Chociaż w owych czasach osady po krajach zdala od siebie rozsypane
były i wielkie je dzieliły przestrzenie - głośny wypadek z Jaksami,
z ust do ust podawany rozszedł się zaraz daleko, na wsze
strony.
Być może iż przyjaźny obwinionym, stary Drogosz, który ich
pragnął ocalić, umyślnie powoli z niemi ciągnął, po drodze
rozgłaszając co się stało - aby tym sposobem rodzinę obudzić i w
pomoc ją powołać.
Byli téż, jakeśmy mówili, młodzi Jaksowie, mimo buty swéj i
szaleństw lubionemi powszechnie - znano ich wady, a ceniono
przymioty, któremi je okupywali. Głowy były zapalone, serca dobre,
nierozwaga wielka, płochość bez miary, żal téż i skrucha serdeczne.
Na dworze pańskim i w wojsku Bolesława, mało było rycerstwa
tak powszechnie umiłowanego, jak Jurga i Andruszka. Nikt ich nie
wyprzedził, gdzie karku trzeba było nastawić, w niebezpieczeństwo
się rzucić, za przyjaciela ująć, majątkiem lub krwią płacić.
Ilu towarzyszów wykupili z niewoli, ran odnieśli broniąc ich
i zastawiając się za nich - niktby nie zliczył. Część znaczniejsza
mienia poszła tak nieopatrznie dla miłości ludzi.
Nie odjechał nikt od ich progu daremnie, jeśli to, czego
żądał, spełnić mogli.
Oba społem, we dwu nie mieli lat pięćdziesięciu, młodzi,
silni, zdrowi, piękni - nie dawno jeszcze wiele obiecywali po sobie
- król na nich rachował - teraz, wszystko to, jedna chwila szalona
w niwecz obróciła.
Żal téż był powszechny; przeklinano kupca nieszczęsnego,
który miał dwu tak dzielnym rycerzom życie kosztować. Wszyscy ich
niemal uniewinniali, przypisując napaść tę młodzieńczemu
szaleństwu, a śmierć przypadkowi. Inni, wiedząc o przewrotnym
szwabie, który wisiał przy nich, winę całą składali na niego i w
tém się nie mylili, że jego poduszczeniu sprawę przypisywali. Nikt
jednak, posłyszawszy jak się rzecz miała, dowiedziawszy się o
królewskim gniewie, nie wątpił, iż Bolesław karę domierzy okrutną.
Im wyżéj w łaskach jego stali dwaj rycerze, tém się nawet sroższéj
sprawiedliwości spodziewać było można.
Po drodze zbiegano się przypatrywać dwóm jadącym w tém
otoczeniu Jaksom, jakby winowajcom wiedzionym na stracenie - czując
już, że ich śmierć nie minie.
Drogosz wszystko czynił co mógł, aby podróż jak najdłużéj
trwała.
Tym czasem stało się téż, czego nikt się nie spodział, że
uchodzącego z zapłakaną i lamentującą greczynką Gwidona, który za
granicę przekraść się spieszył z łupem swoim, pojmali ludzie
królewscy przypadkiem i do Poznania go odstawili...
Temu, niżeli Jaksowie przybyli, król po krótkiém badaniu,
zaraz łeb ściąć kazał, niewolnicę oddawszy do dworu królowéj. Szwab
badany broniąc siebie, winę składał na Jaksów, i w ten sposób
jeszcze ich więcéj obciążył, a króla rozsierdził.
Na drodze już, od przejezdnych komorników pańskich,
dowiedział się Drogosz, iż Gwidon życiem przypłacił.
Z Jaksowych borów zaufany sługa stary, w chwili, gdy Jurgę i
Andruszkę brano, oklep na konia skoczywszy, poleciał o mil
kilkanaście do stryja, który mieszkał na gródku swoim w
Niemierzyszczach. Człek to był lat już bardzo podeszłych, za
którego teraz dwu synów na wojnę stawało, bo on już dawno pocztu
prowadzić nie mógł.
Swojego czasu zawołany dowódzca, bił się, gdzie tylko
zabrzęczały miecze - bywał nie jeden raz na Czechach i w Pradze,
chodził na lutyków i pomorców, na prusaków, na ruś, na węgrów i
niemców.
Kilka razy pokłuty i porąbany, na pobojowisku został za
umarłego - bywał w niewoli u słowian, znał i niemiecką.
Zawsze mu jakoś szczęście służyło iż, przycierpiawszy,
wyrwał się na swobodę i życie. Teraz rany się stare otwierały, o
kiju chodzić musiał, włosy i brodę zapuścił długie, a całą pociechą
jego było, choć chrześcianinem został, starych słuchać pieśni. Te
mu niewiasty i dziadowie wędrowni, których ugaszczał i bronił -
musieli niemal po całych dniach i wieczorach nucić.
Ustawało to tylko, gdy duchowny jaki do dworu przybywał. Na
starego Jurka nieraz donoszono kapłanom, że w nim ta miłość dawnéj
pogańszczyzny została, a że naówczas tępienie wszelkich pamiątek,
do których coś ze staréj wiary przylgnąć mogło - było kapłanów
obowiązkiem - zjeżdżali oni często do Niemierzyszcz, aby Jaksę w
wierze umacniać... a precz odganiać zwyczaje, które zachował po
kryjomu, tak jak nieboszczyk brat jego, ojciec dwu braci.
Naówczas stary przyjmował duchownych ze czcią wielką, jaka
im należała, milkły na czas pieśni, wynosili się do lasów
dziadowie. Janko stawał się z księżmi pobożnym, chociaż, byle oni
za wrota, wszystko znów do starego porządku wracało. Nie było na to
sposobu.
W przekonaniu Jaksy to co było, mogło się jakoś pogodzić z
tém, co nastawało, rad był przynajmniéj oboje połączyć, bo mu
przeszłości dusznie żal było. Pobłażał téż pocichu tym, co z nią
trzymali, przez szpary patrzał, gdy po lasach, na uroczyskach ciała
palono i tryzny odprawiano, gdy na Kupałę gromady ognie rozkładały
i "stadem" chodziły szalejąc.
Dziady i gęślarze byli i jego najmilszymi gośćmi, a że o tém
wiedzieli, z całego świata się tu wlekli i siadywali długo, bo pod
jego dachem byli bezpieczni. Nieraz, gdy mu pieśni dawne nucono,
Jaksa się spłakał, łzy otarł pocichu i westchnął i klął piorunem,
ale tego nie słyszał nikt, jeno jego dziadowie. Mimo to nowéj wiary
obowiązki spełniał ściśle, posty zachowywał, do kościoła jeździł
póki mógł, a synów do pobożności nakłaniał.
Dla dzieci postaremu był surowym. Matki już one dawno nie
miały. Czeszka Drahomira, jedyna żona Janka, zmarła mu jakoś
wprędce po przyjściu na świat synów, a potém się już nie żenił.
Synowie Janka stryjecznych prawie rówieśnikami byli, i jak oni
ludzie rycerscy a wojenni. Starszy Miklasz i o trzy lata za nim
będący Oleksa chodzili z pocztami na wyprawy, a czasu pokoju u ojca
pierwszymi tylko sługami być musieli. Kochał ich, ale im nie
folgował.
Albo ludzi do wojny sposobić, lub konie młode objeżdżać,
albo osadników i wioski nowe opatrywać codzień ich posyłał stary,
spoczywać nie dając.
Obu im już od roku żon szukał, aby, póki pokój trwał, mogli
sobie gniazda założyć i nową rozpocząć rodzinę, lecz niełatwym był
w wyborze. Naprzód nie dowierzał niewiastom, wiele wymagał od nich,
potém rad szukał krwi i plemienia dobrego. Sam bowiem kneziem się
mieniąc, bo z podań to wiedzieli, że niegdyś Jaksowie u serbów
panowali, ladajakiéj niewiastki do domu wprowadzać nie chciał. A że
mu z żoną czeszką dosyć dobrze było na świecie, dla synów téż się
za dziewkami ztamtąd oglądał, niemniejszemi wszakże jak Sławniki i
Wrszowice. Dumnym był wielce i mało komu kroku ustąpił.
Dlatego téż może, gdy się różni nowi naprzód powysuwali
rycerze, na dworze, w łaskach i dostojeństwach zaczynając
przodować, on się powoli od dworu uchylać jął i w końcu został w
ukryciu, wiekiem się składając. Na gródku swym tak panował
samowładnie, jak król w Poznaniu.
Gródek ten w Niemierzyszczach, u ścieku dwóch rzeczułek na
pagórku wystawiony, stary był, nie wyglądał pokaźnie, lecz obronić
się mógł i nie jednemu już oparł się napadowi. Zajmował przestrzeń
dosyć obszerną, objętą wysoko wysypanemi wałami i ostrokołami, bo w
razie najścia cała ludność z podzamcza mieścić się w nim musiała.
Dwór téż był liczny, ludzi orężnych, szczególniéj konnych,
pancerników, zawsze około dwóchset stało pogotowiu. Oprócz dworca
starego, jeszcze wedle dawnego obyczaju z drzewa wystawionego,
mnogie szopy, obory, stajnie, spichlerze, czeladnie dokoła były
ustawione.
Stary Jaksa w wielkiéj izbie swéj, latem i zimą przy ogniu
siadywał; nie wygasał on nigdy prawie w ogromnym kominie.
Tu to na ławach, często po kilku na raz, u drzwi zabierali
miejsca dziady, ślepce i gęślarze. Maleńkie okna niewiele światła
wpuszczały. Janko albo przed ogniem na stołku siadywał, lub téż się
układał na skórach, które w kącie leżały.
Gromada psów zawsze go otaczała, bo jak dawniéj myśliwym był
wielkim, tak teraz choć patrzyć na nie lubił, że mu łowy
przypominały.
Niegdyś on, nawet na wojnę idąc, po parze psów bierał z sobą
i mówiono, że mu jeden z nich życie uratował, gdy na niemca, który
już Jaksę z konia obalonego dusił, padłszy tak go gryźć począł, iż
panu się dał dźwignąć i obronić.
Gdy z Jaksowych borów przypadł tu ów sługa stary z
wiadomością o losie Jurgi i Andruszki, na podwórku znalazł
Miklasza, i zaraz mu tu, jak stał, ręce załamując, wszystko
wyśpiewał.
Między dwoma Jaksów dworami nie było już zdawna żadnego
stosunku, z rozkazania Janka, który synowców znać nie chciał i
mówić sobie o nich nie dawał.
Chociaż zakaz ten trwał zawsze, Miklasz się wszakże nie
wahał, posłańcowi poleciwszy stać i czekać na podsieniu, sam zaraz
iść do ojca.
W izbie na ten raz żadnego dziada nie było, stary sam jeden
ręce zwiesiwszy u ognia siedział a dumał.
Ledwie stąpiwszy na próg, syn zaraz odezwał się, jako to
było w obyczaju, że ze złą wieścią przybywa.
- Nie trzymajże mi jéj jako miecza nad karkiem, a mów... -
zawołał stary.
Dusza to była hartowna, co się lada czego nie ulękła.
- Z Jaksowych borów sługa przybiegł - rzekł Miklasz - tam
się nieszczęście stało. Jurga z Andruszką napadli na gościńcu kupca
greka, który dla króla z Kijowa wiózł kupią... powaśnili się z nim,
zabili i odarli. Król po nich przysłał i kazał ich na sąd swój
stawić w Poznaniu.
Janko wysłuchawszy syna, głową tylko potrząsł, długo mu
słowa brakło.
- Jeśli tak jest - odparł w końcu cicho - jeśli prawda, a
król się nie zmiłuje nad nimi, dać będą musieli szyję. Na Jaksów
cały ród padnie hańba i sromota niezmazana...
Załamał dłonie stary.
- Co czynić... - mruczał - co czynić?.. o miłosierdzie
prosić dla łotrów, czy za cudzą winę hańbę ponosić?.. A zdaż się u
Bolesława błaganie? a pomogą u niego łzy i prośby?..
Zamyślony długo w ziemię patrzał, potém skinął, aby mu sługę
starego przywołano.
Ten gdy wszedł i rzuciwszy się na ziemię czołem bił, bo
człek był niewolny, z płaczem potém szeroko jął opowiadać, jak się
to stało.
Tém lepiéj mógł opisać wszystko, bo choć niemłody, ale
krzepki i sprawny, należał do tych co z Jaksami u mostu byli, kryć
się z niczém nie widział teraz potrzeby.
Dowiedział się więc Jaksa, jak się to nieszczęście stało,
kto był jego pierwszą przyczyną. Puściły mu się łzy milczące,
odprawę dał człowiekowi ręką i siedział w myślach zatopiony jak
martwy.
Syn stał czekając na rozkazy, ale ojciec ani się zwracał ku
niemu, jakby zapomniał o nim. Potém, do siebie sam niby, począł
mówić z bolu się zachodząc.
- Niechaj giną łotrowie... niech przepadają marnie!.. niech
kąkol idzie na ogień, aby czyste ziarno zostało. Mamyż się my
czyści za pomazanych ujmować?.. E! Andruszko! bracie mój miły, nie
ich mi żal, ale ciebie, jeżeli ty z tamtego świata patrzysz na
niegodne ciebie potomstwo...
Miklasz, choć się nigdy nie śmiał ojcu w niczém przeciwić,
radby był za stryjecznemi przemówić słowo... a no... westchnął
tylko. Zwrócił się Janko z brwią nawisłą ku niemu, jakby pytał a
chciał słuchać.
- Rodzica dawno stracili, w złe ręce popadli... - począł
cicho Miklasz.
- A krew to Jaksów bujna, co niełatwo ostyga... - przyrzucił
Janko głowę skłaniając. Uderzył w dłonie i załamał je.
- Król, jeśli nie im, to nam i rodzinie się umiłować
powinien... - rzekł. - Nie im życie, ale nam weźmie sławę poczciwą.
I wstał nagle z siedzenia, choć się pod nim nogi trzęsły,
chwyciwszy się za stołek, aby się na nich utrzymać. Z pod siwych
brwi nawisłych oczy mu połyskiwały.
- Jeżeli jeszcze czas... jeżeli czas miłosierdzia prosić -
zawołał - nie dla nich, ale dla was, dla mnie, dla tych co pomarli
i co żyć będą po nas... Jam stary i nie duż, ale mi trzeba... ale
muszę!.. Miklasz, ty pojedziesz ze mną... konia siodłać każ...
Stary już od lat kilku z ciężkością chodził o kiju, konia
nie do siadał dawno, rozkaz synowi zdał się tak dziwnym, iż się
uląkł.
- Ojcze miłościwy - rzekł z pokorą - ale jakże wam i
pomyśleć o koniu... jak o podróży? Mroźny czas, a wyście słabi...
- Na saniach leżeć nie mogę - począł Jaksa stołkiem bijąc o
ziemię - nie nawykłem... to babska i chłopska rzecz... jam
żołnierz... Starego mi mojego osiodłać. Kożuch wezmę, jechać muszę.
Napróżno się syn ofiarował z bratem jechać do króla; uparł
się stary Janko i słuchać nie chciał.
Nie było z nim co rozprawiać, gdy raz wydał rozkaz a rzekł
swoje. Więc na całym dworze poruszyło się wszystko na tę
niesłychaną nowinę, że pan jedzie do króla. Przestrach ogarnął
ludzi, bo jakże to coś groźnego być musiało, gdy tego starca,
złamanego niemocą, dźwignęło w taką porę na nogi?
W milczeniu posępném wnet się zaczęto przysposabiać do
drogi. Stary nie mówiąc już nic, dawał znaki. Naostatek gdy o koniu
oznajmiono, że stał pogotowiu, dwu ludzi go doń prowadziło. Trzeba
było starego podnieść na ramionach, aby go posadzić na grzbiet
wierzchowca, lecz gdy się raz znalazł na nim, już się nie zachwiał.
Przeprowadzony przez cały dwór, z garścią ludzi i synem
wyruszył Jaksa do króla.
- Padnę mu do nóg - rzekł do syna - prosić go będę... a nie
ubłagam, wyniosę się z téj ziemi, nie chcę jéj znać... aby nam
sromu nie wytykano. Do serbów pójdziem albo do czechów.
Jakby gorączka jakaś owładnęła starym Jaksą, bo choć go
podtrzymywać było potrzeba i widocznie słabł ze znużenia, ledwie
koniom dając wypoczynku, pospieszał nie tracąc chwili.
Znał on porywczość króla, który co raz postanowił, nigdy z
wykonaniem nie zwlekał. Słowo u niego czynem było. Więc, choć czasu
się zdało dosyć, nimby sprawa rozsądzoną została, niecierpliwy
spieszył a pędził. Czuł téż może, ażali mu życia stanie na
dokonanie co postanowił.
Drugiego dnia już mu tchu braknąć zaczynało, bo i wiatr był
ostry a zimnem smagający, i drogi ciężkie, pozawiewane, a koń stary
często na nogi szwankował.
Na noc, nie dając się powstrzymać dla spoczynku, gdy konie
zjadły, sadzić się kazał na wierzchowca i ciągnął daléj, lecz nad
ranem siły coraz wątlejące, nie starczyły już. Musiano go przy
pierwszéj chacie nad drogą znieść z siodła na ręku i w izbie
położyć, aby się pokrzepił. Stary płakał niemal, że daléj jechać
nie mógł, lecz padał z konia, choć go syn i ludzie trzymali.
Chałupa nędzna była i uboga, więc go, w pośrodku dlań
usławszy łoże, przy ognisku położono.
Tu zaledwie ległszy, poczuł sam zaraz, że mu ostatnia
nadeszła godzina. Chciał się orzeźwić jakimś napojem, dano mu wodę
i wino, które syn zabrał z sobą, ale już to nie pomogło.
Życie, którego niewiele w nim było, nagle się wyczerpało,
gasnął w oczach... powieki mu zapadały jak do snu. Syn przy nim
przykląkł płacząc, starając się uspokoić, dopraszając, aby
spokojnie usnął i snem się pokrzepił.
Jemu chwilami niepokojem i boleścią pałały oczy, czuł już a
wiedział, że na drodze, na rozdrożu, nie doścignąwszy celu, marnie
zemrzeć przyjdzie.
- Miklasz - ozwał się głosem osłabłym - Miklasz, zaklinam
cię na wszystko co święte, co najdroższe, na krzyż pański, na
miłość jakąście mieli dla mnie, uczyńcie proszę, co każę, czego
żądam...
Syn na znak posłuszeństwa rękę przyłożył do piersi.
- Mnie tu umierać przyszło - mówił głosem gasnącym stary -
od doli i przeznaczenia nie uwolni się nikt. Jak skoro umrę,
Miklasz, wsadzicie mnie na mojego konia, przywiążecie do niego,
trzymać będziecie, bym nie padł... i pojedziecie ze mną, z trupem
do Poznania, przed króla... Powiecie mu, jako nie mogąc żywy
przybywam umarły prosić za rodem moim... Nie zlitowałby się żywemu
może, nieboszczykowi się umiłuje... Rozumiesz to?..
Miklasz zmilczał przerażony.
- Rozumiesz - powtórzył stary - tak ma być! tak ja chcę!
Niechaj mnie Bolesław zobaczy... Służyłem mu wiernie, krew lałem
dla niego. Jeśli litości nie będzie miał, niech nas Bóg sądzi...
Zabrakło staremu tchu i siły, głowę zwiesiwszy na piersi,
konać zaczął. Oddech się stał zrazu przyspieszony, potém wolniał
coraz, synowi rękę wyciągnął i trzymał go przy sobie, a dłoń mu
stygła i twardniała.
Nie upłynęło ćwierć godziny, a stary Jaksa, szepnąwszy
jeszcze pocichu: Dziadów z domu nie pędźcie... - skonał i
skostniał.
Miklasz klęczał przy nim osłupiały z żalu, wśród ludzi,
którzy zbiegłszy się do swojego starego pana, zawodzili żale.
Nierychło wspomniał na swą przysięgę, nie pozostawało mu nic, tylko
spełnić co rychléj przykazanie rodzica.
Dziwne to było i straszne widowisko, tego umarłego starca,
zbladłego, ze zwisłą głową, podtrzymywanego przez dwu obok jadących
ludzi; oglądać po śmierci jeszcze zdążającego na spełnienie
obowiązku. Stawali ludzie po drodze, przypatrując się dziwowi temu,
nie umiejąc go sobie wytłumaczyć.
Podróż mimo nakazanego pospiechu szybką być nie mogła.
Opóźniał ją ów trup chwiejący się i opadający, przy którym ludzie
się ciągle mieniać musieli.
Tak w końcu zbliżyli się już do królewskiego grodu, gdy na
gościńcu ten sam Drogosz, którego król po Jaksów posyłał,
wyprawiony gdzieś znów przez niego, spotkał się z żałobnym
pochodem. Był on téż Miklaszowi z wyprawy ruskiéj dobrze znanym i
przyjaznym. Zrazu osłupiał na widok jadącego nieboszczyka, ale wnet
mu Jaksa wytłumaczył, jakie od ojca otrzymał przykazanie.
A że właśnie w tém miejscu, gdzie się spotkali, znużonym
koniom popaść było potrzeba i szopa się z gospodą trafiła, w któréj
mogli ognia rozpalić i ogrzać się nieco, weszli do niéj razem.
Pierwszém było słowem Miklasza spytać, co się działo ze
stryjecznymi.
Drogosz ciężko westchnąwszy, zmilczał, znać było, że dobrego
nic do powiedzenia nie miał.
- Gdybyście nie wiem jak spieszyli - rzekł w końcu - nie
wiem i nie ręczę, ażali na czas dla ocalenia ich traficie. Gdym ich
obu na gród przywiózł, król na oczy ich widzieć nawet nie chcąc,
natychmiast do ciemnicy wrzucić kazał.
Dowiedziała się królowa, pani miłościwa a pobożna - mówił
daléj - królowa, któréj każda kropla krwi przelanéj drugie tyle łez
kosztuje... święta i dobra pani nasza... pospieszyła więc do
króla... Myśmy ją wszyscy o to prosili, boć żal srogi takich dwu
rycerzy postradać, za jednego tam jakiegoś zadławionego greka.
Prosiła królowa na kolanach... błagali inni... pono nadaremnie...
Tymczasem mnie król wysłał precz... nie wiem, co się stało. Gdym na
konia siadał, kapelana król swojego wyprawił do nich, aby spowiedź
uczynili... katowi się kazano sposobić do więzienia... Król, jak
mówiono, sfolgował pono o tyle, iż nie publicznie miał ich dać
ściąć, ale w lochu.
Przecież!... Bóg wielki... nie wiem!.. królowéj łzy wiele
mogą... cud się mógł stać... Jedźcie, proście... niechaj
nieboszczyk stanie przed nim w imię służb swych go błagając...
Jeżeli czas... jeżeli jeszcze czas!.. - westchnął Drogosz stary.
Miklasz więc spieszyć postanowił, ale koniom, znużonym tak
że się zaledwie wlokły, dać trzeba było chwilę odpoczynku. Drogosz
téż swoim wydychać dawał.
- Straszny gniew naszego pana... - mówił stary pancernik. -
Widziałem ja go nieraz na wojnie, gdy nieprzyjaciel rozjątrzył, bez
opamiętania lecącego na tłumy... ale straszniejszy jeszcze we
dworze, pod dachem, śród pokoju, gdy mu niesforność jaka, albo
gwałt krew poburzy...
Królowa dobrocią swą wiele może, pohamuje czasem i
wymodli... przecie teraz nie wiem, czy i ona i wy z nieboszczykiem
potraficie go złagodzić. Rozżarł się okrutnie... może nie o kupca
tego, więcéj o to, iż rycerstwu całemu zakałę zrobili. A i kupiec
téż człek był znaczny. Gdy wieść pójdzie o śmierci jego, odstręczy
i odpędzi od nas innych obcych ludzi...
Gdym z Jaksami waszemi przybył - mówił ciągle Drogosz - a
szedłem się miłościwemu oznajmić, spostrzegłszy mnie, jak jest
ciężki, z siedzenia wnet porwał się biegnąc prawie.
- Są te łotry? zawołał. - Przywiózłem ich - odezwałem się. -
Rzucić wnet spętanych do lochu! - krzyknął - na jawną zbrodnię sądu
nie ma, jeno stryczek i miecz... - Ośmieliłem się do kolan mu
pokłonić. - Miłościwy panie - rzekłem - młodzi są, krewcy, namowa
zła... - Milcz - zawołał - milcz... przykładu trzeba, lub nikt się
do nas jechać nie waży... Rodu są znacznego, więc im się śni, że
wszystko dlatego wolno. Za się!.. Jak dwu im głowy z karków spadną,
stu się ulęknie i strzyma... Idź... ani słowa... do ciemnicy...
Nie wiem, co królowéj rzekł... Mieli wstawiać się duchowni,
mieli prosić za nimi powinowaci, Lisowie i Pobogi i inni... a no,
wola króla żelazna... Nie zna on pohamowania w gniewie, a gniewem
pałał strasznym...
Znał sam Miklasz króla, widział go nieraz na polu bitwy, gdy
pamięć tracił tak, że go nic pohamować nie mogło, niewielką téż i
on miał nadzieję. Musiał jednak dopełnić przykazania
rodzicielskiego. Rozstali się więc ze starym Drogoszem i pochód z
nieboszczykiem rozpoczął się nanowo.
Zbliżając się do Poznania i grodu, gdzie coraz więcéj ludu
uwijało się w pobliżu, ledwie się mogli przebić przez gromady
ciekawych, których to straszne zwabiało widowisko, zmarłego starca
wiezionego na koniu, którego na rękach niemal ludzie dźwigali... za
nim jadącego syna z głową odkrytą i całéj téj drużyny wlekącéj się,
jakby ze wstydem, upokorzeniem i trwogą.
Kupy ludu poczynały się cisnąć około nich coraz tłumniéj,
tak że gdy do wrót zamku przybyli, rozpędzać je musiano.
Miklasz tu naprzód wystąpił, ciało wyprzedzając.
Za nim wieziono ojca, którego zbladły i posiniały trup
ledwie kilku ludzi w mierze utrzymać mogło. Pieszy chłopak konia w
ręku powoli prowadził.
Poznań już w ostatnich latach Mieszkowych rządów, potém za syna
jego urósł był na znaczne miasto. Sam téż zamek, który niegdy
cesarz Otto III, jako sprzymierzeniec króla i druh jego, odwiedził,
zkąd pieszo, po suknem wysłanéj drodze, boso szedł do Gniezna, do
grobu męczennika Wojciecha, zamek od czasów Mieszkowych wzmógł się
i rozrósł, a królewsko wyglądał. Obok dawnych dworów drewnianych
kazał w nim Bolesław murowane palatium wystawić dla siebie, takie
niemal, jakie cesarze mieli w Dziewinie i Merseburgu.
Tuż, na gruzach dawnéj pogańskiéj kontyny, kościół
katedralny, pierwsza w Polsce z gnieźnieńską stolica biskupia,
wznosiła się z kamienia ciosowego zbudowana.
W pośrodku niéj, naprzeciw wielkiego ołtarza, spoczęły już
zwłoki ojca Bolesławowego Mieszka; i on téż sam zawczasu tu dla
siebie grób sposobić kazał, chcąc leżeć obok rodzica. Dubrawka,
matka Bolesławowa, w katedrze gnieźnieńskiéj, którą wzniosła,
spoczywać chciała.
Zmieniło się tu wiele od skromnych owych pierwszych czasów,
gdy rzemieślników brakło i staremi się domowemi sprzętami
obchodzono. Owe sta pancerników Mieszka urosły teraz na tysiące,
skromna gromadka dworzan pańskich, w rój ogromny wspaniałego dworu
się rozmogła. Każdy poczet wojsk królewskich, zbroją teraz
osobliwą, orężem i barwą sukni szczególną się odznaczał. Ani
cesarskiéj straży zbrojnéj bolesławowska nie ustępowała.
Wojennego pana, który większą część żywota spędził w polu i
na koniu, od Moraw do Bałtyku, odzyskując i zawojowując ziemie, aby
ze słowiańskich plemion wielu jedno wielkie stworzyć państwo (czego
ojciec pragnąc, dokonać nie mógł), wojennego pana dwór téż cały był
rycerski, zamek żołnierzem się roił, roił duchowieństwem, posłami
ze wszech krajów i nieustannym gości napływem. Z Rusi, Moraw,
Czech, Chrobacyi, Węgier, od pogańskich jeszcze plemion
słowiańskich, nieustannie szli tu, jedni prosić, drudzy
przepraszać, kłaniać się, dary nieść, łaski jednać.
Gromadnie, ludno, gwarnie było na zamku wielkiego króla, a
ci, co dawniejsze pamiętali czasy, poznać go teraz nie mogli.
W téj izbie wielkiéj, w któréj niegdy władyków polan Mieszko
przyjmował, dziśby swych gości codziennych król Bolesław nie
posadził i połowy. Dla nieustannego ich natłoku, musiano obok zamku
wznieść gmach osobny, rozległy, którego izby, na słupach pośrodku
sparte, czterdzieści stołów gościnnych, powszednich dni
zastawianych, pomieścić mogły.
Gromada téż podkomorzych, komorników, stolników, cześników,
podczaszych i wszelkich urzędników dworskich czuwała nieustannie,
aby królewscy goście po królewsku byli przyjmowani.
Większa część dworu pańskiego, gdy na przyjęcie cesarza
Ottona III gwoli obyczajowi zachodniemu, na sposób włoski i
frankoński przebraną została, późniéj téż, dla cudzoziemców i
okazałości większéj, w stroju tym chodzić musiała. Czeladź więc i
pacholęta, ówczesną modą strój miała przepołowiony na dwoje, tak,
że jedna jego strona czerwoną barwą, druga żółtą była, i kaftan
rękawy miał różne, a przez plecy rozcięty był napoły. Nie ujrzałeś
już tam teraz dawnego obuwia sznurowanego, tylko buty i trzewiki,
których końce skówkami lśniącemi były nasadzane, a boki szyte
kwiecisto. Co dostojniejsi ze dworu łańcuchami na szyjach się
odznaczali, a płaszcze wszystkie złotem lamowane, srebrem naszywane
być musiały.
Przepych widać było wszędzie, bo go król lubił i rad na swym
dworze oglądał, aby od innych pośledniejszym nie został. Uzbrojenie
téż dawniéj proste, wykwintniejszém było u Bolesława i
jednostajném. Jednego żołnierza w jeździe nie miał król, któryby
cały od stóp do głów pancerzem skórzanym, łuską żelazną naszywanym
nie był okryty. U starszyzny, przy takichże hełmach, okutych
żelazem, purpurowe i białe powiewały kity.
I tarcze téż pieszaków świeciły gwoźdźmi i błyszczały
blachami, a po znakach ich każdy poczet i ziemię odgadnąć było
można.
Zostały dzidy i młoty, a mieczów żelaznych przybyło, leżały
ich całe komory, aby ludzi każdego czasu tysiące można uzbroić.
Nie jeden téż na grodzie mieścił się dwór królewski, miała
swój oddzielny królowa Emnilda, owa święta pani, córka Dobromira,
którą już trzecią król zaślubił, a nad wszystkie swe szanował i
kochał. Często téż Mieszko, syn Bolesławów i młodszy Dobromir a
starszy od nich Bezprym, z królowéj węgierki narodzony, i córki
pańskie tu przebywały, a żona Mieszkowa, siostrzenica cesarska
Ryksa i wielu książąt sprzymierzonych i pokrewnych, tak że coraz
obszerniejsze gmachy zamkowe czasem ich ledwie mogły pomieścić,
niekiedy nie mieściły. W podwórcach, jak na targu w uroczyste dnie,
w dzień i nocą przebić się było trudno przez tłumy.
Musiano téż część dziedzińca sznurami odgradzać, aby
codziennym turniejom i zabawom rycerskim, jakie pod okiem pańskiém
dla rozrywki się jego odbywały, plac zostawić swobodny.
W chwili gdy Miklasz Jaksa, za sobą prowadząc ciało ojca,
wjeżdżał w bramę zamkową i oczy wszystkich się nań zwracały,
komornicy królewscy postrzegłszy wiezionego trupa, z którym w
podwórzec wprost jechali, ulękli się wielce. Nie śmieli
powstrzymać, ale wnet oznajmiono starszemu nad dworem, którym był
Sieciech, aby króla uprzedził, lub rozporządził co należało.
Wybiegł więc zaraz Sieciech ów, pan poważny, w czarnéj sukni
dostatniéj, z łańcuchem na szyi, w kołpaku sobolim, z laską kutą w
ręku, aby się sam dowiedział, coby to oznaczać miało, i pochód już
ku drzwiom murowanego gmachu dążący zatrzymał.
Musiał mu się Miklasz tłumaczyć, w jakiém od umarłego jechał
poselstwie. Przykazawszy mu stanąć, Sieciech pospieszył do króla,
który z ulubionym sobie opatem tynieckim Aronem na osobności się
zabawiał.
Przeszedłszy komnat kilka, Sieciech u drzwi pańskich
oznajmił się kaszlem i lekkiém laski o ziemię uderzeniem.
Król w sypialni swéj odpoczywał. Ogromny ogień pałał w
kominie z kapturem, przed nim Bolesław w krześle poduszką nakrytém
siedział.
Był już naówczas wielki ów podbójca i wojak niezmordowany,
nieco wiekiem ociężałym. Ciemny, bujny włos kędzierzawy, okrywający
mu głowę, siwizna gdzieniegdzie srebrzyła, odkryło się wspaniałe
czoło, które troski poryły. Twarz pełną, ogorzałą, rumianą, dwoje
oczów ciemnych zdawało się niemal całą wypełniać, tak wzrok ich
gasił i ścierał, co się na niéj innemi wyrażało rysy. Ust niewiele
widać było pod wąsami i brodą, wybujałą szeroko. Pierś wydatna,
rozłożyste ramiona, przygarbione nieco, całe ciało bujno i silnie
rozrosłe, uczyniłyby zeń olbrzyma, gdyby wzrost odpowiadał ich
rozmiarom. Otyłość przyszła z wiekiem i ciężarem swym nużyła
starego bohatera.
Kożuch soboli jedwabiem pokryty stanowił ubiór cały. Z pod
niego widać tylko było bieliznę cienką i miękkie na nogach buty
futrem bramowane.
Obok krzesła królewskiego stał mężczyzna w czarnéj sukni
długiéj, wzrostu słusznego, chudy, twarzy bladéj, poważnéj a
myślącéj. Włos krótko obcięty, wygolona korona, krzyż złoty na
piersiach oznaczały duchownego. W rysach jego czytać było trudno,
choć jak zagadka nęciły tajemniczym swym wyrazem. Bystry tylko
rozum zdradzał wzrok biegający żywo. Król znać go słuchał, gdy
Sieciech, uchyliwszy drzwi, z nizkim pokłonem do sypialni się
wsunął.
Na obliczu pańskiém dostrzedz było można nieco
zniecierpliwienia, ale stary Sieciech, który pana swojego znał
dobrze, a wiedział, jak sobie z nim poczynać, bynajmniéj się tém
nie poruszył, choć brwi groźnie się ściągające i oczy w siebie
wlepione zobaczył.
Pogładził ręką brodę, nie spiesząc z mową, król ciągle
zwrócony doń, czekał, jakby pytając wzrokiem: Cóż mi powiesz? -
Lecz milczał ustami. Na twarzy widać było jakby drgania myśli,
która po głowie się snuła.
Opat Aron pilno się téż wpatrywał w przybyłego, zawiesiwszy
przerwane opowiadanie.
Sieciech w końcu krok naprzód postąpił powoli, jakby
rozmyślał, od czego zacznie.
- Przebacz, miłościwy królu - odezwał się rękę spuszczając
ku ziemi - musiałem wczas miłości twéj przerwać wchodząc... w
podwórcu nieboszczyk domaga się twéj łaski i posłuchania...
Król i opat zdziwieni tą mową, głowy podnieśli, spojrzeli po
sobie.
- Tak jest, miłościwy panie - kończył Sieciech spokojnie i
powolnie. - Stary sługa królewski Janko Jaksa z Niemierzyszcz
jechał prosić łaski i zmiłowania pańskiego, a w drodze umierając
trupa swojego synowi tu przywieźć kazał, aby on u miłości pańskiéj
o przebaczenie błagał dla synowców... Syn z ojca zwłokami stoi
przede drzwiami... ludzi gromady się kupią...
Na twarzy króla, który słuchając brwi strasznie ściągnął,
odmalował się gniew okrutny; oczy poczęły ciskać pioruny, rękę
ścisnął i uderzył nią w poręcz siedzenia, lecz słowa zrazu nie
rzekł, poglądając na opata.
Opat Aron stał niemy, nie okazując po sobie ani co czuł, ni
co myślał.
Sieciech z głową spuszczoną na odpowiedź czekał.
- Syna mi tu prowadź! - zawołał Bolesław nie wstając.
Sieciech pokłonił się na znak posłuszeństwa i natychmiast
odszedł.
Król i opat patrzali na siebie. Bolesław zdawał się wyzywać
zdania duchownego, ksiądz czekał na to, co król powie. Trwało długo
milczenie, w ognisku tylko płomię syczało i iskry z niego pryskały.
Tymczasem kroki idących słyszeć się dały. Blady Miklasz
Jaksa stał w progu chwilę, a potém się na kolana rzucił przed
królem.
- Miłościwy panie!.. - począł.
- Wiem wszystko - przerwał, rękę ciągle ściśniętą podnosząc,
król - wiem wszystko... Stary Janko z grobu przychodzi prosić za
krwią swoją... ale ja... przysiągłem, że nie przebaczę. Każę
poczestny pogrzeb sprawić sławnemu rycerzowi, a ich głowy jutro
rano spaść muszą... i spadną!..
Usłyszawszy ten wyrok, Miklasz wstał powoli. Zdało się, że
duma starego Jaksów rodu już mu do dalszego błagania usta zamknęła.
Nie rzekł nic, nie prosił więcéj.
Król głowę opuścił na piersi i ręką dał znak. Miklasz, nie
uchyliwszy nawet czoła, wolnym krokiem wyszedł z sypialni.
Za nim wzrok królewski pociągnął i gdy zasłona zapadła,
długo się na niéj zatrzymał. Słychać było ciche, niepewne
odchodzącego kroki, które coraz się oddalały... W kominie płomię
syczało i iskry z niego pryskały.
Z założonemi na piersi rękami opat stał, oczy w ziemię
wlepiwszy.
I trwało milczenie grobowe, przykre, którego ani król, ani
duchowny przerwać nie śmiał, chwilę jak wiek długą. Z podwórców
niby koni tentent głuchy i gwar jakiś stłumiony dochodził, a potém
cisza zaległa gród... i ognisko tylko mówiło coś samo,
niezrozumiałym językiem...