Bracia Sisters - Patrick deWitt

-
Proszę czekać

Sie­dzia­łem przed po­sia­dło­ścią Ko­man­do­ra, cze­ka­jąc, aż mój brat Char­lie wyj­dzie z wie­ścia­mi o no­wej ro­bo­cie. Za­no­si­ło się na śnieg, było mi zim­no i z bra­ku za­ję­cia przy­glą­da­łem się no­we­mu ko­nio­wi Char­lie­go, Chy­że­mu. Mój nowy koń na­zy­wał się Ba­rył­ka. Nie wie­rzy­li­śmy w nada­wa­nie ko­niom imion, ale do­sta­li­śmy te zwie­rzę­ta jako część za­pła­ty za ostat­nią ro­bo­tę ra­zem z imio­na­mi, więc tak już zo­sta­ło. Na­sze po­przed­nie, bez­i­mien­ne wierz­chow­ce się spa­li­ły, za­tem po­trze­bo­wa­li­śmy no­wych, ale uwa­ża­łem, że po­win­ni­śmy ra­czej do­stać pie­nią­dze na kup­no koni, któ­re wy­bie­rze­my so­bie sami - bez prze­szło­ści, na­wy­ków i imion, któ­rych trze­ba bę­dzie po­tem uży­wać. By­łem bar­dzo przy­wią­za­ny do swo­je­go po­przed­nie­go ko­nia, a do tego ostat­nio czę­sto na­wie­dza­ły mnie we śnie wi­zje jego śmier­ci - tego wierz­ga­nia, nóg w pło­mie­niach, pę­ka­ją­cych od żaru oczu. Był szyb­ki jak po­wiew wia­tru - umiał zro­bić w je­den dzień sześć­dzie­siąt mil - i nig­dy na nie­go nie pod­nio­słem ręki, chy­ba że po to, aby go po­gła­skać lub oczy­ścić. Pró­bo­wa­łem nie my­śleć o tym, jak się pa­lił żyw­cem w tej sto­do­le, ale sko­ro ta wi­zja po­ja­wia­ła się nie­pro­szo­na, to jak się mia­łem przed nią bro­nić? Ba­rył­ka oka­zał się zdro­wym zwie­rza­kiem, ale le­piej by mu się wio­dło z ja­kimś in­nym, mniej am­bit­nym wła­ści­cie­lem. Był przy­sa­dzi­sty, miał ni­ski kłąb i nie po­tra­fił prze­biec wię­cej niż pięć­dzie­siąt mil na dzień. Czę­sto mu­sia­łem go po­ga­niać ba­tem, co nie­któ­rym lu­dziom nie prze­szka­dza, a nie­któ­rzy to na­wet lu­bią, ale cze­go ja nie zno­si­łem; a po­tem on, Ba­rył­ka, są­dził, że je­stem okrut­ny, i my­ślał so­bie: Smut­ne to ży­cie, smut­ne.

Po­czu­łem na so­bie czy­jeś spoj­rze­nie i od­wró­ci­łem się od Chy­że­go. Char­lie wy­glą­dał przez okno na pię­trze, trzy­ma­jąc w gó­rze pięć pal­ców. Nie za­re­ago­wa­łem, więc się wy­krzy­wił, że­bym się uśmiech­nął. Kie­dy tego nie zro­bi­łem, twarz mu się roz­luź­ni­ła i cof­nął się, zni­ka­jąc mi z oczu. Wie­dzia­łem, że za­uwa­żył, jak się przy­glą­dam jego ko­nio­wi. Po­przed­nie­go ran­ka za­pro­po­no­wa­łem, że­by­śmy sprze­da­li Ba­rył­kę i po­dzie­li­li się po po­ło­wie pie­niędz­mi na no­we­go wierz­chow­ca, a on się zgo­dził, że tak bę­dzie spra­wie­dli­wie, ale po­tem, przy obie­dzie, stwier­dził, że­by­śmy to odło­ży­li do cza­su, kie­dy skoń­czy­my tę nową ro­bo­tę, co było zu­peł­nie bez sen­su, bo kło­pot z Ba­rył­ką po­le­gał na tym, że mógł wła­śnie w tej ro­bo­cie prze­szka­dzać, więc czy nie by­ło­by le­piej go za­stą­pić, za­nim ją za­cznie­my? Char­lie miał na wą­sach kro­pel­kę tłusz­czu.

- Le­piej po skoń­czo­nej ro­bo­cie, Eli - po­wie­dział.

Nie na­rze­kał na Chy­że­go, bo był tak samo do­bry jak jego po­przed­ni, bez­i­mien­ny koń, a może na­wet lep­szy, no i to Char­lie mógł so­bie pierw­szy wy­brać, któ­re­go z tych dwóch woli, kie­dy ja le­ża­łem w łóż­ku z raną w no­dze z po­przed­niej wy­pra­wy. Ja nie lu­bi­łem Ba­rył­ki, ale mój brat był za­do­wo­lo­ny z Chy­że­go. Taki był kło­pot z tymi koń­mi.

Char­lie wsiadł na Chy­że­go i ru­szy­li­śmy, kie­ru­jąc się w stro­nę Świń­skie­go Kró­la. W Ore­gon City nie było nas tyl­ko dwa mie­sią­ce, ale przy głów­nej uli­cy na­li­czy­łem pięć no­wych skle­pów, a każ­dy z nich pro­spe­ro­wał na oko do­brze.

- Przed­się­bior­czy lu­dek - po­wie­dzia­łem do Char­lie­go, jed­nak on nie za­re­ago­wał. Usie­dli­śmy przy sto­le na ty­łach Kró­la. Bar­man przy­niósł nam jak zwy­kle bu­tel­kę i dwie szklan­ki. Char­lie na­lał mi bran­dy, a za­zwy­czaj każ­dy z nas na­le­wa so­bie sam, więc kie­dy za­czął mó­wić, by­łem już go­to­wy na złe no­wi­ny:

- Tym ra­zem mam być kie­row­ni­kiem, Eli.

- Kto tak mówi?

- Ko­man­dor.

Łyk­ną­łem bran­dy.

- Co to zna­czy?

- To zna­czy, że ja rzą­dzę.

- A pie­nią­dze?

- Wię­cej dla mnie.

- Py­tam o swo­je pie­nią­dze. Tak jak wcze­śniej?

- Mniej dla cie­bie.

- Nie wi­dzę w tym sen­su.

- Ko­man­dor mówi, że gdy­by przy ostat­niej ro­bo­cie był ja­kiś kie­row­nik, to nie by­ło­by ta­kich kło­po­tów.

- To bez sen­su.

- A wła­śnie, że z sen­sem.

Na­lał mi jesz­cze jed­ne­go i wy­pi­łem. Po­wie­dzia­łem i do sie­bie, i do Char­lie­go:

- Je­śli chce so­bie pła­cić za kie­row­ni­ka, to pro­szę bar­dzo. Ale za­bie­ra­nie temu, co stoi ni­żej, to zły in­te­res. Jak dla nie­go pra­co­wa­łem, zro­bi­li mi dziu­rę w no­dze i koń mi się spa­lił.

- Mnie też się spa­lił. On za­ła­twił nam nowe ko­nie.

- To zły in­te­res. Prze­stań mi do­le­wać, nie je­stem ka­le­ką.

Za­bra­łem mu bu­tel­kę i za­py­ta­łem o szcze­gó­ły no­wej ro­bo­ty. Mie­li­śmy się wy­brać do Ka­li­for­nii, a po­tem od­na­leźć i za­bić po­szu­ki­wa­cza zło­ta, nie­ja­kie­go Her­man­na Ker­mi­ta War­ma. Char­lie wy­cią­gnął z kie­sze­ni ma­ry­nar­ki list od zwia­dow­cy Ko­man­do­ra, dan­dy­sa o na­zwi­sku Hen­ry Mor­ris, któ­ry czę­sto wy­ru­szał przed nami, żeby ze­brać po­trzeb­ne in­for­ma­cje.

"Ob­ser­wo­wa­łem War­ma przez wie­le dni, więc o jego na­wy­kach i cha­rak­te­rze mogę po­wie­dzieć, co na­stę­pu­je. Jest z na­tu­ry sa­mot­ni­kiem, ale spę­dza całe go­dzi­ny w sa­lo­onach San Fran­ci­sco, tra­wiąc tam czas albo na lek­tu­rze swo­ich ksią­żek na­uko­wych i ma­te­ma­tycz­nych, albo na szki­co­wa­niu po ich mar­gi­ne­sach. Tasz­czy te księ­gi ze sobą na rze­my­ku jak uczniak, co bywa po­wo­dem do kpin. Jest drob­nej po­stu­ry, przez co sta­je się jesz­cze bar­dziej ko­micz­ny, ale uwa­żaj­cie, bo nie po­zwa­la na drwi­ny ze swo­je­go wzro­stu. Kil­ka razy wi­dzia­łem, jak wal­czy, i cho­ciaż zwy­kle prze­gry­wa, to nie są­dzę, żeby któ­ryś z jego prze­ciw­ni­ków chciał się z nim jesz­cze kie­dyś zmie­rzyć. Choć­by dla­te­go że nie wzdra­ga się przed gry­zie­niem. Jest łysy, ma zmierz­wio­ną rudą bro­dę, dłu­gie, tycz­ko­wa­te ra­mio­na i pę­ka­ty brzuch jak u cię­żar­nej ko­bie­ty. Kie­dy się go za­gad­nie, od­po­wia­da szorst­kim i od­py­cha­ją­cym to­nem. Nosi ze sobą re­wol­wer Colt Baby Dra­go­on we­tknię­ty za szar­fę, któ­rą się prze­wią­zu­je w pa­sie. Pije nie­czę­sto, ale kie­dy już chwy­ci bu­tel­kę, to po to, żeby się spić na umór. Za whi­sky pła­ci zło­tym py­łem, któ­ry trzy­ma w skó­rza­nej sa­kiew­ce na dłu­gim sznur­ku, ukry­tej w fał­dach swo­je­go stro­ju. Od cza­su, kie­dy tu przy­by­łem, ani razu nie opu­ścił mia­sta i nie wiem, czy za­mie­rza wró­cić na swo­ją dział­kę, dzie­sięć mil na wschód od Sa­cra­men­to (za­łą­czam mapę). Wczo­raj po­pro­sił mnie w sa­lo­onie o za­pał­kę, zwra­ca­jąc się do mnie grzecz­nie i po na­zwi­sku. Nie mam po­ję­cia, skąd je zna, bo chy­ba nig­dy się nie zo­rien­to­wał, że go śle­dzę. Kie­dy go za­py­ta­łem, skąd wie, kim je­stem, zro­bił się agre­syw­ny, więc go opu­ści­łem. Nie prze­pa­dam za nim, cho­ciaż nie­któ­rzy mó­wią, że ma nie­prze­cięt­ny umysł. Przy­zna­ję, że jest nie­zwy­kły, ale to pew­nie naj­po­chleb­niej­sza rzecz, jaką mogę o nim po­wie­dzieć".

Poza mapą dział­ki War­ma Mor­ris do­łą­czył też za­ma­za­ny szkic jego po­sta­ci, ale był to tak ko­śla­wy por­tret, że nie roz­po­znał­bym go na­wet, gdy­by sta­nął tuż obok. Na­po­mkną­łem o tym Char­lie­mu, a on po­wie­dział:

- Mor­ris cze­ka na nas w ho­te­lu w San Fran­ci­sco. Po­ka­że nam War­ma i ru­szy­my za nim. Sły­sza­łem, że do­brze się tam za­bi­ja. Tam­tej­si lu­dzie zwy­kle albo wła­śnie palą całe mia­sto, albo są za­ję­ci jego od­bu­do­wą.

- Cze­mu Mor­ris go nie za­bi­je?

- Za­wsze o to py­tasz, a ja za­wsze od­po­wia­dam: To nie jego ro­bo­ta, tyl­ko na­sza.

- To bez­myśl­ne. Ko­man­dor zmniej­sza moją za­pła­tę, ale opła­ca tego ga­mo­nia i po­kry­wa jego wy­dat­ki tyl­ko po to, żeby Warm się zo­rien­to­wał, że ktoś go śle­dzi.

- Nie na­zy­waj Mor­ri­sa ga­mo­niem, bra­cie. To jak do­tąd jego pierw­szy błąd, a poza tym otwar­cie się do nie­go przy­zna­je. To, że zo­stał zde­ma­sko­wa­ny, bar­dziej świad­czy o War­mie niż o nim.

- Prze­cież ten czło­wiek sy­pia na uli­cy. Cze­mu Mor­ris go po pro­stu wte­dy nie za­strze­li?

- Może dla­te­go, że Mor­ris nie jest za­bój­cą?

- To po co go w ogó­le wy­sy­łać? Cze­mu za­miast nie­go nie po­słał mie­siąc temu nas?

- Mie­siąc temu by­li­śmy za­ję­ci inną ro­bo­tą. Za­po­mi­nasz, że Ko­man­dor ma róż­ne in­te­re­sy i pro­ble­my, a może się zaj­mo­wać tyl­ko jed­ną spra­wą na­raz. "Co na­gle, to po dia­ble", to jego wła­sne sło­wa. Wy­star­czy spoj­rzeć na jego suk­ce­sy, żeby zo­ba­czyć, że to praw­da.

Kie­dy usły­sza­łem, z jaką czu­ło­ścią Char­lie cy­tu­je Ko­man­do­ra, zro­bi­ło mi się nie­do­brze. Po­wie­dzia­łem:

- Do Ka­li­for­nii do­trze­my za kil­ka ty­go­dni. Po co je­chać na tę wy­pra­wę, sko­ro nie mu­si­my tego ro­bić?

- Ale prze­cież mu­si­my tam po­je­chać. Na tym po­le­ga ta ro­bo­ta.

- A je­śli War­ma tam nie bę­dzie?

- Bę­dzie tam.

- A je­śli nie?

- Do dia­bła, bę­dzie.

Kie­dy przy­szedł czas na za­pła­ce­nie ra­chun­ku, wska­za­łem na Char­lie­go.

- Pła­ci kie­row­nik.

Nor­mal­nie pła­ci­li­śmy po po­ło­wie, więc nie­zbyt mu się to spodo­ba­ło. Mój brat za­wsze był ską­py; odzie­dzi­czył to po ojcu.

- Ten je­den, je­dy­ny raz - po­wie­dział.

- Kie­row­nik ma kie­row­ni­czą wy­pła­tę.

- Nig­dy nie lu­bi­łeś Ko­man­do­ra. A on nig­dy nie lu­bił cie­bie.

- Lu­bię go co­raz mniej - od­par­łem.

- Jak już nie bę­dziesz w sta­nie da­lej dźwi­gać tego brze­mie­nia, to mo­żesz mu o tym po­wie­dzieć.

- Je­śli do tego doj­dzie, to się do­wiesz, Char­lie. Ty się do­wiesz i on się do­wie.

Ta sprzecz­ka mo­gła po­trwać jesz­cze chwi­lę, ale po­sta­no­wi­łem zo­sta­wić bra­ta i uda­łem się do swo­je­go po­ko­ju w po­ło­żo­nym na­prze­ciw­ko sa­lo­onu ho­te­lu. Nie lu­bię się kłó­cić, a zwłasz­cza z Char­liem, któ­ry cza­sem po­tra­fi być wy­jąt­ko­wo okrut­ny w sło­wach. Jesz­cze tego sa­me­go wie­czo­ra usły­sza­łem wy­mia­nę zdań mię­dzy nim a ja­kąś grup­ką męż­czyzn na dro­dze. Przy­słu­chi­wa­łem się jej uważ­nie, żeby się upew­nić, że nic mu nie gro­zi, ale był bez­piecz­ny - za­py­ta­li go, jak się na­zy­wa, on się przed­sta­wił i zo­sta­wi­li go w spo­ko­ju. Jed­nak gdy­by za­szła taka po­trze­ba, ru­szył­bym mu na po­moc i już na­wet za­kła­da­łem buty, jed­nak się ro­ze­szli. Usły­sza­łem kro­ki Char­lie­go na scho­dach, wsko­czy­łem do łóż­ka i uda­wa­łem, że smacz­nie śpię. Wsa­dził gło­wę do po­ko­ju i za­wo­łał mnie po imie­niu, ale nie od­po­wie­dzia­łem. Za­mknął drzwi i po­szedł do sie­bie, a ja le­ża­łem w ciem­no­ściach, my­śląc o kło­po­tach z ro­dzi­ną, o tym, jak sza­lo­ne i za­wi­kła­ne by­wa­ją hi­sto­rie o wię­zach krwi.

Rano pa­da­ło - ka­pią­ce bez ustan­ku zim­ne kro­ple za­mie­ni­ły dro­gi w błot­ni­stą zupę. Char­lie od­cho­ro­wy­wał wczo­raj­szą bran­dy, więc wy­bra­łem się do ap­te­ki po lek na nud­no­ści. Do­sta­łem tam bez­won­ny, nie­bie­ski jak jajo ru­dzi­ka pro­szek, któ­ry do­sy­pa­łem mu do po­ran­nej kawy. Nie wiem, ja­kie były skład­ni­ki tej mik­stu­ry, ale dzię­ki niej wy­szedł z łóż­ka, wsiadł na Chy­że­go i zro­bił się czuj­ny aż do prze­sa­dy. Za­trzy­ma­li­śmy się na po­pas dwa­dzie­ścia mil od mia­stecz­ka, w ja­ło­wej czę­ści lasu, któ­ra po­przed­nie­go lata spło­nę­ła od ude­rze­nia pio­ru­na. Skoń­czy­li­śmy po­si­łek i wła­śnie przy­go­to­wy­wa­li­śmy się do dro­gi, kie­dy oko­ło stu jar­dów na po­łu­dnie od nas spo­strze­gli­śmy męż­czy­znę pro­wa­dzą­ce­go ko­nia. Gdy­by na nim je­chał, pew­nie by­śmy tego na­wet nie sko­men­to­wa­li, ale w tym, że go za sobą cią­gnął, było coś dziw­ne­go.

- Idź i zo­bacz, co on tam robi - po­wie­dział Char­lie.

- Bez­po­śred­nie po­le­ce­nie od kie­row­ni­ka - od­par­łem. Nie za­re­ago­wał, więc po­my­śla­łem: Ten dow­cip się już zu­żył. Po­sta­no­wi­łem wię­cej tak nie mó­wić. Wsia­dłem na Ba­rył­kę i wy­je­cha­łem na spo­tka­nie pie­chu­ra. Kie­dy się za­trzy­ma­łem, za­uwa­ży­łem, że pła­cze. Zsia­dłem z ko­nia i sta­ną­łem przed nim. Je­stem wy­so­kim, ma­syw­nym męż­czy­zną i wy­glą­dam na dość nie­okrze­sa­ne­go, więc na twa­rzy ob­ce­go od­ma­lo­wa­ło się prze­ra­że­nie. Żeby uspo­ko­ić jego oba­wy, za­czą­łem:

- Nie chcę panu zro­bić krzyw­dy. My z bra­tem tyl­ko so­bie jemy obiad. Na­go­to­wa­łem za dużo i chcia­łem za­py­tać, czy nie jest pan może głod­ny.

Osu­szył so­bie twarz dło­nią, bio­rąc przy tym głę­bo­ki wdech i drżąc na ca­łym cie­le. Pró­bo­wał mi od­po­wie­dzieć - a przy­najm­niej otwo­rzył usta - ale nie wy­do­był z sie­bie ani sło­wa, nie wy­dał na­wet żad­ne­go dźwię­ku, bo był tak zroz­pa­czo­ny, że nie da­wa­ło się z nim po­ro­zu­mieć.

Po­wie­dzia­łem:

- Wi­dzę, że jest pan w kło­po­cie i za­pew­ne chce pan po­dró­żo­wać da­lej sa­mot­nie. Prze­pra­szam naj­moc­niej, że panu prze­szko­dzi­łem, i mam na­dzie­ję, że zmie­rza pan ku lep­szej przy­szło­ści.

Wsia­dłem na Ba­rył­kę i by­łem w po­ło­wie dro­gi do obo­zu, kie­dy spo­strze­głem, że Char­lie wsta­je i ce­lu­je w moim kie­run­ku z pi­sto­le­tu. Od­wró­ci­łem się i zo­ba­czy­łem, że pła­czą­cy czło­wiek pę­dzi ku mnie na swo­im ko­niu. Nie wy­glą­da­ło na to, że chce mi zro­bić krzyw­dę, więc ru­chem ręki ka­za­łem Char­lie­mu opu­ścić broń. Pła­czą­cy czło­wiek zrów­nał się ze mną i za­wo­łał:

- Sko­rzy­stam z pań­skiej ofer­ty!

Kie­dy do­tar­li­śmy do obo­zu, Char­lie chwy­cił za uprząż jego ko­nia i po­wie­dział:

- Nie po­wi­nien pan tak za ni­kim go­nić. My­śla­łem, że chce pan coś zro­bić mo­je­mu bra­tu, i o mały włos nie strze­li­łem.

Pła­czą­cy czło­wiek mach­nął ręką, jak­by to stwier­dze­nie było zu­peł­nie nie­istot­ne. To za­sko­czy­ło Char­lie­go, któ­ry spoj­rzał na mnie i za­py­tał:

- Kto to w ogó­le jest?

- Coś go zde­ner­wo­wa­ło. Za­pro­po­no­wa­łem mu po­si­łek.

- Zo­sta­ły tyl­ko her­bat­ni­ki.

- To przy­go­tu­ję coś jesz­cze.

- Nie przy­go­tu­jesz. - Char­lie przyj­rzał się pła­czą­ce­mu czło­wie­ko­wi od góry do dołu. - Ale po­nu­rak, co?

Pła­czą­cy czło­wiek od­chrząk­nął i prze­mó­wił:

- Tyl­ko igno­rant mówi o in­nych tak, jak­by byli nie­obec­ni.

Char­lie nie wie­dział, czy się za­śmiać, czy go ude­rzyć. Spy­tał mnie:

- To ja­kiś wa­riat?

- Pro­szę uwa­żać na sło­wa - po­ra­dzi­łem ob­ce­mu. - Mój brat się dzi­siaj czu­je nie naj­le­piej.

- Czu­ję się świet­nie - za­pro­te­sto­wał Char­lie.

- Jego do­bra wola jest dziś tro­chę nad­we­rę­żo­na - do­da­łem.

- Wy­glą­da na cho­re­go - za­uwa­żył pła­czą­cy czło­wiek.

- Po­wie­dzia­łem, że czu­ję się świet­nie, do cho­le­ry.

- Jest cho­ry, ale tyl­ko trosz­kę - od­par­łem. Wi­dzia­łem, że cier­pli­wość Char­lie­go już się koń­czy. Wzią­łem kil­ka her­bat­ni­ków i wło­ży­łem je pła­czą­ce­mu czło­wie­ko­wi do ręki. Przy­glą­dał im się przez dłuż­szą chwi­lę, po czym znów za­czął pła­kać, kasz­ląc, po­cią­ga­jąc no­sem i ża­ło­śnie drżąc. Zwró­ci­łem się do Char­lie­go:

- Wła­śnie taki był, kie­dy go zna­la­złem.

- Co mu jest?

- Nie po­wie­dział.

Za­py­ta­łem pła­czą­ce­go czło­wie­ka:

- Pro­szę pana, co się panu sta­ło?

- Znik­nę­li! - za­wo­łał. - Wszy­scy znik­nę­li!

- Kto znik­nął? - spy­tał Char­lie.

- Znik­nę­li beze mnie! A ja sam wo­lał­bym znik­nąć! Ra­zem z nimi!

Upu­ścił her­bat­ni­ki na zie­mię i od­da­lił się ra­zem ze swo­im ko­niem. Co dzie­sięć kro­ków od­chy­lał gło­wę do tyłu i ję­czał. Po­wtó­rzy­ło się to trzy razy. Za­bra­li­śmy się z bra­tem do sprzą­ta­nia obo­zo­wi­ska.

- Cie­kaw je­stem, co mu się sta­ło - po­wie­dział Char­lie.

- Wi­dać osza­lał przez ja­kieś wiel­kie zmar­twie­nie.

Kie­dy wsia­da­li­śmy na ko­nie, znik­nął nam już z oczu, a przy­czy­na jego roz­pa­czy mia­ła na za­wsze po­zo­stać ta­jem­ni­cą.

Po­su­wa­li­śmy się na­przód w mil­cze­niu, a każ­dy z nas my­ślał o swo­ich spra­wach. Mie­li­śmy z Char­liem nie­pi­sa­ną umo­wę, zgod­nie z któ­rą nig­dy nie ru­sza­li­śmy w szyb­ką po­dróż tuż po po­sił­ku. Nasz spo­sób ży­cia wią­zał się z wie­lo­ma nie­wy­go­da­mi, więc cie­szy­li­śmy się wszyst­ki­mi drob­ny­mi przy­jem­no­ścia­mi. Do­sze­dłem do wnio­sku, że kie­dy je ze­brać ra­zem, ukła­da­ją się w na tyle przy­zwo­itą ca­łość, że war­to ta­kie ży­cie cią­gnąć da­lej.

- Co ta­kie­go zro­bił ten Her­mann Warm? - spy­ta­łem.

- Za­brał coś, co na­le­ża­ło do Ko­man­do­ra.

- A co?

- Tego się do­wie­my w od­po­wied­nim cza­sie. Waż­ne, żeby go za­bić.

Char­lie je­chał przo­dem, a ja za nim. Od dłuż­sze­go cza­su, jesz­cze przed po­przed­nią ro­bo­tą, chcia­łem z nim po­roz­ma­wiać o pew­nej spra­wie.

- Nig­dy cię to nie dzi­wi­ło, Char­lie? Że na świe­cie jest tak wie­lu lu­dzi, któ­rzy są na tyle głu­pi, żeby okra­dać Ko­man­do­ra? Czło­wie­ka bu­dzą­ce­go taki po­strach?

- Ko­man­dor ma pie­nią­dze. Co in­ne­go mia­ło­by przy­cią­gać zło­dziei?

- A jak im się uda­je te pie­nią­dze wy­kraść? Prze­cież wie­my, że Ko­man­dor jest ostroż­ny. Ja­kim cu­dem tylu róż­nych lu­dzi ma swo­bod­ny do­stęp do jego bo­gactw?

- Robi in­te­re­sy w każ­dym za­kąt­ku kra­ju. Nie moż­na być w dwóch miej­scach na­raz, a w stu tym bar­dziej. To lo­gicz­ne, że sta­je się ofia­rą.

- Sta­je się ofia­rą?

- A jak to na­zwać, kie­dy czło­wiek musi bro­nić wła­sne­go ma­jąt­ku z po­mo­cą ta­kich jak my?

- Sta­je się ofia­rą! - Wy­da­wa­ło mi się to za­baw­ne, na­praw­dę. Od­śpie­wa­łem ckli­wą bal­la­dę na cześć bied­ne­go Ko­man­do­ra: - "Łzy po po­licz­kach mu spły­nę­ły, gdy z mia­sta przy­szły wie­ści".

- No do­bra.

- "Że pa­nią jego przy al­ta­nie w ra­mio­nach inny pie­ścił".

- Wście­kasz się na mnie tyl­ko dla­te­go, że to ja rzą­dzę.

- "Za mi­łość wziął jej je­den uśmiech, a te­raz za to pła­ci".

- Mam już dość ta­kich roz­mów z tobą.

- "Bo uko­cha­na le­gła w grze­chu, a mi­łość wzię­li kaci".

Te­raz Char­lie nie mógł się już po­wstrzy­mać - uśmiech­nął się.

- Co to za pio­sen­ka?

- A, gdzieś ją pod­ła­pa­łem.

- Smut­na.

- Naj­lep­sze pio­sen­ki prze­waż­nie są smut­ne.

- Mat­ka tak za­wsze mó­wi­ła.

Mil­cza­łem przez chwi­lę.

- Te smut­ne mnie wła­ści­wie nie smu­cą - ode­zwa­łem się w koń­cu.

- Je­steś po­dob­ny do mat­ki w wie­lu rze­czach. - Char­lie po­ki­wał gło­wą.

- A ty nie. Do ojca zresz­tą też nie.

- Do ni­ko­go nie je­stem po­dob­ny.

Po­wie­dział to bez­tro­sko, ale było to jed­no z tych stwier­dzeń, któ­re przy­tła­cza­ją i za­bi­ja­ją roz­mo­wę. Ru­szył do przo­du, ale nie do­łą­czy­łem do nie­go. Pa­trza­łem na jego ple­cy, a on wie­dział, że na nie pa­trzę. Ude­rzył ob­ca­sa­mi w że­bra Chy­że­go i po­pę­dzi­li przed sie­bie; ja je­cha­łem za nimi. Po­dró­żo­wa­li­śmy jak zwy­kle, w zwy­czaj­nym tem­pie, ale i tak czu­łem, że za nim go­nię.

Zi­mo­we dni były krót­kie. Za­trzy­ma­li­śmy się na noc­ny od­po­czy­nek w wy­schnię­tym wą­wo­zie. Taki sce­na­riusz moż­na czę­sto spo­tkać w po­wie­ściach przy­go­do­wych, któ­re się dru­ku­je w róż­nych pi­sem­kach: dwóch po­nu­rych jeźdź­ców opo­wia­da so­bie przy ogni­sku spro­śne hi­sto­ryj­ki i śpie­wa prze­ra­ża­ją­ce pio­sen­ki o śmier­ci i ko­ron­kach. Ale mogę wam po­wie­dzieć, że po ca­łym dniu jaz­dy chcę się już tyl­ko po­ło­żyć spać, i wła­śnie to zro­bi­łem - na­wet nie zja­dłem po­rząd­ne­go po­sił­ku. Rano, gdy zdej­mo­wa­łem buty, po­czu­łem ostry ból w du­żym pal­cu le­wej sto­py. Kie­dy od­wró­ci­łem but i po­pu­ka­łem w po­de­szwę, spo­dzie­wa­jąc się, że wy­pad­nie z nie­go po­krzy­wa, o zie­mię pac­nął grzbie­tem ogrom­ny wło­cha­ty pa­jąk, wy­ma­chu­ją­cy w chłod­nym po­wie­trzu ośmio­ma no­ga­mi. Puls za­czął mi wa­lić jak sza­lo­ny i za­krę­ci­ło mi się w gło­wie, bo bar­dzo się boję pa­ją­ków, węży i wszyst­kich in­nych peł­za­ją­cych stwo­rzeń. Char­lie, któ­ry o tym wie, przy­szedł mi z po­mo­cą i wrzu­cił pa­ją­ka no­żem w ogni­sko. Pa­trza­łem, jak się kuli i umie­ra, dy­miąc ni­czym zwi­tek pa­pie­ru, i cie­szy­łem się, że cier­pi.

Te­raz po mo­jej no­dze pię­ło się w górę drżą­ce zim­no, jak­by fala mro­zu. Po­wie­dzia­łem:

- To było małe, ale po­tęż­ne zwie­rzę, bra­cie.

Od razu zmo­gła mnie go­rącz­ka i mu­sia­łem się po­ło­żyć. Char­lie­go za­nie­po­ko­iła moja bla­dość; kie­dy zda­łem so­bie spra­wę, że nie je­stem już w sta­nie mó­wić, do­ło­żył do ognia i po­je­chał do naj­bliż­sze­go mia­sta po le­ka­rza, któ­re­go przy­pro­wa­dził do mnie czę­ścio­wo albo zu­peł­nie wbrew jego woli - wi­dzia­łem wszyst­ko jak przez mgłę, ale pa­mię­tam, jak za­czy­nał kląć, kie­dy tyl­ko Char­lie od­da­lał się na tyle, że nie mógł go usły­szeć. Do­sta­łem ja­kieś le­kar­stwo czy od­trut­kę, przez któ­rą po­czu­łem się szczę­śli­wy i za­mro­czo­ny jak po al­ko­ho­lu, a do tego chcia­łem już tyl­ko po­wy­ba­czać wszyst­kim wszyst­ko, co się da, i bez koń­ca pa­lić ty­toń. Szyb­ko za­pa­dłem w ka­mien­ny sen i po­zo­sta­wa­łem w ode­rwa­niu od świa­ta przez cały dzień i noc, aż do na­stęp­ne­go ran­ka. Kie­dy się ock­ną­łem, Char­lie wciąż sie­dział przy ogni­sku. Spoj­rzał na mnie i uśmiech­nął się.

- Pa­mię­tasz, co ci się przed chwi­lą śni­ło? - za­py­tał.

- Tyl­ko tyle, że ktoś mnie uwię­ził.

- Wciąż po­wta­rza­łeś: "Je­stem w na­mio­cie! Je­stem w na­mio­cie!".

- Nie pa­mię­tam.

- Je­stem w na­mio­cie!

- Po­móż mi wstać.

Po­dał mi rękę i już po chwi­li cho­dzi­łem wo­kół obo­zo­wi­ska, na no­gach sztyw­nych jak z drew­na. Czu­łem się sła­bo, ale zja­dłem so­lid­ny po­si­łek, skła­da­ją­cy się z bocz­ku, kawy oraz her­bat­ni­ków, i uda­ło mi się go nie zwy­mio­to­wać. Uzna­łem, że po­lep­szy­ło mi się na tyle, żeby ru­szyć w dro­gę, i do na­stęp­ne­go po­sto­ju prze­je­cha­li­śmy spo­koj­nie czte­ry czy pięć go­dzin. Char­lie wciąż mnie py­tał, jak się mie­wam, a ja za każ­dym ra­zem pró­bo­wa­łem mu od­po­wie­dzieć, ale po praw­dzie sam nie wie­dzia­łem. Czy to przez jad pa­ją­ka, czy przez od­trut­kę po­da­ną przez przy­mu­szo­ne­go do po­mo­cy le­ka­rza, mia­łem wra­że­nie, że nie do koń­ca tkwię we wła­snym cie­le. Noc spę­dzi­łem w go­rącz­ce, co chwi­la się bu­dząc, a kie­dy rano od­wró­ci­łem się, żeby od­po­wie­dzieć Char­lie­mu na jego "dzień do­bry", spoj­rzał na mnie i wrza­snął z prze­ra­że­nia. Za­py­ta­łem go, co się sta­ło, a on przy­niósł mi bla­sza­ny ta­lerz, w któ­rym mo­głem się przej­rzeć jak w lu­strze.

- Co to jest? - spy­ta­łem.

- To two­ja gło­wa, przy­ja­cie­lu. - Sta­nął na pię­tach i gwizd­nął.

Lewa stro­na mo­jej twa­rzy była gro­te­sko­wo opuch­nię­ta, od czub­ka gło­wy aż do szyi. Obrzmie­nie za­ni­ka­ło do­pie­ro przy ra­mie­niu. W miej­scu oka mia­łem tyl­ko cia­sną szpar­kę, a Char­lie, któ­ry zdą­żył już od­zy­skać hu­mor, po­wie­dział, że wy­glą­dam jak mie­sza­niec czło­wie­ka i psa, a po­tem rzu­cił ki­jem, żeby spraw­dzić, czy będę apor­to­wał. Zo­rien­to­wa­łem się, że źró­dłem mo­jej opu­chli­zny są zęby i dzią­sła; kie­dy puk­ną­łem pal­cem w lewą część dol­nej szczę­ki, przez moje cia­ło prze­biegł pa­lą­cy ból, od góry do dołu i z po­wro­tem.

- Chlu­pie ci tam chy­ba ga­lon krwi - oce­nił Char­lie.

- Gdzie zna­la­złeś tego le­ka­rza? Po­win­ni­śmy do nie­go wró­cić i ka­zać, żeby mnie na­kłuł.

Char­lie po­krę­cił gło­wą.

- Jego już le­piej nie szu­kać. Póź­niej do­szło do smut­ne­go in­cy­den­tu w związ­ku z jego za­pła­tą. Praw­da, że chęt­nie by mnie zno­wu zo­ba­czył, ale wąt­pię, czy chciał­by nam jesz­cze po­móc. Wspo­mniał coś o in­nej osa­dzie, po­ło­żo­nej kil­ka mil na po­łu­dnie. Pew­nie naj­le­piej by było, że­by­śmy tam po­je­cha­li, je­śli tyl­ko są­dzisz, że to prze­trzy­masz.

- Chy­ba nie mam wy­bo­ru.

- Tak, bra­cie, jak to w tylu spra­wach ży­cio­wych bywa, chy­ba nie masz.

Je­cha­li­śmy po­wo­li, choć te­ren był ła­twy - ot, spo­koj­ny zjazd w dół po twar­dej, po­ro­śnię­tej la­sa­mi zie­mi. Czu­łem się dziw­nie za­do­wo­lo­ny, jak­bym się wła­śnie do­brze ba­wił, ale w pew­nym mo­men­cie Ba­rył­ka źle po­sta­wił ko­py­to i gwał­tow­nie za­mkną­łem usta. Ryk­ną­łem z bólu, ale na tym sa­mym od­de­chu za­czą­łem się też śmiać z tego, ja­kie to wszyst­ko ab­sur­dal­ne. Wło­ży­łem mię­dzy szczę­ki prym­kę, żeby je amor­ty­zo­wać. Usta wy­peł­nia­ły mi się przez to brą­zo­wą śli­ną, ale nie mo­głem splu­nąć, bo oka­za­ło się to zbyt bo­le­sne, więc po pro­stu po­chy­la­łem się do przo­du i po­zwa­la­łem plwo­ci­nie spły­wać na kark Ba­rył­ki. W pew­nym mo­men­cie przez krót­ką chwi­lę pa­dał śnieg - do­tyk jego płat­ków na mo­jej twa­rzy był miły i chłod­ny. Gło­wa mi się ki­wa­ła, a Char­lie cią­gle mnie okrą­żał, żeby mi się le­piej przyj­rzeć.

- Na­wet od tyłu wi­dać - po­wie­dział. - Skó­ra na gło­wie ci spu­chła. Wło­sy ci spu­chły.

Omi­nę­li­śmy sze­ro­kim łu­kiem mia­sto, gdzie miesz­kał nie­opła­co­ny le­karz, a kil­ka mil da­lej na­tra­fi­li­śmy na ko­lej­ną osa­dę - bez­i­mien­ną dziu­rę dłu­gą na ćwierć mili i za­miesz­ka­ną przez set­kę lu­dzi, albo na­wet mniej. Szczę­ście było po na­szej stro­nie - zna­leź­li­śmy tam le­ka­rza od zę­bów o na­zwi­sku Watts, pa­lą­ce­go fa­jecz­kę przed wy­sta­wą swo­je­go ga­bi­ne­tu. Kie­dy do nie­go pod­sze­dłem, uśmiech­nął się i po­wie­dział:

- Jak­że dziw­na jest moja pro­fe­sja, sko­ro się cie­szę na wi­dok tak strasz­li­wie zde­for­mo­wa­ne­go czło­wie­ka.

Za­pro­sił mnie do swo­jej cia­snej, ale prak­tycz­nie urzą­dzo­nej pra­cow­ni, na mięk­ki skó­rza­ny fo­tel, tak nowy, że aż za­pisz­czał, kie­dy na nim usia­dłem. Przy­cią­gnął ku so­bie tacę peł­ną po­ły­sku­ją­cych na­rzę­dzi i za­dał mi kil­ka py­tań o hi­sto­rię mo­ich zę­bów, na któ­re nie mia­łem za­do­wa­la­ją­cej od­po­wie­dzi. Nie szko­dzi - od­nio­słem wra­że­nie, że od­po­wie­dzi go nie ob­cho­dzą, bo cie­szy go samo wy­py­ty­wa­nie.

Po­dzie­li­łem się z nim swo­ją hi­po­te­zą, że pro­blem z zę­ba­mi wy­ni­ka z uką­sze­nia pa­ją­ka albo z od­trut­ki, ale Watts od­parł, że nie ma żad­nych prze­sła­nek me­dycz­nych, któ­re by ją wspie­ra­ły. Po­wie­dział mi:

- Cia­ło to cud, a kto po­tra­fi po­ciąć cud na ka­wał­ki i go prze­ba­dać? Tak, może to pa­jąk, a może re­ak­cja na tak zwa­ną od­trut­kę tego le­ka­rza, a może ani jed­no, ani dru­gie. Cho­ciaż, tak na­praw­dę, co to za róż­ni­ca, dla­cze­go pan się źle czu­je? Praw­da?

Od­po­wie­dzia­łem, że pew­nie tak. Char­lie wtrą­cił:

- Dok­to­rze, mó­wi­łem wła­śnie Elie­mu, że pew­nie mu tam w gło­wie chlu­pie ga­lon krwi.

Watts wy­cią­gnął z fu­te­ra­łu wy­po­le­ro­wa­ny srebr­ny lan­cet. Usiadł, od­chy­lił się do tyłu i po­pa­trzał na moją gło­wę jak na ja­kieś mon­stru­al­ne po­pier­sie.

- Prze­ko­na­my się.

Hi­sto­ria Re­gi­nal­da Wat­t­sa była peł­na nie­szczęść - mie­ści­ła w so­bie naj­róż­niej­sze nie­po­wo­dze­nia i ka­ta­stro­fy, ale mó­wił o nich bez żalu czy go­ry­czy, a wy­da­wa­ło się na­wet, że w swo­ich nie­zli­czo­nych po­raż­kach do­strze­ga coś za­baw­ne­go.

- Nie po­wio­dło mi się ani w uczci­wych in­te­re­sach, ani w prze­stęp­czo­ści, ani w mi­ło­ści, ani w przy­jaź­ni. Co­kol­wiek by­ście pa­no­wie wy­my­śli­li, w ni­czym mi się nie po­wio­dło. Po­daj­cie ja­kiś przy­kład. Co­kol­wiek.

- Rol­nic­two - rzu­ci­łem.

- Upra­wia­łem bu­ra­ki cu­kro­we, ja­kieś sto mil na pół­noc­ny za­chód stąd. Nie za­ro­bi­łem ani gro­sza. Było z tego le­d­wie kil­ka bu­ra­ków. Kosz­mar­na po­raż­ka. No, coś jesz­cze.

- Trans­port.

- Ku­pi­łem udzia­ły w pa­row­cu wo­żą­cym to­wa­ry po Mis­si­si­pi, z obrzy­dli­wie wy­so­ką mar­żą. Bar­dzo do­cho­do­we przed­się­wzię­cie... do­pó­ki do nie­go nie do­łą­czy­łem. Przy dru­gim rej­sie za moje pie­nią­dze pa­ro­wiec po­szedł na dno. Nie ubez­pie­czy­li­śmy go... To był mój ge­nial­ny po­mysł, mie­li­śmy na tym za­osz­czę­dzić kil­ka do­la­rów. Na­mó­wi­łem też wspól­ni­ków do zmia­ny na­zwy, z Bła­wat­ka, co brzmia­ło mi dość nie­po­waż­ne, na Kró­lo­wą Psz­czół. Ab­so­lut­na kla­pa. O ile się nie mylę, po­zo­sta­li in­we­sto­rzy chcie­li mnie zlin­czo­wać. Przy­pią­łem na drzwiach po­że­gnal­ny list sa­mo­bój­czy i ucie­kłem z mia­sta w ta­kim dia­bel­nym po­śpie­chu, że aż wstyd. Zo­sta­wi­łem tam do­brą ko­bie­tę. Wciąż o niej my­ślę, cho­ciaż mi­nę­ło już tyle lat. - Le­karz za­milkł na chwi­lę i po­krę­cił gło­wą. - Po­wiedz­cie coś jesz­cze. Albo nie. Już się zmę­czy­łem tą hi­sto­rią.

- Nie pan je­den - stwier­dził Char­lie. Sie­dział w ką­cie, czy­ta­jąc ga­ze­tę.

- Wy­glą­da na to, że tu­taj się panu do­brze po­wo­dzi, dok­to­rze - po­wie­dzia­łem.

- Nie­zbyt - od­parł. - Jest pan moim trze­cim klien­tem w cią­gu trzech ty­go­dni. Naj­wy­raź­niej w tej czę­ści świa­ta hi­gie­na jamy ust­nej znaj­du­je się dość ni­sko na li­ście prio­ry­te­tów. Nie, spo­dzie­wam się, że w sto­ma­to­lo­gii też mi się nie po­wie­dzie. Jesz­cze dwa mie­sią­ce pod kre­ską i bank mnie za­mknie. - Przy­sta­wił mi do twa­rzy dłu­gą igłę, z któ­rej coś ka­pa­ło. - Te­raz trosz­kę za­bo­li, synu.

- Au! - krzyk­ną­łem.

- Gdzie pan stu­dio­wał sto­ma­to­lo­gię? - za­py­tał Char­lie.

- W pew­nej wiel­ce sza­cow­nej in­sty­tu­cji - od­po­wie­dział, ale na twa­rzy miał uśmiech, któ­ry mi się nie spodo­bał.

- Jak ro­zu­miem, kształ­ce­nie trwa kil­ka lat - po­wie­dzia­łem.

- Lat? - spy­tał Watts ze śmie­chem.

- W ta­kim ra­zie ile?

- Je­śli o mnie cho­dzi... Tyle, ile trze­ba było, żeby się na­uczyć na pa­mięć sche­ma­tu ukła­du ner­wo­we­go. I tyle, ile tym dur­niom za­bra­ło wy­sła­nie mi ku­pio­nych na kre­dyt na­rzę­dzi.

Spoj­rza­łem w stro­nę Char­lie­go, któ­ry wzru­szył ra­mio­na­mi i wró­cił do lek­tu­ry. Unio­słem rękę, żeby do­tknąć opu­chli­zny na po­licz­ku, i ze zdu­mie­niem od­kry­łem, że nie mam czu­cia w ca­łej twa­rzy.

- To jest coś, praw­da? - po­wie­dział Watts. - Mógł­bym panu wy­rwać wszyst­kie zęby, a nie po­czuł­by pan naj­mniej­sze­go bólu.

Char­lie wyj­rzał znad swo­jej ga­ze­ty.

- Na­praw­dę nic nie czu­jesz?

Po­ki­wa­łem gło­wą, a on za­py­tał Wat­t­sa:

- Jak moż­na coś ta­kie­go zdo­być?

- Nie moż­na, je­śli się nie pra­cu­je w za­wo­dzie.

- W na­szej pro­fe­sji mo­gło­by się to bar­dzo przy­dać. Może by nam pan tro­chę sprze­dał?

- Becz­ka­mi tego nie roz­da­ją - za­pro­te­sto­wał Watts.

- Damy do­brą cenę.

- Przy­kro mi, ale od­po­wiedź brzmi "nie".

Char­lie rzu­cił mi spoj­rze­nie bez wy­ra­zu; jego gło­wa znik­nę­ła za ga­ze­tą.

Watts prze­bił mi twarz w trzech miej­scach i za­czął się z niej są­czyć ciur­kiem ko­lo­ro­wy płyn. Tro­chę zo­sta­ło jesz­cze w gło­wie, ale Watts po­wie­dział, że resz­ta spły­nie już sama, a naj­gor­sze mam za sobą. Usu­nął dwa do­ku­cza­ją­ce mi zęby, a ja po­śmia­łem się tro­chę z tego, ja­kie to było bez­bo­le­sne i bru­tal­ne za­ra­zem. Char­lie zro­bił się nie­spo­koj­ny i udał się do sa­lo­onu po dru­giej stro­nie uli­cy.

- Tchórz! - za­wo­łał za nim Watts. Za­szył wy­cię­cie w skó­rze i wy­peł­nił mi usta watą, a po­tem za­pro­wa­dził mnie do mar­mu­ro­wej misy, gdzie po­ka­zał mi ma­leń­ką szczot­kę z drew­nia­nym uchwy­tem i pro­sto­kąt­ną głów­ką po­kry­tą sza­ro­bia­łym wło­siem.

- Szczo­tecz­ka do zę­bów - po­wie­dział. - Dzię­ki niej utrzy­ma pan czy­ste zęby i świe­ży od­dech. Pro­szę, niech pan spoj­rzy, jak ja to ro­bię.

Po­uczył mnie, jak pra­wi­dło­wo uży­wać tego na­rzę­dzia, a na­stęp­nie chuch­nął mi w twarz za­pa­chem mię­ty. W koń­cu wrę­czył mi nową szczo­tecz­kę, taką samą jak jego, oraz pa­czusz­kę prosz­ku, z któ­re­go po­wsta­wa­ła owa mię­to­wa pian­ka. Po­wie­dział, że mogę je za­trzy­mać. Za­pro­te­sto­wa­łem, ale do­dał, że otrzy­mał ten ze­staw od pro­du­cen­ta w ra­mach pro­mo­cji. Za­pła­ci­łem mu dwa do­la­ry za wy­rwa­nie zę­bów, a on przy­niósł bu­tel­kę whi­sky, żeby uczcić na­szą, jak to okre­ślił, obu­stron­nie ko­rzyst­ną trans­ak­cję. Do­sze­dłem do wnio­sku, że to na­praw­dę uro­czy czło­wiek, więc po­czu­łem pew­ne wy­rzu­ty su­mie­nia, kie­dy Char­lie po­now­nie wszedł do ga­bi­ne­tu, tym ra­zem mie­rząc w do­bre­go pana dok­to­ra z pi­sto­le­tu.

- Pró­bo­wa­łem się z tobą do­ga­dać - rzu­cił z twa­rzą za­ru­mie­nio­ną od bran­dy.

- Cie­ka­we, jaka bę­dzie moja na­stęp­na po­raż­ka - wes­tchnął zre­zy­gno­wa­ny Watts.

- Nie wiem i nic mnie to nie ob­cho­dzi. Eli, weź leki znie­czu­la­ją­ce i igły. Watts, znajdź mi ja­kiś sznur, ale szyb­ko. Jak bę­dziesz krę­ta­czył, do­sta­niesz kul­kę w łeb.

- Cza­sem mi się wy­da­je, że już mam tam ja­kąś kul­kę - od­parł. A do mnie zwró­cił się na­stę­pu­ją­co: - Zmę­czy­ła mnie po­goń za pie­niędz­mi i wy­go­dą. Dbaj o swo­je zęby, synu. I o zdro­wą jamę ust­ną. Wte­dy two­je sło­wa będą o wie­le słod­sze, nie­praw­da?

Char­lie trzep­nął Wat­t­sa w ucho i za­koń­czył w ten spo­sób jego prze­mo­wę.

Je­cha­li­śmy przez całe po­po­łu­dnie aż do wie­czo­ra, kie­dy tak bar­dzo za­krę­ci­ło mi się w gło­wie, że po­czu­łem się, jak­bym miał za­raz wy­paść z sio­dła. Za­py­ta­łem Char­lie­go, czy nie mo­gli­by­śmy się już za­trzy­mać na noc, a on się zgo­dził, ale tyl­ko pod wa­run­kiem, że znaj­dzie­my naj­pierw ja­kieś osło­nię­te miej­sce na obóz, bo za­no­si­ło się na deszcz. Po­czuł w po­wie­trzu za­pach pa­le­ni­ska; po­dą­ży­li­śmy za nim i do­tar­li­śmy do jed­no­izbo­wej chat­ki. Z ko­mi­na wy­do­by­wa­ła się smuż­ka dymu, a w sa­mot­nym oknie tań­czy­ło sła­be świa­teł­ko. Kie­dy za­pu­ka­li­śmy do drzwi, otwo­rzy­ła nam star­sza ko­bie­ta opa­tu­lo­na w zu­ży­te szma­ty. Na jej bro­dzie drża­ła kęp­ka dłu­gich si­wych wło­sów, a lek­ko otwar­te usta były wy­peł­nio­ne nie­rów­ny­mi, sczer­nia­ły­mi zę­ba­mi. Mię­to­sząc w dło­niach ka­pe­lusz, Char­lie opo­wie­dział jej dra­ma­tycz­nym to­nem ak­to­ra sce­nicz­ne­go o na­szych nie­daw­nych cięż­kich przej­ściach. Kie­dy spo­czę­ło na mnie spoj­rze­nie jej przy­po­mi­na­ją­cych ostry­gi oczu, od razu ogar­nął mnie chłód. Ode­szła bez sło­wa od pro­gu. Usły­sza­łem od­głos szu­ra­ją­ce­go po pod­ło­dze krze­sła. Char­lie od­wró­cił się do mnie i spy­tał:

- Co o tym my­ślisz?

- Ru­szaj­my da­lej.

- Zo­sta­wi­ła nam otwar­te drzwi.

- Coś jest z nią nie w po­rząd­ku.

Kop­nął małą przy­droż­ną za­spę.

- Wie, jak roz­pa­lić ogień. Cze­go wię­cej ci trze­ba? Nie chce­my tu za­miesz­kać na sta­łe.

- My­ślę, że po­win­ni­śmy ru­szać da­lej - po­wtó­rzy­łem.

- Drzwi! - krzyk­nę­ła ko­bie­ta.

- Kil­ka go­dzin w cie­płej izbie do­brze by mi zro­bi­ło - po­wie­dział Char­lie.

- To ja je­stem cho­ry - przy­po­mnia­łem. - A ja chcę ru­szać da­lej.

- Ja chcę się tu za­trzy­mać.

Po ścia­nie w głę­bi domu prze­pełzł cień i ko­bie­ta znów sta­nę­ła na pro­gu.

- Drzwi! - skrze­cza­ła. - Drzwi! Drzwi!

- Wi­dzisz? Chce, że­by­śmy we­szli - po­wie­dział Char­lie.

Tak - po­my­śla­łem - pew­nie przez usta do żo­łąd­ka. Ale nie mia­łem już siły da­lej wal­czyć i nie opie­ra­łem się, kie­dy brat chwy­cił mnie pod ra­mię, żeby mnie wpro­wa­dzić do cha­ty.

Na wy­po­sa­że­nie izby skła­da­ły się stół, krze­sło i brud­ny ma­te­rac. Sta­nę­li­śmy z Char­liem na wy­pa­czo­nych de­skach pod­ło­gi przed ka­mien­nym pa­le­ni­skiem. Żar miło szczy­pał mnie w twarz i przez chwi­lę by­łem za­do­wo­lo­ny z tego no­we­go oto­cze­nia. Ko­bie­ta usia­dła bez sło­wa przy sto­le, z twa­rzą za­sło­nię­tą fał­da­mi swo­ich szmat. Przed nią le­żał sto­sik czer­wo­nych i czar­nych ko­ra­li­ków czy ka­mie­ni; jej dło­nie wy­ło­ni­ły się spo­mię­dzy warstw łach­ma­nów i za­czę­ły pod­no­sić pa­cior­ki, je­den po dru­gim, na­wle­ka­jąc je na ka­wa­łek cien­kie­go dru­tu. Po­wsta­wał w ten spo­sób dłu­gi na­szyj­nik albo ja­kaś inna skom­pli­ko­wa­na ozdo­ba. Na sto­le sta­ła lam­pa, nie­co przy­ga­szo­na i mi­go­czą­ca głę­bo­ką żół­cią. Z koń­ca pło­my­ka wzno­si­ła się smuż­ka ciem­ne­go dymu.

- Je­ste­śmy pani bar­dzo wdzięcz­ni - za­czął Char­lie. - Mój brat źle się mie­wa i nie był­by w sta­nie no­co­wać na ze­wnątrz.

Kie­dy nic nie od­po­wie­dzia­ła, Char­lie stwier­dził, że jego zda­niem pew­nie jest głu­cha.

- Nie je­stem głu­cha - od­par­ła. Wło­ży­ła ka­wa­łek dru­tu do ust i za­czę­ła go wy­gi­nać w obie stro­ny, żeby go zła­mać.

- Tak tyl­ko za­ło­ży­łem - od­po­wie­dział Char­lie. - Nie chcia­łem pani ura­zić. Te­raz wi­dzę, jaka pani spraw­na, jaka by­stra. I, je­śli pani po­zwo­li na kom­ple­ment, ma pani pięk­nie utrzy­ma­ny dom.

Odło­ży­ła swo­je ko­ra­li­ki i drut na stół. Jej gło­wa ob­ró­ci­ła się w na­szym kie­run­ku, ale rysy twa­rzy po­zo­sta­ły ukry­te w prze­my­ka­ją­cych cie­niach.

- My­ślisz, że nie wiem, co z was za lu­dzie? - spy­ta­ła, wska­zu­jąc za­krzy­wio­nym pal­cem na na­sze pasy z pi­sto­le­ta­mi. - Kogo uda­je­cie i dla­cze­go?

Za­cho­wa­nie Char­lie­go się zmie­ni­ło, albo ra­czej wró­ci­ło do nor­my - znów był sobą.

- No do­brze - od­po­wie­dział. - To kim je­ste­śmy?

- Nie na­zwa­li­by­ście sie­bie za­bój­ca­mi?

- Zo­ba­czy­łaś broń i od razu tak my­ślisz?

- Po­zna­ję to po zmar­łych, któ­rzy za wami idą.

Wło­sy na kar­ku sta­nę­ły mi dęba. To był ab­surd, ale nie śmia­łem się obej­rzeć za sie­bie. Ton Char­lie­go był spo­koj­ny:

- Bo­isz się, że cię za­bi­je­my?

- Ni­cze­go się nie boję, a już naj­mniej wa­szych na­boi i ga­da­ni­ny. - Spoj­rza­ła na mnie i za­py­ta­ła: - A czy ty się bo­isz, że ja za­bi­ję was?

- Je­stem bar­dzo zmę­czo­ny - od­po­wie­dzia­łem nie­zdar­nie.

- Zaj­mij łóż­ko - na­ka­za­ła.

- A gdzie pani bę­dzie spa­ła?

- Nie kła­dę się spać. Mu­szę skoń­czyć swo­ją pra­cę. Rano już mnie pra­wie nie bę­dzie.

Twarz Char­lie­go za­sty­gła.

- To nie jest two­ja cha­ta, praw­da?

Na to py­ta­nie ko­bie­ta ze­sztyw­nia­ła i wy­glą­da­ło na to, że prze­sta­ła od­dy­chać. Od­wi­nę­ła swo­je łach­ma­ny. W świe­tle ko­min­ka i lam­py zo­ba­czy­łem, że pra­wie nie ma wło­sów na gło­wie, tyl­ko ro­sną­ce tu i ów­dzie siwe kęp­ki, a jej czasz­ka jest po­wgnia­ta­na, miej­sca­mi jak­by mięk­ka, za­pad­nię­ta jak sta­ry owoc.

- Każ­de ser­ce ma swój dźwięk - po­wie­dzia­ła do Char­lie­go - zu­peł­nie jak dzwon. Dźwię­ku two­je­go ser­ca słu­cha się bar­dzo trud­no, mło­dy czło­wie­ku. Bolą mnie od nie­go uszy, a oczy bolą mnie, kie­dy pa­trzę w two­je oczy.

Za­pa­dła dłu­ga ci­sza, w cza­sie któ­rej Char­lie i sta­ra wiedź­ma po pro­stu wpa­try­wa­li się w sie­bie. Z wy­ra­zu twa­rzy ani jed­ne­go, ani dru­gie­go nie mo­głem do­ciec, o czym my­ślą. W koń­cu ko­bie­ta za­kry­ła gło­wę i wró­ci­ła do swo­jej pra­cy, a Char­lie roz­ło­żył się na pod­ło­dze. Nie wsze­dłem do łóż­ka, tyl­ko po­ło­ży­łem się obok nie­go, bo ba­łem się tej ko­bie­ty i wy­da­wa­ło mi się, że bez­piecz­niej bę­dzie nam spać obok sie­bie. By­łem tak osła­bio­ny, że mimo nie­po­ko­ju szyb­ko za­pa­dłem w sen, w któ­rym wi­dzia­łem izbę taką jak w rze­czy­wi­sto­ści, choć ja sta­łem z boku, pa­trząc na swo­je po­grą­żo­ne we śnie cia­ło. Sta­ru­cha wsta­ła i po­de­szła do nas; moje cia­ło za­czę­ło drżeć i za­la­ło się po­tem, ale cia­ło Char­lie­go było spo­koj­ne i nie­ru­cho­me, a ona po­chy­li­ła się nad nim i otwo­rzy­ła mu rę­ka­mi usta. Z ciem­no­ści jej łach­ma­nów za­czął się po­wo­li są­czyć ja­kiś gę­sty, czar­ny płyn; ka­pał mu do ust, a ja, nie ten śpią­cy, tyl­ko ten ob­ser­wu­ją­cy, wrza­sną­łem, żeby zo­sta­wi­ła mo­je­go bra­ta w spo­ko­ju. W tym mo­men­cie sen gwał­tow­nie się urwał, a ja oprzy­tom­nia­łem. Char­lie le­żał obok, pa­trząc na mnie otwar­ty­mi ocza­mi, cho­ciaż spał, bo taki miał de­ner­wu­ją­cy zwy­czaj. Za nim sie­dzia­ła wiedź­ma, te­raz po­chy­lo­na nad znacz­nie mniej­szą kup­ką ko­ra­li­ków - mi­nę­ło spo­ro cza­su. Wciąż opie­ra­ła się o stół, ale gło­wę od­wró­ci­ła zu­peł­nie do tyłu, wpa­tru­jąc się w ciem­ny kąt po dru­giej stro­nie izby. Nie wiem, co tak przy­ku­ło jej uwa­gę, ale ga­pi­ła się na tyle dłu­go, że prze­sta­łem się nad tym za­sta­na­wiać i po­now­nie uło­ży­łem gło­wę na pod­ło­dze. W mgnie­niu oka znów spa­łem jak ka­mień.

Rano obu­dzi­łem się na pod­ło­dze, a Char­lie­go nie było już obok. Usły­sza­łem za sobą od­głos kro­ków, ob­ró­ci­łem się i zo­ba­czy­łem, że stoi w otwar­tych drzwiach, wy­glą­da­jąc w prze­strzeń przed cha­tą. Był sło­necz­ny dzień. W od­da­li do­strze­głem ko­nie, przy­wią­za­ne do wy­wró­co­ne­go pnia­ka. Chy­ży grze­bał no­sem w szro­nie w po­szu­ki­wa­niu kę­pek tra­wy; Ba­rył­ka drżał i wpa­try­wał się w pust­kę.

- Po­szła so­bie - po­wie­dział Char­lie.

- Nie mam nic prze­ciw­ko temu - od­par­łem, wsta­jąc. W po­ko­ju uno­sił się swąd po­pio­łu i pa­lo­ne­go drze­wa, od któ­re­go pie­kły mnie oczy. Chcia­łem od­dać mocz i ru­szy­łem do wyj­ścia, ale Char­lie za­stą­pił mi dro­gę z twa­rzą peł­ną zmę­cze­nia po źle prze­spa­nej nocy.

- Po­szła so­bie - po­wtó­rzył - ale zo­sta­wi­ła nam małą pa­miąt­kę.

Wska­zał na coś pal­cem. Spoj­rza­łem w tam­tym kie­run­ku. Po­wie­si­ła na fra­mu­dze drzwi sznur ko­ra­li. Przy­po­mnia­łem so­bie jej sło­wa: Rano już mnie pra­wie nie bę­dzie. Pra­wie, ale nie do koń­ca.

- Jak my­ślisz, co to jest? - za­py­ta­łem.

Char­lie od­po­wie­dział:

- Na pew­no nie ozdo­ba.

- Mo­że­my to zdjąć - za­pro­po­no­wa­łem, się­ga­jąc po ko­ra­le.

Zła­pał mnie za rękę.

- Nie ru­szaj tego, Eli.

Wró­ci­li­śmy do środ­ka, żeby roz­wa­żyć moż­li­we roz­wią­za­nia. Ko­nie usły­sza­ły na­sze gło­sy i przy­glą­da­ły się nam z pola.

- Nie przej­dzie­my pod tym - za­de­cy­do­wał Char­lie. - Po­zo­sta­je tyl­ko wy­bić okno.

Do­tkną­łem środ­ko­wych par­tii swo­je­go cia­ła (któ­re są i za­wsze były dość ob­fi­te) i po­wie­dzia­łem, że chy­ba nie prze­ci­snę się przez taki wą­ski otwór. Char­lie stwier­dził, że war­to by to spraw­dzić, ale sama myśl o tym, że mo­gło­by się nie udać i mu­siał­bym się wy­gra­mo­lić z tej dziu­ry ty­łem, cały czer­wo­ny ze wsty­du, była na tyle nie­przy­jem­na, że od­mó­wi­łem.

- W ta­kim ra­zie pój­dę sam - oznaj­mił Char­lie - i wró­cę z ja­ki­miś na­rzę­dzia­mi, żeby wy­ciąć więk­szy otwór.

Sta­nął na chy­bo­czą­cym się krze­śle sta­ru­chy i wy­bił szy­bę kol­bą swo­je­go pi­sto­le­tu. Pod­sa­dzi­łem go do góry i wy­szedł przez okno. Te­raz sta­li­śmy twa­rzą w twarz po prze­ciw­nych stro­nach drzwi. On się uśmie­chał, a ja nie.

- No wi­dzisz - po­wie­dział, strze­pu­jąc so­bie odłam­ki szkła z brzu­cha.

- Nie po­do­ba mi się ten plan - od­par­łem. - Żeby wy­cho­dzić w dzicz z na­dzie­ją, że spo­tkasz ja­kąś do­brą du­szę, któ­ra bę­dzie ci chcia­ła po­ży­czyć na­rzę­dzia? Ty bę­dziesz jeź­dził w kół­ko, a ja tu ski­snę. A co, je­śli ta sta­ru­cha wró­ci?

- Zo­sta­wi­ła nam swo­je złe wia­do­mo­ści, więc nie ma po co wra­cać.

- Ła­two ci mó­wić.

- Tak uwa­żam. A poza tym, co in­ne­go mogę zro­bić? Je­śli masz ja­kiś inny plan, to wła­śnie na­de­szła od­po­wied­nia chwi­la, że­byś się nim po­dzie­lił.

Nie, nie mia­łem żad­ne­go in­ne­go pla­nu. Po­pro­si­łem Char­lie­go, żeby mi przy­niósł moją sa­kwę z je­dze­niem. Pa­trza­łem, jak pod­cho­dzi do koni.

- Nie za­po­mnij o pa­tel­ni! - za­wo­ła­łem.

- O kim?

- O pa­tel­ni! Pa­tel­ni! - Wy­cią­gną­łem rękę, jak­bym coś sma­żył, a on po­ki­wał gło­wą. Wró­cił do okna, prze­pchnął przez nie moje rze­czy i ży­czył mi smacz­ne­go śnia­da­nia, po czym wsiadł na Chy­że­go i od­je­chał. Kie­dy ich już nie było, wpa­dłem w pod­ły na­strój; pa­trząc na li­nię drzew, mię­dzy któ­ry­mi znik­nę­li, mia­łem nie­po­ko­ją­ce prze­czu­cie, że już nig­dy tam­tę­dy nie wró­cą.

Ze­bra­łem w so­bie reszt­ki po­go­dy du­cha i po­sta­no­wi­łem zro­bić z cha­ty swój tym­cza­so­wy dom. Nig­dzie nie mo­głem zna­leźć ani po­rą­ba­ne­go drew­na, ani pod­pał­ki, ale po­piół i wę­gle wciąż jesz­cze się ża­rzy­ły, więc roz­bi­łem krze­sło sta­ru­chy, wa­ląc nim so­lid­nie o pod­ło­gę. Uło­ży­łem na pa­le­ni­sku nogi, sie­dze­nie i opar­cie w sto­sik w kształ­cie od­wró­co­ne­go V, po czym po­la­łem je odro­bi­ną oli­wy z lam­py. Po chwi­li wszyst­ko za­ję­ło się ogniem. Jego cie­pło i za­pach do­da­ły mi otu­chy. Krze­sło było wy­ko­na­ne z twar­dej dę­bi­ny i pa­li­ło się do­brze. Małe zwy­cię­stwa - tak za­wsze ma­wia­ła moja mat­ka, więc tak po­wie­dzia­łem so­bie te­raz i ja.

Sta­łem kil­ka mi­nut na pro­gu, pa­trząc na świat za drzwia­mi. Nie wi­dzia­łem ani jed­nej chmur­ki - był to je­den z tych błę­kit­no­fio­le­to­wych dni, kie­dy nie­bo wy­da­je się od­le­glej­sze i głęb­sze niż zwy­kle. Z da­chu spły­wa­ła struż­ka­mi woda z roz­to­pio­ne­go śnie­gu, więc wy­sta­wi­łem przez okno swój bla­sza­ny ku­bek, żeby go na­peł­nić. Bla­cha w mo­jej dło­ni zro­bi­ła się lo­do­wa­ta, a po po­wierzch­ni wody pły­wa­ły małe wy­sep­ki prze­zro­czy­ste­go lodu, któ­re przy pi­ciu szczy­pa­ły mnie w war­gi. Do­brze było wy­myć z ust okrop­ny, tru­mien­ny po­smak ze­schnię­tej wczo­raj­szej krwi. Roz­grze­wa­łem chłod­ną wodę na ję­zy­ku, prze­le­wa­jąc ją tam i z po­wro­tem z na­dzie­ją, że oczy­ści moją ranę. Z nie­po­ko­jem po­czu­łem, że od dzią­sła od­ry­wa mi się ja­kiś twar­dy kształt, któ­ry obi­ja się w tę i we w tę w mo­ich wy­peł­nio­nych wodą ustach. Po­my­śla­łem, że to płat skó­ry, i wy­plu­łem go na pod­ło­gę. Upadł z obrzy­dli­wym pla­śnię­ciem. Po­chy­li­łem się, żeby mu się przyj­rzeć z bli­ska. Był wal­co­wa­ty i czar­ny - moje ser­ce gwał­tow­nie przy­spie­szy­ło. Czyż­by dok­tor Watts wpu­ścił mi do ust pi­jaw­kę, nic mi o tym nie mó­wiąc? Jed­nak kie­dy trą­ci­łem go pal­cem, roz­wi­nął się i przy­po­mnia­łem so­bie o zwit­ku waty, któ­ry den­ty­sta we­pchnął mi do ust przy dzią­słach. Wrzu­ci­łem go w ogień. Ze­śli­zgnął się po pło­ną­cej no­dze od krze­sła, ki­piąc, dy­miąc i zo­sta­wia­jąc za sobą ślad krwi i śli­ny.

Pa­trza­łem na uno­szą­cą się za drzwia­mi mgłę i cie­szy­łem się, że prze­ży­łem cały ten ciąg nie­daw­nych wy­pad­ków: pa­ją­ka, opuch­nię­tą gło­wę, klą­twę, któ­rej uda­ło się unik­nąć. Na­bra­łem w płu­ca tyle chłod­ne­go po­wie­trza, ile tyl­ko mo­gły po­mie­ścić.

- Ba­rył­ko! - za­wo­ła­łem w dzicz. - Utkną­łem w cha­cie wstręt­nej Cy­gan­ki-cza­row­ni­cy!

Koń pod­niósł łeb, roz­cie­ra­jąc żu­chwą kęp­kę chru­pią­cej tra­wy.

- Ba­rył­ko! Do­po­móż mi, bo je­stem w po­trze­bie!

Zro­bi­łem so­bie skrom­ne śnia­da­nie z bocz­ku, płat­ków owsia­nych i kawy. Ka­wa­łek chrząst­ki utknął mi w dziu­rze w zę­bie. Uda­ło mi się go usu­nąć z du­żym tru­dem, ale przy oka­zji po­draż­ni­łem ranę i spo­wo­do­wa­łem krwa­wie­nie. Przy­po­mnia­łem so­bie wte­dy o szczo­tecz­ce do zę­bów. Wy­ją­łem ją z kie­sze­ni ka­mi­zel­ki wraz z prosz­kiem i po­ło­ży­łem na sto­le obok bla­sza­ne­go kub­ka. Watts nie po­wie­dział, czy po­wi­nie­nem po­cze­kać z ich uży­wa­niem, aż moja jama ust­na zu­peł­nie wy­do­brze­je, ale po­my­śla­łem, że spró­bu­ję, tyle że ostroż­nie. Zwil­ży­łem wło­sie szczot­ki i wy­sy­pa­łem na nie szczyp­tę prosz­ku.

- W górę, w dół i na boki - po­wta­rza­łem so­bie, bo tak wła­śnie ra­dził dok­tor. Usta mia­łem peł­ne mię­to­wej pia­ny, a ję­zyk cały roz­dra­pa­ny. Pod­cią­gną­łem się na wy­so­kość okna i wy­plu­łem za­bar­wio­ną krwią wodę na pia­sek i śnieg. Wzią­łem chłod­ny, pięk­nie pach­ną­cy od­dech i by­łem pod wiel­kim wra­że­niem mi­łe­go mro­wie­nia, któ­re po­czu­łem dzię­ki szczo­tecz­ce. Po­sta­no­wi­łem, że będę jej uży­wał co­dzien­nie, i wła­śnie stu­ka­łem nią o czu­bek nosa, my­śląc o ni­czym albo o kil­ku mgli­stych kwe­stiach jed­no­cze­śnie, kie­dy zo­ba­czy­łem niedź­wie­dzia, któ­ry wy­gra­mo­lił się z lasu i zmie­rzał w stro­nę Ba­rył­ki.