Bramy Domu Umarłych. Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych. Tom 2 - Steven Erikson

Kup ebooka

45.00 zł
38.25 zł (36,11 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dra­ma­tis per­so­nae

Na ścieżce dłoni

Ica­rium: wędro­wiec mie­sza­nej krwi jaghuc­kiej

Mappo: jego towa­rzysz Trell

Iska­ral Krost: wielki kapłan Cie­nia

Ryl­lan­da­ras: Biały Sza­kal, d'ivers

Mes­sremb: jed­no­po­chwy­cony

Gryl­len: d'ivers

Mogora: d'ivers

Mala­zań­czycy

Feli­sin: naj­młod­sza córka rodu Para­nów

Hebo­ric Lekki Dotyk: wygnany histo­ryk i były kapłan Fenera

Bau­din: towa­rzysz Feli­sin i Hebo­rica

Skrzy­pek: Dzie­wiąta Dru­żyna, Pod­pa­la­cze Mostów

Cro­kus: gość z Daru­dży­stanu

Apsa­lar: daw­niej Dzie­wiąta Dru­żyna, Pod­pa­la­cze Mostów

Kalam: kapral z Dzie­wią­tej Dru­żyny, Pod­pa­la­cze Mostów

Duiker: histo­ryk impe­rialny

Kulp: kadrowy mag, Siódma Armia

Mal­lick Rel: główny doradca wiel­kiej pię­ści Sied­miu Miast

Sawark: dowódca straży w kopalni ota­ta­ralu w Cze­re­pie

Pella: żoł­nierz sta­cjo­nu­jący w Cze­re­pie

Pormqual: wielka pięść Sied­miu Miast, sta­cjo­nu­jący w Are­nie

Bli­stig: dowódca Gwar­dii Areń­skiej

Top­per: dowódca Szponu

Cichacz: kapi­tan z Siód­mej Armii

Chen­ned: kapi­tan z Siód­mej Armii

Sul­mar: kapi­tan z Siód­mej Armii

Prze­chył: kapral z Siód­mej Armii

Mły­nek: saper

Mątwa: saper

Gesler: kapral ze Straży Przy­brzeż­nej

Chmura: żoł­nierz ze Straży Przy­brzeż­nej

Prawda: rekrut ze Straży Przy­brzeż­nej

Patrza­łek: łucz­nik

Perła: szpon

Kapi­tan Keneb: uchodźca

Selv: żona Keneba

Minala: sio­stra Selv

Kesen: pier­wo­rodny syn Keneba i Selv

Vaneb: drugi syn Keneba i Selv

Kapi­tan: wła­ści­ciel i dowódca statku han­dlo­wego Utkany Szma­tami

Gar­bus: wic­kań­ski pies paster­ski

Pchełka: hen­geń­ski pie­sek poko­jowy

Wic­ka­nie

Col­ta­ine: pięść, Siódma Armia

Temul: młody lan­sjer

Sormo E'nath: czar­no­księż­nik

Nul: czar­no­księż­nik

Nadir: czar­no­księż­niczka

Bult: doświad­czony komen­dant i wuj Col­ta­ine'a

Czer­wone Mie­cze

Baria Setral: (Dosin Pali)

Mesker Setral: jego brat (Dosin Pali)

Tene Baralta (Ehr­li­tan)

Aralt Arpat (Ehr­li­tan)

Lostara Yil (Ehr­li­tan)

Szla­chet­nie uro­dzeni w Sznu­rze Psów (Mala­zań­czycy)

Neth­para

Lene­stro

Pul­lyk Alar

Tum­lit

Zwo­len­nicy apo­ka­lipsy

Sha'ik: przy­wód­czyni buntu

Leoman: kapi­tan z Apo­ka­lipsy Raraku

Tobla­kai: oso­bi­sty straż­nik i wojow­nik Apo­ka­lipsy Raraku

Febryl: mag i wysoki rangą doradca sha'ik

Kor­bolo Dom: była pięść, rene­gat dowo­dzący odhań­ską armią

Kamist Reloe: wielki mag w odhań­skiej armii

L'oric: mag z Apo­ka­lipsy Raraku

Bidi­thal: mag z Apo­ka­lipsy Raraku

Mebra: szpieg dzia­ła­jący w Ehr­li­ta­nie

Inni

Salk Elan: mor­ski podróż­nik

Shan: Ogar Cie­nia

Gear: Ogar Cie­nia

Blind: Ogar Cie­nia

Baran: Ogar Cie­nia

Rood: Ogar Cie­nia

Moby: cho­wa­niec

Hen­tos Ilm: rzu­ca­jąca kości T'lan Imas­sów

Legana Breed: T'lan Imass

Olar Ethil: rzu­ca­jący kości T'lan Imas­sów

Kim­loc: cho­dzący z duchami Tanno

Beneth: król zbrodni

Irp: mały sługa

Rudd: rów­nie mały sługa

Apt: apto­riań­ska demo­nica

Panek: dziecko

Kar­po­lan Deme­sand: kupiec

Bula: karcz­marka

Koty­lion: bóg patron skry­to­bój­ców

Tron Cie­nia: władca Wiel­kiego Domu Cie­nia

Rel­lock: sługa

Pro­log

Cóż to widzisz na sinej pla­mie hory­zontu, czego nie możesz zasło­nić unie­sioną ręką?

Pod­pa­la­cze Mostów Toc Młod­szy

1163 rok snu Pożogi 9 rok pano­wa­nia cesa­rzo­wej Laseen Rok Czystki

Gdy wyszedł chwiej­nym kro­kiem z Alei Dusz na Rondo Sądu, wyglą­dał jak gro­te­skowy kłąb much. Rojące się sku­pi­ska tych owa­dów migro­wały bez­myśl­nie po jego ciele, czarne i lśniące, a nie­kiedy odpa­dały od niego w osza­la­łych brył­kach, które eks­plo­do­wały lotem, gdy tylko ude­rzyły o bruk.

Godzina Pra­gnie­nia miała się ku koń­cowi. Kapłan wlókł się jej śla­dem, ślepy, głu­chy i mil­czący. Sługa Kap­tura, Pana Śmierci, uczcił w ów dzień swego boga w ten spo­sób, że wraz z towa­rzy­szami roze­brał się do naga i wysma­ro­wał krwią stra­co­nych mor­der­ców, którą prze­cho­wy­wano w wiel­kich amfo­rach usta­wio­nych pod ścia­nami w nawie świą­tyni. Potem bra­cia utwo­rzyli pro­ce­sję i wyszli na ulice Unty, by przy­wi­tać duszki boga i pokie­ro­wać śmier­tel­nym tań­cem, który ozna­czał ostatni dzień Pory Zgni­li­zny.

Sto­jący wokół ronda straż­nicy roz­stą­pili się przed kapła­nem, a potem odsu­nęli się od sie­bie jesz­cze bar­dziej, by prze­pu­ścić ruchliwą, brzę­czącą chmurę, która podą­żała za nim. Niebo nad Untą wciąż było raczej szare niż błę­kitne, jako że muchy, które o świ­cie zgro­ma­dziły się w sto­licy Impe­rium Mala­zań­skiego, zerwały się teraz do lotu i pofru­nęły nie­śpiesz­nie nad zatoką ku sło­nym bagnom i zala­nym wodą wysep­kom leżą­cym po dru­giej stro­nie rafy. Pora Zgni­li­zny zawsze spro­wa­dzała ze sobą robac­two, a w ciągu ostat­nich dzie­się­ciu lat nade­szła aż trzy razy, co było czymś nie­spo­ty­ka­nym.

W powie­trzu nad ron­dem na­dal pełno było roz­brzę­cza­nych pla­mek przy­po­mi­na­ją­cych lata­jący żwir. Gdzieś na uli­cach jakiś pies uja­dał roz­pacz­li­wie, jakby był bli­ski śmierci, ale nie mógł zakoń­czyć życia. Nie­opo­dal cen­tral­nej fon­tanny ronda porzu­cony muł, który jakiś czas temu padł na zie­mię, poru­szał jesz­cze słabo unie­sio­nymi w górę nogami. Muchy wła­ziły do środka przez wszyst­kie natu­ralne otwory ciała zwie­rzę­cia, które wzdęły już gazy. Tak jak wszyst­kie muły, było ono jed­nak z natury uparte i zdy­chało od ponad godziny. Gdy obok prze­szedł pozba­wiony wzroku kapłan, muchy pode­rwały się z ciała muła, two­rząc ruchomą zasłonę, i dołą­czyły do całunu owa­dów spo­wi­ja­ją­cego męż­czy­znę.

Feli­sin, która stała razem z innymi, cze­ka­jąc na kapłana Kap­tura, nie miała wąt­pli­wo­ści, że zmie­rza on pro­sto ku niej. Spo­glą­dał w jej stronę dzie­się­cioma tysią­cami oczu i była pewna, że wszyst­kie w nią się wpa­trują. Nawet nara­sta­jąca groza nie była jed­nak w sta­nie zwal­czyć odrę­twie­nia, które spo­wiło jej umysł tłam­szą­cym kocem. Zda­wała sobie sprawę, że wzbiera w niej prze­ra­że­nie, lecz przy­po­mi­nało to raczej pamięć o nim niż żywe uczu­cie.

Nie­wiele pamię­tała z pierw­szej Pory Zgni­li­zny, którą prze­żyła, z dru­giej jed­nak zacho­wała kla­rowne wspo­mnie­nia. Przed nie­spełna trzema laty spę­dziła ten dzień bez­pieczna w rodzin­nej posia­dło­ści, domu o gru­bych ścia­nach, w któ­rym okien­nice zamknięto i uszczel­niono płót­nem, na zewnątrz pod drzwiami usta­wiono pie­cyki kok­sowe, a na wyso­kich, naje­żo­nych odłam­kami szkła murach kłę­bił się gry­zący dym z pło­ną­cych liści ista­arl. Ostatni dzień Pory Zgni­li­zny i jego Godzina Pra­gnie­nia budziły w niej nie­spre­cy­zo­waną odrazę, były iry­tu­jącą nie­do­god­no­ścią, lecz niczym wię­cej. Nie myślała wów­czas zbyt wiele o nie­zli­czo­nych żebra­kach i bez­dom­nych zwie­rzę­tach, a nawet uboż­szych oby­wa­te­lach, któ­rych potem na wiele dni przy­mu­sowo wcie­lano do bry­gad sprzą­ta­czy.

To samo mia­sto, ale inny świat.

Zasta­na­wiała się, czy straż­nicy spró­bują w jakiś spo­sób pokie­ro­wać zbli­ża­ją­cym się do ofiar czystki kapła­nem. Podob­nie jak inni sto­jący w sze­regu ludzie była teraz pod­opieczną cesa­rzo­wej i odpo­wia­dała za nią Laseen, a choć mogło się wyda­wać, że trasą kapłana kie­ruje ślepy traf i koli­zje są efek­tem przy­padku, a nie świa­do­mego zamiaru, Feli­sin w głębi duszy wie­działa, że tak nie jest. Czy noszący hełmy straż­nicy podejdą do kapłana, odcią­gną go na bok i prze­pro­wa­dzą bez­piecz­nie przez rondo?

- Nie sądzę - ode­zwał się czło­wiek, który przy­kuc­nął po jej pra­wej stro­nie. W jego pół­przy­mknię­tych, głę­boko zapad­nię­tych oczach poja­wił się błysk cze­goś, co mogło być roz­ba­wie­niem. - Widzia­łem, jak prze­no­si­łaś spoj­rze­nie ze straż­ni­ków na kapłana, a potem znowu na straż­ni­ków.

Rosły, mil­czący drab po jej lewej stro­nie pod­niósł się powoli, cią­gnąc za sobą łań­cuch. Skrzy­żo­wał ramiona na nagiej, pokry­tej bli­znami piersi, szar­piąc gwał­tow­nie oko­wami, aż Feli­sin skrzy­wiła się z bólu. Męż­czy­zna spo­glą­dał spode łba na nad­cho­dzą­cego kapłana, lecz nie odzy­wał się ani sło­wem.

- Czego on ode mnie chce? - zapy­tała szep­tem dziew­czyna. - Czym sobie zasłu­ży­łam na uwagę kapłana Kap­tura?

Przy­kuc­nięty czło­wiek koły­sał się w przód i w tył, uno­sząc twarz ku póź­no­po­po­łu­dnio­wemu słońcu.

- Kró­lowo Snów, czy to, co sły­szę z tych peł­nych, słod­kich uste­czek, to mło­dzień­czy ego­cen­tryzm, czy tylko zwy­czajna zaro­zu­mia­łość szlachty, która sądzi, że cały wszech­świat obraca się wokół niej? Odpo­wiedz mi, bła­gam, kapry­śna Kró­lowo!

Feli­sin skrzy­wiła się.

- Lepiej było, kiedy myśla­łam, że śpisz. Albo nie żyjesz.

- Mar­twi nie kucają, dziew­czyno. Leżą na ziemi. Kapłan Kap­tura nie idzie po cie­bie, lecz po mnie.

Zwró­ciła się w jego stronę. Łączący ich łań­cuch zagrze­cho­tał. Męż­czy­zna przy­po­mi­nał raczej ropu­chę o zapad­nię­tych oczach niż czło­wieka. Był łysy, a na twa­rzy miał tatuaż zło­żony z maleń­kich, czar­nych, wytra­wio­nych sym­boli, ukry­tych wewnątrz więk­szego wzoru, który pokry­wał skórę niczym pomarsz­czony zwój. Jego nagość zasła­niała jedy­nie wystrzę­piona prze­pa­ska bio­drowa, koloru wybla­kłej czer­wieni. Muchy łaziły po całym jego ciele, nie chcąc odle­cieć, Feli­sin zdała sobie jed­nak sprawę, że nie tań­czą w rytm ponu­rej muzyki Kap­tura. Wyta­tu­owane było całe ciało nie­zna­jo­mego. Na twa­rzy miał pysk dzika, wzdłuż ramion, ud i goleni wił mu się splą­tany labi­rynt kędzie­rza­wego, utka­nego z liter futra, a w skó­rze stóp wytra­wiono przed­sta­wione ze szcze­gó­łami kopyta. Do tej pory Feli­sin była zanadto pochło­nięta sobą, zbyt odrę­twiała z szoku, by zwra­cać uwagę na sku­tych z nią łań­cuchem towa­rzy­szy. Ten męż­czy­zna był kapła­nem Fenera, Dzika Lata, i wyda­wało się, że muchy o tym wie­dzą, rozu­mieją to na tyle, by zmie­nić tok swego osza­la­łego ruchu. Przy­glą­dała się z cho­ro­bliwą fascy­na­cją, jak gro­ma­dzą się na koń­cach kiku­tów ucię­tych w nad­garst­kach rąk. Pokry­wa­jące je stare bli­zny były jedy­nymi miej­scami na jego skó­rze, które nie nale­żały do Fenera. Ścieżki, po któ­rych duszki zmie­rzały do owych kiku­tów, nie doty­kały ani jed­nej linii tatu­ażu. Muchy uni­kały ich w swym tańcu, lecz mimo to wyda­wało się, że bar­dzo chcą tań­czyć.

Kapłan Fenera zamy­kał sze­reg. Skuto go w kostce, pod­czas gdy wszy­scy pozo­stali nosili wąskie żela­zne okowy na nad­garst­kach. Stopy miał wil­gotne od krwi. Muchy krą­żyły nad nimi, lecz bały się wylą­do­wać. Męż­czy­zna otwo­rzył oczy, gdy nagle coś prze­sło­niło słońce.

Przy­był sługa Kap­tura. Łań­cuch zako­ły­sał się, gdy drab sto­jący po lewej stro­nie Feli­sin cof­nął się tak daleko, jak tylko pozwo­liły na to okowy. Ściana za jej ple­cami była roz­grzana, a płytki, na któ­rych nama­lo­wano sceny przed­sta­wia­jące impe­rialne cere­mo­nie, przez cienki mate­riał nie­wol­ni­czej tuniki wyda­wały się śli­skie. Feli­sin wbiła wzrok w spo­wi­tego w muchy stwora, który zatrzy­mał się bez słowa przed przy­kuc­nię­tym kapła­nem Fenera. Ni­gdzie nie widziała ani skrawka odsło­nię­tego ciała. Owady prze­sło­niły go cał­ko­wi­cie. Pod ich powłoką żył w ciem­no­ści i nie docie­rał do niego nawet sło­neczny żar. Ota­cza­jąca go chmura roz­po­starła się sze­rzej. Dziew­czyna odsu­nęła się trwoż­nie, gdy zimne nóżki nie­zli­czo­nych insek­tów dotknęły jej skóry i szybko pobie­gły w górę po udach. Otu­liła się cia­śniej tuniką i zwarła mocno nogi.

- Godzina Pra­gnie­nia już minęła, ako­lito - ode­zwał się kapłan Fenera. Na jego sze­ro­kiej twa­rzy wykwitł pozba­wiony weso­ło­ści uśmiech. - Wra­caj do świą­tyni.

Sługa Kap­tura nie odpo­wie­dział, wyda­wało się jed­nak, że brzę­cze­nie much zmie­niło tona­cję. Muzyka ich skrzy­de­łek wypeł­niła kości Feli­sin wibra­cją.

Kapłan przy­mru­żył głę­boko osa­dzone oczy. Jego głos zmie­nił tona­cję.

- No dobrze. W rze­czy samej byłem ongiś sługą Fenera, lecz nie jestem nim już od lat, choć z mojej skóry nie da się zetrzeć dotyku boga. Wydaje się jed­nak, że choć Dzik Lata mnie nie kocha, cie­bie darzy jesz­cze mniej­szą miło­ścią.

W duszy Feli­sin coś zadrżało, gdy brzę­cze­nie zmie­niło rap­tow­nie nutę, two­rząc zro­zu­miałe dla niej słowa.

- Tajem­nicę... poka­zać... teraz...

- No to mi ją pokaż - wark­nął były sługa Fenera.

Być może w sprawę włą­czył się wtedy sam Dzik Lata i ude­rzyła dłoń roz­wście­czo­nego boga. Feli­sin dobrze zapa­mię­tała ów moment i w przy­szło­ści czę­sto miała o nim myśleć. Moż­liwe też, że tajem­nica była tylko drwiną nie­śmier­tel­nych, żar­tem dalece wykra­cza­ją­cym poza jej poj­mo­wa­nie. Tak czy ina­czej, w tej wła­śnie chwili nara­sta­jąca w dziew­czy­nie fala prze­ra­że­nia wyrwała się na wol­ność, dru­zgo­cąc sku­wa­jące jej duszę okowy odrę­twie­nia. Muchy eks­plo­do­wały we wszyst­kie strony, odsła­nia­jąc... pustkę.

Były kapłan Fenera wzdry­gnął się jak ude­rzony. Wyba­łu­szył sze­roko oczy. Z gar­deł sze­ściu straż­ni­ków sto­ją­cych po dru­giej stro­nie ronda wyrwał się nie­ar­ty­ku­ło­wany krzyk. Łań­cu­chy strze­liły gło­śno, gdy inni sto­jący w sze­regu więź­nio­wie szarp­nęli się nagle, jakby chcieli uciec. Osa­dzone w murze żela­zne kręgi napięły się mocno, wytrzy­mały jed­nak, podob­nie jak same okowy. Straż­nicy pobie­gli w stronę więź­niów, któ­rzy cof­nęli się posłusz­nie.

- No, to już była prze­sada - wymam­ro­tał wyraź­nie wstrzą­śnięty wyta­tu­owany męż­czy­zna.

***

Minęła godzina, pod­czas któ­rej strasz­liwa, szo­ku­jąca tajem­nica, jaką oka­zał się kapłan Kap­tura, zapa­dła głę­boko we wspo­mnie­nia Feli­sin, sta­jąc się kolej­nym, lecz by­naj­mniej nie ostat­nim, epi­zo­dem kosz­maru, który nie miał końca. Ako­lita Kap­tura... któ­rego nie było. Brzę­czące skrzy­dełka for­mu­jące słowa.

Czy to był sam Kap­tur? Czy Pan Śmierci zstą­pił mię­dzy śmier­tel­ni­ków? I dla­czego zatrzy­mał się wła­śnie przed byłym kapła­nem Fenera? Jaki prze­kaz nio­sło w sobie to obja­wie­nie?

Powoli jed­nak wszyst­kie te pyta­nia uci­chły w jej umy­śle. Wró­ciło odrę­twie­nie, a wraz z nim zimna roz­pacz. Cesa­rzowa prze­pro­wa­dziła czystkę szlachty, pozba­wiła małe i wiel­kie rody nagro­ma­dzo­nych bogactw. Potem nastę­po­wało oskar­że­nie o zdradę i wyrok, który pro­wa­dził do zaku­cia w łań­cu­chy. Jeśli cho­dzi o byłego kapłana po jej pra­wej stro­nie oraz olbrzy­miego męż­czy­znę o wyglą­dzie bestii po lewej, który spra­wiał wra­że­nie pospo­li­tego prze­stępcy, nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że żaden nie może się pochwa­lić szla­chet­nym uro­dze­niem.

Roze­śmiała się cicho, zaska­ku­jąc ich obu.

- Czyż­byś prze­nik­nęła sekret Kap­tura, dziew­czyno? - zapy­tał były kapłan.

- Nie.

- To co cię tak śmie­szy?

Potrzą­snęła głową.

Liczy­łam na to, że znajdę się w dobrym towa­rzy­stwie. To ci dopiero zaro­zu­miała myśl. Za tę wła­śnie postawę nie­na­wi­dzą nas pro­stacy. To jest źró­dło oliwy, do któ­rej cesa­rzowa przy­tknęła pło­mień...

- Dziecko! - usły­szała głos jakiejś sta­rej kobiety, wciąż pełen buty, lecz jed­no­cze­śnie prze­sy­cony roz­pacz­li­wym pra­gnie­niem. Zamknęła na chwilę oczy, a potem otwo­rzyła je i spoj­rzała na sto­jącą za zbi­rem wychu­dłą sta­ruszkę. Kobieta miała na sobie nocną koszulę, roz­dartą i popla­mioną. I to szla­checką krwią.

- Pani Gaesen.

Sta­ruszka wycią­gnęła do niej drżącą dłoń.

- Tak! Żona pana Hil­raca! Jestem pani Gaesen...

Zabrzmiało to tak, jakby nie była pewna wła­snej toż­sa­mo­ści. Ścią­gnęła brwi pod pokry­wa­jącą zmarszczki powłoką spę­ka­nego maki­jażu, wbi­ja­jąc w Feli­sin spoj­rze­nie zaczer­wie­nio­nych oczu.

- Znam cię - wysy­czała. - Jesteś z rodu Para­nów. Naj­młod­sza córka, Feli­sin!

Dziew­czynę ogar­nął nagły chłód. Odwró­ciła się i skie­ro­wała wzrok przed sie­bie, na opie­ra­ją­cych się o piki straż­ni­ków, któ­rzy poda­wali sobie nawza­jem butelki ale i oga­niali się od ostat­nich much. Przy­je­chał wóz po muła. Zeszło z niego czte­rech uwa­la­nych popio­łem męż­czyzn ze sznu­rami i oście­niami. Za ota­cza­ją­cymi rondo murami widać było malo­wane wieże i kopuły Unty. Feli­sin z tęsk­notą wspo­mi­nała bie­gnące mię­dzy nimi cie­ni­ste ulice, a także luk­susy, jakie ota­czały ją jesz­cze przed tygo­dniem. Kiedy tre­so­wała swą ulu­bioną klacz, Sebry ochry­płym gło­sem wykrzy­ki­wał pole­ce­nia. Wyko­naw­szy pre­cy­zyjny zakręt, Feli­sin pod­no­siła wzrok, by ujrzeć równy sze­reg oło­wio­drze­wów o zie­lo­nych liściach, które dzie­liły par­kur od rodzin­nych win­nic.

Sto­jący obok zbir chrząk­nął gło­śno.

- Na stopy Kap­tura, ta dziwka ma nie­złe poczu­cie humoru.

Która? - zadała sobie pyta­nie Feli­sin. Jej twarz nic nie zdra­dzała, mimo że wyrwano ją z dają­cych pocie­chę wspo­mnień.

Były kapłan poru­szył się lekko.

- Sprzeczka mię­dzy sio­strami, co? - Prze­rwał na chwilę. - Chyba tro­chę prze­sa­dziła - dodał z prze­ką­sem.

Drab chrząk­nął po raz drugi i pochy­lił się lekko. Jego cień padł na Feli­sin.

- Jesteś byłym kapła­nem, zga­dza się? Cesa­rzowa rzadko wyświad­cza świą­ty­niom podobne przy­sługi.

- To nie było tak. Poboż­ność odstą­piła mnie już dawno. Cesa­rzowa na pewno wola­łaby, żebym pozo­stał w klasz­to­rze.

- Aku­rat ją to obcho­dzi - burk­nął zbir z pogardą w gło­sie, po czym wró­cił do poprzed­niej pozy­cji.

- Musisz z nią poroz­ma­wiać, Feli­sin! - traj­ko­tała tym­cza­sem pani Gaesen. - Zło­żyć ape­la­cję! Mam boga­tych przy­ja­ciół...

Tym razem chrząk­nię­cie draba prze­szło we wście­kłe wark­nię­cie.

- Twoi bogaci przy­ja­ciele stoją z nami w rządku, stara wiedźmo!

Feli­sin tylko pokrę­ciła głową.

Nie roz­ma­wia­łam z nią od mie­sięcy. Nawet gdy umarł ojciec.

Nastała chwila ciszy, która prze­cią­gała się, przy­po­mi­na­jąc panu­jące przed­tem mil­cze­nie. Wresz­cie jed­nak były kapłan odkaszl­nął i splu­nął.

- Nie warto szu­kać ratunku u tych, któ­rzy tylko wyko­nują roz­kazy, pani - mruk­nął. - To nie ma zna­cze­nia, że ona jest sio­strą tej dziew­czyny...

Feli­sin skrzy­wiła się. Prze­szyła byłego kapłana wście­kłym spoj­rze­niem.

- Pozwa­lasz sobie...

- Na nic sobie nie pozwala - wark­nął zbir. - Zapo­mnij o wię­zach krwi, o tym, jak wy patrzy­cie na podobne sprawy. To robota cesa­rzo­wej. Może ci się wydaje, że to oso­bi­sta sprawa, może nawet musisz tak myśleć, bio­rąc pod uwagę, kim jesteś...

- Kim jestem? - Feli­sin par­sk­nęła ochry­płym śmie­chem. - A do jakiego to rodu ty nale­żysz?

Drab wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu.

- Do rodu hańby. No i co z tego? Twój wcale nie wygląda w tej chwili lepiej.

- Tak też myśla­łam - odparła Feli­sin, z tru­dem igno­ru­jąc prawdę zawartą w jego ostat­nich sło­wach. Spoj­rzała spode łba na straż­ni­ków. - Co się dzieje? Dla­czego tu sie­dzimy?

Były kapłan splu­nął po raz drugi.

- Godzina Pra­gnie­nia dobie­gła końca. Trzeba teraz zor­ga­ni­zo­wać tłusz­czę, która czeka na zewnątrz. - Spoj­rzał na Feli­sin spod wydat­nych brwi. - Pod­ju­dzić motłoch. My pój­dziemy na pierw­szy ogień, dziew­czyno. Trzeba dać przy­kład. To, co wyda­rzy się w Uncie, wstrzą­śnie wszyst­kimi szla­chet­nie uro­dzo­nymi w impe­rium.

- Non­sens! - wark­nęła pani Gaesen. - Potrak­tują nas dobrze. Cesa­rzowa musi nam oka­zać należny...

Zbir chrząk­nął po raz trzeci. Feli­sin zdała sobie sprawę, że to ma być śmiech.

- Gdyby głu­pota była zbrod­nią, pani, aresz­to­wano by cię już dawno - stwier­dził. - Ten potwór ma rację. Tylko nie­liczni z nas dotrą żywi do nie­wol­ni­czych stat­ków. Parada Aleją Kolumn będzie jedną wielką jatką. Ale... - Popa­trzył przy­mru­żo­nymi oczyma na straż­ni­ków. - Sta­ru­szek Bau­din nie pozwoli, żeby roz­szar­pała go zgraja pro­sta­ków...

Feli­sin poczuła w brzu­chu dotknię­cie praw­dzi­wego stra­chu. Stłu­miła drże­nie.

- Pozwo­lisz mi się ukryć w swym cie­niu, Bau­din?

Męż­czy­zna spoj­rzał na nią z góry.

- Jesteś tro­chę za pulchna jak na mój gust. - Odwró­cił się. - Ale możesz zro­bić, co zechcesz - dodał.

Były kapłan przy­su­nął się do Feli­sin.

- Posłu­chaj, ten wasz spór to coś wię­cej niż zwy­kłe dziew­czyń­skie plotki i dra­pa­nie się pazu­rami. Twoja sio­stra na pewno zechce się upew­nić, że...

- To przy­boczna Tavore - prze­rwała mu Feli­sin. - Nie jest już moją sio­strą. Wyrze­kła się naszego rodu na żąda­nie cesa­rzo­wej.

- Mam jed­nak wra­że­nie, że to na­dal oso­bi­sta sprawa.

Feli­sin skrzy­wiła się wście­kle.

- A co ty możesz o tym wie­dzieć?

Męż­czy­zna odpo­wie­dział jej lek­kim, iro­nicz­nym pokło­nem.

- Kie­dyś byłem zło­dzie­jem, potem kapła­nem, a teraz jestem histo­ry­kiem. Znam trudną sytu­ację, w jakiej zna­la­zła się obec­nie szlachta.

Feli­sin roz­chy­liła wolno powieki, prze­kli­na­jąc wła­sną głu­potę. Nawet Bau­din, który nie mógł nie usły­szeć tych słów, zwró­cił się w stronę byłego kapłana i obrzu­cił go badaw­czym spoj­rze­niem.

- Hebo­ric - stwier­dził. - Hebo­ric Lekki Dotyk.

Męż­czy­zna uniósł ramiona.

- Lekki jak zawsze.

- To ty napi­sa­łeś tę zre­wi­do­waną histo­rię - cią­gnęła Feli­sin. - Dopu­ści­łeś się zdrady...

Hebo­ric uniósł gęste brwi, uda­jąc zanie­po­ko­je­nie.

- Bogo­wie, broń­cie! To był tylko filo­zo­ficzny spór, nic wię­cej! Sam Duiker tak powie­dział na moim pro­ce­sie. Bro­nił mnie, niech go Fener bło­go­sławi.

- Ale cesa­rzowa nie chciała go słu­chać - wtrą­cił z uśmie­chem Bau­din. - Osta­tecz­nie nazwa­łeś ją mor­der­czy­nią, a potem jesz­cze mia­łeś tupet dodać, że schrza­niła robotę!

- Zna­la­złeś gdzieś nie­le­galny egzem­plarz, co?

Bau­din zamru­gał.

- Tak czy ina­czej... - cią­gnął Hebo­ric, zwra­ca­jąc się do Feli­sin. - Domy­ślam się, że twoja sio­stra, przy­boczna, chce, byś dotarła na nie­wol­ni­czy sta­tek cała i zdrowa. Twój brat znik­nął na Gena­bac­kis i wasz ojciec tego nie prze­żył... tak przy­naj­mniej sły­sza­łem - dodał z uśmie­chem. - Ale to pogło­ski o zdra­dzie pona­gliły do dzia­ła­nia twoją sio­strę, prawda? Chciała oczy­ścić wasze nazwi­sko i tak dalej...

- W two­ich ustach brzmi to roz­sąd­nie, Hebo­ric - prze­rwała mu Feli­sin. Sły­szała gorycz w swym gło­sie, lecz prze­stało ją to obcho­dzić. - Mię­dzy mną a Tavore doszło do róż­nicy zdań i teraz widzisz tego skutki.

- Róż­nicy zdań na jaki temat?

Nie odpo­wie­działa.

Przez sze­reg prze­bie­gło nagłe poru­sze­nie. Straż­nicy wypro­sto­wali się i zwró­cili ku Zachod­niej Bra­mie Ronda. Feli­sin pobla­dła na widok swej sio­stry - teraz przy­bocz­nej Tavore, następ­czyni pole­głej w Daru­dży­sta­nie Lorn - która wje­chała na rondo na swym ogie­rze, pocho­dzą­cym, ni mniej, ni wię­cej, tylko ze stad­niny Para­nów. U jej boku jechała zawsze jej towa­rzy­sząca T'jan­tar, piękna, młoda kobieta, któ­rej długa, płowa grzywa har­mo­ni­zo­wała z imie­niem. Choć nikt nie wie­dział, skąd pocho­dzi, została teraz oso­bi­stą adiu­tantką Tavore. Za dwiema kobie­tami zmie­rzało dwu­dzie­stu ofi­ce­rów z kom­pa­nią cięż­kiej kawa­le­rii. Żoł­nie­rze spra­wiali nie­zwy­kłe, egzo­tyczne wra­że­nie.

- Cóż za iro­nia - mruk­nął Hebo­ric, spo­glą­da­jąc na jeźdź­ców.

Bau­din wysu­nął głowę przed sze­reg i splu­nął.

- Czer­wone Mie­cze. Bez­kr­wi­ste sukin­syny.

Były kapłan obrzu­cił go roz­ba­wio­nym spoj­rze­niem.

- Czy to twój zawód pozwo­lił ci zwie­dzić świat, Bau­din? Widzia­łeś nad­mor­skie wały Arenu?

Zbir zako­ły­sał się nie­spo­koj­nie, po czym wzru­szył ramio­nami.

- Zda­rzało mi się w życiu stać na pokła­dzie, potwo­rze. Poza tym pogło­ski o nich krążą w mie­ście od co naj­mniej tygo­dnia.

Kolumna Czer­wo­nych Mie­czy poru­szyła się nagle jak jeden mąż. Zakute w sta­lowe ręka­wice dło­nie zaci­snęły się na ręko­je­ściach, a hełmy ze szpi­cami zwró­ciły w stronę przy­bocz­nej.

Moja sio­stro Tavore, czy znik­nię­cie naszego brata zra­niło cię aż tak bar­dzo? - pomy­ślała Feli­sin. Jak wiel­kie musiały być twoim zda­niem jego prze­winy, jeśli wyma­gały aż takiej rekom­pen­saty? A potem, by twa wier­ność stała się nie­za­chwiana, wybra­łaś, którą z nas zło­żyć w sym­bo­licz­nej ofie­rze, mnie czy matkę. Czy nie wie­dzia­łaś, że po obu stro­nach tego wyboru czeka Kap­tur? Przy­naj­mniej matka jest teraz z uko­cha­nym mężem...

Tavore obrzu­ciła pośpiesz­nym spoj­rze­niem swój oddział, a potem powie­działa coś do T'jan­tar, która skie­ro­wała wierz­chowca ku Wschod­niej Bra­mie.

Bau­din chrząk­nął po raz kolejny.

- Rób­cie wesołe miny! Zaraz się zacznie Bez­kre­sna Godzina.

***

Co innego oskar­żyć cesa­rzową o mor­der­stwo, a cał­kiem co innego prze­wi­dzieć jej następne posu­nię­cie. Gdyby tylko posłu­chali mojego ostrze­że­nia.

Gdy ruszyli, okowy wpiły się w kostki Hebo­rica, który skrzy­wił się z bólu.

Ludzie cywi­li­zo­wani uwiel­biają odsła­niać mięk­kie pod­brzu­sze swej psy­che. Deka­den­cja i wraż­li­wość to sym­bole wyso­kiego uro­dze­nia. Mogli popi­sy­wać się nimi z łatwo­ścią, gdyż niczym im to nie gro­ziło. O to wła­śnie szło. Dawali w ten spo­sób do zro­zu­mie­nia, że żyją w bez­piecz­nym dobro­by­cie. Paliło to gar­dła bie­da­ków bar­dziej niż wszel­kie osten­ta­cyjne pokazy bogac­twa.

Hebo­ric pisał o tym w swym trak­ta­cie i mógł teraz przy­znać, że darzy gorz­kim podzi­wem cesa­rzową i przy­boczną Tavore, która pod­czas czystki była narzę­dziem Laseen. Pierw­szy szok wywo­łała prze­sadna bru­tal­ność noc­nych aresz­to­wań. Wyła­my­wano drzwi i wywle­kano z łóżek całe rodziny przy akom­pa­nia­men­cie lamen­tów służby. Oszo­ło­mio­nych bra­kiem snu szla­chet­nie uro­dzo­nych krę­po­wano i zaku­wano w kaj­dany, a następ­nie kazano im sta­wać przed pija­nym sędzią i ławą przy­się­głych skła­da­jącą się ze zgar­nię­tych z ulicy żebra­ków. Ta gorzka, jawna paro­dia spra­wie­dli­wo­ści odzie­rała ich z ostat­nich nadziei na cywi­li­zo­wane trak­to­wa­nie, a nawet samej cywi­li­za­cji, pozo­sta­wia­jąc jedy­nie chaos i bestial­stwo.

Szok nastę­po­wał za szo­kiem, roz­dzie­ra­jąc te ich deli­katne pod­brzu­sza. Tavore znała ludzi ze swej war­stwy, znała ich słabe strony i bez­li­to­śnie zro­biła uży­tek z tej wie­dzy. Co mogło ją skło­nić do podob­nego okru­cień­stwa?

Gdy tylko bie­dacy o wszyst­kim się dowie­dzieli, wyle­gli na ulice, wzno­sząc gło­śne okrzyki na cześć swej cesa­rzo­wej. Dziel­nicę Szla­checką ogar­nęły sta­ran­nie spro­wo­ko­wane zamieszki, któ­rym towa­rzy­szyły gra­bieże i rzeź. Tłusz­cza wyła­wiała nie­licz­nych, wybra­nych szla­chet­nie uro­dzo­nych, któ­rych nie aresz­to­wano. Było ich wystar­cza­jąco wielu, żeby pod­sy­cić żądzę krwi motło­chu, dać cel jego gnie­wowi i nie­na­wi­ści. Potem przy­wró­cono porzą­dek, by mia­sta nie stra­wił pożar.

Cesa­rzowa popeł­niała nie­wiele błę­dów. Wyko­rzy­stała tę oka­zję, by zgar­nąć nie­za­do­wo­lo­nych, a wraz z nimi nie­za­leż­nych uczo­nych, zaci­snąć na sto­licy pięść woj­sko­wej oku­pa­cji, pod­kre­ślić potrzebę poboru nowych żoł­nie­rzy, nowych rekru­tów, któ­rzy będą chro­nili impe­rium przed zdra­dziec­kimi spi­skami szlachty. Skon­fi­sko­wane majątki pokryły wszel­kie wydatki. To było mistrzow­skie posu­nię­cie, nawet jeśli można się go było spo­dzie­wać. Moc Cesar­skiego Dekretu roz­cho­dziła się teraz falami po całym impe­rium. Wszyst­kie jego mia­sta ogar­nął okrutny gniew.

Gorzki podziw. Hebo­ric cią­gle miał ochotę splu­wać, czego nie zwykł czy­nić od cza­sów, gdy był rze­zi­miesz­kiem w Mysiej Dziel­nicy Malazu. Widział szok na twa­rzach pra­wie wszyst­kich sku­tych łań­cu­chami współ­więź­niów. Więk­szość aresz­to­wa­nych miała na sobie tylko bie­li­znę nocną, a ich obli­cza pokry­wał brud z dołów, w któ­rych ich prze­trzy­my­wano. Pozba­wiono ich nawet osłony, jaką zapew­nia zwy­kłe ubra­nie. Roz­czo­chrane włosy, zdu­mione miny, zdru­zgo­tane pozy - wszystko to cze­ka­jąca pod Ron­dem tłusz­cza gorąco pra­gnęła ujrzeć i roz­szar­pać na strzępy...

Witaj­cie na uli­cach, pomy­ślał Hebo­ric, gdy straż­nicy popę­dzili ich naprzód. Przy­boczna wciąż przy­glą­dała się więź­niom, sie­dząc sztywno w wyso­kim sio­dle. Jej chuda twarz była tak zapad­nięta, że zostały z niej same linie: szcze­liny oczu, zmarszczki wokół pro­stych, nie­mal pozba­wio­nych warg ust.

A niech to, natura nie obda­rzyła jej zbyt szczo­drze.

Przy­boczna skie­ro­wała wzrok na swą młod­szą sio­strę, dziew­czynę, która wlo­kła się o krok przed Hebo­ri­kiem.

Były kapłan przy­glą­dał się z cie­ka­wo­ścią Tavore, wypa­tru­jąc cze­goś, być może mgnie­nia zło­śli­wej rado­ści, ta jed­nak omio­tła kolumnę lodo­wa­tym spoj­rze­niem, tylko na krótką chwilkę zatrzy­mu­jąc je na młod­szej sio­strze. Jej reak­cja spro­wa­dzała się do tej pauzy. Poznała Feli­sin, to wszystko. Spoj­rze­nie powę­dro­wało dalej.

Straż­nicy otwo­rzyli Wschod­nią Bramę. Począ­tek kolumny sku­tych łań­cu­chami więź­niów dzie­liło od niej jesz­cze dwie­ście kro­ków. Przez sta­ro­żytną, łuko­watą bramę do środka wpadł ryk, fala dźwięku, która z równą gwał­tow­no­ścią ude­rzyła w więź­niów i w żoł­nie­rzy, odbi­ja­jąc się od wyso­kich murów i wzno­sząc razem z chmurą prze­ra­żo­nych gołębi, które pode­rwały się z gór­nych oka­pów. Odgłos trze­po­czą­cych skrzy­deł opadł niczym uprzejmy aplauz, acz­kol­wiek Hebo­ric odno­sił wra­że­nie, że tylko on jeden doce­nił tę iro­nię bogów. Nie potra­fił jed­nak odmó­wić sobie gestu i pokło­nił się płytko.

Niech Kap­tur zachowa dla sie­bie swe cho­lerne sekrety. Fene­rze, ty stara macioro, tego swę­dzą­cego miej­sca ni­gdy nie mogłem podra­pać. Przy­glą­daj się teraz uważ­nie. Patrz, co się sta­nie z twoim zbłą­ka­nym synem.

***

Jakaś cząstka umy­słu Feli­sin opie­rała się obłę­dowi, sta­wiała wście­kły opór sza­le­ją­cej wokół burzy. Żoł­nie­rze oto­czyli Aleję Kolumn kor­do­nem zło­żo­nym z trzech sze­re­gów, lecz tłusz­czy raz po raz uda­wało się zna­leźć słabe punkty w linii zbroj­nych. Dziew­czyna przy­ła­pała się na tym, że obser­wuje motłoch z kli­niczną cie­ka­wo­ścią, mimo że szar­pały ją dło­nie i okła­dały pię­ści, a z nie­wy­raź­nie widzia­nych twa­rzy try­skały ku niej kro­ple plwo­ciny. Zdrowy roz­są­dek trzy­mał się jed­nak mocno, tak samo jak ją pod­trzy­my­wała para sil­nych rąk. Pozba­wio­nych dłoni rąk o ropie­ją­cych kiku­tach, które popy­chały ją cią­gle naprzód. Nikt nie dotknął kapłana. Nikt się nie odwa­żył. A przo­dem szedł Bau­din - bar­dziej prze­ra­ża­jący niż sama tłusz­cza.

Zabi­jał bez wysiłku. Odrzu­cał ciała z rykiem wzgardy, wzy­wa­jąc gestami następ­nych. Nawet żoł­nie­rze gapili się na niego spod ozdo­bio­nych grze­bie­niami heł­mów. Odwra­cali głowy na jego szy­der­stwa, zaci­ska­jąc dło­nie na pikach albo ręko­je­ściach mie­czy.

Bau­din, śmie­jący się Bau­din. Nos roz­kwa­siła mu cel­nie rzu­cona cegła, kamie­nie odbi­jały się od niego, a podarta w strzępy nie­wol­ni­cza tunika prze­siąk­nęła krwią i plwo­ciną. Każ­dego, kto zna­lazł się w jego zasięgu, chwy­tał, ści­skał, skrę­cał i pozba­wiał życia. Zatrzy­my­wał się tylko wtedy, gdy coś działo się przed nim - w szpa­le­rze żoł­nie­rzy poja­wiała się jakaś luka - albo gdy sła­bła pani Gaesen. Łapał ją wtedy pod pachy, bez zbyt­niej deli­kat­no­ści, a potem popy­chał naprzód, ani na moment nie prze­sta­jąc prze­kli­nać.

Przed nim pły­nęła fala stra­chu. Tłum zawra­cał, pora­żony grozą. Ata­ku­ją­cych było coraz mniej, choć cegły nie prze­sta­wały się sypać. Nie­które z nich tra­fiały w cel, lecz więk­szość chy­biała.

Marsz przez mia­sto trwał. Feli­sin bole­śnie dzwo­niło w uszach. Zasłona hałasu tłu­miła wszyst­kie dźwięki, lecz jej oczy widziały wyraź­nie, aż za czę­sto natra­fia­jąc na obrazy, któ­rych ni­gdy nie zdoła zapo­mnieć.

Kiedy doszło do naj­groź­niej­szego wyłomu, było już widać bramy. Żoł­nie­rze nagle gdzieś znik­nęli, a na ulicę wylała się fala gwał­tow­nego głodu, która ogar­nęła więź­niów.

Idący za dziew­czyną Hebo­ric popchnął ją z całej siły.

- A więc to teraz - mruk­nął.

Bau­din ryk­nął wście­kle. Został oto­czony przez tłum. Szar­pały go dło­nie, dra­pały paznok­cie. Z Feli­sin zerwano ostat­nie strzępy ubra­nia. Czy­jaś dłoń zła­pała ją za włosy i szarp­nęła bru­tal­nie, odwra­ca­jąc jej głowę w pró­bie zła­ma­nia karku. Usły­szała krzyk i zdała sobie sprawę, że wyrwał się on z jej wła­snego gar­dła. Ktoś za nią wark­nął niczym zwie­rzę. Poczuła, że dłoń zaci­snęła się spa­zma­tycz­nie, a potem zwol­niła uchwyt. Uszy dziew­czyny wypeł­niły kolejne krzyki.

Wtem ponio­sła ich silna fala - Feli­sin nie wie­działa, czy w przód, czy w tył - i ujrzała przed sobą Hebo­rica, który wyplu­wał kawałki zakrwa­wio­nej skóry. Wokół Bau­dina poja­wiła się nagle pusta prze­strzeń. Zbir przy­kuc­nął. Z jego okrwa­wio­nych warg sypał się potok por­to­wych prze­kleństw. Prawe ucho wyrwano mu wraz ze skórą, wło­sami i kawał­kiem mięsa. Na jego skroni wil­gotno poły­ski­wała naga kość. Wokół niego zie­mię zaście­lały ciała. Tylko nie­liczne z nich jesz­cze się poru­szały. U jego stóp leżała pani Gaesen. Bau­din trzy­mał ją za włosy, tak by tłum widział jej twarz. Wyda­wało się, że czas się zatrzy­mał, a cały świat sku­pił w jed­nym miej­scu.

Zbir odsło­nił zęby. Ryk­nął gło­śnym śmie­chem.

- Nie jestem płacz­li­wym szla­chetką - wark­nął, spo­glą­da­jąc na tłusz­czę. - Czego chce­cie? Krwi szla­chet­nie uro­dzo­nej kobiety?

Tłum odpo­wie­dział wyciem. Wycią­gnęły się ku niemu chciwe ręce. Bau­din roze­śmiał się po raz drugi.

- Doj­dziemy do tej bramy, sły­szy­cie mnie?

Wypro­sto­wał się, uno­sząc głowę pani Gaesen.

Feli­sin nie wie­działa, czy sta­ruszka jest przy­tomna. Jej oczy były zamknięte, a pokryta bru­dem i sinia­kami twarz miała spo­kojny - nie­mal mło­dzień­czy - wyraz. Być może już nie żyła. Dziew­czyna modliła się o to, by tak wła­śnie było. Coś miało się zaraz wyda­rzyć, coś, co stre­ści cały ten kosz­mar w jed­nym obra­zie. Powie­trze było pełne napię­cia.

- Weź­cie ją sobie! - wrza­snął Bau­din.

Zła­pał drugą ręką pod­bró­dek pani Gaesen i obró­cił gwał­tow­nie jej głowę. Kark zła­mał się z trza­skiem, a ciało zwiot­czało tar­gane drgaw­kami. Zbir okrę­cił kawa­łek łań­cu­cha wokół jej szyi, zaci­snął go mocno, a potem zaczął piło­wać. Popły­nęła krew, która nadała łań­cu­chowi wygląd zmię­to­szo­nej apaszki.

Feli­sin gapiła się na to prze­ra­żona.

- Fene­rze, zmi­łuj się - wydy­szał Hebo­ric.

Oszo­ło­miona tłusz­cza umil­kła. Choć pło­nęła w niej żądza krwi, cof­nęła się przed tym wido­kiem. Skądś poja­wił się pozba­wiony hełmu żoł­nierz. Jego młoda twarz zbie­lała. Wbił wzrok w Bau­dina, nie mogąc posta­wić ani kroku naprzód. Za nim widać było lśniące, spi­cza­ste hełmy i wiel­kie pała­sze Czer­wo­nych Mie­czy. Oręż bły­skał nad gło­wami tłumu, a jeźdźcy powoli prze­py­chali się ku maka­brycz­nej sce­nie.

Nie poru­szało się nic poza piłu­ją­cym łań­cu­chem. Sły­chać było wyłącz­nie stę­ka­nie Bau­dina. Choć gdzie indziej wciąż sza­lały zamieszki, wyda­wały się one odle­głe o tysiące mil.

Feli­sin przy­glą­dała się, jak głowa szlach­cianki pod­ska­kuje w przód i w tył w paro­dii życia. Dobrze pamię­tała panią Gaesen, wynio­słą, wład­czą kobietę. Dawno już opu­ściła ją uroda, którą pró­bo­wała zastą­pić teraz pozy­cją. Cóż mogła uczy­nić innego? Wiele rze­czy, ale to nie miało obec­nie zna­cze­nia. Nawet gdyby była kocha­jącą, wyro­zu­miałą bab­cią, nic by to nie zmie­niło, nie zapo­bie­gło nadej­ściu tej pora­ża­ją­cej grozą chwili.

Głowa ode­rwała się od tuło­wia z odgło­sem przy­po­mi­na­ją­cym łka­nie. Bau­din popa­trzył na tłum, odsła­nia­jąc lśniące zęby.

- Zawar­li­śmy umowę - wychry­piał. - Macie tu to, czego chcie­li­ście. Będzie­cie mieli pamiątkę po tym dniu.

Cisnął w ciżbę głowę pani Gaesen. Włosy zawi­ro­wały, a we wszyst­kie strony try­snęły strużki krwi. Gdy maka­bryczny poda­ru­nek wylą­do­wał w jakimś nie­wi­docz­nym miej­scu, przy­wi­tały go krzyki.

Poja­wili się kolejni żoł­nie­rze, wspie­rani przez Czer­wone Mie­cze. Posu­wali się naprzód powoli, odpy­cha­jąc gapiów. Wzdłuż całego sze­regu przy­wra­cano porzą­dek. Wszę­dzie poza tym jed­nym miej­scem czy­niono to bru­tal­nie, nie dając par­donu. Gdy ludzie zaczęli ginąć pod cio­sami mie­czy, reszta ucie­kła.

Arenę opu­ściło około trzy­stu więź­niów. Gdy Feli­sin przyj­rzała się teraz sze­re­gowi, po raz pierw­szy zoba­czyła, co z nich zostało. U nie­któ­rych łań­cu­chów wisiały tylko przed­ra­miona, inne zaś były zupeł­nie puste. Na nogach trzy­mało się nie­spełna stu ska­zań­ców. Wielu wiło się na bruku, krzy­cząc z bólu. Reszta leżała nie­ru­chomo.

Bau­din łyp­nął spode łba na naj­bliż­sze sku­pi­sko żoł­nie­rzy.

- Aku­rat na czas, bla­szane łby.

Hebo­ric splu­nął gęstą plwo­ciną i skrzy­wił się, prze­szy­wa­jąc zbira wście­kłym spoj­rze­niem.

- Wyda­wało ci się, że w ten spo­sób kupisz nam prawo przej­ścia, Bau­din? Dasz im to, czego chcieli? Ale oka­zało się, że to nie było potrzebne. Żoł­nie­rze byli już bli­sko. Mogła oca­lić życie...

Bau­din zwró­cił się powoli w jego stronę. Twarz pokry­wała mu war­stewka krwi.

- Ale po co, kapła­nie?

- Czy tak wła­śnie rozu­mo­wa­łeś? Że i tak zgi­nę­łaby w ładowni?

Bau­din obna­żył zęby.

- Nie zno­szę zawie­rać umów z sukin­sy­nami - wyce­dził powoli.

Feli­sin wpa­trzyła się w trzy­sto­powy odci­nek łań­cu­cha, który dzie­lił ją od zbira. Wzdłuż jego ogniw mogłoby prze­biec tysiąc myśli - kim była, kim stała się teraz; wię­zie­nie, które odkryła we wła­snej duszy i w świe­cie zewnętrz­nym, wszystko to połą­czone w jaskra­wym wspo­mnie­niu, pomy­ślała jed­nak i powie­działa tylko:

- Nie zawie­raj już żad­nych umów, Bau­din.

Przy­mru­żył oczy, spo­glą­da­jąc na nią. Jej słowa i ton dotarły do niego w jakiś spo­sób.

Hebo­ric wypro­sto­wał się nagle i spoj­rzał na Feli­sin z twar­dym bły­skiem w oczach. Odwró­ciła się, na wpół ze wstydu, a na wpół w geście wyzwa­nia.

Po chwili żoł­nie­rze, któ­rzy oczy­ścili już sze­reg z tru­pów, popchnęli więź­niów ku bra­mie wycho­dzą­cej na Wschodni Trakt, wio­dący do por­to­wego mia­steczka Nie­fart. Tam cze­kała na nich przy­boczna Tavore ze swym orsza­kiem, jak rów­nież areń­skie statki nie­wol­ni­cze.

U sto­ją­cych wzdłuż drogi wie­śnia­ków nie dostrze­gało się oznak szału, który ogar­nął ich kuzy­nów z mia­sta. Feli­sin widziała w ich twa­rzach tępy smu­tek, pasję zro­dzoną z innego rodzaju blizn. Nie rozu­miała, skąd się on bie­rze, i zda­wała sobie sprawę, że to wła­śnie ta nie­świa­do­mość różni ją od nich. Wie­działa też, dzięki swym sinia­kom, zadra­pa­niom i bez­bron­nej nago­ści, że jej nauka dopiero się zaczyna.

Roz­dział pierw­szy

Wszy­scy przy­szli po to, by zosta­wić swój ślad na ścieżce, poczuć woń suchych wia­trów swych mdłych pre­ten­sji do ascen­den­cji.

Ścieżka dłoni Mes­sremb

1164 rok snu Pożogi 10 rok pano­wa­nia cesa­rzo­wej Laseen 6 z Sied­miu Lat Dryjhny Apo­ka­lip­tycz­nej

Przez nieckę mknął spi­ralny kłąb pyłu, który zapusz­czał się coraz głę­biej na bez­droża pustyni Pan'potsun Odhan. Choć obłok dzie­liło od nich nie­spełna dwa tysiące kro­ków, wyda­wało się, że bie­rze się on zni­kąd.

Mappo Konus, który przy­kuc­nął na brzegu wyrzeź­bio­nego wia­trem pła­sko­wzgó­rza, śle­dził go nie­spo­koj­nymi oczyma koloru pia­sku, głę­boko osa­dzo­nymi w bla­dej, gru­bo­ko­ści­stej twa­rzy. W poro­śnię­tej naje­żoną szcze­ciną dłoni ści­skał kak­tus emrag. Wgryzł się w roślinę, nie zwa­ża­jąc na tru­jące kolce. Soki spły­nęły mu po pod­bródku, bar­wiąc skórę na nie­bie­sko. Żuł powoli i z namy­słem.

Sie­dzący obok niego Ica­rium rzu­cił w dół kamyk, który odbi­jał się ze stu­ko­tem od urwi­ska, aż wresz­cie spadł na leżące u jego pod­stawy usy­pi­sko gła­zów. Postrzę­pione szaty cho­dzą­cego z duchami wybla­kły w pra­żą­cym nie­ustan­nie słońcu, zmie­nia­jąc barwę z poma­rań­czo­wej na brud­nor­dzawą, a szara skóra pociem­niała, nabie­ra­jąc oliw­ko­wego koloru, zupeł­nie jakby krew jego ojca odpo­wia­dała na sta­ro­żytny zew tych pust­kowi. Z dłu­gich, czar­nych, sple­cio­nych w war­kocz wło­sów na zbie­lałą od słońca skałę ska­py­wał czarny pot.

Mappo wydo­był spo­mię­dzy zębów prze­żuty kolec.

- Pusz­cza ci barw­nik - zauwa­żył, spo­glą­da­jąc na łodygę kak­tusa, nim ugryzł ją po raz kolejny.

Ica­rium wzru­szył ramio­nami.

- To już nie ma zna­cze­nia. Nie tutaj.

- Na to twoje prze­bra­nie nie nabra­łaby się nawet moja ślepa bab­cia. W Ehr­li­ta­nie śle­dziły nas uważne spoj­rze­nia. Dniem i nocą czu­łem, jak prze­su­wają się po moich ple­cach. W końcu Tanno na ogół są niscy i mają krzywe nogi. - Mappo ode­rwał wzrok od obłoku pyłu i przyj­rzał się przy­ja­cie­lowi. - Następ­nym razem wybierz ple­mię, w któ­rym wszy­scy mają po sie­dem stóp wzro­stu - mruk­nął.

Przez pooraną bruz­dami, ogo­rzałą twarz Ica­riuma prze­mknęło coś, co przy­po­mi­nało blady cień uśmie­chu. Potem wró­ciła obo­jęt­ność.

- Ci, któ­rzy mogli nas poznać w Sied­miu Mia­stach, z pew­no­ścią i tak to zro­bili. Pozo­stali zapewne zdu­mie­wali się naszym wido­kiem, ale nic wię­cej. - Wska­zał głową na obłok, mru­żąc oczy w jaskra­wym bla­sku słońca. - Co tam widzisz, Mappo?

- Pła­ska głowa, długa szyja, czarny kolor i włosy na całym ciele. Gdyby to było wszystko, opis paso­wałby do któ­re­goś z moich wuj­ków.

- Ale jest coś jesz­cze.

- Jedna noga z przodu i dwie z tyłu.

Zamy­ślony Ica­rium postu­kał się pal­cem w grzbiet nosa.

- A więc to nie twój wujek. Apto­ria­nin?

Mappo ski­nął powoli głową.

- Od kon­wer­gen­cji dzielą nas jesz­cze mie­siące. Podej­rze­wam, że Tron Cie­nia zwę­szył, co się święci, i wysłał paru zwia­dow­ców...

- A ten?

Mappo uśmiech­nął się, odsła­nia­jąc potężne kły.

- Zapu­ścił się ociu­pinę za daleko i jest teraz zabawką sha'ik.

Pożarł resztkę kak­tusa, wytarł łopa­to­wate dło­nie i podźwi­gnął się na nogi. Pro­stu­jąc plecy, skrzy­wił się z bólu. W pia­sku, na któ­rym roz­ło­żył dziś posła­nie, nie­ocze­ki­wa­nie kryła się cała masa korzeni i teraz w mię­śniach po obu stro­nach krę­go­słupa czuł każdy węzeł i zakręt tych szkie­le­tów nie­obec­nych drzew. Potarł oczy i przyj­rzał się sobie. Ubra­nie miał postrzę­pione i pokryte sko­rupą brudu.

- Podobno gdzieś tu jest jakiś wodo­pój - rzekł z wes­tchnie­niem.

- A wokół niego obo­zuje armia sha'ik.

Mappo stęk­nął.

Ica­rium rów­nież się pod­niósł, po raz kolejny zwra­ca­jąc uwagę na potężną budowę swego towa­rzy­sza - wiel­kiego nawet jak na Trella - sze­ro­kie bary, na które opa­dała czarna grzywa, żyla­ste mię­śnie dłu­gich ramion oraz wspo­mnie­nia tysiąca lat, które plą­sały w jego oczach niczym roz­ra­do­wana koza.

- Potra­fisz go wytro­pić?

- Jeśli chcesz.

Ica­rium skrzy­wił się.

- Jak długo już się znamy, przy­ja­cielu?

W oczach Mappa poja­wił się błysk. Potem Trell wzru­szył ramio­nami.

- Długo. Dla­czego pytasz?

- Sły­szę w twoim gło­sie nie­chęć. Nie­po­koi cię ta per­spek­tywa?

- Nie­po­koi mnie każde spo­tka­nie z demo­nami, Ica­riu­mie. Mappo Trell jest pło­chliwy jak zając.

- Drę­czy mnie cie­ka­wość.

- Wiem.

Dziw­nie dobrana para wró­ciła do małego obozu, ukry­tego mię­dzy dwiema ukształ­to­wa­nymi przez wiatr skal­nymi igli­cami. Nie było powo­dów do pośpie­chu. Ica­rium usiadł na pła­skiej skale i zaczął sma­ro­wać łuk, żeby rogo­drewno nie wyschło. Gdy już uznał, że wystar­czy, zajął się jed­no­siecz­nym mie­czem. Wysu­nął sta­ro­żytny oręż ze skó­rza­nej pochwy o oku­ciach z brązu i zaczął prze­su­wać wzdłuż jego wyszczer­bio­nego ostrza naoli­wioną osełkę.

Mappo zło­żył namiot z nie­wy­pra­wio­nych skór, zwi­nął je na łapu-capu i wepchnął do wiel­kiego, skó­rza­nego wora. Za nimi podą­żyły przy­bory kuchenne oraz posła­nie. Zawią­zał rze­mie­nie, dźwi­gnął bagaż i zarzu­cił na ramię. Potem zer­k­nął na cze­ka­ją­cego Ica­riuma, który owi­nął już łuk i zało­żył go sobie na plecy.

Ica­rium ski­nął głową i obaj - pół-Jaghut oraz czy­stej krwi Trell - ruszyli ścieżką scho­dzącą ku niecce.

***

Nad ich gło­wami jarzyły się gwiazdy, które świe­ciły tak jasno, że spę­kana patel­nia niecki nabrała srebr­na­wego odcie­nia. Krwiu­chy znik­nęły razem z dzien­nym upa­łem, pozo­sta­wia­jąc noc poja­wia­ją­cym się z rzadka rojom ciem płasz­czo­wych oraz żywią­cym się nimi, podob­nym do nie­to­pe­rzy jasz­czur­kom zwa­nym rhi­za­nami.

Mappo i Ica­rium urzą­dzili sobie postój na dzie­dzińcu jakichś ruin. Ceglane budynki nie­mal cał­ko­wi­cie pochło­nęła ero­zja, pozo­sta­wia­jąc tylko wyso­kie do łydek murki ota­cza­jące geo­me­trycz­nym wzo­rem wyschniętą stud­nię. Płytki dzie­dzińca pokry­wał deli­katny, nanie­siony przez wiatr pia­sek. Mappo odno­sił wra­że­nie, że widzi słaby blask. Pod murami rosły koślawe krzewy, wcze­pione w nie kur­czowo korze­niami.

Na Pan'potsun Odhan i poło­żo­nej na zachód od niej Świę­tej Pustyni Raraku pełno było podob­nych pamią­tek po dawno zagi­nio­nych cywi­li­za­cjach. Pod­czas swych wędró­wek Mappo i Ica­rium natra­fili na wyso­kie tele (wzgó­rza o pła­skich szczy­tach, ukry­wa­jące liczne war­stwy ruin sta­ro­żyt­nych miast) cią­gnące się nie­mal rów­nym sze­re­giem na odcinku stu pięć­dzie­się­ciu mil mię­dzy wzgó­rzami a pusty­nią. Był to nie­zbity dowód na to, że tu, gdzie teraz roz­po­ście­rało się suche, wietrzne pust­ko­wie, ist­niała ongiś bogata, tęt­niąca życiem cywi­li­za­cja. Ze Świę­tej Pustyni wywo­dziła się legenda o Dryjh­nie Apo­ka­lip­tycz­nej. Mappo zada­wał sobie pyta­nie, czy kata­strofa, która spo­tkała miesz­kań­ców oko­licz­nych miast, przy­czy­niła się w jakiś spo­sób do powsta­nia mitów o cza­sach śmierci i znisz­cze­nia. Pomi­ja­jąc spo­ty­kane nie­kiedy opusz­czone posia­dło­ści, podobne do tej, w któ­rej się zatrzy­mali, pra­wie wszyst­kie ruiny nosiły ślady prze­mocy.

Jego myśli wpa­dły w zna­jome kole­iny. Mappo skrzy­wił się wście­kle.

Nie za całą prze­szłość wina spada na nas. Nie znaj­du­jemy się w tej chwili bli­żej niż kie­dy­kol­wiek przed­tem. Nie mam też powo­dów, by wąt­pić we wła­sne słowa.

Od tych myśli rów­nież się odwró­cił.

Pra­wie na samym środku dzie­dzińca stała samotna kolumna z różo­wego mar­muru, po jed­nej stro­nie pokryta dzio­bami i wyżło­bie­niami pozo­sta­wio­nymi przez wia­try, wie­jące nie­ustan­nie z Raraku na Wzgó­rza Pan'potsun. Prze­ciwną stronę wciąż jesz­cze zdo­biły spi­ralne wzory wyrzeź­bione przez dawno już nie­ży­ją­cych rze­mieśl­ni­ków.

Po wej­ściu na dzie­dzi­niec Ica­rium natych­miast zbli­żył się do wyso­kiej na sześć stóp kolumny i obej­rzał ją ze wszyst­kich stron. Chrząk­nął, co powie­działo Map­powi, że zna­lazł to, czego szu­kał.

- I co? - zapy­tał Trell, sta­wia­jąc na ziemi skó­rzany worek.

Ica­rium pod­szedł do niego, ście­ra­jąc z rąk pył.

- U pod­stawy jest mnó­stwo śla­dów pazur­ków. Poszu­ki­wa­cze wstą­pili na Szlak.

- Szczury? Wię­cej niż jeden?

- D'ivers - potwier­dził Ica­rium, kiwa­jąc głową.

- Cie­kawe, kto to mógł być.

- Pew­nie Gryl­len.

- Mhm, nie­przy­jem­nie.

Ica­rium przyj­rzał się roz­cią­gnię­tej na zacho­dzie rów­ni­nie.

- Przyjdą też inni. I jed­no­po­chwy­ceni, i d'iver­so­wie. Ci, któ­rzy czują się bli­scy ascen­den­cji, i ci, któ­rzy mają do niej daleko, ale i tak szu­kają Ścieżki.

Mappo przyj­rzał się z wes­tchnie­niem sta­remu przy­ja­cie­lowi.

D'iver­so­wie i jed­no­po­chwy­ceni, dwa prze­kleń­stwa zmien­no­kształt­no­ści, gorączka, na którą nie ma lekar­stwa. Zbie­rają się... i to wła­śnie tutaj.

- Czy to roz­sądne, Ica­riu­mie? - zapy­tał cicho. - Zmie­rza­jąc do swego wiecz­nego celu, natknę­li­śmy się na nader nie­przy­jemną kon­wer­gen­cję. Jeśli bramy się otwo­rzą, będziemy mieli prze­ciw sobie zgraję krwio­żer­czych indy­wi­duów opę­ta­nych prze­ko­na­niem, że sta­no­wią one drogę do ascen­den­cji.

- Jeśli taka droga rze­czy­wi­ście ist­nieje, to może znajdę na niej rów­nież odpo­wie­dzi na moje pyta­nia - ode­zwał się Ica­rium, nie odry­wa­jąc wzroku od hory­zontu.

Odpo­wie­dzi nie są bło­go­sła­wień­stwem, przy­ja­cielu. Uwierz mi. Pro­szę.

- Na­dal mi nie wyja­śni­łeś, co uczy­nisz, gdy już je poznasz.

Ica­rium odwró­cił się ku niemu z bla­dym uśmie­chem na twa­rzy.

- Sam jestem wła­snym prze­kleń­stwem, Mappo. Prze­ży­łem stu­le­cia, ale cóż wiem o wła­snej prze­szło­ści? Jak mogę osą­dzić swe życie, nie mając tej wie­dzy?

- Nie­któ­rzy uzna­liby to prze­kleń­stwo za dar - odparł Mappo. Po jego twa­rzy prze­mknął cień smutku.

- Ale nie ja. Widzę w tej kon­wer­gen­cji szansę. Być może zdo­łam dzięki niej uzy­skać odpo­wie­dzi. Wolał­bym nie wycią­gać w tym celu broni, ale uczy­nię to, jeśli będę musiał.

Trell wes­tchnął po raz drugi i wypro­sto­wał się.

- Wkrótce to posta­no­wie­nie może zostać pod­dane pró­bie, przy­ja­cielu. - Zwró­cił się na połu­dniowy zachód. - Naszym tro­pem zmie­rza sześć pustyn­nych wil­ków.

Ica­rium odpa­ko­wał łuk o kształ­cie jele­niego poroża i szyb­kim, płyn­nym ruchem nacią­gnął cię­ciwę.

- Pustynne wilki ni­gdy nie polują na ludzi.

- To prawda - zgo­dził się Mappo.

Do wschodu księ­życa pozo­stała jesz­cze godzina. Ica­rium poło­żył obok sie­bie sześć dłu­gich strzał o kamien­nych gro­tach, a potem wpa­trzył się w ciem­ność. Trell poczuł na karku dotknię­cie zim­nego stra­chu. Wil­ków nie było jesz­cze widać, wyczu­wał jed­nak ich obec­ność.

- Jest ich sześć, ale są jed­nym. To d'ivers.

Wolał­bym mieć do czy­nie­nia z jed­no­po­chwy­co­nym. Zamiana w jedno zwie­rzę jest wystar­cza­jąco nie­przy­jemna, ale w całą zgraję...

Ica­rium zmarsz­czył brwi.

- Musi być potężny, jeśli zdo­łał przy­brać kształt aż sze­ściu wil­ków. Wiesz, kto to może być?

- Mam pewne podej­rze­nia - odparł cicho Mappo.

Cze­kali w mil­cze­niu.

W odle­gło­ści nie­spełna trzy­dzie­stu kro­ków, z ciem­no­ści, która jakby two­rzyła samą sie­bie, wychy­nęło sześć pło­wych postaci. W odle­gło­ści dwu­dzie­stu wilki ufor­mo­wały pół­okrąg zwró­cony w stronę Mappa i Ica­riuma. Nie­ru­chome nocne powie­trze wypeł­niła ostra woń d'iversa. Jedna z gib­kich bestii ruszyła ku nim, zatrzy­mała się jed­nak, gdy Ica­rium uniósł łuk.

- Nie sześć, ale jeden - mruk­nął.

- Znam go - stwier­dził Mappo. - Szkoda, że on nie może powie­dzieć tego samego o nas. Bra­kuje mu pew­no­ści, lecz przy­brał postać słu­żącą prze­le­wowi krwi. Dzi­siej­szej nocy Ryl­lan­da­ras poluje na pustyni. Cie­kawe, czy na nas, czy na coś innego.

Ica­rium wzru­szył ramio­nami.

- Kto prze­mówi pierw­szy, Mappo?

- Ja - odparł Trell, postę­pu­jąc krok naprzód. To będzie wyma­gało chy­tro­ści. Każdy błąd mógł się oka­zać śmier­tel­nie groźny. - Zapu­ści­li­śmy się daleko od domu, nie­praw­daż? - rzekł cichym, peł­nym sar­ka­zmu gło­sem. - Twój brat Tre­ach był prze­ko­nany, że cię zabił. Gdzie to była ta roz­pa­dlina? W Dal Hon? A może w Li Heng? O ile dobrze sobie przy­po­mi­nam, byłeś wtedy sza­ka­lami.

Wewnątrz ich umy­słów zabrzmiał zała­mu­jący się i ury­wany z powodu dłu­giego nie­uży­wa­nia głos Ryl­lan­da­rasa.

Czuję pokusę, by spró­bo­wać z tobą szer­mierki na słowa, N'Trellu, zanim cię zabiję.

- To może być strata czasu - rzu­cił od nie­chce­nia Mappo. - Obra­cam się w takim towa­rzy­stwie, że wysze­dłem z wprawy tak samo jak ty, Ryl­lan­da­ra­sie.

Prze­wod­nik stada skie­ro­wał jaskra­wo­nie­bie­skie śle­pia na Ica­riuma.

- Brak mi bystro­ści, by toczyć takie poje­dynki - ode­zwał się pół­krwi Jaghut led­wie sły­szal­nym gło­sem. - I tracę już cier­pli­wość.

To głu­pie. Tylko oso­bi­sty urok może was ura­to­wać. Powiedz mi, łucz­niku, czy zawie­rzysz życie spry­towi towa­rzy­sza?

Ica­rium potrzą­snął głową.

- W żad­nym wypadku. Podzie­lam jego opi­nię o nim.

Ryl­lan­da­ras był wyraź­nie zbity z tropu.

A więc podró­żu­je­cie razem tylko dla wygody. Towa­rzy­sze, któ­rzy sobie nie ufają i nie wie­rzą nawza­jem w swe siły. Stawki muszą być wyso­kie.

- To mnie już nudzi, Mappo - wark­nął Ica­rium.

Wszyst­kie wilki zesztyw­niały jed­no­cze­śnie, wzdry­ga­jąc się lekko.

Mappo Konus i Ica­rium. Ach, rozu­miemy. Dowiedz­cie się, że nie szu­kamy z wami zwady.

- Poje­dy­nek sto­czony - stwier­dził Mappo. Uśmiech na jego twa­rzy posze­rzył się, po czym znik­nął bez śladu. - Idź polo­wać gdzie indziej, Ryl­lan­da­ra­sie, zanim Ica­rium wyświad­czy Tre­achowi przy­sługę. - Zanim spro­wo­ku­jesz to, co poprzy­sią­głem powstrzy­mać. - Zro­zu­mia­łeś?

Nasze ścieżki... zbie­gają się na tro­pie demona Cie­nia, odparł d'ivers.

- On już nie służy Cie­niowi - popra­wił go Mappo. - Należy do sha'ik. Święta Pusty­nia prze­bu­dziła się ze snu.

Na to wygląda. Czy zabro­ni­cie nam polo­wać?

Mappo zer­k­nął na Ica­riuma, który opu­ścił łuk i wzru­szył ramio­nami.

- Jeśli masz ochotę spraw­dzić siłę swych szczęk w star­ciu z apto­ria­ni­nem, to wyłącz­nie twoja sprawa. Nas zain­te­re­so­wał jedy­nie prze­lot­nie.

W takim razie zaiste zaci­śniemy szczęki na gar­dle demona.

- Chcesz wzbu­dzić wro­gość sha'ik? - zapy­tał Mappo.

Wilk prze­wod­nik uniósł łeb.

To imię nic dla mnie nie zna­czy.

Obaj wędrowcy śle­dzili wzro­kiem odda­la­jące się bestie, które wkrótce znik­nęły w cza­ro­dziej­skiej ciem­no­ści. Mappo obna­żył zęby, po czym wes­tchnął ciężko. Ica­rium ski­nął głową, wyra­ża­jąc na głos to, co myśleli obaj:

- Ale wkrótce będzie zna­czyło.

***

Gdy wic­kań­scy kawa­le­rzy­ści spro­wa­dzali swe wierz­chowce o sze­ro­kich grzbie­tach po tra­pach trans­por­towca, z ich ust wyry­wały się gwał­towne okrzyki rado­ści. Na nabrze­żach Portu Impe­rial­nego w His­sa­rze pano­wał chaos. Wokół kłę­bili się nie­sforni wojow­nicy obojga płci, a żela­zne groty lanc, czarne, zwią­zane w war­ko­cze włosy oraz spi­cza­ste cza­peczki lśniły w bla­sku słońca. Duiker, który zajął pozy­cję na tara­sie sto­ją­cej u wej­ścia do portu wieży, spo­glą­dał z góry na tę dziką kom­pa­nię ze sporą dozą scep­ty­cy­zmu oraz nara­sta­ją­cym lękiem.

Obok histo­ryka impe­rial­nego stał przed­sta­wi­ciel wiel­kiej pię­ści Mal­lick Rel. Mięk­kie, pulchne dło­nie splótł na wydat­nym brzu­chu, jego skóra lśniła jak naoli­wiona, a do tego ota­czała go woń areń­skich per­fum. W naj­mniej­szym stop­niu nie wyglą­dał na głów­nego doradcę naczel­nego wodza mala­zań­skich wojsk sta­cjo­nu­ją­cych w Sied­miu Mia­stach. Był jhi­stal­skim kapła­nem pra­daw­nego boga mórz, Maela. Ofi­cjal­nie przy­był tu po to, by w imie­niu wiel­kiej pię­ści przy­wi­tać nową pięść Siód­mej Armii. Jego obec­ność była dokład­nie tym, na co zakra­wała: świa­domą obe­lgą. Duiker przy­znał jed­nak w duchu, że sto­jący u jego boku czło­wiek bar­dzo szybko osią­gnął zna­czącą pozy­cję wśród impe­rial­nych gra­czy na tym kon­ty­nen­cie. Wśród żoł­nie­rzy krą­żyło tysiąc roz­ma­itych pogło­sek na temat tego spo­koj­nego kapłana o łagod­nym gło­sie, a także źró­deł wpływu, jaki wywie­rał na wielką pięść Pormqu­ala, lecz żadna z owych opo­wie­ści nie była gło­śniej­sza od szeptu, gdyż histo­ria drogi, która zapro­wa­dziła Mal­licka Rela do łask wiel­kiej pię­ści, pełna była tajem­ni­czych wypad­ków spo­ty­ka­ją­cych każ­dego, kto sta­nął mu na dro­dze. Śmier­tel­nych wypad­ków.

Poli­tyczne bagno ota­cza­jące mala­zań­skich oku­pan­tów w Sied­miu Mia­stach było pełne zaga­dek i śmier­tel­nie groźne. Duiker podej­rze­wał, że nowa pięść raczej nie rozu­mie zawo­alo­wa­nych gestów wzgardy, jako że nie szko­lono go w niu­an­sach ety­kiety kie­ru­ją­cych życiem cywi­li­zo­wa­nych oby­wa­teli impe­rium. Histo­ryk musiał zada­wać sobie pyta­nie, jak długo Col­ta­ine z Klanu Wron prze­żyje na swym nowym sta­no­wi­sku.

Mal­lick Rel wydął pulchne wargi i głę­boko ode­tchnął.

- Histo­ryku - ode­zwał się cicho. W jego gło­sie pobrzmie­wał słaby, syczący akcent z Gedo­rian Falari. - Raduje mnie twa obec­ność. I cie­kawi. Areń­ski dwór jest daleko stąd... - Uśmiech­nął się, nie odsła­nia­jąc bar­wio­nych na zie­lono zębów. - Ostroż­ność wywo­łana odle­głą czystką?

Słowa niby plusk fal, nie­okre­ślona nie­szcze­rość i zdra­dliwa cier­pli­wość boga Maela. Roz­ma­wiam z Relem już po raz czwarty. Jak ja nie cier­pię tej kre­atury!

Duiker odchrząk­nął.

- Cesa­rzowa nie poświęca mi zbyt wiele uwagi, jhi­stalu...

Cichy śmiech Mal­licka Rela przy­po­mi­nał odgłos grze­chotki węża.

- Nie dba o histo­ryka czy o histo­rię? Wyczu­wam cień gory­czy z powodu rady, którą odrzu­cono albo co gor­sza zigno­ro­wano. Nie oba­wiaj się, z wież Unty nie przy­le­ciały do nas żadne zbrod­nie.

- Sły­szę to z rado­ścią - mruk­nął Duiker, zasta­na­wia­jąc się, skąd kapłan ma te infor­ma­cje. - Zatrzy­ma­łem się w His­sa­rze ze względu na moje bada­nia - wyja­śnił po chwili. - Pre­ce­dens wysy­ła­nia więź­niów do kopalń ota­ta­ralu na wyspie sięga cza­sów cesa­rza, choć on na ogół rezer­wo­wał ten los dla magów.

- Magów? Ach, ach.

Duiker ski­nął głową.

- Sku­teczne, lecz nie­prze­wi­dy­walne. Na­dal nie wiemy zbyt wiele o szcze­gól­nych wła­ści­wo­ściach ota­ta­ralu jako kruszcu tłu­mią­cego dzia­ła­nie magii. Tak czy ina­czej, więk­szość tych cza­ro­dzie­jów popa­dła w obłęd, acz­kol­wiek nie wia­domo, czy był to sku­tek dzia­ła­nia rudy, czy też odcię­cia od ich grot.

- A czy w następ­nym trans­por­cie nie­wol­ni­ków znaj­dują się mago­wie?

- Tro­chę ich jest.

- To zna­czy, że wkrótce poznamy odpo­wiedź na to pyta­nie.

- Wkrótce - zgo­dził się Duiker.

Na molo o kształ­cie litery T kłę­bił się wir bojowo nasta­wio­nych Wic­kan, wystra­szo­nych tra­ga­rzy i krew­kich ruma­ków bojo­wych. Wąskiego wyj­ścia pro­wa­dzą­cego z portu na bru­ko­wane pół­rondo strzegł kor­don Gwar­dii His­sar­skiej. Pocho­dzący z Sied­miu Miast gwar­dzi­ści nało­żyli sobie na ramiona okrą­głe tar­cze i wydo­byli z pochew tul­wary. Zaczęli powoli machać sze­ro­kimi, zakrzy­wio­nymi mie­czami, wygra­ża­jąc Wic­kanom, któ­rzy odpo­wie­dzieli chra­pli­wymi okrzy­kami wyzwa­nia.

Na tara­sie poja­wili się dwaj kolejni męż­czyźni. Duiker pozdro­wił ich ski­nie­niem głowy. Mal­lick Rel nie raczył zwró­cić uwagi na pro­stego kapi­tana i ostat­niego z kadro­wych magów Siód­mej Armii. Obaj z pew­no­ścią zna­czyli zbyt mało, by kapła­nowi opła­cało się zabie­gać o ich względy.

- Witaj, Kulp - zwró­cił się Duiker do przy­sa­dzi­stego, bia­ło­wło­sego cza­ro­dzieja. - Może się oka­zać, że przy­by­łeś aku­rat na czas.

Kulp wykrzy­wił w kwa­śnym gry­ma­sie wąską, opa­loną twarz.

- Tylko po to, by zacho­wać wła­sną skórę w cało­ści, Duiker. Nie mam zamiaru słu­żyć Col­ta­ine'owi jako dywan na dro­dze do sta­no­wi­ska. W końcu to jego ludzie. Śmiem twier­dzić, że fakt, iż nawet nie kiw­nął pal­cem, by zapo­biec zamiesz­kom, na które się tu zanosi, rokuje raczej źle.

Kapi­tan mruk­nął cicho na znak zgody.

- Trudno to prze­łknąć - wark­nął. - Połowa tutej­szych ofi­ce­rów po raz pierw­szy prze­lała krew pod­czas walk z tym sukin­sy­nem, a teraz przy­słali go tutaj, żeby prze­jął dowódz­two. Na knyk­cie Kap­tura! - dorzu­cił. - Nikt nie będzie pła­kał, jeśli Gwar­dia His­sar­ska uka­trupi Col­ta­ine'a i jego wic­kań­skich dzi­ku­sów jesz­cze w por­cie. Siódma Armia ich nie potrze­buje.

- Oto prawda kry­jąca się za groźbą rebe­lii - zgo­dził się Mal­lick Rel, zwra­ca­jąc się do Duikera. Jego oczy nic nie wyra­żały. - Cały ten kon­ty­nent to gniazdo żmij. Col­ta­ine to dziwny kan­dy­dat...

- Nie taki dziwny - sprze­ci­wił się Duiker, wzru­sza­jąc ramio­nami. Ponow­nie skie­ro­wał uwagę na wyda­rze­nia roz­gry­wa­jące się na dole. Wic­ka­nie znaj­du­jący się naj­bli­żej his­sar­czy­ków zaczęli para­do­wać dum­nym kro­kiem w tę i we w tę przed sze­re­giem zaku­tych w zbroje żoł­nie­rzy. W każ­dej chwili mogła wybuch­nąć regu­larna bitwa. Wyj­ście z portu lada moment miało spły­nąć krwią. Widząc, że Wic­ka­nie nacią­gają rogowe łuki, histo­ryk poczuł w żołądku zimny ucisk. Z alei po pra­wej na główną kolum­nadę wynu­rzyła się następna, naje­żona pikami kom­pa­nia gwar­dii.

- Dla­czego tak sądzisz? - zapy­tał Kulp.

Duiker odwró­cił się i z zasko­cze­niem zauwa­żył, że wszy­scy trzej męż­czyźni wpa­trują się w niego. Wró­cił myślami do swych ostat­nich słów, po czym znów wzru­szył ramio­nami.

- Col­ta­ine zjed­no­czył wic­kań­skie klany i popro­wa­dził je do powsta­nia prze­ciw impe­rium. Cesa­rzowi trudno było zmu­sić go do ule­gło­ści. Nie­któ­rzy z was wie­dzą o tym z wła­snego doświad­cze­nia. Potem, w typo­wym dla sie­bie stylu, Kel­la­nved pozy­skał jego lojal­ność...

- W jaki spo­sób? - wark­nął Kulp.

- Tego nikt nie wie - odparł z uśmie­chem Duiker. - Cesarz rzadko opo­wia­dał o swych suk­ce­sach. Tak czy ina­czej, cesa­rzowa Laseen nie darzy miło­ścią ulu­bio­nych wodzów swego poprzed­nika i dla­tego Col­ta­ine cały ten czas gnił w jakiejś dziu­rze w Quon Tali. Potem jed­nak sytu­acja się zmie­niła. Przy­boczna Lorn zgi­nęła w Daru­dży­sta­nie, wielka pięść Dujek zbun­to­wał się razem ze swoją armią, prak­tycz­nie kła­dąc kres kam­pa­nii na Gena­bac­kis, a tu, w Sied­miu Mia­stach, zbliża się Rok Dryjhny, rok prze­po­wia­da­nego powsta­nia. Laseen potrze­buje zdol­nych dowód­ców, bo ina­czej wszystko wymknie się jej z rąk. Nowej przy­bocz­nej Tavore brak doświad­cze­nia. Dla­tego...

- Col­ta­ine. - Kapi­tan ski­nął głową. Mars na jego czole pogłę­bił się jesz­cze. - Przy­słała go tu po to, żeby objął dowódz­two nad Siódmą Armią i upo­rał się z rebe­lią...

- Osta­tecz­nie, któż potrafi sku­tecz­niej stłu­mić insu­rek­cję niż wojow­nik, który sam kie­dyś dowo­dził powsta­niem? - dodał z prze­ką­sem.

- Jeśli w armii doj­dzie do buntu, jego szanse będą marne - wtrą­cił Mal­lick Rel, nie spusz­cza­jąc wzroku ze sceny roz­gry­wa­ją­cej się na dole.

Bły­snęło pół tuzina tul­wa­rów. Wic­ka­nie wzdry­gnęli się, a potem wycią­gnęli wła­sne dłu­gie noże. Wyglą­dało na to, że zna­leźli sobie przy­wódcę: wyso­kiego wojow­nika o groź­nym wyglą­dzie, z fety­szami wple­cio­nymi w dłu­gie war­ko­cze, który gło­śnym rykiem doda­wał odwagi swym ludziom, wyma­chu­jąc orę­żem nad głową.

- Kap­tu­rze! - zaklął histo­ryk. - Gdzie, do licha, jest Col­ta­ine?

Kapi­tan par­sk­nął śmie­chem.

- To ten wielki z dłu­gim nożem.

Duiker wyba­łu­szył oczy.

Ten wariat to Col­ta­ine? Nowa pięść Siód­mej Armii?

- Widzę, że w ogóle się nie zmie­nił - cią­gnął kapi­tan. - Jeśli wódz wszyst­kich kla­nów chce zacho­wać głowę na karku, musi być wred­niej­szy niż cała reszta razem wzięta. Jak ci się zdaje, dla­czego cesarz tak bar­dzo go lubił?

- Beru, broń - wyszep­tał prze­ra­żony Duiker.

Chwilę póź­niej prze­raź­liwe zawo­dze­nie Col­ta­ine'a bły­ska­wicz­nie uci­szyło wszyst­kich Wic­kan. Broń znik­nęła w pochwach, łuki opa­dły, a strzały zna­la­zły się w koł­cza­nach. Nawet wierz­ga­jące, pró­bu­jące gryźć konie znie­ru­cho­miały, uno­sząc łby i strzy­gąc uszami. Wokół Col­ta­ine'a poja­wiła się pusta prze­strzeń. Wysoki wojow­nik odwró­cił się ple­cami do gwar­dzi­stów i ski­nął dło­nią. Czte­rech sto­ją­cych na tara­sie męż­czyzn przy­glą­dało się bez słowa, jak z abso­lutną pre­cy­zją osio­dłano wszyst­kie konie. Po nie­spełna minu­cie jeźdźcy dosie­dli ruma­ków i ruszyli naprzód w cia­snym, defi­la­do­wym szyku, god­nym eli­tar­nych oddzia­łów impe­rium.

- Świet­nie to zro­bił - stwier­dził Duiker.

Z ust Mal­licka Rela wyrwało się ciche wes­tchnie­nie.

- Per­fek­cyjne wyli­cze­nie czasu, wyzwa­nie godne bestii, a potem gest wzgardy skie­ro­wany pod adre­sem gwar­dii. Cie­kawe, czy i pod naszym?

- Col­ta­ine jest chy­try jak wąż, jeżeli o to wła­śnie pytasz - zauwa­żył kapi­tan. - Jeśli Naczel­nemu Dowódz­twu w Are­nie wydaje się, że będzie w ich rękach mario­netką, to czeka ich przy­kra nie­spo­dzianka.

- To cenna infor­ma­cja - przy­znał Rel.

Kapi­tan wyglą­dał tak, jakby przed chwilą połknął jakiś ostry przed­miot. Duiker zdał sobie sprawę, że ofi­cer ode­zwał się bez zasta­no­wie­nia, zapo­mi­na­jąc o pozy­cji kapłana w Naczel­nym Dowódz­twie.

Kulp odchrząk­nął.

- Usta­wił ich w zwartą for­ma­cję. Wygląda na to, że jazda do koszar będzie jed­nak spo­kojna.

- Muszę przy­znać, że z nie­cier­pli­wo­ścią ocze­kuję spo­tka­nia z nową pię­ścią Siód­mej Armii - rzekł z prze­ką­sem Duiker.

Przy­glą­da­jący się spod opa­da­ją­cych powiek wyda­rze­niom na dole Rel ski­nął głową.

- Zga­dzam się.

***

Pły­nąca wprost na połu­dnie łódź rybacka zosta­wiła za sobą Wyspy Skara i wypły­nęła na morze Kansu. Jej trój­kątny żagiel łopo­tał gło­śno na wie­trze. Jeśli wichura nie straci na gwał­tow­no­ści, za cztery godziny powinni dotrzeć do ehr­li­tań­skiego wybrzeża. Skrzy­pek zasę­pił się jesz­cze bar­dziej.

Ehr­li­tań­skie wybrzeże. Sie­dem Miast. Nie­na­wi­dzę tego cho­ler­nego kon­ty­nentu. Nie mogłem go znieść już za pierw­szym razem, a teraz jest jesz­cze gorzej.

Wychy­lił się przez nad­bur­cie i splu­nął gorzką żół­cią w cie­płe, zie­lone morze.

- Czu­jesz się już lepiej? - zapy­tał sto­jący na dzio­bie Cro­kus. Jego młoda, opa­lona twarz zmarsz­czyła się w wyra­zie szcze­rego zatro­ska­nia.

Stary sabo­ta­ży­sta miał wielką ochotę zdzie­lić mło­dzieńca w gębę, wark­nął jed­nak tylko, pochy­la­jąc się jesz­cze bar­dziej.

Sie­dzący u rum­pla Kalam wybuch­nął baso­wym śmie­chem.

- Skrzy­pek i woda nie zga­dzają się ze sobą, chłop­cze. Popatrz tylko na niego. Jest bar­dziej zie­lony niż ta twoja cho­lerna skrzy­dlata małpa.

Obok policzka sabo­ta­ży­sty roz­le­gło się pełne współ­czu­cia sapa­nie. Skrzy­pek otwo­rzył prze­krwione oko i ujrzał maleńką, pomarsz­czoną twa­rzyczkę.

- Zmia­taj, Moby - wychry­piał. Cho­wa­niec, który ongiś słu­żył wuj­kowi Cro­kusa, Mam­mo­towi, wyraź­nie upodo­bał sobie sapera, tak jak czę­sto czy­niły to bez­domne psy i koty. Kalam, rzecz jasna, twier­dził, że było na odwrót.

- To kłam­stwo - wyszep­tał Skrzy­pek. - Kalam kła­mie po mistrzow­sku...

Tak jak wtedy, gdy leniu­cho­wa­li­śmy przez cały tydzień w Rutu Jelba, licząc na to, że może jak raz pojawi się jakiś kupiec ze Skrae. "Chcesz kupić bilet na wygodny sta­tek, Skrzy­pek? To nie będzie podobne do tego cho­ler­nego rejsu przez ocean, nie, nie". Wtedy też miało być wygod­nie. Cały tydzień w Rutu Jelba, peł­nej jasz­czu­rek, śmier­dzą­cej dziu­rze, gdzie cegły są poma­rań­czowe, a potem co? Osiem jakata za tą prze­pi­ło­waną na pół, utkaną szma­tami beczkę po ale.

Z upły­wem godzin mia­rowy rytm fal uspo­koił Skrzypka. Saper wró­cił myślami do prze­ra­ża­jąco dłu­giej podróży, jaka zapro­wa­dziła ich tutaj. Potem pomy­ślał o rów­nie dłu­giej podróży, która ich jesz­cze cze­kała.

Ni­gdy nie wybie­ramy łatwych spo­so­bów, prawda?

Oso­bi­ście wolałby, żeby wszyst­kie morza wyschły.

Ludzie mają nogi, nie płe­twy. A teraz czeka nas wędrówka lądem przez pełne much, bez­wodne pust­ko­wie, gdzie ludzie uśmie­chają się tylko po to, by oznaj­mić, że chcą cię zabić.

Dzień cią­gnął się bez końca. Skrzy­pek dygo­tał, a twarz miał zie­loną.

Pomy­ślał o towa­rzy­szach, któ­rych zosta­wił na Gena­bac­kis. Żało­wał, że nie masze­ruje teraz u ich boku.

Idą na reli­gijną wojnę. Nie zapo­mi­naj o tym, Skrzy­pek. Takie wojny to nie zabawa.

Pod­czas podob­nych kon­flik­tów nie miał zasto­so­wa­nia roz­są­dek, który nie­raz pozwa­lał się pod­dać. Nie­mniej dru­żyna była wszyst­kim, co znał od lat. Gdy wyszedł z jej cie­nia, czuł się osie­ro­cony.

Ze sta­rej paki został tylko Kalam, a on zwie kraj, do któ­rego się wybie­ramy, ojczy­zną. I uśmie­cha się, nim zabije. A do tego zapla­no­wali z Szyb­kim Benem coś, o czym nie chcą mi powie­dzieć.

- Znowu te lata­jące ryby - ode­zwała się Apsa­lar. Jej głos pozwo­lił mu ziden­ty­fi­ko­wać miękką dłoń, która spo­częła na jego barku. - Są ich całe setki!

- Ściga je coś wiel­kiego, co wypły­nęło z głę­bin - stwier­dził Kalam.

Skrzy­pek wypro­sto­wał się z jękiem. Moby wyko­rzy­stał tę spo­sob­ność, by zdra­dzić motyw ukryty za cało­dzien­nym gru­cha­niem. Wlazł sape­rowi na kolana, zwi­nął się i zamknął żółte oczy. Skrzy­pek zaci­snął ręce na nad­bur­ciu i razem z troj­giem towa­rzy­szy wpa­trzył się w ławicę lata­ją­cych ryb, widoczną w odle­gło­ści stu jar­dów po pra­wej bur­cie. Dłu­gie jak ręka męż­czy­zny mlecz­no­białe ryby wyska­ki­wały z wody, prze­la­ty­wały około trzy­dzie­stu stóp, a potem zni­kały pod powierzch­nią. W morzu Kansu lata­jące ryby polo­wały niczym rekiny. Ich ławica potra­fiła w nie­spełna godzinę ogryźć do kości całego wie­lo­ryba. Wyko­rzy­sty­wały swą umie­jęt­ność lata­nia, by spa­dać mu na grzbiet, gdy się wynu­rzał, chcąc zaczerp­nąć powie­trza.

- Co, na Maela, może na nie polo­wać?

Kalam zmarsz­czył brwi.

- W Kansu nie powinno być nic takiego. W Głębi Poszu­ki­wa­cza są oczy­wi­ście dhen­rabi.

- Dhen­rabi! Ach, to mnie pocie­sza, Kalam! Nie­sa­mo­wi­cie!

- Czy to jakiś wąż mor­ski? - zapy­tał Cro­kus.

- Wyobraź sobie wija dłu­giego na osiem­dzie­siąt kro­ków - zaczął Skrzy­pek. - Owija się wokół wie­lo­ryba albo statku, wydmu­chuje powie­trze spod swego pan­ce­rza i tonie jak kamień, pocią­ga­jąc za sobą zdo­bycz.

- Są rzad­kie i ni­gdy ich nie widziano w płyt­kich wodach - uspo­koił go Kalam.

- Do tej pory - dorzu­cił Cro­kus, pod­no­sząc zalęk­niony głos.

Dhen­rabi wynu­rzył się w samym środku ławicy lata­ją­cych ryb. Mio­tał łbem z boku na bok, a jego roz­warta pasz­cza o ostrych jak brzy­twa zębach roz­szar­py­wała dzie­siątki ofiar. Łeb stwora miał aż dzie­sięć sążni sze­ro­ko­ści. Jego seg­men­to­wany, poro­śnięty pąklami pan­cerz był ciem­no­zie­lony, a z każ­dego członu wyra­stały dłu­gie, pokryte chi­tyną koń­czyny.

- Osiem­dzie­siąt kro­ków dłu­go­ści? - wysy­czał Skrzy­pek. - Chyba po prze­cię­ciu na pół!

Kalam wypro­sto­wał się.

- Przy­go­tuj żagiel, Cro­kus. Spró­bu­jemy ucieczki. Na zachód.

Skrzy­pek zrzu­cił z kolan pisz­czą­cego Moby'ego, otwo­rzył ple­cak i przy­stą­pił do roz­pa­ko­wy­wa­nia kuszy.

- Kalam, jeśli to bydlę uzna, że wyglą­damy ape­tycz­nie...

- Wiem - mruk­nął skry­to­bójca.

Mon­tu­jąc pośpiesz­nie wielką żela­zną broń, Skrzy­pek pod­niósł wzrok i spoj­rzał w wytrzesz­czone oczy Apsa­lar. Jej twarz zupeł­nie zbie­lała. Saper mru­gnął zna­cząco.

- Jeśli spró­buje nas zacze­piać, mamy dla niego nie­spo­dziankę, dziew­czyno.

Ski­nęła głową.

- Pamię­tam...

Dhen­rabi w końcu ich zauwa­żył. Porzu­cił ławicę ryb lata­ją­cych i wijąc się, popły­nął w ich stronę.

- To nie jest zwy­kły potwór - mruk­nął Kalam. - Czu­jesz ten zapach, Skrzy­pek?

Ostry, korzenny.

- Na oddech Kap­tura, to jed­no­po­chwy­cony!

- Kto? - zdzi­wił się Cro­kus.

- Zmien­no­kształtny - wyja­śnił Kalam.

Umysł Skrzypka wypeł­nił ochry­pły głos. Wyraz twa­rzy jego towa­rzy­szy świad­czył, że oni rów­nież go sły­szeli.

Śmier­tel­nicy, mie­li­ście pecha, że widzie­li­ście, jak tędy prze­pły­wam.

Saper stęk­nął. Stwór nie spra­wiał wra­że­nia zbyt­nio zmar­twio­nego.

Musi­cie zgi­nąć, choć nie zhań­bię waszych ciał, poże­ra­jąc je, mówiła bestia.

- To miło z two­jej strony - mruk­nął Skrzy­pek, ładu­jąc do kuszy wielki pocisk, w któ­rym żela­zny grot zastą­piono gli­nianą kulą wiel­ko­ści grejp­fruta.

Kolejna łódź rybacka zagi­nie bez wie­ści, cią­gnął iro­nicz­nym tonem jed­no­po­chwy­cony. Nie­stety.

Skrzy­pek powlókł się na rufę i przy­kuc­nął obok Kalama. Skry­to­bójca wypro­sto­wał się i spoj­rzał pro­sto na dhen­ra­biego, jedną dło­nią trzy­ma­jąc rum­pel.

- Jed­no­po­chwy­cony! Zostaw nas w spo­koju. Nic nas nie obcho­dzą twoje sprawy!

Nie będzie­cie cier­pieć.

Stwór pomknął pro­sto ku rufie barki, tnąc fale niczym okręt o ostrym dzio­bie. Roz­warł sze­roko pasz­czę.

- Ostrze­ga­li­śmy cię - oznaj­mił Skrzy­pek.

Uniósł kuszę, wyce­lo­wał i wystrze­lił. Bełt pomknął wprost w otwartą pasz­czę. Szybki niczym bły­ska­wica dhen­rabi pochwy­cił drzewce. Cien­kie, ostre jak piła zęby prze­cięły drewno i roz­biły glinę, wysta­wia­jąc ukrytą wewnątrz prosz­kową mik­sturę na dzia­ła­nie powie­trza. Natych­miast nastą­piła eks­plo­zja, która roze­rwała głowę jed­no­po­chwy­co­nego.

Wszę­dzie wokół do wody posy­pał się deszcz odłam­ków czaszki oraz sza­rego mięsa. Zapa­la­jący pro­szek palił gwał­tow­nym pło­mie­niem wszystko, do czego przy­lgnął. Para buchała z sykiem w powie­trze. Impet zaniósł bez­głowe ciało na odle­głość czte­rech sążni od rufy barki. Gdy prze­brzmiały ostat­nie echa eks­plo­zji, tru­chło pogrą­żyło się gładko w mor­skiej toni. Nad falami uno­sił się dym.

- Wybra­łeś sobie nie­wła­ści­wych ryba­ków - pod­su­mo­wał Skrzy­pek, opusz­cza­jąc broń.

Kalam wró­cił do rum­pla, ponow­nie kie­ru­jąc sta­tek na połu­dnie. Powie­trze stało się dziw­nie nie­ru­chome. Skrzy­pek zde­mon­to­wał kuszę i owi­nął ją w impre­gno­waną szmatę. Potem wró­cił na śród­o­krę­cie, a Moby wlazł mu na kolana. Saper podra­pał się z wes­tchnie­niem za uchem.

- I co ty na to, Kalam?

- Nie jestem pewien - przy­znał skry­to­bójca. - Co mogło spro­wa­dzić jed­no­po­chwy­co­nego na morze Kansu? Dla­czego nie chciał, żeby ktoś się dowie­dział o jego obec­no­ści?

- Gdyby był z nami Szybki Ben...

- Ale go nie ma, Skrzy­pek. Będziemy musieli żyć z tą tajem­nicą. Miejmy nadzieję, że nie natra­fimy na następ­nego.

- Myślisz, że to ma coś wspól­nego z...

Kalam wykrzy­wił wście­kle twarz.

- Nie.

- Z czym? - zain­te­re­so­wał się Cro­kus. - O czym mówi­cie?

- Tak sobie tylko gadamy - odparł Skrzy­pek. - Jed­no­po­chwy­cony pły­nął na połu­dnie. Tak samo jak my.

- I co z tego?

Skrzy­pek wzru­szył ramio­nami.

- Nic. Nie­ważne. - Splu­nął za burtę i oklapł. - Przez całe to zamie­sza­nie zapo­mnia­łem o cho­ro­bie mor­skiej. Ale teraz znowu jest spo­koj­nie, niech to szlag!

Wszy­scy umil­kli, choć zasę­piona mina Cro­kusa świad­czyła, że chło­pak z pew­no­ścią nie zapo­mni o tej spra­wie.

Na­dal dął silny wiatr, który pchał ich szybko na połu­dnie. Po nie­spełna trzech godzi­nach Apsa­lar oznaj­miła, że dostrzega przed nimi zie­mię. Czter­dzie­ści minut póź­niej Kalam nadał stat­kowi kurs rów­no­le­gły do ehr­li­tań­skiego brzegu, utrzy­mu­jąc odeń odle­głość pół­to­rej mili. Hal­so­wali na zachód, wzdłuż poro­śnię­tego cedrami gór­skiego pasma. Powoli nad­cią­gała noc.

- Chyba widzę jeźdź­ców - ode­zwała się Apsa­lar.

Skrzy­pek uniósł głowę, razem z pozo­sta­łymi wpa­tru­jąc się w sze­reg kon­nych, któ­rzy zmie­rzali bie­gną­cym grzbie­tem wznie­sie­nia przy­brzeż­nym trak­tem.

- Widzę sze­ściu - powie­dział Kalam. - Drugi z nich...

- Nie­sie impe­rialny pro­po­rzec - dokoń­czył Skrzy­pek. Wykrzy­wił twarz, czu­jąc gorzki smak w ustach. - Posła­niec z eskortą lan­sje­rów.

- Zmie­rzają do Ehr­li­tanu - dodał Kalam.

Skrzy­pek odwró­cił się i spoj­rzał w ciemne oczy towa­rzy­sza.

Kło­poty?

Być może.

Ta bez­gło­śna wymiana słów była owo­cem wielu lat wspól­nej wojaczki.

- Coś nam grozi? - zanie­po­koił się Cro­kus. - Kalam? Skrzy­pek?

Chło­pak jest bystry.

- Trudno wyczuć - mruk­nął Skrzy­pek. - Widzieli nas, ale kogo wła­ści­wie zoba­czyli? Czworo ryba­ków na barce, jakąś rodzinę ze Skrae, która pły­nie do portu, żeby zakosz­to­wać cywi­li­za­cji.

- Na połu­dnie od tych drzew jest wio­ska - stwier­dził Kalam. - Miej oko na ujście stru­mie­nia i plażę, na któ­rej nie będzie wyrzu­co­nego na brzeg drewna, Cro­kus. Domy będą stały po zawietrz­nej od grzbietu, to zna­czy w głębi lądu. Jak tam moja pamięć, Skrzy­pek?

- Cał­kiem nie­zła, jak na tubylca. Jak daleko stąd do mia­sta?

- Dzie­sięć godzin drogi na pie­chotę.

- Tak bli­sko?

- Tak bli­sko.

Skrzy­pek umilkł. Impe­rialny posła­niec znik­nął im z pola widze­nia wraz ze swą eskortą, skrę­ca­jąc na połu­dnie, w stronę Ehr­li­tanu. Wędrowcy do tej pory pla­no­wali wpły­nąć ano­ni­mowo do tłocz­nego, sta­ro­żyt­nego ehr­li­tań­skiego portu. Naj­praw­do­po­dob­niej infor­ma­cja dostar­czona przez posłańca nie miała z nimi nic wspól­nego, jako że niczym się nie zdra­dzili od czasu, gdy przy­pły­nęli z Gena­bac­kis do impe­rial­nego portu Kara­ka­rang. Zacią­gnęli się jako załoga na han­dlowy sta­tek Nie­bie­skich Moran­thów, by w ten spo­sób opła­cić prze­jazd. Z Kara­ka­rangu wyru­szyli lądową trasą wio­dącą przez góry Tal­gai do Rutu Jelba. Był to typowy szlak piel­grzy­mów Tanno. Potem spę­dzili tydzień w Rutu Jelba, sta­ra­jąc się nie rzu­cać w oczy. Tylko Kalam wybie­rał się nocą do dziel­nicy por­to­wej, szu­ka­jąc statku, który prze­wió­złby ich przez Morze Ota­ta­ra­lowe na kon­ty­nent.

W naj­gor­szym razie do jakie­goś urzęd­nika mógł dotrzeć mel­du­nek, że na mala­zań­skim tery­to­rium poja­wili się dwaj ludzie wyglą­da­jący na dezer­te­rów, w towa­rzy­stwie Gena­bac­ka­nina i kobiety. Nie była to raczej wia­do­mość, która wstrzą­snę­łaby impe­rial­nym gniaz­dem os tak bar­dzo, że dotar­łaby aż do Ehr­li­tanu. Zapewne Kalam ule­gał swej zwy­kłej para­noi.

- Widzę ujście stru­mie­nia - ode­zwał się Cro­kus, wska­zu­jąc na wybrzeże. Skrzy­pek zer­k­nął na Kalama.

To kraj nie­przy­ja­ciela. Jak nisko musimy się czoł­gać?

Niżej niż pasi­ko­niki, Skrzy­pek.

Na oddech Kap­tura.

- Nie­na­wi­dzę Sied­miu Miast - wyszep­tał saper, spo­glą­da­jąc na brzeg. Leżący na jego kola­nach Moby ziew­nął, odsła­nia­jąc pełen zestaw ostrych jak igły kłów. Skrzy­pek pobladł. - Leż sobie spo­koj­nie, malutki - powie­dział z drże­niem.

Kalam obró­cił rum­pel. Żaglem zajął się Cro­kus, który po dwu­mie­sięcz­nym rej­sie przez Głę­bię Poszu­ki­wa­cza nabrał w tym wiel­kiej bie­gło­ści. Barka sunęła swo­bod­nie z wia­trem, a wystrzę­piony żagiel pra­wie wcale nie łopo­tał. Apsa­lar poru­szyła się, nie wsta­jąc z miej­sca, roz­pro­sto­wała ramiona i uśmiech­nęła się do Skrzypka. Saper skrzy­wił się i odwró­cił wzrok.

Niech mną Pożoga potrzą­śnie. Nie mogę pozwo­lić, żeby szczęka mi opa­dała za każ­dym razem, kiedy ta dziew­czyna się uśmie­cha. Kie­dyś była kimś innym. Mor­der­czy­nią, nożem boga. Robiła różne rze­czy... Poza tym jest z Cro­ku­sem, nie? Chło­pak ma kupę szczę­ścia, a wszyst­kie kurwy w Kara­ka­rangu wyglą­dały jak fran­co­wate sio­stry z jakiejś wiel­kiej fran­co­watej rodziny, z fran­co­wa­tymi dziećmi u bio­der... Otrzą­snął się. Oj, Skrzy­pek, za długo byłeś na morzu, sta­now­czo za długo!

- Nie widzę żad­nych łodzi - stwier­dził Cro­kus.

- Są w górze stru­mie­nia - wymam­ro­tał Skrzy­pek, dłu­biąc paznok­ciem w bro­dzie w poszu­ki­wa­niu gnidy. Po chwili wycią­gnął ją i wyrzu­cił za burtę.

Dzie­sięć godzin na pie­chotę, potem Ehr­li­tan, kąpiel, gole­nie, dziew­czyna z Kansu z gęstym grze­bie­niem w ręku, a póź­niej wolna noc.

Cro­kus trą­cił go łok­ciem.

- Nie­cier­pli­wisz się, Skrzy­pek?

- Nawet nie wiesz jak bar­dzo.

- Byłeś tu pod­czas pod­boju, prawda? Kiedy Kalam wal­czył po dru­giej stro­nie, pod roz­ka­zami Sied­miu Świę­tych Falah'dów, T'lan Imas­so­wie słu­żyli cesa­rzowi, a...

- Wystar­czy. - Skrzy­pek ski­nął dło­nią. - Nie musisz mi o tym przy­po­mi­nać. Kala­mowi też nie. Wszyst­kie wojny są paskudne, ale ta była wyjąt­kowo ohydna.

- Czy to prawda, że słu­ży­łeś w kom­pa­nii, która ści­gała Szyb­kiego Bena po Świę­tej Pustyni Raraku, i że Kalam był waszym prze­wod­ni­kiem, ale on i Szybki chcieli zdra­dzić was wszyst­kich, tylko że Sójeczka się zorien­to­wał...

Skrzy­pek odwró­cił się i prze­szył Kalama wście­kłym spoj­rze­niem.

- Jedna noc spę­dzona w Rutu Jelba nad dzban­kiem falar­skiego rumu i chło­pak już wie wię­cej niż jaki­kol­wiek impe­rialny histo­ryk, który jesz­cze pozo­stał przy życiu. - Ponow­nie spoj­rzał na Cro­kusa. - Posłu­chaj, synu, lepiej zapo­mnij o wszyst­kim, co opo­wie­dział ci ten zapi­ja­czony głąb. Prze­szłość i tak już nas prze­śla­duje i nie ma sensu uła­twiać jej zada­nia.

Cro­kus prze­biegł dło­nią po swych dłu­gich, czar­nych wło­sach.

- Jeśli w Sied­miu Mia­stach jest tak nie­bez­piecz­nie, to dla­czego nie popły­niemy od razu do Quon Tali, gdzie miesz­kała Apsa­lar? - zapy­tał cicho. - Mie­li­śmy zna­leźć jej ojca. Dla­czego wybra­li­śmy się na inny kon­ty­nent i czemu aż tak się ukry­wamy?

- To nie takie pro­ste - wark­nął Kalam.

- Dla­czego? Myśla­łem, że po to jest cała ta podróż. - Cro­kus się­gnął po dłoń Apsa­lar i uści­snął ją obiema rękami, na­dal jed­nak spo­glą­dał na Kalama i Skrzypka z nie­ustę­pliwą miną. - Mówi­li­ście, że jeste­ście jej to dłużni. Zro­biono jej krzywdę i chcie­li­ście to napra­wić. Teraz jed­nak myślę, że kryje się w tym coś wię­cej, że obaj coś zapla­no­wa­li­ście, a odwie­zie­nie Apsa­lar do domu to był jedy­nie pre­tekst, żeby­ście mogli wró­cić do waszego impe­rium, mimo że ofi­cjal­nie jeste­ście wyjęci spod prawa. Nie wiem, co takiego zapla­no­wa­li­ście, ale to dla­tego przy­by­li­śmy tutaj, do Sied­miu Miast, i dla­tego musimy się ukry­wać i bać wszyst­kiego, jakby ści­gała nas cała mala­zań­ska armia. - Prze­rwał, zaczerp­nął głę­boko tchu i mówił dalej. - Mamy prawo poznać prawdę, bo nara­ża­cie nas na nie­bez­pie­czeń­stwo, a my nawet nie wiemy, co nam grozi i z jakiego powodu. No, to gadaj­cie. Słu­cham.

Skrzy­pek oparł się o nad­bur­cie i spoj­rzał na Kalama, uno­sząc brwi.

- No, kapralu? To twoja działka.

- Zrób mi listę, Skrzy­pek - pole­cił Kalam.

- Cesa­rzowa chce zdo­być Daru­dży­stan. - Saper spoj­rzał Cro­ku­sowi w oczy. - Zga­dza się?

Chło­pak po chwili waha­nia ski­nął głową.

- A jeśli cze­goś chce, to na ogół prę­dzej czy póź­niej to dostaje - cią­gnął Skrzy­pek. - Można powie­dzieć, że świad­czą o tym pre­ce­densy. Raz już pró­bo­wała zdo­być twoje mia­sto, prawda, Cro­kus? Kosz­to­wało ją to przy­boczną Lorn, dwa impe­rialne demony i lojal­ność wiel­kiej pię­ści Dujeka, nie wspo­mi­na­jąc o stra­cie Pod­pa­la­czy Mostów. To zabo­la­łoby każ­dego.

- Jasne. Ale co to ma wspól­nego...

- Nie prze­ry­waj. Kapral kazał mi zro­bić listę, to ją robię. Jak dotąd wszystko rozu­miesz? Świet­nie. Daru­dży­stan raz już się jej wymknął, ale na pewno spró­buje po raz drugi. Jeśli będzie miała szansę.

- A dla­czego mia­łaby nie mieć? - Cro­kus spoj­rzał na niego spode łba. - Sam mówi­łeś, że jeśli cze­goś chce, zwy­kle to dostaje.

- Jesteś wierny swo­jemu mia­stu, Cro­kus?

- Oczy­wi­ście...

- To zna­czy, że zro­bił­byś wszystko, żeby nie pozwo­lić cesa­rzo­wej go pod­bić?

- Tak, ale...

- Kapralu?

Skrzy­pek ponow­nie zer­k­nął na Kalama.

Krzepki czar­no­skóry męż­czy­zna ode­rwał wzrok od fal, wes­tchnął i ski­nął głową. Spoj­rzał na Cro­kusa.

- Sprawy mają się nastę­pu­jąco, chłop­cze. Czas nad­szedł. Wybie­ram się do niej w odwie­dziny.

Na twa­rzy mło­dego Daru nie było widać zro­zu­mie­nia, Skrzy­pek zauwa­żył jed­nak, że Apsa­lar wyba­łu­szyła oczy, a z jej twa­rzy odpły­nęły kolory. Dziew­czyna usia­dła pro­sto i uśmiech­nęła się pół­gęb­kiem. Na widok tego uśmie­chu Skrzypka ogar­nął chłód.

- Nie rozu­miem - powie­dział Cro­kus. - Do kogo? Do cesa­rzo­wej? Że niby jak?

- Ma zamiar spró­bo­wać ją zabić - wyja­śniła Apsa­lar, na­dal roz­cią­ga­jąc usta w uśmie­chu, który był cha­rak­te­ry­styczny dla niej dawno temu, gdy była... kimś innym.

- Co? - Cro­kus zerwał się gwał­tow­nie, omal nie wypa­da­jąc za burtę. - Ty? Przy pomocy drę­czo­nego cho­robą mor­ską sapera z poła­ma­nymi skrzyp­cami na ple­cach? Myślisz, że pomo­żemy wam w tym obłą­ka­nym, samo­bój­czym...

- Pamię­tam - ode­zwała się Apsa­lar, spo­glą­da­jąc na Kalama zmru­żo­nymi nagle oczyma.

Cro­kus zwró­cił się w jej stronę.

- Co pamię­tasz?

- Kalama. Był szty­le­tem falah'dów, a Szpon powie­rzył mu dowódz­two dłoni. To mistrz sztuki skry­to­bój­stwa, Cro­kus. A Szybki Ben...

- Jest dzie­sięć tysięcy mil stąd! - wybuch­nął Cro­kus. - To tylko mag dru­żyny, na Kap­tura! Mały, nędzny mag dru­żyny!

- Nie­zu­peł­nie - zaprze­czył Skrzy­pek. - A odle­głość nic tu nie zna­czy, synu. Szybki Ben to nasz przy­cięty kły­kieć w ręka­wie.

- Wasze co?

- Przy­cięty kły­kieć, jak w grze w kłyk­cie. Dobry szu­ler zwy­kle używa przy­cię­tego kłyk­cia, żeby oszu­ki­wać przy rzu­tach, jeśli rozu­miesz, o czym mówię. A jeśli cho­dzi o "rękaw", to jest nim grota Szyb­kiego Bena. Dzięki niej może w jedno ude­rze­nie serca zna­leźć się u boku Kalama, bez względu na to, jak daleko w danej chwili prze­bywa. Tak to wygląda, Cro­kus. Kalam ma zamiar pod­jąć taką próbę, ale musimy dobrze się przy­go­to­wać. Cała sprawa zaczyna się tutaj, w Sied­miu Mia­stach. Jeśli chcesz, by Daru­dży­stan pozo­stał wolny na zawsze, cesa­rzowa Laseen musi zgi­nąć.

Cro­kus usiadł powoli.

- Ale dla­czego Sie­dem Miast? Czy cesa­rzowa nie prze­bywa w Quon Tali?

- Dla­tego że Sie­dem Miast wkrótce powsta­nie - wyja­śnił Kalam, wpro­wa­dza­jąc łódź do ujścia stru­mie­nia. Natych­miast ogar­nął ich panu­jący na lądzie przy­tła­cza­jący skwar.

- Jak to powsta­nie?

Skry­to­bójca obna­żył zęby.

- Wybuch­nie tu bunt.

Skrzy­pek odwró­cił się szybko, by przyj­rzeć się pora­sta­ją­cym oba brzegi cuch­ną­cym zaro­ślom.

Ta część planu podoba mi się naj­mniej, pomy­ślał, czu­jąc w żołądku nagły chłód. Szybki Ben wysłał nas w pogoni za swym kolej­nym zwa­rio­wa­nym pomy­słem do kraju, w któ­rym sza­leje wojna.

Po chwili minęli zakręt i ujrzeli przed sobą wio­skę: sku­pi­sko usta­wio­nych w nie­rów­nym pół­okręgu lepia­nek oraz sze­reg ski­fów wycią­gnię­tych na piasz­czy­stą plażę. Kalam prze­su­nął lekko rum­pel i rybacka łódź skie­ro­wała się w stronę brzegu. Gdy stępka zadra­pała o dno, Skrzy­pek wygra­mo­lił się przez nad­bur­cie na suchy ląd. Moby obu­dził się i wcze­pił wszyst­kimi czte­rema koń­czy­nami w jego bluzę. Saper wypro­sto­wał się powoli, igno­ru­jąc pisz­czące stwo­rze­nie.

- No cóż - wes­tchnął, gdy pierw­szy z wio­sko­wych kun­dli obwie­ścił ich przy­by­cie - zaczęło się.

Roz­dział drugi

Po dziś dzień łatwo jest igno­ro­wać fakt, że Naczelne Dowódz­two w Are­nie roz­dzie­rały zdrady, swary, wza­jemna rywa­li­za­cja i zła wola... Twier­dzić, że [Naczelne Dowódz­two] nie zda­wało sobie sprawy z wyda­rzeń na pro­win­cji, byłoby w naj­lep­szym wypadku naiw­no­ścią, w naj­gor­szym zaś skraj­nym cyni­zmem...

Rebe­lia sha'ik Cul­la­ran

Pozo­sta­wiony na murze odcisk dłoni barwy czer­wo­nej ochry roz­pusz­czał się powoli w stru­gach desz­czu. Rdzawe stru­myczki spły­wały po zapra­wie łączą­cej cegły z palo­nej gliny. Duiker gar­bił się, by choć tro­chę osło­nić się przed rzadko spo­ty­kaną o tej porze roku ulewą. Spo­glą­dał na zni­ka­jący powoli znak, żału­jąc, że dzień nie jest suchy albo że nie natra­fił na sym­bol, nim zaczęło lać, co mogłoby mu pozwo­lić odgad­nąć, czyja dłoń pozo­sta­wiła go tutaj, na zewnętrz­nym murze sta­rego Pałacu Falah'da w samym sercu His­saru.

Liczne kul­tury Sied­miu Miast uży­wały mnó­stwa sym­boli. Ten tajny, pik­to­gra­ficzny język był pełen nie­przej­rzy­stych alu­zji, które dla tubyl­ców miały wagę ome­nów. Znaki te razem two­rzyły skom­pli­ko­wany dia­log, nie­zro­zu­miały dla Mala­zań­czy­ków. Duiker prze­by­wał tu już od wielu mie­sięcy i powoli uświa­do­mił sobie, że ta igno­ran­cja jest nie­bez­pieczna. Zbli­żał się Rok Dryjhny i wszę­dzie roz­kwi­tła cha­otyczna obfi­tość sym­boli. Każdy mur w każ­dym mie­ście stał się zwo­jem pokry­tym zna­kami taj­nego kodu. Wiatr, słońce i deszcz nie pozwa­lały im prze­trwać długo, wycie­rały kartę, by przy­go­to­wać ją na przy­ję­cie nowego prze­kazu.

Wygląda na to, że ostat­nio mają bar­dzo dużo do powie­dze­nia.

Duiker otrzą­snął się, pró­bu­jąc zła­go­dzić napię­cie mię­śni szyi i bar­ków. Wyda­wało się, że nikt w Naczel­nym Dowódz­twie nie słu­cha jego ostrze­żeń. W tych sym­bo­lach kryły się jakieś regu­lar­no­ści i wyglą­dało na to, że jest jedy­nym Mala­zań­czy­kiem, który stara się zła­mać ich kod, czy choćby zdaje sobie sprawę z tego, jak bar­dzo ryzy­kowne jest zacho­wa­nie obo­jęt­no­ści.

Nacią­gnął głę­biej kap­tur, by deszcz nie zmo­czył mu twa­rzy. Musiał w tym celu unieść na moment sze­ro­kie man­kiety telaby otwo­rami do góry i woda ście­kła mu po przed­ra­mio­nach. Ostat­nie ślady znaku znik­nęły i Duiker ponow­nie ruszył przed sie­bie.

Po bru­ko­wa­nych sto­kach wzgó­rza, na któ­rym wzno­sił się pałac, spły­wały się­ga­jące kostek stru­mie­nie wody, które następ­nie wpa­dały do rynsz­to­ków, prze­pro­wa­dzo­nych środ­kiem każ­dego zaułka i bie­gną­cej po gro­bli ulicy w mie­ście. Naprze­ciwko potęż­nego muru pała­co­wego okla­płe mar­kizy zwi­sały nad maleń­kimi klit­kami skle­pi­ków. Kupcy o skwa­szo­nych obli­czach, sie­dzący w zim­nych, osło­nię­tych przed słoń­cem dziu­rach w murze, które peł­niły funk­cję wystaw skle­po­wych, śle­dzili wzro­kiem Duikera.

Pomi­ja­jąc zabie­dzone osły i od czasu do czasu konia z sio­dło­wato wygię­tym grzbie­tem, ulice były pra­wie zupeł­nie puste. Mimo że nie­kiedy docie­rały tu zabłą­kane prądy mor­skie z Morza Sahul­skiego, mia­sto His­sar zostało zro­dzone z pustyń i suchych ste­pów. Choć było impe­rial­nym por­tem, a teraz rów­nież cen­tral­nym rejo­nem lądo­wa­nia wojsk, wszy­scy jego miesz­kańcy odwra­cali się w duchu ple­cami do morza.

Duiker zosta­wił za sobą sta­ro­żytne budynki i wąskie zaułki, które cia­snym pier­ście­niem ota­czały pałac, i wyszedł na Kolum­nadę Dryjhny, aleję prze­szy­wa­jącą serce His­saru pro­sto niczym włócz­nia. Rosnące po obu stro­nach trasy dla powo­zów gul­din­dhy koły­sały się na wie­trze, a deszcz bęb­nił o ich liście koloru ochry. Dalej cią­gnęły się zie­lone ogrody wcho­dzące w skład posia­dło­ści boga­tych oby­wa­teli. Na ogół nie ota­czały ich mury, by gapie mogli podzi­wiać je do woli. Ulewa pozry­wała kwiaty z krze­wów i kar­ło­wa­tych drzew, pokry­wa­jąc bru­ko­wane ścieżki bia­łymi, czer­wo­nymi i różo­wymi płat­kami.

Histo­ryk pochy­lił się, gdy nagły powiew wichru przy­ci­snął mu płaszcz do pra­wego boku. Woda na jego ustach miała słony smak, co było jedyną wska­zówką świad­czącą, że tysiąc kro­ków na prawo od niego znaj­duje się gniewne morze. W miej­scu, gdzie ulica, któ­rej nadano nazwę Sztormu Apo­ka­lipsy, zwę­żała się nagle, trasa dla powo­zów zmie­niała się w błot­ni­stą ścieżkę, usianą kawał­kami bru­kow­ców i gli­nia­nych naczyń, a wyso­kie, ongiś kró­lew­skie drzewa orze­chowe ustę­po­wały miej­sca kar­ło­wa­tym pustyn­nym krze­wom. Zmiana była tak rap­towna, że nim Duiker zorien­to­wał się, że dotarł do gra­nic mia­sta, zdą­żył wleźć po łydki w zapa­sku­dzoną łaj­nem wodę. Pod­niósł wzrok, mru­żąc powieki, by osło­nić oczy przed desz­czem.

Po jego lewej stro­nie, led­wie widoczny przez strugi wody, wzno­sił się kamienny mur Impe­rial­nych Koszar. Zza wyso­kich for­ty­fi­ka­cji wydo­by­wały się smużki dymu. Po pra­wej, znacz­nie bli­żej Duikera, widać było cha­otyczne sku­pi­sko namio­tów z nie­wy­pra­wio­nych skór, a także koni, wiel­błą­dów i wozów. Obo­zo­wali tu kupcy, nie­dawno przy­byli z Sialk Odhan.

Histo­ryk owi­nął się cia­śniej płasz­czem i ruszył w stronę obozu. Ulewa bęb­niła tak gło­śno, że towa­rzy­szące ple­mie­niu psy nie usły­szały jego kro­ków. Duiker wszedł na wąską, błot­ni­stą ścieżkę, która bie­gła mię­dzy bez­ład­nie poroz­rzu­ca­nymi namio­tami. Zatrzy­mał się na skrzy­żo­wa­niu dróg. Naprze­ciwko niego stał wielki, upstrzony mie­dzia­nymi pla­mami namiot o ścia­nach pokry­tych gęstą plą­ta­niną malo­wa­nych sym­boli. Spomię­dzy poł wydo­by­wały się smużki dymu. Duiker prze­szedł przez skrzy­żo­wa­nie i po chwili waha­nia uniósł płachtę, by wejść do środka.

W uszy histo­ryka ude­rzył dono­śny ryk, nie­siony przez falę gorą­cego, par­nego powie­trza. Duiker zatrzy­mał się, by strzą­snąć wodę z płasz­cza. Ze wszyst­kich stron dobie­gały krzyki, prze­kleń­stwa i śmie­chy. W powie­trzu uno­siła się woń dur­han­go­wego dymu i kadzi­dła, pie­czo­nego mię­siwa, kwa­śnego wina i słod­kiego ale. Histo­ryk rozej­rzał się wokół. Po lewej, gdzie zebrała się grupka hazar­dzi­stów, sły­chać było brzęk wrzu­ca­nych do garn­ków monet, z przodu zaś przez tłum szybko wędro­wał tapu, który w obu rękach trzy­mał żela­zne rożny dłu­go­ści czte­rech stóp, pełne pie­czy­stego i owo­ców. Duiker wezwał han­dla­rza okrzy­kiem, uno­sząc rękę, by zwró­cić na sie­bie jego uwagę. Tapu ruszył ku niemu.

- Przy­się­gam, to kozina! - wołał w nad­mor­skim dia­lek­cie debrahl­skiego. - Kozina, nie psina, dosiń­czyku! Pową­chaj sobie. Tylko obrzy­nek za taki sma­ko­wity posi­łek! W Dosin Pali niczego nie kupił­byś tak tanio!

Duiker pocho­dził z rów­nin Dal Hon i jego ciemna skóra nie róż­niła się odcie­niem od kar­na­cji miej­sco­wych Debrah­lów, miał na sobie żeglar­ską telabę noszoną przez kup­ców z poło­żo­nego na wyspie mia­sta Dosin Pali i posłu­gi­wał się ich języ­kiem bez śladu akcentu. Wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu na zapew­nie­nia tapu.

- Psinę bym kupił, tapu­ha­ralu. - Wydo­był dwa miej­scowe pók­się­życe, odpo­wied­niki mało war­tych "obrzyn­ków" impe­rial­nych jakata. - A jeśli ci się zdaje, że Mezla na wyspie chęt­niej roz­stają się ze sre­brem, to jesteś głup­cem albo i gorzej!

Zanie­po­ko­jony tapu zdjął z jed­nego z roż­nów kawał ocie­ka­ją­cego sokiem mięsa oraz dwie mięk­kie bursz­ty­nowe kule owo­ców, po czym owi­nął je w liście.

- Strzeż się mezlań­skich szpie­gów, dosiń­czyku - wymam­ro­tał. - Sens słów można wypa­czyć.

- Słowa to ich jedyny język - odparł Duiker ze wzgardą w gło­sie, przyj­mu­jąc jedze­nie. - Czy to prawda, że mezlań­ską armią dowo­dzi teraz bar­ba­rzyńca z bli­zną?

- Czło­wiek o twa­rzy demona, dosiń­czyku. - Tapu pokrę­cił głową. - Nawet Mezla się go boją. - Scho­wał pół­księ­życe do kie­szeni i ruszył w dal­szą drogę. - Kozina, nie psina! - zawo­łał ponow­nie, wyma­chu­jąc roż­nami nad głową.

Duiker dopchał się do ściany namiotu i oparł się o nią ple­cami, obser­wu­jąc tłum. Jadł na spo­sób tubyl­ców, szybko i nie­chluj­nie. Miej­scowe przy­sło­wie mówiło: "Każdy posi­łek jest twoim ostat­nim", co było cel­nym stresz­cze­niem filo­zo­fii Sied­miu Miast. Tłuszcz pokry­wał twarz histo­ryka i ska­py­wał mu z pal­ców. Skoń­czyw­szy jeść, Duiker rzu­cił liście na błot­ni­stą zie­mię i dotknął czoła w zaka­za­nym przez oku­pan­tów rytu­al­nym geście wdzięcz­no­ści wobec falah'da, któ­rego kości gniły teraz w ile Zatoki His­sar­skiej. Następ­nie skie­ro­wał spoj­rze­nie na krąg sta­rych męż­czyzn sto­ją­cych za hazar­dzi­stami. Ruszył w ich stronę, wycie­ra­jąc dło­nie o uda.

Gapie ota­czali Krąg Pór Roku, w któ­rym dwóch zwró­co­nych do sie­bie twa­rzami jasno­wi­dzów roz­ma­wiało ze sobą w skom­pli­ko­wa­nym tańcu gestów, będą­cym sym­bo­licz­nym języ­kiem wróżb. Duiker wepchnął się do szpa­leru i zoba­czył ich obu: zgrzy­bia­łego sza­mana, któ­rego naje­żona srebr­nymi haczy­kami i pozszy­wana rze­my­kami twarz świad­czyła, że jest Sem­kiem, człon­kiem ple­mie­nia żyją­cego daleko w głębi kon­ty­nentu, oraz mniej wię­cej pięt­na­sto­let­niego chłopca, który zamiast oczu miał dwie brzydko zabliź­nione dziury. Cien­kie koń­czyny i wydęty brzuch świad­czyły o zaawan­so­wa­nym sta­dium nie­do­ży­wie­nia. Duiker instynk­tow­nie zro­zu­miał, że chło­pak stra­cił rodzinę pod­czas mala­zań­skiego pod­boju i wege­to­wał potem na uli­cach i w zauł­kach His­saru. Tam też zna­leźli go orga­ni­za­to­rzy Kręgu, albo­wiem powszech­nie wie­dziano, że za pośred­nic­twem takich udrę­czo­nych dusz zwy­kli prze­ma­wiać bogo­wie.

Wśród gapiów trwała pełna napię­cia cisza, co prze­ko­nało histo­ryka, że wróżba ma w sobie moc. Choć chło­pak był ślepy, poru­szał się tak, by kie­ro­wać twarz na wprost ku sem­kow­skiemu jasno­wi­dzowi, który tań­czył powoli na bia­łym pia­sku, zacho­wu­jąc abso­lutne mil­cze­nie. Obaj wycią­gali ku sobie dło­nie, kre­śląc w powie­trzu jakiś wzór.

Duiker trą­cił łok­ciem sto­ją­cego obok męż­czy­znę.

- Co prze­po­wie­dziano? - wyszep­tał.

Nie­zna­jomy - przy­sa­dzi­sty tuby­lec, który miał na obu policz­kach szpe­cące ślady po opa­rze­niach, nie­udol­nie masku­jące bli­zny sta­rego pułku his­sar­skiego - syk­nął ostrze­gaw­czo przez zabar­wione dur­han­giem zęby:

- Ni mniej, ni wię­cej, tylko ducha Dryjhny. Ich dło­nie nakre­śliły jego zarys. Wszy­scy tu ujrzeli wid­mową zapo­wiedź ognia.

Duiker wes­tchnął.

- Gdy­bym tylko mógł to zoba­czyć...

- Zoba­czysz. Patrz, znowu!

Histo­ryk zauwa­żył, że tań­czące dło­nie doty­kają nie­wi­dzial­nej postaci, zosta­wia­jąc za sobą migo­tliwe plamy czer­wo­na­wego świa­tła, łunę przy­wo­dzącą na myśl ludzką postać, która powoli sta­wała się coraz wyraź­niej­sza. Kobietę o ciele z ognia. Unio­sła ramiona i na jej nad­garst­kach roz­bły­sło coś, co przy­po­mi­nało żelazo. Dołą­czyła do tań­czą­cych, wijąc się i wiru­jąc mię­dzy jasno­wi­dzami.

Chło­pak odrzu­cił nagle głowę w tył i z jego ust wydo­były się słowa brzmiące jak zgrzyt kru­szo­nych kamieni:

- Dwie sza­le­jące fon­tanny krwi! Twa­rzą w twarz. Ich krew jest ta sama, obie są tym samym, a brzegi Raraku obmyją słone fale. Święta Pusty­nia pamięta swą prze­szłość!

Widmo kobiety znik­nęło. Chło­pak runął twa­rzą na pia­sek, sztywny jak deska. Semk przy­kuc­nął, opie­ra­jąc dłoń na jego gło­wie.

- Połą­czył się z rodziną - oznaj­mił stary sza­man, mącąc ciszę. - Przy­znano mu łaskę Dryjhny, naj­rzad­szy z darów.

Twar­dzi koczow­nicy pła­kali, inni padali na kolana. Wstrzą­śnięty Duiker wyco­fał się z coraz cia­śniej­szego kręgu. Zamru­gał, by usu­nąć pot z oczu, i nagle poczuł, że ktoś go obser­wuje. Rozej­rzał się. Po dru­giej stro­nie namiotu stała postać odziana w czarne skóry. Jej twarz kryła się pod kap­tu­rem uszy­tym na kształt koziej głowy. Po chwili nie­zna­jomy odwró­cił wzrok. Duiker szybko zszedł mu z oczu, kie­ru­jąc się w stronę wyj­ścia.

Cywi­li­za­cja Sied­miu Miast była sta­ro­żytna i długa histo­ria sta­no­wiła źró­dło jej siły. Dawno temu po wszyst­kich kupiec­kich trak­tach, wszyst­kich ście­ży­nach, wszyst­kich zagi­nio­nych dziś dro­gach łączą­cych ze sobą zapo­mniane miej­sca cho­dziły tu Ascen­denty. Powia­dano, że tutej­sze pia­ski gro­ma­dzą moc w swych szem­rzą­cych prą­dach, że każdy kamień nasiąk­nął cza­rami niczym krwią i że pod każ­dym mia­stem ukry­wają się ruiny nie­zli­czo­nych daw­niej­szych gro­dów, się­ga­jące aż do cza­sów samego Pierw­szego Impe­rium. Mówiono, że każde mia­sto wznosi się tu na ple­cach duchów, na war­stwach ducho­wej sub­stan­cji, gru­bych jak złoża zmiaż­dżo­nej kości, że pod ich uli­cami ni­gdy nie cichną płacz, śmiech, krzyki i nawo­ły­wa­nia han­dla­rzy, że wiecz­nie trwają tam targi i modli­twy, że cały czas sły­szy się pierw­sze odde­chy zapo­wia­da­jące życie oraz ostat­nie tchnie­nia zna­mio­nu­jące śmierć. Pod bru­kiem kryły się sny, mądrość, głu­pota, obawy, gniew, żal, żądza, miłość i gorzka nie­na­wiść.

Histo­ryk wyszedł w deszcz, wcią­ga­jąc w płuca głę­bo­kie hau­sty czy­stego, chłod­nego powie­trza. Znowu owi­nął się płasz­czem.

Nawet jeśli najeźdźcy wdarli się na mury mia­sta, zabili wszyst­kich miesz­kań­ców i prze­jęli na wła­sność ich posia­dło­ści, domy oraz sklepy, i tak wła­dali jedy­nie cienką powłoką teraź­niej­szo­ści i kry­jące się pod powierzch­nią duchy pew­nego dnia przy­wiodą ich do zguby, czy­niąc z nich kolejną przej­ściową war­stwę.

Tego wroga ni­gdy nie zdo­łamy poko­nać, myślał Duiker. Mimo to histo­ria pełna jest opo­wie­ści o takich, któ­rzy raz za razem rzu­cali mu wyzwa­nie. Być może zwy­cię­stwo nie polega na tym, by go roz­bić. Może trzeba się do niego przy­łą­czyć, stać się z nim jed­no­ścią. Cesa­rzowa przy­słała nową pięść, by skru­szyć nie­spo­kojne stu­le­cia histo­rii. Czy naprawdę zapo­mniała o Col­ta­inie, jak to suge­ro­wa­łem Mal­lic­kowi Relowi, czy też po pro­stu trzy­mała go w goto­wo­ści niczym broń wykutą z myślą o kon­kret­nym zada­niu?

Duiker opu­ścił teren obo­zo­wi­ska, ponow­nie kuląc się w stru­gach sie­ką­cej ulewy. Maja­czyły przed nim bramy Impe­rial­nych Koszar. Być może przed upły­wem godziny pozna odpo­wie­dzi na część swych pytań. Miał się spo­tkać z Col­ta­ine'em z Klanu Wron.

Prze­do­stał się przez pełną kolein drogę, bro­dząc w wypeł­nia­ją­cych zagłę­bie­nia kału­żach, po czym wspiął się na błot­ni­sty stok, pod­cho­dząc do wieży bram­nej.

Gdy zbli­żył się do wąskiego bocz­nego wej­ścia, drogę zagro­dziło mu dwóch zakap­tu­rzo­nych war­tow­ni­ków.

- Dzi­siaj nie przyj­mu­jemy pety­cji, dosiń­czyku - oznaj­mił jeden z mala­zań­skich żoł­nie­rzy. - Przyjdź jutro.

Duiker roz­piął płaszcz i roz­chy­lił go, odsła­nia­jąc przy­pięty do bluzy impe­rialny dia­dem.

- Pięść zwo­łał radę, prawda?

Obaj żoł­nie­rze zasa­lu­to­wali i usu­nęli się mu z drogi. Na twa­rzy tego, który przed­tem się ode­zwał, Duiker ujrzał teraz prze­pra­sza­jący uśmiech.

- Nie wie­dzie­li­śmy, że jesteś z tym dru­gim - rzekł.

- Z jakim dru­gim?

- Przy­szedł parę minut temu.

- Ach, oczy­wi­ście.

Duiker ski­nął głową do obu męż­czyzn, po czym wszedł do środka. Na kamien­nej pod­ło­dze kory­ta­rza widać było ślady pary ubło­co­nych moka­sy­nów. Zmarsz­czył brwi, wycho­dząc na dzie­dzi­niec. Wzdłuż muru po lewej bie­gło zada­szone przej­ście, pro­wa­dzące do bocz­nej bramy w przy­sa­dzi­stym, zapro­jek­to­wa­nym bez krzty wyobraźni budynku dowódz­twa. Ponie­waż Duiker i tak był już mokry, posta­no­wił przejść przez podwórko, pro­sto do głów­nego wej­ścia. Po dro­dze zauwa­żył, że ten, kto przy­szedł przed nim, postą­pił tak samo. Odci­ski stóp, jakie pozo­sta­wił w błot­ni­stej ziemi, świad­czyły, że miał koślawe nogi. Histo­ryk zasę­pił się jesz­cze bar­dziej.

Przy wej­ściu Duikera przy­wi­tał kolejny war­tow­nik, który zapro­wa­dził go do sali narad. Zbli­ża­jąc się do dwu­skrzy­dło­wych drzwi, histo­ryk zer­k­nął na pod­łogę w poszu­ki­wa­niu śla­dów swego poprzed­nika, nie było ich tam jed­nak. Naj­wy­raź­niej przy­bysz udał się do jakiejś innej kom­naty. Duiker wzru­szył ramio­nami i otwo­rzył drzwi.

Sala narad była niskim pomiesz­cze­niem o nie­otyn­ko­wa­nych kamien­nych ścia­nach pocią­gnię­tych białą farbą. Domi­no­wał nad nią długi mar­mu­rowy stół, który pod nie­obec­ność krze­seł wyda­wał się dziw­nie nie­kom­pletny. Obecni byli już Mal­lick Rel, Kulp, Col­ta­ine i jesz­cze jeden wic­kań­ski ofi­cer. Wszy­scy zwró­cili głowy w stronę histo­ryka. Rel uniósł brwi w wyra­zie lek­kiego zasko­cze­nia. Naj­wy­raź­niej nie wie­dział, że Col­ta­ine zapro­sił rów­nież Duikera. Czy nowa pięść z pre­me­dy­ta­cją mu o tym nie powie­dział, chcąc wytrą­cić go z rów­no­wagi? Po chwili zasta­no­wie­nia histo­ryk odrzu­cił tę myśl. Zapewne był to sku­tek braku orga­ni­za­cji w nowym dowódz­twie.

Krze­sła celowo wynie­siono stąd przed spo­tka­niem, o czym świad­czyły ślady ich nóg widoczne w pokry­wa­ją­cym pod­łogę bia­łym pyle. Mal­lick Rel i Kulp czuli się wyraź­nie skrę­po­wani, nie wie­dząc, gdzie sta­nąć i jaką pozy­cję przy­jąć. Jhi­stal­ski kapłan Maela prze­stę­po­wał z nogi na nogę, a zle­wa­jący mu czoło pot lśnił w jaskra­wym świe­tle sto­ją­cych na stole lamp. Dło­nie skrył w ręka­wach. Kulp spra­wiał wra­że­nie, że chęt­nie oparłby się o ścianę, ale nie był pewien, jak Wic­ka­nie zare­agują na tak swo­bodne zacho­wa­nie.

Uśmie­cha­jąc się w duchu, Duiker zdjął ocie­ka­jący wodą płaszcz i powie­sił go na sta­rym uchwy­cie pochodni w pobliżu drzwi. Potem odwró­cił się w stronę nowej pię­ści. Col­ta­ine stał przy bliż­szym końcu stołu. Ofi­cer - spo­glą­da­jący spode łba wete­ran, któ­rego sze­roka, pła­ska twarz wyglą­dała tak, jakby skła­dała się wokół uko­śnej bli­zny bie­gną­cej od pra­wej kra­wę­dzi żuchwy do lewej czę­ści czoła - zatrzy­mał się u jego lewego boku.

- Jestem Duiker - oznaj­mił nowo przy­były. - Histo­ryk impe­rialny. - Pokło­nił się płytko. - Witaj w His­sa­rze, pię­ści.

Z bli­ska widziało się na twa­rzy wodza Klanu Wron ślady czter­dzie­stu lat spę­dzo­nych na Rów­ni­nie Wic­kań­skiej leżą­cej na pół­nocy Quon Tali. Szczu­płe, nie­prze­nik­nione obli­cze zryły głę­bo­kie bruzdy, które ota­czały sze­ro­kie usta o wąskich war­gach oraz zazna­czały się w kąci­kach ciem­nych, głę­boko osa­dzo­nych oczu. Na plecy opa­dały mu nasma­ro­wane oliwą war­ko­cze, ozdo­bione fety­szami z wro­nich piór. Był wysoki, na koszulę z nie­wy­pra­wio­nej skóry nacią­gnął sfa­ty­go­waną kol­czugę, a z jego sze­ro­kich ramion opa­dał się­ga­jący kolan płaszcz z wro­nich piór. Na nogach miał ochra­nia­cze, przy­tro­czone do bio­der sznur­kami ze zwie­rzę­cych wnętrz­no­ści. Spod lewej pachy wysta­wał mu długi nóż o rogo­wej ręko­je­ści.

Uniósł głowę w odpo­wie­dzi na słowa Duikera.

- Kiedy widzia­łem cię ostat­nio, leża­łeś drę­czony gorączką na oso­bi­stej pry­czy cesa­rza i wyda­wało się, że lada moment przej­dziesz przez bramy Zakap­tu­rzo­nego - rzekł z ochry­płym wic­kań­skim akcen­tem. - To Bult był tym mło­dym wojow­ni­kiem, któ­rego lanca roz­pruła ci brzuch. W nagrodę żoł­nierz imie­niem Dujek nazna­czył mu twarz mie­czem.

Col­ta­ine odwró­cił się powoli i uśmiech­nął do sto­ją­cego obok niego Wic­ka­nina o obli­czu prze­cię­tym bli­zną.

Posi­wiały jeź­dziec spoj­rzał na Duikera z miną rów­nie zło­wrogą jak poprzed­nio. Po chwili potrzą­snął głową i zaczerp­nął tchu.

- Pamię­tam męż­czy­znę bez broni. To wła­śnie powstrzy­mało w ostat­niej chwili moją lancę. Pamię­tam miecz Dujeka, który pozba­wił mnie urody w tej samej chwili, gdy zęby mojego wierz­chowca zmiaż­dżyły mu rękę. Pamię­tam, że chi­rur­dzy mu ją potem ucięli, bo koń­ski oddech zapa­sku­dził ranę. Szcze­rze mówiąc, zamiana nie była dla mnie korzystna, bo brak ręki nie prze­szko­dził Duje­kowi w zro­bie­niu wspa­nia­łej kariery, a ja wsku­tek oszpe­ce­nia zosta­łem z tylko jedną żoną, którą już mia­łem.

- Czy przy­pad­kiem nie była twoją sio­strą, Bult?

- To prawda, Col­ta­ine. Była też ślepa.

Obaj Wic­ka­nie umil­kli. Jeden marsz­czył brwi, a drugi spo­glą­dał spode łba.

Sto­jący z boku Kulp wydał odgłos, który brzmiał jak zdła­wione chrząk­nię­cie. Duiker uniósł powoli brwi.

- Przy­kro mi, Bult - odparł. - Choć bra­łem udział w tej bitwie, nie przy­po­mi­nam sobie ani Col­ta­ine'a, ani cie­bie. Zresztą nie widzę, byś poniósł jakiś szcze­gólny uszczer­bek na uro­dzie.

Wete­ran ski­nął głową.

- Fak­tycz­nie, trzeba się przyj­rzeć uważ­nie.

- Być może nad­szedł już czas, by skoń­czyć z tą zabawną wymianą uprzej­mo­ści i roz­po­cząć obrady - ode­zwał się Mal­lick Rel.

- Kiedy będę gotowy - rzu­cił od nie­chce­nia Col­ta­ine, na­dal spo­glą­da­jąc na Duikera.

Bult chrząk­nął.

- Powiedz mi, histo­ryku, co ci przy­szło do głowy, że przy­łą­czy­łeś się do bitwy, nie mając broni?

- Być może stra­ci­łem ją w zamie­sza­niu.

- Tak nie było. Nie mia­łeś pasa, pochwy ani tar­czy.

Duiker wzru­szył ramio­nami.

- Jeśli mam spi­sy­wać histo­rię tego impe­rium, muszę być tam, gdzie się ona doko­nuje.

- Czy zapi­su­jąc kro­niki oddzia­łów Col­ta­ine'a, wyka­żesz się rów­nie lek­ko­myśl­nym zapa­łem?

- Zapa­łem? Och tak, z pew­no­ścią. Jeśli jed­nak cho­dzi o lek­ko­myśl­ność, to, nie­stety, nie jestem już tak odważny jak ongiś. - Duiker wes­tchnął. - W dzi­siej­szych cza­sach nie wybie­ram się na bitwę bez zbroi, krót­kiego mie­cza i tar­czy. A także hełmu. Do tego ota­czają mnie straż­nicy i sta­ram się trzy­mać w odle­gło­ści kilku mil od ognia walki.

- Wiek dodał ci mądro­ści - zauwa­żył Bult.

- Oba­wiam się, że w nie­któ­rych spra­wach nie­zbyt wiele. - Zwró­cił się w stronę Col­ta­ine'a. - Ośmielę się słu­żyć ci radą, pię­ści.

- Budzi to twoje obawy, gdyż usły­szę od cie­bie rze­czy, które mi nie przy­padną do gustu - stwier­dził Col­ta­ine, prze­no­sząc spoj­rze­nie na Mal­licka Rela. - I być może, usły­szaw­szy je, roz­każę Bul­towi, by tym razem uśmier­cił cię na dobre. To wiele mi mówi o sytu­acji w Are­nie - dokoń­czył.

- Nie wiem o niej za dużo - przy­znał Duiker, czu­jąc, jak pod bluzą ścieka mu pot. - Ale o tobie wiem jesz­cze mniej, pię­ści.

Twarz Col­ta­ine'a nie zmie­niła wyrazu. Pięść przy­po­mi­nał Duike­rowi kobrę, która pro­stuje się przed nim powoli, prze­szy­wa­jąc go zim­nym, nie­ru­cho­mym spoj­rze­niem.

- Mam pyta­nie - ode­zwał się Mal­lick Rel. - Czy rada już się roz­po­częła?

- Jesz­cze nie - odpo­wie­dział powoli Col­ta­ine. - Cze­kamy na mojego czar­no­księż­nika.

Kapłan Maela zaczerp­nął rap­tow­nie tchu. Sto­jący z boku Kulp postą­pił krok naprzód.

Duike­rowi zaschło nagle w gar­dle. Odchrząk­nął.

- Czy to nie na roz­kaz cesa­rzo­wej, w pierw­szym roku jej pano­wa­nia, wszyst­kich wic­kań­skich czar­no­księż­ni­ków, hmm, wyła­pano? Czy potem nie doszło do maso­wej egze­ku­cji? Przy­po­mi­nam sobie, że widzia­łem na zewnętrz­nych murach Unty...

- Konali wiele dni - ode­zwał się Bult. - Wisieli na żela­znych szpi­kul­cach, dopóki wrony nie przy­le­ciały po ich dusze. Pro­wa­dzi­li­śmy na mury miej­skie nasze dzieci, żeby zoba­czyły star­szy­znę ple­mienną, któ­rej odbie­rano życie na roz­kaz krót­ko­wło­sej kobiety. Nazna­czy­li­śmy je bli­znami pamięci, żeby prawda żyła dalej.

- To była ta sama cesa­rzowa, któ­rej teraz słu­ży­cie - zauwa­żył Duiker, patrząc Col­ta­ine'owi pro­sto w twarz.

- Krót­ko­włosa kobieta nic nie wie o wic­kań­skich zwy­cza­jach - wyja­śnił Bult. - Wrony, które nosiły w sobie dusze naj­więk­szych czar­no­księż­ni­ków, wró­ciły do naszego ludu, by dać im moż­li­wość powtór­nych naro­dzin. W ten spo­sób odzy­ska­li­śmy moc naszej star­szy­zny.

Wtem otwo­rzyły się boczne drzwi, któ­rych Duiker dotąd nie zauwa­żył. Do pokoju weszła wysoka, krzy­wo­noga postać. Jej twarz ukry­wał kap­tur o kształ­cie koziej głowy, który teraz zdjęła, odsła­nia­jąc gładką twarz naj­wy­żej dzie­się­cio­let­niego chłopca. Jego ciemne oczy spoj­rzały w oczy histo­ryka.

- To jest Sormo E'nath - przed­sta­wił go Col­ta­ine.

- Sormo E'nath był star­cem i stra­cono go w Uncie - wark­nął Kulp. - Był naj­po­tęż­niej­szym z czar­no­księż­ni­ków i cesa­rzowa upew­niła się, że nie uciekł. Powia­dają, że umie­rał na murze jede­na­ście dni. To nie jest Sormo E'nath. To tylko chło­piec.

- Jede­na­ście dni - mruk­nął Bult. - Jego duszy nie mogła pomie­ścić jedna wrona. Codzien­nie przy­la­ty­wał nowy ptak, aż zabrały ją całą. Jede­na­ście dni, jede­na­ście wron. Taka była moc Sorma, jego wola życia i w taki spo­sób zaszczy­ciły go czar­no­skrzy­dłe duchy. Przy­le­ciało po niego jede­na­ście. Jede­na­ście.

- Pra­dawne czary - wyszep­tał Mal­lick Rel. - Wzmianki o podob­nych spra­wach można zna­leźć w naj­bar­dziej sta­ro­żyt­nych zwo­jach. Ten chło­piec nazywa się Sormo E'nath. Czy naprawdę jest ponow­nie naro­dzo­nym czar­no­księż­ni­kiem?

- Rhi­vij­czycy z Gena­bac­kis mają podobne wie­rze­nia - zauwa­żył Duiker. - Wie­rzą, że nowo naro­dzone dziecko może się stać naczy­niem dla duszy, która nie prze­szła przez Bramy Kap­tura.

- Jestem Sormo E'nath, który nosi w swym mostku wspo­mnie­nie o żela­znym szpi­kulcu - ode­zwał się chło­piec. Jego głos był piskliwy, lecz zała­my­wał się już na progu męsko­ści. - Przy moim poro­dzie asy­sto­wało jede­na­ście wron. - Zsu­nął z ramion płaszcz, który zawisł mu na ple­cach. - Obser­wo­wa­łem dziś rytuał wró­że­nia i zauwa­ży­łem w tłu­mie histo­ryka Duikera. Wspól­nie ujrze­li­śmy wizję zesłaną przez ducha o wiel­kiej mocy, ducha, któ­rego twarz jest jedną z wielu. Ów duch zapo­wia­dał arma­ge­don.

- Widzia­łem to samo co on - potwier­dził Duiker. - W obo­zie kara­wany kupiec­kiej pod mia­stem.

- Nie roz­po­znali w tobie Mala­zań­czyka? - zain­te­re­so­wał się Mal­lick.

- Dobrze mówi w ple­mien­nym języku - wyja­śnił Sormo. - I wyko­nuje gesty zna­mio­nu­jące nie­na­wiść do impe­rium. Wygląda na tyle prze­ko­nu­jąco, że tubylcy dają się nabrać. Powiedz mi, histo­ryku, czy byłeś już kie­dyś świad­kiem podob­nych wróżb?

- Nie tak... oczy­wi­stych - przy­znał Duiker. - Widzia­łem jed­nak wystar­cza­jąco wiele, by dostrzec nara­sta­jący impet. Nowy rok przy­nie­sie nam bunt.

- To śmiała teza - wtrą­cił Mal­lick Rel. Wes­tchnął gło­śno wyraź­nie nie­za­do­wo­lony z tego, że musi stać. - Nowa pięść powi­nien ostroż­nie trak­to­wać tego rodzaju zapew­nie­nia. W tym kraju pro­roctw jest wiele, podob­nie jak wielu jest miesz­kań­ców. Owa liczeb­ność umniej­sza ich wia­ry­god­ność. Od cza­sów mala­zań­skiego pod­boju co roku w Sied­miu Mia­stach zapo­wia­dano rebe­lię. I co z tego wyni­kło? Nic.

- Kapłan ma ukryte motywy - ode­zwał się Sormo.

Duiker wstrzy­mał nagle oddech.

Okrą­gła, spo­cona twarz Mal­licka Rela zbie­lała.

- Wszy­scy je mają - odrzekł Col­ta­ine, jakby chciał zlek­ce­wa­żyć słowa czar­no­księż­nika. - Usły­sza­łem słowa ostrze­że­nia i słowa uspo­ko­je­nia. Panuje mię­dzy nimi rów­no­waga. A oto co ja mam do powie­dze­nia. Mag, który ma ochotę oprzeć się o kamienną ścianę, widzi we mnie żmiję w swym posła­niu. Jego strach przede mną wiele mówi o żoł­nier­zach Siód­mej Armii. - Pięść splu­nął na pod­łogę, wykrzy­wia­jąc wście­kle twarz. - Nic mnie nie obcho­dzą ich uczu­cia. Jeśli będą słu­chać moich roz­ka­zów, ja rów­nież ich nie zawiodę. W prze­ciw­nym razie wyrwę im serca z piersi. Sły­sza­łeś, kadrowy magu?

Kulp spo­glą­dał na niego wil­kiem.

- Sły­sza­łem.

- Przy­by­łem tu po to, by prze­ka­zać roz­kazy wiel­kiej pię­ści Pormqu­ala... - Głos Rela brzmiał nie­mal piskli­wie.

- Przed jego ofi­cjal­nym powi­ta­niem czy po nim?

Duiker natych­miast poża­ło­wał swych słów, mimo że Bult wybuch­nął ochry­płym śmie­chem.

Mal­lick Rel wypro­sto­wał się w odpo­wie­dzi.

- Wielka pięść Pormqual wita pięść Col­ta­ine'a w Sied­miu Mia­stach i życzy mu suk­ce­sów w dowo­dze­niu nową armią. Siódma Armia jest jedną z trzech począt­ko­wych armii Impe­rium Mala­zań­skiego i wielka pięść jest prze­ko­nany, że pięść Col­ta­ine uho­no­ruje jej chwa­lebną histo­rię.

- Nic mnie nie obcho­dzi repu­ta­cja - stwier­dził Col­ta­ine. - Ludzi sądzi się po czy­nach. Mów dalej.

- Wielka pięść Pormqual pro­sił mnie, bym prze­ka­zał jego roz­kazy pię­ści Col­ta­ine'owi - cią­gnął drżą­cym gło­sem Rel. - Admi­rał Nok ma wypły­nąć z His­saru, gdy tylko uzu­pełni zapasy, i natych­miast poże­glo­wać do Arenu. Pięść Col­ta­ine ma roz­po­cząć przy­go­to­wa­nia do wymar­szu drogą lądową... do Arenu. Wielka pięść pra­gnie doko­nać prze­glądu Siód­mej Armii, nim osta­tecz­nie zde­cy­duje o jej dys­lo­ka­cji. - Kapłan wydo­był spod szat zwi­nięty zwój i poło­żył go na stole. - Tak brzmią roz­kazy wiel­kiej pię­ści.

Twarz Col­ta­ine'a pociem­niała w wyra­zie nie­smaku. Skrzy­żo­wał ramiona i osten­ta­cyj­nie odwró­cił się ple­cami do Mal­licka Rela.

Bult roze­śmiał się ponuro.

- Wielka pięść pra­gnie doko­nać prze­glądu armii. Zapewne wielka pięść ma na swe roz­kazy wiel­kiego maga, a być może rów­nież dłoń Szponu? Jeśli chce sobie obej­rzeć woj­ska Col­ta­ine'a, może tu przy­być przez grotę. Pięść nie ma zamiaru gonić swej armii do tysiąc­dwu­stu­mi­lo­wego mar­szu tylko po to, by Pormqual mógł się krzy­wić na kurz na butach żoł­nie­rzy. Tego rodzaju posu­nię­cie pozba­wi­łoby wschod­nie pro­win­cje Sied­miu Miast wojsk oku­pa­cyj­nych. Panują tu obec­nie nie­po­koje i uznano by to za odwrót, zwłasz­cza gdyby wyco­fano rów­nież Flotę Sahul­ską. Tym kra­jem nie da się rzą­dzić zza murów Arenu.

- Sprze­ci­wiasz się roz­ka­zom wiel­kiej pię­ści? - wyszep­tał Rel. Spoj­rze­nie lśnią­cych jak krwawe dia­menty oczek wbił w sze­ro­kie plecy Col­ta­ine'a.

Pięść odwró­cił się bły­ska­wicz­nie.

- Radzę mu, by zmie­nił owe roz­kazy. Cze­kam na odpo­wiedź.

- Zaraz ją otrzy­masz - wychry­piał kapłan.

Col­ta­ine uśmiech­nął się szy­der­czo.

- Od cie­bie? - zapy­tał Bult. - Jesteś kapła­nem, nie żoł­nie­rzem ani guber­na­to­rem. Ofi­cjal­nie nie jesteś nawet człon­kiem Naczel­nego Dowódz­twa.

Rel prze­niósł spoj­rze­nie z pię­ści na wete­rana.

- Nie jestem? Zoba­czymy...

- Nie dla cesa­rzo­wej Laseen - prze­rwał mu Bult. - Ona nic o tobie nie wie, kapła­nie, pomi­ja­jąc to, co pisze w swych rapor­tach wielka pięść. Musisz zro­zu­mieć, że cesa­rzowa ni­gdy nie daje wła­dzy ludziom, któ­rych nie zna. Wielka pięść Pormqual wyko­rzy­stał cię jako gońca i tak też potrak­tuje cię pięść. Nie masz prawa nikomu roz­ka­zy­wać. Ani Col­ta­ine'owi czy mnie, ani nawet naj­niż­szemu rangą kuch­ci­kowi w Siód­mej Armii.

- Prze­każę te słowa i opi­nie wiel­kiej pię­ści.

- Nie wąt­pię w to. Możesz odejść.

Relowi opa­dła szczęka.

- Odejść?

- Skoń­czy­li­śmy już z tobą roz­ma­wiać. Zostaw nas samych.

Wszy­scy bez słowa spo­glą­dali na wycho­dzą­cego kapłana. Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, Duiker zwró­cił się w stronę Col­ta­ine'a.

- To mogło nie być roz­sądne, pię­ści.

Col­ta­ine omiótł go sen­nym spoj­rze­niem.

- To Bult mówił, nie ja.

Duiker zer­k­nął na wete­rana. Nazna­czony bli­zną Wic­ka­nin uśmie­chał się sze­roko.

- Opo­wiedz mi o Pormqu­alu - popro­sił Col­ta­ine. - Znasz go?

Histo­ryk ponow­nie odwró­cił się do pię­ści.

- Znam.

- Czy dobrze spra­wuje rządy?

- O ile potra­fię oce­nić, to w ogóle ich nie spra­wuje - odparł Duiker. - Więk­szość edyk­tów wydaje czło­wiek, któ­rego przed chwilą wygna­łeś z rady. To zna­czy Bult go wygnał. Jest też grupa innych ukry­tych za kuli­sami ludzi, głów­nie boga­tych, szla­chet­nie uro­dzo­nych kup­ców. To przede wszyst­kim oni są odpo­wie­dzialni za obniżkę ceł na towary impor­to­wane i rów­no­cze­sny wzrost opo­dat­ko­wa­nia miej­sco­wej pro­duk­cji oraz eks­portu. Rzecz jasna, towary, które sami eks­portują, są z tego wyłą­czone. Impe­rialną oku­pa­cją zawia­dują mala­zań­scy kupcy. Ta sytu­acja nie zmie­nia się od czte­rech lat, odkąd Pormqu­ala mia­no­wano wielką pię­ścią.

- A kto pia­sto­wał tę funk­cję przed nim? - zapy­tał Bult.

- Car­the­ron Crust, który pew­nej nocy uto­nął w areń­skim por­cie.

Kulp prych­nął pogar­dli­wie.

- Crust potra­fiłby pły­wać nawet po pija­nemu pod­czas hura­ganu, ale znie­nacka wziął i się uto­pił, tak samo jak jego brat Urko. Rzecz jasna, ich ciał ni­gdy nie odna­le­ziono.

- I co z tego wynika?

Kulp uśmiech­nął się do Bulta, nie powie­dział jed­nak ani słowa.

- Crust i Urko byli ludźmi cesa­rza - wyja­śnił Duiker. - Wygląda na to, że podzie­lili los więk­szo­ści towa­rzy­szy Kel­la­nveda, w tym rów­nież Toca Star­szego i Ame­rona. Ich ciał także nie odna­le­ziono. - Histo­ryk wzru­szył ramio­nami. - To już stare dzieje. I do tego zaka­zane.

- Jesteś prze­ko­nany, że zamor­do­wano ich na roz­kaz Laseen - zauwa­żył Bult, odsła­nia­jąc wyszczer­bione zęby. - Wyobraź sobie jed­nak sytu­ację, w któ­rej naj­zdol­niejsi dowódcy cesa­rzo­wej po pro­stu... znik­nęli, zosta­wia­jąc ją samą, pozba­wioną odpo­wied­nich ludzi. Zapo­mi­nasz, histo­ryku, że nim Laseen została cesa­rzową, była bli­ską towa­rzyszką Cru­sta, Urka, Ame­rona, Das­sema i całej reszty. Wyobraź sobie, że czuje się samotna i wciąż brak jej tych, któ­rzy ją opu­ścili.

- I zda­wało jej się, że fakt, iż zamor­do­wała innych swych bli­skich towa­rzy­szy, Kel­la­nveda i Tan­ce­rza, nie wpły­nie na jej przy­jaźń z owymi dowód­cami?

Duiker potrzą­snął głową, sły­sząc gorycz w swoim gło­sie.

To byli rów­nież moi towa­rzy­sze.

- Nie­któ­rych błę­dów nie spo­sób napra­wić - odparł Bult. - Cesarz i Tan­cerz byli wiel­kimi zdo­byw­cami, czy jed­nak potra­fi­liby rzą­dzić rów­nie bie­gle?

- Ni­gdy się tego nie dowiemy - wark­nął Duiker.

Wes­tchnie­nie Wic­ka­nina przy­po­mi­nało nie­mal par­sk­nię­cie.

- To prawda, ale to Laseen stała naj­bli­żej tronu i była w sta­nie oce­nić, co przy­nie­sie przy­szłość.

Col­ta­ine ponow­nie splu­nął na pod­łogę.

- To wszystko, co można powie­dzieć na ten temat, histo­ryku. Zapisz słowa, które tu padły, jeśli ich smak nie wydaje ci się zbyt gorzki.

Zmarsz­czył brwi, spo­glą­da­jąc na mil­czą­cego Sormo E'natha.

- Zapi­szę je, nawet gdy­bym miał się nimi udła­wić - zapew­nił Duiker. - W prze­ciw­nym razie nie był­bym godny zwać się histo­ry­kiem.

- Niech będzie i tak. - Pięść nie odry­wał wzroku od Sormo E'natha. - Powiedz mi, histo­ryku, jakiego haka ma Mal­lick Rel na Pormqu­ala?

- Chciał­bym to wie­dzieć, pię­ści.

- Dowiedz się.

- Mam zostać szpie­giem?

Col­ta­ine odwró­cił się do niego z bla­dym uśmie­chem na twa­rzy.

- A kim byłeś w namio­cie kup­ców, Duiker?

Histo­ryk wykrzy­wił twarz.

- Musiał­bym wró­cić do Arenu, a nie sądzę, by po tym, jak byłem świad­kiem jego upo­ko­rze­nia, Mal­lick Rel dopu­ścił mnie do udziału w radzie. W grun­cie rze­czy sądzę, że uznał mnie za wroga, a jego wro­go­wie czę­sto zni­kają bez śladu.

- Ja nie zniknę - zapew­nił Col­ta­ine. Pod­szedł bli­żej, wycią­gnął rękę i zaci­snął dłoń na barku histo­ryka. - W takim razie zapo­mnijmy o Mal­licku Relu. Mia­nuję cię człon­kiem mojego sztabu.

- Wedle roz­kazu, pię­ści - odparł Duiker.

- Zebra­nie uwa­żam za zakoń­czone. - Col­ta­ine zwró­cił się w stronę czar­no­księż­nika. - Sormo, póź­niej opo­wiesz mi o swo­ich przy­go­dach.

Sormo E'nath pokło­nił się.

Duiker wło­żył płaszcz i wyszedł z pomiesz­cze­nia w ślad za Kul­pem. Gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi, histo­ryk pocią­gnął kadro­wego maga za rękaw.

- Chcę z tobą pomó­wić w cztery oczy.

- Też o tym pomy­śla­łem - zgo­dził się Kulp.

Nieco dalej zna­leźli pełen znisz­czo­nych mebli pokoik, w któ­rym nikogo nie było. Kulp zamknął drzwi na zasuwę, po czym z wście­kło­ścią w oczach spoj­rzał na Duikera.

- To w ogóle nie jest czło­wiek. Jest zwie­rzę­ciem i patrzy na świat jak zwie­rzę. A ten cały Bult rozu­mie war­kot swego pana, natych­miast jeży sierść i ubiera wszystko w słowa. Ni­gdy nie spo­tka­łem Wic­ka­nina tak gada­tli­wego jak ten oka­le­czony sta­ruch.

- Naj­wy­raź­niej Col­ta­ine miał mnó­stwo do powie­dze­nia - zauwa­żył z prze­ką­sem Duiker.

- Podej­rze­wam, że kapłan Maela już w tej chwili knuje zemstę.

- Też tak myślę. Mną jed­nak bar­dziej wstrzą­snęła obrona cesa­rzo­wej.

- Prze­ko­nały cię argu­menty Bulta?

Duiker wes­tchnął.

- Że żałuje swych czy­nów i teraz w pełni odczuwa samot­ność wła­dzy? Nie­wy­klu­czone. To cie­kawe, ale jakie ma dziś zna­cze­nie?

- Sądzisz, że Laseen zwie­rzała się tym wic­kań­skim dzi­ku­som?

- Col­ta­ine'a wezwano na audien­cję u cesa­rzo­wej. Podej­rze­wam też, że Bult jest prak­tycz­nie przy­szyty do boku swego pana. To, o czym mówiono w pry­wat­nych kom­na­tach Laseen, pozo­staje jed­nak tajem­nicą. - Histo­ryk wzru­szył ramio­nami. - Wydaje się oczy­wi­ste, że byli przy­go­to­wani na spo­tka­nie z Mal­lic­kiem Relem. A co mi powiesz o tym mło­dym czar­no­księż­niku, Kulp?

- Mło­dym? - Kadrowy mag prze­szył go gniew­nym spoj­rze­niem. - Ten chło­pak ma aurę starca. Wyczu­łem w nim woń rytu­al­nego picia krwi kla­czy, a ten rytuał ozna­cza począ­tek Czasu Żelaza, ostat­nich kilku lat życia czar­no­księż­nika, gdy jego moc sięga szczytu. Widzia­łeś go? Wypu­ścił strzałkę w kapłana, a potem stał cicho, cze­ka­jąc na skutki.

- Ale oznaj­mi­łeś, że to wszystko kłam­stwo.

- Po co Sormo ma wie­dzieć, jak czuły mam nos? Na­dal będę go trak­to­wał jak chłopca, samo­zwańca. Jeśli będę miał szczę­ście, zigno­ruje mnie.

Duiker zawa­hał się. Zaczerp­nął haust pach­ną­cego kurzem i stę­chli­zną powie­trza.

- Kulp - ode­zwał się po chwili.

- Słu­cham, histo­ryku. O co chcesz mnie pro­sić?

- To nie ma nic wspól­nego z Col­ta­ine'em, Mal­lic­kiem Relem ani Sormo E'nathem. Potrze­buję two­jej pomocy.

- A w jakiej spra­wie?

- Chcę uwol­nić więź­nia.

Kadrowy mag uniósł brwi.

- Z his­sar­skiego wię­zie­nia? Histo­ryku, nie mam wpły­wów w Gwar­dii His­sar­skiej...

- Nie, nie z miej­skiego wię­zie­nia. To wię­zień impe­rium.

- A gdzie go prze­trzy­mują?

- Sprze­dano go w nie­wolę, Kulp. Jest w kopal­niach ota­ta­ralu.

Kadrowy mag wytrzesz­czył oczy z wra­że­nia.

- Na oddech Kap­tura, Duiker, i ty pro­sisz o pomoc maga? Wydaje ci się, że zgo­dzę się dobro­wol­nie zbli­żyć do tych kopalń? Ota­ta­ral nisz­czy czary, dopro­wa­dza magów do obłędu...

- Wystar­czy, że pod­pły­niesz pła­sko­denną łodzią do brzegu - prze­rwał mu Duiker. - Obie­cuję, Kulp.

- Mam zabrać więź­nia, a potem wio­sło­wać jak opę­tany, żeby uciec przed dosiń­ską galerą?

Duiker wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu.

- Coś w tym rodzaju.

Kulp zer­k­nął na zamknięte drzwi, a potem przyj­rzał się zagra­ca­ją­cym pomiesz­cze­nie szcząt­kom, jakby do tej pory ich nie zauwa­żył.

- Co to był za pokój?

- Gabi­net pięść Tor­lom - odpo­wie­dział Duiker. - Tu wła­śnie dopadł ją ten dryjh­nij­ski skry­to­bójca.

Kulp ski­nął powoli głową.

- Czy wybra­li­śmy go przy­pad­kowo?

- Z pew­no­ścią, mam taką nadzieję.

- Ja rów­nież, histo­ryku.

- Pomo­żesz mi?

- A co to za wię­zień?

- Hebo­ric Lekki Dotyk.

Kulp raz jesz­cze ski­nął głową.

- Pozwól mi się chwilę zasta­no­wić, Duiker.

- Czy mogę zapy­tać, dla­czego masz wąt­pli­wo­ści?

Kulp wykrzy­wił wście­kle twarz.

- A jak ci się zdaje? Nie podoba mi się myśl, że na wol­no­ści znaj­dzie się jesz­cze jeden zdra­dziecki histo­ryk.

***

Święte Mia­sto Ehr­li­tan wznie­siono z bia­łego kamie­nia. Cią­gnęło się od portu aż po roz­le­głe, cał­ko­wi­cie zabu­do­wane wzgó­rze o pła­skim wierz­chołku, znane jako Jen'rahb. Powszech­nie uwa­żano, że kryje ono w sobie ruiny jed­nego z naj­star­szych miast na świe­cie i że pod ster­tami gruzu czeka Tron Sied­miu Pro­tek­to­rów, który zgod­nie z legendą nie był tro­nem, tylko kom­natą zawie­ra­jącą sie­dem kon­cen­trycz­nych podiów, każde z nich poświę­cone przez jeden z Ascen­den­tów, które zało­żyły Sie­dem Miast. Ehr­li­tan miał tysiąc lat, wie­rzono jed­nak, że sta­ro­żytne mia­sto Jen'rahb, które zamie­niło się w kry­jące stertę gruzu wzgó­rze, jest dzie­więć razy star­sze.

Jeden z pierw­szych ehr­li­tań­skich falah'dów wsz­czął na pła­skim szczy­cie Jen'rahb ambitne, zakro­jone na wielką skalę prace budow­lane, chcąc w ten spo­sób uho­no­ro­wać ukryte pod zie­mią mia­sto. Kamie­nio­łomy na pół­noc­nym wybrzeżu doszczęt­nie ogo­ło­cono, likwi­du­jąc całe wzgó­rza. Dzie­się­cio­to­nowe bloki mar­muru po obro­bie­niu trans­por­to­wano drogą mor­ską do ehr­li­tań­skiego portu, a następ­nie wcią­gano po ram­pach na wzgó­rze. Na dzie­wi­czym wierz­chołku Jen'rahb wyro­sły świą­ty­nie, posia­dło­ści, ogrody, kopuły, wieże oraz pałac falah'da.

Trzy lata po usta­wie­niu ostat­niego bloku sta­ro­żytne zasy­pane mia­sto... zadrżało. Pod­ziemne łuki zawa­liły się pod olbrzy­mim cię­ża­rem Wierz­chołka Falah'da, mury runęły, a kamie­nie węgielne wysu­nęły się na zasy­pane ulice. Pod powierzch­nią zie­mia zacho­wy­wała się jak woda. Spły­wała uli­cami i zauł­kami, wpa­dała w otwarte drzwi, pod­my­wała pod­łogi. Nad Jen'rahb trwała jed­nak ciemna noc. Gdy nastał świt, przy­no­sząc ze sobą rocz­nicę pano­wa­nia falah'da, Wierz­cho­łek opadł w dół, wieże runęły, kopuły pękły pośród obło­ków bia­łego, mar­mu­ro­wego pyłu, a pałac zapadł się - w nie­któ­rych miej­scach tylko na kilka stóp, lecz w innych na prze­szło dwa­dzie­ścia sążni, tonąc w pod­ziem­nych stru­mie­niach pyłu.

Obser­wa­to­rzy z Dol­nego Mia­sta pozo­sta­wili dokładny opis kata­strofy. Wyglą­dała ona tak, jakby na Wierz­cho­łek opa­dła nie­wi­dzialna, gigan­tyczna dłoń, która zaci­snęła się na wszyst­kich budyn­kach i zmiaż­dżyła je, wtła­cza­jąc jed­no­cze­śnie w głąb wzgó­rza. Uno­szące się w powie­trzu obłoki pyłu spra­wiły, że słońce przez wiele dni wyglą­dało jak mie­dziany dysk.

Owego dnia zgi­nęło ponad trzy­dzie­ści tysięcy ludzi, w tym rów­nież sam falah'd wraz z trzema tysią­cami tych, któ­rzy miesz­kali i pra­co­wali w pałacu. Jeden jed­nak oca­lał: młody kuch­cik, który był prze­ko­nany, że trzę­sie­nie ziemi spo­wo­do­wał puchar upusz­czony przez niego na pod­łogę na chwilę przed kata­strofą. Dopro­wa­dzony do obłędu przez poczu­cie winy pchnął się nożem w serce na Ron­dzie Mery­kra w Dol­nym Mie­ście, a jego krew spły­nęła na te same kamie­nie, na któ­rych stał teraz Skrzy­pek.

Saper przy­mru­żył nie­bie­skie oczy, obser­wu­jąc grupkę Czer­wo­nych Mie­czy, któ­rzy galo­po­wali przez pierz­cha­jący przed nimi tłum po dru­giej stro­nie ronda.

Spo­wi­jały go cien­kie, wybla­kłe płó­cienne szaty, a kap­tur uniósł na spo­sób ple­mie­nia Gra­lów. Stał bez ruchu na świę­tym kamie­niu, na któ­rym wyryto led­wie już widoczny pamiąt­kowy napis, i zasta­na­wiał się, czy kłę­biące się wokół ner­wowo tłumy sły­szą, jak szybko wali mu serce. Prze­klął sam sie­bie za to, że odwa­żył się wybrać na spa­cer po sta­ro­żyt­nym mie­ście, a potem Kalama za to, że zwle­kał z odjaz­dem, dopóki nie skon­tak­to­wał się z jed­nym ze swych daw­nych agen­tów.

- Mezla'ebdin! - wysy­czał ktoś obok niego.

Słowa te zna­czyły "mala­zań­skie pie­ski". Czer­wone Mie­cze pocho­dziły z Sied­miu Miast, lecz poprzy­się­gły abso­lutną wier­ność cesa­rzo­wej. W tym kraju fana­tycz­nych marzy­cieli podobny prag­ma­tyzm był rzad­ko­ścią, w tej chwili jed­nak Skrzy­pek nie cie­szył się z ich widoku. Czer­wone Mie­cze posta­no­wiły na wła­sną rękę pora­cho­wać się z wyznaw­cami Dryjhny i uczy­niły to w typowy dla sie­bie spo­sób - mie­czem i lancą.

Na wybla­kłych kamie­niach ronda leżało bez ruchu pół tuzina ofiar. Wokół nich walały się kosze, zawi­niątka i roz­sy­pana żyw­ność. Dwie małe dziew­czynki przy­kuc­nęły obok ciała kobiety, które spo­czy­wało przy wyschnię­tej fon­tan­nie. Pobli­skie mury upstrzyły plamy krwi. W odle­gło­ści kilku prze­cznic sły­chać było dzwonki Gwar­dii Ehr­li­tań­skiej. Miej­scową pięść wła­śnie poin­for­mo­wano, że Czer­wone Mie­cze znowu rzu­ciły wyzwa­nie jego nie­udol­nym rzą­dom.

Okrutni jeźdźcy kon­ty­nu­owali impro­wi­zo­waną, nie­prze­bie­ra­jącą w ofia­rach rzeź na głów­nej odcho­dzą­cej od ronda alei. Wkrótce znik­nęli Skrzyp­kowi z oczu. Na ciała natych­miast rzu­cili się żebracy i zło­dzieje, nie zwa­ża­jąc na uno­szące się w powie­trzu lamenty. Jakiś gar­baty alfons zła­pał obie dziew­czynki i znik­nął z nimi w zaułku.

Przed kil­koma minu­tami Skrzyp­kowi omal nie roz­trza­skano czaszki. Gdy wcho­dził na rondo, zna­lazł się na tra­sie szar­żu­ją­cego Czer­wo­nego Mie­cza. Jako doświad­czony żoł­nierz prze­biegł wojow­ni­kowi drogę, zmu­sza­jąc go do wzię­cia mie­czem zama­chu po dru­giej stro­nie konia, a potem uchy­lił się przed świsz­czą­cym ostrzem i uciekł. Czer­wo­nemu Mie­czowi nie chciało się go ści­gać. Wolał skie­ro­wać swą uwagę na następną pechową ofiarę, kobietę, która roz­pacz­li­wie sta­rała się wycią­gnąć spod koń­skich kopyt dwójkę dzieci.

Skrzy­pek otrzą­snął się i zaklął bez­gło­śnie pod nosem. Prze­py­cha­jąc się przez gęsty tłum, ruszył w stronę zaułka, w któ­rym skrył się alfons. Wąska uliczka nik­nęła w cie­niu wzno­szą­cych się po obu stro­nach wyso­kich, pochy­łych budyn­ków. W powie­trzu uno­sił się inten­sywny odór gni­ją­cej żyw­no­ści i padliny. Skrzy­pek ostroż­nie posu­wał się naprzód zauł­kiem, w któ­rym nie było widać nikogo. Po chwili natra­fił na bie­gnącą mię­dzy dwoma wyso­kimi murami odnogę, tak wąską, że led­wie by się w niej zmie­ścił muł. Zie­mię pokry­wały tu się­ga­jące goleni zeschłe pal­mowe liście. Za murami znaj­do­wały się ogrody, a korony palm na wyso­ko­ści dwu­dzie­stu stóp nad jego głową two­rzyły nie­prze­rwany bal­da­chim. Po trzy­dzie­stu kro­kach zaułek koń­czył się ślepo. Tam wła­śnie przy­kuc­nął alfons. Młod­szą dziew­czynkę przy­gniótł do ziemi kola­nem, a drugą przy­ci­snął do muru, pró­bu­jąc ścią­gnąć jej noga­wice.

Kiedy usły­szał kroki dep­czą­cego zeschłe liście Skrzypka, odwró­cił głowę. Miał białą cerę Skrae. Odsło­nił w wymow­nym uśmie­chu poczer­niałe zęby.

- Gralu, będzie twoja za pół jakata, kiedy tylko prze­dziu­ra­wię jej skórę. Druga jest młod­sza i musi kosz­to­wać wię­cej.

Skrzy­pek pod­szedł bli­żej.

- Kupuję je - oznaj­mił. - Na żony. Dwa jakata.

Alfons prych­nął pogar­dli­wie.

- W tydzień zaro­bię na nich dwa razy tyle. Szes­na­ście jakata.

Skrzy­pek wycią­gnął gral­ski długi nóż, który kupił przed godziną, i przy­sta­wił ostrze do gar­dła alfonsa.

- Dwa jakata i moje zmi­ło­wa­nie, sim­ha­ralu.

- Zgoda, Gralu - wychry­piał alfons, wyba­łu­sza­jąc oczy. - Zgoda, na Zakap­tu­rzo­nego!

Skrzy­pek wycią­gnął z pasa dwie monety i rzu­cił je na zie­mię, po czym odsu­nął się od alfonsa.

- Zabie­ram dziew­czynki.

Sim­ha­ral padł na kolana, roz­gar­nia­jąc zeschłe liście.

- Zabie­raj je, Gralu, zabie­raj.

Skrzy­pek stęk­nął, scho­wał nóż, wziął dziew­czynki pod pachy, obró­cił się ple­cami do alfonsa i ruszył w stronę wyj­ścia z zaułka. Próba zdrady ze strony gar­busa prak­tycz­nie nie wcho­dziła w rachubę. Grale czę­sto wręcz doma­gali się znie­wag, by zna­leźć pre­tekst do swej ulu­bio­nej roz­rywki, wen­dety. Powia­dano też, że nie spo­sób pod­kraść się do członka tego ple­mie­nia od tyłu, nikt więc tego nie pró­bo­wał. Mimo to Skrzy­pek cie­szył się, że zie­mię za jego ple­cami pokrywa gruba war­stwa liści.

Opu­ścił zaułek. Cią­gle odrę­twiałe z szoku dziew­czynki zwi­sały mu w ramio­nach niczym olbrzy­mie lalki. Przyj­rzał się twa­rzy star­szej z nich. Miała dzie­więć, może dzie­sięć lat i przy­pa­try­wała mu się wiel­kimi, ciem­nymi oczyma.

- Nic ci już nie grozi - uspo­koił ją. - Czy będziesz mogła iść, jeśli cię posta­wię? Potra­fisz zapro­wa­dzić mnie tam, gdzie miesz­ka­cie?

Po dłuż­szej chwili ski­nęła głową.

Dotarli do jed­nej z krę­tych dróg, które w Dol­nym Mie­ście nosiły nazwę ulic. Skrzy­pek posta­wił dziew­czynkę, a młod­szą uło­żył sobie na ramie­niu. Wyglą­dało na to, że zasnęła. Star­sze dziecko natych­miast zła­pało go za szaty, by nie roz­dzie­lił ich tłum, po czym pocią­gnęło go za sobą.

- Do domu? - zapy­tał Skrzy­pek.

- Do domu - potwier­dziła.

Po dzie­się­ciu minu­tach opu­ścili dziel­nicę tar­gową i weszli do spo­koj­niej­szej dziel­nicy miesz­kal­nej. Domo­stwa były tu skromne, ale czy­ste. Dziew­czynka zapro­wa­dziła Skrzypka w boczną ulicę. Gdy tylko na nią weszli, oto­czyły ich roz­wrzesz­czane dzieci. Po chwili z bramy ogrodu wypa­dło trzech uzbro­jo­nych męż­czyzn, któ­rzy zwró­cili się w stronę Skrzypka, uno­sząc tul­wary. Dzieci nagle roz­pierz­chły się i umil­kły.

- Nahal Gral - wark­nął Skrzy­pek. - Kobietę zabił Czer­wony Miecz. Dziew­czynki zabrał sim­ha­ral. Odku­pi­łem je od niego. Nie­prze­dziu­ra­wione. Trzy jakata.

- Dwa - popra­wił jeden z męż­czyzn, splu­wa­jąc na bruk obok stóp Skrzypka. - Zna­leź­li­śmy sim­ha­rala.

- Dwa zapła­ci­łem. Jeden za to, że je tu dostar­czy­łem. Nie­prze­dziu­ra­wione. Trzy. - Skrzy­pek uśmiech­nął się wyzy­wa­jąco. - To nie­wy­soka cena za honor Grala. Za jego opiekę.

- Zapłać­cie mu, dur­nie - ode­zwał się czwarty męż­czy­zna, sto­jący za ple­cami Skrzypka. - Nawet sto zło­tych jakata nie byłoby zbyt wiele. Nia­nia i dzieci były pod waszą opieką, a wy zwia­li­ście na sam widok Czer­wo­nych Mie­czy. Gdyby ten Gral nie kupił dziew­czy­nek, byłyby teraz prze­dziu­ra­wione. Zapłać­cie mu i życz­cie łask Kró­lo­wej Snów. Pobło­go­sław­cie jego i jego rodzinę po wieki wie­ków. - Męż­czy­zna okrą­żył powoli Skrzypka. Miał na sobie zbroję pry­wat­nego straż­nika z insy­gniami kapi­tana. Na jego szczu­płej twa­rzy wid­niał wycięty sym­bol wete­rana spod Y'gha­tan, a grzbiety dłoni zna­czyły liczne bli­zny po popa­rze­niach środ­kiem zapa­la­ją­cym. Wbił w Skrzypka twarde spoj­rze­nie. - Podaj mi swe han­dlowe imię, Gralu, byśmy mogli uczcić się w swych modli­twach.

Po chwili waha­nia saper podał kapi­ta­nowi swe praw­dziwe imię, to, z któ­rym uro­dził się przed wielu laty.

Męż­czy­zna zmarsz­czył brwi, lecz nie sko­men­to­wał tego ani sło­wem.

Gdy przy­szedł jeden ze straż­ni­ków z mone­tami w dłoni, Skrzy­pek wrę­czył śpiące dziecko kapi­ta­nowi.

- To nie­do­brze, że tak śpi - zauwa­żył.

Posi­wiały wete­ran wziął deli­kat­nie dziew­czynkę.

- Zanie­siemy ją do domo­wego uzdro­wi­ciela.

Skrzy­pek rozej­rzał się wokół. Dziew­czynki naj­wy­raź­niej nale­żały do boga­tej i wpły­wo­wej rodziny, lecz wzno­szące się wokół domy były sto­sun­kowo nie­wiel­kie. Miesz­kali tu drobni kupcy oraz rze­mieśl­nicy.

- Zjesz z nami posi­łek, Gralu? - zapy­tał kapi­tan. - Dzia­dek dziew­czy­nek zechce się z tobą zoba­czyć.

Zain­try­go­wany Skrzy­pek ski­nął głową. Kapi­tan zapro­wa­dził go do niskiej bocz­nej bramy w murze. Trzej straż­nicy otwo­rzyli drzwi i więk­sza dziew­czynka wbie­gła do środka jako pierw­sza.

Brama wio­dła do zaska­ku­jąco dużego ogrodu. Powie­trze było tu chłodne i wil­gotne od odde­chu nie­wi­docz­nego stru­myka, który szem­rał gdzieś w buj­nych zaro­ślach. Wzdłuż wyło­żo­nej kamie­niami ścieżki rosły stare drzewa owo­cowe i orze­chowe. Dalej widać było wysoką ścianę, wznie­sioną w cało­ści z mato­wego szkła. W zro­szo­nych wil­go­cią i upstrzo­nych mine­ral­nymi pla­mami taflach odbi­jały się tęcze. Skrzy­pek ni­gdy w życiu nie widział takiej masy szkła w jed­nym miej­scu. W ścianę wpra­wiono poje­dyn­cze drzwi z wybla­kłego płótna roz­cią­gnię­tego na cien­kiej żela­znej ramie. Stał przed nimi sta­rzec odziany w pofał­do­waną poma­rań­czową szatę. Ciem­no­ochrową barwę skóry pod­kre­ślała zupeł­nie biała czu­pryna. Dziew­czynka pod­bie­gła i rzu­ciła mu się w ramiona. Męż­czy­zna nie spusz­czał ze Skrzypka spoj­rze­nia bursz­ty­no­wych oczu.

Saper opadł na kolano.

- Bła­gam o bło­go­sła­wień­stwo, cho­dzący z duchami - powie­dział z naj­ochry­plej­szym gral­skim akcen­tem, na jaki potra­fił się zdo­być.

Śmiech kapłana Tanno przy­po­mi­nał odgłos prze­sy­py­wa­nego wia­trem pia­sku.

- Nie mogę pobło­go­sła­wić tego, czym nie jesteś - odparł cicho. - Zechciej jed­nak spo­żyć posi­łek ze mną i z kapi­ta­nem Turqą. Ufam, że pod osłoną murów ogrodu ci straż­nicy odzy­skają odwagę i potra­fią zadbać o bez­pie­czeń­stwo dzieci. - Poło­żył ogo­rzałą dłoń na czole śpią­cej dziew­czynki. - Selal broni się na wła­sny spo­sób. Kapi­ta­nie, powiedz uzdro­wi­cie­lowi, że trzeba ją deli­kat­nie przy­wró­cić temu światu.

Kapi­tan wrę­czył śpiące dziecko jed­nemu ze straż­ni­ków.

- Sły­sza­łeś, co powie­dział pan. Szybko.

Dziew­czynki znik­nęły za płó­cien­nymi drzwiami. Cho­dzący z duchami ski­nął na Skrzypka i Turqę, po czym wpro­wa­dził ich do środka.

W pokoju o szkla­nych ścia­nach stał niski żela­zny stół oto­czony się­ga­ją­cymi goleni, obi­tymi skórą krze­słami. Na jego bla­cie usta­wiono czary z owo­cami i zim­nym, czer­wo­nym od przy­praw mię­sem. Z krysz­ta­ło­wej karafki wyjęto korek, wysta­wia­jąc jasno­żółte wino na dzia­ła­nie powie­trza. Na dnie zgro­ma­dził się już gruby na dwa palce osad z pącz­ków pustyn­nych kwia­tów i mar­twych bia­łych psz­czół miod­nych. Pokój wypeł­niał chłodny, słodki aro­mat trunku.

Wewnętrzne drzwi były drew­niane, wpra­wione w mar­mu­rową ścianę. W umiesz­czo­nych w niej małych niszach pło­nęły róż­no­barwne świece, któ­rych odbi­cia tań­czyły hip­no­tycz­nie w szkla­nej pły­cie.

Kapłan usiadł i wska­zał pozo­sta­łym krze­sła.

- Spo­cznij­cie, pro­szę. Dziwi mnie, że mala­zań­ski szpieg nara­ził swe prze­bra­nie, ratu­jąc życie dwójki ehr­lij­skich dzieci. Czy liczysz na to, że oszo­ło­miona z wdzięcz­no­ści rodzina zdra­dzi ci jakieś ważne infor­ma­cje?

Skrzy­pek zdjął z wes­tchnie­niem kap­tur.

- Jestem Mala­zań­czy­kiem, ale nie szpie­giem. Prze­bra­łem się, by nie wykryli mnie inni Mala­zań­czycy.

Stary kapłan napeł­nił kie­lich winem i wrę­czył go sape­rowi.

- Jesteś żoł­nie­rzem.

- Tak.

- Dezer­te­rem?

Skrzy­pek skrzy­wił się.

- Nie z wła­snej woli. Cesa­rzowa uznała za sto­sowne wyjąć mój pułk spod prawa.

Pocią­gnął łyk słod­kiego kwia­to­wego wina.

- Pod­pa­lacz Mostów - wysy­czał kapi­tan Turqa. - Żoł­nierz z Zastępu Jed­no­rę­kiego.

- Jesteś dobrze poin­for­mo­wany, kapi­ta­nie.

Cho­dzący z duchami wska­zał na patery.

- Czę­stuj się, pro­szę. Jeśli po tylu latach wojaczki pra­gniesz odna­leźć pokój, to przy­by­wa­jąc do Sied­miu Miast, popeł­ni­łeś poważny błąd.

- Też dosze­dłem do tego wnio­sku - zgo­dził się Skrzy­pek, bio­rąc owoc w rękę. - Dla­tego wła­śnie mam zamiar jak naj­szyb­ciej popły­nąć do Quon Tali.

- Flota Kansu opu­ściła Ehr­li­tan - poin­for­mo­wał go kapi­tan. - A w dzi­siej­szych cza­sach nie­wiele stat­ków kupiec­kich wypływa na ocean. Wyso­kie podatki...

- I per­spek­tywa wiel­kich zysków, które przy­nie­sie wojna domowa - dodał Skrzy­pek, kiwa­jąc głową. - Dla­tego będę musiał podró­żo­wać lądem, przy­naj­mniej do Arenu.

- To nie­roz­sądne - zauwa­żył stary kapłan.

- Wiem.

Cho­dzący z duchami Tanno pokrę­cił głową.

- Nie cho­dzi tylko o nad­cho­dzącą wojnę. Żeby dotrzeć do Arenu, będziesz musiał przejść przez Pan'potsun Odhan, wędro­wać brze­giem Świę­tej Pustyni Raraku. To z Raraku wyłoni się Tor­nado Apo­ka­lipsy. Co wię­cej, zbliża się kon­wer­gen­cja.

Skrzy­pek przy­mru­żył oczy. Jed­no­po­chwy­cony dhen­rabi.

- To zna­czy spo­tka­nie Ascen­den­tów?

- Zga­dza się.

- Co je tu zwabi?

- Brama. Prze­po­wied­nia o Ścieżce Dłoni. Jed­no­po­chwy­ceni i d'iver­so­wie. Ta brama coś im obie­cuje. Przy­ciąga je, jak pło­mień zwa­bia ćmy.

- Co zmien­no­kształt­nych obcho­dzi brama groty? Nie są brac­twem i nie uży­wają też cza­rów. Przy­naj­mniej nie zaawan­so­wa­nych.

- Wiesz zaska­ku­jąco dużo jak na żoł­nie­rza.

Skrzy­pek skrzy­wił się.

- Ludzie zwy­kle nie doce­niają żoł­nie­rzy - zauwa­żył. - Pięt­na­ście lat wal­czy­łem w woj­nach impe­rium i nie mia­łem przez ten czas zamknię­tych oczu. Pod Li Heng cesarz starł się z Tre­achem i Ryl­lan­da­ra­sem. Byłem tam.

Cho­dzący z duchami pochy­lił głowę na znak prze­pro­sin.

- Nie potra­fię odpo­wie­dzieć na twoje pyta­nia - rzekł cicho. - Nie sądzę, by sami jed­no­po­chwy­ceni i d'iver­so­wie w pełni wie­dzieli, czego szu­kają. Tak samo jak łoso­sie wra­ca­jące do wód, w któ­rych przy­szły na świat, kie­rują się instynk­tem, wypeł­nia­jącą krew tęsk­notą i obiet­nicą, którą jedy­nie wyczu­wają. - Zło­żył dło­nie. - Wśród zmien­no­kształt­nych nie ma jed­no­ści. Każdy z nich jest sam. Ta Ścieżka Dłoni... może się oka­zać drogą do ascen­den­cji. Dla zwy­cięzcy.

Skrzy­pek zaczerp­nął tchu, powoli i nie­pew­nie.

- Ascen­den­cja to moc, a moc ozna­cza wła­dzę. - Spoj­rzał w płowe oczy cho­dzą­cego z duchami. - Gdyby osią­gnął ją tylko jeden zmien­no­kształtny...

- Zdo­mi­no­wałby swych pobra­tym­ców. To prawda. Takie wyda­rze­nie mia­łoby... reper­ku­sje. Tak czy ina­czej, przy­ja­cielu, pust­kowi ni­gdy nie można było zwać bez­piecz­nymi, lecz w naj­bliż­szych mie­sią­cach na odhan zapa­nuje strasz­liwa groza. Tego jestem pewien.

- Dzię­kuję za ostrze­że­nie.

- Ale nie powstrzyma cię ono.

- Oba­wiam się, że nie.

- W takim razie ucho­dzi, bym zaofe­ro­wał ci jakąś ochronę na czas podróży. Kapi­ta­nie, jeśli był­byś tak uprzejmy?

Wete­ran wstał i wyszedł.

- Wyjęty spod prawa żoł­nierz - zaczął po chwili stary kapłan - ryzy­kuje życie, by dotrzeć do serca impe­rium, które ska­zało go na śmierć. Sprawa musi być bar­dzo ważna.

Skrzy­pek wzru­szył ramio­nami.

- Ludzie w Sied­miu Mia­stach pamię­tają Pod­pa­la­czy Mostów. Prze­kli­nają ich, lecz jed­no­cze­śnie podzi­wiają. Byli­ście hono­ro­wymi żoł­nie­rzami, któ­rzy wal­czyli w pozba­wio­nej honoru woj­nie. Powia­dają, że wasz pułk zahar­to­wały upał i wypa­lone skały Świę­tej Pustyni Raraku, gdzie ści­ga­li­ście falah'dań­ską kom­pa­nię cza­ro­dzie­jów. Chciał­bym kie­dyś usły­szeć tę opo­wieść, by móc stwo­rzyć z niej pieśń.

Skrzy­pek wyba­łu­szył oczy z wra­że­nia. Czary cho­dzą­cych z duchami wywo­dziły się z pie­śni. Nie wyma­gały żad­nych innych rytu­ałów. Choć pieśń Tanno była poświę­cona poko­jowi, podobno kryła w sobie olbrzy­mią moc. Saper zadał sobie pyta­nie, co podobna magia mogłaby uczy­nić z Pod­pa­la­czami Mostów.

Cho­dzący z duchami naj­wy­raź­niej odgadł treść jego myśli, gdyż roz­cią­gnął usta w uśmie­chu.

- Ni­gdy dotąd nie pró­bo­wano stwo­rzyć cze­goś w tym rodzaju. Pie­śni Tanno mogą się stać klu­czami do ascen­den­cji, czy jed­nak moż­liwa jest ascen­den­cja całego pułku? Na to pyta­nie naprawdę warto by było odpo­wie­dzieć.

Skrzy­pek wes­tchnął.

- Opo­wie­dział­bym ci wszystko, gdy­bym tylko miał czas.

- Wystar­czy jedna chwila.

- Nie rozu­miem.

Stary kapłan uniósł pomarsz­czoną dłoń o dłu­gich pal­cach.

- Gdy­byś pozwo­lił mi się dotknąć, poznał­bym całą twą histo­rię.

Saper wzdry­gnął się.

- Ach - wes­tchnął tań­czący z duchami. - Oba­wiasz się, że nie potrak­tuję twych tajem­nic z nale­żytą ostroż­no­ścią.

- Oba­wiam się, że gdy­byś je poznał, zagro­zi­łoby to two­jemu życiu. Ponadto nie wszyst­kie moje wspo­mnie­nia są hono­rowe.

Sta­ru­szek odchy­lił głowę i par­sk­nął śmie­chem.

- Gdyby takie były, przy­ja­cielu, bar­dziej ode mnie zasłu­gi­wał­byś na szatę, którą noszę. Wybacz mi tę śmiałą prośbę.

Wró­cił kapi­tan Turqa, który niósł małą pod­nisz­czoną szka­tułkę, wyko­naną z drewna koloru pia­sku. Posta­wił ją na stole przed swym pra­co­dawcą, który uniósł wieko i wsa­dził rękę do środka.

- Raraku była kie­dyś morzem - oznaj­mił Tanno, wyj­mu­jąc zbie­lałą ze sta­ro­ści muszlę. - Podobne relikty można zna­leźć na Świę­tej Pustyni, jeśli zna się miej­sce, gdzie ongiś były brzegi. Na doda­tek do zawar­tej w muszli pie­śni, która zacho­wuje wspo­mnie­nie owego śród­lą­do­wego morza, umiesz­czono w niej rów­nież inne. - Pod­niósł wzrok, spo­glą­da­jąc Skrzyp­kowi w oczy. - Moje wła­sne pie­śni mocy. Przyj­mij, pro­szę, ten dar jako wyraz wdzięcz­no­ści za ura­to­wa­nie życia i czci moich wnu­czek.

Saper pokło­nił się, a stary kapłan wrę­czył mu muszlę.

- Dzię­kuję, cho­dzący z duchami Tanno. Czy twój dar zapew­nia ochronę?

- Swego rodzaju - odparł z uśmie­chem kapłan. Po chwili pod­niósł się z krze­sła. - Nie będziemy cię już dłu­żej zatrzy­my­wać, Pod­pa­la­czu Mostów.

Skrzy­pek wstał pośpiesz­nie.

- Kapi­tan Turqa odpro­wa­dzi cię do wyj­ścia. - Sta­ru­szek pod­szedł do Skrzypka i poło­żył mu dłoń na ramie­niu. - Cho­dzący z duchami Kim­loc dzię­kuje ci.

Kapi­tan wypro­wa­dził z pokoju trzy­ma­ją­cego w dło­niach muszlę sapera. Gdy Skrzy­pek zna­lazł się w ogro­dzie, jego zlane potem czoło ostu­dził chłodny, prze­sy­cony wil­go­cią powiew.

- Kim­loc - wymam­ro­tał saper.

Kiedy weszli na ścieżkę pro­wa­dzącą ku bra­mie, Turqa chrząk­nął.

- Przy­jął gościa po raz pierw­szy od jede­na­stu lat. Czy zda­jesz sobie sprawę, jaki zaszczyt cię spo­tkał, Pod­pa­la­czu Mostów?

- Naj­wy­raź­niej wysoko ceni swe wnuczki - zauwa­żył z prze­ką­sem Skrzy­pek. - Powie­dzia­łeś: od jede­na­stu lat? To zna­czy, że jego poprzed­nim gościem był...

- Wielka pięść Dujek Jed­no­ręki z Impe­rium Mala­zań­skiego.

- Który wyne­go­cjo­wał poko­jową kapi­tu­la­cję Kara­ka­rangu, świę­tego mia­sta kultu Tanno. Kim­loc twier­dził, że potra­fiłby znisz­czyć mala­zań­skie armie. Cał­ko­wi­cie. A mimo to ska­pi­tu­lo­wał i jego imię stało się teraz syno­ni­mem gróźb bez pokry­cia.

Turqa żach­nął się.

- Otwo­rzył miej­skie bramy, ponie­waż nade wszystko ceni życie. Pod­dał oce­nie wasze impe­rium i doszedł do wnio­sku, że tysiące ofiar nic dla niego nie zna­czą. Malaz zawsze zdo­by­wał to, czego pra­gnął, a wtedy aku­rat pra­gnął Kara­ka­rangu.

Skrzy­pek wykrzy­wił twarz.

- A gdyby trzeba było w tym celu poszczuć na święte mia­sto T'lan Imas­sów, by zro­bili to samo, co w Are­nie, nie cof­nę­li­by­śmy się i przed tym - zauwa­żył z sar­ka­zmem. - Wąt­pię, by nawet czary Kim­loca zdo­łały powstrzy­mać T'lan Imas­sów.

Zatrzy­mali się przed bramą. Turqa otwo­rzył ją. W jego ciem­nych oczach lśnił zasta­rzały ból.

- Kim­loc też w to wąt­pił - rzekł. - Rzeź w Are­nie una­ocz­niła nam roz­miary obłędu impe­rium...

- To, co wyda­rzyło się pod­czas areń­skiego powsta­nia, było błę­dem - wark­nął Skrzy­pek. - T'lan Imas­som Logrosa nie wydano żad­nego roz­kazu.

Turqa odpo­wie­dział mu jedy­nie krzy­wym, gorz­kim uśmiesz­kiem. Wska­zał ręką na ulicę.

- Idź w pokoju, Pod­pa­la­czu Mostów.

Poiry­to­wany Skrzy­pek wyszedł.

***

Moby pisnął z zachwytu, pod­fru­nął w stronę Skrzypka i grzmot­nął go w pierś, łopo­cząc rado­śnie skrzy­dłami i obej­mu­jąc sapera, który z prze­kleń­stwem na ustach ode­pchnął pró­bu­ją­cego ści­snąć mu gar­dło cho­wańca. Potem wszedł do wąskiego pokoju i zamknął za sobą drzwi.

- Już zaczy­na­łem się mar­twić - mruk­nął ukryty w cie­niu pod ścianą Kalam.

- Coś mnie zatrzy­mało - wyja­śnił Skrzy­pek.

- Kło­poty?

Saper wzru­szył ramio­nami. Zdjął płaszcz, odsła­nia­jąc obszytą skórą kol­czą kami­zelkę.

- Gdzie reszta?

- W ogro­dzie - odpo­wie­dział Kalam.

Skrzy­pek przy­kuc­nął przy swym ple­caku i scho­wał w nim muszlę, owi­ja­jąc ją w zapa­sową koszulę.

Potem usiadł przy sto­liku obok Kalama, który napeł­nił dwa kubki roz­cień­czo­nym wodą winem.

- I co?

- Wstrzą­sacz w sko­ru­pie jaja - odparł Skrzy­pek. Nim powie­dział coś wię­cej, pocią­gnął długi łyk. - Na murach jest gęsto od sym­boli. Myślę, że naj­da­lej za tydzień ulice spłyną krwią.

- Mamy konie, muły i zapasy. Zapewne znaj­dziemy się już wtedy nie­da­leko odhan. Tam będzie bez­piecz­niej.

Skrzy­pek przyj­rzał się towa­rzy­szowi. Jego ciemna twarz o gru­bych rysach lśniła w sła­bym świe­tle wpa­da­ją­cym przez zasło­nięte okno. Na podziur­ko­wa­nej powierzchni blatu przed skry­to­bójcą leżała para noży, a obok nich spo­czy­wała osełka.

- Może tak, a może nie.

- Dło­nie na murach?

Skrzy­pek chrząk­nął.

- A więc je zauwa­ży­łeś.

- Sym­bole powsta­nia, miej­sca spo­tkań, zapro­sze­nia na rytu­ały ku czci Dryjhny, wszystko to potra­fię odczy­tać tak samo bie­gle, jak każdy tuby­lec. Ale te odci­ski nie­ludz­kich dłoni to coś cał­kiem innego. - Kalam pochy­lił się i uniósł noże. Machi­nal­nie skrzy­żo­wał szmel­co­wane ostrza. - Mam wra­że­nie, że wszyst­kie wska­zują na połu­dnie.

- Pan'potsun Odhan - stwier­dził Skrzy­pek. - To kon­wer­gen­cja.

Skry­to­bójca znie­ru­cho­miał, wbi­ja­jąc spoj­rze­nie ciem­nych oczu w skrzy­żo­wane noże.

- Tej pogło­ski jesz­cze nie sły­sza­łem.

- Tak uważa Kim­loc.

- Kim­loc! - krzyk­nął Kalam. - On jest w mie­ście?

- Tak mówią.

Skrzy­pek pocią­gnął kolejny łyk wina. Gdyby opo­wie­dział Kala­mowi o swych przy­go­dach - i o spo­tka­niu z cho­dzą­cym z duchami - skry­to­bójca natych­miast wypadłby z pokoju. I wysłał Kim­loca do Bramy Kap­tura. Kim­loca, jego rodzinę i straż­ni­ków. Wszyst­kich. Sie­dzący naprze­ciwko niego męż­czy­zna wolałby się zabez­pie­czyć.

To mój kolejny dar dla cie­bie, Kim­loc... mil­cze­nie.

W kory­ta­rzu roz­le­gły się kroki. Po chwili poja­wił się Cro­kus.

- Ciemno tu jak w jaskini - poskar­żył się.

- Gdzie Apsa­lar? - zapy­tał Skrzy­pek.

- A gdzie ma być? W ogro­dzie - wark­nął zło­dziej z Daru­dży­stanu.

Saper oklapł. Wciąż drę­czył go dawny nie­po­kój.

Jej nie­obec­ność zwia­sto­wała kło­poty. Kiedy zni­kała, nale­żało strzec wła­snych ple­ców. Wciąż trudno mu było uwie­rzyć, że dziew­czyna nie jest już tym, kim była do nie­dawna. Poza tym, jeśli patron skry­to­bój­ców posta­nowi znowu ją opę­tać, pierw­szym ostrze­że­niem, jakie otrzy­mają, będzie pode­rżnię­cie gar­deł.

Wes­tchnął, masu­jąc napięte mię­śnie karku.

Cro­kus przy­cią­gnął krze­sło do stołu, usiadł i się­gnął po wino.

- Mamy już dosyć cze­ka­nia - oznaj­mił. - Jeśli musimy zapu­ścić się w głąb tego cho­ler­nego kraju, zróbmy to jak naj­szyb­ciej. Pod murem ogrodu leży paru­jąca kupa nie­czy­sto­ści, która blo­kuje rynsz­tok. Roi się w niej od szczu­rów. Upał jest okropny, a much tyle, że led­wie można oddy­chać. Jeśli zosta­niemy tu dłu­żej, na pewno zła­piemy jakąś zarazę.

- Miejmy nadzieję, że to będzie siny język - rzu­cił Kalam.

- A co to jest?

- Ozór ci puch­nie i sinieje - wyja­śnił Skrzy­pek.

- I co w tym takiego dobrego?

- Nie można gadać.

***

Gdy Kalam ruszył w stronę Jen'rahb, na nie­bie lśniły gwiazdy, a księ­życ jesz­cze nie wze­szedł. Na szczyt wzgó­rza pro­wa­dziły stare rampy, wyglą­da­jące jak zbu­do­wane przez olbrzy­mów schody, pełne szczerb po usu­nię­tych blo­kach gła­dzo­nego kamie­nia, które wyko­rzy­stano w innych rejo­nach Ehr­li­tanu. Owe luki wypeł­niały splą­tane krzewy, któ­rych suche korze­nie się­gały głę­boko w stok wzgó­rza.

Skry­to­bójca wspi­nał się zręcz­nie na rumo­wi­sko. Pochy­lał głowę, by nikt spo­glą­da­jący z ulic na dole nie wypa­trzył go na tle nieba. W mie­ście pano­wała nie­na­tu­ralna cisza. Nie­liczne patrole mala­zań­skich żoł­nie­rzy krą­żyły po nim w nie­mal zupeł­nej samot­no­ści, jakby roz­ka­zano im strzec nekro­po­lii zamiesz­ka­nej wła­ści­wie tylko przez duchy. Nie­po­kój kazał im zacho­wy­wać się gło­śno i Kalam uni­kał ich bez więk­szego trudu.

Dotarł na szczyt, prze­śli­zgu­jąc się mię­dzy dwoma wiel­kimi blo­kami wapie­nia, które ongiś były czę­ścią ota­cza­ją­cego wierz­cho­łek muru. Zatrzy­mał się, oddy­cha­jąc głę­boko peł­nym pyłu noc­nym powie­trzem, po czym spoj­rzał w dół, na ulice Ehr­li­tanu. Twier­dza Pię­ści, która kie­dyś była rezy­den­cją miej­sco­wego Świę­tego Falah'da, pię­trzyła się ciemna i pokraczna nad dobrze oświe­tlo­nym dzie­dziń­cem niczym zaci­śnięta dłoń ster­cząca z roz­ża­rzo­nych węgiel­ków. W tym kamien­nym gma­chu ukry­wał się woj­skowy guber­na­tor Impe­rium Mala­zań­skiego, który zamy­kał uszy na pełne żaru ostrze­że­nia Czer­wo­nych Mie­czy oraz tych mala­zań­skich szpie­gów i sym­pa­ty­ków, któ­rych jesz­cze nie zamor­do­wano bądź nie zmu­szono do ucieczki z mia­sta. Cały kon­tyn­gent wojsk oku­pa­cyj­nych zamknął się w kosza­rach twier­dzy. Odwo­łano żoł­nie­rzy z for­tów gar­ni­zo­no­wych roz­lo­ko­wa­nych w stra­te­gicz­nych punk­tach wokół Ehr­li­tanu. Twier­dza nie była w sta­nie pomie­ścić tak wielu ludzi. Jej stud­nię już zanie­czysz­czono, a żoł­nie­rze spali pod gwiaz­dami na kamie­niach dzie­dzińca. Przy mala­zań­skim molo cumo­wały dwie stare falar­skie tri­remy, a całego impe­rial­nego portu strze­gła tylko jedna kom­pa­nia pie­choty mor­skiej, któ­rej stan w dodatku był nie­pełny. Mala­zań­czycy byli oblę­żeni, mimo że nikt jesz­cze nie pod­niósł prze­ciw nim ręki.

Kalama roz­dzie­rał kon­flikt lojal­no­ści. Z uro­dze­nia nale­żał do oku­po­wa­nych, lecz dobro­wol­nie zacią­gnął się pod sztan­dary impe­rium. Wal­czył za cesa­rza Kel­la­nveda. I Das­sema Ultora, i Sójeczkę, i Dujeka Jed­no­rę­kiego. Ale nie za Laseen. Tę więź dawno już prze­cięła zdrada. Cesarz wyrwałby temu powsta­niu serce przy pierw­szym ude­rze­niu. Krótka, bez­li­to­sna rzeź, a potem długi pokój. Za to Laseen pozwo­liła sta­rym ranom zro­pieć i w rezul­ta­cie sam Kap­tur zapo­mni języka w gębie na widok tego, co się tu sta­nie.

Kalam cof­nął się od szczytu wzgó­rza. Cią­gnął się przed nim labi­rynt skru­szo­nych wapien­nych blo­ków i cegieł, pustych kloak i skar­ło­wa­cia­łych krza­ków. Nad czar­nymi kału­żami uno­siły się chmury owa­dów, na które polo­wały nie­to­pe­rze i rhi­zany.

Nie­opo­dal cen­trum wzno­siły się trzy pierw­sze kon­dy­gna­cje pochy­łej wieży, ople­cio­nej korze­niami skur­czo­nego od suszy drzewa, które rosło na jej szczy­cie. U pod­stawy budowli Kalam ujrzał czarną plamę wlotu.

Przy­glą­dał się jej przez pewien czas, aż wresz­cie skie­ro­wał się ku wej­ściu. W odle­gło­ści dzie­się­ciu kro­ków od wyrwy w ścia­nie zauwa­żył w środku słaby błysk. Wyjął szty­let, dwu­krot­nie ude­rzył jego gałką o mur i ruszył przed sie­bie. Powstrzy­mał go dobie­ga­jący z mroku głos.

- Nie pod­chodź bli­żej, Kala­mie Mekhar.

Kalam splu­nął gło­śno.

- Mebra, wydaje ci się, że nie poznam cię po gło­sie? Takie nik­czemne rhi­zany jak ty ni­gdy nie odda­lają się od gniazda. Dla­tego tak łatwo było mi cię zna­leźć, a jesz­cze łatwiej tra­fić tu za tobą.

- Muszę zała­twić coś waż­nego - wark­nął Mebra. - Po co wró­ci­łeś? Czego ode mnie chcesz? Zacią­gną­łem dług u Pod­pa­la­czy Mostów, a oni już nie ist­nieją.

- Zacią­gną­łeś dług u mnie - sprze­ci­wił się Kalam.

- A kiedy znaj­dzie mnie następny mala­zań­ski pies z godłem pło­ną­cego mostu, on rów­nież będzie mógł zażą­dać spłaty długu? A potem trzeci i czwarty? O nie, Kal...

Skry­to­bójca wpadł do środka, nim Mebra zdo­łał się zorien­to­wać. Rzu­cił się w ciem­ność, bez­błęd­nie zaci­ska­jąc dłoń na gar­dle szpiega. Mebra pisnął, gdy Kalam uniósł go w powie­trze i przy­ci­snął do ściany, doty­ka­jąc czub­kiem noża zagłę­bie­nia nad most­kiem. Coś, co szpieg przy­ci­skał do piersi, upa­dło z łosko­tem na zie­mię. Kalam nawet na to nie spoj­rzał. Wpa­try­wał się Mebrze pro­sto w oczy.

- Dług - wark­nął.

- Mebra to czło­wiek honoru - wyszep­tał szpieg. - Spłaca wszyst­kie długi! Ten też spłaci!

Kalam uśmiech­nął się.

- Wła­śnie zaci­sną­łeś dłoń na ręko­je­ści szty­letu, Mebra. Lepiej jej stam­tąd nie ruszaj. Dokład­nie widzę, co pla­nu­jesz. Czy­tam to w two­ich oczach. A teraz ty spójrz w moje. Co widzisz?

Mebra oddy­chał coraz szyb­ciej. Po czole spły­wał mu pot.

- Litoś...

Kalam uniósł brwi.

- To fatalny błąd.

- Nie, nie! Bła­gam cię o litość, Kalam! W two­ich oczach widzę tylko śmierć! Śmierć Mebry! Spłacę dług, stary przy­ja­cielu. Wiem dużo, wszystko, czego powi­nien się dowie­dzieć pięść! Mogę mu oddać cały Ehr­li­tan...

- Nie wąt­pię w to - rzu­cił Kalam. Puścił gar­dło Mebry i odsu­nął się. Prze­ra­żony szpieg przy­kuc­nął pod ścianą. - Zostaw jed­nak pięść jego losowi.

Mebra pod­niósł wzrok. W jego oczach poja­wił się nagle chy­try błysk.

- Wyjęto cię spod prawa. Nie chcesz wra­cać do mala­zań­skiej owczarni. Znowu jesteś czło­wie­kiem z Sied­miu Miast! Kalam, niech cię Sied­miu bło­go­sławi!

- Potrzebne mi znaki, Mebra. Muszę się prze­do­stać przez odhan.

- Znasz je...

- Sym­bole się roz­mno­żyły. Znam stare, a jeśli ich użyję, zabije mnie pierw­sze ple­mię, które spo­tkam.

- Wystar­czy ci jeden sym­bol, Kalam. Na całym obsza­rze Sied­miu Miast. Przy­się­gam.

Skry­to­bójca odsu­nął się jesz­cze dalej.

- A jak on wygląda?

- Jesteś dziec­kiem Dryjhny, żoł­nie­rzem Apo­ka­lipsy. Pamię­tasz gest Tor­nada?

Kalam ski­nął głową. Podejrz­li­wość go nie opusz­czała.

- Widzia­łem też wiele innych. Mnó­stwo nowych sym­boli. Co one zna­czą?

- W chmu­rze sza­rań­czy ukrywa się tylko jeden - wyja­śnił Mebra. - Tak naj­ła­twiej jest zmy­lić Czer­wone Mie­cze. Pro­szę cię, Kalam, zostaw mnie już. Spła­ci­łem dług...

- Jeśli to zdrada, dowie się o tym Ada­ephon Ben Delat. Powiedz mi, czy zdo­łasz umknąć przed Szyb­kim Benem, jeśli roz­wi­nie swe groty?

Mebra pokrę­cił głową. Jego twarz była blada jak tar­cza księ­życa.

- Tor­nado.

- Tak, przy­się­gam na Sied­miu.

- Nie ruszaj się - roz­ka­zał Kalam.

Skry­to­bójca pod­szedł bli­żej, zaci­ska­jąc dłoń na ręko­je­ści dłu­giego noża, który miał za pasem. Schy­lił się i pod­niósł przed­miot, który przed chwilą wypadł z rąk Mebry. Usły­szał, że szpieg wstrzy­mał oddech, i uśmiech­nął się.

- Może wezmę to ze sobą jako gwa­ran­cję.

- Pro­szę cię, Kalam...

- Cisza.

Skry­to­bójca zorien­to­wał się, że trzyma w rękach spo­witą w muślin księgę. Zdarł z niej zabru­dzoną tka­ninę.

- Na oddech Kap­tura! - wyszep­tał. - Ze skarbca wiel­kiej pię­ści w Are­nie... tra­fiła w ręce ehr­lij­skiego szpiega. - Pod­niósł wzrok, by spoj­rzeć Mebrze w oczy. - Czy Pormqual wie, że skra­dziono to, co ma dać począ­tek Apo­ka­lip­sie?

Czło­wie­czek uśmiech­nął się, odsła­nia­jąc sze­reg srebr­nych zębów.

- Ten głu­piec niczego by nie zauwa­żył, nawet gdyby pod­czas snu ukra­dziono mu jedwabną poduszkę. Widzisz, Kalam, gdy­byś wziął to jako gwa­ran­cję, każdy wojow­nik Apo­ka­lipsy rzu­ciłby się za tobą w pogoń. Święta Księga Dryjhny odzy­skała wol­ność i musi wró­cić do Raraku, gdzie jasno­wi­dząca...

- Da począ­tek Tor­nadu - dokoń­czył Kalam. Sta­ro­żytny tom cią­żył mu w rękach niczym gra­ni­towa płyta. Oprawa ze skóry bhe­de­rin była popla­miona i pory­so­wana, a stro­nice z jagnię­cej skóry pach­niały lano­liną oraz inkau­stem z krwa­wych jagód. A na tych kar­tach... obłą­kane słowa, na Świę­tej Pustyni czeka zaś sha'ik, jasno­wi­dząca, zapo­wie­dziana przez pro­roc­twa przy­wód­czyni buntu. - Zdra­dzisz mi jesz­cze jedną tajem­nicę, Mebra. Tę, którą musi znać czło­wiek nio­sący tę książkę.

Szpieg wyba­łu­szył oczy ze stra­chu.

- Ona nie może być twoim zakład­ni­kiem, Kalam! Weź mnie zamiast niej! Bła­gam!

- Zaniosę ją na Świętą Pusty­nię Raraku - zapo­wie­dział Kalam. - Oddam ją sha'ik do rąk wła­snych i w ten spo­sób kupię sobie prawo przej­ścia, Mebra. A jeśli spo­tka mnie zdrada, jeśli ujrzę po dro­dze choć jed­nego żoł­nie­rza Apo­ka­lipsy, znisz­czę księgę. Zro­zu­mia­łeś?

Mebra zamru­gał, by usu­nąć pot z oczu, po czym ner­wowo ski­nął głową.

- Musisz jechać na ogie­rze koloru pia­sku, naj­pierw zmie­szaw­szy z nim krew. Musisz mieć na sobie czer­woną telabę. Co noc musisz zwró­cić się twa­rzą w stronę śladu, który zosta­wisz, paść na kolana, wyjąć księgę i wezwać imie­nia Dryjhny. Nie musisz mówić ani słowa wię­cej, gdyż bogini Tor­nada usły­szy cię i wysłu­cha. Wszel­kie twe ślady znikną. Potem musisz odcze­kać godzinę w mil­cze­niu i znowu zapa­ko­wać księgę. Nie wolno jej wysta­wiać na świa­tło słońca, gdyż chwila jej prze­bu­dze­nia należy do sha'ik. Powtó­rzę teraz te wska­zówki...

- Nie trzeba - wark­nął Kalam.

- Naprawdę wyjęto cię spod prawa?

- Czy już ci tego nie dowio­dłem?

- Jeśli oddasz sha'ik Księgę Dryjhny, twoje imię po wsze czasy będzie wychwa­lane pod nie­biosa, Kalam. Ale jeśli zdra­dzisz sprawę, ludzie, wypo­wia­da­jąc je, będą splu­wali na pia­sek.

Skry­to­bójca ponow­nie owi­nął książkę w muślin, a potem scho­wał ją w fał­dach bluzy.

- Nasza roz­mowa skoń­czona.

- Niech cię Sied­miu bło­go­sławi, Kala­mie Mekhar.

Kalam odpo­wie­dział mu tylko chrząk­nię­ciem. Pod­szedł do wyj­ścia i zatrzy­mał się, by wyj­rzeć na zewnątrz. Nie zoba­czył nikogo, wymknął się więc bez­sze­lest­nie w świa­tło księ­życa.

Wciąż przy­kuc­nięty pod ścianą Mebra śle­dził skry­to­bójcę czuj­nym spoj­rze­niem. Wytę­żał słuch, by usły­szeć odgłosy osy­pu­ją­cych mu się spod nóg skał, cegieł i gruzu, lecz do jego uszu nie dotarł żaden inny dźwięk. Otarł pot z czoła, wsparł głowę o chłodny kamienny mur i zamknął oczy.

Po kilku minu­tach usły­szał w wej­ściu do wieży deli­katny zgrzyt zbroi.

- Widzie­li­ście go? - zapy­tał Mebra, nie otwie­ra­jąc oczu.

- Lostara go śle­dzi - odparł ktoś baso­wym gło­sem. - Ma księgę?

Mebra roz­cią­gnął w uśmie­chu wąskie usta.

- Nie takiego gościa się spo­dzie­wa­łem. O, nie. Ni­gdy bym sobie nie wyobra­ził rów­nie for­tun­nego zda­rze­nia. To był Kalam Mekhar.

- Pod­pa­lacz Mostów? Na poca­łu­nek Kap­tura, Mebra, gdy­bym o tym wie­dział, zała­twi­li­by­śmy go, nim odda­liłby się od wieży na krok.

- Gdy­by­ście spró­bo­wali to zro­bić swą krwią, kar­mi­li­by­ście teraz we troje z Aral­tem i Lostarą spra­gnione korze­nie Jen'rahb - odparł Mebra.

Rosły wojow­nik par­sk­nął ochry­płym śmie­chem i wszedł do środka. Za jego ple­cami, zgod­nie z domy­słami szpiega, maja­czyła postać Aralta Arpata, który strzegł wej­ścia. Był tak wysoki i sze­roki, że nie­mal cał­ko­wi­cie prze­sła­niał świa­tło księ­życa.

Tene Baralta wsparł zakute w sta­lowe ręka­wice dło­nie na gał­kach mie­czy, które miał u bio­der.

- A co z czło­wie­kiem, do któ­rego zwró­ci­łeś się na początku?

Mebra wes­tchnął.

- Jak już ci mówi­łem, trzeba by cze­kać na niego z tuzin nocy. Zdrowo się wystra­szył i zapewne jest już w poło­wie drogi do G'danis­banu. Zmie­nił zda­nie. Każdy roz­sądny czło­wiek na jego miej­scu postą­piłby tak samo. - Szpieg wstał, strze­pu­jąc pia­sek z telaby. - Nie mogę uwie­rzyć w ten fart, Baralta...

Tene Baralta ude­rzył z szyb­ko­ścią bły­ska­wicy zakutą w stal dło­nią. Ostre zadziory ogniw kol­czugi zosta­wiły na twa­rzy szpiega głę­bo­kie szramy. Krew try­snęła na ścianę. Mebra zato­czył się do tyłu, zasła­nia­jąc dłońmi bro­czące rany.

- Za bar­dzo się spo­ufa­lasz - stwier­dził spo­koj­nie Baralta. - Jak rozu­miem, przy­go­to­wa­łeś Kalama? Udzie­li­łeś mu nie­zbęd­nych... instruk­cji?

Mebra splu­nął krwią, po czym ski­nął głową.

- Wytro­pi­cie go bez trudu, komen­dan­cie.

- Aż do obozu sha'ik?

- Tak jest. Ale bła­gam cię, bądź ostrożny. Jeśli Kalam wyczuje waszą obec­ność, znisz­czy księgę. Trzy­maj­cie się dzień jazdy za nim, nawet wię­cej.

Tene Baralta wyjął z mieszka, który miał u pasa, kawa­łek skóry bhe­de­rin.

- Cielę tęskni za matką - stwier­dził.

- I zawsze ją odszuka - dokoń­czył Mebra. - Żeby zabić sha'ik, będzie­cie potrze­bo­wali całej armii, komen­dan­cie.

- To już nasze zmar­twie­nie, Mebra - odparł z uśmie­chem Czer­wony Miecz.

Szpieg zaczerp­nął głę­boko tchu.

- Pro­szę tylko o jedno, komen­dan­cie - rzekł po chwili waha­nia.

- Pro­sisz?

- Bła­gam, komen­dan­cie.

- A o co?

- Kalam nie może zgi­nąć.

- Twoim ranom bra­kuje syme­trii, Mebra. Daj mi popie­ścić swoją gębę z dru­giej strony.

- Wysłu­chaj mnie, komen­dan­cie! Pod­pa­lacz Mostów wró­cił do Sied­miu Miast. Twier­dzi, że jest żoł­nie­rzem Apo­ka­lipsy. Ale czy ktoś taki jak on przy­łą­czyłby się do obozu sha'ik? Czy ktoś, kto uro­dził się wodzem, zado­wo­liłby się rolą pod­ko­mend­nego?

- Do czego zmie­rzasz?

- Kalam przy­był tu z jakie­goś innego powodu, komen­dan­cie. Cho­dziło mu o bez­pieczne przej­ście przez Pan'potsun Odhan i tylko w tym celu zabrał mi księgę. Skry­to­bójca zmie­rza na połu­dnie. Po co? Sądzę, że Czer­wone Mie­cze powinny się tego dowie­dzieć. I impe­rium też. A taką wie­dzę można uzy­skać tylko od żywego.

- Coś podej­rze­wasz?

- Aren.

Tene Baralta prych­nął pogar­dli­wie.

- Chce wbić nóż mię­dzy żebra Pormqu­ala? Wszy­scy byśmy go za to pobło­go­sła­wili, Mebra.

- Kalama nic nie obcho­dzi wielka pięść.

- W takim razie, co chce zna­leźć w Are­nie?

- Przy­cho­dzi mi do głowy tylko jedno, komen­dan­cie. Sta­tek pły­nący do Malazu.

Mebra gar­bił się mocno, a twarz pul­so­wała mu z bólu. Mimo to uważ­nie obser­wo­wał spod opa­da­ją­cych powiek dowódcę Czer­wo­nych Mie­czy i widział, że jego słowa zapu­ściły korze­nie w umy­śle Baralty.

- Co pla­nu­jesz? - zapy­tał cicho komen­dant po dłuż­szej chwili.

Mebra uśmiech­nął się, choć drogo go to kosz­to­wało.

***

Klify wzno­siły się na wyso­kość czte­ry­stu sążni nad pusty­nię niczym potężne, wsparte o sie­bie bloki wapie­nia. Po ich rzeź­bio­nej wia­trem powierzchni prze­bie­gały głę­bo­kie szcze­liny, a w naj­głęb­szej, na wyso­ko­ści stu pięć­dzie­się­ciu sążni nad pia­skami, wzno­siła się wieża. Na tle cegieł widać było czarny łuk jedy­nego okna.

Mappo wes­tchnął.

- Nie widzę łatwej drogi, ale gdzieś tu musi być jakieś doj­ście. - Zer­k­nął na zmie­rza­ją­cego za nim towa­rzy­sza. - Jesteś prze­ko­nany, że wieża jest zamiesz­kana?

Ica­rium otarł z czoła zakrze­płą krew, po czym ski­nął głową. Wycią­gnął do połowy miecz z pochwy, spo­glą­da­jąc z nie­za­do­wo­le­niem na wciąż przy­le­ga­jące do wyszczer­bio­nego ostrza skrawki ciała.

D'iver­sowi udało się ich zasko­czyć. Gdy dwaj wędrowcy przy­go­to­wy­wali się do roz­bi­cia obozu, z parowu, znaj­du­ją­cego się w odle­gło­ści dzie­się­ciu kro­ków na prawo od nich, wypa­dło dwa­na­ście lam­par­tów koloru pia­sku. Jedna z bestii sko­czyła Map­powi na plecy i zaci­snęła mu zęby na szyi, wbi­ja­jąc kły w twardą skórę Trella. Zaata­ko­wała go tak jak anty­lopę, chcąc oba­lić na zie­mię i prze­gryźć mu tcha­wicę. Mappo jed­nak nie był anty­lopą. Choć kły wbiły się głę­boko, napo­tkały tylko mię­śnie. Roz­wście­czony Trell się­gnął ręką za głowę i ścią­gnął zwie­rzę z ple­ców. Trzy­ma­jąc war­czą­cego lam­parta za skórę na karku i u bio­der, grzmot­nął nim mocno o głaz. Czaszka pękła.

Pozo­stałe jede­na­ście bestii zaata­ko­wało Ica­riuma. Gdy Mappo odrzu­cił na bok ciało napast­nika i odwró­cił się bły­ska­wicz­nie, zoba­czył, że cztery lam­party leżą już bez ruchu wokół pół­krwi Jaghuta. Trell spoj­rzał na Ica­riuma i nagle dopadł go strach.

Jak silny? Jak silny jest gniew Jhaga? Beru, pobło­go­sław nas, pro­szę.

Jedno ze zwie­rząt zaci­snęło zęby na lewym udzie Ica­riuma. Sta­ro­żytny miecz wojow­nika ude­rzył w dół, deka­pi­tu­jąc lam­parta. Jak na maka­brycz­nym obrazku, głowa trzy­mała się jesz­cze przez chwilę, jakby z nogi wojow­nika wyra­stał krwa­wiący guz.

Oca­lałe koty krą­żyły wokół prze­ciw­ni­ków.

Mappo rzu­cił się naprzód i pochwy­cił ogon jed­nego z lam­par­tów. Z gło­śnym rykiem cisnął w górę pisz­czące stwo­rze­nie. Mio­ta­jący się dra­pież­nik prze­le­ciał w powie­trzu sie­dem czy osiem kro­ków, ude­rzył o skałę i zła­mał sobie krę­go­słup.

Dla d'iversa było już za późno. Zro­zu­miał swój błąd i spró­bo­wał uciec, Ica­rium był jed­nak nie­ubła­gany. Nucąc jękli­wie, Jhag rzu­cił się mię­dzy pięć oca­la­łych lam­par­tów. Zwie­rzęta roz­pierz­chły się, lecz zbyt wolno. Try­snęły fon­tanny krwi. Ochłapy mięsa spa­dły z łosko­tem na pia­sek. Po paru chwi­lach na ziemi leżało pięć kolej­nych tru­pów.

Ica­rium odwró­cił się w mgnie­niu oka, szu­ka­jąc kolej­nych ofiar. Trell postą­pił pół kroku naprzód. Chwilę póź­niej piskliwe zawo­dze­nie umil­kło, a przy­kuc­nięty pół-Jaghut wypro­sto­wał się powoli. Gdy jego kamienne spoj­rze­nie padło na Trella, zmarsz­czył brwi.

Mappo zoba­czył na czole Ica­riuma kro­pelki krwi. Nie­sa­mo­wity dźwięk ucichł.

Nie nazbyt silny. Jest bez­piecz­nie. Bogo­wie na dole, ta ścieżka... jestem głup­cem, że na nią wstą­pi­łem. Było bli­sko, sta­now­czo za bli­sko.

Woń krwi d'iversa, któ­rej prze­lali tak wiele, z pew­no­ścią zwabi tu następ­nych. Dwaj wędrowcy szybko się spa­ko­wali i ruszyli pośpiesz­nie w drogę. Nim się odda­lili, Ica­rium wycią­gnął jesz­cze z koł­czanu strzałę, którą wbił w pia­sek w widocz­nym miej­scu.

Ruszyli truch­tem przez noc. Nie gnał ich strach przed śmier­cią. Obaj bar­dziej bali się zabi­jać. Mappo modlił się o to, by strzała Ica­riuma oka­zała się wystar­cza­ją­cym ostrze­że­niem.

O świ­cie zna­leźli się u pod­nóża wschod­niej skarpy. Za kli­fami wzno­siło się pasmo zwie­trza­łych gór, dzie­lące Raraku od Pan'potsun Odhan.

Coś zigno­ro­wało jed­nak strzałę i podą­żało za nimi w odle­gło­ści około trzech mil. Trell wyczuł obec­ność intruza przed godziną. Był to jed­no­po­chwy­cony, który przy­jął olbrzy­mią postać.

- Znajdź ścieżkę na górę - pole­cił Ica­rium, napi­na­jąc łuk. Wyjął pozo­stałe strzały i spo­glą­dał teraz za sie­bie. W odle­gło­ści stu kro­ków migo­czące od upału powie­trze sta­wało się kur­tyną, która wszystko prze­sła­niała. Gdyby zmien­no­kształtny wypadł zza niej i roz­po­czął szarżę, Jhag miałby czas wypu­ścić pół tuzina strzał. W ich drzew­cach wyrzeź­biono groty, które mogłyby powa­lić nawet smoka; mina Ica­riuma wyraź­nie jed­nak świad­czyła, że robi mu się nie­do­brze na tę myśl.

Mappo obma­cał kłute rany na karku. Roz­szar­pane ciało było cie­płe od zaka­że­nia. Roiło się na nim od much. Głę­boko w mię­śniach czuł pul­su­jący ból. Wydo­był z ple­caka liść kak­tusa jegura i wyci­snął sok na pora­nione miej­sca. Ciało Trella ogar­nęło odrę­twie­nie, co pozwo­liło mu swo­bod­nie poru­szać koń­czy­nami, uwol­niło się od prze­szy­wa­ją­cego bólu, który spra­wiał, że już od kilku godzin zle­wał go pot. Zadrżał pora­żony nagłym chło­dem. Sok kak­tusa miał tak potężne dzia­ła­nie, że można go było sto­so­wać tylko raz dzien­nie, bo ina­czej odrę­twie­nie roz­sze­rzy­łoby się na serce i płuca. A muchy staną się od niego jesz­cze bar­dziej spra­gnione.

Pod­szedł do szcze­liny w ścia­nie urwi­ska. Trel­lo­wie byli miesz­kań­cami rów­nin i Mappo nie wspi­nał się zbyt bie­gle. Dla­tego nie cie­szył się na myśl o ocze­ku­ją­cym go zada­niu. Wyrwa była wystar­cza­jąco głę­boka, by nie docie­rały do niej poranne pro­mie­nie słońca, a u pod­stawy wąska jak jego barki. Mappo pochy­lił się i wśli­znął do środka. Chłodne, stę­chłe powie­trze wywo­łało kolejną falę dresz­czy. Oczy szybko mu przy­wy­kły do ciem­no­ści i sześć kro­ków przed sobą ujrzał tylną ścianę szcze­liny. Nie było tu żad­nych scho­dów ani uchwy­tów. Wyżej roz­pa­dlina sta­wała się szer­sza, lecz aż do punktu, który naj­praw­do­po­dob­niej sta­no­wił pod­stawę wieży, nie było w niej widać niczego, co uła­twia­łoby wspi­naczkę. Nawet zwi­sa­ją­cej liny. Trell wark­nął z roz­cza­ro­wa­nia i wró­cił w pro­mie­nie słońca.

Ica­rium patrzył w stronę, z któ­rej przy­szli, uno­sząc gotowy do strzału łuk. W odle­gło­ści trzy­dzie­stu kro­ków od niego stał na czte­rech łapach potężny bru­natny niedź­wiedź. Zwie­rzę koły­sało się i uno­siło pysk, węsząc uważ­nie. Przy­był jed­no­po­chwy­cony.

Mappo pod­szedł do towa­rzy­sza.

- Znam go - powie­dział cicho.

Ica­rium opu­ścił łuk i zwol­nił cię­ciwę.

- Prze­obraża się - stwier­dził.

Niedź­wiedź ruszył ocię­żale w ich stronę.

Mappo zamru­gał. Obraz nagle roz­mył się przed jego oczyma. Poczuł smak pyłu. Noz­drza zadrżały mu pod wpły­wem ostrego, korzen­nego zapa­chu, który towa­rzy­szył zmia­nie. Zalała go fala instynk­tow­nego stra­chu. Nagła suchość w gar­dle utrud­niała prze­ły­ka­nie. Po chwili prze­obra­że­nie dobie­gło końca. Szedł ku nim nagi męż­czy­zna. Jego jasna skóra lśniła w ostrym bla­sku słońca.

Mappo pokrę­cił głową. W zama­sko­wa­nej postaci jed­no­po­chwy­cony był nabitą masą mię­śni, nato­miast jako czło­wiek liczył sobie zale­d­wie pięć stóp wzro­stu, pra­wie wcale nie miał wło­sów, był strasz­li­wie wychu­dzony, twarz miał wąską, a zęby w kształ­cie szu­fe­lek. Małe oczka koloru gra­na­tów lśniły w pomarsz­czo­nych gniaz­dach dobrego humoru, które towa­rzy­szyły sze­ro­kiemu uśmie­chowi.

- Mappo Trell! Nos mi powie­dział, że to będziesz ty!

- Dawno się nie widzie­li­śmy, Mes­sremb.

Jed­no­po­chwy­cony przyj­rzał się Jha­gowi.

- Tak jest. Ostat­nio na pół­noc od Nemil.

- Mam wra­że­nie, że tamte bez­kre­sne sosnowe lasy bar­dziej ci odpo­wia­dały - mówił Mappo, wra­ca­jąc na chwilę pamię­cią do owych dni swo­body, gdy Trel­lo­wie zbie­rali się w wiel­kie kara­wany i wędro­wali w dale­kie strony.

Z twa­rzy męż­czy­zny znik­nął uśmiech.

- To prawda. Z pew­no­ścią jesteś Ica­riu­mem, panie, twórcą mecha­ni­zmów, a teraz rów­nież zgubą d'iver­sów i jed­no­po­chwy­co­nych. Dowiedz się, że bar­dzo mnie cie­szy, iż opu­ści­łeś łuk. Kiedy zoba­czy­łem, że we mnie mie­rzysz, serce zabiło mi jak sza­lone.

Ica­rium zmarsz­czył brwi.

- Gdyby dano mi szansę wyboru, wolał­bym nie być niczyją zgubą - wyja­śnił. - Zaata­ko­wano nas bez ostrze­że­nia - dodał. W tych ostat­nich sło­wach zabrzmiała dziwna nie­pew­ność.

- Chcesz powie­dzieć, że nie zdą­ży­łeś ostrzec bied­nego stwo­rze­nia. Niech kawałki jego duszy znajdą zmi­ło­wa­nie. Ja jed­nak nie jestem tak poryw­czy. Moim prze­kleń­stwem jest jedy­nie czuły nos. Zada­łem sobie pyta­nie: czyj to zapach mie­sza się z wonią Trella, tak podobny do jaghuc­kiego, lecz zara­zem odmienny? Teraz, gdy oczy udzie­liły mi odpo­wie­dzi, mogę wró­cić na Ścieżkę.

- Czy wiesz, dokąd cię ona zapro­wa­dzi? - zapy­tał Mappo.

Mes­sremb zesztyw­niał.

- Widzie­li­ście bramy?

- Nie. Co się spo­dzie­wasz w nich zna­leźć?

- Odpo­wie­dzi, stary przy­ja­cielu. Oszczę­dzę wam zapa­chu mojej trans­for­ma­cji, odda­la­jąc się na pewną odle­głość. Czy życzysz mi powo­dze­nia, Mappo?

- Życzę, Mes­sremb. Udzielę ci też ostrze­że­nia. Przed czte­rema nocami natknę­li­śmy się na Ryl­lan­da­rasa. Bądź ostrożny.

W oczach jed­no­po­chwy­co­nego zalśniło wspo­mnie­nie o dzi­kim niedź­wie­dziu.

- Posta­ram się go odszu­kać.

Mappo i Ica­rium spo­glą­dali w ślad za zmien­no­kształt­nym, który znik­nął za skalną wynio­sło­ścią.

- Tli się w nim obłęd - stwier­dził Ica­rium.

Trell wzdry­gnął się na te słowa.

- Tak jak w nich wszyst­kich. - Wes­tchnął. - Muszę poszu­kać wej­ścia. W tej jaskini nic nie ma.

Ich uszu dobiegł powolny stu­kot kopyt. Na bie­gną­cej wzdłuż ściany urwi­ska ścieżce poja­wił się męż­czy­zna na czar­nym mule. Nie­zna­jomy sie­dział ze skrzy­żo­wa­nymi nogami w wyso­kim drew­nia­nym sio­dle. Miał na sobie brudną, podartą telabę, a spo­czy­wa­jące na zdob­nym łęku dło­nie były koloru rdzy. Jego twarz nik­nęła pod kap­tu­rem. Muł wyglą­dał oso­bli­wie. Miał czarny pysk, czarne uszy i oczy. Jed­no­li­cie heba­nowy odcień uroz­ma­icał jedy­nie pył oraz plamki cze­goś, co mogło być zaschniętą krwią.

Męż­czy­zna zachwiał się w sio­dle na ich widok.

- Nie ma wej­ścia, ale jest wyj­ście - wysy­czał. - Godzina jesz­cze nie nade­szła. Życie poda­ro­wane za życie ode­brane, zapa­mię­taj­cie te słowa, zapa­mię­taj­cie. Jeden z was jest ranny. Pło­nie w nim zaka­że­nie. Zaj­mie się nim mój sługa. Tro­skliwy czło­wiek o dotknię­tych przez morze dło­niach, jed­nej pomarsz­czo­nej, a dru­giej różo­wej. Rozu­mie­cie, co to zna­czy? Jesz­cze nie. Jesz­cze nie. Tak nie­wielu... gości. Was jed­nak ocze­ki­wa­łem.

Muł zatrzy­mał się naprze­ciwko szcze­liny, spo­glą­da­jąc żało­śnie na dwóch wędrow­ców. Jego wła­ści­ciel pró­bo­wał tym­cza­sem roz­pro­sto­wać nogi. Wysił­kom tym towa­rzy­szyły jęki bólu. W końcu stra­cił rów­no­wagę i z piskiem trwogi grzmot­nął na pia­sek.

Widząc, że na tela­bie poja­wiła się kar­ma­zy­nowa plama, Mappo pod­szedł bli­żej.

- Ty rów­nież jesteś ranny!

Męż­czy­zna krę­cił się na ziemi niczym prze­wró­cony na grzbiet żółw. Nogi wciąż miał skrzy­żo­wane. Kap­tur zsu­nął mu się z głowy, odsła­nia­jąc wielki, orli nos, siwe, sztywne kosmyki brody, pokrytą tatu­ażem łysinę oraz skórę barwy ciem­nego miodu. Nie­zna­jomy roz­cią­gnął usta w gry­ma­sie bólu, odsła­nia­jąc sze­reg nie­ska­zi­tel­nie bia­łych zębów.

Mappo uklęk­nął obok niego, szu­ka­jąc rany, która spo­wo­do­wała tak znaczną utratę krwi. Noz­drza Trella wypeł­niła ostra woń żelaza. Po chwili się­gnął pod płaszcz męż­czy­zny i wydo­był stam­tąd pęcherz z wycią­gniętą zatyczką. Chrząk­nął, spo­glą­da­jąc na Ica­riuma.

- To nie krew. Farba. Czer­wona ochra.

- Pomóż mi, ty dur­niu! - wark­nął nie­zna­jomy. - Moje nogi!

Zasko­czony Mappo pomógł mu roz­su­płać nogi. Każdy jego ruch wywo­ły­wał kolejne jęki. Gdy tylko koń­czyny zostały uwol­nione, męż­czy­zna usiadł i zaczął okła­dać pię­ściami wła­sne uda.

- Sługo! Wina! Wina, niech szlag trafi twój zbu­twiały mózg!

- Nie jestem twoim sługą - odparł chłodno Mappo, odsu­wa­jąc się od nie­zna­jo­mego. - Nie zwy­kłem też zabie­rać na pusty­nię wina.

- Nie mówię do cie­bie, bar­ba­rzyńco! - Męż­czy­zna rozej­rzał się wokół. - Gdzie on się podział?

- Kto?

- Sługa, oczy­wi­ście. Wydaje mu się, że wystar­czy, jak będzie mnie dźwi­gał... Ach, tam jest!

Trell skie­ro­wał spoj­rze­nie w stronę, w którą patrzył nie­zna­jomy.

- To jest muł. Wąt­pię, czy pora­dzi sobie z bukła­kiem na tyle spraw­nie, by napeł­nić kubek.

Mappo uśmiech­nął się do Ica­riuma, Jhag jed­nak nie poświę­cał roz­mo­wie naj­mniej­szej uwagi. Zdjął strzałę z cię­ciwy i sie­dział na gła­zie zajęty czysz­cze­niem mie­cza.

Męż­czy­zna wciąż sie­dział na ziemi. Zgar­nął w rękę garść pia­sku i cisnął nim w muła. Zasko­czone zwie­rzę ryk­nęło gło­śno, pomknęło w stronę szcze­liny i znik­nęło wewnątrz. Nie­zna­jomy pod­niósł się z gło­śnym stęk­nię­ciem i sta­nął chwiej­nie na nogach, sku­biąc sobie dło­nie w jakimś ner­wo­wym tiku.

- Wyjąt­kowo nie­uprzejme powi­ta­nie - rzekł, pró­bu­jąc się uśmiech­nąć. - Wyjąt­kowo. Wyjąt­kowo nie­uprzejme, i to celowo. Bar­dzo ważne są bez­u­ży­teczne prze­pro­siny i pojed­naw­cze gesty. Strasz­nie mi przy­kro z powodu tego chwi­lo­wego kry­zysu gościn­no­ści. Tak, tak, naprawdę. Miał­bym wię­cej wprawy, gdy­bym nie był panem tej świą­tyni. Ako­lita musi się kła­niać i pod­li­zy­wać. A potem jęczeć i narze­kać na spółkę z towa­rzy­szami nie­doli. Ach, idzie sługa.

Z jaskini wyszedł męż­czy­zna o krzy­wych nogach i sze­ro­kich barach, odziany w czarne szaty. W rękach trzy­mał tacę z dzban­kiem i gli­nia­nymi kub­kami. Obli­cze zasła­niał mu kwef sługi. Przez wąską szparę spo­glą­dały ciem­no­brą­zowe oczy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki