Brakujące elementy - Laura Pearson

Kup ebooka

32.90 zł
27.31 zł (25,33 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2

13 sierp­nia 1985 -?29 dni póź­niej

Linda poło­żyła dło­nie na swoim zaokrą­glo­nym brzu­chu i splo­tła palce. Tom sie­dział obok niej w suro­wej, bia­łej pocze­kalni, i żadne z nich nie się­gnęło po maga­zyn, żadne z nich się nie ode­zwało. Recep­cjo­nistka jadła lunch, a zapach jej kana­pek z jaj­kiem przy­pra­wiał Lindę o mdło­ści. Roz­plo­tła palce i zaci­snęła dło­nie na bokach krze­sła, sta­ra­jąc się prze­cze­kać falę nud­no­ści. Obie córki uro­dziła w tym szpi­talu, sie­działa w tej zim­nej pocze­kalni, cze­ka­jąc na liczne bada­nia. Tego dnia jed­nak pano­wał tu zaduch. Pomy­ślała o tym, żeby wstać i otwo­rzyć okno. Pod­nio­sła swoje gęste włosy znad karku i zaczęła szu­kać w torebce gumki, żeby je zwią­zać.

Kiedy wywo­łano jej nazwi­sko, Linda wstała. Tom wycią­gnął rękę, żeby ją ujęła, ale ona jej nie chwy­ciła. Opu­ścił więc dłoń i poszedł za nią kory­ta­rzem. Gdy weszli do gabi­netu, lekarz wstał i obda­rzył ich uprzej­mym uśmie­chem.

-?Jestem dok­tor Tho­mas -?powie­dział.

-?Był pan przy naro­dzi­nach Pho­ebe -?odparła Linda. -?Pamię­tam.

Uśmiech­nął się znowu, ale ani tego nie potwier­dził, ani nie zaprze­czył. Widział setki dzieci przy­cho­dzą­cych na świat, powie­działa sobie Linda. Nie pamię­tałby aku­rat jej dziecka. Usia­dła na nie­wy­god­nym, nie­bie­skim pla­sti­ko­wym krze­śle i zało­żyła nogę na nogę. Nie mogła patrzeć na dok­tora Tho­masa i nie mogła patrzeć na Toma, więc utkwiła wzrok w abs­trak­cyj­nym obra­zie wiszą­cym na ścia­nie po lewej stro­nie głowy leka­rza. Za każ­dym razem, gdy mru­gała, zamy­kała oczy, pró­bu­jąc zigno­ro­wać silny zapach amo­niaku uno­szący się w powie­trzu.

-?Sły­sza­łem o waszej córce. Bar­dzo mi przy­kro.

Linda chciała zapy­tać, dla­czego nie wypo­wie­dział imie­nia Pho­ebe.

-?Dzię­ku­jemy -?powie­dział Tom. -?To był dla nas bar­dzo trudny czas.

Od śmierci Pho­ebe nie­mal wszystko, co mówili ludzie, wyda­wało się Lin­dzie absur­dalne. Miała ochotę potrzą­snąć Tomem, jakoś go uka­rać za to, że tak spły­cał ich ból.

-?Oczy­wi­ście -?powie­dział dok­tor Tho­mas. -?Dla­tego zapro­si­li­śmy pań­stwa dziś na kolejne bada­nie. Stres po czymś takim może być bar­dzo trudny dla dziecka. Chcemy tylko spraw­dzić, czy wszystko jest w porządku. Pro­szę się jed­nak nie mar­twić, jestem pewien, że będzie dobrze. A teraz, Lindo, czy mogłaby pani poło­żyć się na łóżku?

Linda zro­biła, co jej kazano. Kiedy pod­cią­gnęła nogi, papier przy­kry­wa­jący łóżko tro­chę się roz­darł i w ciszy gabi­netu zabrzmiało to bar­dzo gło­śno. Sześć tygo­dni wcze­śniej byli tu na bada­niu w dwu­dzie­stym tygo­dniu ciąży. Esme i Pho­ebe opie­ko­wała się wtedy Maud, ich sąsiadka z naprze­ciwka. Tom zamknął swoją księ­gar­nię podróż­ni­czą, poje­chali do szpi­tala, a Linda czuła w gar­dle ścisk pod­nie­ce­nia -?taki sam jak w dniu, kiedy ucie­kli od swo­ich rodzin, gdy Esme rosła jesz­cze w jej brzu­chu. W dro­dze na wizytę Tom pod­krę­cił radio i śpie­wali razem, przy otwar­tych oknach samo­chodu, a wiatr roz­wie­wał ciemne włosy Lindy.

Trudno było pogo­dzić to wspo­mnie­nie z pyta­niem, które nie dawało jej spo­koju. Z pyta­niem, które poja­wiło się w jej gło­wie, gotowe do wypo­wie­dze­nia, kilka nocy wcze­śniej, i które teraz pod­no­siło się w jej gar­dle jak żółć.

-?Dok­to­rze Tho­mas?

Odwró­cił się do niej i po raz pierw­szy spoj­rzała mu w oczy.

-?Tak, Lindo?

-?Czy jest już za późno na abor­cję?

Linda usły­szała, jak Tom gwał­tow­nie wciąga powie­trze, i zoba­czyła błysk szoku, który dok­tor Tho­mas pró­bo­wał ukryć. Nie zamie­rzała się wyco­fać ani odwo­łać swo­ich słów. Jak mogłaby? Jak można ocze­ki­wać, że uro­dzi to nowe dziecko i je poko­cha, skoro miłość do Pho­ebe dopro­wa­dziła ją do tego miej­sca? Skoro led­wie potrafi zaj­mo­wać się swoją drugą córką, led­wie potrafi spoj­rzeć Esme w oczy?

Dok­tor Tho­mas odchrząk­nął i ten dźwięk przy­wo­łał Lindę z powro­tem do gabi­netu. Spoj­rzała na Toma. Patrzył na nią tak, jakby jej do końca nie pozna­wał. Mru­żył lekko oczy, jakby pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć, czy już gdzieś ją widział.

-?Jest za późno -?powie­dział dok­tor Tho­mas. -?Ale jeśli uważa pani, że nie będzie w sta­nie zaopie­ko­wać się tym dziec­kiem, są różne moż­li­wo­ści, o któ­rych możemy poroz­ma­wiać.

-?Adop­cja? -?zapy­tała Linda.

Linda roz­wa­żyła to przez chwilę. Przejść przez poród, poczuć, jak dziecko wycho­dzi z niej niczym cud, a potem oddać je komuś innemu. Czy mogłaby je naj­pierw przy­tu­lić? Czy powie­dzie­liby jej, jakiej jest płci, czy pozwo­li­liby jej pomy­śleć nad imie­niem? Nie -?zde­cy­do­wała. Ta moż­li­wość nie była dla niej. Zanim jed­nak zdą­żyła coś powie­dzieć, Tom ode­zwał się za nich oboje.

-?Nie -?odparł cicho, ale sta­now­czo. -?Uro­dzimy to dziecko i je zatrzy­mamy.

-?Zróbmy bada­nie -?powie­dział dok­tor Tho­mas. -?A potem jesz­cze poroz­ma­wiamy.

Roz­sma­ro­wał zimny żel na brzu­chu Lindy i pra­wie się roze­śmiała z powodu łasko­tek. Cze­kała, aż usły­szy to, co już wie­działa: że z dziec­kiem wszystko w porządku. Wie­działa, że Tom się mar­twi, że jej żałoba, brak ape­tytu i bez­sen­ność mogły zaszko­dzić dziecku. Ale czuła, jak się poru­sza, obraca, napiera. A poza tym to dziecko było czę­ścią niej i była pewna, że natych­miast by wie­działa, gdyby coś było nie tak. Tak jak tam­tej nocy wie­działa, że coś stało się z Pho­ebe.

Dla­tego gdy na ekra­nie poja­wił się obraz i dok­tor Tho­mas powie­dział, że serce bije mocno, Linda nie była zasko­czona. Zoba­czyła jed­nak Toma - zoba­czyła, jak jego dłoń powę­dro­wała do ust z czy­stej ulgi, zoba­czyła miłość w jego oczach, goto­wość i ocze­ki­wa­nie. Dla niego było to w pew­nym sen­sie prost­sze.

Mimo że dok­tor Tho­mas powie­dział, że jest już za późno, Linda wie­działa, że ist­nieją spo­soby, by pozbyć się dziecka. Spo­soby, z któ­rych kobiety korzy­stały od wie­ków. Bole­sne i nie­bez­pieczne, ale moż­liwe. Nie zro­bi­łaby jed­nak tego -?przez wzgląd na Toma. Zamknęła na chwilę oczy, pró­bu­jąc wyobra­zić sobie, że znów jest matką nowo­rodka. Pró­bu­jąc wyobra­zić sobie, że znów są czte­ro­oso­bową rodziną. Ale to nie wyda­wało się wła­ściwe, skoro Pho­ebe nie było wśród nich.

-?Cóż -?powie­dział dok­tor Tho­mas -?wszystko wygląda dobrze. Pro­szę znowu usiąść przy moim biurku, kiedy będzie pani gotowa.

Starł żel z brzu­cha Lindy, a ona popra­wiła ubra­nie, pod­nio­sła się z łóżka. Tom pocze­kał, aż będzie gotowa. Kiedy wstała, poło­żył dłoń na jej ple­cach i popro­wa­dził kilka kro­ków do krze­sła. Linda spo­dzie­wała się wykładu, poucze­nia o tym, jak przez to przej­dzie. Jak prze­cho­dziły przez to inne kobiety. Nie wie­cie, chciała krzyk­nąć. Chciała otwo­rzyć drzwi i pozwo­lić, by jej głos odbi­jał się echem w pustym bia­łym kory­ta­rzu. Żadne z was nie wie.

-?Chciał­bym, żeby pań­stwo roz­wa­żyli tera­pię -?powie­dział dok­tor Tho­mas.

-?To niczego nie zmieni -?powie­działa Linda.

-?Samej sytu­acji nie, to prawda. Ale naprawdę myślę, że mogłoby pomóc pań­stwu się z nią pogo­dzić. Zaak­cep­to­wać to, co się wyda­rzyło, i zacząć iść dalej. Nie pro­szę o decy­zję dziś. Pro­szę tylko o tym pomy­śleć.

Linda wzięła ulotki, które jej podał, i wstała, gotowa wyjść. Gdy była już przy drzwiach, poczuła oddech Toma na karku i przez moment było jej przy­kro, że wycho­dzą razem. Że będą musieli znieść podróż samo­cho­dem do domu, potem wie­czór, a potem kolejne dni i tygo­dnie w tym zbyt pustym domu, z jej sło­wami wiszą­cymi w powie­trzu jak groźba.

Tom ode­zwał się dopiero, gdy sie­dział już za kie­row­nicą z zapię­tym pasem. Sta­ran­nie wyco­fał samo­chód z miej­sca par­kin­go­wego, a Linda obser­wo­wała go, cze­ka­jąc na oskar­że­nia i wyrzuty. Ten męż­czy­zna, któ­rego wybrała, był przy­stojny. Miał wyra­zi­sty pro­fil. Oboje byli jesz­cze mło­dzi -?on miał trzy­dzie­ści lat, ona dwa­dzie­ścia osiem -?a jed­nak w jego schlud­nych, ciem­nych wło­sach zaczy­nały poja­wiać się drobne pasma siwi­zny. Kie­dyś wspo­mniał, że może je pofar­bo­wać, a ona powie­działa, że lubi je takie, jakie są, a Esme zauwa­żyła, że wygląda, jakby zła­pała go maleńka śnie­życa, więc zosta­wił je w spo­koju. Tom musiał poczuć wtedy jej spoj­rze­nie, bo zer­k­nął na nią. To jego oczy zauwa­żyła naj­pierw. W nie­któ­rym świe­tle zie­lone, w innym szare. Życz­liwe, otwarte. Wciąż była w nich dobroć, choć spo­dzie­wała się raczej odrazy.

Kiedy Tom w końcu się ode­zwał, powie­dział coś zupeł­nie innego, niż się spo­dzie­wała.

-?Rozu­miem -?powie­dział spo­koj­nie. -?Ja też ją stra­ci­łem. Tylko...

Głos mu się zała­mał, a Linda patrzyła na jego twarz, widziała, jak oczy zacho­dzą mu łzami.

-?...tylko spró­buj mnie nie odpy­chać.

-?Posta­ram się -?powie­działa Linda, bo chciała dać mu coś innego niż ból.

* * *

Tej nocy, gdy Tom już zasnął, Linda leżała obok niego z otwar­tymi oczami, wsłu­chu­jąc się w dobie­ga­jące z ulicy odgłosy prze­chod­niów i samo­cho­dów. Cza­sami, jesz­cze przed śmier­cią Pho­ebe, budziła się i zasta­na­wiała, jak zna­la­zła się wła­śnie tutaj -?w zwy­czaj­nym bliź­niaku na spo­koj­nej ulicy w Southamp­ton, tak daleko od domu. Noc przed tym, jak wyje­chali z Tomem z Bol­ton, sie­dzieli w jego samo­cho­dzie z roz­ło­żoną na kola­nach mapą Anglii. Wzrok Lindy przy­cią­gały obrzeża mia­sta, miej­sca poło­żone nad morzem; wska­zała na Southamp­ton z uśmie­chem. Pra­wie nic nie wie­działa o tym miej­scu. Jej dziad­ko­wie byli tam kie­dyś na waka­cjach. Stam­tąd wypły­nął Tita­nic. Linda wyobra­żała sobie roz­pa­da­jący się dom nad morzem. Ryba z fryt­kami, spa­cery po plaży, słone włosy, zasy­pia­nie przy szu­mie fal. A kiedy przy­je­chali i wszystko wyglą­dało zupeł­nie ina­czej, niż sobie wyobra­żała, nie­wiele ją to obcho­dziło, bo wciąż był to nowy począ­tek, nowe życie. Ale minęła już pra­wie dekada i ta świe­żość dawno wybla­kła.

Linda sły­szała wła­sny oddech. Patrzyła, jak wska­zówki zegara powoli prze­su­wają się przez kolejne pół godziny, a gdy wybiła pierw­sza, ostroż­nie usia­dła, sta­ra­jąc się nie obu­dzić Toma. Zdjęła z haczyka za drzwiami swój biały baweł­niany szla­frok i wyszła z pokoju, jesz­cze raz oglą­da­jąc się, żeby upew­nić się, że go nie obu­dziła. Leżał na boku, oddy­chał głę­boko i spo­koj­nie, z lekko otwar­tymi ustami.

Nie zapa­liła świa­tła w kuchni. Po pra­wie ośmiu latach w tym domu i dwójce dzieci znała drogę po ciemku. Kuch­nia zawsze była jej ulu­bio­nym pomiesz­cze­niem. Kiedy przy­szli obej­rzeć dom, zmę­czeni nie­uda­nymi oglę­dzi­nami i świa­do­mo­ścią, że nie stać ich na miej­sce, jakie ona naprawdę by wybrała, Linda naj­pierw poszła do kuchni. Rozej­rzała się wtedy: po rysun­kach na lodówce przy­mo­co­wa­nymi kolo­ro­wymi magne­sami, po sta­rym sosno­wym stole w rogu, wciąż zasy­pa­nym okrusz­kami po śnia­da­niu. Ściany były poma­lo­wane na jasno­żółty kolor, a szafki z jasnego drewna, miej­scami były wyszczer­bione i pory­so­wane. To było pomiesz­cze­nie, w któ­rym rodzina zbiera się na początku i na końcu każ­dego dnia. I wtedy już Linda wie­działa, że nie ma zna­cze­nia, iż łazienka jest mała, a ogród tro­chę zanie­dbany. To był dom, w któ­rym zamieszka ze swoją rodziną.

Przez chwilę stała przy oknie, patrząc na nie­ru­chomy, ciemny ogród. Był śro­dek sierp­nia, późne lato, i choć było jej gorąco, nie była gotowa na zmianę pory roku. Bo gdy to lato się zaczy­nało, Pho­ebe jesz­cze żyła. I wciąż wyda­wało się nie­moż­liwe, że ode­szła na zawsze.

Linda otwo­rzyła wąską szafkę w rogu pomiesz­cze­nia i wpa­try­wała się w jej zawar­tość. Potem wyjęła butelkę wódki i odkrę­ciła korek. Zro­biła to szybko, jakby bała się, że ktoś ją przy­ła­pie. Butelka była pełna w trzech czwar­tych i Linda obli­czyła, że musiała stać tam od poprzed­nich świąt, kiedy urzą­dzili przy­ję­cie dla przy­ja­ciół i sąsia­dów. Tam­tej nocy piła drinki, które poda­wał jej Tom, i pamię­tała, jak szu­miało jej lekko w gło­wie, jak pokój powoli wiro­wał, gdy dziew­czynki w jasnych sukien­kach prze­my­kały mię­dzy małymi grup­kami gości. Pamię­tała, że zoba­czyła Pho­ebe, uklę­kła i zła­pała nad­garstki swo­jej młod­szej córki, cału­jąc ją w czoło. Pho­ebe wyrwała się z jej uści­sku i pobie­gła za sio­strą i star­szymi dziew­czyn­kami, a Linda nalała sobie kolej­nego drinka.

Teraz, sama w ciem­no­ści, gdy Esme i Tom spali na górze, Linda pra­gnęła tylko, żeby kon­tury świata tro­chę się roz­myły, żeby na chwilę odpo­cząć od cię­żaru myśli, a alko­hol był jedy­nym spo­so­bem, jaki znała. Pod­nio­sła butelkę do ust, prze­chy­liła ją i pocią­gnęła łyk. Dziecko w jej brzu­chu kop­nęło w cichym pro­te­ście. Linda znów prze­chy­liła butelkę, łyk­nęła i odło­żyła ją z powro­tem do szafki. Usia­dła przy kuchen­nym stole, cze­ka­jąc, aż coś się zmieni, aż choć odro­bina ciem­no­ści ustąpi.

3

23 sierp­nia 1985 -?39 dni póź­niej

Tom nie mógł spać. Głę­boko w jego piersi tkwiło zia­renko gniewu i prze­ra­żało go, w co może się roz­ro­snąć. Prze­wró­cił się w łóżku z ple­ców na bok i spoj­rzał na śpiącą żonę. Maleńka część niego chciała przy­ci­snąć poduszkę do jej twa­rzy. Ta sama część, która chciała ją ude­rzyć, gdy zapro­po­no­wała usu­nię­cie ich dziecka. Czy nie wystar­czyło, że stra­cili Pho­ebe? Bolało go, że przez następne trzy mie­siące nie ma wyboru i musi pole­gać na Lin­dzie, by utrzy­mała ich dziecko przy życiu. Na Lin­dzie, któ­rej głos nawet nie zadrżał, gdy pytała o abor­cję.

Tom leżał nie­ru­chomo, w mil­cze­niu wal­cząc z obra­zami Lindy rzu­ca­ją­cej się ze scho­dów albo poły­ka­ją­cej garść table­tek. Bez­piecz­niej było mieć oczy otwarte. I dla­tego nie­które noce spę­dzał bez snu, leżąc obok niej i obser­wu­jąc jej brzuch w poszu­ki­wa­niu ruchu.

Tam­tej nocy Tom zre­zy­gno­wał z prób zaśnię­cia chwilę po czwar­tej nad ranem. Cicho zszedł po scho­dach, zamie­rza­jąc na godzinę czy dwie zato­pić się w książce. Kiedy jed­nak zbli­żył się do salonu, zoba­czył przez szklane drzwi, że Esme sie­dzi w środku. Miała na sobie piżamę, ale nie wyglą­dała na zaspane dziecko, jakie zwy­kle widy­wał rano, gdy ją budził, a jej nie­sforne ciemne włosy były ucze­sane i zaple­cione w lekko krzywy war­kocz. Zasta­na­wiał się, jak długo już nie śpi, sie­dząc cicho w salo­nie z wyłą­czo­nym tele­wi­zo­rem, bez ksią­żek czy zaba­wek, które mogłyby ją zająć. Kiedy wszedł do pokoju, Esme pod­nio­sła wzrok z lekko prze­stra­szo­nym wyra­zem twa­rzy, jakby przy­ła­pano ją na czymś, czego nie powinna robić. I wtedy Tom zoba­czył, co trzyma w dłoni, co prze­suwa mię­dzy pal­cami.

Beebee. Był to znisz­czony kawa­łek różo­wego mate­riału wiel­ko­ści chu­s­teczki. Pho­ebe nosiła go wszę­dzie ze sobą, odkąd tylko Tom pamię­tał. Nazwała go tak od spo­sobu, w jaki wyma­wiała wła­sne imię, gdy dopiero uczyła się mówić -?z oczami peł­nymi sku­pie­nia, pró­bu­jąc dopa­so­wać usta do trud­nych dźwię­ków.

Linda chciała wło­żyć go do trumny obok Pho­ebe i rano w dniu pogrzebu długo go szu­kali. Cała trójka prze­wró­ciła dom do góry nogami, wycią­ga­jąc szu­flady i prze­su­wa­jąc meble, by zaj­rzeć za nie. W pew­nym sen­sie było to nawet dobre -?robili coś razem, mieli wspólny cel. Ale kiedy nie mógł już dłu­żej zwle­kać, Tom uparł się, że wyjadą bez niego. Powie­dział, że to prze­cież nie ma zna­cze­nia, nie takiego jak ich spóź­nie­nie. A Linda spoj­rzała na niego z czy­stą nie­na­wi­ścią w oczach -?kiedy zamy­kał oczy, wciąż widział to spoj­rze­nie -?i prze­ci­snęła się obok niego do drzwi, do cze­ka­ją­cego samo­chodu.

-?Hej, Es -?powie­dział. -?Gdzie zna­la­złaś Beebee?

Tom wycią­gnął rękę, żeby go wziąć, ale dziew­czynka gwał­tow­nie go cof­nęła, a jej wyraz jej twa­rzy pozo­stał nie­od­gad­niony.

Tom bar­dzo go chciał mieć. Pamię­tał, jak Pho­ebe spała z nim obok głowy na poduszce, jak go ssała, jak skrę­cała mię­dzy pulch­nymi palusz­kami. Co kilka tygo­dni Linda pod­kra­dała go, żeby wyprać, a Tom robił wszystko, co mógł wymy­ślić, żeby odwró­cić uwagę córki od jego znik­nię­cia. Urzą­dzał skom­pli­ko­wane przed­sta­wie­nia z udzia­łem jej plu­szo­wych misiów, dawał jej zaka­zane przy­smaki, wymy­ślał gry anga­żu­jące wszyst­kie zmy­sły dziecka. A mimo to zawsze zauwa­żała jego brak, maru­dziła i pła­kała, tęsk­niąc za nim. A gdy w końcu do niej wra­cał, świeży i czy­sty, zawsze twier­dziła, że to nie ten sam Beebee.

Nagle Tom zro­zu­miał, że Esme miała go przez cały czas. Że ni­gdy nie zagi­nął. Że ukryła go gdzieś w domu, żeby zacho­wać coś po swo­jej sio­strze. Był zasko­czony jej prze­bie­gło­ścią, ale jed­no­cze­śnie poru­szony jej współ­czu­ciem.

-?Jak długo już nie śpisz, Es?

Wzru­szyła ramio­nami.

-?Chwilę.

-?A co robi­łaś?

Tom sta­rał się mówić lek­kim tonem. Ostat­nią rze­czą, jakiej chciał, było to, by poczuła się, jakby była w tara­pa­tach albo jakby ją prze­słu­chi­wał. A jed­nak musiał zapy­tać, bo nie­po­ko­iła go myśl o niej takiej - czu­wa­ją­cej samot­nie w bez­li­to­snej nocy.

-?Po pro­stu... myśla­łam.

-?O Pho­ebe?

Dziew­czynka drgnęła, gdy padło imię Pho­ebe, i Tom uświa­do­mił sobie, że pra­wie o niej nie mówią, mimo że jest w cen­trum wszyst­kiego, co robią i mówią.

Esme znowu wzru­szyła ramio­nami.

Przez minutę czy dwie sie­dzieli w ciszy. Naprze­ciw sie­bie na zie­lo­nym, kudła­tym dywa­nie, ze skrzy­żo­wa­nymi nogami -?jego oczy szu­kały jej spoj­rze­nia, jej oczy go uni­kały. Tom zawsze był zdu­miony swoją córką, kiedy się jej przy­glą­dał. Miała sze­roko roz­sta­wione, cze­ko­la­do­wo­brą­zowe oczy Lindy -?tak jak Pho­ebe -?i jej drobną budowę, ale w mimice, w ruchach i gestach widział samego sie­bie. I nie­ustan­nie zadzi­wiało go, że miał udział w stwo­rze­niu tej słod­kiej i zło­żo­nej osoby, że ist­nieje nie­za­leż­nie od niego i Lindy, z głową pełną myśli i opi­nii, któ­rymi może się podzie­lić... albo je ukryć.

-?Gdzie ona teraz jest?

Głos Esme był cichy i Tom musiał nachy­lić się bli­żej, żeby ją usły­szeć. Poczuł, jak gar­dło ści­ska mu się od łez, i miał ochotę się­gnąć po małą dłoń córki, zamknąć ją w swo­jej i trzy­mać tak długo, jak tylko się da.

-?Ni­gdzie, Es. Ode­szła.

Tom nie wie­rzył w żad­nego Boga, w niebo ani pie­kło. I nie wie­rzył w okła­my­wa­nie swo­jej córki. To było coś, o co kłó­cił się z Lindą. Ona też była nie­wie­rząca, ale zasta­na­wiała się, czy naprawdę byłoby coś złego w opo­wie­dze­niu Esme miłej histo­rii o Pho­ebe, która patrzy na nich z góry i nad nimi czuwa. Tom jed­nak mówił, że ważna jest dla niego szcze­rość. Ale teraz, gdy zoba­czył zagu­biony wyraz w oczach Esme, zaczął się zasta­na­wiać, czy to była wła­ściwa decy­zja.

-?A mama?

-?Mama? Mama jest na górze, w łóżku, Es.

Esme spoj­rzała mu w oczy, a w jej spoj­rze­niu była powaga i cię­żar, które nie powinny nale­żeć do dziecka.

-?Wiem, ale... czy z nią będzie wszystko dobrze?

Tom nie wie­dział, jak na to odpo­wie­dzieć. Nie­które dni przy­no­siły prze­błysk daw­nej Lindy -?w szyb­kim rumieńcu na jej policz­kach, gdy robiło jej się tro­chę za cie­pło, albo w spo­so­bie, w jaki schy­lała się, żeby wło­żyć buty. Sta­rał się sku­piać na tych chwi­lach, wie­rzyć, że są zapo­wie­dzią tego, co jesz­cze nadej­dzie.

-?Mam nadzieję -?powie­dział.

Esme ski­nęła poważ­nie głową i Tom zro­zu­miał, że musi dać jej coś wię­cej niż to.

-?Znasz Beebee? -?powie­dział, deli­kat­nie bio­rąc go z jej dłoni i trzy­ma­jąc przed nimi. -?Wiesz, skąd się wziął?

Esme pokrę­ciła głową, a Tom zoba­czył, jak w jej oczach zaczyna poja­wiać się cień uśmie­chu.

-?Pamię­tasz cesa­rza, o któ­rym opo­wia­da­łem tobie i Pho­ebe? Tego, który zapła­cił mnó­stwo pie­nię­dzy za nowy strój i wsty­dził się przy­znać, że go nie widzi, kiedy już był gotowy?

-?Cho­dził po całym mie­ście bez ubra­nia -?powie­działa Esme.

-?Wła­śnie tak. A kiedy wró­cił do domu, jego żona powie­działa mu, że zacho­wał się bar­dzo głu­pio i dała mu nową piżamę do wło­że­nia. Kupiła ją wcze­śniej, bo za dwa tygo­dnie miał uro­dziny, ale posta­no­wiła dać mu ją przez to całe zamie­sza­nie z nowym stro­jem. Piżama była różowa, w małe szare sło­nie. Cesarz tak ją polu­bił, że nosił ją co noc przez cztery lata. Każ­dego ranka ją prał i wie­szał na dwo­rze do wyschnię­cia, żeby ni­gdy nie musiał się bez niej obyć.

-?Ale po czte­rech latach sło­nie pra­wie cał­kiem wybla­kły, a szwy zaczęły się pruć i cesarz bar­dzo się zmar­twił. Kiedy więc znów zbli­żały się jego uro­dziny, jego żona poszła do tego samego sklepu i mieli tam jesz­cze jedną różową piżamę w sło­nie, więc ją kupiła, a starą poło­żyła w jed­nym z pokoi gościn­nych i zupeł­nie o niej zapo­mniała. Była już wtedy tro­chę star­sza i weszła tam tylko pod­lać kwiaty -?wcale nie zamie­rzała ich tam zosta­wić.

-?A mniej wię­cej rok póź­niej ty, ja, Pho­ebe i mama poje­cha­li­śmy do domu cesa­rza na noco­wa­nie...

-?Nie poje­cha­li­śmy! -?zapisz­czała Esme.

Tom przy­ło­żył palec do ust.

-?Ciii, mama śpi. Poje­cha­li­śmy, Es. Chyba zaczy­nasz być zapo­mi­nal­ska, jak żona cesa­rza. Nie wiem, jak mogłaś zapo­mnieć, urzą­dzi­li­śmy wiel­kie przy­ję­cie z her­batą i było mnó­stwo cia­sta orze­cho­wego. W każ­dym razie Pho­ebe nie mogła tam­tej nocy zasnąć, bo to było jej pierw­sze noco­wa­nie poza domem i tęsk­niła za wła­snym łóż­kiem. Mama i ja pró­bo­wa­li­śmy śpie­wać jej pio­senki i opo­wia­dać histo­rie, ale nic nie dzia­łało.

-?A ja co robi­łam? -?zapy­tała Esme.

-?Ty chra­pa­łaś. Tak o.

Tom rzu­cił się na bok, pod­kur­czył nogi, wsu­nął dło­nie pod głowę i zaczął gło­śno chra­pać.

Esme roze­śmiała się wtedy, a dla Toma była to ogromna ulga -?usły­szeć ten dźwięk, zoba­czyć jej twarz taką, jaką powinna być: roz­luź­nioną i otwartą.

-?W każ­dym razie w końcu mama zna­la­zła stare piżamy na komo­dzie i dała je Pho­ebe do przy­tu­le­nia. Pho­ebe zasnęła w tej samej chwili i nie obu­dziła się aż do rana. Następ­nego dnia zapy­ta­li­śmy żonę cesa­rza, skąd wzięła te różowe piżamy, żeby­śmy mogli kupić takie dla Pho­ebe, kiedy nie będzie mogła zasnąć. A ona powie­działa, że kie­dyś nale­żały do cesa­rza, ale są już bar­dzo stare i możemy je zatrzy­mać.

-?I od tam­tej pory Pho­ebe zabie­rała te piżamy do łóżka każ­dej nocy i już ni­gdy nie miała pro­ble­mów z zasy­pia­niem. Ale ponie­waż były takie stare, zaczęły się roz­pa­dać i musie­li­śmy wyrzu­cać kolejne kawałki, aż został tylko ten jeden.

Esme przy­bli­żyła Beebee do oczu.

-?Nie widzę żad­nych słoni -?powie­działa.

-?Teraz pew­nie już nie -?odparł Tom. -?Pra­wie znik­nęły, kiedy dosta­li­śmy te piżamy, a to było dawno temu.

Kiedy mówił, zauwa­żył, że powieki Esme stają się coraz cięż­sze, i gdy zapy­tał, czy chce wró­cić do łóżka, ski­nęła głową. Pod­niósł ją -?Beebee wciąż ści­ska­jąc w pal­cach -?i zaniósł na górę. Zanim poło­żył ją i przy­krył koł­drą, już spała.

* * *

Sto­jąc na pół­pię­trze, Tom roz­wa­żał powrót do łóżka, ale wie­dział, że tej nocy już nie zaśnie. Zszedł więc z powro­tem na dół, zro­bił sobie her­batę i zaniósł ją do salonu, gdzie zdjął z półki album ze zdję­ciami. Album wypeł­niony wspo­mnie­niami był ciężki. Tom pomy­ślał, że to cię­żar jego mał­żeń­stwa.

Linda dała mu go w pre­zen­cie na ostat­nie uro­dziny. Był począ­tek maja, gorące słońce. Linda sie­działa obok niego na sta­rym kocu w ogro­dzie, gdy prze­wra­cał strony, a Esme i Pho­ebe porzu­ciły ska­ka­nie na ska­kance i tło­czyły się przy nim, z nie­do­wie­rza­niem doty­ka­jąc swo­ich zdjęć. Linda była w ciąży, ale jesz­cze nie powie­dzieli o tym dziew­czyn­kom. Teraz, zale­d­wie trzy mie­siące póź­niej, prze­glą­dał album ponow­nie, samot­nie w ciem­no­ści, a wspo­mnie­nia zda­wały się go drę­czyć.

Naj­pierw zdję­cie jego i Lindy z pierw­szych tygo­dni ich związku, sto­ją­cych w ogro­dzie za domem Lindy. Zdję­cie musiała zro­bić jej matka, pomy­ślał Tom. Ale kiedy pró­bo­wał wyobra­zić ją sobie za apa­ra­tem, nie potra­fił. Foto­gra­fia była lekko nie­ostra, a dłu­gie, ciemne włosy Lindy powie­wały na wie­trze, zasła­nia­jąc lewą stronę jej twa­rzy. Ramię Toma obej­mo­wało nie­zgrab­nie jej talię, a on patrzył na nią, nie na apa­rat, spoj­rze­niem peł­nym zachwytu.

Następne zdję­cie: Tom sto­jący przed ich domem w dniu prze­pro­wadzki. Pamię­tał, że to Linda je zro­biła, pamię­tał, jak robiła miny i machała do niego z chod­nika, pró­bu­jąc go roz­śmie­szyć. Wyglą­dał na oszo­ło­mio­nego, lekko wstrzą­śnię­tego, jakby nie mógł uwie­rzyć, że dom za nim naprawdę jest ich. Tom przy­bli­żył album do twa­rzy i uważ­nie przyj­rzał się budyn­kowi. Zwy­czajny bliź­niak z czer­wo­nej cegły, zbu­do­wany pięć lat wcze­śniej, zanim kupili go pod koniec lat sie­dem­dzie­sią­tych. Tom miał wtedy dwa­dzie­ścia dwa lata, miał zostać ojcem, był świeżo upie­czo­nym wła­ści­cie­lem domu. A jed­nak cię­żar tej odpo­wie­dzial­no­ści nie był widoczny na jego twa­rzy. Wyglą­dał na dum­nego, zdu­mio­nego, szczę­śli­wego.

Jego księ­gar­nia podróż­ni­cza: "Read the World". To Linda wymy­śliła nazwę i jest na zdję­ciu -?jedną ręką wska­zuje szyld, a drugą trzyma pulchną, dwu­let­nią Esme. Księ­gar­nia była pew­nego rodzaju kom­pro­mi­sem. Zawsze cią­gnęło go w świat i marzył o podró­żach, ale miał żonę i rodzinę, więc zado­wo­lił się wyna­ję­ciem zaku­rzo­nego lokalu i wypeł­nie­niem go mapami i książ­kami o egzo­tycz­nych miej­scach, któ­rych praw­do­po­dob­nie ni­gdy nie zoba­czy.

Tom prze­wró­cił kilka stron, szu­ka­jąc swo­jego ulu­bio­nego zdję­cia Esme. Oto ono -?leży w jego ramio­nach, ma zale­d­wie kilka dni. Z oczami sze­roko otwar­tymi, gęstymi i tak ciem­nymi wło­sami, że aż lśnią. Palce jej pra­wej rączki zaci­śnięte są wokół jego kciuka, a ona patrzy na niego z ufno­ścią. Tłem zdję­cia był pokój, w któ­rym Tom wła­śnie sie­dział. Ta sama zie­lono-biała tapeta, ta sama znisz­czona kanapa w kwiaty, którą kupili na wyprze­daży i zanie­śli do sie­bie, zatrzy­mu­jąc się po dro­dze kilka razy, żeby na niej usiąść i odpo­cząć. Tom rozej­rzał się wokół. Przez lata od tam­tego zdję­cia nie­wiele się zmie­niło. Kilka nowych obraz­ków na ścia­nach, ciemna plama na dywa­nie po roz­la­nej oran­ża­dzie wiśnio­wej, zie­lone jak trawa poduszki na kana­pie, które uszyła Linda. A jed­nak pokój na zdję­ciu wyglą­dał jakoś bar­dziej domowo.

Kilka stron dalej była Pho­ebe. Na jed­nym zdję­ciu sie­działa w krze­sełku w kuchni, z brą­zową papką na twa­rzy i rękach. Pła­kała, twarz miała czer­woną, ale przez łzy prze­bi­jał sze­roki uśmiech. Tom pamię­tał, jak robił to zdję­cie. Pamię­tał, jak cier­pli­wie sie­dział, gdy Linda ją kar­miła, cze­ka­jąc na odpo­wiedni moment. Pamię­tał, jak pod­niósł Beebee, żeby wywo­łać ten pro­mienny uśmiech.

Zdjęć całej czwórki było nie­wiele: zawsze on albo Linda stali za apa­ra­tem, więc na foto­gra­fiach widać było jedno z nich z dwiema dziew­czyn­kami po bokach. Ale jedno takie zdję­cie ist­niało. Byli w ogro­dzie, a Tom pamię­tał, jak Linda woła przez płot do Maud, pyta­jąc, czy mogłaby na chwilę wpaść i zro­bić im zdję­cie. Pho­ebe i Esme miały na sobie iden­tyczne czer­wone sukienki, a ich ciemne włosy były zaple­cione w takie same kitki. Tom i Linda klę­czeli za nimi, a ramiona Lindy obej­mo­wały talię Toma. Esme sie­działa po turecku, a Pho­ebe wycią­gnęła przed sie­bie pulchne nogi. W dłoni Esme był wia­nek z mar­ge­ry­tek. W chwili, gdy zdję­cie zostało zro­bione, spoj­rzała na sio­strę i podała jej wia­nek. Ich oczy się spo­tkały. Tom i Linda patrzyli w apa­rat, uśmiech­nięci i spo­kojni. Ale Esme i Pho­ebe patrzyły na sie­bie. Poważ­nie, cicho. Dziew­czynka poda­jąca sio­strze wia­nek z kwia­tów. Jakby mówiła: to twoje, bo ty jesteś moja.

Tom zamknął album i ostroż­nie wsu­nął go z powro­tem na półkę. Się­gnął po her­batę, ale zdą­żyła już wysty­gnąć, i skrzy­wił się, gdy ją prze­łknął. Zauwa­żył, że na zewnątrz jest już jasno. W któ­rymś momen­cie, gdy zagu­bił się w tych wspo­mnie­niach, wze­szło słońce. Poszedł do kuchni, wylał her­batę do zlewu i spoj­rzał przez okno. W ogro­dzie dwa kosy wal­czyły o dżdżow­nicę -?jeden wycią­gał ją z ziemi, a drugi pod­ska­ki­wał obok i dzio­bał. Jakoś prze­trwał kolejną noc, jakoś dotarł do tego momentu, w któ­rym był gotów roz­po­cząć następny dzień bez Pho­ebe.

Pod wpły­wem nagłego impulsu Tom wziął klu­cze z koszyka sto­ją­cego na para­pe­cie i wyszedł z domu. Poje­chał do mia­sta, do swo­jej księ­garni, zapar­ko­wał przed nią i przez kilka minut patrzył na nią przez okno od strony pasa­żera. Był wcze­sny pora­nek i żaden ze skle­pów na ulicy nie był jesz­cze otwarty. Gdy poczuł się gotowy, wysiadł z samo­chodu i otwo­rzył drzwi. Tęsk­nił za tym miej­scem. Już sam jego deli­katny, lekko stę­chły zapach był pocie­sza­jący. Ale pano­wał tam bała­gan: chwiejne stosy nie­sor­to­wa­nych ksią­żek z dru­giej ręki leżały tu i ówdzie, na pół­kach wid­niały nie­este­tyczne luki, a wszystko pokry­wała cienka war­stwa kurzu. Tom usiadł na stołku za ladą i otwo­rzył kasę, żeby spraw­dzić, czy jest pusta. Była. Kiedy jed­nak poszedł na zaple­cze, zna­lazł tam poroz­rzu­cane druki zamó­wień i potwier­dze­nia dostaw.

Pomoc­nik Toma, Liam, pro­wa­dził sklep od tam­tej nocy, ale wyglą­dało na to, że nie radzi sobie naj­le­piej. Był prze­cież jesz­cze dzie­cia­kiem. Poma­gał w soboty przez ponad rok, kiedy jesz­cze się uczył, a latem, gdy zbli­żał się koniec jego stu­diów, zapy­tał o pracę na pełny etat. Tom miał wtedy wąt­pli­wo­ści. Nie był pewien, czy pracy wystar­czy dla nich dwóch. Ale Liam był chętny i pra­co­wity, więc dał mu szansę. Teraz był za to wdzięczny -?wdzięczny, że ten chło­pak zro­bił, co mógł, żeby utrzy­mać wszystko w cza­sie, gdy Tom go potrze­bo­wał.

Przez następną godzinę Tom pra­co­wał. Oczy­ścił głowę z myśli o tym, co działo się w domu, i segre­go­wał, ukła­dał i odkła­dał książki na półki. Zamia­tał pod­łogę i wspiął się na krze­sło, żeby wytrzeć z kurzu aba­żury. Gdy skoń­czył, miej­sce wyglą­dało tak, jak wtedy, gdy je zosta­wił. Zatło­czone, ale upo­rząd­ko­wane. Zagra­cone, lecz nie cha­otyczne. Napi­sał krótką notatkę dla Liama, dzię­ku­jąc mu za ciężką pracę i obie­cu­jąc, że wkrótce się ode­zwie.

A kiedy jechał zna­jomą drogą do domu, poczuł w piersi małą falę uko­je­nia. Wresz­cie zro­bił coś poży­tecz­nego i pro­stego. Ale zanim wje­chał na pod­jazd, gniew powró­cił -?znów zaci­snął się w jego gar­dle. Po wyłą­cze­niu sil­nika sie­dział jesz­cze przez kilka minut w samo­cho­dzie z mocno zamknię­tymi oczami, nie cał­kiem gotowy, by wró­cić do środka.

4

3 wrze­śnia 1985 -?50 dni póź­niej

-?Na pewno dobrze się z tym czu­jesz? -?zapy­tał Tom.

Linda zasta­no­wiła się, co by zro­bił, gdyby się wyco­fała i popro­siła go, żeby został w domu. Prawda była jed­nak taka, że despe­racko chciała, żeby wró­cił do pracy. Czuła jego spoj­rze­nie na sobie, gdzie­kol­wiek się poru­szała. Dla­tego, choć miała ochotę zostać w łóżku i nacią­gnąć koł­drę na głowę, żeby odciąć się od świata, tam­tego ranka wzięła prysz­nic i ubrała się, żeby poka­zać mu, że potrafi funk­cjo­no­wać. Ski­nęła głową.

-?Idź -?powie­działa. -?Liam nie może robić wszyst­kiego sam.

-?Wiem, ale...

Tom pozo­sta­wił zda­nie nie­do­koń­czone, a Linda w myślach wyli­czyła wszyst­kie spo­soby, na jakie mógł je zakoń­czyć:

...Ale nie ufam ci z Esme.

...Ale chcę mieć pew­ność, że dbasz o dziecko.

...Ale wiem, że sobie nie radzisz.

-?Idź -?powtó­rzyła, tym razem tro­chę bar­dziej sta­now­czo.

Poko­nany Tom pochy­lił się, żeby poca­ło­wać Esme, która w mil­cze­niu jadła tost i kopała nogami w nogi krze­sła. Gdy pod­szedł do Lindy, pomy­ślała, że może ją poca­łuje, więc szybko wstała i cof­nęła się, a jej krze­sło zgrzyt­nęło po kafel­ko­wej pod­ło­dze. Dźwięk był zbyt gło­śny, zbyt szorstki. Tom pokrę­cił głową i wyszedł z pokoju.

Kiedy drzwi wej­ściowe zatrza­snęły się z cichym klik­nię­ciem, Esme oparła łok­cie na stole i pod­parła brodę dłońmi. Spoj­rzała na Lindę sze­roko otwar­tymi oczami.

-?Kiedy wró­cisz do pracy? -?zapy­tała.

Linda dopiła mocną czarną kawę.

-?Nie wiem -?powie­działa.

Coś w spo­so­bie, w jaki Esme na nią patrzyła, spra­wiło, że Linda miała ochotę się­gnąć przez stół i spo­licz­ko­wać córkę. I była wstrzą­śnięta siłą tego impulsu. Pode­szła do czaj­nika i włą­czyła go. A gdy cze­kała, aż woda się zago­tuje, wbiła paznok­cie w dło­nie, wal­cząc z łzami.

Zdała sobie sprawę, że ma ochotę się napić. Była dopiero dzie­wiąta rano, a ona czuła, że potrze­buje alko­holu. Żeby odwró­cić od tego myśli, posta­no­wiła wyjść z domu.

-?Chodźmy na spa­cer, Es -?powie­działa, odwra­ca­jąc się. -?Pój­dziemy do parku i nakar­mimy kaczki.

-?Mamo, mam sie­dem lat -?powie­działa Esme. Prze­wró­ciła oczami i wró­ciła do jedze­nia tosta.

Byłoby tak łatwo, pomy­ślała Linda, roz­sy­pać się. Wró­cić do łóżka. Albo wyjąć wódkę z szafki i odkrę­cić butelkę. Albo przejść kory­ta­rzem, wyjść z domu i zamknąć za sobą drzwi, zosta­wia­jąc Esme w środku. Była na skraju, balan­so­wała na gra­nicy bycia jesz­cze funk­cjo­nu­jącą osobą.

-?Dokończ śnia­da­nie i włóż płaszcz, Esme -?powie­działa.

Cze­ka­jąc, aż dziew­czynka zrobi, co jej kazano, Linda poła­mała kilka kro­mek chleba i zamknęła je w woreczku na kanapki. Nakar­mią kaczki. Takie pro­ste, zwy­czajne zaję­cie. A potem wymy­śli coś, co wypełni następną godzinę. I powoli, małymi kro­kami, przej­dzie przez ten dzień.

Był począ­tek wrze­śnia, a niebo było błę­kitne i pra­wie bez­chmurne. Ostatni oddech lata. Za tydzień Esme wróci do szkoły. Ta myśl spra­wiała Lin­dzie przy­jem­ność, bo nie będzie już uda­wa­nia, żad­nej wymu­szo­nej pogody ducha. Ale jed­no­cze­śnie ją prze­ra­żała. Gdy Tom wróci do pracy, a Esme pój­dzie do szkoły, nie będzie niczego, co zmusi ją rano do wsta­nia z łóżka, niczego, co powstrzyma ją przed sie­dze­niem godzi­nami w bez­ru­chu i wciąż od nowa roz­trzą­sa­niem wyda­rzeń, które dopro­wa­dziły ich do tego miej­sca.

Gdy dotarli do głów­nej drogi na końcu ulicy, Linda odru­chowo się­gnęła po rękę Esme, ale była cie­pła i lekko lepka, więc poczuła ulgę, gdy dziew­czynka ją odsu­nęła. W mil­cze­niu Linda zaczęła liczyć. Pięt­na­ście minut do parku, może dwa­dzie­ścia sie­dze­nia na ławce, gdy Esme będzie kar­mić kaczki, kolejne pięt­na­ście minut spa­ceru do domu. Może nawet trzy­dzie­ści, jeśli zatrzy­mają się po dro­dze w skle­pie po mleko i zupę na lunch. Nie potra­fiła sobie wyobra­zić, czym wypełni cały dzień, jak kie­dyś wypeł­niały się dni, jak mogła kie­dy­kol­wiek się spie­szyć i narze­kać na brak czasu.

Szły w mil­cze­niu, a Linda pró­bo­wała zna­leźć jakiś temat do roz­mowy.

-?W przy­szłym tygo­dniu wra­casz do szkoły -?powie­działa, czu­jąc się jak ktoś, kto nie spę­dza wiele czasu z dziećmi i nie bar­dzo wie, jak z nimi roz­ma­wiać. -?Miło będzie znowu codzien­nie spo­ty­kać Saman­thę, prawda?

Esme wzru­szyła ramio­nami, a Linda zaczęła się zasta­na­wiać, czy coś się wyda­rzyło mię­dzy nią a jej naj­lep­szą przy­ja­ciółką. Zazwy­czaj dziew­czynki wciąż kur­so­wały mię­dzy swo­imi domami, pro­wa­dząc rowery i pro­sząc o noco­wa­nie. Zwłasz­cza pod­czas waka­cji. A teraz Linda nie potra­fiła sobie przy­po­mnieć, kiedy ostat­nio widziała Saman­thę.

-?Dla­czego nie zadzwo­nimy do niej, kiedy wró­cimy do domu? Mogła­byś pójść do niej po połu­dniu.

-?Jest na waka­cjach -?powie­działa Esme. -?We Fran­cji. Do nie­dzieli.

-?Och.

Linda uświa­do­miła sobie, że liczyła na to, iż Esme pój­dzie po połu­dniu się bawić i że będzie miała dom tylko dla sie­bie.

Kiedy dotarły do parku, Linda wyjęła z torby mały paku­nek z chle­bem i podała go Esme.

-?Trzy­maj -?powie­działa.

Potem usia­dła na ławce i pozwo­liła, by słońce ją ogrze­wało. Linda obser­wo­wała, jak Esme pod­cho­dzi do brzegu, i poczuła ścisk w sercu. Dziew­czynka przy­kuc­nęła i wyjęła z torby kilka kawał­ków chleba. Kaczki, które spo­koj­nie pły­wały w małych grup­kach po dwie lub trzy, zaczęły zbli­żać się do niej, gdy pierw­sze kawałki wpa­dły do wody. Linda wstrzy­my­wała oddech za każ­dym razem, gdy Esme robiła krok bli­żej brzegu. Kilka razy nawet wstała, gotowa rzu­cić się do przodu, zła­pać córkę za ramię i odcią­gnąć ją w bez­pieczne miej­sce.

Ale powstrzy­mała się, przy­po­mi­na­jąc sobie, że Esme zawsze była ostroż­nym, roz­waż­nym dziec­kiem i że jest już na tyle duża, by dać jej tro­chę prze­strzeni. Wie­działa, że ist­nieje tu pewne nie­bez­pie­czeń­stwo - i było ono więk­sze niż ryzyko, że Esme wpad­nie do tej płyt­kiej wody. Było to nie­bez­pie­czeń­stwo zara­że­nia jej stra­chem więk­szym, niż tak małe dziecko powinno dźwi­gać. Dla­tego Linda zacho­wała dystans i śle­dziła każdy ruch córki wzro­kiem.

Po kilku minu­tach chleb się skoń­czył, a Esme odwró­ciła się i prze­szła krótką drogę do ławki, na któ­rej sie­działa Linda. W ostrym słońcu Linda nie mogła dostrzec jej wyrazu twa­rzy. Była tylko syl­wetką z roz­wia­nymi ciem­nymi wło­sami. Kiedy pode­szła bli­żej, Linda zoba­czyła, że dziew­czynka wygląda na znu­dzoną. Robi to dla mnie, pomy­ślała Linda. Robi coś, co spodo­ba­łoby się młod­szemu dziecku -?dla mnie.

Już miały odcho­dzić, gdy przed ławką poja­wiła się kobieta ze swoim synem sto­ją­cym cicho u jej boku. Linda roz­po­znała ją jako jedną z matek ze szkoły, ale nie potra­fiła przy­po­mnieć sobie jej imie­nia. Jej syn cho­dził do klasy Esme i mijały się cza­sem przy szkol­nej bra­mie albo pod­czas szkol­nych zawo­dów spor­to­wych. Dzieci nie zwró­ciły na sie­bie uwagi, ale kobieta uśmiech­nęła się sze­roko do Lindy.

-?Piękny dzień -?powie­działa.

Linda spró­bo­wała się uśmiech­nąć, ale jej twarz nie zare­ago­wała.

-?Cześć, Esme -?powie­działa kobieta, pochy­la­jąc się tro­chę, by spoj­rzeć dziew­czynce w oczy.

Linda usły­szała, jak Esme coś mru­czy pod nosem, i pomy­ślała, że gdyby wyszły dwie minuty wcze­śniej, unik­nę­łyby tego spo­tka­nia.

-?Już ponad połowa, jak widzę. -?Kobieta ski­nęła głową w stronę brzu­cha Lindy. -?A gdzie twoja mała? Pho­ebe?

Linda znie­ru­cho­miała.

W dniach po śmierci Pho­ebe Tom dzwo­nił do pozor­nie nie­koń­czą­cej się listy ludzi, żeby prze­ka­zać wia­do­mość o tym, co się stało. Linda sie­działa w kuchni i słu­chała tylko jego połowy roz­mów -?nie­mal iden­tycz­nych -?zasta­na­wia­jąc się, jak potrafi to wypo­wia­dać wciąż od nowa. Zadzi­wiało ją wtedy, ile rze­czy trzeba zała­twić i ilu ludzi powia­do­mić.

A jed­nak, jak teraz zro­zu­miała, zawsze znajdą się osoby, które o tym nie wie­dzą. Takie jak ta kobieta -?ktoś nie­ważny, ktoś, kto nie kochał Pho­ebe, ale kto zapyta, gdzie jest i co u niej, i będzie stał, cze­ka­jąc na odpo­wiedź.

Linda nie była gotowa.

Może za kilka mie­sięcy będzie łatwiej to powie­dzieć -?choć nie potra­fiła sobie tego wyobra­zić. Może z cza­sem będzie miała gotową odpo­wiedź, taką, po którą się­gnie w takich sytu­acjach. Może będzie potra­fiła oddzie­lić słowa od obrazu Pho­ebe w trum­nie i wyobra­zić sobie, że mówi o czy­imś innym dziecku albo o czymś zupeł­nie zwy­czaj­nym, jak pogoda.

Może.

-?Musimy już iść -?powie­działa Linda, obej­mu­jąc Esme ramie­niem i pospiesz­nie odcho­dząc.

Przez całą drogę do domu każdy krok wyda­wał się wysił­kiem, a słońce było tro­chę zbyt jasne i zbyt gorące, przy­grze­wa­jąc czu­bek jej głowy. Czuła łzy spły­wa­jące po policz­kach i spoj­rze­nia obcych ludzi zatrzy­mu­jące się na niej o sekundę za długo. Esme mil­czała, a Linda była za to wdzięczna, bo jej głowę wypeł­niał głos tam­tej kobiety. Sły­szała go wciąż, powta­rza­jący imię Pho­ebe, raz za razem, i jedyne, co mogła zro­bić, to iść dalej -?coraz dalej od tego pyta­nia.

Gdzie jest twoja mała? Pho­ebe?

Kiedy zamknęła za nimi drzwi, Linda poczuła się bez­piecz­niej. W domu nikt nie mógł jej tak zasko­czyć. Ale tu cze­kały inne demony. Każdy cen­ty­metr ich domu krył wspo­mnie­nie Pho­ebe. Kiedy Linda sia­dała przy kuchen­nym stole, widziała dzie­wię­cio­mie­sięczną Pho­ebe racz­ku­jącą po pod­ło­dze w jej stronę z gry­za­kiem w pulch­nej dłoni. Kiedy leżała w łóżku, widziała trzy­let­nią Pho­ebe wychy­la­jącą głowę zza drzwi i pyta­jącą, czy może przyjść się przy­tu­lić. A cza­sem -?nie­mal wszę­dzie w domu -?Linda widziała Pho­ebe leżącą nie­ru­chomo na ple­cach, tak jak widziała ją w trum­nie.

-?Mamo? -?wyszep­tała Esme.

Linda uświa­do­miła sobie, jak musi wyglą­dać w oczach córki. Twarz miała mokrą od łez, oczy prze­stra­szone, ramiona przy­gar­bione.

-?Idź się chwilę poba­wić na górze, Esme -?powie­działa.

Gdy tylko Esme wyszła z pokoju, Linda pode­szła do szafki i się­gnęła po butelkę wódki. Drżą­cymi rękami nalała sobie sporą por­cję i wypiła ją jed­nym hau­stem, wita­jąc cie­pło, które spły­nęło jej do gar­dła. Tym razem dziecko się nie poru­szyło. Linda przez sekundę zasta­na­wiała się, czy mu nie zaszko­dziła, i ogar­nęła ją mie­szanka paniki i ulgi na tę myśl. Nalała sobie jesz­cze, wypiła, despe­racko pra­gnąc, żeby jej wnę­trze zmię­kło i roz­pły­nęło się jak płyn. Despe­racko potrze­bo­wała, żeby jej myśli choć na chwilę się zatrzy­mały, albo przy­naj­mniej zwol­niły.

Na szczy­cie scho­dów Linda sta­nęła przed poko­jem Pho­ebe. Czuła, jak serce wali jej w piersi, i wła­śnie gdy wycią­gnęła rękę, żeby dotknąć klamki, dziecko w jej brzu­chu się obu­dziło i kop­nęło. Raz, drugi i trzeci. Otwo­rzyła drzwi i wsu­nęła się do środka.

W powie­trzu wciąż zda­wał się uno­sić jabł­kowo-słodki zapach Pho­ebe. Drzwi były zamknięte od tam­tego dnia i Linda miała wra­że­nie, że dzięki temu jakoś ją zacho­wali. Powoli rozej­rzała się po pokoju, chło­nąc jasne kolory rze­czy Pho­ebe, wycią­gnęła rękę, żeby dotknąć ulu­bio­nej ksią­żeczki i misiów sie­dzą­cych wciąż równo na końcu łóżka. Przez chwilę miała wra­że­nie, że zaraz upad­nie, ale zła­pała się kra­wę­dzi para­petu i odzy­skała rów­no­wagę. Przez otwarte drzwi sły­szała, jak Esme poru­sza się w pokoju naprze­ciwko, i nie­mal poszła do niej.

Część niej chciała wyjść z pokoju i przejść przez kory­tarz do żyją­cej córki. Chciała chcieć tego. Chciała, żeby z Esme było tak jak daw­niej - łatwo, rado­śnie, z tą pro­stą dzie­cięcą lek­ko­ścią.

Ale zamiast tego ode­rwała z rolki czarny worek na śmieci i zaczęła wkła­dać do niego rze­czy Pho­ebe. Książki, zabawki i wszyst­kie te drobne, kolo­rowe przed­mioty, które dla trzy­latki są tak bar­dzo ważne. Zdjęła obrazki ze ścian, sta­ran­nie odry­wa­jąc taśmę i rolu­jąc ją w gładką kulkę w dłoni. Skła­dała ubra­nia, pra­cu­jąc szybko, żeby odwró­cić uwagę od łez, które zaczęły spły­wać po jej twa­rzy. Nie była pewna, kiedy zorien­to­wała się, że Esme ją obser­wuje, ale w pew­nym momen­cie poczuła na sobie czy­jeś spoj­rze­nie. Pokój Esme znaj­do­wał się naprze­ciwko pokoju Pho­ebe i oboje drzwi były otwarte.

Linda odwró­ciła się i ich oczy się spo­tkały. Zoba­czyła, że jej córka pła­cze. Esme wstała i pode­szła bli­żej, zatrzy­mu­jąc się w drzwiach pokoju Pho­ebe, jakby nie potra­fiła zmu­sić się, żeby wejść do środka.

-?Co robisz? -?zapy­tała.

Linda nie wie­działa, co powie­dzieć, więc odwró­ciła się i dalej robiła to, co zaczęła.

-?Mamo, co ty robisz? To rze­czy Pho­ebe!

Linda odwró­ciła się i mocno ude­rzyła Esme w poli­czek. Cof­nęła się, czu­jąc pie­cze­nie w dłoni, i miała wra­że­nie, jakby obser­wo­wała tę scenę z daleka -?jak Esme chwyta się za twarz, jak jej oczy wypeł­niają się łzami. Dziew­czynka odwró­ciła się i prze­szła krótki dystans do swo­jego pokoju, po czym cicho zamknęła drzwi. Ale Linda zdą­żyła zoba­czyć wyraz w jej oczach. Nie­do­wie­rza­nie. Prze­ra­że­nie. Nie­na­wiść. Osu­nęła się na pod­łogę tam, gdzie stała, objęła ramio­nami kolana i zamknęła oczy.

* * *

Kiedy usły­szała klucz w zamku, Linda leżała już w łóżku. Pokój Pho­ebe zosta­wiła pusty i nie­ru­chomy, z rów­nym rzę­dem czar­nych wor­ków przy jed­nej ze ścian. Otwo­rzyła okno, żeby wpu­ścić ostat­nie let­nie powie­trze. Żeby wypu­ścić ostat­nią cząstkę Pho­ebe. Potem zwi­nęła się w łóżku i słu­chała, jak Esme krząta się na dole, robi sobie coś do jedze­nia i ogląda tele­wi­zję. Nie potra­fiła zejść na dół, żeby spraw­dzić, czy Esme się do niej ode­zwie, czy jej ręka zosta­wiła ślad na bla­dej twa­rzy dziew­czynki. Ale teraz Tom wró­cił do domu. Linda pod­cią­gnęła kolana do piersi i cze­kała.

-?Tu jesteś -?powie­dział Tom.

Otwo­rzyła oczy i zoba­czyła, jak pod­cho­dzi do łóżka.

-?Esme mówi, że leżysz w łóżku całe popo­łu­dnie.

W jego gło­sie było oskar­że­nie, ale Linda wie­działa, że nie wie o policzku. Wyobra­ziła sobie Esme, która mil­czy o tym, chro­niąc ją. Zasta­no­wiła się dla­czego.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki