Wszystko, co może się zdarzyć,
zdarza się na pewno w którejś z rzeczywistości
- Hugh Everett III
Rzeka płynęła leniwie, szumiąc jednostajnie wśród kamieni. Z pobliskich zarośli dochodził szczebiot ptaków, a wyżej, nad drzewami, rozlegał się ostry krzyk krążącego drapieżnika.
Zarośla pachniały wilgocią i mułem, w gęstwinie przy brzegu kołysały się turzyce, szumiały trzciny i pałki wodne, poruszane podmuchem od rzeki. Niżej, tuż nad wodą, widać było ciemne kępy mozgi i manny, które pochylały się nad nurtem jakby nasłuchiwały.
Gdy wjechali na kamienny most, końskie kopyta skrzesały snopy iskier. Głośny stukot odbił się echem od brzegów, oznajmiając przejazd trójki jeźdźców. Zatrzymali się zaraz za mostem. Jeden z mężczyzn zeskoczył z siodła jednym płynnym ruchem i pomógł kobiecie zejść z konia. Rozejrzał się uważnie, jakby porównywał widok z pamięcią. Drugi z mężczyzn też bacznie się rozglądał.
- Tutaj - powiedział w końcu, pewnym tonem. - Nasze miejsce było dokładnie tutaj. Twoje, jak pamiętam, trochę głębiej, w parowie.
Kobieta spojrzała na niego z niepokojem.
- Jesteś pewien, że to może się udać?
- Jeśli się nie uda, po prostu nic się nie wydarzy. Tego jestem pewien.
- Czyli wystarczy czekać...
- Pojedziemy do miasta. Wiorstę stąd jest hotel, w którym spałaś tamtego dnia. Z okien widać most, a nam wystarczy widok horyzontu. Jeśli zacznie się dziać to, czego oczekujemy, spokojnie zdążymy wrócić.
- Nikt nie widział błysków od dawna. Zaczynamy popadać w szaleństwo, kochany.- W dłoni zaciskała kurczowo mały srebrny medalik. Jak talizman na szczęcie a może jak zapowiedź nieszczęścia?
- A może po prostu nikt o nich nie opowiadał? - wtrącił drugi z mężczyzn - Chcemy wrócić do domu, żeby wasze dzieci urodziły się- zawahał się jakby szukając właściwego słowa -tam, gdzie powinny?
Spojrzała w górę, jakby próbowała odnaleźć coś na niebie.
- Niebo jest takie samo jak wtedy... Tak samo ciężko się oddycha. Tu chyba zawsze tak jest.
- Nie. - Wciągnął powietrze głęboko, jakby nagle coś poczuł. - Rzeczywiście zrobiło się ciężej na piersiach. Może mamy niewyobrażalne szczęście! Zejdźmy niżej, do parowu!
Wskazał ręką kierunek i przepuścił ją przodem. Cała trójka aczęła ostrożnie zsuwać się po zboczu. Najpierw powoli, potem coraz szybciej. Nagle tuż obok nich przeciął powietrze suchy, dziwny trzask. Potem drugi. I trzeci.
Powietrze przed nimi zamigotało. Błękitna poświata, jak poranna mgła, zaczęła zasłaniać dno wąwozu.
Jeden z męźczyzn zaczepił się o porastające zbocze chaszcze, stracił równowagę i runął w dół, prosto w migoczącą zasłonę.
- Uważaj! - krzyknęła kobieta, ale jego sylwetka już znikała w błękicie.
Zdecydowana, zsunęła się szybciej, niemal biegiem. Za nią zsuwał się drugi mężczyzna. Gdy dotarli na dno parowu, poświata zgasła. Powietrze stało się przejrzyste, a dzień jakby nagle się wypogodził.
Rozejrzała się gwałtownie, a strach zaczął narastać w jej piersi.
- Gdzie jesteś? Gdzie... on jest?
Wokół była tylko wąska, obrośnięta mchem niecka parowu. Oboje rozglądali się nerwowo. Żadnego zagłębienia, żadnego drzewa, żadnego miejsca, w którym mógłby zniknąć.
Niewielki srebrny medalik wysunął się z kobiecej dłoni.
Znowu była sama.
Od wieku nie widziano takiego tumultu pod klasztorem Bernardynek na południe od Brześcia. Auta wszelkich gabarytów parkowały w nieładzie na polnej drodze. Pomiędzy nimi stały furmanki z woźnicami drzemiącymi na kozłach, dalej namioty nierówno rozstawione i sterty sprzętu przykryte pałatkami. Całość tego rozgardiaszu stanowiła naturalną przeszkodę dla gawiedzi licznie przybyłej z miasta. Napór tychże był tak duży, że poproszono Policję Państwową, aby dodatkowo teren zabezpieczyć.
Nieco oddaleni, nad brzegiem Bugu, stali luźno rozsypani aktorzy spodziewanego widowiska. Ubrani w mundury żołnierzy Kongresówki, pieszo, konno czy siedząc, gdzie było to możliwe, oczekiwali na kolejny znak wzywający ich na plan zdjęciowy. Zgodnie z informacją wędrującą po całej Rzeczypospolitej, ekipa filmowa najdroższego polskiego filmu - pierwszego w kolorze - zawitała właśnie na błonia pod Brześciem, aby nakręcić kluczowe sceny batalistyczne narodowej epopei.
"Cud nad Bugiem" miał być wielkim widowiskiem, na które przeznaczono podobno trzy kilometry taśmy filmowej. Wszystkie sceny historyczne miano filmować w plenerach, a nie w studiu, zaś kluczową bitwę od początku postanowiono nakręcić w miejscu autentycznego zdarzenia. Film miał uświetnić obchody rocznicowe i być gotowy na ich setną rocznicę, jednakże - jak to z takimi projektami bywa - na trzy dni przed pierwotnie wyznaczoną premierą jego produkcja nadal była daleka od ukończenia.
Nad brzegami Muchawca i za Bugiem widzowie zebrani pod klasztorem gorąco dyskutowali o wszystkim, co filmu dotyczyć mogło, ale i nie tylko - głównie z nudów, jak to podczas oczekiwania bywa. A to mundury poddawano krytyce, że nie takie, bo to "Panie, ładownice inne, a i kolor kurtek niekoniecznie historyczny". A to rzędy końskie - współczesne, tylko trochę ucharakteryzowane - i każdy się przecież zorientuje, że nie z epoki.
- Panie kochanieńki, przecież działa chyba wcale nie te, co być powinny, i gdzie ta piechota w ogóle stawać będzie, jak przecie z północy od szosy szli, a tu już czekają prawie że pod twierdzą, co wcale historyczne nie jest!
- A gdzież tam, panie szanowny, oni będą co wiedzieć, jak reżyser Liebke czyli Niemiec, to co on wiedzieć może, jak tu było?
- A skąd pan takie informacje posiadasz? Że on Niemiec? Jak w "Monitorze" stało, że nasz z samej Warszawy to twórca, Żyd pewnie, stąd nazwisko takie.
- Ależ proszę państwa! W radiu jeszcze dziś rano mówili, że Liebker się nazywa i Szkotem zasadniczo jest, z dawnej Kurlandii pochodzący, a i kilka dużych filmów nakręcił już.
- Tej ruskiej piechoty jakby za mało jest i jak oni to myślą oszukać?
- Ano klatki ponoć ręcznie kolorować będą czy jakąś tam podobną techniką, to może dorysują brakujące tysiące.
- Syn mój w pułku służy, to mówił, że im cztery kompanie do filmu pożyczyli tylko, a reszta statystów ma być.
- Ano było w gazecie, że płacą ośm złotych polskich za calutki dzień dla tych statystów, co pan powiedziałeś.
- Wszystko furda! - krzyczał w złości wysoki jegomość, wymachując drewnianą laską. - Skąd oni błyski wziąć zamierzają? Też dorysują?
Gdy tylko dyskusje na temat błysków się zaczynały, każdy miał swoją teorię, koncepcję, przemyślenia i wnioski. Bo tak to już w tym kraju jest od wieku, że gdy przychodzi opisać najważniejsze wydarzenie, które Rzeczpospolitą najpierw na mapy przywróciło, a potem w jedności i wielkości utrzymać zdołało, każdy jej obywatel własny pogląd posiada. Każdy wie, co się stało, ale opowieści o tym, jak to się stało, jest tyle, ilu opowiadających.
W kronikach zapisano, że 13 kwietnia 1831 roku polskie pułki, idące pod generałem Prądzyńskim w pościgu za pobitym już wcześniej korpusem rosyjskim, trafiają pod Brześć. Tu, zamiast spodziewanego wroga, którego ścigały, stają oko w oko z wielką armią samego feldmarszałka Dybicza. Podjąć walkę czy się wycofać? Za nimi rzeka i jeden wąski mostek, który uniemożliwia odwrót, przed nimi pewna śmierć. Wtedy podpułkownik Bem w marszu swoją artylerię lekko konną rozwija i z zaskoczenia swoimi działami kilka, a może i kilkanaście salw oddaje. Będąc w ruchu, pozycje swych dział co rusz zmieniając, rozbija kompletnie rosyjską artylerię. Według świadków strzela ze swoich dział na wprost w rosyjskie baterie, a nie po paraboli, jak sztuka wojenna nakazuje. Kiedy zaraz potem polska piechota rusza do natarcia na bagnety, Rosjanie zaczynają się cofać. Odwrót szybko przeradza się w bezładną ucieczkę! Prądzyński wchodzi do Brześcia bez jednego strzału, a na karkach uciekających aż do zmierzchu jadą polscy ułani.
Takie są fakty, choć dodać do nich należy, że szerząca się wśród wojska rosyjskiego cholera i śmierć feldmarszałka w czasie bitwy były głównymi przyczynami ich klęski. Raporty z potyczki wspominają także o dziwnym zjawisku pogodowym, które zdarzeniu towarzyszyło. Pomiędzy frontami wojsk rozszalała się spektakularna burza, z której jednak ani kropla deszczu nie spadła, a tylko błyskawice niebo w szaleńczych grzmotach rozdzierały. Od ilości piorunów zrobiło się ponoć tak jasno, że nie widać było nic poza tym oślepiającym blaskiem.
Wieść o wielkiej wiktorii rozpala umysły i wyobraźnię. Dziwna burza, szeroko przez żołnierzy opisywana, urasta do rangi opatrznościowej pomocy. Jedni widzieli Najświętszą Panienkę, która w błyskach niebiańskich ukazała się nad polskim wojskiem i go swoim płaszczem otuliwszy, nie tylko od zagłady ocaliła, ale i do zwycięstwa poniosła. Inni zauważyli, jak sama piorunami, niczym Zeus starożytny, we wroga miotała i jak ten przerażony, broń wszelką porzuciwszy, z pola zrejterował. W końcu jak jednym skinieniem sprawiła, że wielki feldmarszałek natychmiast ducha wyzionął w bólach nieludzkich i męczarniach.
Opowieściom nie było końca. Oto w Częstochowie złota zasłona cudownego obrazu Czarnej Madonny sama się podniosła i ukazała wizerunek Jej jasnym, niebiańskim błękitem otoczony. W tym samym czasie w wielu parafiach pod Jej wezwaniem dzwony same zaczęły bić, wielką wiktorię ogłaszając i wzywając wiernych na modlitwę. Dzwon Zygmunta w Krakowie, od czterdziestu lat milczący, odezwał się ponoć, obwieszczając powstanie narodowe w Galicji. Generała Prądzyńskiego okrzyknięto hetmanem, zaś bohaterem pierwszym został podpułkownik Bem, który swoimi działami "cudowi nad Bugiem" w znacznej mierze dopomógł.
Takie historie opowiadane są w tym kraju od wieku przez ludzi, którzy nigdy pewnie nie widzieli twierdzy brzeskiej ani Bugu, ani wojska polskiego, ani żadnego innego, o sztuce wojennej także zapewne niewiele wiedząc.
Rozdział 1
Brześć nad Bugiem, kwiecień 1931
1
- Więcej dymu! Bo nam się ujęcie całkiem już skiepści i będziemy od nowa wszystko zaczynać! Piechota gotowa?! - Jeden z asystentów reżysera, z tubą wielkich rozmiarów, komenderował niczym generał ze stosu skrzyń, co rusz spoglądając w stronę głównego twórcy, czy aby ten nie chce mu przekazać innych koncepcji. - Więcej dymu, przecież mówię chyba?! - powtarzał ciągle, widząc niezadowoloną minę pryncypała.
Na pierwszym planie ustawiono grupę konnych tak, aby zmieścili się w centralnym kadrze podczas marszu wynurzającej się z dymu piechoty.
- Panie Aleksandrze! - wrzasnął przez tubę asystent w stronę tejże grupy. - Panie Żabczyński! Bądź pan łaskaw się nieco w prawo obrócić! Ale razem z koniem, bardzo proszę! Ta chabeta pana nie zrzuci! Spokojnie... O! Teraz dobrze, tak! I niech pan łaskawie się wyprostuje, nawet wypręży nieco. Śmiało! W końcu jest pan hetmanem, nie?
Reżyser Liebker, który w rzeczywistości nie był ani Żydem, ani Szkotem, tylko Ormianinem pochodzącym spod Kamieńca Podolskiego, wstał ze swego krzesełka, ocenił sytuację na planie, po czym skinął głową na znak aprobaty. Na ten znak asystent przyłożył tubę do ust i krzyknął raz jeszcze:
- Uwaga wszyscy! Powtarzam! Piechota wychodzi z dymu z lewej i przemaszeruje w szyku przed sztabem, który stoi na pierwszym planie! Piechota patrzy przed siebie! Nie tutaj!
Po tych słowach zszedł ze stosu skrzynek i podał tubę reżyserowi, a ten natychmiast rzucił głośno:
- Kamery?!
Liebker usłyszał cztery odpowiedzi, że gotowe. Tę scenę kręcono z czterech różnych ujęć, aby potem wybrać najbardziej odpowiednie.
- Akcja! - krzyknął reżyser i oddał tubę asystentowi.
- "Cud nad Bugiem"! Scena siedemdziesiąta szósta! Ujęcie pierwsze! - Głośny klaps złotowłosej asystentki potwierdził rozpoczęcie akcji.
- Ujęcie pierwsze i jedyne... - zamruczał pod nosem reżyser.
Dym spowijał już niemal połowę planu; sączony ze specjalnych dmuchaw, przynajmniej w teorii tworzył krajobraz bitewny. Właśnie z oparów zaczęła wynurzać się wspomniana piechota, kiedy całkiem niedaleko, tuż za kłębami dymu, w kaskadzie trzasków i wyładowań pojawiły się rozbłyski podobne do tych, które występują przy spięciu przewodów elektrycznych.
- Co u licha? - zdążył zapytać reżyser, jednak zamilkł zupełnie, widząc totalną katastrofę swojej długo przygotowywanej sceny.
Konie aktorów stojących na pierwszym planie spłoszyły się gwałtownie, wyrzucając z siodeł niektórych niczego niespodziewających się jeźdźców. Oczywiście wśród tych, którzy w wielkim hałasie wylądowali na ziemi, znalazła się gwiazda filmu, Aleksander Żabczyński.
- Kurwa! - reżyser zaklął doskonałą polszczyzną, zdruzgotany sytuacją.
- Kręcimy! - wrzasnął bardziej przytomny asystent, wdrapując się czym prędzej na skrzynki, aby go było lepiej widać i słychać. - Kąt na piechotę i błyski! Widać coś przez ten dym?
- Widać, ale jacyś ludzie weszli w kadr! Policja miała pilnować tych gapiów! - odezwały się głosy gdzieś zza kamer.
- Scena do kosza, ale błyski filmujemy, potem się może zmontuje coś z tego - ocenił reżyser. - Skąd one się w ogóle wzięły?
- Nie słyszał pan o błyskach brzeskich? - zdziwił się asystent, znowu zstępując na ziemię. - W końcu film pan o tym kręci.
2
- Mamy ciężko rannego, policja już wiezie lekarza z miasta - oznajmił asystent reżyserowi, kiedy godzinę później siadali w zaimprowizowanej reżyserce, aby na spokojnie obejrzeć materiał z czterech obiektywów.
- Jednak musimy przynajmniej jedną kamerę ruchomą zrobić na szynach - reżyser podzielił się swoimi uwagami po wstępnym przejrzeniu taśmy. - Jak to: ciężko rannego mamy? Przecież wszyscy aktorzy, których konie zrzuciły, są w dobrej formie, sprawdzałem.
- Nie! - zaprzeczył asystent. - Jakiś obcy człowiek, ktoś z gapiów może... Mówią, że prądem porażony czy coś. Lekarz w drodze, jak mówiłem.
- Aha. Druga kamera, proszę materiał.
Większość nagranej taśmy byłaby w porządku, gdyby nie wypadek ze zwierzętami. No i ci ludzie w kadrze na trzeciej kamerze. "Nawet interesująco to wyszło" - pomyślał Liebker. Dwóch ludzi, a raczej ich lekko rozmazane kontury, pojawia się nagle we mgle i wśród błysków. "Oczywiście to nasz dym" - pomyślał asystent - "ale teraz z tymi ludźmi wygląda prawie jak mgła". Postacie znikają z kadru na kilka sekund, po czym wracają, dźwigając bezwładne, trzecie ciało, by po chwili znów zniknąć. Tym razem jednak dym nie przesłaniał już kadru i było widać dość wyraźnie, że powietrze lekko faluje i drży, a ludzie rozpływają się w jednym momencie.
- No i gdzie są ci ludzie? - zapytał reżyser, osobiście cofając taśmę na projektorze, aby jeszcze raz zobaczyć ten fragment.
- Nie mamy pojęcia - odparł jeden z techników.
- A kamerę żeście na kolanie trzymali czy jak? Czemu ten obraz faluje i trzęsie się?
- Z kamerą w porządku jest i było. Na statywie stała jak zawsze - odparł technik. - Operator też się dziwił i nawet wszystko posprawdzał potem, ale tak się sfilmowało, jak widać.
- Trzy dni przygotowań psu na budę. Do dupy wszystko. Wydaliśmy lwią część budżetu na te jedną konkretną scenę, a mamy jedno konkretne nic.
Liebker był zły. Przez następne dwie godziny studiował materiał, usiłując wymyślić, jak mógłby użyć tych kadrów w filmie. Trzeba będzie ciąć, sklejać, oglądać, znowu pewnie ciąć i tak w koło Macieju, głupiego robota. Jednak całkiem niedługo nastąpiły wydarzenia, które oderwały go od pracy na znacznie dłużej, niż przypuszczał.
- Ten ranny nie przeżył jednak - oznajmił asystent, pojawiając się nagle obok pochłoniętego myślami reżysera. - A co więcej, sprowadzony lekarz też nie żyje.
- Co?! Jakieś fatum? Jaki znowu lekarz nie żyje? Co tu się dzieje dzisiaj?
- Nie wiemy. Nie mamy kolejnego lekarza na podorędziu. Chyba udar albo zawał, starszy gość był - odrzekł asystent. - Już się tym UOR zajmuje.
- Jaki znowu UOR?
- Urząd Ochrony Rzeczypospolitej - usłyszeli obaj głos wchodzącego do reżyserki człowieka, który z daleka machał urzędową legitymacją. - Zabezpieczamy filmy z dzisiejszych nagrań. Wszystkie kasety z rolkami, bez wyjątku. Panowie niestety będziecie musieli pojechać z nami.
Rozdział 6
Szosa brzeska, kwiecień 1931
1
- Mamy jeszcze z godzinę jazdy do Warszawy. Tu już droga jest porządna, więc wreszcie można będzie auto popędzić trochę - wyjaśniał Alojzy, podając pasażerowi termos z herbatą.
Komisarz Hrynicki przez ostatnie trzy godziny szczerze żałował, że dał się namówić na tę eskapadę; miał nieustające mdłości i bolała go głowa.
- Rzeczpospolita, jak i świat cały, koleją stoi - odparł zmęczonym głosem. - Podróżowanie autem to fanaberia i ekstrawagancja. Nie dość, że kosztowna, to jeszcze mocno niewygodna.
- Ależ teraz pan różnicę poczujesz! - Alojzy nie dawał za wygraną. - Stąd to już do Poznania, a nawet do samego Berlina i dalej jeszcze można by ciągiem jechać bez szwanku żadnego, bo droga jak stół: równa, prosta i nowa.
- Jedna droga wiosny nie czyni. A żeby, za przeproszeniem, za potrzebą iść, auto trzeba zatrzymać, wysiąść i jeszcze miejsca ustronnego poszukać. Gdzie tu logika? - zauważył komisarz.
- Torpeda setką pójdzie, zaraz pan zobaczysz - kierowca uśmiechnął się i mocniej chwycił kierownicę. - Jaką dokładnie historyjkę sprzedał panu ten siwy młodzieniec o tej klamerce?
- Sam nie wierzę w tę historię, więc szkoda opowiadać.
- Może jednak? - zachęcał nadal Alojzy. - Różne rzeczy czasem się tu dzieją, całkiem dziwne, więc ta klamerka do nich pasuje. Wie pan, że na planie zdjęciowym zmarł jeden z gapiów od porażenia prądem, choć w okolicy elektryki żadnej nie było? A przybyły na miejsce zdarzenia lekarz, który go ratował, zmarł na udar serca?
- Co to ma wspólnego z moją klamrą? - Hrynicki zauważył trzeźwo.
- Niby nic, ale to też dziwna historia, nieprawdaż?
- Jacyś goście nieśli prawdopodobnie trzeciego, po czym zniknęli w oparach absurdu zwanego błyskami. Pozostała po nich ta klamra. Chyba po nich, bo leżała w okolicy.
- Zniknęli? Rozmyli się czy uciekli? - kierowca zapytał bez emocji w głosie.
- Zniknęli fizycznie. Byli i rozpłynęli się podobno wśród błysków za niewidzialną kurtyną. Tak opowiadał siwy młodzieniec, jakżeś go pan nazwał.
Obaj byli na tyle zajęci rozmową, że niemal w ostatniej chwili zauważyli, jak jeden z jadących szosą samochodów dość obcesowo zajechał im drogę i zaczął hamować. Kolejny, jadący tuż obok, uniemożliwił jakikolwiek inny manewr poza zatrzymaniem się. Alojzy po prostu zjechał na pobocze i zatrzymał swoją Torpedę. Usiłował jeszcze sięgnąć po coś do schowka po stronie pasażera, jednak nie zdążył, bowiem jego drzwi otworzyły się gwałtownie, a człowiek, który je szarpnął, celował teraz do niego z Radomki.
- Co u licha... - Hrynicki zdążył tylko wyjąkać, nim drzwi z jego strony także ustąpiły, ujawniając drugiego napastnika z pistoletem w dłoni.
- Urząd Ochrony Rzeczypospolitej! Panowie są zatrzymani! - usłyszeli ostry falset mężczyzny stojącego po stronie kierowcy.
- To jakiś dowcip? Zapewniam, że nieśmieszny - z wyraźną ulgą zagrzmiał Alojzy, widząc oprócz lufy wycelowanej w niego także legitymację pracownika UOR. Rozpoznał ją od razu, znał się na tych "papierkach". - W porządku - wycedził. - Zatrzymacie nas na tej szosie i co dalej?
- Jestem komisarzem Policji Państwowej! - głośno oznajmił Hrynicki. - Nie możecie mnie aresztować!
- Oni nas zatrzymują, nie aresztują, a to mogą - Alojzy wyjaśnił już swoim naturalnie rubasznym głosem. - Kto odprowadzi moje auto? - dopytywał, zamieniając podróżne gogle na swoje ulubione okrągłe okulary. Po czym uśmiechnął się szeroko.
- Zajmiemy się pana autem, bez obaw. Teraz proszę z nami - usłyszeli w odpowiedzi.
Alojzy przecząco pokręcił łysą głową.
- To zbyt cenne auto, jak panowie zapewne widzicie. Prawdziwa Torpeda, tylko dwadzieścia takich podobno jeździ po naszych drogach - podsumował coraz bardziej rozbawionym tonem. - Proponuję tak: ja obiecam, że nie uciekniemy, a wy wskażecie nam drogę. Zakładam, że jedziemy w tym samym kierunku.
- To nie będzie możliwe. Zabieramy panów, proszę opuścić pojazd!
- Moment, panowie - Alojzy zdjął okulary i zaczął wycierać szkiełka chusteczką, którą wysupłał skądś niczym magik wyciągający królika z kapelusza. - Macie w aucie radiotelefon, czy to wersja oszczędna z gołębiami pocztowymi? - Uśmiechnął się szeroko. - Jeśli macie, sugeruję połączyć się z operatorem, a on niech zadzwoni pod ten numer.
Gdzieś z wnętrza chusteczki sprawnie wyłuskał kawałek kartonika z zapisanymi cyframi.
- A to moja legitymacja - dodał, podając zaskoczonemu funkcjonariuszowi niewielką książeczkę. - Major Alojzy Stern, Kontrwywiad Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Narodów.
Rozdział 8
Warszawa, kwiecień 1931
1
Xawery Prądzyński, redaktor "Monitora Polskiego" z wydziału ciekawostek i nowości, męczył się od trzech godzin, aby sprostać zadaniu opisania ostatnich wydarzeń w artykule nieprzekraczającym pięciuset wyrazów. Jak miał ubrać w słowa stratę Adeli? Stratę? Wszystkie miejscowe służby mundurowe trzykrotnie przeczesały błonia i okolicę. Szukały psy, sprawdzali płetwonurkowie w rzece, wypytano każdego, kogo tylko było można. Ale niektórych przesłuchać się nie dało. Nie odnaleziono starego pasterza, którego Xawery wskazał jako głównego podejrzanego, a być może nawet porywacza.
Taksówkarz spod hotelu Hetmańskiego był ostatnim, który widział Adelę. Wskazał miejsce, gdzie ją dowiózł, i na tym ślad się urywał. Po kilku dniach bezowocnych poszukiwań policja przerwała działania, odnotowując w raportach: Adela Zagórzanka, zaginiona bez wieści...
Xawery był jednak pewien, że starzec, który rozpłynął się w powietrzu, ma z tym zaginięciem najwięcej wspólnego. O pasterzu wiedział jednak tylko on. Tak mu się przynajmniej zdawało, dopóki nie spotkał Julii. Młoda, energiczna blondynka w pierwszej chwili wydała mu się niemal kopią Adeli. Ta sama kaskada loków opadająca w nieładzie na czoło, podobny zalotny uśmiech i przenikliwe spojrzenie.
- Julia Wejchert, "Nowiny Lwowskie" - zaczepiła go bezceremonialnie i przysiadła się do stolika, przy którym pił kawę i teoretycznie pracował nad tekstem.
- Nie udzielam wywiadów - odrzekł, nie podnosząc wzroku.
- To i dobrze - dziewczyna odparowała natychmiast. - Bo nie ma o czym opowiadać, dopóki nie ustalimy, gdzie przepadają ludzie na błoniach, prawda?
Xawery uniósł głowę, spoglądając na nią uważniej.
- Ludzie? - zapytał. - Zaginęła moja koleżanka, to jeszcze nie "ludzie"...
- Prawie dwa lata temu w tym samym miejscu zniknęło przynajmniej trzech mężczyzn. Pan jeszcze do tego nie dotarł, a ja owszem. - Uśmiechnęła się niemal identycznie jak Adela. - Jednym z tamtych zaginionych był Horowitz, dziennikarz z pańskiego "Monitora".
- Panno Julio...
- Drugim zaginionym jest mój brat, porucznik SZRN, Karol Wejchert - dodała szybko.
- Wojsko? Dwa lata temu? - Xawery wyprostował się na krześle.