ROZDZIAŁ 1
WANGARI
(Phataginus tetradactyla)
BAHIA AZUL, PANAMA
Wangari, przedstawicielka afrykańskich łuskowców długoogonowych, wynurzyła się z dżungli i popatrzyła na ruiny.
- Jestem na miejscu - powiedziała do mikrofonu.
Znajdowała się daleko od stanowiących jej naturalne miejsce bytowania terenów, w wilgotnym i bujnym lesie równikowym w Ameryce Środkowej, pełnym egzotycznych przysmaków w rodzaju rozmaitych gatunków mrówek z rodzin Acromyrmex i Atta czy chrząszczy Ischnocodia annulus. Ruiny na skraju bagnistego terenu stanowiły pozostałość budowli wzniesionych tu niegdyś przez dawnych mieszkańców Panamy, a następnie unowocześnionych i zamienionych w warownię przez przybyszy z Europy. Ostatnio w tych starych murach mieściła się fabryka, w której farbowano tkaniny, a następnie szyto z nich ubrania.
Zapadał zmierzch, słońce wisiało nisko nad horyzontem, barwiąc na pomarańczowo wąskie pasma obłoków znad Morza Karaibskiego. Ostatni pracownicy fabryki przekraczali bramę w nadgryzionym zębem czasu murze otaczającym zakład, za którym zostawili tego ranka rowery i samochody.
- Lada moment zrobi się tu całkiem pusto.
- Przyjąłem. - Wan usłyszała w słuchawce spokojny głos orangutana Ariefa, który zawsze działał na nią kojąco na początku każdego zadania. - Czekamy w gotowości, żeby cię podjąć.
- Murdock, jesteś w tym momencie moimi oczami, jasne? Prowadź!
- Chwileczkę, jeszcze nie włamałem się do systemu z planem budynku. Dam ci znać, gdy tylko czegoś się dowiem, a na razie postępuj zgodnie z planem, odbiór.
Wan mruknęła z niezadowoleniem. Ale nawet jeśli Murdock będzie miał rozkład pomieszczeń na podorędziu, nadal powinna ufać przede wszystkim swojemu instynktowi. Ostatecznie Murdock był arktycznym narwalem, a więc kimś w rodzaju wieloryba. Wnętrza budynków znał właściwie jedynie z ekranu komputera.
Większość pracowników fabryki zdążyła już rozjechać się do domów, więc jeśli nie liczyć nigdy niemilknącej orkiestry złożonej z odgłosów wydawanych przez rozmaite owady i żaby, wokół panowała cisza.
- Pora się zbierać - mruknęła Wangari do siebie, a potem zaczęła się wspinać po zewnętrznej ścianie muru.
Wiekowa konstrukcja pełna była dziur i wgłębień, których Wan mogła się chwycić potężnymi pazurami, więc łuskowiec bez trudu pokonywał teraz kolejne metry ze zręcznością jaszczurki. Szczyt muru został zabezpieczony na całej długości drutem, ale Wan go wymacała i ostrożnie ominęła, po czym przykucnęła i popatrzyła na znajdujący się poniżej dziedziniec.
Fabryczne budynki miały po dwa lub trzy piętra i dorównywały wysokością drzewom w otaczającej je dżungli. Stanowiły połączenie starej i nowej architektury z oknami i balkonami na wyższych piętrach i murami oplecionymi pędami pnączy. Na rogach budynków umieszczono kamery, dachy usiane były reflektorami z czujnikami ruchu. Na dodatek po podwórku biegały swobodnie psy stróżujące, trzy potężne rottweilery, wciąż węszące w powietrzu i wśród trawy, by wytropić ewentualnych intruzów. Oprócz nich terenu fabryki pilnowali również strażnicy. Spokojni, ale czujni.
Na pierwszy rzut oka mogli wziąć Wan za przedstawiciela któregoś z miejscowych gatunków: ostronosa, kinkażu czy mrówkojada albo wręcz za zwykłego domowego kota. Jednak odróżniały ją od nich nie tylko jej ochronne łuski, lecz także kamizelka naszpikowana gadżetami szpiegowskimi. Na dodatek na głowie miała gładko przylegający noktowizor. Jeśli tylko wartownik będzie miał okazję przyjrzeć się jej dokładnie, cała akcja zakończy się fiaskiem.
W pewnym momencie psy pobiegły za róg budynku i zniknęły jej z oczu. Wan natychmiast zwinęła się w osłoniętą pancerzem łusek kulę, stoczyła między paprocie, a potem rozprostowała ponownie ciało i ruszyła czym prędzej w stronę najbliższego budynku. Przemierzała trawnik zakosami, a kiedy w pewnym momencie gdzieś w pobliżu rozległ się głośniejszy głos ludzki, natychmiast przypadła brzuchem do ziemi. Serce zabiło jej szybciej. Jeśli któryś z wartowników zauważy ją na otwartej przestrzeni, ich misja dobiegnie końca, zanim w ogóle na dobre się rozpocznie!
Wiatr porwał ludzkie słowa, mówiący człowiek musiał odwrócić się w drugą stronę. "Teraz!", przemknęło Wan przez głowę. Błyskawicznie wysunęła język i owinęła jego koniec wokół zdrewniałej łodygi pnącza porastającego fasadę budynku, a następnie ni to skoczyła, ni to podciągnęła się w stronę muru, po którym zaraz potem zaczęła się wspinać, nie odrywając przy tym oczu od firanki powiewającej w otwartych drzwiach balkonowych dwa piętra wyżej.
Potężny cień przemknął nad jej głową, więc podniosła wzrok w obawie, że to jakiś drapieżnik wybrał się na polowanie, jednak po niebie szybowała tylko wielka biała mewa.
Psy wróciły tymczasem truchtem na dziedziniec i znalazły się w zasięgu wzroku Wan, która przyspieszyła, mocniej wbijając potężne pazury w stary mur.
Daleko na ziemi psy zaczęły krążyć nerwowo u podstawy budynku, węsząc wśród traw, a potem jeden z nich zaszczekał akurat w momencie, gdy Wan dotarła do drzwi balkonowych i wśliznęła się do środka, zahaczając na moment kamizelką o parapet.
"Mało brakowało!" - pomyślała z ulgą. - "A teraz pora na zabawę".
Znajdowała się w pokoju, który jej zdaniem przypominał drogi hotelowy apartament oświetlony w tym momencie jedynie wpadającą przez okno poświatą. Najwyraźniej w tej części fabrycznych budynków mieściły się pokoje przeznaczone dla rozmaitych ważniaków z branży, sławnych projektantów mody i modelek, a pewnie także inwestorów z grubymi portfelami.
- Kici, kici, nie chowaj się - zawołała w ciemność.
Jednak cel jej misji znajdował się zapewne gdzieś w głębi rozciągającego się przed nią labiryntu.
Wangari podbiegła do drzwi apartamentu. Pusty korytarz pogrążony był w ciemnościach. Z obawy przed obecnością ukrytych kamer i laserowych czujników ruchu na podczerwień zsunęła na oczy noktowizor i jeszcze raz rozejrzała się we wszystkie strony. Nic nie wzbudziło jej niepokoju, ruszyła więc naprzód.
Zajrzała przez otwarte drzwi do kolejnego z pomieszczeń, gdzie na umieszczonych na ścianie monitorach wyświetlany był podgląd z kamer w różnych punktach całego kompleksu.
- Murdock, jestem w dyżurce ochrony - szepnęła do mikrofonu. Na biurku pod monitorami stał kubek z kawą na tyle ciepłą, że jeszcze unosiła się z niego para, ale krzesła były puste. - Na razie nikogo, ale ten stan długo nie potrwa.
- Świetna robota. Znajdź główny serwer i wepnij do niego pendrive, który ci dałem - polecił jej narwal podekscytowanym głosem.
Kiedy już dzisiejsze włamanie wyjdzie na jaw, ktoś na pewno przejrzy nagrania z kamer, więc ich plan od początku zakładał konieczność posprzątania twardego dysku - inaczej zdjęcia przedstawiające łuskowca wykonującego sztuczki akrobatyczne w specjalistycznej uprzęży raz-dwa trafiłyby do sieci.
Wan wśliznęła się do pomieszczenia i wcisnęła pendrive w odpowiedni port. Dzięki temu nie tylko włamali się na serwery, lecz mieli też dostęp do stosowanych w fabryce zabezpieczeń. Bez trudu mogli teraz zwędzić plany budynków, których także przecież szukali.
- Obszedłem firewalla i mam pełny dostęp do systemu! - oznajmił Murdock. - Możesz się stamtąd zabierać, Wan. Uważaj na czujniki laserowe... Nie mogę ich wyłączyć bez zainicjowania diagnostyki - przypomniał przyjaciółce. - A wtedy od razu uruchomi się alarm.
- Przyjęłam - odpowiedziała Wangari.
Dotarła do szerokich schodów prowadzących do holu na parterze i dzięki noktowizorowi od razu zauważyła sieć połyskujących zielenią laserowych linii przecinających każdy ze stopni. "Jak to obejść?", zmartwiła się z początku, szybko jednak znalazła rozwiązanie. Wskoczyła na poręcz i przywarła do niej brzuchem, po czym przeniosła ciężar ciała do przodu i pomknęła ślizgiem w dół krętej balustrady, wykorzystując długi ogon jako hamulec.
- Stój! - usłyszała w słuchawce głos Murdocka.
Czym prędzej zacisnęła ogon wokół poręczy i wyhamowała.
- Co znowu? - szepnęła.
- Na podglądzie widzę, że na dole natkniesz się zaraz na dwie przeszkody. Wyższa kadra menedżerska, jeśli można sądzić po ich eleganckich garniturkach.
- Dzięki - mruknęła Wan, po czym odetchnęła głęboko. Serce waliło jej jak młotem, kiedy niemal niepostrzeżenie pokonała na brzuchu kilka ostatnich metrów poręczy, byle tylko nie rzucać się ludziom w oczy. Kiedy dotarła do jej końca, ostrożnie zeskoczyła na chłodną posadzkę i prześlizgnęła się obok donicy z jakąś rośliną, by dostać się do kolejnego korytarza.
- Świetna robota - pochwalił ją Murdock. - Teraz jakieś dwadzieścia metrów prosto, a potem w lewo, do przeszklonego atrium między budynkami. Warto tam zajrzeć. Strażnicy regularnie patrolują teren, więc masz tylko jakieś czterdzieści pięć sekund, zanim znowu wyłonią się zza rogu.
Wan popędziła korytarzem przed siebie, jednak kiedy dotarła do atrium, okazało się, że jego drzwi są zamknięte na klucz, podczas gdy ona już słyszała odgłos kroków dobiegający zza rogu.
- Przydałaby się pomoc - mruknęła.
- Pracuję nad tym - zapewnił ją Murdock.
- Więc może pracuj odrobinę szybciej. - Wan obejrzała się przez ramię i dostrzegła nawet nogę ochroniarza wyłaniającego się właśnie zza rogu.
- Mam! - wrzasnął narwal prosto w jej ucho. Światełko zamka rozbłysło zielenią, a Wan prześlizgnęła się przez drzwi właściwie w ostatnim momencie.
Na pierwszy rzut oka atrium musiało być kiedyś po prostu przejściem między budynkami, jednak teraz zamykały je szklane ściany podtrzymujące wysoki przeszklony sufit. Niczym w jakiejś ogromnej szklarni powietrze wewnątrz było gorące i wilgotne, zupełnie jak w dżunglowym siedlisku Ariefa w Arce.
Wan przekradła się za jedną z rozlicznych donic z paprociami i rozejrzała wokół. Przez wysoki przeszklony sufit wpadało naturalne światło, o tej porze coraz słabsze, bo zaczynał zapadać zmierzch. Zresztą chwilę później zamrugały listwy ledowe ukryte między roślinami w donicach, zalewając to ogromne pomieszczenie niemal oślepiającym blaskiem. Wzdłuż ścian rozmieszczono kamery.
- Masz dostęp do kamer, Murdock? - zapytała Wan.
- Jasne, bez problemu zapętlę dziesięciominutowe nagranie, ochroniarze na razie daleko, więc możesz ruszać.
Wzdłuż obu dłuższych boków prostokątnej sali o kamiennej posadzce znajdowały się strome schody o potężnych stopniach, a Wan zrozumiała, że oto najwyraźniej znalazła się na kamiennym boisku do rytualnej gry w piłkę, wybudowanym przez mieszkańców tych okolic wiele stuleci temu.
Na drugim krańcu pomieszczenia znajdował się odgrodzony wybieg dla zwierząt, podobny do tych widywanych w zoo.
"No, wreszcie jakieś konkrety", pomyślała Wan na widok tego, po co tu przyszła.
Bradypus pygmaeus, leniwiec karłowaty.
Maluch znajdował się na wybiegu zupełnie sam, przytulony do pnia drzewa jakieś półtora metra nad ziemią. Ostatecznie taka już była natura tych istot. Zwierzątko miało z lekka spłaszczony pyszczek, zupełnie jak u mopsa, i ciemniejsze futerko wokół oczu, przez co wyglądało, jakby rozmazał mu się tusz do rzęs. Kudłate futro za sprawą pokrywających je alg stało się z lekka zielonkawe, jednak w przypadku tego gatunku nie było to nic niezwykłego czy świadczącego o chorobie.
Wan przypatrywała mu się przez chwilę z lekkim uśmiechem.
- Cel namierzony - rzuciła do mikrofonu.
ROZDZIAŁ 2
WANGARI
(Phataginus tetradactyla)
Wan pokręciła głową, po czym wyszła na środek kamiennego boiska.
Na wyspie Escudo de Veraguas, niewielkim karaibskim atolu jakieś osiemnaście kilometrów od wybrzeża, na którym znajdowały się fabryczne zabudowania, żyje na wolności około stu leniwców karłowatych. Zwierzęta te potrafią pływać, ale nie w taki sposób maluch znalazł się tak daleko od domu. Ten biedak został uprowadzony przez właścicieli fabryki.
Ani Wan, ani jej towarzysze nie znali powodów ich postępowania.
Kiedy jednak się dowiedzieli, że przedstawiciel tego krytycznie zagrożonego gatunku znalazł się w równie trudnym położeniu, uznali, że muszą działać - i to jak najszybciej. Jeśli ten kudłaty biedak za mocno przesiąknie zapachem ludzi, jego pobratymcy mogą nie przyjąć go z powrotem, a w przypadku tak ograniczonej populacji utrata nawet jednego osobnika z puli genowej mogła okazać się katastrofalna w skutkach.
Wan poczuła, że jej tylna łapa o coś się ociera. Zapomniała o ostrożności, zmierzając prosto do celu, więc teraz w ostatniej chwili się zatrzymała i popatrzyła w dół. O mały włos nie aktywowała pułapki w podłodze. Kilka metrów na lewo od niej leżał bez ruchu szczur i wpatrywał się w nią szeroko rozwartymi ślepiami, a z jego szyi wciąż wystawała strzałka z trucizną. Cała podłoga była usiana pułapkami! Wan z trudem przełknęła ślinę.
- Murdock, dlaczego mnie nie uprzedziłeś?
- Tych pułapek nie ma na planie. Prawdziwe pole minowe dla gryzoni! Włączają je po godzinach, to nie są żarty. Uważaj!
- Dzięki za radę - zakpiła Wan.
Teraz, kiedy już wiedziała, czego może się spodziewać, bez trudu wypatrzyła kolejne płyty posadzki z czujnikami nacisku. Ostrożnie ruszyła przed siebie i dotarła do wybiegu leniwca bez trącenia którejkolwiek z nich choćby pazurem.
Leniwiec powoli odwrócił głowę.
- Cześć, stary, przyszłam cię uwolnić - wyjaśniła Wan.
- Idę spać - odparł po chwili odrobinę mniejszy od niej zwierzak. - Już noc.
Używał prostych zwrotów i rozumiał Wan jedynie na takim poziomie, na jakim wszystkie zwierzęta rozumiały nawzajem swoją mowę.
- Mam lepszy pomysł. Może zejdziesz tu do mnie?
- Już? - Leniwiec ziewnął. - Dopiero przyszłaś.
Wan przewróciła oczami, potem jednak głęboko odetchnęła. Podobnie jak pozostali Zagrożeni była superinteligentna. To właśnie dzięki temu potrafiła rozumować i planować. Z kolei leniwiec był po prostu zwykłym ssakiem.
- W porządku, w takim razie ja wdrapię się do ciebie.
Z jednej strony wybieg był ograniczony kamiennym murem dawnego boiska, a jedyne wejście na jego otoczony siatką teren znajdowało się z boku i było zamknięte na kłódkę. Wan obmacała swoją kamizelkę, aby odszukać w niej cążki do cięcia drutu, po czym zbliżyła się z nimi do siatki, ale w ostatniej chwili zmieniła jednak zdanie. A jeśli ogrodzenie znajduje się pod napięciem?
Uważnie przyjrzała się słupkom, do których przymocowano siatkę. Nigdzie nie dostrzegła skrzynki mogącej skrywać zasilanie, żadnych izolatorów czy przewodów znikających w podłożu. Krzywiąc się z niepokojem, postukała metalowym czubkiem cążków w ogrodzenie, tak na wszelki wypadek.
Zero iskrzenia.
Wan wzruszyła ramionami, po czym używając obu przednich łap do obsługi cążków, zaczęła przecinać oczka siatki.
Nagle w powietrze wdarło się ogłuszające wycie alarmu, do którego chwilę później dołączyły światła stroboskopowych reflektorów.
- Na jelenie bobki - mruknęła Wan. - Powinnam była to przewidzieć!
- Co to? - wymamrotał leniwiec, ziewnąwszy po raz kolejny.
- Nie mam czasu na tłumaczenia - rzuciła Wan.
- Zawsze jest czas - orzekł leniwiec.
Wan przecięła jeszcze kilka ogniw, po czym przecisnęła się przez powstały w ten sposób otwór na teren wybiegu i błyskawicznie wspięła się do leniwca.
- Wskakuj mi na plecy. I mocno się trzymaj.
Leniwiec posłusznie wykonał jej polecenie. I jak na jego możliwości, zrobił to całkiem szybko, to znaczy wspiął się na grzbiet Wangari i chwycił zakrzywionymi pazurami za paski jej uprzęży.
Wan wyczuła tupot ludzkich stóp. Strażnicy zbliżali się korytarzem do strony atrium. Nie zamierzała dać się schwytać ani nawet zobaczyć, więc czym prędzej popędziła przez całą długość boiska, aby wrócić tą samą drogą, którą tu dotarła. Nie miała czasu na ostrożne unikanie ewentualnych pułapek. Ze ścian posypał się grad zatrutych strzałek, ale Wan okazała się od nich szybsza. Żadna strzałka jej nie trafiła, wszystkie przemykały za nią ze świstem, gdy pędziła przed siebie.
Wan dotarła do patio na skraju wewnętrznego dziedzińca akurat w momencie, gdy dwóch strażników wpadło do atrium północnym wejściem. W ostatniej chwili zdążyła ukryć się przed ich wzrokiem za ogromną kamienną płytą z wyrytymi na niej antycznymi piktogramami. Tymczasem do atrium wbiegło od południa kolejnych dwóch ochroniarzy. Jeden z nich pstryknął wyłącznikiem na ścianie, aby dezaktywować system zatrutych strzałek, a potem wszyscy czterej mężczyźni ruszyli przez kamienne boisko w kierunku wybiegu leniwca.
Jednocześnie podwójne stalowe drzwi pomiędzy atrium a korytarzem zaczęły się zamykać.
- O, nie, utkniemy tu na dobre! - jęknęła Wan. - Murdock, dasz radę to obejść?
- Już nad tym pracuję... Nie da rady, mogę je tylko odrobinę spowolnić.
Południowym korytarzem nadbiegli kolejni strażnicy, którzy również zaczęli przeszukiwać atrium.
- Biegiem! - wrzasnął Murdock.
Wan wypadła z kryjówki i pomknęła w kierunku zamykających się drzwi. Kiedy rzuciła się ślizgiem po lśniących płytach posadzki, leniwiec aż zapiszczał z radości.
Udało się! Co prawda leniwiec w pewnym momencie zwolnił uścisk pazurów i zsunął się z grzbietu Wangari, ale ta złapała go ogonem za ramię i szarpnięciem przeciągnęła na drugą stronę drzwi. Zdążyła w ostatniej chwili, jego tylne łapy minęły próg ułamki sekund przedtem, nim drzwi się zasunęły.
Zwierzak wpatrywał się w Wan szeroko rozwartymi ślepiami.
- Szybka jesteś.
- Jeszcze się nie ciesz, wciąż zagraża nam niebezpieczeństwo - oceniła Wan.
- Święta racja, siostro - wtrącił Murdock. - Strażnicy zmierzają w waszym kierunku z obu krańców korytarza. Wyłączam światła, to pozwoli nam zyskać trochę czasu. Dokładnie nad tobą znajduje się szyb wentylacyjny...
- Przyjęłam. - Wan natychmiast włączyła noktowizor i popatrzyła na wspomniany szyb, po omacku szukając w swojej uprzęży odpowiednich narzędzi.
W tym momencie drzwi w głębi korytarza się otworzyły i do środka wpadły dwa psy. Na ułamek sekundy oczy Wan o zielonkawym połysku spotkały się ze ślepiami rozwścieczonych rottweilerów.
Wan wyciągnęła wyrzutnię przyssawek z uprzęży i wystrzeliła pierwszą z nich w stronę sufitu, po czym pomknęła na lince ku górze, podczas gdy psy na próżno kłapały zębami w miejscu, które jeszcze chwilę temu zajmował łuskowiec.
Wan pchnęła barkiem jedną z płyt i razem z leniwcem znalazła się bezpieczna w szybie wentylacyjnym. Psy wciąż kręciły się na dole, warcząc i szczerząc kły. Stukot ich pazurów o posadzkę brzmiał w uszach Wan zupełnie jak uderzenia tasaków do mięsa.
- Pomarańczowy przywódco, słyszysz mnie?
- Słyszę - odezwał się natychmiast Arief. Wan poczuła ulgę na dźwięk jego głosu. - Jaki jest twój status?
- Krytycznie zagrożona - odburknęła Wan. - Właściwie to na granicy wyginięcia. Dlatego proszę o natychmiastową ewakuację.
- Wschodni dziedziniec przy głównym budynku jest najrozleglejszy, więc jeśli uda ci się tam dotrzeć, spuścimy drabinę, odbiór.
- Przyjęłam.
Leniwiec z powrotem ulokował się na jej plecach, po czym Wan pognała szybem wentylacyjnym przed siebie. Chwilę później dotarli do jego końca.
- Dokąd teraz?
- Musisz zeskoczyć do głównego holu - polecił jej Murdock. - Pospiesz się.
Wan opuściła najbliższą kratkę i za pomocą wyrzutni przyssawek spuściła się z otworu niczym pająk.
Kiedy jednak z leniwcem na grzbiecie skręciła za róg, do holu wpadły trzy rottweilery, szczerząc kły aż po różowe dziąsła i stukając pazurami w posadzkę.
Wan instynktownie skoczyła do najbliższych drzwi. Lampka w zamku zmieniła kolor z zielonego na czerwony, kiedy Murdock zdalnie zablokował zamek.
Wangari odetchnęła z ulgą.
- Patrz. To chyba leniwiec? - odezwał się leniwiec na jej grzbiecie, wskazując długim pazurem ścianę przed nimi.
Na tablicy informacyjnej wisiało zaproszenie na imprezę, ozdobione zdjęciem leniwca o trzech palcach. Wan zwróciła uwagę na nagłówek:
BAL MASKOWY!
ŚWIĘTUJ RAZEM Z NAMI SPRZEDAŻ NOWEJ LINII OUTDOOROWYCH UBRAŃ DLA DZIECI PRODUKCJI SCENIC TRAILS.
ZABAWĘ POPROWADZI BRI-LEN!
- To chyba ty - orzekła Wan. Pod zdjęciem leniwca znajdowała się jeszcze informacja:
ZRÓB SOBIE ZDJĘCIE Z WYJĄTKOWO RZADKIM, UROCZYM LENIWCEM KARŁOWATYM. DOCHÓD PRZEZNACZYMY NA WSPARCIE WALKI O ZACHOWANIE GATUNKU.
Wangari aż prychnęła ze złości.
- Jasne, walka o zachowanie gatunku, całujcie mnie w mój łuskowaty tyłek. - Przy tych słowach zerwała plakat z tablicy, złożyła na pół i wetknęła do jednej z kieszeni, żeby później obejrzeć go uważnie. - Wystarczy zostawić te zwierzęta w spokoju na ich wyspie, a na pewno same sobie poradzą.
- Co mówiłaś? Nie dosłyszałam - odezwała się w słuchawce niedźwiedzica polarna Nukilik.
Wan całkiem zapomniała, że ma włączony mikrofon.
- Nic takiego, później wyjaśnię - rzuciła, po czym zwróciła się do leniwca. - Zmykamy dalej, te psy zaraz wrócą.
- A to nie wszystko, strażnicy z atrium biegną już całą chmarą w waszym kierunku - wtrącił Murdock. - Najbliższy punkt podjęcia znajduje się na zachód od was. Biegnij tym korytarzem, potem skręć w lewo, leć przez halę fabryczną wschodnim korytarzem aż do okna, i voila, jesteś wolna.
- Odbieram u siebie na ekranie przekaz z twojej kamery - dodała Nukilik. - Będziemy krążyć w pobliżu, dopóki nie dotrzesz do wyjścia. Lecimy, przewidywany czas przybycia: dwie minuty.
W tle Wan słyszała warkot silników Czerwonego Ogona, samolotu należącego do Bractwa Zagrożonych, wyposażonego w wirniki do zmiany pozycji na końcach skrzydeł, dzięki którym maszyna przemieszczała się jak samolot, ale była w stanie startować i lądować pionowo jak helikopter.
Wangari ruszyła biegiem, najpierw korytarzem, a stamtąd do hali produkcyjnej, chociaż żywy ładunek na plecach ograniczał jej ruchy. Kilka maszyn nadal pracowało na pełnych obrotach, czuwała nad nimi kobieta w słuchawkach wygłuszających hałasy, wpatrująca się w rząd szpul, z których nici trafiały prosto do jednego z mierzących dobre dziesięć metrów krosien, gdzie powstawały z nich płaty kolorowej tkaniny. Szczęk i zgrzyt metalowych części urządzenia były wręcz ogłuszające.
- Jakieś pomysły?
- Wyjście numer pięć - poinstruował ją Murdock.
Wan odnalazła ogromną maszynę oznaczoną czarną piątką, a następnie wypadła przez znajdujące się obok drzwi.
Kolejny korytarz okazał się równie długi, jak ten poprzedni, a na jego końcu znajdowało się zamknięte teraz okno, za którym dawno zapadł już zmrok.
Usłyszała szczekanie psa, które zagłuszyło huk maszyny za jej plecami.
Nawet się nie obejrzała, tylko na czterech łapach pobiegła w kierunku okna, gdzie wskoczyła na wąski parapet. Co prawda zasuwka okna była obluzowana, ale samo skrzydło ważyło zbyt dużo, by Wan zdołała je unieść w pojedynkę.
Psy były coraz bliżej, w biegu oblizywały już pyski.
Wan wyjęła z kamizelki ostrze do cięcia szkła, przyjrzała mu się uważnie, a potem po prostu rozbiła nim szybę.
- Chwileczkę, Wan! Nie rób... - Ostrzeżenie Murdocka przyszło zbyt późno.
Powietrze rozdarł ryk kolejnego alarmu, rozbłysły też reflektory oświetlające teren na zewnątrz.
- Sama widzisz... - westchnął Murdock.
Psy zawarczały triumfalnie, zbliżając się do swojej zapędzonej w kozi róg ofiary.
- Czas mi się kończy. - Wan popędziła narwala i wychyliła się prosto w mrok, w ostatniej chwili jednak się zawahała. Ziemia poniżej wyglądała na naprawdę kamienistą, Wan nie brała więc nawet pod uwagę skoku z okna, zwłaszcza z zagrożonym wyginięciem pasażerem na plecach.
A potem przed jej oczami zadyndała sznurowa drabinka. Wangari aż się uśmiechnęła.
- Jesteśmy na miejscu - usłyszała upragnione słowa Ariefa.
- Trzymaj się mocno - poleciła uczepionemu jej grzbietu leniwcowi. W tej samej chwili jeden z psów skoczył w ich stronę z szeroko rozwartą paszczą.
- Zawsze tak robię.
Rottweiler doskoczył do okna i kłapnął zębami w powietrzu.
- Za wolno, bratku! - zadrwiła Wan, która zdążyła już poszybować w kierunku sznurowej drabinki i chwycić za najniższy szczebel.
Razem z leniwcem natychmiast pofrunęli w górę niczym koślawe jojo na końcu gumki. Wznosili się gwałtownie, bo Czerwony Ogon poderwał się i skręcił ostro w kierunku oceanu, jednak Wan i jej pasażer wciąż nie rozluźniali chwytu pazurów.
- Właśnie, za wolno! - orzekł maleńki leniwiec i wydał z siebie pisk, a potem krzyknął jeszcze radośnie, łapiąc podmuchy słonawego wiatru w pyszczek. - Szybciej! Szybciej!