Bracia z Os (tom 2). Zatruta krew - Jo Nesbo

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (30,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Każdy ma swój czuły punkt. Tata wbił mi to do głowy, kiedy uczył mnie bok­so­wać. By­łem mniej­szy od in­nych chłop­ców, ale on mi po­ka­zał, że na­wet wzbu­dza­jący naj­więk­szą grozę prze­ciw­nik ma lukę w sys­te­mie obrony, nie­osło­nięte miej­sce, że po­peł­nia błąd, na któ­rego po­wta­rza­nie jest ska­zany. Tata na­uczył mnie też, że nie wy­star­czy od­na­le­zie­nie tego punktu; trzeba jesz­cze mieć do­sta­tecz­nie zimne serce, żeby go bez wa­ha­nia wy­ko­rzy­stać. A moim czu­łym punk­tem było wła­śnie to. Serce, które krwa­wiło na wi­dok ta­kich jak ja, które roz­po­zna­wało w nich moje wła­sne sła­bo­ści. Z cza­sem jed­nak okrze­płem, a serce mi ochło­dło. Tak, można chyba po­wie­dzieć, że jest ono te­raz zlo­do­wa­cia­łym, mar­twym jak ka­mień wul­ka­nem, któ­rego osta­teczny wy­buch na­stą­pił osiem lat temu. A już wów­czas było zimne. Przy­naj­mniej na tyle, że­bym już wtedy był mor­dercą.

Wła­śnie o tym my­śla­łem, sto­jąc na scho­dach willi z ga­ra­żem i ja­bło­nio­wym sa­dem w je­sien­nych ko­lo­rach, po­ło­żo­nej w dziel­nicy Kjel­s?s w Oslo. O tym, że je­stem mor­dercą.

Był so­botni wie­czór, do­cho­dziła ósma, a ja wła­śnie na­ci­sną­łem kciu­kiem gu­zik do­mo­fonu. Tuż pod nim wi­siało ce­ra­miczne ser­duszko z wy­ma­lo­wa­nym na­pi­sem ob­wiesz­cza­ją­cym, że tu mieszka ro­dzina Hal­de­nów, do tego uśmiech­nięta buźka.

Nie wiem, czy o by­ciu mor­dercą po­my­śla­łem, po­nie­waż już te­raz mia­łem wy­rzuty su­mie­nia, czy ra­czej chcia­łem się upew­nić, że je­stem zdolny do tego, co za­mie­rza­łem, bo wcze­śniej ro­bi­łem gor­sze rze­czy.

Puls mi przy­spie­szył, kiedy usły­sza­łem kroki za drzwiami. Tylko spo­koj­nie. Ole­wać wszystko i mieć to już za sobą.

Drzwi się otwo­rzyły.

- Do­bry wie­czór...

Męż­czy­zna był wy­soki, o wiele wyż­szy niż moje metr sie­dem­dzie­siąt pięć. Szczu­pły, pra­wie chudy. Siwe włosy, młoda twarz. Czter­dzie­ści je­den lat, spraw­dzi­łem. Za nim w przed­po­koju do­strze­głem na wie­szaku dwa dzie­cięce kom­bi­ne­zony oraz małe i duże buty w ty­po­wym dla ro­dzin z dziećmi zor­ga­ni­zo­wa­nym cha­osie. We­dług zna­le­zio­nych w ne­cie in­for­ma­cji z ksiąg wie­czy­stych dom był wła­sno­ścią ro­dziny od czte­rech lat. Ob­sta­wia­łem, że na jego kupno na­le­gała żona Benta Hal­dena, bo w dro­dze była wtedy po­cie­cha nu­mer dwa. Tak przy­naj­mniej wy­wnio­sko­wa­łem z jej konta na In­sta­gra­mie. On na­to­miast od za­wsze chciał mieć coś po­ło­żo­nego na wzgó­rzu, skąd nie­da­leko bę­dzie do tras bie­go­wych i nar­ciar­skich. W wy­szu­ki­warce Go­ogle jego na­zwi­sko po­ja­wiało się na li­stach uczest­ni­ków roz­ma­itych lo­kal­nych bie­gów na orien­ta­cję i nar­ciar­skich. Ostat­nie wpisy miały już jed­nak parę lat, a za­tem zo­sta­wało mniej czasu na tre­ning, niż to so­bie umy­ślił. Po czę­ści dla­tego, że dwoje dzieci to wię­cej niż dwa razy tyle za­ję­cia, co z jed­nym, ale głów­nie cho­dziło o to, że spółka, którą za­ło­żył z ko­legą, Jo­nem Fuh­rem, wy­ma­gała więk­szego - a nie mniej­szego - na­kładu pracy niż wtedy, kiedy jesz­cze nie byli wła­snymi pra­co­daw­cami. To wszystko do­my­sły, lecz wąt­pliwe, abym bar­dzo się my­lił. Spółka na­zy­wała się Geo­Scan i otrzy­mała zle­ce­nie zba­da­nia wa­run­ków geo­lo­gicz­nych w oko­licy pla­no­wa­nego tu­nelu Todde w związku z za­mie­rzo­nym prze­su­nię­ciem drogi, która jak do­tąd prze­bie­gała przez Os, i to od nie­pa­mięt­nych cza­sów, na długo przed tym, za­nim w roku 1931 uzy­skała sta­tus drogi kra­jo­wej.

Od­chrząk­ną­łem.

- Je­stem Roy Opgard. Nie wiem, czy pan mnie so­bie przy­po­mina...

Usi­ło­wa­łem przy­brać jo­wialną minę, wy­glą­dać tro­chę jak wie­śniak w mie­ście. Nie jest to moją spe­cjal­no­ścią, przy­pusz­czam, że tak czy owak, wy­glą­dam jak Roy. Tro­chę po­nury, za­mknięty w so­bie, z re­zerwą. Na szczę­ście dla mnie chyba wła­śnie ta­kiemu ty­powi czło­wieka ufają Nor­we­go­wie - naj­wy­raź­niej uwa­żamy, że ist­nieje ko­re­la­cja mię­dzy za­wsty­dze­niem, nie­zdar­no­ścią spo­łeczną a uczci­wo­ścią. No cóż, sam my­ślę po­dob­nie, więc to jest w po­rządku.

Bent wy­dał z sie­bie prze­cią­głe "aaa", coś po­śred­niego mię­dzy "tak" a "nie wiem".

- Na­pra­wia­łem panu sa­mo­chód, kiedy przy­je­chał pan do Os w związku z pracą - pod­po­wie­dzia­łem.

Pal­cem wska­zu­ją­cym sma­gnął po­wie­trze.

- Oczy­wi­ście, po­rząd­nie wy­ko­nana ro­bota. - Zmarsz­czył czoło, na któ­rym uka­zało się kilka rząd­ków zmar­twio­nych V. - Płat­ność nie do­tarła?

- Do­tarła, do­tarła. - Po­ku­si­łem się o krótki śmiech. - Sorry, pew­nie po­wi­nie­nem był za­dzwo­nić wcze­śniej, ale u nas na wsi tak się nie robi, wie pan. Po pro­stu przy­cho­dzi się i dzwoni do drzwi. Wła­śnie wra­cam z Pol­ski, do­piero co wy­lą­do­wa­łem, a po­nie­waż je­stem już w mie­ście, to pa­mię­ta­łem, że mam w schowku na rę­ka­wiczki coś, co na­leży do pana, i po­my­śla­łem... Pro­szę.

Pod­su­ną­łem mu przed­miot. Zo­ba­czy­łem, że Bent, tak jak się do­my­śla­łem, nie ma zie­lo­nego po­ję­cia, czym jest ten błysz­czący me­ta­lowy dynks.

- Za­uwa­ży­łem to, kiedy już od­da­łem panu sa­mo­chód. Po pro­stu za­po­mnia­łem to z po­wro­tem za­mon­to­wać. Auto jeź­dzi i bez tego, ale z tym jest o wiele le­piej. Gdzie pan ma wó­zek?

- Sa­mo­chód? Ale te­raz? Prze­cież mogę to za­mon­to­wać sam. Co to w ogóle jest?

- A jak pan ma za­miar to za­mon­to­wać?

Bent na mnie spoj­rzał. Uśmiech­nął się i po­krę­cił głową.

- No tak. Wła­śnie.

- Za­pła­cono mi za pracę, któ­rej wy­jąt­kowo tym ra­zem nie wy­ko­na­łem jak trzeba. Zaj­mie mi to pięć mi­nut. Gdzie...?

- W ga­rażu. - Bent zrzu­cił kap­cie, zdjął z ha­czyka klu­czyki do audi i już za­czął wkła­dać adi­dasy. - Ca­milla! Scho­dzę do ga­rażu!

Gdzieś z głębi domu do­bie­gła od­po­wiedź:

- Si­gurda trzeba kłaść spać!

- To go po­łóż, póź­niej mu po­czy­tam! Ma pan dzieci? - spy­tał Bent, za­głu­sza­jąc chrzęst żwiru na ścieżce pro­wa­dzą­cej do du­żego po­ma­lo­wa­nego na biało ga­rażu.

Nie by­łem przy­go­to­wany na to py­ta­nie i tylko po­trzą­sną­łem głową, sta­ra­jąc się nie my­śleć o tym, że ona mia­łaby już sie­dem lat. Wpraw­dzie nie wie­dzia­łem, czy to dziew­czynka, ale na­bie­ra­łem co­raz więk­szego prze­ko­na­nia, że tak mu­siało być. Prze­łkną­łem gulę w gar­dle. Zmniej­szała się z każ­dym upły­wa­ją­cym ro­kiem, ale nie chciała cał­kiem znik­nąć.

- Czyli pro­wa­dzi pan warsz­tat sa­mo­cho­dowy na Os? - za­gaił Bent uprzej­mym to­nem. - Czy może ra­czej w Os?

- Jak kto woli. Nie, już dawno go za­mkną­łem. Ale je­stem z wy­kształ­ce­nia me­cha­ni­kiem sa­mo­cho­do­wym i od czasu do czasu przyj­muję ja­kiś wóz, tak dla roz­rywki. Pro­wa­dzę sta­cję ben­zy­nową, która znaj­duje się obok.

Skrę­ci­li­śmy do bramy ga­rażu i Bent wy­ce­lo­wał w nią klu­czy­kiem sa­mo­cho­do­wym. Drzwi otwo­rzyły się au­to­ma­tycz­nie. Za­uwa­ży­łem, że są z ro­dzaju tych bar­dzo dro­gich. Dziś Bent Hal­den za­pewne do­ko­nałby in­nego wy­boru.

- Tak, przy­po­mi­nam so­bie te­raz tego miej­sco­wego, który mi pana po­le­cił - po­wie­dział. - Pan jest bra­tem tego... tego...

- Carla Opgarda.

- No tak. - Bent się ro­ze­śmiał i we­szli­śmy do środka. - Króla Os.

Wy­czu­łem, że od razu się zo­rien­to­wał, jak bar­dzo po­gar­dli­wie to za­brzmiało. Jakby Os było za­sraną dziurą, po któ­rej Carl pa­ra­duje jak gro­te­skowy król. Król na ku­pie gnoju.

- Nie chcia­łem... Zro­zu­mia­łem tylko, że on jest wła­ści­cie­lem więk­szo­ści wszyst­kiego, co się tam znaj­duje.

- Ma więk­szość udzia­łów w Os Spa. Otwo­rzy pan sa­mo­chód?

- No ale to chyba wła­śnie zna­czy, że jest kró­lem Os?

Usia­dłem na miej­scu kie­rowcy, Bent obok, na fo­telu pa­sa­żera. Wy­ją­łem śru­bo­kręt, zdją­łem pa­nel pod kie­row­nicą i za­czą­łem krę­cić. Bent ob­ser­wo­wał mnie z uda­wa­nym za­in­te­re­so­wa­niem.

- Jak to jest? - za­py­ta­łem, prze­kła­da­jąc prze­wody. - Czy­ta­łem w ra­por­cie wstęp­nym, że wa­szym zda­niem góry w oko­licy Todde wy­glą­dają do­brze.

- Zga­dza się.

- Aha. Na ile je­ste­ście tego pewni?

- Bar­dzo.

- Jak można mieć taką pew­ność co do skały, któ­rej nie wi­dać?

- Można. Ale to oczy­wi­ste, że za­wsze do pew­nego stop­nia po­zo­stają wąt­pli­wo­ści co do spo­sobu in­ter­pre­to­wa­nia da­nych sej­smicz­nych.

- I wła­śnie te dane in­ter­pre­tu­je­cie... czy ra­czej pan je in­ter­pre­tuje i na tej pod­sta­wie przed­sta­wia kon­klu­zję, prawda?

- Ow­szem, w za­sa­dzie tak. Ra­zem z moim wspól­ni­kiem.

- Jo­nem Fuh­rem.

- Tak, z Jo­nem. Je­ste­śmy głów­nymi geo­lo­gami.

- Pan ma sześć­dzie­siąt pro­cent udzia­łów, a on czter­dzie­ści, więc co ro­bi­cie, je­śli się ze sobą nie zga­dza­cie?

- O rany, dużo pan o nas wie. Skąd...

- Wy­star­czy zaj­rzeć do re­je­stru spółek w Br?n­n?y­sund. Wie pan, nie­dawno chcia­łem spraw­dzić wy­niki fi­nan­sowe pew­nej ame­ry­kań­skiej firmy, która bu­duje ko­lejki gór­skie. Ale to, cho­lera, wcale nie było ła­twe. Wtedy uświa­do­mi­łem so­bie, z jaką oczy­wi­sto­ścią my w Nor­we­gii przyj­mu­jemy całą tę trans­pa­rent­ność. Je­ste­śmy bar­dzo uf­nym na­ro­dem, taki Ame­ry­ka­nin z pew­no­ścią stwier­dziłby, że to gra­ni­czy z na­iw­no­ścią. Ale wła­śnie dla­tego, że wi­dzimy wszystko, to so­bie ufamy. Jest jak na wsi. W Os wszy­scy wie­dzą wszystko o wszyst­kich. Pra­wie. Nie wszy­scy się na­wza­jem lu­bią, ale uwa­żają za oczy­wi­stość, że lu­dzie mó­wią mniej wię­cej prawdę. Po­dob­nie za­rząd dróg wie­rzy, że kon­klu­zja pana i Fuhra jest praw­dziwa.

- Mamy do­brą opi­nię.

- Ale nie­zbyt do­brą sy­tu­ację fi­nan­sową. - Pod­nio­słem wzrok i uśmiech­ną­łem się prze­pra­sza­jąco. - Przy­naj­mniej we­dług re­je­stru w Br?n­n?y­sund.

Bent od­po­wie­dział mi nieco sztyw­niej­szym uśmie­chem.

- Pod­czas pan­de­mii na­stą­pił pe­wien za­stój. O co panu wła­ści­wie cho­dzi?

Znów sku­pi­łem się na pracy.

- Za­sta­na­wiam się, na ile może pan mieć pew­ność, że da się wy­wier­cić tu­nel przy tym bu­dże­cie, który sta­nowi pod­stawę de­cy­zji o prze­su­nię­ciu drogi kra­jo­wej. Na przy­kład w skali od jed­nego do dzie­się­ciu.

- Hm - mruk­nął Bent. - Może osiem. Dzie­więć, je­śli przyj­miemy, że nie bę­dzie wię­cej niż dwa razy dro­żej.

- A dla­czego nie dzie­sięć?

Nie od­po­wie­dział, tylko na mnie pa­trzył.

Unio­słem śru­bo­kręt.

- Co by było po­trzebne, żeby pan zmie­nił zda­nie?

- Czego pan chce... Roy, tak?

Uśmiech­ną­łem się.

- Prze­pra­szam, to py­ta­nie za­czerp­nięte z opar­tej na ba­da­niach na­uko­wych tech­niki prze­ko­ny­wa­nia. Cho­dzi o ta­kie za­da­wa­nie py­tań, żeby ta druga osoba prze­ko­nała sama sie­bie, że roz­mówca ma ra­cję. To z książki, którą do­sta­łem od brata. On się zaj­muje ta­kimi spra­wami.

- Prze­ko­ny­wa­niem?

- Tak. Sprze­dażą pro­jek­tów i po­dob­nych rze­czy. Jest w tym do­bry.

- Więc jest pan tu po to, żeby... coś mi sprze­dać?

- Rze­czy­wi­ście, można tak to ująć. Ale po­minę całą tę gadkę akwi­zy­to­rów.

- Do­prawdy?

- Ow­szem. I spró­buję pana prze­ko­nać w kla­syczny spo­sób. Dam panu i pań­skiemu wspól­ni­kowi dwa­na­ście mi­lio­nów ko­ron, je­żeli w ra­por­cie dla za­rządu dróg znaj­dzie się stwier­dze­nie, że tego tu­nelu nie na­leży bu­do­wać.

Za­pa­dła ci­sza.

- Pan pró­buje mnie... prze­ku­pić? - spy­tał Bent.

Kiw­ną­łem głową.

- Tak. Wpraw­dzie nie brzmi to naj­le­piej, ale to wła­ściwe okre­śle­nie.

Bent za­śmiał się z nie­do­wie­rza­niem.

- A co, na mi­łość bo­ską, skła­nia pana do tego, żeby są­dzić, że to się uda?

- Po pierw­sze, używa pan czasu przy­szłego.

- Słu­cham?

- Gdyby pan wy­klu­czył taką myśl, po­wie­działby pan: "Co skła­nia pana do tego, żeby są­dzić, że to by się udało?". O ta­kich rze­czach pi­szą w tej książce. O tym, że do­bór słów ujaw­nia na­sze my­śli. Czę­sto jesz­cze za­nim so­bie uświa­do­mimy, że tak my­ślimy.

Bent prych­nął.

- A po dru­gie?

- Co?

- Po­wie­dział pan: "po pierw­sze".

- A, tak. - Otwo­rzy­łem scho­wek na rę­ka­wiczki, wy­ją­łem do­wód re­je­stra­cyjny i mu pod­su­ną­łem. - Zer­k­ną­łem na to, kiedy na­pra­wia­łem sa­mo­chód. Tam jest na­pi­sane, że pan nie jest wła­ści­cie­lem auta. Ro­zu­miem, że jest wzięte w le­asing na firmę. Le­asing świad­czy o złej kon­dy­cji fi­nan­so­wej, wie pan?

- I co z tego?

- Były tam też trzy nie­za­pła­cone man­daty, któ­rych ter­min już dawno mi­nął. To mi mówi jedno, Bent. Że pan i pań­ska firma ma­cie pro­blemy z płyn­no­ścią fi­nan­sową.

- I dla­tego są­dzi pan, że da się mnie prze­ku­pić? Niech pan po­słu­cha, Roy. Wo­lał­bym ogło­sić upa­dłość spółki niż po­peł­nić prze­stęp­stwo.

Pod­niósł głos, ale wąt­pi­łem w to, by jego mo­ral­ność do­znała tak głę­bo­kiej urazy, jak mo­głoby się wy­da­wać. Za­ko­ły­sa­łem głową, jak­bym coś roz­wa­żał.

- Hm. Czy to aby na pewno prze­stęp­stwo? W za­sa­dzie nikt nie wie, co znaj­duje się we wnę­trzu tej góry. Może woda. Może luźny ma­te­riał. Osiem na dzie­sięć ozna­cza dwu­dzie­sto­pro­cen­tową szansę na to, że wstępny ra­port jest błędny. Cał­kiem sporo, zgo­dzi się pan ze mną? Tu­taj trzeba je­dy­nie spoj­rzeć na sprawę z tro­szeczkę in­nej strony, spraw­dzić, czy da­nych nie można zin­ter­pre­to­wać ina­czej. Zga­dza się?

Bent nie od­po­wie­dział.

- Ow­szem, może pan ogło­sić upa­dłość spółki, ale nie upa­dłość ro­dziny. - Ru­chem głowy wska­za­łem willę.

I po drgnię­ciu po­wieki Benta po­zna­łem, że tra­fi­łem. Zna­la­złem jego czuły punkt. Ro­dzina. Bę­dąca rów­nież moim czu­łym punk­tem. Ale ode­pchną­łem wszel­kie współ­czu­cie, ja­kie mo­głoby we mnie wez­brać, za­cho­wa­łem chłód w sercu.

- Spraw­dzi­łem hi­po­tekę - po­wie­dzia­łem. - Ta cha­łupa jest za­dłu­żona po ko­min. Tak samo dom pań­skiego part­nera Jona. Pew­nie mu­sie­li­ście wy­ło­żyć sporo go­tówki, kiedy za­kła­da­li­ście spółkę.

Bent nie po­ru­szył głową, ale je­stem pe­wien, że przy­tak­nął mru­gnię­ciem.

- No a po­tem przy­szła pan­de­mia. - Wes­tchną­łem. - Okej, dzięki temu nie bę­dzie panu tak trudno prze­ko­nać Jona, żeby na to po­szedł.

Bent sze­roko otwo­rzył oczy.

- Pan osza­lał. Jon...

- Był już wcze­śniej ska­zany za mal­wer­sa­cje - prze­rwa­łem mu. - I za prze­moc.

Szczęka mu opa­dła i już tak za­sty­gła.

- Wy­roki też są do­stępne pu­blicz­nie - wy­ja­śni­łem. - Nie mó­wił panu o tym? Wpraw­dzie cho­dziło o ja­kieś gro­sze, kiedy był stu­den­tem i pra­co­wał w ba­rze, ale do­stał pół roku w za­wie­sze­niu. A za­tem ma w so­bie to coś. Wła­śnie dla­tego przy­sze­dłem do pana. Żeby pan to da­lej z nim omó­wił. To nie po­winno być aż ta­kie trudne.

Bent prze­łknął ślinę. Spu­ścił głowę i za­pa­trzył się w pod­łogę. Po­wie­dział­bym, że wy­glą­dał na ogól­nie zre­zy­gno­wa­nego. Ale pa­mię­ta­łem, co zwy­kle mó­wił tata, kiedy opo­wia­dał Car­lowi i mnie o ujarz­mia­niu dzi­kich koni w Ame­ryce. O tym, że naj­groź­niej­szy mo­ment przy­cho­dził wtedy, gdy koń spra­wiał wra­że­nie, że się pod­dał, i sta­wał cał­kiem nie­ru­chomo. Wów­czas na­le­żało się pil­no­wać, bo można było mieć pew­ność, że za­raz znowu kop­nie.

- Już ju­tro mogę ogło­sić upa­dłość spółki i zna­leźć ro­botę jako geo­log gdzie­kol­wiek - oświad­czył na­gle Bent ostrym to­nem. - Z lep­szą pen­sją niż wy­cią­gam dzi­siaj.

Miał ra­cję, wie­dzia­łem o tym. Ale wie­dzia­łem też, że to nie pen­sja go na­pę­dza, tylko two­rze­nie cze­goś oso­bi­ście, by­cie sa­memu so­bie pa­nem. Kiedy po­wie­dział, że pro­wa­dzę warsz­tat sa­mo­cho­dowy, le­d­wie zdo­ła­łem się po­wstrzy­mać, żeby go nie po­pra­wić, że je­stem jego wła­ści­cie­lem. Stwier­dzi­łem na­wet, że pro­wa­dzę sta­cję ben­zy­nową, a nie, że jest moja. Bo to brzmi tak pom­pa­tycz­nie i py­szał­ko­wato. Pa­mię­tam, jak Mari, dziew­czyna Carla z lat mło­dzień­czych, spy­tała mnie, dla­czego my dwaj tak się od sie­bie róż­nimy, dla­czego nie prze­chwa­lam się jak on. Od­par­łem, że chyba uwa­żam, iż sam w so­bie je­stem do­sta­tecz­nie dużo wart. Co oczy­wi­ście było kłam­stwem. Wcale tak nie uwa­żam i ni­gdy tak nie było. W głębi du­cha, w środku, je­stem cho­ler­nym dzier­żawcą. Dys­lek­tycz­nym, nie­do­sto­so­wa­nym spo­łecz­nie od­lud­kiem bez in­nego wy­kształ­ce­nia czy kul­tury niż zdo­byte na wła­sną rękę w ma­łej gór­skiej wio­sce. Z bra­tem, który miał wszystko to, czego nie mia­łem ja. Któ­remu do­brze szło w szkole, do­brze szło z dziew­czy­nami, do­brze szło z ludźmi w ogóle. Carl ni­gdy nie po­trze­bo­wał pod­ręcz­nika sprze­daży, żeby wie­dzieć, które gu­ziki trzeba na­ci­skać - on sam był tym pod­ręcz­ni­kiem.

- Za­ufa­nie to do­bra rzecz - po­wie­dzia­łem, wkła­da­jąc pa­nel pod kie­row­nicą na swoje miej­sce. - To naj­lep­sza rzecz, jaką mamy w Nor­we­gii, warta wię­cej niż ropa. Tak, tak, wła­dze uwie­rzą w pań­ski ra­port. Tak jak uwie­rzyły w ra­port po­go­dowy, który stwier­dzał, że w Hu­rum jest tyle a tyle dni z mgłą, więc po­sta­no­wiły zlo­ka­li­zo­wać główne lot­ni­sko Oslo w Gar­der­moen, a nie tam. Pa­mięta pan? Był rok dzie­więć­dzie­siąty czwarty. Wielu przed­się­bior­ców miało in­te­res w tym, żeby to było Gar­der­moen. A po­tem ten in­ży­nier, Wi­borg, za­czął się awan­tu­ro­wać. Uwa­żał, że po­miary były błędne. Ale parę dni przed pla­no­wa­nym ter­mi­nem przed­ło­że­nia w par­la­men­cie wy­ni­ków swo­ich ba­dań na­gle umarł. No pro­szę. Mó­wili, że sa­mo­bój­stwo. Cho­ciaż nikt nie po­tra­fił wy­ja­śnić, w jaki spo­sób sam, nagi, zdo­łał się prze­bić przez po­dwójną szybę okna w po­koju ho­te­lo­wym na trze­cim pię­trze.

Bent mru­gał i mru­gał. Żal mi było fa­ceta, oczy­wi­ście, że tak. Tak jak w pew­nym sen­sie było mi żal tych, któ­rzy wy­wo­ły­wali awan­turę pod­czas tań­ców w ?r­tun, w świe­tlicy wiej­skiej, bo Carl flir­to­wał z ich dziew­czy­nami. Czuli prze­cież za­zdrość, zresztą nic dziw­nego. A z re­guły po­cho­dzili spoza na­szej wio­ski i nie mo­gli wie­dzieć, że Carl ma star­szego brata - co prawda drob­niej­szego od sie­bie - który wkrótce spu­ści im la­nie. Po­rządne. Nie spra­wiało mi to ra­do­ści wtedy i nie spra­wiało te­raz. Ta­kie rze­czy po pro­stu na­le­żało zro­bić. Dla ro­dziny.

Wy­pu­ścił po­wie­trze z płuc i za­pa­trzył się przez przed­nią szybę na bramę do ga­rażu. Tak, zna­lazł się w za­mknię­ciu i chyba to wie­dział. Oczy­wi­ście oka­le­cze­nie czy śmierć nie wcho­dziły w grę; groźba miała je­dy­nie za­pew­nić mu do­dat­kowy ar­gu­ment w dys­ku­sji, którą wie­czo­rem od­bę­dzie z sobą sa­mym, aby móc skon­sta­to­wać, że nie cho­dzi o chci­wość, skąd, lecz o za­dba­nie o wła­sne zdro­wie. Czy był wresz­cie go­towy? Skoń­czy­łem już tu­taj swoją ro­botę? Ży­wi­łem szczerą na­dzieję, że tak. Nie mia­łem bo­wiem siły za­gry­wać swo­jej ostat­niej karty i jakby od nie­chce­nia rzu­cić imio­nami żony i dwojga dzieci, a także na­zwami przed­szkola i szkoły, do któ­rych cho­dziły.

Poza tym kiedy się wciąga w coś ro­dzinę, ni­gdy nie wia­domo, co może z tego wy­nik­nąć.

Pod­nio­słem me­ta­lowy dynks.

- Ojej! - po­wie­dzia­łem. - Znów za­po­mnia­łem to za­mon­to­wać.

2

Czy każdy może zo­stać mor­dercą? Czy może nie­któ­rzy - ba, więk­szość z nas - mają wmon­to­wany men­talny albo mo­ralny bez­piecz­nik unie­moż­li­wia­jący ode­bra­nie ży­cia dru­giemu czło­wie­kowi? Nie mó­wię tu o za­bi­ja­niu w obro­nie wła­snej czy w afek­cie, ale o tym, czy da się na­kło­nić zwy­kłych do­brych lu­dzi - na przy­kład ko­goś ta­kiego jak Bent Hal­den - do za­bi­cia bliź­niego z zimną krwią przy kie­ro­wa­niu się wy­łącz­nie ta­kim mo­ty­wem, że im sa­mym dzięki temu bę­dzie się żyć tro­chę le­piej i ła­twiej.

Wła­śnie o tym roz­my­śla­łem, tnąc ciem­ność jak płu­giem swoim vo­lvem v60.

Jak zwy­kle z Oslo do Os o tak póź­nej po­rze je­chało się nieco szyb­ciej. Le­d­wie mi­nęła pół­noc, kiedy skrę­ci­łem na po­bo­cze i za­trzy­ma­łem się na wzgó­rzu, z któ­rego w dzien­nym świe­tle wi­dać za­równo ta­bliczkę z na­zwą gminy, jak i część wio­ski po­ło­żoną wzdłuż je­ziora Bu­dal. W krót­kich sło­wach: Os to osada li­cząca około ty­siąca miesz­kań­ców, a całą gminę za­miesz­kuje trzy ty­siące osób. Po­ło­żona jest sześć­set me­trów nad po­zio­mem mo­rza; lata są krót­kie, ale go­rące i su­che, zimy na­to­miast ostre i in­ten­sywne. Samą wio­skę i więk­szość farm - bo to chłop­ska kra­ina - osła­niają zbo­cza do­liny, a inne go­spo­dar­stwa - ta­kie jak Opgard - po­ło­żone są na zbo­czu góry, w oto­cze­niu pa­stwisk i mi­ni­mal­nej ilo­ści ziemi upraw­nej. Pa­nuje chyba ste­reo­typ, że miesz­kają tu twar­dzi ma­ło­mówni lu­dzie, któ­rzy na­uczyli się, jak prze­żyć w su­ro­wym oto­cze­niu, i ten ste­reo­typ, cho­lera, nie jest zbyt da­leki od prawdy. Może wła­śnie te ele­menty two­rzą wio­skę ba­lan­su­jącą mię­dzy bli­skim cie­płym współ­ist­nie­niem a klau­stro­fo­biczną kul­turą plotki i za­zdro­ści.

Pod wzglę­dem go­spo­darki naj­waż­niej­sza jest tu­taj tu­ry­styka, głów­nie sprze­daż dzia­łek pod domki let­ni­skowe, Os Spa i kem­ping, też z dom­kami. Za­nim zbu­do­wano Os Spa, które uczy­niło Carla kró­lem Os, rzą­dził tu Wil­lum Wil­lum­sen, sprze­dawca uży­wa­nych sa­mo­cho­dów i wła­ści­ciel kem­pingu. Cho­ciaż tak na­prawdę rządy spra­wo­wał wy­brany z ra­mie­nia Par­tii Pracy na­czel­nik gminy Os, i to przez dwa­dzie­ścia pięć lat, do­póki sam nie zde­cy­do­wał o swo­jej re­zy­gna­cji, a poza tym wciąż po­zo­sta­wał szarą emi­nen­cją, któ­rej nowy na­czel­nik gminy nie mógł nie słu­chać.

Nad szczy­tem Ot­ter­tind wi­siał blady księ­życ, a niebo było roz­gwież­dżone. Nie za bar­dzo znam się na gwiaz­dach, to dla mnie zbyt wiel­kie i zbyt od­le­głe, lecz gdyby ona sie­działa obok mnie w sa­mo­cho­dzie, to mógł­bym prze­ka­zać sporo in­for­ma­cji o Os. Po­ka­zał­bym jej i opo­wie­dział do­kład­nie, w czyim domu tam, w dole, się świeci.

Na krótki mo­ment ule­głem wi­zji i wy­obra­zi­łem so­bie, że wła­śnie ona sie­dzi obok mnie na fo­telu pa­sa­żera, a na­sza córka przy­słu­chuje się z tyl­nego sie­dze­nia. A ja im tłu­ma­czę, że wie­cie, dziew­czyny, tam gdzie wi­dać naj­wię­cej świa­teł, tam jest ry­nek, a tamto świa­tło na wzgó­rzu tuż za nim to ten wielki dom, który bu­duje wu­jek Carl.

Wzią­łem się jed­nak w garść i na siłę wró­ci­łem do rze­czy­wi­sto­ści.

Nie było mnie trzy dni, a już po dwóch za­czą­łem tę­sk­nić za po­wro­tem. Nie wiem dla­czego. Stra­ci­łem w tej wio­sce wszystko, co mia­łem. Ale też i wszystko, co mia­łem, do­sta­łem tu­taj. Nie­na­wi­dzi­łem tego miej­sca, a za­ra­zem je ko­cha­łem. Ko­niec koń­ców, czego wię­cej można żą­dać od ro­dzin­nej wio­ski?

Znów wrzu­ci­łem bieg i vo­lvo wje­chało na drogę kra­jową. Do­tar­łem do za­bu­do­wań, mi­ną­łem warsz­tat i swoją sta­cję ben­zy­nową, dom Smit­tów z oknami brud­nymi od ku­rzu z drogi oraz wiel­kim pla­ka­tem na fron­cie re­kla­mu­ją­cym strzy­że­nie i so­la­rium w taki spo­sób, że u prze­jezd­nych mu­siał bu­dzić wra­że­nie, iż ob­ci­na­nie wło­sów i opa­la­nie od­bywa się sy­mul­ta­nicz­nie.

Sto me­trów da­lej stał dom mo­dli­twy. Aku­rat te­raz farba łusz­czyła się z bia­łych ścian, ale taka sy­tu­acja po­ja­wiała się i zni­kała. Od­kąd by­łem dziec­kiem, fale po­bu­dze­nia re­li­gij­nego nie­re­gu­lar­nie za­le­wały wio­skę, a wtedy przez pe­wien czas trwało du­chowe unie­sie­nie, or­ga­ni­zo­wano zbiórki pie­nię­dzy i na­kła­dano na dom mo­dli­twy nowe war­stwy farby. Po czym wszystko ci­chło, dia­beł znów brał górę, a bu­dy­nek ko­lejny raz pu­sto­szał, po­grą­żał się w mroku i tylko w ścia­nach tkwiło echo mó­wie­nia ję­zy­kami oraz świa­dectw, które wiele obie­cy­wały. Pewna groza kryła się za­równo w sa­mym bu­dynku, jak i w uśmiech­nię­tych wę­drow­nych ka­zno­dzie­jach, któ­rzy przy­jeż­dżali znie­nacka i zo­sta­wali tu przez kilka mie­sięcy. Tak jakby za tymi drzwiami pod krzy­żem działy się różne dziwy, ta­kie, o któ­rych ni­gdy się nie mó­wiło. To zna­czy obok wszyst­kich tych cu­dow­nie skan­da­licz­nych rze­czy, o któ­rych plot­ko­wano, a do któ­rych naj­praw­do­po­dob­niej ni­gdy nie do­szło.

Zwol­ni­łem nieco w cen­trum - je­śli można tak na­zwać nie­duży ry­ne­czek - opu­ści­łem szybę i spoj­rza­łem na knajpę Swo­bodne Spa­da­nie, je­dyne w Os miej­sce, do któ­rego można się było wy­brać w so­botni wie­czór. Na po­ty­ka­czu przed wej­ściem roz­po­zna­łem sta­ranny cha­rak­ter pi­sma Erika: "DJ ERIK. HAPPY HOUR EVERY HOUR".

Na­wet tu, na ze­wnątrz, po­wie­trze drgało od dud­nie­nia ba­sów, w środku na pewno był ścisk i tłum lu­dzi. Kiedy ku­pi­łem Swo­bodne Spa­da­nie za gro­sze od Erika Ne­rella, zro­bi­łem to nie z po­wodu wy­obra­żeń, że na branży roz­ryw­ko­wej w Os można za­ro­bić, tylko dla­tego, że za­le­żało mi na tej nie­ru­cho­mo­ści. Pew­nego dnia - je­śli wszystko pój­dzie zgod­nie z pla­nem - bę­dzie warta sporo wię­cej niż kwota, za którą Erik mu­siał ją sprze­dać. No cóż, jego błąd, po pro­stu źle pro­wa­dził ten lo­kal. W ra­mach de­alu uzgod­ni­li­śmy, że Erik da­lej bę­dzie tu pra­co­wał, ale jako nową kie­row­niczkę za­trud­ni­łem Ju­lie, która po­ka­zała, że po­trafi po­pro­wa­dzić sta­cję ben­zy­nową pod moją nie­obec­ność. Ju­lie wy­rzu­ciła stół bi­lar­dowy, ku­piła za to piec do pizzy i wy­ra­fi­no­wany eks­pres do kawy, a poza tym roz­sze­rzyła asor­ty­ment piwa - ofe­ro­wa­li­śmy te­raz dwa­dzie­ścia ma­rek z ca­łego świata. Otwarte od dzie­sią­tej rano do dzie­sią­tej wie­czór, a w piątki i so­boty do pierw­szej w nocy. I to na­prawdę dzia­łało. Wpraw­dzie knajpa nie była ko­pal­nią złota, ale wno­siła tro­chę ży­cia w sa­mym Os po sie­dem­na­stej; po­nadto nie wolno nie do­ce­niać efektu sy­ner­gii, na który mogą wpły­wać ta­kie miej­sca.

Wprost na za­cho­dzie i aku­rat w tej chwili do­kład­nie na tle księ­życa zo­ba­czy­łem syl­wetkę domu, do któ­rego miał się wpro­wa­dzić Carl za pół roku, kiedy bu­dowa zo­sta­nie ukoń­czona. Lu­dzie na­zy­wali go po pro­stu Kró­lew­skim Dwo­rem, bo rze­czy­wi­ście przy­po­mi­nał pa­łac, gdy tak kró­lo­wał nad wio­ską jak w tej pio­sence Spring­ste­ena Man­sion on the Hill.

Skrę­ci­łem w prawo, mi­ną­łem go­spo­dar­stwo Ner­gard. Za­ko­no­to­wa­łem - tak jak ko­no­tują miesz­kańcy wio­ski - że sa­mo­chód Grete Smitt stoi na po­dwó­rzu za au­tem Si­mona. Za­czą­łem się wspi­nać wą­ską szosą ku szczy­towi. Na zre­du­ko­wa­nym biegu prze­je­cha­łem przez Ja­poń­ski Za­kręt, a na ko­niec po­ko­na­łem Kozi Za­kręt. Wje­cha­łem na po­dwó­rze i za­par­ko­wa­łem mię­dzy sto­dołą a nie­du­żym do­mem, obok bmw Carla.

Opgard. Na­resz­cie w domu.

Carl jesz­cze nie spał. Wciąż nie prze­brał się z gar­ni­turu i sie­dział te­raz w sta­rym fo­telu bu­ja­nym taty w ogro­dzie zi­mo­wym przy pi­wie. To był po­mysł taty, że ten ra­czej ubogi dom, który zbu­do­wał w gór­skiej za­gro­dzie, ma mieć porch[1] w stylu ame­ry­kań­skim. A po­my­słem mamy było, że porch trzeba oszklić i od tej pory na­zy­wać ogro­dem zi­mo­wym. Chyba mówi to coś o ich po­cho­dze­niu. Mama pra­co­wała jako słu­żąca i go­spo­dyni u ro­dziny bo­ga­tego ar­ma­tora w mie­ście; lu­biła na­zy­wać rze­czy z an­giel­ska, tak aby brzmiały eli­tar­nie, i o na­szej cuch­ną­cej oborą sieni mó­wiła "hall". Tata wy­cho­wał się na wsi w Min­ne­so­cie z ca­dil­la­kiem, ko­ścio­łem me­to­dy­stów i pur­suit of hap­pi­ness[2], a Car­lowi i mnie nadał dru­gie imiona po dwóch re­pu­bli­ka­nach. Mnie przy­pa­dło Ca­lvin po pre­zy­den­cie Ca­lvi­nie Co­olidge'u, a Car­lowi Abel po Ablu Par­ke­rze Upshu­rze, fa­ce­cie, który za­ła­twił anek­sję Tek­sasu.

Z ogrodu zi­mo­wego mie­li­śmy wi­dok na całą wio­skę. Os Spa le­żą­cego tuż za pa­gór­kiem na za­cho­dzie nie było wi­dać, ale żeby tam do­trzeć, wy­star­czał nam kwa­drans mar­szu po wła­snej ziemi. Tyle samo zaj­mo­wały zjazd do wio­ski i pod­je­cha­nie do ho­telu ozna­ko­waną as­fal­tową drogą. Py­ta­łem Carla, dla­czego upiera się przy jeż­dże­niu tam au­tem - gdyby ko­rzy­stał z wła­snych nóg, to może zdo­łałby zgu­bić cho­ciaż parę z tych ki­lo­gra­mów, któ­rych przy­by­wało mu z każ­dym ro­kiem, pod­czas gdy ja co­raz bar­dziej chu­dłem. On jed­nak uwa­żał, że szef ho­telu po­wi­nien przy­by­wać do pracy z pew­nym do­sto­jeń­stwem, a do­dat­kowe ki­lo­gramy tylko mu tego do­sto­jeń­stwa przy­dają.

Usia­dłem obok Carla, wy­ją­łem puszkę por­cjo­wa­nego snusu marki Berry i wło­ży­łem to­re­beczkę do ust. To tata mnie na­uczył, że snus na­leży umiesz­czać pod dolną wargą, a nie pod górną, jak ro­bią tu­tejsi. I że to musi być Berry, a nie skan­dy­naw­skie gówno, które ku­pują inni.

- No i jak? - spy­tał Carl.

- Zo­ba­czymy - od­par­łem.

Wzią­łem z pa­ra­petu ostat­nią nie­otwartą bu­telkę piwa, wy­ją­łem z po­chwy fiń­ski nóż i zdją­łem kap­sel. Do­bre. Jedna bu­telka piwa za­wsze sma­kuje do­brze. To pra­gnie­nie więk­szej ilo­ści od­róż­niało Carla i tatę ode mnie. Ja by­łem tym nie­pi­ją­cym, de­si­gna­ted dri­ver[3] Carla od czasu, gdy do­ro­słem już na tyle, żeby jeź­dzić sa­mo­cho­dem, co w Os może ozna­czać wiek sporo niż­szy niż do­zwo­lony do zro­bie­nia prawa jazdy. Od szes­na­stego roku ży­cia wo­zi­łem Carla i Mari na tańce w ?r­tun, cze­ka­łem, pi­łem colę, bi­łem się, od­wo­zi­łem ich do domu. Mari ze­rwała z moim bra­tem, kiedy jej naj­lep­sza przy­ja­ciółka Grete Smitt do­nio­sła jej, że Carl ją prze­le­ciał. Wy­je­chał wtedy na stu­dia do USA, a pięt­na­ście lat póź­niej wró­cił do domu z żoną i pla­nami zbu­do­wa­nia Os Spa. To było już po­nad osiem lat temu. Żona prze­pa­dła, ale ho­tel stał. Pię­cio­gwiazd­kowa ko­pal­nia złota, wy­so­ko­gór­ski ho­tel, duma wio­ski i jej je­dyny claim to fame[4].

- Ale jak są­dzisz? - Carl zdu­sił bek­nię­cie.

Wzru­szy­łem ra­mio­nami.

- Dzie­więć­dzie­siąt mi­lio­nów ko­ron za ko­lejkę gór­ską to dużo.

- Mam na my­śli geo­loga. Za­ak­cep­to­wał ofertę?

- Nie wiem. Da­łem mu czas do na­my­słu.

- Se­rio? To zna­czy, że ma ja­kieś wąt­pli­wo­ści?

- To zna­czy, że na szczę­ście ma opory mo­ralne.

- Na szczę­ście?

- Tak. - Wy­pi­łem łyk. - Prze­żywa te­raz udręki su­mie­nia.

- I to dla nas do­brze?

- To ozna­cza, że kiedy po­wie "tak", nie bę­dzie ry­zyka, że za­cznie ża­ło­wać i zmieni zda­nie. A po­nie­waż ma też mo­ral­ność, to nie po­wie "tak" tylko po to, żeby nas oszu­kać.

- Cza­sami można by po­my­śleć, że to ty z nas dwóch je­steś by­strzej­szy - za­uwa­żył Carl. Przy­ło­żył bu­telkę do ust i ją opróż­nił.

To był żart. Ale nie­da­leki od prawdy. Mało kto uwa­żał mnie za by­strzej­szego od brata.

- Przy­szła od­po­wiedź z działu bez­pie­czeń­stwa w za­rzą­dzie dróg - oznaj­mił Carl, wsta­jąc. - Piwo?

Unio­słem bu­telkę, po­ka­zu­jąc, że jesz­cze mam. Carl wy­szedł, z kuchni do­bie­gły od­głosy otwie­ra­nia i za­my­ka­nia lo­dówki.

To była ty­powa dla niego dra­ma­tur­gia. Za­siać cie­ka­wość, a po­tem zro­bić prze­rwę, aby ocze­ki­wa­nia mo­gły uro­snąć. Pew­nie do­brze dzia­łało, kiedy sprze­da­wał nowe pro­jekty, ale ja już tak do tego przy­wy­kłem, że ani nie umie­ra­łem z na­pię­cia, ani się nie nie­cier­pli­wi­łem i nie iry­to­wa­łem. Usły­sza­łem, że otwiera bu­telkę, a sam prze­su­ną­łem wzrok na Kozi Za­kręt, który pła­wił się w księ­ży­co­wym świe­tle. O tym, gdzie do­kład­nie co do me­tra koń­czy się droga pu­bliczna, a za­czyna na­sza pry­watna, dys­ku­to­wa­li­śmy z za­rzą­dem dróg la­tami. By­li­śmy zda­nia, że to do nich na­leży usta­wie­nie ba­riery ener­go­chłon­nej na za­ła­ma­niu drogi w miej­scu, gdzie skała opa­dała sto me­trów pio­nowo w dół do Ko­tła, cia­snej roz­pa­dliny, która bar­dzo nie­chęt­nie od­da­wała to, co do­stała, za­równo gdy cho­dziło o kozy, jak i o lu­dzi. A je­śli do Ko­tła wpa­dły sa­mo­chody, to je za­trzy­my­wał.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki