Jutro wyjadę z Nowego Jorku.
W ten letni wieczór po raz ostatni wspinam się po schodkach przeciwpożarowych, które czarną blizną przecinają fasadę fraterni Świętego Kryspina. Metalowe stopnie parzą.
Dopiero czerwiec, a upał z każdym dniem coraz bardziej przytłacza. Trwa długo, do nocy, klei się do skóry. Przy najmniejszym ruchu perli się pot. Powietrze jest lepkie.
Miasto się gotuje. Z jego trzewi bucha cierpki oddech asfaltu.
Wychodzę na szczyt sześciopiętrowca. Dach budynku to kwadratowy, goły taras, każda jego krawędź mierzy ze dwadzieścia metrów. Aluminiowa izolacja iskrzy się jak dywan z drogich kamieni.
Platforma sterczy nad dzielnicą Melrose w Południowym Bronksie. Ta niegdyś zwarta aglomeracja zasłużyła sobie na reputację getta dopiero w latach sześćdziesiątych XX wieku. W miarę jak osiedlały się tutaj rodziny czarne i portorykańskie, rodziny białe się wyprowadzały. Służby miejskie stopniowo się popsuły, policyjne patrole pojawiały się coraz rzadziej, śmiecie walały się po chodnikach, rosła liczba napadów i kradzieży. Bronx zaczął konać. Przerażeni właściciele zatrudniali drobnych przestępców do podpalania swoich nieruchomości i pobierali odszkodowania z firm ubezpieczeniowych. Zniszczono trzysta tysięcy mieszkań. Trzecia część Południowego Bronksu padła pastwą płomieni. Pożar trwał piętnaście lat. To morze ruin objęli w posiadanie nowi osadnicy. Byli biedni do ostatnich granic. Pod ciepłym popiołem tlił się ogień getta.
Na wschód od mojego wiszącego klasztoru migoczą tysiące luminescencyjnych punkcików rzuconych na ciemne fasady housing projects [1], wieżowców Bronksu. Żółte orbity mrugają w drgającym powietrzu. W tych wiszących niszach ludzie całują się, czytają, jedzą, oglądają telewizję, rozmawiają, ranią się, biją, zabijają. Tysiące losów, stłoczonych obok siebie, jedne na drugich.
Wieżowce są rozstawione jak wieże w grze konstrukcyjnej, o konturach powleczonych atramentem nocy. Nowy Jork jest miastem dzieci, którym zbyt szybko wydłużyły się nogi. Hausty muzyki, wrzaski, słowa wyrwane z niebieskawych ekranów z sąsiedniego bloku mieszają się z podziemnym pomrukiem miasta. Syreny regularnie przecinają głuchy hałas.
W kierunku południowym, powyżej plamy cienia, po pomarańczowej aureoli domyślam się skyline Manhattanu, naszyjnika migoczących gmachów, przeglądającego się w zatoce.
Na północ, niemal w zasięgu ręki, znajduje się pokryty dachówką dach kościoła Świętego Kryspina i jego spiczasta dzwonnica. Przywierająca do świątyni dawna plebania, trzypiętrowy, ceglany sześcian, ciągnie się wzdłuż 156 Ulicy. Na wprost - niezagospodarowany teren zamieniony na parking, otoczony wysoką siatką zwieńczoną ostrym, kolczastym drutem.
Ta plebania stała się fraternią Świętego Kryspina [2], pierwszym klasztorem Franciszkanów Odnowy [3].
"Pragniecie iść za Chrystusem ukrzyżowanym?" - zapytał kardynał O'Connor, arcybiskup Nowego Jorku, ośmiu braci pionierów. "Można modlić się do Boga na szczytach ośnieżonych gór czy nad brzegiem oceanu, ale jeśli chcecie iść za Chrystusem aż na kalwarię, jak Święty Franciszek z Asyżu, to dlaczego nie zejść na samo dno getta?"
Kardynał powierzył im parafię w Południowym Bronksie, która goniła resztkami sił. Kościół, plebania i należąca do niej szkoła stanowiły kompleks trzech gmachów między 155 i 156 Ulicą, w dzielnicy Melrose. W 1987 roku ośmiu awanturników zanurzyło się w tym opustoszałym borough [4], wśród dropouts - wyrzutków i weirdos - nienormalnych, otoczeni przez dilerów i gangi, uzbrojeni jedynie w wiarę, ubóstwo i modlitwę.
Dziesięć lat później było ich pięćdziesięciu.
W dawnej szkole parafialnej, sąsiadującej z fraternią, Franciszkanie Odnowy urządzili lokale Hope Line, stowarzyszenia wzajemnej pomocy dla imigrantów; sale szkolne do nauki angielskiego - Bronx mówi po hiszpańsku; gimnazjum dla młodzieży z dzielnicy. W suterenie powstała noclegownia dla bezdomnych.
Schronisko Padre Pio [5] otworzyło swe podwoje 23 grudnia 1987 roku, zaledwie kilka miesięcy po osiedleniu się franciszkanów u Świętego Kryspina. Tego wieczoru wszyscy bracia zebrali się, by przyjąć pierwszych osiemnastu gości. Inauguracja ta zbiegła się z pierwszym Bożym Narodzeniem nowej wspólnoty. Lokal ozdobiono girlandami, ale brat Glenn był bardzo zmartwiony, ponieważ nie mógł znaleźć Dzieciątka Jezus z szopki, którą urządził w pośpiechu. Wybiła północ. Zaimprowizowana procesja podeszła do żłóbka. Zbawiciel wciąż nie dawał się znaleźć. Glenn zabrał głos:
- Wybaczcie mi, bracia, żłóbek zostanie pusty: nie mogę znaleźć Jezusa!
Jeden z bezdomnych podszedł do niego i powiedział:
- Przestań się, bracie, niepokoić i już nie szukaj. Dziś wieczór to ty jesteś dla nas Jezusem.
Od tej pory każdego wieczoru osiemnastu bezdomnych jest goszczonych jak Chrystus przez braci i ich przyjaciół wolontariuszy.
Moja droga skrzyżowała się z drogą franciszkanów w sierpniu 1993 roku w autobusie relacji Pittsburg - Denver. Razem z zaprzyjaźnioną dziennikarką Florence towarzyszyłem francuskim pielgrzymom do Denver w stanie Colorado, gdzie miały się odbyć Światowe Dni Młodzieży. Wśród pasażerów byli franciszkanie. Mieliśmy trzy i pół dnia i jazdę przez ponad połowę kontynentu amerykańskiego, żeby zobaczyć, jak żyją, i nawiązać z nimi znajomość. Od razu poczuliśmy, że przyciągają nas ci młodzi, brodaci mnisi, odziani w szare, połatane habity, którzy chodzili boso, promienieli radością, która nie od nich pochodziła, żyli w dzielnicy wysokiego ryzyka, a swoją regułę streszczali tak: No money, no honey, one boss (zero forsy, zero miodu, jeden szef). Błyskawiczne tempo i żarliwość ich fundacji musiała ich upodabniać do uczniów Franciszka z Asyżu [6].
Kilka miesięcy później, w lutym 1994 roku, Florence i ja zawitaliśmy do fraterni Świętego Kryspina w Bronksie, aby zrobić reportaż o tej wspólnocie.
Bang, bang! Nigdy nie zapomnę tych wystrzałów i raptownego wyrwania ze snu w nocy po naszym przyjeździe. Rzuciłem się do okna mojego pokoju, znajdującego się na szóstym piętrze wieżowca. Przez zapoconą szybę ujrzałem dantejski krajobraz, nierzeczywiste widowisko w fosforyzującym oświetleniu. Ruiny, pogorzeliska, ziejące, ciemne dziury w ślepych budynkach, zdewastowane domy, wysypiska śmieci otoczone drutem kolczastym, wyboiste chodniki. Zwęglona dżungla, pokryta grubym, nieskalanym welonem, spod którego gdzieniegdzie wyzierały czarne kikuty. W Bronksie padał śnieg.
Zafascynowany i przerażony jednocześnie, poprzysiągłem sobie tej nocy, że jak najszybciej skończę reportaż i nigdy więcej nie wrócę do tego zapadłego kąta, grobowego getta. Nie jestem bohaterem.
Ale zima jednym ciosem powaliła wschodnie wybrzeże. Nazajutrz zimno przystąpiło do ataku. Północny wiatr kąsał, mróz rozsadzał przewody kanalizacyjne, lód kruszył kable, zaspy śnieżne blokowały ulice. Burza śnieżna izolowała miasto, unieruchomiła środki transportu... i nasz powrotny samolot. Bracia uwijali się, wydając żywność i węgiel starcom uwięzionym w dzielnicy w stanie oblężenia. Przez cały tydzień Florence i ja towarzyszyliśmy tym zakonnikom w szalonym wirze ich miłosierdzia.
Błogosławiona Siostra Zima.
Nie mogłem zapomnieć tych mocnych spotkań i więzi zadzierzgniętych w samym środku zawieruchy.
Wróciłem do Bronksu jeszcze dwukrotnie.
Dzisiaj dzielnica bardzo się zmieniła. Ruiny i czarniawe szczątki niemal zniknęły. Miejsce posępnych wieżowców stopniowo zajmują trzypiętrowe domy.
Na samym rogu 156 Ulicy i Melrose, dwa kroki od fraterni Świętego Kryspina, króluje nowy komisariat, błyszcząca bryła z połyskującej cegły, z oknami o kuloodpornych szybach, przyciemnionych na zielono.
Na wprost - numer 55 - remiza straży pożarnej wypuszcza w miasto dniem i nocą szkarłatne wozy, oświetlone i migoczące jak choinki, z wyjącymi syrenami. Te rozdzierające skargi są dla braci wezwaniem do modlitwy.
Bronx z pewnością nie jest jeszcze wioską amiszów. Liczba zabójstw i innych przestępstw wciąż przeraża, ale dzielnica jest mniej niebezpieczna. Można przespać noc i nie zostać obudzonym przez strzelaninę. To uspokojenie nie jest wyłącznie zasługą energicznej polityki burmistrza Nowego Jorku i zwiększenia liczby sił porządkowych. Wspólnoty zakonne, takie jak Franciszkanie Odnowy czy Misjonarki Miłości, pełnią dyskretną i znaczącą rolę pokojową. "Każde dzieło miłosierdzia jest dziełem pokoju", twierdziła Matka Teresa.
Światła w celach braci na drugim i trzecim piętrze dawnej plebanii kolejno gasną. Fasada fraterni odzyskała nocny wygląd. Księżyc rzuca na nią chiński cień drzewa i splotu jego gałęzi.
Drzewo... Pamiętam. Tym, co najbardziej mnie uderzyło, kiedy po raz pierwszy tutaj dotarłem, wcale nie była ilość krat, łańcuchów i zamków. Ani te niezagospodarowane tereny, na których dogorywają zdewastowane samochody, jak trupy bawołów na asfaltowej sawannie.
Ani hydranty uliczne, którymi w upalne dni kręcą swawolni, półnadzy chłopcy jak armatkami wodnymi, a ich siostry wiercą się pod mokrymi iskrami. Ani te przedpotopowe, drewniane beczki o stożkowatych dnach, ułożone na metalowych stojakach na szczycie szklanych wieżowców.
Ani kratki ściekowe, te dymiące paszcze, które z wnętrzności wypluwają bryzgi pary.
Ani zwęglone domki o czarnych i pustych oczodołach, miejsca-widma. Ani czterdziestopiętrowce z cegły w kolorze skrzepłej krwi, których kwadratowe i zamknięte szyby nie odbijają słońca.
Ani freski namalowane na murach w miejscach, gdzie zabito ludzi. Ani parkingi, przypominające spacerniak w więzieniu o zaostrzonym rygorze.
Ani olbrzymi w opadających spodniach, w czapkach wciśniętych aż po nauszniki walkmana, których mija się na ulicy, spuszczając wzrok, kuląc się i gorąco pragnąc zamienić się w malutką myszkę albo w człowieka niewidzialnego.
Nie: tym, co mnie najpierw uderzyło w tym wrogim świecie asfaltu, betonu i drutów kolczastych, była magnolia.
Na wewnętrznym dziedzińcu fraterni bracia uprawiają kilka metrów kwadratowych ziemi, wyrwanych miastu. W samym środku oazy, okolonej ceglanymi murami i siatką, rośnie w całej krasie drzewo cud. W ciepłej porze jego gałęzie są ostoją dla setek ptaków. Skacze po nim wiewiórka. Drzewo symbolizuje ogromny zakon franciszkański i jego liczne rozgałęzienia. I to, co Bóg może zrobić z ziarenkiem miłości, kiedy zostaje ono zasiane z wiarą.
Ta magnolia kwitnie dwa razy do roku.
Cud.
Piękna książka Kwiatki świętego Franciszka (Fioretti [7]) nie jest ukończona. Synowie Świętego Franciszka wyjątkowo dyskretnie zapisują jej kolejne stronice na całym świecie.
Do tego wielkiego dzieła chciałbym dodać garść "kwiatuszków", prostych świadectw, prawdziwych historii przeżytych w Nowym Jorku przez braci i siostry Biedaczyny z Asyżu i zebranych w ich otoczeniu.
Dostrzeżone w przelocie, nieznane oblicze Bronksu. Kwitnące drzewo we wrogim mieście. Świetlisty uśmiech na cierpiącej twarzy. Dziecko wyrwane ze szponów śmierci. Zbłąkana dusza, która odzyskuje godność...
Nadzieja budzi się wraz ze świtem. Siły życia i źródła miłości są ukryte pod ziemią. Nawadniają świat. W niektórych opustoszałych miejscach łatwiej dostrzec ich szmer.
Chrystus żyje w Bronksie. Spotkałem Go w ciągu tych dni, dzieląc życie tych apostołów, którzy "ubogim niosą dobrą nowinę, niewidomym przejrzenie, więźniom głoszą wolność..." (Łk 4,18).
Tu czy gdzie indziej życie nie zawsze jest różowe i nie wszystkie kwiaty są błękitne. Ale czasami wyrastają w piekle, z łaski Boga i na Jego większą chwałę.
Luc Adrian
[1] Housing projects - odpowiednik naszych bloków mieszkalnych w biednych dzielnicach Ameryki.
[2] Klasztor franciszkański nazywa się "fraternią". Odpowiedzialnym za wspólnotę jest gwardian.
[3] Franciszkanów Odnowy jest obecnie około sześćdziesięciu, w sześciu klasztorach w Nowym Jorku. Trzy fraternie znajdują się w Bronksie - Świętego Kryspina, Matki Bożej Anielskiej i Matki Bożej z Gwadelupy - a jedna w Harlemie. Gałąź żeńska - Franciszkanki Odnowy - liczy kilkanaście kobiet.
[4] Miasto New York City jako odrębna jednostka administracyjna zostało utworzone w 1898 roku w wyniku połączenia pięciu miast, które stanowią obecne boroughs (okręgi): Manhattan, Brooklyn, Queens, Bronx i Staten Island. Bronx jest jedną z największych dzielnic nędzy na terytorium USA.
[5] Ojciec Pio, włoski kapucyn (1887-1968), przez ponad pół wieku nosił na swoim ciele stygmaty Męki Pańskiej. Papież Jan Paweł II beatyfikował go 2 maja 1999 roku, a kanonizował 16 czerwca 2002 roku.
[6] Franciszek Bernardone, urodzony w Asyżu w 1182 roku, rezygnuje z mieszczańskiego życia sprzedawcy sukna, by upodobnić swoje życie do życia Chrystusa, w całkowitym ubóstwie. Kiedy umiera w 1226 roku, nosząc na swoim ciele stygmaty Ukrzyżowanego, jego rodzina zakonna liczy kilka tysięcy braci. Zakon franciszkański obejmuje dzisiaj około 35 tysięcy zakonników i ponad 2 miliony tercjarzy świeckich, rozsianych po całym świecie,. Jest podzielony na kilka gałęzi: bracia mniejsi (ok. 19 tysięcy członków), bracia mniejsi konwentualni (ok. 4 tysięcy członków), bracia mniejsi kapucyni (ok. 11 tysięcy członków). Z tej trzeciej gałęzi wyodrębniła się odrośl Franciszkanów Odnowy.
[7] Fioretti to zbiór "cudów i pobożnych przykładów" z życia św. Franciszka i jego pierwszych towarzyszy. Pochodzi z ostatniego ćwierćwiecza XIV wieku.