Brakująca instrukcja - Piotr Tosz

Kup ebooka

0.00 zł

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Przemek podszedł do okna. Wiosenne słońce wlewało jaskrawe światło wprost do jego pokoju. W oddali słychać było okrzyki dobiegające z pobliskiego stadionu. Nie przepadał za tymi niedzielami, gdy klub piłkarski rozgrywał mecz u siebie. Okna jego mieszkania wychodziły na wschód, wprost na kompleks sportowy, w którym największą atrakcją był trzecioligowy klub piłkarski o nazwie "Kobrownik Huta Pączna", który mieszkańcy Pączny i pobliskich miast nazywali po prostu "Kobry".

Wciągnął rześkie przedpołudniowe powietrze i zamknął okno. Ramy okna były dźwiękoszczelne i nie przepuszczały nic z dźwięków z zewnątrz, w tym także stadionowych krzyków. Wrócił do biurka i usiadł na krześle. Miejsce to pełniło w domu podwójną rolę - było miejscem pracy, jak i odpoczynku. Tego dnia odpoczywał. Nazywał to odpoczynkiem, choć gdy spojrzało się na niego nieco z boku i porównało wykonywane czynności do tych, jakie robił w pracy, można było odnieść wrażenie, że jednak pracował. Działo się tak, gdyż jego fachem było programowanie, któremu poświęcał większość czasu.

Praca programisty komputerowego w dużej części polega na pisaniu kodu, dzięki któremu skrypty i programy mogą działać. Kod to mówiąc w skrócie taka lista poleceń dla komputera, dzięki której komputer wie co i kiedy wykonać, czy też pokazać na ekranie. Jeżeli do wytłumaczenia tego można by użyć jakiejś prostej analogii do zachowań ludzkich, to jedną z nich mogłoby być przyrównanie programisty i komputera do małżeństwa. Gdy żona prosi męża, aby zrobił zakupy, odebrał dziecko z przedszkola i umył samochód, to tym samym działa jak programista, a mąż jak komputer, który przyjmuje zadania do wykonania.

W swojej pracy Przemek rozwijał program edukacyjny, a w czasie wolnym tworzył własną aplikację do zarządzania serwerami danych. Tę niedzielę postanowił w całości przeznaczyć na pracę nad aplikacją.

Do pokoju weszła Gosia, żona Przemka. Nic nie mówiąc podeszła do okna. Stanęła przy parapecie i zdawała się spoglądać na coś gdzieś na dole. Przemek uniósł wzrok znad monitora komputera. Spojrzał na nią, po czym wstał i podszedł do niej. Stał tuż za jej plecami. Wsunął dłonie pod jej ręce i splótł je na jej brzuchu.

- Czego tam wypatrujesz? - zapytał.

- Ciotki Weroniki - odpowiedziała. - Miała dziś nas odwiedzić. Zapomniałeś?

- Aaa, tak - odparł. - Zapomniałem - dodał z uśmiechem.

Spojrzał przez okno na ulicę. Mieszkali na drugim piętrze czteropiętrowego bloku.

- Spójrz, jaki ten facet ma śmieszny kapelusz - wskazał Gosi małego człowieczka, kierującego się do wejścia bloku.

- To chyba nasz sąsiad - rzekła i przyjrzała się bardziej - Tak, to on.

W tym mieszkaniu w Pącznie mieszkali już niemal pół roku i do tej pory nie rozpoznawali dobrze wszystkich sąsiadów. Większy problem miał z tym Przemek, który nigdy nie miał pamięci do twarzy. Z tego powodu na wszelki wypadek kłaniał się wszystkim napotkanym osobom w klatce schodowej i przed blokiem. Dawało mu to ten komfort, że dzięki temu nie pomijał w milczeniu żadnego sąsiada.

Gosia była osobą bardziej otwartą do ludzi od Przemka. Częściej rozmawiała z sąsiadami czy to na klatce schodowej, czy przy okazji spotkania w osiedlowym sklepie. Z łatwością nawiązywała kontakty i pod tym względem była przeciwieństwem Przemka.

Ucałował ją w głowę i wrócił do stanowiska komputerowego. Kontynuował pracę nad aplikacją. Przez jego myśli przebiegało wiele konstrukcji, algorytmów czy terminów, które dla osoby spoza branży programistycznej mogłyby wydać się niezrozumiałym językiem obcym. W rzeczy samej były to języki, ale nie obce, lecz takie służące do rozmowy z komputerem - języki programowania. Powracając do analogii komputera i programisty jako małżeństwa, to język programowania odpowiada sposobowi, w jaki żona przekazuje mężowi listę zadań do wykonania np.: słownie, w postaci punktów na kartce papieru, poprzez e-mail czy w jakiś inny sposób.

W domu rozbrzmiał dźwięk dzwonka do drzwi. Ciocia Weronika dzwoniła po raz kolejny i kolejny, nie zdając sobie sprawy z tego, jak wielką irytację wywoływał w Przemku ten typ dzwonienia do drzwi.

- Przemek, otwórz! - w domu rozległ się głos Gosi.- Nie mogę się ruszyć!

Zdenerwował się. Podniósł się z krzesła i słychać było mechaniczne trzaśnięcie. Był to dźwięk uderzonego klawisza "Enter" w taki sposób, że w dźwięku tym słychać było również zgrzyt wciskanego plastiku, z którego wykonany był klawisz.

- Cześć dzieciaki - zawołała ciotka, wchodząc do mieszkania.

Często nazywała ich dzieciakami, choć oboje byli już po trzydziestce, a ciotka była osobą rozpoczynającą dopiero wczesny wiek seniora. Usiadła przy stole w pokoju gościnnym.

- Jak w pracy? - zapytała Przemka.

- A dziękuję, jest OK - odpowiedział.

- Ja to cię podziwiam, jak ty się tak orientujesz w tych komputerach. W moim bloku wprowadził się ostatnio taki młody, może młodszy od ciebie, student jeszcze i też się zna na komputerach.

- Zrobię kawę - z uśmiechem rzuciła Gosia, wchodząc do pokoju.

- Zrób Gosiu, zrób - odparła ciocia. - Dziś Kobry grają, to gwarno na zewnątrz. Wujek dzisiaj też poszedł popatrzeć ze swoim szwagrem. Ciekawe jak zagrają.

Gosia otworzyła drzwi kredensu, po czym westchnęła cicho i zwróciła się do Przemka:

- Kawa się kończy. Przemek, skoczysz do sklepu?

Przemek kiwnął twierdząco głową. Nie planował wychodzić. Chciał jak najprędzej wrócić do komputera, lecz w obecności cioci było to niemożliwe, bo nie wypadało zostawić jej z Gosią i zamknąć się u siebie w pokoju. Trochę czuł rozgoryczenie, nawet nie wiedział na kogo czy na co, lecz uczucie to sprawiało, że chciał jak najszybciej wrócić z kawą do domu.

Na klatce schodowej przyspieszył kroku. Już miał wychodzić na zewnątrz, gdy tuż przy wejściu do klatki zobaczył torbę na zakupy wywróconą na ziemi, a obok niej rozrzucone kilka produktów ze sklepu: masło, ser, paczka herbatników i jabłka. Zatrzymał się w jednej chwili i znieruchomiał. Nie miał pojęcia, co się tu wydarzyło i do kogo należała torba z zakupami. Rozejrzał się dookoła, lecz nikogo nie zauważył. Poczuł się nieco dziwnie i nie wiedział, jak powinien się w tej sytuacji zachować. Nie chciał ruszać tych zakupów, aby nie posądzono go o kradzież, gdyby ktoś wszedł w chwili zbierania produktów. Nie wiedział też, komu mógłby je zwrócić.

Wtem za jego plecami usłyszał cichy i rozdygotany głos:

- Przepraszam. Czy już poszli?

Przemek momentalnie odwrócił głowę za siebie i spojrzał przez ramię. Kątem oka zauważył, jak z wnęki do wejścia do piwnicy wychylał czubek czyjejś głowy. Pomyślał, że właściciel czubka głowy może być rozwiązaniem zagadki porzuconej torby przed drzwiami wejściowymi. Odwrócił się i zrobił kilka kroków w stronę wejścia do piwnicy. W tym czasie czubek głowy zniknął z pola widzenia. Czuł w sobie teraz jakiś rodzaj strachu napędzanego przez przezorność. Doszedł do wnęki i spojrzał w nią. W środku w samym rogu stał mężczyzna. Był w średnim wieku. Największą uwagę Przemka przykuły oczy mężczyzny. Były okrągłe jak dwa orzechy włoskie, rozbiegane i wystraszone, jakby ich właściciel właśnie zobaczył ducha.

- Dzień dobry - grzecznym tonem przywitał się Przemek.

- Dzień dobry - odpowiedział mężczyzna.

W głosie tym słyszał przerażenie, jakie słychać, gdy mówi się przez gardło, ściśnięte przez strach.

- Wszystko w porządku? - zapytał mężczyzny.

- Uciekałem przed chuliganami. Ledwo zdążyłem do klatki - odpowiedział. - Ja się boję takich chuliganów, proszę pana.

Przemek popatrzył w stronę wejścia do klatki schodowej.

- Nie ma tam nikogo. Pomogę panu - próbował uspokoić mężczyznę. - To pana torba? - zapytał dla pewności.

- Dziękuję. Moja - odpowiedział mężczyzna.

- Nic panu nie jest?

- Dziękuję. Nie - zaprzeczył.

- Kto pana gonił?

- Chuligani. Ci spod Delikatesów.

Przez myśli Przemka przebiegł obraz grupy młodych żuli, jaki czasami widywał pod Delikatesami. Gdy ich mijał, nie sprawiali wrażenia agresywnych. Byli raczej bardziej zajęci sobą i czasem zaczepiali swych znajomych o dorzucenie im do wina.

- Niech pan wyjdzie. Już ich nie ma - zachęcił mężczyznę.

- Dobrze. Dziękuję.

Z każdą wypowiedzią Przemka mężczyzna się uspokajał. Przemkowi nie dawała spokoju myśl o tym, jak dorosły mężczyzna, wyglądający na prawie pięćdziesiąt lat, tak bardzo mógł wystraszyć się żuli. Pochylił się i zaczął zbierać jabłka z podłogi klatki. Mężczyzna również przykucnął i zbierał wysypane z torby produkty.

- Pech chciał, że upuściłem torbę, gdy wbiegałem do klatki - wyjaśniał mężczyzna. - Nie chciałem zawracać, bałem się. Rozumie pan.

Przemek przytaknął głową, choć nie rozumiał. Zauważył, że dłonie mężczyzny, którymi podnosił produkty, były rozedrgane. Nie rozumiał jego strachu. Postanowił pomóc mężczyźnie i zapytał:

- Odprowadzę pana do domu. Daleko pan mieszka? - zapytał.

- Pod dwadzieścia jeden - odpowiedział.

Przemek raz jeszcze przyjrzał się uważnie mężczyźnie. Jakby nawet coś zaczęło mu w głowie świtać, że gdzieś już go widział, lecz myśl ta była zbyt zatarta przez czas i nie mógł sobie przypomnieć, gdzie widział tę twarz. Zapytał więc:

- Pod dwadzieścia jeden w tym bloku?

- Tak.

- Więc jesteśmy sąsiadami - oznajmił Przemek.

- Tak. Pan mieszka pod trzynastką - rzekł mężczyzna.

- Zgadza się - Przemek uśmiechnął się serdecznie do mężczyzny i włożył ostatnie jabłko z ziemi do torby.

- Dziękuję. Do widzenia - odpowiedział mężczyzna i puścił się biegiem po schodach do góry.

- Do widzenia - zawołał za nim Przemek.

Był zaskoczony tą sytuacją i tym, że mężczyzna tak niespodziewanie odszedł. Popatrzył jeszcze na schody, lecz mężczyzny już tam nie było. Słyszał jedynie dudnienie jego nóg o stopnie na wyższych piętrach.

- Dziwny człowiek - pomyślał i wyszedł z klatki schodowej na zewnątrz.

Skierował się w stronę sklepu. Po drodze minął Delikatesy. Tym razem nie zauważył tam nikogo, żadnego żula. Dotarł do sklepu, w którym kupił kawę i zawrócił w stronę swego bloku. Gdy wchodził do klatki, usłyszał donośny krzyk od strony stadionu, a zaraz za nim głos spikera, który oznajmił o zdobytym golu dla drużyny gospodarzy.

W domu przywitał go głos żony:

- Kolejka była? - zapytała.

- Nie. Spotkałem sąsiada spod dwadzieścia jeden.

- Dwadzieścia jeden - powtórzyła za nim Gosia i zrobiła zamyśloną minę.

- Poradziłyśmy sobie. Starczyło na dwie kawy - znad kubka z parującą kawą uśmiechnęła się do niego ciocia.

- Wiem już - Gosia wyrwała się z zamyślenia. - Pod dwadzieścia jeden mieszka taka starsza pani z synem. Sympatyczna jest.