Bracia z wyboru - Zofia Kowerska

Reflow text when sidebars are open.
Śmierć była bliska. Już od jakiegoś czasu wszyscy w domu widzieli to i zrozumieli. Nawet sam pan Gosztyński nie miewał już tych nieuzasadnionych, ale miłościwych chwil nadziei, której błyski przyświecają czasem nawet konającym. Nie wątpił, że lada dzień nastąpi koniec, nie wątpił, że zarówno syn jego, jak synowa, udają tylko spokój i uśmiechy, ale chciał im zostawić przekonanie, że, cierpiąc fizycznie, nie cierpiał na trwogę śmierci i udawał przed nimi, że nie wie, iż koniec jego się zbliża. Przez miłość dla nich chciał śmierci własnej odjąć jedną z jej stron najstraszniejszych i choć przychodziła do niego z odkrytą przyłbicą, on wobec dzieci swoich spoglądał na nią tak, jak gdyby jej nie widział.
Uśmiechał się smutnie na te wszystkie drobne i większe pobożne kłamstwa, którymi go otaczano, postępował tak, jak gdyby mistyfikacja udawała się wybornie i ze swej strony mistyfikował też wszystkich, czyniąc projekty na przyszłość, mówiąc o roku przyszłym, on, który nie był pewien, czy jutra doczeka. Synowa jego, Elżbieta Gosztyńska, stała na straży tego, co nazywała wielkim szczęściem. Powtarzała mężowi, lekarzom, służącym, że "chwała Bogu, ojciec nie domyśla się, że jest tak źle" i przy codziennej mszy dziękowała Bogu za tę błogosławioną ślepotę chorego.
Było jednak gorzej z dnia na dzień. Na tle białych poduszek i bielizny twarz chorego wydawała się wyrzeźbiona z kości słoniowej, a gdy zamknął oczy, Elżbietę przeniknął dreszcz grozy na mimowolne przypuszczenie, że miała przed sobą umarłego.
Już od kilku dni wieczorem, gdy przychodziła godzina spoczynku, otaczający usiłowali zostać dla czuwania nad nim, ale on ich zawsze wyprawiał wszystkich, utrzymując, że wolał zostać sam, że spał po trochu, gdy nikogo nie czuł obok siebie. Było to kłamstwo w imię miłości rodzicielskiej. Noce byty dla niego męczarnią, której świadkiem nie chciał czynić nikogo.
- Idźcie spać, moje dzieci - mówił cicho i powoli - Grzegorz ma sen tak lekki... może i ja spać będę... mam dzwonek przy sobie...
Synowa brała wtedy jego żółte, wyschłe ręce w swoje dłonie.
- Ja ciebie podejrzewam, ojcze - mówiła. - Czy to ksiądz Marian pozwala kłamać? Mnie się zdaje, że moja usługa potrzebna by ci była nieraz w nocy i że tylko przez delikatność...
- Nie, nie, ja się wcale nie znam na delikatności. Gdybym się znał na niej, czy trzymałbym was tak długo w Krakowie, na takie upały?
Na jego bladych wargach pojawił się uśmiech smutny.
- Ojcze, jakiś ty niedobry! Jasiu, pomóżże mi wyłajać ojca, który nie pozwala sobie usługiwać i mówi jeszcze takie okrutne rzeczy!
Jan siedzący na niskim fotelu, w cieniu przyćmionej wielkiej lampy, z wyciągniętymi przed siebie nogami, w postawie bezgranicznego zmęczenia, podniósł do ust papierosa i odparł:
- Wmawiasz ojcu, że potrzebuje nas w nocy. Ojciec mówi, że sypia dobrze...
Nie wierzył wcale w to, co mówił, ale było w nim chwilami wielkie lenistwo uczucia, którego często nie mógł wydobyć z siebie, choć wobec chorego ojca usiłował to uczynić. Wolał w tej chwili udawać, iż wierzy w jego sen nocny.
Ten sam smutny uśmiech poruszył ustami chorego.
Idźcie spać, moje dzieci - powtórzył.
Mówiąc to, ujął rękę Elżbiety i poniósł ją do ust. Potem, trzymając ją jeszcze, spojrzał z czułością w piękną twarz synowej, która się do niego uśmiechała, choć oczy jej pełne były smutku.
- Jasiu - ozwał się do syna - jak ty ją powinieneś ko...
Nie dokończył. Ręka jego uczyniła prawie niedostrzegalny, mimowolny gest zniechęcenia.
Jan wstał z fotelu, jak człowiek bardzo zniechęcony i suwając nogami po dywanie pokoju, zbliżył się do łóżka. W jego ruchach i wyrazie twarzy odkryć można było pewne zakłopotanie. Czuł, że powinien był powiedzieć ojcu jakieś słowo serdeczne, ale go nie znalazł, będąc w jednej z takich chwil, w których wybuch uczucia był mu niepodobny. Schylił się do ramienia ojca i rzekł głosem zmęczonym:
- Bonne nuit, papa.
Przygasłe oczy ojca zaświeciły przez chwilę błyskami żalu i zgryzoty, nie rzekł wszakże ani słowa, tylko owym żałosnym wzrokiem odprowadził dwoje młodych ludzi, którzy znikli we drzwiach przyległego pokoju.
- Ten Kraków jest zabójczy w upały - ozwał się Jan, przechodząc z żoną przez wielki salon, który oświecano, pomimo, że w nim nikt nie siedział.
- Wyjdź jeszcze - rzekła Elżbieta - dopiero dziesiąta, w tej porze spacer najprzyjemniejszy w upały.
- To dobra myśl. A ty nie pójdziesz?
- Nie, ja łatwiej znoszę gorąco niż ty. Przyszedłszy do pokoju, który zajmował z żoną, Jan stanął przed wielką lustrzaną szafą i przyjrzał się sobie od stóp do głów.
- Nie można inaczej powiedzieć, tylko ten Starckel robi bez zarzutu - ozwał się, patrząc ciągle w lustro.
Elżbieta spojrzała wzrokiem, z którego wyraźnie odgadnąć było można, iż nie wiedziała, o co Janowi chodziło. Myślała właśnie o dziecku, które zostawiła na wsi przy wiecznie niedomagającej swej matce i nie obchodziło jej wcale, czy Starckel jest krawcem bez zarzutu, czy nie. W zupełnym oderwaniu od kroju ubrania mężowskiego spojrzała na postać stojącą przed lustrem i widziała ją tylko tym wzrokiem zewnętrznym, który dostrzeganego przedmiotu nie odsyła od oczu do myśli i pamięci.
Jan poprawił coś jeszcze w węźle krawata, zdjął jakiś pyłek z rękawa i wyszedł, życząc żonie dobrej nocy. Ona, odmówiwszy wieczorną modlitwę, poczęła się rozbierać. Myślała o cierpiącym tam o kilka pokojów ojcu męża i pamięć oczu przyniosła jej nagle widok Jana poprawiającego ubranie przed lustrem, a wielokrotnie już powtarzające się wrażenie jego oziębłości dla ojca wróciło do jej myśli. Pomimo przywiązania do męża i wiary w niego, wydał jej się w tej chwili manekinem, jakie widywała w zakładach krawieckich, z tą tylko różnicą, że tamte były bez głowy. Jaki on był dziwny z tą swoją obojętnością dla ojca, dla takiego ojca! Czy powinna była pomówić z nim o tym? Czy byłoby lepiej, gdyby dla ojca udawał przywiązanie, nie doznając go? Co zrobić z takim sercem, które nie czuje?
Rozmyślanie Elżbiety przeciął sen. Była młoda i sypiała jednym tchem do rana, tak, jak się jednym tchem wychyla szklankę napoju.
Tymczasem dla chorego rozpoczęła się męka samotnej a bezsennej nocy. Godziny i półgodziny, których uderzenia słyszał z wieży, wlekły się dla niego ciężkie i przygniatające, a mary podnieconej wyobraźni stawały przed nim, przynosząc mu obrazy żywe i wyraźne minionych radości i minionych cierpień. Chwilami serce jego chwytało, cięższe niż wszystko, przekonanie o nicości rzeczy ludzkich. On umierał, godziny jego były policzone i wszystko, co istniało, skazane było na nicość, zarówno ludzie, jak ich dzieła i może ta cała praca, którą on podjął w życiu, była tyleż warta, co próżniactwo i zła wola innych? Dla niego, dla którego idea była zawsze światłem żywota, to zniechęcenie chwil ostatnich stawało się istotną męką moralną.
Nareszcie dnieć zaczęło, a on zadzwonił na Grzegorza, by mu rozsunął firanki. Wiedział, że jasny promień słońca, wpadający do pokoju, przynosi mu i moralnie nieco światła. Mętne myśli poczynały nabierać realniejszych konturów. Buch rozpoczynający się na ulicy dawał mu uczucie nie tak zupełnego osamotnienia. Lud okoliczny, pracujący rękoma, wiózł o świcie pożywienie miastu, ludziom pracującym głową. Chory przypominał sobie, jak o wschodzie słońca wstawał na polowanie, lub by śpieszyć na pociąg. Przedstawił się sobie dziarskim, nieszczędzącym nigdy sił, ze zdrowiem żelaznym do pomocy woli, którą hartował całe życie. Boże! Tam już pracowano w fabrykach, których świst go dochodził, już życie wrzało na wszystkie strony. On jednak miał jeszcze kilka godzin samotności. Elżbieta przyjdzie może zaledwie o dziewiątej, Jan pewno przed dwunastą się nie zjawi; ale te godziny poranne były chwilą, w której zasypiał a przynajmniej drzemał, budząc się co kilka minut. Pragnął spać, by nabrać trochę sił. Trzeba mu było koniecznie dożyć jutra, bo jutro zaledwie mógł przyjechać Jerzy. Nie można się go było spodziewać wcześniej.
O ósmej Grzegorz wszedł z jajkiem na mniekko, które stanowiło śniadanie chorego:
- Czy pani już wstała? - zapytał ten ostatni.
- Dzwoniła już - odparł służący.
- A pan Jan?
Wrócił dopiero nad ranem. Śpi jeszcze.
Po twarzy chorego przemknął wyraz wielkiego smutku.
- Trzeba będzie dziś pokój dla pana Jerzego przygotować - ozwał się po chwili.
- Pan Jerzy już tu jest. Przyjechał o trzeciej w nocy i pytał mnie, czy do jaśnie pana wejść można. Powiedziałem, że dopiero o dziewiątej.
- Przyjechał? Szkoda, żeś go nie wpuścił!
- Pan Jerzy już wstał.
- To go poproś, zaraz go poproś!
Po chwili wszedł do pokoju młody człowiek, wysoki, barczysty, o dość grubych, wyraźnie słowiańskiego typu rysach, z których wyglądały spokój, siła i dobroć. Ku wyciągniętej na kołdrze, wyschłej ręce chorego, rzucił się z wyraźnym wzruszeniem; pan Gosztyński zaś, którego nerwy osłabiły się przez chorobę i czyniły go nieodpornym na niespodzianki, załkał cicho, co przeraziło Jerzego.
- Takem ciebie wyglądał! - rzekł wreszcie chory - całe życie umiałem pragnąć gorąco, ale nie wiem, czym czego pożądał kiedy tak, jak twego przybycia. Bo widzisz... ja nie mam czasu czekać.
- Nie straciłem ani chwili - szepnął Jerzy.
- Wiem. Spodziewałem się ciebie dziś wieczór dopiero. Dziękuję ci... Jutro może by było za późno. Ale może ty mi odmówisz?... Widzisz... ja podczas bezsennych nocy ciągle myślałem o tobie jako o jedynym ratunku...
- Nie ma takiej rzeczy, której bym nie uczynił dla pana - rzekł Jerzy.
- Byłem prawie pewien, że gotów jesteś uczynić poświęcenie... przychodziły mi tylko wątpliwości, czy mam prawo żądać go od ciebie.
- Czym jestem, jestem tylko z łaski pana. Pragnę owszem spłacić dług.
- Nie, nie byłem tak dobry, jak sądzisz... prawda, wsparłem twoją rodzinę... ale mnie radowało tych sześciu tęgich, zdrowych, dzielnych chłopaków, którym moje pieniądze dawały naukę... Miewałem nawet czasem względem was samolubne uczucia, bo zazdrościłem, że nie należycie do mnie... Miałem żal do opatrzności, że w moim domu nie wyrastają tacy chłopcy mojego nazwiska i że nazwisko to dostało się Jasiowi, który... wiesz o tym... będąc dzieckiem, obiecywał wiele, potem nagle się zwichnął... zmarnował... mój wpływ na nim osłabł... jego dusza gdzieś od nas odleciała... poszła na manowce...
Usta chorego zadrgały. Jerzy przejęty litością, ozwał się:
- Jest młody, niedawno się ożenił, może jeszcze zacząć żyć poważnie.
- Nie pocieszaj mnie... Ja dobrze widzę... i widziałem zawsze. Pan Bóg chciał mi zesłać karę... za dobro, którego nie spełniłem i za zło, którego się dopuściłem... a szczególnie za to... że ja... dla Jasia za wiele pragnąłem i chciałem, by się zasługą wybił ponad innych ludzi... Jak ja marzyłem, gdy był małym dzieckiem, zdolnym... sprytnym... dowcipnym! Ale teraz... wiem, że skończyło się wszystko... Tam nie może być odrodzenia!... Wolałbym go widzieć gorszym... ale z innego materiału urobionym... Ma żonę dobrą i piękną... Otóż ja czuję... że on jej kochać nie umie... Popełniłem tę podłość, żem się o nią starał dla niego... Jej matka i ja ułożyliśmy to małżeństwo... Ale miałem nadzieję, że przy tej kobiecie coś się w nim obudzi, że ją pokocha... że się czymś stanie przez miłość... Ale on jej wdzięk i przymioty widzi tylko umysłem, serce przy nich nie ożywiło się mu bynajmniej i w rodzinie własnej nie znalazł tego interesu życiowego, którego dla niego szukałem. Ja go zupełnie pojąć nie mogę! On właściwie nie kocha nic, nawet siebie samego... Jest to rozsądny i rozumny szaleniec... Takim wszakże, jakim jest, kocham go... i taka jest i była nędza moja, że jego brak uczuć synowskich widziałem zawsze i bolałem nad nim bez końca... Wiem... że jest zimny... że go moja choroba nudzi... że go mój pogrzeb nudzić będzie, a pomimo tej pewności... każdy nowy dowód jego oziębłości uderza mnie w samo serce, niby pchnięcie sztyletu...
Znowu piersi chorego poruszyło jakby łkanie. Jerzy zawołał, pełen trwogi i litości:
- Pan się męczy, pan się zabija! Na miłość Boską, niech się pan uspokoi!
- To wszystko tkwi we mnie zawsze i ciągle... Dobrze jest raz przecie wypowiedzieć... wyksztusić to, co dusi... Zresztą... gdyby o kilka chwil skróconym zostało życie, które już tylko na godziny się liczy...
Chory zamilkł na chwilę, potem podniósł na Jerzego oczy, w których było błaganie i zapytał:
- Jerzy, powiedz mi szczerze... wyraźnie... sumiennie... jakie ty masz uczucia dla Jasia?... Tylko mów szczerze... umierającemu się nie kłamie!
- Widzę jego wady, znam doskonale jego charakter, ale od dzieciństwa przyzwyczaiłem się uważać go za skarb pana najdroższy i mam dla niego w sercu przywiązanie i tradycję pieczołowitości, którą otaczaliśmy go wszyscy. Pamiętam, że raz wracaliśmy bryczką z Jasiem z jakiejś wycieczki. On miał wtedy lat czternaście, ja lat piętnaście. Zrobiło się nagle zimno bardzo i deszcz z gradem zaczął padać. Ja bez namysłu zdjąłem paltot, a Jaś bez namysłu go włożył. Ja miałem przyzwyczajenie pielęgnowania go, on był przyzwyczajony do usług i ustępstw. Otóż ja i dziś jestem gotów zdjąć ciepły paltot i zmarznąć do kości, byle Jaś był ciepło okryty.
Nozdrza chorego zadrgały wzruszeniem. Przez chwilą nie miał siły przemówić.
- Otóż ja cię będę prosił... - rzekł wreszcie - byś, jak wówczas, zdjął własne ciepłe i wygodne okrycie... i byś je dał Jasiowi.
- Nie rozumiem, ale jestem gotów.
- Skończyłeś nauki świetnie.
- Z łaski pana.
- O, nie przypominaj mi tego... Dawałem wam z serca... nie mieliście już ojca... jesteście zresztą moimi krewnymi... szanuję matkę waszą i z radością dawałem... Ale, widzisz... teraz chcę odebrać...
- Słucham.
- Jesteś zdolnym inżynierem, masz miejsce korzystne, które jest dopiero pierwszym szczeblem do świetnej, zapewne, kariery... a ja ci powiem... rzuć wszystko i bądź niańką Jasia... Dotąd mienie nasze utrzymywało się, bom ja właściwie miał wszystko w ręku, ale co będzie dalej? Jaś musi mieć długi, nie może być inaczej. Ile ich ma, tego ja nie wiem... Od zapytania go o to wstrzymała mnie obawa, by mi nie skłamał. Gra w karty i raz już płaciłem jego długi. Może popełnił jeszcze jakie wybryki?... Myślę, że fortuna, którą ma w ręku, musi być bardzo zachwiana, ale są to może mary człowieka chorego, czującego, że odchodzi w chwili, kiedy mógłby być bardzo potrzebny... Otóż... ja Jasia... oddaję ci w opiekę... Ty musisz wziąć w ręce jego interesy... Mam przekonanie, że względem ciebie potrafi on być szczerym... W Radwanowie jest dom mieszkalny doskonały. Chciałbym, byś tam zamieszkał jako ogólny plenipotent, jakim cię mój testament ustanawia... Będziesz miał na oku postępki Jasia i szczęście Elżbiety, która ani się domyśla sprawek męża. Będziesz śledził, jak wychowują małego Władysia, któremu chciałbym zachować mienie i od tylu lat w ręku naszym będące Drzewne... Niech Elżbieta ma szczęście, choćby nieświadomością okupione!... Go ona winna? Może od ciebie Jaś przyjmie uwagi?... Często przyjaciel umie znaleźć środki, których ojciec nie dostrzega. Powiedziałem ci, że nie wierzę w odrodzenie Jasia, ale ja się może mylę... może zbyt czarno rzeczy widzę?... Może go odrodzi miłość ojcowska? Powinienby przynajmniej kochać syna... Ta gutaperkowa natura, która żadnej odporności nie ma, miewa chwile... w których ulega wpływowi innych... Może ulegnie tobie? Ty znajdziesz takt... ty znajdziesz siłę... ty jeden możesz być zbawieniem dla rodziny i jej mienia... Są chwile, w których nie umiem oprzeć się nadziei... Wydaje się mi, że taki Jaś, jakim był do lat szesnastu, odżyje jeszcze... Bo ty pamiętasz, jak się on w tym wieku zwichnął... nagle i niespodzianie... Nie rozumiałem wtedy... co się z nim dzieje... i potem dopiero dowiedziałem się, że go przedwcześnie zużyły i wyczerpały... łatwe miłostki, w które się rzucił, jak szalony, z zapomnieniem wszystkiego innego... Wypiły z niego soki żywotne... wytępiły w nim uczucia... zabiły szlachetniejsze pragnienia... działały jak te trucizny, które sprowadzają bezwład... Może przyjdzie chwila, w której działanie trucizny ustanie. Ty tę chwilę podpatrzysz... i skorzystasz z niej...
- Więc to na całe życie? - spytał Jerzy, któremu ofiara wydała się w tej chwili zbyt ciężką.
- Na całe życie! - szepnął gorączkowo chory. - Ożenisz się... z żony uczynisz przyjaciółkę Elżbiety... Utworzycie jedną rodzinę... Utrzymanie zapewniłem ci przyzwoite i więcej niż dostateczne...
- Przyrzekłem, że uczynię wszystko, co pan rozkaże. Będę takim opiekunem dla Jasia, chyba, że mnie wypędzi od swojego boku.
Drżące ramiona chorego wyciągnęły się ku Jerzemu. Przycisnął młodzieńca do chwytającej spazmatycznie oddech piersi.
- Dziękuję ci... wiedziałem, że to uczynisz... Bóg ci wynagrodzi... kochane, kochane dziecko... O twej matce pamiętałem... bracia twoi, którzy nie skończyli jeszcze wychowania, będą pobierać pensje, dopóki na swoją rękę pracować nie zaczną. Lekarze mówią... że ja umieram na starość serca... a ja je czuję takim młodym w piersi!... Tak kocham was wszystkich!... Ten dom zapisałem Elżbiecie... Jej matka ma na Drzewnie kapitał, który Jaś wziął jako przyszły posag, ale płaci od niego procent dożywotni... Chciałem, żeby Elżbieta posiadała coś, czym by rozporządzać mogła sama... Jaś dziedziczy dobra. We wszystkich trudniejszych sprawach odnoś się do przyjaciela mego, Mirowiejskiego... ale czyń to bez wiadomości Jasia, bo on Mirowiejskiego nie lubi... i widząc go tu, rozmawiającego ze mną poufnie... zaczął już podejrzewać, że ja chcę ustanowić nad nim jakąś kuratelę...
W tej chwili wszedł Grzegorz z oznajmieniem, że młodsza pani chciałaby wejść. Za nim ukazała się Elżbieta ciemno ubrana, w kapeluszu na głowie, szła bowiem do kościoła.
- Moje dziecko - rzekł pan Gosztyński - mówiłem ci, że oczekiwałem Jerzego Pomierskiego dziś wieczór dopiero, tymczasem przyjechał w nocy. Przedstawiam ci go. Znasz go już dobrze z naszych opowiadań.
- Wiem, wiem - rzekła Elżbieta - towarzysz lat dziecinnych Jasia. Mam nadzieję, że i moim przyjacielem być zechce.
Elżbieta posiadała uprzejmość wielkoświatową, a jednocześnie wpojone przekonanie, że ludzie ubodzy, którzy doświadczyli łaski od bogatszych, mieli zwykle wygórowaną miłość własną i że chorobliwą ich obraźliwość trzeba było traktować ze zdwojoną grzecznością. Uśmiechała się do Jerzego, jak do człowieka niższego pozycją towarzyską, któremu młoda kobieta może dawać uśmiechy, nie będąc przez nikogo pomówioną o kokieterię. Przypomniała sobie w tej chwili, że było jakieś dalekie pokrewieństwo między Gosztyńskimi a Pomierskimi, dodała więc:
- Wszak jesteśmy nawet krewnymi? Kuzyn pewno nie jadł jeszcze śniadania?
Jerzy się skłonił.
- Sosińska się nade mną zlitowała - odparł - przysłała mi śniadanie, dowiedziawszy się żem wstał.
- Kuzyn ma dawniejsze prawa, niż ja, w tym domu.
- Ty nie wiesz nawet Elżuniu - ozwał się chory - jak mi chodzi o przyjaźń między wami. Pamiętaj, dziecko moje, w każdej potrzebie, w każdej niepewności odnosić się do Jerzego. Będzie mieszkał w Radwanowie, o parę wiorst od was... będzie waszym opiekunem i doradcą.
Elżbieta podniosła zdziwione oczy. Nie rozumiała. Nie chciała wszakże męczyć ojca pytaniami.
- Trzeba mi iść - rzekła - dzwonią u Panny Marii. Cieszę się, że ojca nie zostawiam samego. Jaś jeszcze śpi. Grzegorz mi mówił, że wrócił późno. Musieli go gdzie gwałtem zaciągnąć. Porywają go tu wszędzie.
Wyszła. Pan Gosztyński odprowadził ją wzrokiem.
- Prawda, jaka ładna i miła? - zapytał.
- Bardzo ładna. Fotografia wcale nie daje miary jej wdzięku.
- Jest przy tym wykształcona i bardzo starannie wychowana. Wszystko w niej wprawdzie nosi cechę niedoświadczenia, a często naiwności, ale dla mnie to stanowi właśnie wdzięk największy. Ona nie zna zła i nie wierzy w nie, więc pamiętaj, by się nie stała jego ofiarą. Nosi, co do Jasia, zasłonę na oczach. Ty zasłony nie zdzieraj, bo ona stanowi jej szczęście.
- Będę jej podporą i przyjacielem, jeżeli za takiego mieć mnie zechce.
- Pamiętaj szczególnie o wychowaniu Władysia.
- Zadanie, które pan kładzie na moje barki, jest bardzo trudne do spełnienia. Mogę nie zjednać sobie zaufania pani, może Jaś być niezadowolony ze mnie w roli, którą mam odegrać. Od dzieciństwa nie cierpiał nagany ani kontroli. Był też podejrzliwym i musiał nim zostać. Ale byliśmy jednak w przyjaźni. Lubił mnie i czuł, że ja go kocham.
Zaanonsowano wizytę doktora. Przychodził do łoża chorego składać codzienną daninę pobożnych kłamstw, którym w przyległym pokoju natychmiast zaprzeczał.