I
Profesor O-y7nS28a, przezywany przez studentów O-y, zaczął swój wykład w sposób tak niezwykły, że sto tysięcy słuchających go kandydatów zamarło w bezruchu, emitując z półprzeźroczystych, krystalicznych głów lekkie, zielonkawe światło, które było oznaką najwyższej uwagi i zadziwienia.
- Wyobraźcie sobie, drodzy kandydaci, moją ulubioną figurę, ciężką do pojęcia pętlę czasu, z nami pośrodku, w tej właśnie chwili, w której przeżywamy iluzję naszego istnienia. Zbliżały się wydarzenia, które zdecydować miały o losie planety A-180, zwanej przez jej mieszkańców Ziemią. Oraz o naszej wolności. Zło nigdy nie było tak bliskie tryumfu, tak potężne. Gotowe zawładnąć naszą wyobraźnią i bytem, czyniąc z nas niewolników do końca czasu. Tymczasem świadomość osobnika zwanego Nick Gowin, od którego zależeć miał los wszystkich wolnych istnień, znalazła się w stanie nagłego oszołomienia. Stało się tak na skutek przypadkowego spotkania z osobnikiem płci odmiennej, zwanym Susan. Gwałtowne obniżenie poziomu inteligencji Nicka wyniosło czterdzieści punktów IQ. Mierzonych w skali A-180, nie naszej. Niewiele szarych komórek mózgu Nicka nadal działało bez zakłóceń. Przypominam, że mózg przeciętnego osobnika A-180 potrafi wykorzystać zaledwie piętnaście procent swojej substancji. Oznacza to, że mieszkańcy tej planety nie potrafią rozwiązać głupiego tysiąca problemów jednocześnie. Ani porozumiewać się telepatycznie. Ani nawet przenosić w przestrzeni z pomocą energii umysłu. Nie umieją też kontaktować się z inteligencjami z innych wymiarów. Wymieniam tylko parę podstawowych umiejętności, uzyskiwanych na naszej planecie O-1 we wczesnym dzieciństwie.
Audytorium zafalowało ze zdziwienia. Młodym pilotom trudno było sobie wyobrazić tak prymitywną formę życia myślącej istoty. Profesor O-y poczekał, aż minie fala zielonych wibracji nad przeźroczystymi głowami, potem znów zaczął emitować. Kolorowe zdania z jego krystalicznej głowy zawisały pod wysoką kopułą sali wykładowej, tworzyły zwiewne, wielowymiarowe obrazy. Przeszłość, przyszłość i teraźniejszość spotykały się, odległe o miliony lat cywilizacje i planety przybliżały w odwiecznym splocie zależności. Powoli wyłonił się z nich obraz odległej planety 180-A, z falującym błękitem oceanów i zielono-brązowymi kontynentami. Planeta zbliżała się w rytm spokojnych, zabarwionych lekką ironią wibracji Profesora. Widać już było wielomilionowe, zasłonięte trującymi wyziewami metropolie z betonu, ze szkła i stali. A między nimi rozgrzany, pustynniejący grunt. Profesor wskazał ten obraz i wyemitował cichym głosem:
- W tym szczególnym czasie mieszkańcy A-180 nie mieli pojęcia, że od kilkuset ziemskich lat znaleźli się w centrum uwagi czterech złowrogich władców Uniwersum. Ani że oznaczało to zbliżającą się zagładę.
Nick Gowin, dziewiętnastoletni student drugiego roku biologii Uniwersytetu Stanowego Nowy Jork, równie nieświadomy zagrożenia jak pozostałe sześć miliardów osobników A-180, szedł właśnie na wykład z neurologii. Towarzyszył mu jego najlepszy kumpel, dziewiętnastoletnia Rosalinda Abramm. Dyskutowali zawzięcie o kobiecych i męskich mózgach. Nick, przedstawiciel męskiej odmiany Ziemian, bronił wyższości męskiego mózgu. Według niego, mózg mężczyzny potrafił dostrzec kilka problemów i obiektów jednocześnie. Ta właściwość męskich zwojów mózgowych była niedostępna dla kobiecych szarych komórek, zdolnych do skupienia zaledwie na jednym obiekcie na raz.
Rosa słuchała wywodu Nicka z cierpliwością, czekała, żeby zostać dopuszczona do głosu, wykpić i obalić wyjątkowo kretyńskie poglądy przyjaciela.
W tym właśnie momencie pewien obiekt przykuł uwagę męskiego mózgu Nicka tak mocno, że zamknął nagle otwór ustny i zamilkł. Obiekt składał się z proporcjonalnej twarzy, pary zielonych, inteligentnych oczu z wesołym błyskiem, zmysłowych ust, lśniących bielą zębów, smukłej sylwetki, niewiarygodnie długich nóg i burzy blond włosów. Umysł Nicka błyskawicznie złożył te elementy w całość, czyli doskonałe wcielenie młodej kobiety A-180.
Nazywała się Susan Linsday i właśnie przeskakiwała zgrabnym susem drzwiczki czterokołowego pojazdu Mercedes cabrio, by wylądować w fotelu pasażera. Obok Johna Clondike'a Juniora, podmiotu westchnień damskiej części Uniwersytetu, wcielenia perfekcyjnego, we własnym mniemaniu, Ziemianina. Zaledwie tylna część ciała Susan dotknęła fotela wyłożonego skórą zabitego zwierzęcia, jej głowa odwróciła się i oczy skupiły na młodym samcu A-180, którego niemy zachwyt podpowiedziała jej intuicja. Nick stał na chodniku jak rażony piorunem, z mózgiem niezdolnym do percepcji, wbrew głoszonej przed chwilą teorii. Błysk rozbawienia w zielonych tęczówkach Susan znikł za firankami czarnych rzęs, lśniące zęby błysnęły w najpiękniejszym uśmiechu na całej planecie. W powietrzu rozległ się jej hipnotyzujący głos:
- Możesz mi podać torbę, kolego?
Kolega nie był w stanie poruszyć się ani odezwać. Sprawiał wrażenie, jakby dla jego płuc zbyt mało było tlenu w mieszance z azotem, dwutlenkiem węgla i paroma mniejszymi składnikami. Krew odpłynęła Nickowi z żył podskórnych, powodując poważną bladość twarzy, a wyraz oczu świadczył o zagrożeniu porażeniem mózgu.
- Psiakrew - rozległ się spokojny głos Rosalindy. - Gdybym była facetem, też bym oszalała na takie zabójcze c o ś! Ciekawe, czy t o też używa mózgu, czy tylko wabi ciałem. Jak myślisz, Nick?
- Jedziemy? - rzucił zza kierownicy zniecierpliwiony John.
- Chwileczkę. - Susan położyła dłoń na umięśnionym przedramieniu Johna. Potem spojrzała przeciągle na Rosalindę i zwróciła się znów do porażonego Nicka:
- Jak masz na imię? - Świadoma była, jakie spustoszenie wywołuje w męskich głowach i jaką niechęć w damskich.
- Grrhh... - wydobyło się z gardła Nicka, rozpaczliwie próbującego odzyskać mowę. - Nick... jestem Nick - wykrztusił wreszcie.
- Może wpadnij do klubu, Nick jestem Nick. Byłeś kiedyś u Kosmicznych Zdobywców? - ciągnęła Susan niskim, uwodzicielskim głosem. Jej oczy wyrażały obietnicę nieziemskich rozkoszy.
- Nie byłem - odparł cicho Nick. Czuł, że zaschło mu w gardle, a język zdrętwiał - Trzeba mieć motocykl... no i kartę klubu. - Głos Nicka zmienił się prawie w jęk.
- Postaraj się, nie pożałujesz. Życie szybko mija przy boku nieciekawych kobiet bez polotu. - Susan przygryzła wargi, żeby nie parsknąć śmiechem. Spojrzała tryumfalnie na Rosalindę. - Podasz mi torbę, Nick jestem Nick?
- Torba, koleś, obudź się! - władczo i niecierpliwie rzucił John Clondike.
Głos Johna wyrywał Nicka z osłupienia. Rozejrzał się w panice, nigdzie nie widział torby, choć oddałby w tej chwili wszystko, żeby ją podać Susan. W grupie studentów, którzy przed chwilą wyszli z budynku, rozległy się chichoty i pewnie ta scena długo prześladowałaby Nicka w złośliwych opowieściach, gdyby nie jego niezawodny kumpel.
- Voila! - rozległ się głos Rosy.
Nick odwrócił się i zobaczył frunący plecak, ciśnięty z dużą siłą przez Rosalindę.
- Uważaj! - zawołał John, z refleksem footballisty chwytając plecak w powietrzu, tuż nad udami Susan.
- Dziękuję, kochanie - uśmiechnęła się z wdziękiem Susan.
- Do usług - skrzywiła się Rosalinda. Wolałaby, aby plecak trafił tam, gdzie celowała.
Susan westchnęła i położyła dłoń na ramieniu Johna.
- Jedźmy już, robi się nudno - powiedziała, puszczając oko do Nicka.
- Cholera - zaklęła po cichu Rosa, nie bez podziwu.
Silnik mercedesa ryknął, z dwóch rur wydechowych rzygnęły płomienie, opony zapiszczały ostro. Zmrużone z kpiną, piękne oczy Susan ruszyły i odjechały, wraz z burzą rozwianych wiatrem blond włosów. Rosa trąciła w ramię zastygłego w bezruchu Nicka.
- Idziesz na wykład czy pobiegniesz za nią? John szybko jeździ, możesz nie dogonić - dodała ze złym błyskiem w oczach.
Nick spojrzał na Rosę nieprzytomnie.
- Słucham? Chciałbym zostać sam, nie masz mi za złe? - oświadczył smutnym głosem.
Tego już było za wiele. Rosalinda Abramm, niewysoka, szczupła osóbka z krótko ostrzyżonymi, ciemnymi włosami, należała do nielicznych studentek Uniwersytetu, które nie marzyły, aby usiąść w fotelu srebrnego mercedesa cabrio Johna Clondike, dziedzica fortuny Clondike Corp. Rosa wolała wybrać się na wycieczkę rowerem, w towarzystwie Nicka. Albo siedzieć obok niego na wykładach. Lub w bibliotece. Nie przeszkadzało jej, że Nick traktuje ją jak kumpla. Dawała mu czas na zauważenie różnicy płci. Nie było to problemem aż do tego momentu. Kobieca intuicja Rosy w sekundę podpowiedziała jej to, czego zdębiały umysł Nicka jeszcze się nie domyślał. Jej przyjaciel został porażony, zaczarowany i skazany. Bez sądu, bez wyroku, nie wiadomo na jak długo. Przez obraz, wizję i złudę, bo przecież nie można było tego czegoś, Susan Linsday, nazwać realną osobą. Dla Rosy było to obraźliwe, wkurzające i smutne. Analityczny umysł Rosy nie określił tego miłością. Rosa była przekonana, że stan ten nie występował w umysłach młodych mężczyzn. Jako student biologii i przyszły naukowiec wiedziała, że męskie mózgi później dojrzewają. Jeśli w ogóle im się to uda. Od roku Rosa spokojnie czekała, aż mózg Nicka dojrzeje na tyle, aby dostrzec jej przyjaźń i oddanie. Aż nagle pojawiła się Susan i mózg Nicka zachował się jak mózgownice całej reszty prymitywnych samców. Osłupiałe oczy, błędny wzrok i reakcje idioty. Jak na wykładzie o szympansach porażonych narkotykiem. Rozczarowanie Rosy było bolesne. Należało natychmiast działać. Albo zapomnieć o roku inwestycji w tego osobnika. Rosa była człowiekiem czynu, stanęła pomiędzy Nickiem a odjeżdżającym mercedesem, podniosła do góry głowę i spojrzała w oczy przyjaciela.
- Mówiłeś, że męskie umysły postrzegają i porządkują szybciej od naszych - podjęła przerwaną rozmowę, w słabej nadziei przywrócenia głowy Nicka na tory rozsądku. - Jak postrzegasz sygnały wysyłane przez Susan? Kochajcie mnie wszyscy, bo jestem niezwykła. Ale uwaga, nikomu z kontem bankowym poniżej miliona nie pozwolę się dotknąć.
- Słucham? - zapytał Nick, nie odrywając zamglonego wzroku od srebrnego cabrio, przyśpieszającego na szosie, za bramą Uniwersytetu.
- Oddychaj głęboko - westchnęła Rosa z rezygnacją. - Za chwilę zostaną ci tylko odruchy psa Pawłowa. Hau, hau... kup sobie motocykl i dołącz do bandy małpoludów.
- Dzięki, Rosa - odparł Nick, z twarzą tak bladą, że aż budziła współczucie. - Tak, motocykl. Muszę złapać trochę powietrza, za dużo ostatnio nauki. Powiedziawszy to, Nick minął Rosę i wszedł w drzwi za jej plecami, o mało nie przebijając głową szyby.
- Od kiedy to powietrze łapie się w stołówce? Nick! - krzyknęła Rosa. - Psiakrew, idiota! - dodała i aż tupnęła ze złości nogą. W krótkich szortach i dużej, męskiej koszuli wyglądała jak rozłoszczony ulicznik.
- Cześć Rosa! - rozległ się głos Toma Brandeckiego.
Tom był niskim blondynem ciężkiej budowy, o jasnych i upartych oczach. Studiował na tym samym roku i nosił przydomek Bystry Pol. Było to złośliwym przytykiem do jego powolnej natury i polskiego pochodzenia. Tom minął się właśnie z Nickiem w drzwiach. Zatrzymał je w ostatniej chwili, dzięki czemu Nick nie przeszedł przez szybę.
- Co się stało, pokłóciliście się? - zapytał Tom z nadzieją, zatrzymując się obok Rosy.
Rosa zdała sobie sprawę, że gdziekolwiek ostatnio się obróci, dostrzega szeroką sylwetkę Toma. Normalnie zareagowałaby żartem, ale daleko jej było do śmiechu.
- Odwal się, Bystry, na miłość boską! - warknęła i spojrzała na Toma ostrzegawczo. - Dość mam waszych zacofanych mózgów! - Powiedziawszy to, Rosa odwróciła się plecami i ruszyła przed siebie, zagryzając wargi i hamując napływające do oczu łzy.
- Jak to? - wymamrotał zdumiony Tom.
Na nic więcej nie mógł się zdobyć wobec najinteligentniejszej, najpiękniejszej i obdarzonej największym urokiem studentki Uniwersytetu Stanu Nowy York. Tak myślał i mówił o Rosalindzie Tom Brandecki. A jeśli ktoś chciał go wysłuchać, dowiadywał się też, że Rosa traci czas z Nickiem Gawinem, który jest kompletnym zerem. Tom był gotów tego dowieść na ubitej ziemi, na pięści, noże lub rewolwery. Gdyby tylko Rosa chciała dać mu najmniejszy sygnał, pretekst lub nadzieję.
Nick nie usłyszał ostatniego epitetu Rosy, nie zauważył Toma. Niczego nie słyszał ani nie widział. W uszach miał ryk silnika, w oczach blond włosy i uśmiech Susan. W ustach gorzki smak upokorzenia. Wystarczyło mu tych doznań na resztę dnia, a także na cały wieczór. I jeszcze na bezsenną noc. Miał wrażenie, że wystarczy mu hańby i tęsknoty za jej zielonymi oczami na całe życie.
Nie poszedł już tego dnia na wykład, nie pamiętał nawet, co studiował. Na co mu studia, skoro właśnie kończyło się jego życie? Nie zauważył, kiedy przejechał dwadzieścia pięć przystanków autobusem, drogą brzydką i ponurą jak nigdy dotąd. Nie dostrzegł pełnego niepokoju spojrzenia matki, Alicji Gowin, i pytającego wzroku ojca, Gofreya Gowina. Nie widział kpiącego uśmiechu młodszej o cztery lata siostry Sheryll. Ani bystrych oczu najmłodszej, dziewięcioletniej Roberty, która skwitowała zbolałą twarz brata lekceważącym parsknięciem:
- Zakochał się, idiota!
Na szczęście uwaga ta padła, kiedy to, co zostało z dawnego Nicka, powlokło się już do swojego pokoju na piętrze domku Gowinów w New Jersey. Oddalonym od Uniwersytetu o dwadzieścia pięć przystanków autobusowych. I o lata świetlne od galaktyki, do której odleciała Susan Lindsay. Z rykiem srebrnej rakiety cabrio, prowadzonej przez mężczyznę doskonałego, Johna Clondike.
Kandydaci na pilotów, studenci Profesora O-y, przepadali za jego stylem. Nie tracili ani jednego obrazu, myśli i koloru z jego wykładów. Studiowanie cywilizacji zacofanych planet było ulubionym tematem kursu międzygalaktycznego pilotażu. Styl starego Profesora dodawał do wykładów smaków i znaczeń osobistych, jakby opowiadał o bliskiej rodzinie lub znajomych. Po chwili ciszy, w której sylwetka Nicka nikła powoli pod kopułą wielkiej hali, głowa Profesora zaczęła znów emitować obrazy.
Na miejscu ciemnego pokoju na piętrze i zbolałej twarzy młodego studenta z planety A-180 pojawił się obraz kuchni z siedzącymi dookoła stołu członkami rodziny Gowinów. Sto tysięcy kandydatów skupiło znów uwagę. Wielobarwne pasma myśli Profesora oplotły dwie siostry i rodziców Nicka, przeniknęły ich umysły, wyświetlały uczucia i słowa. Profesor był nie tylko naukowcem, był także prawdziwym artystą.
- Roberta, jesteś nieznośnym dzieckiem! Nie można tak mówić o starszym bracie! - powiedziała Alicja Gowin, patrząc z niepokojem na schody, na których zniknął jej syn. - A jeśli Nick jest poważnie chory? Nawet nie tknął kolacji. Jak myślisz, tatku, nie powinniśmy wysłać go na badania?
- Choroba Nicka ma na imię Susan. Wiem od Rosy, jego kumpeli. Zadzwoniła przed chwilą, pytała, czy Nickowi udało się trafić do domu. Podobno zgłupiał w trzy sekundy! - oświadczyła Roberta z lekceważącym parsknięciem. - I nie ja tu jestem dzieckiem! Trzeba mieć rozum niemowlaka, żeby głodzić się z tęsknoty do jakiejś blond zdziry!
- Roberta! - wykrzyknął Geofrey Gowin. - Nie zgadzam się na takie wystąpienia przy rodzicach!
- Dobrze, tatku - odparła spokojnie najmłodsza z Gowinów. - Niech żyje tolerancja i wolność przekonań, wolę być głodna niż mieć zamknięte usta. - Roberta wstała od stołu i pomaszerowała schodami, z dumnie podniesioną główką. Trzaśnięcie drzwiami podkreśliło jej determinację. Zapadła chwila ciszy, państwo Gowin spojrzeli po sobie niepewnie.
- Bąk jest zazdrosny o brata - rzuciła Sheryll, wstając od stołu. - Ale ma rację, Nick nagle stracił rozum. A Rosa jest durna, udaje przy nim chłopaka, zamiast zadziałać jak trzeba. Skończyli oboje dziewiętnaście lat, nikt im nie zabroni wolnej miłości. Nick nie miałby siły oglądać się za kobietami. Idę, nie musicie mówić, jak bardzo jesteście zszokowani - zakończyła swój wywód Sheryll, ruszając w stronę schodów. - Dobranoc.
Alicja i Geofrey Gowin potrzebowali chwili, żeby dojść do siebie.
- I co zamierzasz z tym zrobić? - zapytała wreszcie Alicja.
Nie wiadomo, czy jej pytanie dotyczyło Nicka, czy sposobu wysławiania się Roberty i Sheryll.
- A ty? - odparł pytaniem Geofrey. Patrzył na żonę okrągłymi ze zdziwienia oczami.
- Nie mam pojęcia - przyznała Alicja.
- Ja też nie.
- To może udajmy, że nic się nie zdarzyło? - zaproponowała nieśmiało Alicja.
- Chyba nie mamy innego wyjścia - zgodził się Geofrey. A po chwili dodał: - Czy nie sądzisz, że zdarza nam się to coraz częściej?
- Chyba masz rację - westchnęła Alicja.
Oboje spojrzeli na siebie z bezradnymi uśmiechami. Państwo Gowin byli małżeństwem zgodnym, kochającym się i z racji wrodzonej łagodności zupełnie bezradnym wobec swoich dzieci.
II
Na wolnej planecie O-1 czas mierzony był kosmicznymi cyklami. Jeden cykl to kompletna, spiralna droga, którą pokonywała O-1 pomiędzy trzema ogrzewającymi ją gwiazdami, kolejno ulegając ich potężnej grawitacji. W połowie każdego cyklu, podczas zbliżenia do największej gwiazdy, mieszkańcy O-1 opuszczali powierzchnię planety. Wysoka temperatura, potężne huragany i powodzie zmuszały do schronienia się w osiedlach pod powierzchnią oceanów. Całe wyspy-kontynenty zanurzały się w oceanach, otoczone powłokami ochronnymi, które absorbowały światło i tlen. Na zewnątrz, po orbicie krążyły patrolowce, strzegąc opustoszałą planetę przed atakiem wrogiej cywilizacji Zet.
Tak też było tym razem, pod koniec cyklu 7999. Zbliżający się 8000 wprawił dziesięć miliardów mieszkańców O-1 w nastrój oczekiwania i zadumy. Ostatnie dwa tysiące cykli zmieniły obraz Uniwersum. Mieszkańcy O-1 wyrwali swoją planetę z sąsiedztwa spokojnej gwiazdy, aby przenieść ją, otoczoną warstwą sztucznej atmosfery, na spiralną orbitę trzech gwiazd. Była to niespokojna, ale świetna kryjówka dla przetrwania ich cywilizacji O, mądrej i pokojowej formy istnienia, którą rozwijali od siedmiu tysięcy cykli. Aż do chwili, kiedy w sąsiedniej galaktyce ujawniła swoją obecność planeta Zet.
Zakończył się wspaniały spektakl zanurzenia kontynentów. Nad horyzont wyszła powoli groźna, czerwona tarcza z długimi językami nuklearnych eksplozji, trzecia gwiazda. Zamknięto ostatnie włazy i zabezpieczono komunikację z powierzchnią. Sto tysięcy kandydatów na pilotów zgromadziło się znów w audytorium Najwyższej Rady. Umieszczono je tuż pod powierzchnią, aby przez krystaliczne powłoki obserwować można było i Uniwersum, i głębię oceanu. Tłum młodych słuchaczy falował, wymieniając telepatyczne pozdrowienia, żarty i uwagi. Powoli uciszyli się na widok smukłej, krystalicznej sylwetki Profesora O-y7nS28a, który pojawił się wysoko na galerii. Kandydaci włączyli holograficzne dyski pamięci, sto tysięcy głów rozbłysło tęczowymi barwami. Umysł Profesora O-y łączył się z centralnym reaktorem mocy i wiedzy. Pod kopułę powoli uniósł się trójwymiarowy napis:
Próba Uwolnienia Wielkiego Mistrza i Jak To Się Jeszcze Nie Skończyło.
Napis był kolorowy, falował lekko. Głowę Profesora O-y wypełniły strumienie różnobarwnego światła, rozeszły się po krystalicznym ciele. Profesor skupiał się, jego mózg porządkował dane, tworząc przy okazji imponujący spektakl.
Mieszkańcy O-1 wdzięczni byli Profesorowi, że ponad miarę przedłużał swój byt, wyjątkowy umysł i wiedzę poświęcał kolejnym pokoleniom. Mógł przecież przestać istnieć i wrócić jako osesek, by po raz kolejny zaznać rozrywek młodości. Każdy dorosły O-1 wspominał ten czas z przyjemnością. Utyskiwano nawet, że wyznaczone minimum trzystu cykli to za długi czas życia. Po cichu zazdroszczono pilotom patrolowców, którzy tracili byt w kosmicznej potyczce ze statkami wojennymi Zet. Naturalnie jeśli została przechwycona i przywieziona na O-1 ich esencja, w celu odtworzenia. Siedemset cykli Profesora O-y traktowano jak dar dla mieszkańców planety O-1.
Sędziwy wykładowca skupił znów wzrok na tłumie. Zobaczył, że wiele spojrzeń i umysłów zajętych jest obserwowaniem czegoś za nim. Odwrócił wewnętrzny wzrok i ujrzał Gonoropławca, odtworzoną z genów, niegdyś krwawą bestię z głębin oceanu. Przerobiony na roślinożercę olbrzym wolno przeżuwał kawał wodorostu za kryształową ścianą audytorium, wlepiając wzrok w Profesora. Krótki błysk światła połączył głowę wykładowcy i Gonoropławca. Jakby Profesor rzucił: zmiataj stąd, na co czekasz? Olbrzym zaniepokoił się, pochylił łeb i znieruchomiał. Wielkie ślepia wyrażały lęk i zdziwienie, mały mózg wolno przerabiał sygnał. Nagle potwór zrozumiał, wypluł resztki wodorostu, zwinął długie cielsko w skręcie i zanurkował pod przeźroczystą posadzkę sali. Słuchacze ujrzeli, jak spłoszony Gonoropławiec błyskawicznie znika w czerni oceanu. Profesor O-y uśmiechnął się, wpływanie na umysły innych gatunków było jego ulubioną rozrywką.
- Drodzy, przenikliwi i nieprzewidywalni, młodzi współplemieńcy, osobnicy O, niech wasze umysły pozostaną niezmącone przez następne dziesięć tysięcy cykli, aż do Niewyobrażalnego Końca Wszystkiego i Wszędzie - podjął Profesor po chwili przerwy.
Przez tłum kandydatów na pilotów przebiegł szmer akceptacji, sto tysięcy głów zabłysło zielonkawym, fosforyzującym światłem, wyrażającym szacunek i uwagę. Profesor mówił i emitował dalej, a jego słowa, myśli i obrazy falowały kolorowymi pasmami pod kopułą wielkiej Sali Najwyższej Rady. Wyświetlały się też na miliardach osobistych ekranów mieszkańców O-1, gdziekolwiek przebywali, nawet na statkach patrolujących najdalsze obszary Uniwersum.
Docierały również do umysłów, dla których nie były przeznaczone. W wielkiej kopule, na szczycie olbrzymiej wieży, która sięgała ponad atmosferę planety Zet, myśli Profesora O-y pojawiały się w formie krótkotrwałego błysku, który znikał w ciemnych głowach Czterech Brainmanów. Tytułowani przez podbite i skolonizowane planety Najwspanialszymi Żyjącymi Istotami, powoli wchłaniali kolorowy przekaz wykładu, przechwycony i transmitowany z pomocą szpiegowskiego patrolowca Zet.
Panowała śmiertelna cisza. Cztery czarne, połyskujące sylwetki tkwiły w milczeniu, jak kryształowe obeliski lub gigantyczne odwłoki owada. Olbrzymią powierzchnię w dole wypełniała szczelnie milionowa armia. Żaden z żołnierzy nie emitował światła, głowy i ciała mieszkańców Zet stanowiły nieprzeniknioną powierzchnię. Czarna, równo oddychająca masa, prawie niewidoczna w półmroku. Osobnicy, którzy na planecie Zet odważyli się ujawniać myśli lub emocje, byli poddawani transformacji w roboty. Roboty wysyłano pod powierzchnię planety, do eksploatacji energii śmiercionośnej plazmy.
Przebłyski indywidualnych myśli lub uczuć należały już do rzadkości. Świeżo urodzony osobnik Zet otrzymywał szczątkowy aparat myślowy, potrzebny do wykonywania zadań. Populacja Zet podzielona była na dwie części, miliard robotników i nieliczną kastę żołnierzy, pilotów Zet. Czterej Najwspanialsi byli jedynymi, którzy zachowali pełną, nieograniczoną władzę uwolnionego umysłu, Brainpower.
Brainmani nigdy nie przestawali czuwać. Ich mózgi przetwarzały biliony danych z Uniwersum, tworzyły plany i wydawały rozkazy. Czterej nie męczyli się, nie starzeli i nieustannie przedłużali swój byt. W uchwycie ich woli planeta Zet funkcjonowała jak olbrzymia, doskonała termitiera. Genetycznie nieprzydatnych selekcjonowano i przetwarzano na materiały wtórne. Miliard robotników Zet pracował w stanie zbiorowej hipnozy. W miarę ponoszonych strat Najwspanialsi budzili do stanu świadomości kolejne miliony osobników, wcielali ich do armii. Szkolenie pilotów trwało nieustannie, eskadry bojowych okrętów wciąż startowały na podbój Uniwersum. Piloci najczęściej kończyli żywot przyciągnięci grawitacją gwiazd lub w otchłani czarnej dziury. Rzadziej w potyczkach ze statkami innych cywilizacji, przewaga technologii Zet była miażdżąca. Jeśli wrócili cało, odbierano im świadomość i stawali się robotnikami. Brainmani nie ryzykowali, kontakty z innymi cywilizacjami mogły nasunąć niebezpieczne dla panujących myśli. Najwspanialsi eliminowali z mózgów pilotów lęk przed niebytem. Zet gardzili życiem własnym i wszystkich istot, nie czuli strachu, byli wojownikami idealnymi. Z taką armią planeta Zet opanowała prawie całe Uniwersum.
Gigantyczna kopuła Czterech Najwspanialszych mieniła się ciemnymi kolorami, czasem rozbłyskiwała czerwienią, jak od wewnętrznych eksplozji. Wola i geniusz Brainmanów pracowały intensywnie. Trwały przygotowania do następnej wyprawy Wielkiej Armii Zet. Tym razem w kierunku planety, skąd docierał przechwycony strumień informacji. Emitująca myśli wolnych istot O-1 była ostatnią przeszkodą dla pełnej władzy Czterech nad Uniwersum. Wojna trwała tysiąc cykli i mogła zakończyć się tylko poddaniem lub zniszczeniem jednej ze stron. Miejsce ukrycia O-1 właśnie zostało ujawnione przez patrolowce Zet. Gdyby Brainmani chcieli wyrazić zadowolenie, ich czarna kopuła rozświetliłaby się teraz jasnymi kolorami. Brainpower dawno jednak wyeliminował uczucia z nieograniczonych, potężnych umysłów Czterech Najwspanialszych.
- Jak wiecie drodzy kandydaci, pięć tysięcy cykli temu, na planecie Zet, Wielki Mistrz przełamał bariery ograniczające umysł - wibrował i emitował dalej Profesor O-y, nieświadomy, do jak niebezpiecznych odbiorców docierają jego myśli. - Zanim to się stało, używaliśmy piętnastu procent obszaru mózgu, podobnie jak A-180, Ziemianie. Uruchomienie całego mózgu było rezultatem oświecenia, którego doznał Wielki Mistrz. Po wielu cyklach studiów i poszukiwań, w nagłym błysku zjednoczenia czasu i przestrzeni dostrzegł i zrozumiał, że nic nie istnieje. Poza energią, która wypełnia całe Uniwersum, z doskonałą inteligencją tworząc nieskończoną ilość form życia i materii. Wielką iluzją jest więc nasze cierpiące 'ja'. Jesteśmy częścią Uniwersum, nie istnieją ograniczenia naszego umysłu.
Siła uwolnionego umysłu była ogromna, Wieki Mistrz nazwał ją Brainpower. Wiele cykli poświęcił na sztukę opanowania tego daru. Kiedy uznał, że jest gotów, podzielił się wiedzą z czterema najbliższymi uczniami, otworzył ich umysły. Potem opuścił swoją ukochaną, piękną planetę Zet, wyruszył w podróż po Uniwersum, w poszukiwaniu jeszcze większej doskonałości.
Zgodnie z zaleceniem Wielkiego Mistrza czterej Brainmani rozpoczęli edukację mieszkańców planety Zet. Zlikwidowane zostały bariery lęku, chorób i śmierci. Zniknęły konflikty zbrojne, opanowano zatrucie gruntu i atmosfery. Mieszkańcy planety Zet poczuli się szczęśliwi i spełnieni, całą energię skierowali na otwieranie i używanie swoich umysłów. Powstała zupełnie nowa istota, z ciałem i mózgiem zdolnymi panować nad czasem i przestrzenią, niezdolna do zła. Nastąpił błyskawiczny rozwój nauki i techniki. Tworzono plany wydobywania z niewiedzy innych cywilizacji. Wydawało się, że nic nie powstrzyma dobroczynnego wpływu Zet na całe Uniwersum.
Niestety, potęga rodzi pokusę władzy nad słabszymi istotami. Czterej Brainmani byli niecierpliwi, zmiany w umysłach mieszkańców Zet dokonywały się według nich za wolno. Narzucili swoją wolę całej planecie, zlikwidowali wolną myśl, potem wolność osobistą. Stworzyli potężną armię i ruszyli na podbój Uniwersum. Brainpower zapewnił im wielką przewagę nad innymi cywilizacjami. Bardzo szybko większość planet w tej galaktyce stała się koloniami Zet.
Czterej gardzili słabszymi, nieoświeconymi umysłami, mianowali się Najwspanialszymi Żyjącymi Istotami, kazali oddawać sobie boską cześć. Ich ambicją była władza nad całym Uniwersum. Miliardy mieszkańców Zet i skolonizowanych planet wtrącali w stan półuśpienia, tworząc bezmyślnych robotników i niezwyciężoną armię żołnierzy.
Kiedy Wielki Mistrz wrócił na planetę Zet, przeraził się ogromem zła i potęgą Brainmanów. Nie wypowiedział im wojny, oznaczałoby to zbyt wiele cierpień i unicestwionych bytów. Przepełniony smutkiem i poczuciem winy Wielki Mistrz opuścił swoją ukochaną planetę, zmienioną w fabrykę zagłady. Następne tysiąc cykli spędził na medytacji, unoszony w pustce Uniwersum. Miotany kosmicznymi wiatrami i mrożony w samotności mgławic doznał kolejnego oświecenia. Brainpower zmienił w Brainlight, w potęgę umysłu niezdolną do czynienia zła. Potem Wielki Mistrz znów wyruszył w drogę, w poszukiwaniu kolejnych cywilizacji. Niestety niewiele zostało wolnych planet. Inne zbyt prymitywne, aby przyjąć naukę o oświeceniu. Dwa tysiące cykli temu Wielki Mistrz dotarł wreszcie na naszą O-1.
Byliśmy już podbici, stawaliśmy się już kolonią Zet. Nie do końca pozbawiono nas jeszcze wolnej woli. Wielki Mistrz otworzył przed nami Brainlight, wyczyścił nasze umysły z poddaństwa. Odrzuciliśmy wolę Czterech Brainmanów. Nasze patrolowce wzbiły się w Uniwersum i stawiły czoła wojennym statkom Zet. Wyzwalane przez nas planety stworzyły Związek Wolnych. Zaczęła się długa wojna o wolność Uniwersum. Cała potęga Czterech zwróciła się przeciw nam. Musieliśmy przenieść naszą O-1 w ten niespokojny, ale dobrze ukryty rejon, z dala od ich galaktyki, po pokonaniu tunelu czasoprzestrzeni. Od tej pory wolna transmisja myśli skutecznie przeciwstawia się potędze Zet. Niestety nie bez ofiar, wiele planet zostało unicestwionych, znikły biliony istnień. Tysiące naszych patrolowców nigdy nie wróciło.
W audytorium zapadła chwila ciszy, dla wspomnienia wszystkich, którzy przepadli w otchłani Uniwersum, unicestwieni w walkach. Profesor emitował dalej.
- Wojna ciągnie się do dziś. Związek Wolnych nigdy nie był dość silny, aby pokonać flotyllę Zet. Nie potrafiliśmy też obronić Wielkiego Mistrza przed zemstą Brainmanów. Nie zdążył albo nie chciał przekazać nam wszystkich tajemnic. Nie nauczył nas, jak pozbyć się wstrętu do zabijania. To słabość Brainlight, która nie jest problemem dla osobników posługujących się Brainpower. Czterej Brainmani wydali na Wielkiego Mistrza wyrok, został podstępnie pochwycony. Nie odważyli się go unicestwić ani uwięzić na planecie Zet. Wybrali małą, odległą planetę. Nazywano ją A-180, jak pozostałe dwieście planet tego typu.
Pod sklepieniem audytorium pojawiła się wielka mapa Uniwersum. Przesuwały się mgławice, rozbłyskiwały eksplozje supernowych, czarne dziury wchłaniały galaktyki. Wreszcie pojawił się mały, świecący punkt, w pobliżu niewielkiej gwiazdy. Wibracje Profesora otoczyły ten rejon kolorową wstęgą.
- Oto jeden z dwustu układów A, prawie pusty 180, z jedną gwiazdą i tylko jedną zamieszkałą planetą. Planety typu A znajdują się we wczesnej fazie rozwoju i nie liczą się w zmaganiach Uniwersum. Mieszkańcy A-180 domyślają się istnienia innych cywilizacji, nadal jednak uważają się za centrum tak zwanego Świata. Pomimo to niszczą swoją Ziemię wojnami i prymitywnymi, trującymi technikami. Czterej Brainmani uznali, że A-180 są zbyt zacofani, aby zamienić ich planetę w kolonię. Do czasu aż okaże się to konieczne.
Trójwymiarowy obraz A-180 zbliżał się. Planeta stała się granatowa, można było rozróżnić kształty mórz i pięciu kontynentów. Fale jednego z oceanów rozstąpiły się, błękitna woda sczerniała, w miarę zbliżania się do dna. Myśli Profesora też pociemniały pod wpływem ponurej wizji.
- Odległa i odsunięta A-180 nadawała się na więzienie. Jak wiecie, Wielki Mistrz pierwszy zrezygnował z prymitywnej, krótkotrwałej formy ciała i przyjął postać ciekłego kryształu. Nasze krystaliczne ciała odporne są na urazy mechaniczne i zmiany temperatur. Pozwalają na komunikację całą powierzchnią, przechowują biliony informacji, łatwo pokonują czas i przestrzeń. Mamy jednak ograniczenia, nie wytrzymujemy temperatur powyżej tysiąca stopni. A w pobliżu zera absolutnego przestajemy funkcjonować. Nie giniemy, ale ulegamy hibernacji.
Czterej umieścili Wielkiego Mistrza w zamrożonym, wirującym bloku, o temperaturze bliskiej absolutnego zera. Ruch wirowy zakłóca fale jego umysłu, uniemożliwia telepatię, hibernacja ogranicza wolę. Blok osadzono na dnie oceanu, w najbardziej niedostępnym miejscu planety A-180. Cała energia Wielkiego Mistrza skupiła się na przetrwaniu. Jego Brainlight stał się prawie bezużyteczny. Tylko ktoś, kto zbliżyłby się na odległość spojrzenia, mógłby z nim nawiązać kontakt. Taki śmiałek zostałby jednak zlikwidowany przez roboty, które strzegą wirującego bloku. To wojownicy Zet poddani korekcie ciał i umysłów, zmienieni w maszyny do zabijania. Okręty wojenne Zet pojawiają się często na orbicie A-180, sprawdzają stan podwodnego więzienia Wielkiego Mistrza.
Sto tysięcy słuchaczy wstrzymało oddech. Pod sklepieniem hali pojawił się świetlisty, wirujący obelisk, z ukrytym Wielkim Mistrzem. Wokół obelisku powstawały potężne wiry i wyładowania magnetyczne. Od kilkuset ziemskich lat podnosiły temperaturę oceanu, wywoływały huragany i trzęsienia gruntu.
Profesor emitował dalej:
- Dlaczego Zet nie wybrali całkowicie odludnej planety? Myślimy, że planują kolonizację A-180 w przypadku odkrycia więzienia. Mieszkańcy planety mogą stać się armią Zet, przeciwdziałać próbom uwolnienia więźnia. Nasz Związek Wolnych Planet nigdy nie porzucił nadziei odnalezienia Wielkiego Mistrza. Wierzymy, że tylko on jest w stanie zakończyć wojnę w Uniwersum.
W chwili, kiedy odnaleźliśmy Jego więzienie, czas ruszył z miejsca. Zdecydować się miały losy naszej O-1 oraz wszystkich wolnych istnień. Tak to się zaczęło.
Fale kolorowych obrazów rozwiały się, ich miejsce zajął widok wielkiej metropolii. Ogromna przestrzeń pełna świateł, nad brzegiem ciemnego oceanu. Profesor otoczył obraz metropolii kolorami tęczy.
- Oto jedno z osiedli na A-180. Zatłoczona, zatruta i niebezpieczna metropolia, skupiająca miliony mieszkańców. Ziemianie nie próbują zmienić tej szkodliwej formy współżycia, są w bardzo wczesnej fazie rozwoju.
Obraz zbliżył się jeszcze bardziej. Pod kopułą pojawiła się duża owalna budowla. Była jaskrawo oświetlona, z zieloną przestrzenią pośrodku i wielkim tłumem na trybunach dookoła. Przestrzeń budowli wypełnił nagle potężny wrzask z kilkudziesięciu tysięcy gardeł. Kandydaci na pilotów przyglądali się ze zdumieniem, nie spotkali jeszcze podobnej formy zbiorowej ekstazy. Profesor ściszył trochę odtwarzanie dźwięku i wibrował dalej.
- Nie mamy jasności, czy ten spektakl nie jest obrządkiem religijnym. Ziemianie nazywają go footballem. Polega na walce dwóch drużyn o okrągły, podłużny przedmiot, tak zwaną piłkę. Piłkę należy odebrać przeciwnikom i przyłożyć, czyli umieścić na podłożu za końcem boiska. Mieszkańcy planety przychodzą w to miejsce tysiącami, cieszą się jak szaleńcy, kiedy jedna z drużyn przyłoży piłkę. Miliony oglądają spektakl w swoich domostwach, na ekranach przekaźników. Ziemianie uwielbiają zawodników, którzy odbierają piłkę przeciwnikom lub szybko z nią uciekają. Czczą ich jak bogów i obdzielają darami. Za słabo spenetrowaliśmy A-180, żeby zrozumieć cel tych dziwnych praktyk, nie wiemy, dlaczego uszczęśliwiają lub wpędzają w depresję miliony. Siła uczuć i reakcji wskazuje, że jest obrządek o ukrytym charakterze religijnym.