Bractwo Wielkiej Żaby - Edgar Wallace

Kup ebooka

49.99 zł
42.99 zł (32,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP

Jest rzeczą zajmującą dla wszystkich studiujących psychologię, że zanim zamożny, lecz z drugiej strony zgoła niepozorny James G. Bliss stał się przedmiotem ich zainteresowania, działalność i rozwój organizacji Żab były prawie zupełnie nieznane. W wielu pismach krajowych ukazały się enigmatyczne wzmianki o bezprawnym charakterze tego stowarzyszenia; pewien niedzielny dziennik dał nawet wesoły artykuł, zatytułowany:

Związek Włóczęgów obiera żabę jako godło swego tajemniczego zakonu.

i podał w humorystycznej formie wyciąg z ich regulaminu i rytuału. Wszędzie słyszało się pytania:

- Czy słyszał pan już o tym nowym związku włóczęgów?

Ukazał się także bardziej poważny artykuł wstępny, traktujący o rozwoju życia związkowego, w którym także została wspomniana organizacja Żab; i aczkolwiek od czasu do czasu pojawiały się wiadomości o tajemniczych przestępstwach, które przypisywano Żabom, to jednak większość obywateli patrzyła na to stowarzyszenie, zakon, czy coś w tym rodzaju, jako na coś zgoła dobroczynnego w swych zamierzeniach i z konieczności ekscentrycznego w swej organizacji, i wychodząc z tego założenia, odnosiła się do niego z pełną wyrozumiałości tolerancją.

Podobnie jak niewiele interesują się ludzie wybuchem groźnej epidemii w odległym kraju, która ich mało dotyczy, a pewnego ranka budzą się nagle w obliczu straszliwej zarazy, pukającej już do ich drzwi - podobnie opinia publiczna została nagle zaalarmowana wyłaniającą się niespodzianie z mgły okropną zjawą.

James G. Bliss handlował stalą i był człowiekiem bardzo znanym na giełdzie. Dzięki szeregowi udanych transakcji handlowych firmie Bliss General Hardware Corporation udało się zdobyć duży majątek. Sam właściciel, osoba wyjątkowo przedsiębiorcza, posiadał ów przywilej, który daje człowiekowi przeciętność, połączona z pewną szczodrobliwością, mianowicie, właściwie nie posiadał wrogów i od czasu, gdy hojność stała się jedną z jego zasad handlowych, nie można było o nim powiedzieć nawet tego, co często mówi się o ludziach biznesu, że największym jego wrogiem był on sam. Posiadał i posiada dotychczas większość akcji B. G. H. Corporation - co jest tym bardziej godne uwagi, że pan Bliss zwykł od czasu do czasu osobiście manipulować ich ceną.

W tym samym momencie, gdy drobna zwyżka giełdowa podniosła ceny akcji Bliss Hardware jednym skokiem z 12,50 na 23,75 punktu, przytrafiło się owo zdumiewające wydarzenie, które zwróciło oczy wszystkich na Bractwo Żab.

Pan Bliss był właścicielem posiadłości ziemskiej w Long Beach w Hampshire. Nazywała się ona "Chatą", ale była to chata tego rodzaju, jaką mógłby zbudować król Salomon dla królowej Saby, gdyby ten wybitny mąż był dostatecznie obeznany ze współczesnym budownictwem, najnowszymi metodami ogrzewania, oświetlenia i wymaganiami dzisiejszych szoferów. Pod tymi względami pan Bliss okazał się bystrzejszy od Salomona.

Po pracowitym dniu wrócił do swej podmiejskiej posiadłości i przechadzał się po ogrodzie w orzeźwiającym powietrzu wieczora. Był (i jest) żonaty, ale jego żona i dwie córki spędzały właśnie wiosnę w Paryżu - co było o tyle uzasadnione, że wiosna jest jedyną porą roku, gdy Paryż może mieć jakiekolwiek pretensje do miana pięknego miasta.

Wracał właśnie ze stajni i szedł przez park w stronę zarośli otaczających jego posiadłość.

Usłyszawszy jego krzyk, stajenny i parobek pobiegli w stronę lasku i znaleźli nieprzytomnego Blissa na ziemi; jego twarz i ramiona zalane były krwią. Został uderzony jakimś ciężkim przedmiotem: doznał lekkiego pęknięcia kości ciemieniowej, a skóra na głowie była w wielu miejscach przecięta.

Przez trzy tygodnie trwał ten nieszczęsny człowiek zawieszony między życiem a śmiercią, prawie ciągle nieprzytomny; nawet w rzadkich chwilach, gdy odzyskiwał świadomość, nie był w stanie rzucić jakiegokolwiek światła na dokonany na nim zamach lub złożyć w tej sprawie jakiekolwiek zrozumiałe zeznania, z wyjątkiem urywanych słów: "Żaba... żaba... lewa ręka... żaba".

Było to pierwsze z wielu podobnych przestępstw, pozornie bezsensownych i noszących raczej cechy wybryków, w żadnym wypadku niezwiązanych z rabunkiem i zawsze (z wyjątkiem jednego razu) popełnianych na ludziach zajmujących w hierarchii społecznej nie bardzo wysokie stanowiska.

Żaby stały się natychmiast przedmiotem powszechnego zainteresowania. Okazało się, że epidemia jest już rozpowszechniona, a ludzie, którzy niespecjalnie się tym przejmując, czytywali o pierwszych ofiarach, wtedy jeszcze nielicznych, zaczęli zamykać drzwi na wszystkie spusty, a wychodząc wieczorem, nosić przy sobie broń.

I mądrze robili, gdyż tkwiła w tej organizacji wielka siła, która zrodziła się z lęku i dojrzała w ciemności (ku zdumieniu swego twórcy), rządzona żelazną dłonią.

W centrum organizacji, za licznymi szańcami, siedziała Wielka Żaba, opita władzą, bezlitosna, straszliwa. Jeden człowiek, prowadzący dwa żywoty i używający obydwóch, a przez cały czas smagany lękiem, który tchnął w niego Saul Morris. Zdarzyło się to pewnej mglistej nocy w Londynie, gdy ponure ulice pełne były uzbrojonych policjantów poszukujących człowieka, który między portem Southampton a Cherbourgiem sprzątnął ze skarbca Mantanii trzy miliony funtów szterlingów.