ROZDZIAŁ I
- GWA - a - ARDIA! NA RAMIĘ BR...Ń!
Trzydzieści jeden karabinów ruszyło się jak jeden, trzydzieści jeden białych rąk wróciło do szwów trzydziestu jeden par spodni, jakby napędzane były jakimś niewidocznym mechanizmem. "Broń!" zabrzmiało jak "Brń!" i tak było zawsze w tym żołnierskim żargonie. Szkarłatna linia stała bez ruchu, w idealnej prostej, z bermycami na głowach. Dźwięki grzmiącego marsza ustały wraz z ostatnią czwórką starej gwardii, znikającą za węgłem White Tower.
- Ro-oo-zejść się!
Bobby Longfellow z brzękiem wsunął cienką szablę do pochwy, poprawił monokl, mocniej osadzając go w oku, i spojrzał na przysadzistą kaplicę św. Piotra w Okowach, skąpaną teraz w promieniach porannego, letniego słońca. Przy okazji zauważył niską, tęgą kobietę, która z przewodnikiem w ręku zbliżała się ku niemu. Obok niego stał sztywno wyprostowany, zdziwiony sierżant i pod maską surowości na twarzy, jakby wyrzeźbionej w tekowym drewnie, lekko się uśmiechnął.
- Przepraszam pana bardzo.
Bobby miał ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Głos doszedł do niego gdzieś z dołu, spojrzał zatem w dół.
Tęga kobieta miała na głowie kapelusz upstrzony drobnymi dżetami, płaszcz w groszki, a na szyi wielką kameę. Jej twarz była okrągła, duża, zdrowa i wyrażała rozgorączkowanie. Zauważył trzy podbródki i duży męski nos.
- Przykro mi... hm!
- Czy może mi pan powiedzieć, gdzie pochowano lady Jane Grey?
Miała głęboki basowy głos. Patrzył na nią jak człowiek, którego nagle oślepiło światło.
- Lady?...
- Lady Jane Grey, proszę pana.
Szukając pomocy, spojrzał na sierżanta; jego ręka w białej rękawiczce powędrowała do wątłego wąsa.
- Czy pani... hm... szukała na cmentarzu? - spytał z nadzieją w głosie.
- Na jakim cmentarzu, proszę pana?
Sierżant milczał, nie udzielając pomocy.
- No... Jakby to powiedzieć... Na "jakimkolwiek" cmentarzu! Czy zna pan tę lady, sierżancie?
- Nigdy jej nie widziałem, sir.
Bobby mruknął z niechęcią, słysząc, że sierżant źle go zrozumiał.
- Tę lady... jak jej tam? Grey...
Otyła kobieta chciała mu przyjść z pomocą.
- Ona jest pochowana obok Tower B... - powiedziała ostrożnie.
Ręka Bobby'ego w białej rękawiczce wskazała szerokim gestem na otaczające ich budynki.
- To wszystko jest Tower, część B... Prawda, sierżancie? - zakończył cierpkim pytaniem.
Sierżant pomyślał, że to prawda.
- Lepiej niech pani spyta halabardnika pełniącego straż na zamku, proszę pani.
Mógłby zaprotestować, że zwrócono się do wystrojonego w pełny rynsztunek wojenny oficera gwardii, biorąc go za przewodnika, ale coś takiego nie przyszło mu nawet do głowy. Był to jego pierwszy dzień służby w Tower, służby, której raczej nie lubił.
Nie lubił tych upalnych dni, tego obcisłego czerwonego munduru i tej bermycy, pod którą obficie się pocił. Tak naprawdę, to porucznik Robert Longfellow pragnął w tej chwili być kimkolwiek, byle nie oficerem Regimentu Jego Królewskiej Mości z Gwardii Berwickiej.
Otyła kobieta zerknęła do przewodnika.
- Gdzie tu trzymają klejnoty koronne, proszę pana?
- W bezpiecznym miejscu, droga pani - odparł szybko Bobby.
Na szczęście pojawił się przewodnik i ku jego wielkiej uldze zaprowadził zwiedzającą do Wakefield Tower.
- Ależ przeraźliwie nieznośna! - jęknął Bobby. - Co, u diabła, powinienem jej powiedzieć, sierżancie?
- Nic, sir - odparł sierżant i Bobby odetchnął.
Poszedł do odwachu, gdzie znajdowały się pomieszczenia gwardii i do swego prywatnego apartamentu, a mrs Ollorby kontynuowała zwiedzanie, chociaż w istocie ta czerwonolica dama nie interesowała się ani klejnotami koronnymi, ani nieszczęsną lady Jane, której głowę odcięto od jej wątłego ciała zaledwie kilka jardów od miejsca, w którym zadawała pytania.
Ale tego ranka był też w Tower of London ktoś, kto ze wzruszeniem interesował się losem lady Jane. Hope Joyner stała przy łańcuchu chroniącym małą kwadratową płytkę przed stopami grzeszników i świętokradców i patrzyła na prosty napis. Następnie spojrzała na niewielką kaplicę, w której złożono szczątki dziewicy-żony.
- Biedna... biedna istota! - powiedziała łagodnie i Richard Hallowell powstrzymał się taktownie od uśmiechu.
Był świadkiem, jak młodość opłakiwała inną minioną młodość; ta piękna główka, z krótko obciętymi włosami, pochylała się w smutku nad miejscem, w którym długie włosy Jane zostały zarzucone na jej głowę, aby kat mógł uderzyć bezbłędnie toporem. Mógł teraz podziwiać tak doskonały profil, jakiego dotąd jeszcze nigdy nie widział, i pogrążoną w bólu, pochyloną z wdziękiem postać, która teraz piękniejsza była, niż gdy stała wyprostowana jak trzcina. Jej żywa, młoda twarz o łagodnych rysach odcinała się teraz na na tle poszarzałych od starości kamieni. Nie wiadomo, dlaczego tragedia ambicji Somerseta nagle stała się bardziej wyrazista i prawdziwa w obecności tej żywotnej ekspresji młodzieńczej kobiecości.
- Tak... To straszne, prawda? Mieszkała w domu króla... z tego okna patrzyła, jak wynoszą jej zmarłego męża... Hope, wydaje mi się, że zrobiłaś z dzisiejszego ranka raczej smutną porę dnia!
Rzuciła mu smutny uśmiech i położyła rękę na jego ramieniu.
- A więc jestem niedobra, Dick! Chcę jednak to naprawić - czy ta błyszcząca wspaniałością postać to nie Bobbie?
Na werandzie budynku gwardii ukazała się właśnie wysoka, szczupła postać oficera gwardii.
- Tak, to istotnie Bobbie. Wrócił wczoraj w nocy i nawiązuje pierwszą znajomość z obowiązkami gwardii w Tower. - Zaśmiał się krótko. - To urodzony próżniak... Trochę pożytecznej pracy dobrze mu zrobi!
- Uśmiechnąłeś się dziś po raz pierwszy - zganiła go i chociaż mógł powiedzieć, że miał tego ranka mało okazji do śmiechu, nie powiedział nic.
Dick Hallowell w czarnym, doskonale skrojonym mundurze, przybranym czerwoną szarfą określającą rangę, był wyższy od niej o głowę. Ze swą wyrazistą twarzą, szarymi oczami miał w sobie coś z atlety i również coś z atlety było w jego zwinnych ruchach.
- Pokazałem ci już wszystko - powiedział. - Przypuszczałem, że zajmie nam to cały dzień.
Zaśmiała się cicho.
- To nieprawda! Chciałeś pozbyć się mnie od chwili, gdy podszedł do ciebie twój służący. Ktoś czeka na ciebie, prawda? - Zanim zdążył odpowiedzieć mówiła dalej: - Jestem urodzoną turystką, a poza tym znam dość dobrze Tower. Nie uwierzysz, ale chciałam zobaczyć, jak wyglądasz w mundurze.
Mówiąc to, stwierdziła ze strachem, że właściwie znają się bardzo krótko. Niecały miesiąc temu jej błąkająca się łódź skrzyżowała drogę z jego łodzią w cienistym zakątku Tamizy. Ona dryfowała ku nieznanemu przeznaczeniu, pchana prądem w splątaną łozinę, on wiosłował rozpaczliwie, by przyjść jej z pomocą, lecz powodowany jedynie uczuciem szczerego rozbawienia.
Zeszli po stoku w kierunku Lion Gate i zatrzymali się pod sklepionym przejściem, przyglądając się ponurej, drewnianej barierze, za którą poniżej płynęła rzeka.
- Brama Zdrajcy!
Zadrżała, chociaż nie wiedziała dlaczego.
- Brama Zdrajcy - przytaknął. - W dzisiejszych czasach bardzo szanowane miejsce... Nigdy nie śniłoby ci się, że królowe i dworzanie stąpali po tych schodach. Tu jest miejsce, w którym królowa Elżbieta usiadła i oświadczyła, że zostanie przeklęta, jeśli pójdzie dalej.
Zaśmiała się i poszli dalej, minęli salutujące warty i doszli do zwykłego, normalnego świata Tower Hill, do miejsca pełnego wielkich wozów transportowych załadowanych skrzyniami i cuchnącego rybami od pobliskiej Billingsgate.
Wielki rolls-royce Hope podjechał cicho do krawężnika i Dick otworzył drzwi.
- Kiedy mogę się z tobą zobaczyć?
Uśmiechnęła się.
- Kiedy tylko' zechcesz. Moje nazwisko znajduje się w książce telefonicznej i jadam zwykle lunch w Embassy!
- Co teraz zamierzasz robić?
Skrzywiła się lekko.
- Czeka mnie niemiła rozmowa - odparła. Spojrzał na nią ze zdziwieniem. On również miał przed sobą coś podobnego, jednak nie zwierzył jej się z tego.
***
Czekał, aż samochód zniknie za rogiem, odwrócił się, zbiegł ze wzgórza, przeszedł przez most spinający fosę łukiem, ale teraz już się nie uśmiechał. Nawet niemy, a zarazem wymowny apel ze strony Bobbiego o jakiś odruch sympatii, gdy przechodził przez pokój gwardii, nie starł z jego twarzy wyrazu skupienia i powagi.
Przy wejściu do kwatery stał służący Brill.
- Czeka tam dżentelmen, który polecił mi odszukać pana. Powiedział, że umówił się z panem.
Dick Hallowell wolno skinął głową.
- Przez kwadrans nie będę cię potrzebował, Brill - oświadczył. - Ale lepiej zostań w pobliżu i jeżeli ktoś do mnie przyjdzie, powiedz mu, że jestem bardzo zajęty.
- Tak, sir Richardzie.
- Brill, a ten... hm... dżentelmen mówił ci coś... o sobie?
Brill zawahał się.
- Nie, proszę pana. Wydaje się, że jest trochę zdenerwowany. Powiedział, że pan powinien być zadowolony z takiej kwatery, jak ta...
Znów się zawahał.
- Tak?...
- To wszystko, proszę pana... Wydaje mi się, że kpił. Pomyślałem, że to obraźliwe, proszę pana. Przychodzi tu i krytykuje. Nie sądzę, żeby miał do tego prawo.
- Tak... na pewno nie miał.
Dick wszedł po kamiennych stopniach, zatrzymał się przed drzwiami, skrzywił i pchnął je, wchodząc niechętnie do środka. Przy oknie komfortowo urządzonego salonu stał mężczyzna. Wydawał się zaabsorbowany rozgrywającym się poniżej spektaklem musztry gwardii. Jego twarz, częściowo zwrócona w kierunku wchodzącego Dicka, była chuda, mizerna i wyrażała niezadowolenie. Ubrany był nędznie, na nogach miał rozdeptane buty. Jednak ta twarz i postawa w jakimś stopniu przypominały milczącego i opanowanego oficera.
- Halo!
Zwrócił się burkliwie do badawczo wpatrującego się w niego gospodarza, a to jego spojrzenie nie było bynajmniej uprzejme, ale również nie było obraźliwe.
- Halo... braciszku!
Dick milczał. Gdy tak patrzyli na siebie, podobieństwo zwiększało się, ale równocześnie i zmniejszało. Gdyby Graham Hallowell usunął ze swego głosu szorstkie brzmienie, wówczas głos ten byłby identyczny z głosem Dicka. Zapomniał jednak o sztuce uprzejmości, zapomniał, że kiedyś przewodził w znanej i ekskluzywnej szkole, a potem był dumą i ozdobą uniwersytetu. Wszystko, o czym wiedział, sprowadzało się do tego, że został pokrzywdzony przez los i że jest człowiekiem, "który nigdy nie ma szansy"; osiągnął stan, w którym zostały mu tylko wspomnienia smutnych i przykrych zdarzeń w życiu.
- Twoje powitanie nie jest zbyt entuzjastyczne, sir Richardzie! - zakpił. - Mogę się założyć, że nie zaprosisz mnie do waszego stołu na lunch. Powitaj swego brata, Grahama Hallowella - on przybył wczoraj z Dartmoor i może ci opowiedzieć bardzo zabawne historyjki z tego Nagiego Piekła.
Jego głos natężył się prawie do krzyku. Dick stwierdził, że znajdował się w stanie silnego upojenia alkoholowego.
- Nawet ten twój cholerny służący potraktował mnie tak, jakbym był trędowaty...
- Bo jesteś! - Głos Dicka Hallowella był spokojny, opanowany i krystalicznie czysty. - Trędowaty... To najlepsze dla ciebie określenie, Grahamie! Jest to coś gnijącego, coś, czego szanujący się ludzie pragną uniknąć. Coś nieludzkiego, niemożliwego do przyjęcia ani przez Boga, ani przez człowieka. I nie krzycz, gdy do mnie mówisz, albo chwycę cię za kołnierz i zrzucę ze schodów. Jasne?
Wydawało się, że gość skurczył się ze strachu: z szarżującego byka stał się żałosnym i skomlącym nieszczęśnikiem.
- Nie zwracaj na mnie uwagi, Dick... Miałem dziś rano ciężki dzień, stary. Wyobraź sobie, jakbyś się czuł, gdybyś dopiero wczoraj został zwolniony z więzienia... Wstaw się w moje położenie...
Dick przerwał mu.
- Nie mogę sobie wyobrazić, jakbym się czuł, gdybym w ogóle nadawał się do więzienia - powiedział zimno. - Nie mam tak bujnej wyobraźni. To niemożliwe, abym postawił się na twoim miejscu, na miejscu człowieka, który odurzył i obrabował naiwnego, młodego oficera gwardii. Zaufał ci, ponieważ byłeś moim przyrodnim bratem. Nie potrafię wyobrazić sobie, abym mógł uciec z żoną przyzwoitego człowieka i potem skazać ją na śmierć głodową w Wiedniu. Natomiast są inne rzeczy, które mogę sobie wyobrazić, ale wolę ich tu nie opisywać z detalami. Gdybym jednak mógł się wstawić w twoje położenie i spróbować zrozumieć, jak człowiek może tonąć w błocie tak jak ty, może wtedy zrozumiałbym również, jak się czujesz w chwili odzyskania wolności. Czego chcesz?
Niespokojne oczy Grahama pobiegły w kierunku okna.
- Jestem spłukany - rzekł ponuro. - Myślałem o wyjeździe do Ameryki...
- Czyżby policja amerykańska narzekała na brak łajdaków, że chcesz jechać do Ameryki?
- Jesteś nieubłagany jak piekło, Dick.
Dick Hallowell zaśmiał się, ale nie był to wesoły śmiech.
- Ile chcesz?
- No... tyle, ile trzeba na drogę do Nowego Jorku...
- Z twoją przeszłością nie wypuszczą cię do Stanów... Chyba zdajesz sobie z tego sprawę.
- Mogę zmienić nazwisko - rzucił szybko.
- Ty nie chcesz jechać... Nawet nie masz takiego zamiaru.
Dick usiadł przy biurku, wysunął szufladę i wyjął książeczkę czekową.
- Wypisałem czek na pięćdziesiąt funtów. Wypisałem tak, że niemożliwe jest zmienić tę cyfrę na pięćset, tak jak to zrobiłeś z moim ostatnim czekiem. Co więcej, będę na tyle ostrożny, że zatelefonuję do banku i zawiadomię ich, na jaką sumę wypisałem ci czek.
Wydarł czek i podał go nachmurzonemu gościowi.
- I to są ostatnie pieniądze, które ode mnie dostajesz. Jeżeli sądzisz, że wydusisz więcej - nachodząc mnie i wszczynając awantury - to możesz się łatwo domyślić, co nastąpi. Mój pułkownik i oficerowie wiedzą o tobie wszystko... Chłopak, którego nabrałeś, właśnie teraz pełni służbę w gwardii. Jeżeli będziesz mi sprawiał kłopot, każę cię zamknąć. Czy to jest dla ciebie jasne?
Graham Hallowell wsunął czek do kieszeni.
- Jesteś zimny jak głaz - jęknął. - Gdyby ojciec wiedział...
- Dzięki Bogu, nie żyje! - odparł sucho Dick. - Wiedział jednak dosyć, aby umrzeć na atak serca. Tego ci nigdy nie zapomnę, Grahamie!
Graham ciężko dyszał. Jedynie strach powstrzymywał go przed wzbierającym w jego piersi atakiem wściekłości. Chciał zniszczyć, rozszarpać, upokorzyć znienawidzonego brata przyrodniego - ale zabrakło mu odwagi.
- Widziałem przez okno, jak rozmawiałeś z ładną laleczką...
- Zamknij się! - rzucił ostro Dick. - Nie mam ochoty rozmawiać z tobą na ten temat.
- No! No! - Odzyskał trochę dawnej arogancji. - Ja tylko pomyślałem o tym, czy... czy Diana przypadkiem wie, że...
Dick podszedł do drzwi i otworzył je szeroko.
- Oto twoja droga - rzucił krótko.
- Diana...
- Diana jest dla mnie nikim. Możesz to sobie zapamiętać? Z pewnego powodu nie toleruję jej przyjaciół.
- Masz na myśli mnie?
Dick wskazał schody i mężczyzna wyszedł, wzruszając ramionami.
- To miejsce przypomina mi więzienie... Ale znajdę drogę do wyjścia.
- Najlepsza droga, którą powinieneś wyjść, jest dla ciebie zamknięta i zakratowana. - Richard Hallowell uśmiechnął się ponuro.
- A jaka to droga? - spytał ironicznie Graham.
- Przez Bramę Zdrajcy! - rzucił Dick i zatrzasnął za nim drzwi.