Czerwonych Mieczy oraz tych malazańskich szpiegów i sympatyków, których jeszcze nie zamordowano bądź nie zmuszono do
ucieczki z miasta. Cały kontyngent wojsk okupacyjnych zamknął się w koszarach twierdzy. Odwołano żołnierzy z fortów garnizonowych
rozlokowanych w strategicznych punktach wokół Ehrlitanu. Twierdza nie
była w stanie pomieścić tak wielu ludzi. Jej studnię już
zanieczyszczono, a żołnierze spali pod gwiazdami na kamieniach
dziedzińca. Przy malazańskim molo cumowały dwie stare falarskie triremy,
a całego imperialnego portu strzegła tylko jedna kompania piechoty
morskiej, której stan w dodatku był niepełny. Malazańczycy byli
oblężeni, mimo że nikt jeszcze nie podniósł przeciw nim ręki.
Kalama rozdzierał konflikt lojalności. Z urodzenia należał do
okupowanych, lecz dobrowolnie zaciągnął się pod sztandary imperium.
Walczył za cesarza Kellanveda. I Dassema Ultora, i Sójeczkę, i Dujeka
Jednorękiego. Ale nie za Laseen. Tę więź dawno już przecięła zdrada.
Cesarz wyrwałby temu powstaniu serce przy pierwszym uderzeniu. Krótka,
bezlitosna rzeź, a potem długi pokój. Za to Laseen pozwoliła starym
ranom zropieć i w rezultacie sam Kaptur zapomni języka w gębie na widok
tego, co się tu stanie.
Kalam cofnął się od szczytu wzgórza. Ciągnął się przed nim labirynt
skruszonych wapiennych bloków i cegieł, pustych kloak i skarłowaciałych
krzaków. Nad czarnymi kałużami unosiły się chmury owadów, na które
polowały nietoperze i rhizany.
Nieopodal centrum wznosiły się trzy pierwsze kondygnacje pochyłej wieży,
oplecionej korzeniami skurczonego od suszy drzewa, które rosło na jej
szczycie. U podstawy budowli Kalam ujrzał czarną plamę wlotu.
Przyglądał się jej przez pewien czas, aż wreszcie skierował się ku
wejściu. W odległości dziesięciu kroków od wyrwy w ścianie zauważył w środku słaby błysk. Wyjął sztylet, dwukrotnie uderzył jego gałką o mur i ruszył przed siebie. Powstrzymał go dobiegający z mroku głos.
- Nie podchodź bliżej, Kalamie Mekhar.
Kalam splunął głośno.
- Mebra, wydaje ci się, że nie poznam cię po głosie? Takie nikczemne
rhizany jak ty nigdy nie oddalają się od gniazda. Dlatego tak łatwo było
mi cię znaleźć, a jeszcze łatwiej trafić tu za tobą.
- Muszę załatwić coś ważnego - warknął Mebra. - Po co wróciłeś? Czego
ode mnie chcesz? Zaciągnąłem dług u Podpalaczy Mostów, a oni już nie
istnieją.
- Zaciągnąłeś dług u mnie - sprzeciwił się Kalam.
- A kiedy znajdzie mnie następny malazański pies z godłem płonącego
mostu, on również będzie mógł zażądać spłaty długu? A potem trzeci i czwarty? O nie, Kal...
Skrytobójca wpadł do środka, nim Mebra zdołał się zorientować. Rzucił
się w ciemność, bezbłędnie zaciskając dłoń na gardle szpiega. Mebra
pisnął, gdy Kalam uniósł go w powietrze i przycisnął do ściany,
dotykając czubkiem noża zagłębienia nad mostkiem. Coś, co szpieg
przyciskał do piersi, upadło z łoskotem na ziemię. Kalam nawet na to nie
spojrzał. Wpatrywał się Mebrze prosto w oczy.
- Dług - warknął.
- Mebra to człowiek honoru - wyszeptał szpieg. - Spłaca wszystkie długi!
Ten też spłaci!
Kalam uśmiechnął się.
- Właśnie zacisnąłeś dłoń na rękojeści sztyletu, Mebra. Lepiej jej
stamtąd nie ruszaj. Dokładnie widzę, co planujesz. Czytam to w twoich
oczach. A teraz ty spójrz w moje. Co widzisz?
Mebra oddychał coraz szybciej. Po czole spływał mu pot.
- Litoś...
Kalam uniósł brwi.
- To fatalny błąd.
- Nie, nie! Błagam cię o litość, Kalam! W twoich oczach widzę tylko
śmierć! Śmierć Mebry! Spłacę dług, stary przyjacielu. Wiem dużo,
wszystko, czego powinien się dowiedzieć pięść! Mogę mu oddać cały
Ehrlitan...
- Nie wątpię w to - rzucił Kalam. Puścił gardło Mebry i odsunął się.
Przerażony szpieg przykucnął pod ścianą. - Zostaw jednak pięść jego
losowi.
Mebra podniósł wzrok. W jego oczach pojawił się nagle chytry błysk.
- Wyjęto cię spod prawa. Nie chcesz wracać do malazańskiej owczarni.
Znowu jesteś człowiekiem z Siedmiu Miast! Kalam, niech cię Siedmiu
błogosławi!
- Potrzebne mi znaki, Mebra. Muszę się przedostać przez odhan.
- Znasz je...
- Symbole się rozmnożyły. Znam stare, a jeśli ich użyję, zabije mnie
pierwsze plemię, które spotkam.
- Wystarczy ci jeden symbol, Kalam. Na całym obszarze Siedmiu Miast.
Przysięgam.
Skrytobójca odsunął się jeszcze dalej.
- A jak on wygląda?
- Jesteś dzieckiem Dryjhny, żołnierzem Apokalipsy. Pamiętasz gest
Tornada?
Kalam skinął głową. Podejrzliwość go nie opuszczała.
- Widziałem też wiele innych. Mnóstwo nowych symboli. Co one znaczą?
- W chmurze szarańczy ukrywa się tylko jeden - wyjaśnił Mebra. - Tak
najłatwiej jest zmylić Czerwone Miecze. Proszę cię, Kalam, zostaw mnie
już. Spłaciłem dług...
- Jeśli to zdrada, dowie się o tym Adaephon Ben Delat. Powiedz mi, czy
zdołasz umknąć przed Szybkim Benem, jeśli rozwinie swe groty?
Mebra pokręcił głową. Jego twarz była blada jak tarcza księżyca.
- Tornado.
- Tak, przysięgam na Siedmiu.
- Nie ruszaj się - rozkazał Kalam.
Skrytobójca podszedł bliżej, zaciskając dłoń na rękojeści długiego noża,
który miał za pasem. Schylił się i podniósł przedmiot, który przed
chwilą wypadł z rąk Mebry. Usłyszał, że szpieg wstrzymał oddech, i uśmiechnął się.
- Może wezmę to ze sobą jako gwarancję.
- Proszę cię, Kalam...
- Cisza.
Skrytobójca zorientował się, że trzyma w rękach spowitą w muślin księgę.
Zdarł z niej zabrudzoną tkaninę.
- Na oddech Kaptura! - wyszeptał. - Ze skarbca wielkiej pięści w Arenie... trafiła w ręce ehrlijskiego szpiega. - Podniósł wzrok, by
spojrzeć Mebrze w oczy. - Czy Pormqual wie, że skradziono to, co ma dać
początek Apokalipsie?
Człowieczek uśmiechnął się, odsłaniając szereg srebrnych zębów.
- Ten głupiec niczego by nie zauważył, nawet gdyby podczas snu
ukradziono mu jedwabną poduszkę. Widzisz, Kalam, gdybyś wziął to jako
gwarancję, każdy wojownik Apokalipsy rzuciłby się za tobą w pogoń.
Święta Księga Dryjhny odzyskała wolność i musi wrócić do Raraku, gdzie
jasnowidząca...
- Da początek Tornadu - dokończył Kalam. Starożytny tom ciążył mu w rękach niczym granitowa płyta. Oprawa ze skóry bhederin była poplamiona
i porysowana, a stronice z jagnięcej skóry pachniały lanoliną oraz
inkaustem z krwawych jagód. A na tych kartach... obłąkane słowa, na
Świętej Pustyni czeka zaś sha'ik, jasnowidząca, zapowiedziana przez
proroctwa przywódczyni buntu. - Zdradzisz mi jeszcze jedną tajemnicę,
Mebra. Tę, którą musi znać człowiek niosący tę książkę.
Szpieg wybałuszył oczy ze strachu.
- Ona nie może być twoim zakładnikiem, Kalam! Weź mnie zamiast niej!
Błagam!
- Zaniosę ją na Świętą Pustynię Raraku - zapowiedział Kalam. - Oddam ją
sha'ik do rąk własnych i w ten sposób kupię sobie prawo przejścia,
Mebra. A jeśli spotka mnie zdrada, jeśli ujrzę po drodze choć jednego
żołnierza Apokalipsy, zniszczę księgę. Zrozumiałeś?
Mebra zamrugał, by usunąć pot z oczu, po czym nerwowo skinął głową.
- Musisz jechać na ogierze koloru piasku, najpierw zmieszawszy z nim
krew. Musisz mieć na sobie czerwoną telabę. Co noc musisz zwrócić się
twarzą w stronę śladu, który zostawisz, paść na kolana, wyjąć księgę i wezwać imienia Dryjhny. Nie musisz mówić ani słowa więcej, gdyż bogini
Tornada usłyszy cię i wysłucha. Wszelkie twe ślady znikną. Potem musisz
odczekać godzinę w milczeniu i znowu zapakować księgę. Nie wolno jej
wystawiać na światło słońca, gdyż chwila jej przebudzenia należy do
sha'ik. Powtórzę teraz te wskazówki...
- Nie trzeba - warknął Kalam.
- Naprawdę wyjęto cię spod prawa?
- Czy już ci tego nie dowiodłem?
- Jeśli oddasz sha'ik Księgę Dryjhny, twoje imię po wsze czasy będzie
wychwalane pod niebiosa, Kalam. Ale jeśli zdradzisz sprawę, ludzie,
wypowiadając je, będą spluwali na piasek.
Skrytobójca ponownie owinął książkę w muślin, a potem schował ją w fałdach bluzy.
- Nasza rozmowa skończona.
- Niech cię Siedmiu błogosławi, Kalamie Mekhar.
Kalam odpowiedział mu tylko chrząknięciem. Podszedł do wyjścia i zatrzymał się, by wyjrzeć na zewnątrz. Nie zobaczył nikogo, wymknął się
więc bezszelestnie w światło księżyca.
Wciąż przykucnięty pod ścianą Mebra śledził skrytobójcę czujnym
spojrzeniem. Wytężał słuch, by usłyszeć odgłosy osypujących mu się spod
nóg skał, cegieł i gruzu, lecz do jego uszu nie dotarł żaden inny
dźwięk. Otarł pot z czoła, wsparł głowę o chłodny kamienny mur i zamknął
oczy.
Po kilku minutach usłyszał w wejściu do wieży delikatny zgrzyt zbroi.
- Widzieliście go? - zapytał Mebra, nie otwierając oczu.
- Lostara go śledzi - odparł ktoś basowym głosem. - Ma księgę?
Mebra rozciągnął w uśmiechu wąskie usta.
- Nie takiego gościa się spodziewałem. O, nie. Nigdy bym sobie nie
wyobraził równie fortunnego zdarzenia. To był Kalam Mekhar.
- Podpalacz Mostów? Na pocałunek Kaptura, Mebra, gdybym o tym wiedział,
załatwilibyśmy go, nim oddaliłby się od wieży na krok.
- Gdybyście spróbowali to zrobić swą krwią, karmilibyście teraz we troje
z Araltem i Lostarą spragnione korzenie Jen'rahb - odparł Mebra.
Rosły wojownik parsknął ochrypłym śmiechem i wszedł do środka. Za jego
plecami, zgodnie z domysłami szpiega, majaczyła postać Aralta Arpata,
który strzegł wejścia. Był tak wysoki i szeroki, że niemal całkowicie
przesłaniał światło księżyca.
Tene Baralta wsparł zakute w stalowe rękawice dłonie na gałkach mieczy,
które miał u bioder.
- A co z człowiekiem, do którego zwróciłeś się na początku?
Mebra westchnął.
- Jak już ci mówiłem, trzeba by czekać na niego z tuzin nocy. Zdrowo się
wystraszył i zapewne jest już w połowie drogi do G'danisbanu. Zmienił
zdanie. Każdy rozsądny człowiek na jego miejscu postąpiłby tak samo. -
Szpieg wstał, strzepując piasek z telaby. - Nie mogę uwierzyć w ten
fart, Baralta...
Tene Baralta uderzył z szybkością błyskawicy zakutą w stal dłonią. Ostre
zadziory ogniw kolczugi zostawiły na twarzy szpiega głębokie szramy.
Krew trysnęła na ścianę. Mebra zatoczył się do tyłu, zasłaniając dłońmi
broczące rany.
- Za bardzo się spoufalasz - stwierdził spokojnie Baralta. - Jak
rozumiem, przygotowałeś Kalama? Udzieliłeś mu niezbędnych... instrukcji?
Mebra splunął krwią, po czym skinął głową.
- Wytropicie go bez trudu, komendancie.
- Aż do obozu sha'ik?
- Tak jest. Ale błagam cię, bądź ostrożny. Jeśli Kalam wyczuje waszą
obecność, zniszczy księgę. Trzymajcie się dzień jazdy za nim, nawet
więcej.
Tene Baralta wyjął z mieszka, który miał u pasa, kawałek skóry bhederin.
- Cielę tęskni za matką - stwierdził.
- I zawsze ją odszuka - dokończył Mebra. - Żeby zabić sha'ik, będziecie
potrzebowali całej armii, komendancie.
- To już nasze zmartwienie, Mebra - odparł z uśmiechem Czerwony Miecz.
Szpieg zaczerpnął głęboko tchu.
- Proszę tylko o jedno, komendancie - rzekł po chwili wahania.
- Prosisz?
- Błagam, komendancie.
- A o co?
- Kalam nie może zginąć.
- Twoim ranom brakuje symetrii, Mebra. Daj mi popieścić swoją gębę z drugiej strony.
- Wysłuchaj mnie, komendancie! Podpalacz Mostów wrócił do Siedmiu Miast.
Twierdzi, że jest żołnierzem Apokalipsy. Ale czy ktoś taki jak on
przyłączyłby się do obozu sha'ik? Czy ktoś, kto urodził się wodzem,
zadowoliłby się rolą podkomendnego?
- Do czego zmierzasz?
- Kalam przybył tu z jakiegoś innego powodu, komendancie. Chodziło mu o bezpieczne przejście przez Pan'potsun Odhan i tylko w tym celu zabrał mi
księgę. Skrytobójca zmierza na południe. Po co? Sądzę, że Czerwone
Miecze powinny się tego dowiedzieć. I imperium też. A taką wiedzę można
uzyskać tylko od żywego.
- Coś podejrzewasz?
- Aren.
Tene Baralta prychnął pogardliwie.
- Chce wbić nóż między żebra Pormquala? Wszyscy byśmy go za to
pobłogosławili, Mebra.
- Kalama nic nie obchodzi wielka pięść.
- W takim razie, co chce znaleźć w Arenie?
- Przychodzi mi do głowy tylko jedno, komendancie. Statek płynący do
Malazu.
Mebra garbił się mocno, a twarz pulsowała mu z bólu. Mimo to uważnie
obserwował spod opadających powiek dowódcę Czerwonych Mieczy i widział,
że jego słowa zapuściły korzenie w umyśle Baralty.
- Co planujesz? - zapytał cicho komendant po dłuższej chwili.
Mebra uśmiechnął się, choć drogo go to kosztowało.
***
Klify wznosiły się na wysokość czterystu sążni nad pustynię niczym
potężne, wsparte o siebie bloki wapienia. Po ich rzeźbionej wiatrem
powierzchni przebiegały głębokie szczeliny, a w najgłębszej, na
wysokości stu pięćdziesięciu sążni nad piaskami, wznosiła się wieża. Na
tle cegieł widać było czarny łuk jedynego okna.
Mappo westchnął.
- Nie widzę łatwej drogi, ale gdzieś tu musi być jakieś dojście. -
Zerknął na zmierzającego za nim towarzysza. - Jesteś przekonany, że
wieża jest zamieszkana?
Icarium otarł z czoła zakrzepłą krew, po czym skinął głową. Wyciągnął do
połowy miecz z pochwy, spoglądając z niezadowoleniem na wciąż
przylegające do wyszczerbionego ostrza skrawki ciała.
D'iversowi udało się ich zaskoczyć. Gdy dwaj wędrowcy przygotowywali się
do rozbicia obozu, z parowu, znajdującego się w odległości dziesięciu
kroków na prawo od nich, wypadło dwanaście lampartów koloru piasku.
Jedna z bestii skoczyła Mappowi na plecy i zacisnęła mu zęby na szyi,
wbijając kły w twardą skórę Trella. Zaatakowała go tak jak antylopę,
chcąc obalić na ziemię i przegryźć mu tchawicę. Mappo jednak nie był
antylopą. Choć kły wbiły się głęboko, napotkały tylko mięśnie.
Rozwścieczony Trell sięgnął ręką za głowę i ściągnął zwierzę z pleców.
Trzymając warczącego lamparta za skórę na karku i u bioder, grzmotnął
nim mocno o głaz. Czaszka pękła.
Pozostałe jedenaście bestii zaatakowało Icariuma. Gdy Mappo odrzucił na
bok ciało napastnika i odwrócił się błyskawicznie, zobaczył, że cztery
lamparty leżą już bez ruchu wokół półkrwi Jaghuta. Trell spojrzał na
Icariuma i nagle dopadł go strach.
Jak silny? Jak silny jest gniew Jhaga? Beru, pobłogosław nas, proszę.
Jedno ze zwierząt zacisnęło zęby na lewym udzie Icariuma. Starożytny
miecz wojownika uderzył w dół, dekapitując lamparta. Jak na makabrycznym
obrazku, głowa trzymała się jeszcze przez chwilę, jakby z nogi wojownika
wyrastał krwawiący guz.
Ocalałe koty krążyły wokół przeciwników.
Mappo rzucił się naprzód i pochwycił ogon jednego z lampartów. Z głośnym
rykiem cisnął w górę piszczące stworzenie. Miotający się drapieżnik
przeleciał w powietrzu siedem czy osiem kroków, uderzył o skałę i złamał
sobie kręgosłup.
Dla d'iversa było już za późno. Zrozumiał swój błąd i spróbował uciec,
Icarium był jednak nieubłagany. Nucąc jękliwie, Jhag rzucił się między
pięć ocalałych lampartów. Zwierzęta rozpierzchły się, lecz zbyt wolno.
Trysnęły fontanny krwi. Ochłapy mięsa spadły z łoskotem na piasek. Po
paru chwilach na ziemi leżało pięć kolejnych trupów.
Icarium odwrócił się w mgnieniu oka, szukając kolejnych ofiar. Trell
postąpił pół kroku naprzód. Chwilę później piskliwe zawodzenie umilkło,
a przykucnięty pół-Jaghut wyprostował się powoli. Gdy jego kamienne
spojrzenie padło na Trella, zmarszczył brwi.
Mappo zobaczył na czole Icariuma kropelki krwi. Niesamowity dźwięk
ucichł.
Nie nazbyt silny. Jest bezpiecznie. Bogowie na dole, ta ścieżka...
jestem głupcem, że na nią wstąpiłem. Było blisko, stanowczo za blisko.
Woń krwi d'iversa, której przelali tak wiele, z pewnością zwabi tu
następnych. Dwaj wędrowcy szybko się spakowali i ruszyli pośpiesznie w drogę. Nim się oddalili, Icarium wyciągnął jeszcze z kołczanu strzałę,
którą wbił w piasek w widocznym miejscu.
Ruszyli truchtem przez noc. Nie gnał ich strach przed śmiercią. Obaj
bardziej bali się zabijać. Mappo modlił się o to, by strzała Icariuma
okazała się wystarczającym ostrzeżeniem.
O świcie znaleźli się u podnóża wschodniej skarpy. Za klifami wznosiło
się pasmo zwietrzałych gór, dzielące Raraku od Pan'potsun Odhan.
Coś zignorowało jednak strzałę i podążało za nimi w odległości około
trzech mil. Trell wyczuł obecność intruza przed godziną. Był to
jednopochwycony, który przyjął olbrzymią postać.
- Znajdź ścieżkę na górę - polecił Icarium, napinając łuk. Wyjął
pozostałe strzały i spoglądał teraz za siebie. W odległości stu kroków
migoczące od upału powietrze stawało się kurtyną, która wszystko
przesłaniała. Gdyby zmiennokształtny wypadł zza niej i rozpoczął szarżę,
Jhag miałby czas wypuścić pół tuzina strzał. W ich drzewcach wyrzeźbiono
groty, które mogłyby powalić nawet smoka; mina Icariuma wyraźnie jednak
świadczyła, że robi mu się niedobrze na tę myśl.
Mappo obmacał kłute rany na karku. Rozszarpane ciało było ciepłe od
zakażenia. Roiło się na nim od much. Głęboko w mięśniach czuł pulsujący
ból. Wydobył z plecaka liść kaktusa jegura i wycisnął sok na poranione
miejsca. Ciało Trella ogarnęło odrętwienie, co pozwoliło mu swobodnie
poruszać kończynami, uwolniło się od przeszywającego bólu, który
sprawiał, że już od kilku godzin zlewał go pot. Zadrżał porażony nagłym
chłodem. Sok kaktusa miał tak potężne działanie, że można go było
stosować tylko raz dziennie, bo inaczej odrętwienie rozszerzyłoby się na
serce i płuca. A muchy staną się od niego jeszcze bardziej spragnione.
Podszedł do szczeliny w ścianie urwiska. Trellowie byli mieszkańcami
równin i Mappo nie wspinał się zbyt biegle. Dlatego nie cieszył się na
myśl o oczekującym go zadaniu. Wyrwa była wystarczająco głęboka, by nie
docierały do niej poranne promienie słońca, a u podstawy wąska jak jego
barki. Mappo pochylił się i wśliznął do środka. Chłodne, stęchłe
powietrze wywołało kolejną falę dreszczy. Oczy szybko mu przywykły do
ciemności i sześć kroków przed sobą ujrzał tylną ścianę szczeliny. Nie
było tu żadnych schodów ani uchwytów. Wyżej rozpadlina stawała się
szersza, lecz aż do punktu, który najprawdopodobniej stanowił podstawę
wieży, nie było w niej widać niczego, co ułatwiałoby wspinaczkę. Nawet
zwisającej liny. Trell warknął z rozczarowania i wrócił w promienie
słońca.
Icarium patrzył w stronę, z której przyszli, unosząc gotowy do strzału
łuk. W odległości trzydziestu kroków od niego stał na czterech łapach
potężny brunatny niedźwiedź. Zwierzę kołysało się i unosiło pysk, węsząc
uważnie. Przybył jednopochwycony.
Mappo podszedł do towarzysza.
- Znam go - powiedział cicho.
Icarium opuścił łuk i zwolnił cięciwę.
- Przeobraża się - stwierdził.
Niedźwiedź ruszył ociężale w ich stronę.
Mappo zamrugał. Obraz nagle rozmył się przed jego oczyma. Poczuł smak
pyłu. Nozdrza zadrżały mu pod wpływem ostrego, korzennego zapachu, który
towarzyszył zmianie. Zalała go fala instynktownego strachu. Nagła
suchość w gardle utrudniała przełykanie. Po chwili przeobrażenie
dobiegło końca. Szedł ku nim nagi mężczyzna. Jego jasna skóra lśniła w ostrym blasku słońca.
Mappo pokręcił głową. W zamaskowanej postaci jednopochwycony był nabitą
masą mięśni, natomiast jako człowiek liczył sobie zaledwie pięć stóp
wzrostu, prawie wcale nie miał włosów, był straszliwie wychudzony, twarz
miał wąską, a zęby w kształcie szufelek. Małe oczka koloru granatów
lśniły w pomarszczonych gniazdach dobrego humoru, które towarzyszyły
szerokiemu uśmiechowi.
- Mappo Trell! Nos mi powiedział, że to będziesz ty!
- Dawno się nie widzieliśmy, Messremb.
Jednopochwycony przyjrzał się Jhagowi.
- Tak jest. Ostatnio na północ od Nemil.
- Mam wrażenie, że tamte bezkresne sosnowe lasy bardziej ci odpowiadały
- mówił Mappo, wracając na chwilę pamięcią do owych dni swobody, gdy
Trellowie zbierali się w wielkie karawany i wędrowali w dalekie strony.
Z twarzy mężczyzny zniknął uśmiech.
- To prawda. Z pewnością jesteś Icariumem, panie, twórcą mechanizmów, a teraz również zgubą d'iversów i jednopochwyconych. Dowiedz się, że
bardzo mnie cieszy, iż opuściłeś łuk. Kiedy zobaczyłem, że we mnie
mierzysz, serce zabiło mi jak szalone.
Icarium zmarszczył brwi.
- Gdyby dano mi szansę wyboru, wolałbym nie być niczyją zgubą -
wyjaśnił. - Zaatakowano nas bez ostrzeżenia - dodał. W tych ostatnich
słowach zabrzmiała dziwna niepewność.
- Chcesz powiedzieć, że nie zdążyłeś ostrzec biednego stworzenia. Niech
kawałki jego duszy znajdą zmiłowanie. Ja jednak nie jestem tak porywczy.
Moim przekleństwem jest jedynie czuły nos. Zadałem sobie pytanie: czyj
to zapach miesza się z wonią Trella, tak podobny do jaghuckiego, lecz
zarazem odmienny? Teraz, gdy oczy udzieliły mi odpowiedzi, mogę wrócić
na Ścieżkę.
- Czy wiesz, dokąd cię ona zaprowadzi? - zapytał Mappo.
Messremb zesztywniał.
- Widzieliście bramy?
- Nie. Co się spodziewasz w nich znaleźć?
- Odpowiedzi, stary przyjacielu. Oszczędzę wam zapachu mojej
transformacji, oddalając się na pewną odległość. Czy życzysz mi
powodzenia, Mappo?
- Życzę, Messremb. Udzielę ci też ostrzeżenia. Przed czterema nocami
natknęliśmy się na Ryllandarasa. Bądź ostrożny.
W oczach jednopochwyconego zalśniło wspomnienie o dzikim niedźwiedziu.
- Postaram się go odszukać.
Mappo i Icarium spoglądali w ślad za zmiennokształtnym, który zniknął za
skalną wyniosłością.
- Tli się w nim obłęd - stwierdził Icarium.
Trell wzdrygnął się na te słowa.
- Tak jak w nich wszystkich. - Westchnął. - Muszę poszukać wejścia. W tej jaskini nic nie ma.
Ich uszu dobiegł powolny stukot kopyt. Na biegnącej wzdłuż ściany
urwiska ścieżce pojawił się mężczyzna na czarnym mule. Nieznajomy
siedział ze skrzyżowanymi nogami w wysokim drewnianym siodle. Miał na
sobie brudną, podartą telabę, a spoczywające na zdobnym łęku dłonie były
koloru rdzy. Jego twarz niknęła pod kapturem. Muł wyglądał osobliwie.
Miał czarny pysk, czarne uszy i oczy. Jednolicie hebanowy odcień
urozmaicał jedynie pył oraz plamki czegoś, co mogło być zaschniętą
krwią.
Mężczyzna zachwiał się w siodle na ich widok.
- Nie ma wejścia, ale jest wyjście - wysyczał. - Godzina jeszcze nie
nadeszła. Życie podarowane za życie odebrane, zapamiętajcie te słowa,
zapamiętajcie. Jeden z was jest ranny. Płonie w nim zakażenie. Zajmie
się nim mój sługa. Troskliwy człowiek o dotkniętych przez morze
dłoniach, jednej pomarszczonej, a drugiej różowej. Rozumiecie, co to
znaczy? Jeszcze nie. Jeszcze nie. Tak niewielu... gości. Was jednak
oczekiwałem.
Muł zatrzymał się naprzeciwko szczeliny, spoglądając żałośnie na dwóch
wędrowców. Jego właściciel próbował tymczasem rozprostować nogi.
Wysiłkom tym towarzyszyły jęki bólu. W końcu stracił równowagę i z piskiem trwogi grzmotnął na piasek.
Widząc, że na telabie pojawiła się karmazynowa plama, Mappo podszedł
bliżej.
- Ty również jesteś ranny!
Mężczyzna kręcił się na ziemi niczym przewrócony na grzbiet żółw. Nogi
wciąż miał skrzyżowane. Kaptur zsunął mu się z głowy, odsłaniając
wielki, orli nos, siwe, sztywne kosmyki brody, pokrytą tatuażem łysinę
oraz skórę barwy ciemnego miodu. Nieznajomy rozciągnął usta w grymasie
bólu, odsłaniając szereg nieskazitelnie białych zębów.
Mappo uklęknął obok niego, szukając rany, która spowodowała tak znaczną
utratę krwi. Nozdrza Trella wypełniła ostra woń żelaza. Po chwili
sięgnął pod płaszcz mężczyzny i wydobył stamtąd pęcherz z wyciągniętą
zatyczką. Chrząknął, spoglądając na Icariuma.
- To nie krew. Farba. Czerwona ochra.
- Pomóż mi, ty durniu! - warknął nieznajomy. - Moje nogi!
Zaskoczony Mappo pomógł mu rozsupłać nogi. Każdy jego ruch wywoływał
kolejne jęki. Gdy tylko kończyny zostały uwolnione, mężczyzna usiadł i zaczął okładać pięściami własne uda.
- Sługo! Wina! Wina, niech szlag trafi twój zbutwiały mózg!
- Nie jestem twoim sługą - odparł chłodno Mappo, odsuwając się od
nieznajomego. - Nie zwykłem też zabierać na pustynię wina.
- Nie mówię do ciebie, barbarzyńco! - Mężczyzna rozejrzał się wokół. -
Gdzie on się podział?
- Kto?
- Sługa, oczywiście. Wydaje mu się, że wystarczy, jak będzie mnie
dźwigał... Ach, tam jest!
Trell skierował spojrzenie w stronę, w którą patrzył nieznajomy.
- To jest muł. Wątpię, czy poradzi sobie z bukłakiem na tyle sprawnie,
by napełnić kubek.
Mappo uśmiechnął się do Icariuma, Jhag jednak nie poświęcał rozmowie
najmniejszej uwagi. Zdjął strzałę z cięciwy i siedział na głazie zajęty
czyszczeniem miecza.
Mężczyzna wciąż siedział na ziemi. Zgarnął w rękę garść piasku i cisnął
nim w muła. Zaskoczone zwierzę ryknęło głośno, pomknęło w stronę
szczeliny i zniknęło wewnątrz. Nieznajomy podniósł się z głośnym
stęknięciem i stanął chwiejnie na nogach, skubiąc sobie dłonie w jakimś
nerwowym tiku.
- Wyjątkowo nieuprzejme powitanie - rzekł, próbując się uśmiechnąć. -
Wyjątkowo. Wyjątkowo nieuprzejme, i to celowo. Bardzo ważne są
bezużyteczne przeprosiny i pojednawcze gesty. Strasznie mi przykro z powodu tego chwilowego kryzysu gościnności. Tak, tak, naprawdę. Miałbym
więcej wprawy, gdybym nie był panem tej świątyni. Akolita musi się
kłaniać i podlizywać. A potem jęczeć i narzekać na spółkę z towarzyszami
niedoli. Ach, idzie sługa.
Z jaskini wyszedł mężczyzna o krzywych nogach i szerokich barach,
odziany w czarne szaty. W rękach trzymał tacę z dzbankiem i glinianymi
kubkami. Oblicze zasłaniał mu kwef sługi. Przez wąską szparę spoglądały
ciemnobrązowe oczy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki