Bracia Moskale a Układ Warszawski - Lech Kowalski

Kup ebooka

32.99 zł
27.81 zł (27,37 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP

To już bodajże moja dziesiąta książka poświęcona tematyce wojskowej okresu PRL-u z serii pozycji odkłamujących dzieje ludowego Wojska Polskiego. Poznałem wiele wierutnych kłamstw na temat wspomnianej formacji wojskowej powołanej przez Stalina w 1943 roku, ale jeszcze nigdy wcześniej nie spotkałem się z taką zorganizowaną machiną kłamstw i fałszerstw, jak w wypadku powstałego w 1955 roku Układu Warszawskiego.

Na temat tej komunistycznej machiny wojennej, którą powołali do istnienia Sowieci - a która w swych niecnych zamiarach miała podbój całej Europy Zachodniej oraz pilnowanie i utrzymywanie sowieckiej racji stanu w części Europy Środkowo-Wschodniej - nie wolno było pisać prawdy przez cały okres PRL-u. Sama tylko bibliografia do tego tematu, to kilkadziesiąt stron zapisanych drobnym drukiem, gdzie legiony - najczęściej zawodowych fałszerzy z tytułami i stopniami naukowymi - widnieją do dziś. To autorzy książek, prac magisterskich, doktoratów, habilitacji, tzw. prac profesorskich, sprawozdań z konferencji i sympozjów - czegóż tam nie ma! W rzeczy samej - nie ma tam prawdy! Tych najważniejszych z nich znam, innych poznałem, z kilkoma pracowałem w Wojskowym Instytucie Historycznym - jestem w pełni świadomy tego, że doskonale wiedzieli, co czynili wybierając tematykę Układu Warszawskiego. Ta tematyka gwarantowała karierę - o ile pisało się zgodnie z obowiązującą busolą ideologiczną. Liderami z tym temacie byli bezsprzecznie zawodowi "historycy wojskowości", m.in.: ze wspomnianego WIH-u, Wojskowej Akademii Politycznej, Głównego Zarządu Politycznego WP, Akademii Sztabu Generalnego, Głównego Inspektoratu Szkolenia MON, Akademii Spraw Wewnętrznych, Instytutu Marksizmu i Leninizmu przy KC PZPR oraz z rozlicznych szkół oficerskich, jak również z wydziałów dziennikarskich, historycznych i politologicznych cywilnych uczelni wyższych, a także z Polskiej Akademii Nauk i Instytutu Spraw Międzynarodowych. Ten, kto nie zaliczał się do tego grona, ten wiele tracił, gdyż to była tematyka dostępna z namaszczenia resortów siłowych, z MON-u i MSW, a to wówczas nobilitowało - i ustawiało karierę zawodową. Nie będę tych pożytecznych idiotów wymieniał z nazwiska i imienia, ani też cytował ich pseudonaukowych prac, książek oraz artykułów, bo mija się to z celem. Tu jest tyle magmy błota, że nie sposób byłoby ich z niej wydobyć i czegokolwiek pozytywnego napisać. Chcę im tylko uzmysłowić, że manipulując faktami i materiałami archiwalnymi dotyczącymi Układu Warszawskiego, z całą pewnością zohydzili zastępom młodych Polaków historię dziejów oręża polskiego. Natomiast wzbraniającym dostępu do tej tematyki tak zwanym archiwistom - zakotwiczonym w Centralnym Archiwum Wojskowym (CAW) w Rembertowie, Archiwum IC MON w Modlinie oraz w innych oddziałowych archiwach wojskowych - mogę śmiało powiedzieć: byliście równie podli, jak ci pierwsi. Wielokroć bywałem świadkiem odsyłania przez Was z kwitkiem i głupawym uśmieszkiem na ustach niezliczonych współrodaków próbujących dokumentować wojenne dzieje własnych rodzin i bliskich. Odsyłania ich tylko dlatego, że przy okazji takich kwerend mogliby uchylić rąbka prawdy o tej zbrodniczej efemerydzie wojennej w służbie "imperium zła" - jak zwykł mawiać o Związku Sowieckim prezydent Stanów Zjednoczonych Ronald Reagan. Ja sobie z Wami radziłem, bo miałem tę przewagę, że posiadałem stosowną wiedzę źródłową, stąd potrafiłem obchodzić stawiane przez Was progi i bariery. Jednak takich było niewielu. W całym okresie trwania PRL-u próżno szukać krytycznych recenzji dotyczących Układu Warszawskiego, których autorami byliby czołowi łgarze mundurowi. Byli oni chronieni niczym dobra narodowe. W pierwszej kolejności parasol ochronny nad ich kłamliwymi publikacjami rozpostarli kolejni szefowie GZP WP, m.in.: gen. Kazimierz  Witaszewski, Marian Spychalski, Janusz Zarzycki, Wojciech Jaruzelski, Józef Urbanowicz, Włodzimierz Sawczuk, Józef Baryła i Tadeusz Szaciłło. W sposób szczególny byli chronieni również przez gen. Eugeniusza Molczyka - wieloletniego wiceministra Obrony Narodowej i szefa Głównego Inspektoratu Szkolenia MON. Molczyk to generał rusofil, autor wielu tzw. wstępniaków do rzeczonych książek poświęconych Układowi Warszawskiemu, którego sowieccy marszałkowie i generałowie wychwalali pod niebiosa i widzieli go na stanowisku szefa MON-u. Bronił wspomnianych fałszerzy historii wojskowości niczym niepodległości, a klasyków prac poświęconych Układowi Warszawskiemu nagradzał i torował im drogę kariery zawodowej.

Pomimo tych ponurych działań obecnie widać jednak światełko w tunelu - jest nadzieja, że prawda o Układzie Warszawskim ostatecznie zwycięży, gdyż pojawiła się taka możliwość wraz z utworzeniem Instytutu Pamięci Narodowej (IPN) oraz powołaniem Wojskowego Biura Historycznego (WBH), w których to instytucjach coraz częściej podejmowana jest niniejsza tematyka. Współczesne publikacje, opracowania i zbiory źródeł mają się nijak do tych z okresu PRL-u. Pozwolę sobie wymienić kilku historyków, którzy podjęli się stawić czoła komunistycznym kłamstwom i napisać historię Układu Warszawskiego raz jeszcze, taką, jaka ona naprawdę była. Wśród nich są m.in. Jarosław Pałka i jego praca Polskie Wojska Operacyjne w Układzie Warszawskim. Polecam też opracowanie zbiorowe Wojska radzieckie w Polsce 1939-1993, jak również kolejną pracę zbiorową Wojsko w Polsce "Ludowej" oraz doskonałe opracowanie autorstwa B. Potyrały i H. Szczegóły Czerwoni marszałkowie. Elity Armii Radzieckiej 1935-1991, które niezbicie dowodzi, jakie to sowieckie miernoty mundurowe dowodziły wojskami Układu Warszawskiego, chociaż w Polsce Ludowej wynoszono ich pod niebiosa i próbowano wmówić milionom Polaków, że wybitniejszych nie było na świecie. Duże wrażenie robi także książka autorstwa M.L. Krogulskiego Okupacja w imię sojuszu. Armia Radziecka w Polsce 1956-1993. Zupełnie wyjątkową pozycją jest książka W. Jarząbek PRL w politycznych strukturach Układu Warszawskiego w latach 1955-1980 - szkoda że nie obejmuje czasu aż do rozwiązaniu Układu. Nie zaszkodzi także sięgnąć po pozycję książkową autorstwa J.M. Nowaka Od hegemonii do agonii. Upadek Układu Warszawskiego. Polska perspektywa. Praca ta od strony politologicznej doskonale oddaje, czym była ta komunistyczna skamielina wojenna, trzymająca w ryzach posłuszeństwa Europę Środkowo-Wschodnią w imię "braterstwa broni i pokoju" oraz zagrażająca całemu wolnemu światu zachodniemu. Ale UWAGA!, również teraz pojawiają się pozycje książkowe starych apologetów komunistycznego LWP, którzy sięgając po pióro, podejmują próby ponownego zeskanowania starych kłamstw i fałszerstw historycznych o LWP i Układzie Warszawskim. Do najgroźniejszych z nich zaliczam gen. Franciszka Puchałę (służącego w KBW, współautora stanu wojennego), który stara się podtrzymać komunistyczne kłamstwa takimi opracowaniami książkowymi, jak: Sztab Generalny pojałtańskiej Polski (Warszawa 2011) czy Kulisy stanu wojennego 1981-1983 (Warszawa 2016) oraz wyjątkowo plugawej pozycji Szpieg CIA w polskim Sztabie Generalnym. O Ryszardzie Kuklińskim bliżej prawdy (Warszawa 2014). Tymczasem gen. Ryszardowi Kuklińskiemu do pięt nie dorastał, kiedy wspólnie służyli wspomnianej instytucji, co m.in. potwierdził gen. Stanisław Koziej, bliski współpracownik Kuklińskiego. Ego Puchały sięga iglicy Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, więc musiał jakoś odreagować, inną kwestią jest, że zrobił to w sposób brutalny i chamski, co prawdopodobnie wyniósł z szeregów zbrodniarzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Czas teraz na książkę, którą kieruję do tych z Państwa, którzy interesują się powyższą tematyką. Podobnie jak moje poprzednie prace, książka ta musiała powstać w ramach odkłamywania dziejów LWP, w którym służyłem. Jak na mnie, jest ona objętościowo skromna, bo miewałem już takie w granicach 1000 stron. Pasjonuje mnie historia wojskowości, więc tę tematykę podejmuję z powodu pasji, a nie dlatego, że muszę. Kiedy zostałem usunięty z WIH-u, a pół roku później w ogóle z szeregów wojska, najgorsze było to, że pozbawiono mnie w ten sposób realizowania się w zawodzie historyka wojskowości, czyli czegoś, co mocno w życiu pokochałem. Było, minęło - po latach powróciłem. Podejmując powyższą tematykę, posiłkowałem się bazą źródłową zgromadzoną w IPN, CAW, MSZ, AAN oraz w nieistniejącym już Archiwum Sekretariatu KOK, wtedy jeszcze przy Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. Wykorzystałem też moje rozliczne kontakty z generalicją LWP, którą nagrywałem na początku lat dziewięćdziesiątych minionego stulecia. Notable ci wtedy byli jeszcze tak wystraszeni upadkiem PRL-u, że nawet niewiele mi nakłamali. Po latach zhardzieli, kiedy komuna odżyła w III RP. Myślę, że do tej pracy wniosłem też coś od siebie - dzięki posiadaniu bogatej wiedzy źródłowej na ten temat popartej własnym doświadczeniem. Moja prywatna kolekcja archiwalna, będąca wytworem rozlicznych kwerend, zawiera kilkadziesiąt tysięcy - możliwe, że nawet ponad 100 tysięcy - dokumentów, wcześniej sfotografowanych, a później wydrukowanych. Średnio do jednej książki gromadzę około 10-15 tysięcy stron dokumentacji. Archiwizowaniem źródeł dotyczących historii wojskowości zajmuję się od przynajmniej 40 lat, stąd ten wysyp archiwaliów. Poza tym to minione komunistyczne wojsko ludowe, w którym nigdy nie byłem niczyim przełożonym, a zawsze singlem, poznałem osobiście wraz z rozliczną gamą przełożonych mądrych, głupich i najgłupszych. Przez piętnaście lat służby byłem na etacie naukowym (adiunkt), zrobiłem doktorat, ale habilitacji nie pozwolili mi już zakończyć z sukcesem pomimo czterech pozytywnych recenzji przedłożonej rozprawy. Wtedy już byłem "na bruku", bez szans na obronienie się, a ci, od których to zależało, już wcześniej postanowili mnie odstrzelić. To byli ci sami zawodowcy z WIH-u, którzy z pasją zakłamywali dzieje oręża polskiego przez dziesięciolecia. Książka składa się ze wstępu i sześciu rozdziałów, które razem tworzą historię Układu Warszawskiego, począwszy od jego zarania, aż po rozwiązanie. Dodam jeszcze, że planowałem osobny podrozdział poświęcony gen. Kuklińskiemu, ale zrezygnowałem, gdyż pod wpływem gromadzonej wiedzy na powyższy temat zdałem sobie sprawę, że generał w żaden sposób - współdziałając z CIA - nie podminował fundamentów Układu Warszawskiego. Co więcej, tak naprawdę nawet ich nie drasnął, chociaż jest przedstawiany jako heros, który wstrząsnął sowiecką potęgą militarną. Ja do tych piewców nie dołączam, co więcej ostrzegam, że czyniąc tak, zagłaskacie tę postać, jak to uczyniono z żołnierzami wyklętymi, o których książki zalegają księgarnie. Cenię Kuklińskiego za to, że wystawił juntę wojskową z Jaruzelskim na czele i pokazał światu, co próbowała zgotować wespół z Sowietami Polsce i Europie. On nie zdradził Polski i Polaków, on zdradził klikę mundurową, która zawładnęła PRL-em na niemal całą dekadę lat osiemdziesiątych. Mnie osobiście zaskoczyło przy pisaniu niniejszej książki, że kiedy jaskrawo zdałem sobie sprawę, jak agresywnym i niebezpiecznym tworem militarnym był Układ Warszawski, to zrozumiałem, że los Europy byłyby opłakany, gdyby nie istniał Pakt Północnoatlantycki (NATO). "Bracia Moskale" niechybnie zawojowaliby nasz kontynent europejski, rozrywając go kawałek po kawałku - podobnie, jak to obecnie ma miejsce na Ukrainie. Ci współcześni Hunowie i Wandale od zawsze nie potrafili i nadal nie potrafią stworzyć niczego wartościowego, nie potrafią wnieść do cywilizacji światowej choćby promyka nadziei na lepsze jutro. Są mistrzami w wywoływaniu kolejnych wojen, w podbojach ościennych państw, pacyfikacji całych narodów i życia ich kosztem. To niewątpliwie urodzeni agresorzy, ciągle dążący do pogrążenia w nieszczęściach innych krajów, którym zazdroszczą życia w pokoju, w poczuciu bezpieczeństwa i dumy z osiągnięć. Ich prawdziwą osobowość znakomicie oddaje funkcjonujące w nauce od dekad pojęcie homo sovieticus. To ktoś niczym kameleon: zmienny, zdradliwy, mściwy, a przy tym ideologiczny schizofrenik gotowy do samookaleczenia umysłowego, uciekający od wolności, godzący się na zamordyzm rządzących, ktoś uniżony wobec silniejszych, pozbawiony osobowości i godności, śniący o potędze osobnik pełen chorych ambicji, żyjący w wiecznym poczuciu zagrożenia. To właśnie takie indywidua sowieckie stworzyły wspomniany Układ Warszawski, by swymi narodowymi przywarami w pierwszej kolejności zainfekować Europę, po czym - co nie daj Boże - także cały współczesny świat. Te imperialistyczne koncepcje totalitarnego mocarstwa idealnie oddaje godło narodowe państwa rosyjskiego: kula ziemska, a na jej tle potężny sierp i młot z czerwoną gwiazdą powyżej. Jawiła się im Socjalistyczna Europa Sowiecka, a z czasem Światowy Związek Państw Sowieckich - nigdy nie przestali o tym marzyć. Właśnie o tym jest ta książka. Życzę miłej lektury!

Przypisy

    1 Określenie "obóz koncentracyjny" odnotowano po raz pierwszy w dziejach Rosji w depeszy W.I. Lenina do towarzyszki Eugenii Bosz (funkcjonariuszki KC WKP(b) oraz zbrodniczej Czeki w Guberni Peszeńskiej). Niniejsza depesza pochodzi z sierpnia 1918 r. i m.in. czytamy w niej: "Osoby podejrzane zamknąć w podziemnym obozie koncentracyjnym". Krótko i na temat. Ustawy, na podstawie których zalegalizowano w Rosji bolszewickiej instytucje obozów koncentracyjnych były dwie - jedna z września 1918, druga z kwietnia 1919 r. Pierwszy obóz utworzono w 1921 r. w Chołgomorach koło Archangielska. W 1923 r. funkcjonowało już 65 obozów koncentracyjnych, które od 1922 r. podlegały Głównemu Zarządowi Obozów Pracy Przymusowej. Jeden z największych kompleksów obozowych znajdował się na Wyspach Sołowieckich, gdzie na skutek nieludzkich warunków liczba więźniów spadła w latach 1929-1930 z 14 tys. do 800 więzionych. Przeciętna długość życia w obozach rozlokowanych nad Morzem Białym nie przekraczała prawie nigdy dwóch lat. W latach 1933-1935 większość więźniów stanowili chłopi (około 3,5 mln), czyli blisko 70 proc. wszystkich więzionych. W 1938 r. w obozach koncentracyjnych przebywało już ponad 8 mln osób. Tylko na samej Kołymie zmarło w latach 1937-1941 około 1 mln więźniów. Obozy koncentracyjne w Niemczech powstały wraz z dojściem Hitlera do władzy, co oznacza, że blisko 1,5 dekady później niż sowieckie. Witamy w Kraju Rad "miłującym pokój i braterstwo między narodami", kraju rządzonym przez klasę robotniczo-chłopską oraz w państwie największych zbrodniarzy w dziejach ludzkości. M. Ciesielczyk, Z historii czerwonej dyktatury 1917-1953, Wydawnictwo O.N-a 1989, s. 47-49.

    2 Zachęcam do lektury poniższych pozycji książkowych, gdyż tu nie ma czasu ani miejsca na rozwijanie tej obszernej tematyki. Stąd kieruję pod rozwagę ku refleksji m.in. prace z zakresu literatury przedmiotu: D. Wołkogonow, Stalin. Tajemnice historii, tom 1, 2, Warszawa 1998; E. Radziński, Stalin. Pierwsza pełna biografia oparta na dokumentach z tajnych archiwów rosyjskich, Warszawa 1996; M. Mikeln, Stalin, Warszawa 1990; Hans von Herwarth, Między Hitlerem a Stalinem. Wspomnienia dyplomaty i oficera niemieckiego 1931-1945, Warszawa 1992; Nicolaus von Below, Byłem adiutantem Hitlera 1937-1945, Warszawa 1990; A. Bullock, Hitler i Stalin. Żywoty równoległe, tom 1, 2, Warszawa 1994; R. Miedwiediew, Pod osąd historii. Geneza i następstwa stalinizmu, tom 1, 2, Warszawa 1990; praca zbiorowa, Fenomen Stalina, Warszawa 1988; J. Heydecker, J. Leeb, Trzecia Rzesza w świetle Norymbergi. Bilans tysiąca lat, Warszawa 1979; L. Czornaja, D. Mielnikow, Hitler. Studium zbrodni, Warszawa 1988; K. Grunberg, Adolf Hitler. Biografia Führera, Warszawa 1989; A. Bergman, Najlepszy sojusznik Hitlera. Studium o współpracy niemiecko-sowieckiej 1939-1941, Londyn 1957; T. Snyder, R. Brandon, Stalin i Europa 1928-1953, Poznań 2014; Pod redakcją H. Eberlego, M. Uhla, Teczka Hitlera. Materiały ujawnione przez Stalina, Warszawa 2005; Dokumenty i materiały dotyczące stosunków radziecko-niemieckich w okresie od kwietnia 1939 r. do lipca 1941, Wilno 1990; Z.S. Siemaszko, W sowieckim osaczeniu, 1939-1943, Londyn 1991; Białe plamy. ZSRR - Niemcy 1939-1941, Wilno 1990; Cz. Grzelak, Dziennik sowieckiej agresji, wrzesień 1939, Warszawa 1994; K. Grunberg, J. Serczyk, Czwarty rozbiór Polski, Warszawa 1990; A. Sołżenicyn, Archipelag Gułag 1918-1956, tom 1, 2, 3, Warszawa 1990; Ch. Andrew, W. Mitrochin, Archiwum Mitrochina. KGB w Europie i na Zachodzie, Warszawa 2001. T. Strzembosz, W. Materski, Stalin a Powstanie Warszawskie. Z archiwów sowieckich, t. IV, Warszawa 1994; E. Wnuk-Lipiński, W. Materski, T. Strzembosz, K. Jasiewicz, Katyń. Dokumenty ludobójstwa przekazane Polsce 14 X 1992 roku, Warszawa 1992; W. Materski, Armia Polska w ZSRS 1941-1942. Z archiwów sowieckich, t. II, Warszawa 1992; W. Roszkowski, W. Materski, Konflikty polsko-sowieckie 1942-1944. Z archiwów sowieckich, t. III, Warszawa 1993; A. Paczkowski, W. Materski, Powrót żołnierzy AK z sowieckich łagrów. Z archiwów sowieckich, t. V, Warszawa 1995; J. Kumaniecki, Stosunki Rzeczypospolitej z państwem radzieckim 1918-1943, Warszawa 1991; W. Borodziej, Od Poczdamu do Szklarskiej Poręby. Polska w stosunkach międzynarodowych 1945-1947, Londyn 1990. Myślę, że to chwilowo wystarczy, by wyrobić sobie własne zdanie na temat Kraju Rad i systemu komunistycznego.

    3 Pierwsze bezprawne działania Armii Czerwonej w 1939 r. wystąpiły już w walkach o strażnice Korpusu Ochrony Pogranicza (KOP). Po ich zdobyciu Sowieci najczęściej rozstrzeliwali kopistów. Obrońcy z batalionu fortecznego "Sarny" - w sumie 280, którzy się poddali, zostali rozstrzelani. Mogiły się nie zachowały. Podobnie było w walkach o Grodno - większość wziętych do niewoli oficerów polskich zostało zastrzelonych na miejscu, nie inaczej barbarzyńcy ze Wschodu postąpili z obrońcami i mieszkańcami miasta. Doliczono się około 300 zamordowanych, w tym kilkuletnich chłopców. W Kaletach i Lipinach nad Kanałem Augustowskim rozstrzelali kilkunastu żołnierzy KOP, a w Białobrzegach kolejnych 10 żołnierzy. Po kapitulacji Lwowa Sowieci zatrzymali 1160 oficerów - twierdzili wcześniej, że mogą oni udać się do domów - po czym skierowali ich do obozów, gdzie w większości "zmarli". Gdy Lwów opuszczała kolumna policjantów, po minięciu rogatek przy ul. Zielonej natychmiast zostali rozstrzelani, a wcześniej też gwarantowano im wolność, co ujęto w treści dokumentu przy podpisywaniu kapitulacji miasta. W tym samym czasie "stepowe dzikusy ze Wschodu" plądrowały miasto, rabowały domy i gwałciły kobiety. Na składane protesty prezydenta miasta dr. Stanisława Ostrowskiego komendantura sowiecka nie zwracała uwagi. Przyjmuje się, że po 17 września do niewoli sowieckiej dostało się 240 tysięcy żołnierzy, w tym około 10 tysięcy oficerów. W międzyczasie Sowieci przekazali Niemcom 42 492 jeńców polskich, pozyskując z tamtej strony 13 753 (oficerów rezerwy i policjantów). Po przeprowadzeniu ww. rotacji jenieckich w obozach NKWD przetrzymywanych było blisko 40 tysięcy polskich jeńców wojennych, w tej liczbie około tysiąca oficerów kadrowych WP. W 1940 r. Sowieci przystąpili do ludobójczej akcji mordowana polskich jeńców (decyzja Biura Politycznego KC WKP(b) z 5 marca 1940 r.): w Katyniu zamordowali 4421 z obozu kozielskiego; w Charkowie kolejnych 3820 z obozu starobielskiego i w Twerze (wówczas Kalinin) dalszych 6311 z obozu ostaszewskiego. Cz. Grzelak, Represje i przestępstwa sowieckie w trakcie działań wojennych na terytorium Polski od 17 września 1939 roku, s. 206-213; J. Węgierski, Lwów pod okupacją sowiecką 1939-1941, Warszawa 1991, s. 11-85; W. Materski, Jeńcy wojenni i internowani w latach 1939-1941, s. 215-225, w: pod redakcją T. Szaroty i W. Materskiego, Polska 1939-1945. Stany osobowe i ofiary represji pod dwiema okupacjami, Warszawa 2009; pod redakcją naukową E. Kozłowskiego, Agresja sowiecka na Polskę w świetle dokumentów 17 września 1939. Geneza i skutki agresji, tom 1, 2, 3, Warszawa 1994; W. Myśliwski, Wschodnie losy Polaków, tom 1, 2, 3, 4, Łomża 1991; A. Głowacki, Forma, skala i konsekwencje sowieckich represji wobec Polaków w latach 1939-1941, w: pod redakcją P. Chmielowca, Okupacja sowiecka ziem polskich 1939-1941, Rzeszów-Warszawa 2005, s. 126-131; E. Kospath-Pawłowski, Wojsko Polskie na Wschodzie 1943-1945, Pruszków 1993, s. 119-121; J. Ślusarczyk, Stosunki polsko-radzieckie 1939-1945, Warszawa 1991, s. 231-237; P. Kołakowski, Pretorianie Stalina. Sowieckie służby bezpieczeństwa i wywiadu na ziemiach polskich 1939-1945, Warszawa 2010, s. 84-176.

    4 W 1939 r. - zgodnie z postanowieniami paktu Ribbentrop-Mołotow z 23 sierpnia 1939 r. i późniejszymi tajnymi ustaleniami - Sowieci zagarnęli 200 tysięcy kilometrów kwadratowych ziem wschodniej Polski (52,1 proc.), na których zamieszkiwało ponad 13,7 mln obywateli polskich. Zagarnięte obszary nazwali Zachodnią Ukrainą i Zachodnią Białorusią. Z kolei Niemcom przypadło terytorium wielkości 188 tysięcy kilometrów kwadratowych wraz z około 22 mln osób. Polska w tym czasie liczyła przeszło 35 mln ludności. Po latach okazało się, że było to jedynie preludium do tego, co miało nastąpić tuż po wojnie, kiedy to "Bracia Moskale" przesunęli polską granicę wschodnią o ponad 250 km na zachód, co spowodowało utratę Małopolski Wschodniej, Wołynia, Polesia i Wileńszczyzny, a przy okazji dwóch pereł w polskiej koronie, a mianowicie Lwowa i Wilna. Ten kolejny rozbiór Polski, Stalin tak naprawdę "zaklepał sobie" już na konferencji międzynarodowej w Teheranie w 1943 r., w obecności przywódców Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, a przypieczętował w Jałcie w lutym 1945 r. Przywódcy świata zachodniego - mając na uwadze jedynie własne partykularne interesy imperialne - oddali Polskę Stalinowi, a ten już od dawna wiedział, co miał dalej czynić. Tym to sposobem imperium bolszewickie znalazło się bliżej jądra cywilizacji zachodniej, na czym włodarzom Kremla zależało szczególnie. I co do dziś odbija się całej Europie czkawką. Przy okazji warto zaznaczyć, że peerelowscy autorzy prac na powyższe tematy, starali się nie zauważać wspomnianej przedwojennej granicy, gdyż dla nich Polska rozpoczynała się dopiero od Bugu. F. Zbiniewicz, Armia Radziecka w wojnie z hitlerowskimi Niemcami 1941-1945, Warszawa 1988, s. 157-196; L.Z. Niekrasz, Czerwone i brunatne, Gdańsk 1991, s. 36-41; A. Zechenter, Zmowa 1939. Pakt Stalin-Hitler, Kraków 2019, s. 28-49; Cz. Grzelak, Armia Stalina 1939-1941. Zbrojne ramię polityki ZSRS, Warszawa 2010, s. 79-158; A. Taras, Anatomia nienawiści. Stosunki polsko-rosyjskie XVIII-XX wieku, Warszawa 2015, s. 637-716; R. Szeremietiew, Siła złego ... Niemcy-Polska-Rosja, Warszawa 2015, s. 460-498; B. Wierzbiański, Teheran, Jałta, Poczdam, Wydawnictwo Recto, 1990 s. 12-175; M. Kornat, Polska po Jałcie. Pytania o bezalternatywność reżimu komunistycznego, w: pod redakcją R. Spałka, Sprzeczne narracje ... Z historii powojennej Polski 1944-1989, Warszawa 2020, s. 391-422. Pod redakcją K. Filipa i M. Golona, Armia Czerwona/Radziecka w Polsce w latach 1944-1993, Borne Sulinowo-Bydgoszcz-Gdańsk 2014, s. 7-12. Szerzej: J. Kurtyka, Z dziejów agonii i podboju. Prace zebrane z zakresu najnowszej historii Polski, Kraków 2014.

    5 Opanowywanie wschodnich obszarów Polski do linii Narwi, Wisły i Wisłoki miało miejsce w czerwcu, lipcu i sierpniu 1944 r. Północne i centralne rejony tych obszarów oswobadzały wojska 1, 2 i 3 Frontu Białoruskiego w ramach operacji białoruskiej, brzesko-lubelskiej i białostockiej, a południowe regiony - wojska 1 Frontu Ukraińskiego w toku operacji lwowsko-sandomierskiej. Za jednostkami frontowymi przemieszczały się zbrodnicze jednostki NKWD i "Smierszu", które przejmowane obszary starały się urządzać na wzór i podobieństwo Kraju Rad. W sumie sowieckie służby specjalne liczyły 35-40 tysięcy wyjątkowych siepaczy i oprawców. Najgroźniejsza z nich była 64 Zbiorcza Dywizja NKWD, wspierająca m.in. marionetki komunistyczne z PPR i ZPP, które Stalin postanowił usadowić na szczytach nowych władz rządowych w Polsce. To również oni roztoczyli parasol ochronny nad tworzonymi w pośpiechu strukturami, m.in. Korpusem Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW), który był niczym innym, jak polskim NKWD czy też Informacją Wojskową (IW), która z kolei była wiernym odzwierciedleniem kontrwywiadu sowieckiego "Smiersz". W rzeczy samej naprawdę było czego się bać. H. Stańczyk, S. Zwoliński, Wojsko Berlinga i Żymierskiego 1943-1945, Warszawa 2015, s. 211-263; D. Bargiełowski, Konterfekt renegata, Warszawa 2013, s. 261-320; E. Kospath-Pawłowski, Wojsko Polskie na Wschodzie 1943-1945, Pruszków 1993, s. 127-200; L. Kowalski, Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego a żołnierze wyklęci. Walka z podziemiem antykomunistycznym w latach 1944-1956, Warszawa 2016, s. 93-149; R. Butler, Instrumenty terroru stalinowskiego. CZK, OGPU, NKWD, KGB od 1917 do 1991, Warszawa 2007, s. 110-145; J. Baberowski, Czerwony terror. Historia stalinizmu, Warszawa 2009, s. 161-1985; Ch. Andrew, O. Gordijewski, KGB, Warszawa 1999, s. 301-323; V.J. Birstein, Smiersz, tajna broń Stalina. Sowiecki kontrwywiad wojskowy podczas II wojny światowej, Kraków 2013, s. 407-411. Z. Palski, Informacja Wojska Polskiego 1943-1957, Warszawa 2016, s. 7-159. Szerzej: S. Cenckiewicz, Geneza Ludowego Wojska Polskiego 1943-1945, Warszawa 2017. Jednocześnie polecam Biuletyn IPN nr 1-2/2021, który w całości jest poświęcony tematyce przesiedleń ludności polskiej z Kresów Wschodnich w powojenne granice Polski.

    6 W dniu 26 lipca 1944 r. sowieccy nominaci z PKWN podpisali porozumienie z rządem sowieckim "O stosunkach między Radzieckim Wodzem Naczelnym (Stalinem) a Administracją Polską", które przewidywało, że w strefie działań bojowych (teoretycznie 60-100 km od aktualnej linii frontu w głąb) - najwyższą władzą we wszystkich sprawach dotyczących wojny będą dowódcy poszczególnych frontów oswobadzających Polskę spod okupacji niemieckiej. Praktycznie oznaczało to wszechwładzę Armii Czerwonej oraz siepaczy z NKWD i kontrwywiadu wojskowego "Smiersz". W praktyce wspomniane 60-100 km stanowiło jedynie zasłonę dymną, gdyż Sowieci panoszyli się na całym obszarze oswobadzanej Polski. Nie pytając rodzimych komunistów o zdanie, 9 sierpnia 1944 r. Naczelne Dowództwo Armii Czerwonej wydało rozkaz nr 220172 skierowany do jednostek i organów zdobyczy wojennych na terenach Polski. Oznaczało to nic innego, jak usankcjonowanie grabieży mienia na całym terytorium Polski, wszędzie tam, gdzie Sowieci mieli ku temu okazję. Jakby tego było mało, 22 września 1944 r. na mocy rozkazu dowódcy 1 Frontu Białoruskiego o tworzeniu komendantur wojennych, zaczęły powstawać pierwsze formalne struktury faktycznej władzy okupacyjnej typu wojskowego. Aby było jasne - powyższa decyzja dotyczyła nie tylko odcinka działań bojowych 1FB, ale także obszarów, które pozostawały w sferze działań wojennych pozostałych frontów Armii Czerwonej (1, 2, 3FB i 1FU). Zostało to jednoznacznie określone w instrukcji z 10 października 1944 r., wydanej przez zastępcę szefa Sztabu Generalnego Armii Czerwonej, gen. Aleksieja Antonowa, którą przekazano do wiadomości i realizacji wszystkich utworzonych komendantur wojennych. Wspomniane komendantury szczebla powiatowego i dużych miast wyznaczały Rady Wojenne Frontów, a komendantury funkcjonujące w miasteczkach i w gminach, a nawet lokowane na stacjach kolejowych, powoływały Rady Wojenne Armii. To te struktury sowieckie stanowiły faktyczną władzę na terenach Polski przejmowanych przez Armię Czerwoną. W tych okolicznościach rodzimi nominaci komunistyczni z PKWN byli jedynie statystami. Co z tego, że delegowali tzw. pełnomocników do wspomnianych frontów, kiedy tak naprawdę funkcjonowali oni niemal na prawach chłopców na posyłki. Dopiero 9 lipca 1945 r. - a więc w drugim miesiącu od zakończenia działań wojennych - Naczelne Dowództwo Armii Czerwonej powiadomiło szefa Sztabu WP o przystąpieniu do likwidacji w wielu miejscowościach komendantur wojennych. I tak, od sierpnia do listopada 1945 roku funkcjonujące komendantury zostały rozwiązane w 244 miejscowościach. Niemniej Sowieci pozostawili sobie nadal 36 komend w kluczowych miastach i w rejonach znaczących węzłów kolejowych. W. Materski, Dyplomacja Polski "lubelskiej" lipiec 1944-marzec 1947, Warszawa 2007, s. 11-44; P. Kołakowski, Pretorianie Stalina. Sowieckie służby bezpieczeństwa i wywiadu na ziemiach polskich 1939-1945, Warszawa 2010, s. 213-290; M. Korkuć, Wpoić żołnierzom nienawiść. Z problematyki wykorzystania jednostek ludowego wojska do walki z podziemiem niepodległościowym ..., w: pod redakcją R. Klementowskiego, J. Nowosielskiej-Sobel, P. Piotrowskiego, G. Straucholda, Wojsko w Polsce Ludowej, Warszawa 2014, s. 109-132. Szerzej: J. Szaniawski, Imperium zła. Rosja przeciw Polsce i Europie, Warszawa 2011.

    7 Masowe deportacje doprowadziły do takiej sytuacji, że dwie trzecie aresztowanych osób wywożono z powodów, które absolutnie nie odpowiadały kryteriom "oczyszczania tyłów", czyli zaplecza frontów sowieckich na terenie Polski. To był jedynie pretekst, gdyż Sowietom chodziło głównie o pozyskanie bezpłatnej siły roboczej, którą w warunkach totalnego zniewolenia wykorzystywano w gospodarce Kraju Rad. Przykładowo - deportowanych z Pomorza kierowano głównie do obozów pracy rozlokowanych na terenie obwodów: doniecki, charkowski, czelabiński, czkałowski, kemerowski, kurgański, moskiewski, swierdłowski, tulski i zaporski oraz na terenie Litwy, Łotwy i Baszkirii. W niektórych obwodach funkcjonowało po kilka takich obozów. Na mocy decyzji Rady Ministrów Związku Sowieckiego z 26 lipca 1947 r. zniewoleni w ten sposób Polacy zaczęli z wolna powracać do kraju. W okresie PRL-u o wspomnianych deportacjach nie wolno było niczego publikować. M. Golon, "Pomorska obława". Deportacje Polaków z Pomorza do obozów NKWD w ZSRR w 1945 roku, w: pod redakcją T. Szaroty, W. Materskiego, Polska 1939-1945. Stany osobowe i ofiary represji pod dwiema okupacjami, Warszawa 2009, s. 291-303; D. Węgrzyn, Wywiezieni z Górnego Śląska w 1945 roku, w: pod redakcją T. Szaroty, W. Materskiego ..., op. cit., s. 304-312; H. Różański, Śladem wspomnień i dokumentów (????-1948), Warszawa 1988, s. 130-141.

    8 https://portalstatystyczny.pl/polska-przed1939-r-i-po-1945r- porównania najważniejszych wskaźników/. Stan na dzień 2. II. 2022 r. Szerzej: Historia Polski w liczbach. Państwo i społeczeństwo, GUS, tom I, Warszawa 2001; Mały rocznik statystyczny Polski, wrzesień 1939-czerwiec 1941, Warszawa 1990.

    9 Przy tym wszystkim musimy być świadomi, że druga wojna światowa trwała sześć lat, objęła 61 krajów, z tego na ich terytorium działaniami wojennymi było objętych 40 z nich. W tym samym czasie, jak obliczono, aż 80 proc. globu ziemskiego było w nią zaangażowane bezpośrednio. W międzyczasie, walczyło 110 mln ludzi, poległo blisko 25 mln. Warto ten kontekst uwzględnić w wypadku rozważań o Polsce w okresie wojny i po jej zakończeniu. https://pl.wikipedia.org/wiki/Represje ZSRR wobec Polaków i obywateli polskich 1939-1946. Stan na dzień 3 lutego 2021 r.; B. Urbankowski, Bohaterowie i zdrajcy. Wspólna pamięć narodu, Kraków 2021, s. 556-560; praca zbiorowa, Komunizm w Polsce. Zdrada, zbrodnia, zakłamanie, zniewolenie, Kraków (brak daty), s. 80-226. Szerzej: S. Ciesielski, Represje sowieckie wobec Polaków i obywateli polskich, Ośrodek "Karta", Warszawa 2002; N. Iwanow, Zapomniane ludobójstwo. Polacy w państwie Stalina, Warszawa 2015.

 10 Sprawozdanie informacyjne Zarządu Głównego za 1947 r. Zrzeszenie "Wolność i Niezawisłość" w dokumentach, Wrocław 1997, tom II, s. 428.

 11 Nie czynię tego w imię autoreklamy, niemniej, jak rzekłem, wielekroć powyższą sytuację w powojennej Polsce już opisałem we wcześniej wydanych książkach, m.in. w: Jaruzelski. Generał ze skazą, wydanie II, Poznań 2012; Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego a żołnierze wyklęci. Walka z podziemiem antykomunistycznym w latach 1944-1956, Poznań 2016; "Cze.Kiszczak". Biografia gen. broni Czesława Kiszczaka, Poznań 2015; Krótsze ramię Moskwy. Historia kontrwywiadu wojskowego PRL, Warszawa 2017; Bezpieka pogranicza. Historia zwiadu WOP 1945-1990, Warszawa 2020.

 12 Konstantyn Ksawerowicz Rokossowski (1896-1968) urodził się w Wielkich Łukach (gubernia pskowska). W okresie PRL-u twierdzono, że urodził się w Warszawie. Syn Polaka i Rosjanki. W 1914 r. został zmobilizowany do armii carskiej, był podoficerem kawalerii w trakcie pierwszej wojny światowej. W Armii Czerwonej od 1918 r. Dowodził szwadronem i pułkiem kawalerii w okresie rewolty bolszewickiej. Jest absolwentem kursu Wyższej Szkoły Kawaleryjskiej (1925 r.) i kursu w Akademii Wojskowej im. Frunzego (1929 r.). W konflikcie granicznym sowiecko-chińskim na Dalekim Wschodzie dowodził brygadą kawalerii (Żukow był w tym czasie jego podwładnym), później dowodził dywizją i 5 Korpusem Kawalerii. W latach 1937-1940 był więziony w obozie pod zarzutem szpiegostwa, w tym na rzecz Polski. Poddany był torturom, połamano mu m.in. żebra i wybito zęby. W 1940 r. nieoczekiwanie zwrócono mu wolność i skierowano do szpitala na podreperowanie stanu zdrowia. Otrzymał też stopień generała majora. Pod koniec tego roku został dowódcą 19 Korpusu Zmechanizowanego. W początkowym okresie wojny sowiecko-niemieckiej (1941 r.) kierował pierwszym na Ukrainie kontratakiem wojsk pancernych, a pod koniec roku dowodził już 16 Armią w rejonie obrony Moskwy, gdzie zwrócił na siebie uwagę Stalina. W tym czasie awansował na stopień generała lejtnanta. Od lipca 1942 r. dowodził kolejno frontami: Briańskim, Dońskim (od września 1942 r., awansował na gen. płk), Centralnym (od lutego 1943 r.), Białoruskim (od października 1943 r.), 1 Białoruskim (od lutego 1944 r., otrzymał tytuł Bohatera ZSRS) i 2 Białoruskim (od listopada 1944 r.). W 1944 r. został mianowany marszałkiem ZSRS. Dowodząc poszczególnymi frontami, walczył m.in. pod Stalingradem (był wśród uczestników odbierających kapitulację 6 Armii niemieckiej), pod Kurskiem (awansował na gen. armii). Za udział w operacji berlińskiej otrzymał drugi tytuł Bohatera ZSRS i Order Zwycięstwa. Od czerwca 1945 r. na czele PGW ACz. W październiku 1949 r. został ministrem ON w Polsce i marszałkiem Polski oraz jednocześnie zajmował stanowisko wicepremiera i funkcje członka KC i Biura Politycznego KC PZPR. Od 1952 r. był równocześnie posłem na sejm. Będąc szefem MON-u, skompromitował się uczestnictwem w represjach kadry zawodowej WP przez Informację Wojskową, która mu bezpośrednio podlegała. To on również wydał rozkaz wojskom PGW i wybranym jednostkom LWP, które ruszyły w październiku 1956 r. na Warszawę, by zachować przy władzy ekipę rządową odpowiadającą Moskwie. Po czym został odwołany ze wszystkich stanowisk, które dzierżył w Polsce i w październiku 1956 r. powrócił do ZSRS. W Związku Sowieckim był w latach 1956-1957 i 1958-1962 wiceministrem obrony. W kwietniu 1962 r. przeniesiono go do grupy generalnych inspektorów. Opublikował wspomnienia pt. Żołnierski obowiązek. S. Żerko, Biograficzny leksykon II wojny światowej, Poznań 2013, s. 342-343; B. Potyrała, H. Szczegóła, Czerwoni marszałkowie. Elita Armii Radzieckiej 1935-1991, Zielona Góra 1997, s. 360; W. Białkowski, Rokossowski. Na ile Polak, Warszawa 1994, s. 79-80.

 13 Po reorganizacji przeprowadzonej w 1946 r. PGW składała się już tylko z pięciu dywizji, w tym jednej pancernej, jednej zmechanizowanej i trzech piechoty. Wkrótce wyglądało to jeszcze inaczej. We wrześniu 1946 r. rozformowano 43 Armię. Na przełomie 1945/46 roku przemianowano 65 Armię na 7 Samodzielną Armię Zmechanizowaną i przemieszczono do Białoruskiego Okręgu Wojskowego - z tego powodu szczególnie ubolewał marsz. Rokossowski. Z kolei 52 Armię przekształcono w 8 Samodzielną Armię Zmechanizowaną i przegrupowano do Rumunii. Z czasem wojska sowieckie stacjonowały na terenie Polski w 59 miejscowościach. Największe zgrupowania mieściły się w dwóch potężnych garnizonach: w Świętoszowie (województwo jeleniogórskie) dyslokowała dywizja pancerna, a w Bornem Sulinowie (województwo koszalińskie) - dywizja zmechanizowana i brygada rakiet operacyjno-taktycznych. Natomiast wspomniana 4 Armia Lotnicza (w latach 1949-1968 występująca pod nazwą 37 Armii Lotniczej Naczelnego Dowództwa) bazowała na ośmiu lotniskach rozmieszczonych wzdłuż zachodniej granicy Polski. R. Fudali, Północna Grupa Armii Radzieckiej w Polsce, "Przegląd Historyczno-Wojskowy" (PH-W) nr 12/2011, s. 225-234; H. Różański, Śladem wspomnień i dokumentów ..., op. cit., s. 352-353; M.L. Krogulski, Okupacja w imię sojuszu. Armia Radziecka w Polsce 1944-1956, Warszawa 2000, s. 27-28; pod redakcją K. Filipa i M. Golona, Armia Czerwona/Radziecka w latach 1944-1993, op. cit., s. 7-12. Szerzej: Pożegnanie z armią. Z gen. Zdzisławem Ostrowskim, pełnomocnikiem rządu do spraw pobytu w Polsce wojsk byłego ZSRR rozmawia Mieczysław Szczepański, Warszawa 1992.

 14 Sowieci - na ile tylko mogli - utrudniali także dostęp polskiej administracji do ważniejszych obiektów na Odrze i w porcie szczecińskim. Bardzo szybko jednostki Armii Czerwonej obsadziły ważniejsze porty, stocznie remontowe i wszystkie węzłowe urządzenia na Odrze, od których zależna była nawigacja. W tym samym czasie z koryta rzeki wydobywali zatopione statki, kutry, barki, holowniki, pogłębiarki i inny sprzęt. W Szczecinie - według wspomnianego Rożańskiego - cały port znalazł się pod zarządem dowódcy portu, gen. mjr. Izotowa, który zorganizował tu centralną bazę przeładunkową. Do portu szczecińskiego napływały z sowieckiej strefy okupacyjnej w Niemczech wszelakie dobra materialne, które Sowieci przejmowali na terenie Niemiec w ramach reparacji wojennych. Były tego tak olbrzymie ilości, że gen. Izotow zatrudnił w porcie szczecińskim około 50 tys. Niemców, którzy zajmowali się ich segregacją, załadunkiem i ekspedycją do Związku Sowieckiego. Polscy administratorzy nie mieli absolutnie żadnego dostępu do portu. Sowieci uczynili z portu szczecińskiego swoją centralną bazę przeładunkową. Aby powyższe sprawy unormować, w październiku 1945 r. toczono rozmowy w Moskwie, jak również z marszałkami Żukowem, Rokossowskim i z gen. Andriejem Chrulowem (główny kwatermistrz ACz). Duży opór stawiał marsz. Żukow, dopiero w marcu 1946 r. wstępnie zgodził się na przekazanie części portu szczecińskiego administracji polskiej. Porozumienie w tej sprawie - zwane Aktem - strony podpisały 5 marca. Był to jedynie "ochłap" przekazany stronie polskiej (skrawek portu i dostęp do kilku obiektów), by przestała wreszcie skarżyć się w Moskwie przed Stalinem. W porcie nadal rządzili Sowieci. Rzeczywistym gospodarzem ww. portu Polska stała się dopiero 17 września 1947 r. w wyniku podpisania umowy z przedstawicielami ZSRS. Niemniej sowiecka Centralna Baza Przeładunkowa - dzierżawiona przez stronę sowiecką - została zlikwidowana dopiero 17 maja 1954 r. Z kolei przejęcie Odry nastąpiło na przełomie 1946/1947 roku. H. Różański, Śladem wspomnień i dokumentów, op. cit., s. 355-370; R. Techman, Strefa radziecka w porcie szczecińskim w latach 1947-1955, "Zapiski Historyczne", zeszyt nr 1/1991, s. 73-94.

 15 Tymczasem czytamy: "Zgodnie z artykułem 1-szym Radziecko-Polskiej umowy z 16 sierpnia 1945 r. w sprawie wynagradzania szkód spowodowanych przez niemiecką okupację, Rząd ZSRR zrzeka się na korzyść Polski wszelkich pretensji do majątku niemieckiego i innych aktywów, jak również akcji niemieckich przedsiębiorstw przemysłowych i transportowych na całym terytorium Polski, włącznie z tą częścią Niemiec, która odeszła do Polski. Wszelkie zakłady i fabryki znajdujące się na terytorium, które uprzednio należały do Niemiec i przeszły, zgodnie z uchwałami Konferencji Berlińskiej, pod administrację Polski, stanowią już na mocy tego własność państwa polskiego". Tyle teoria, która niewiele miała wspólnego z rzeczywistością, gdyż Sowieci, tak jak wcześniej rabowali i wywozili, tak też czynili po zawarciu ww. umowy. To był jedynie kolejny świstek papieru. H. Różański, Śladem wspomnień i dokumentów ..., op. cit., s. 362363.

 16 Nagminne było też wykorzystywanie Polaków do prac w majątkach zajętych przez Sowietów, co wymagało zgody polskiej administracji. Sęk w tym, że Sowieci nie respektowali tych ustaleń i korzystali do woli z polskich pracowników na zasadach ustalonych przez siebie. W tym samym czasie gromadzili i wywozili "mienie zdobyczne" do ZSRS, a były to m.in. maszyny używane przez Polaków w majątkach zajętych przez żołdactwo Rokossowskiego. W tej sprawie obowiązywało zarządzenie naczelnika tyłów PGW ACz, gen. Fieofina Łagunowa (kwatermistrza), który nic sobie nie robił z wcześniejszych ustaleń państwowych zawartych pomiędzy Polską a ZSRS. Stacjonowanie wojsk sowieckich w pow. gdańskim w latach 1945-1947 odcisnęło wyraźne piętno na rozwoju tego regionu. Tylko w latach 1945-1946 straty wyniosły 23 708 889 zł. Wyliczenia te obejmują jedynie gospodarkę rolną, leśną i rybołówstwo. Tymczasem straty spowodowane zniszczeniami wojennymi wyniosły w skali województwa 9 694 050 zł. Sam koszt pobytu wojsk sowieckich w latach 1945-1946 oszacowano na 672 266 947 zł. Okres ten przeszedł do historii i doskonale oddaje go określenie: "klęska pookupacyjna wsi polskiej". D. Czerwiński, Wojska sowieckie w powiecie gdańskim w latach 1945-1947, w: pod redakcją K. Filipa i M. Golona, Armia Czerwona/Radziecka ...., op. cit., s. 113-127.

 17 Marsz. Rokossowski w kręgu najbliższych współpracowników zatrzymał na stanowiskach kierowniczych w PGW wielu dawnych współtowarzyszy z 2FB, m.in. w latach 1945-1948 szefem Oddziału Wyszkolenia Bojowego był gen. Piotr Tertysznyj, zastępcą szefa Sztabu PGW ds. politycznych gen. Dymitr Wilchownenko (do 1953 r.), a pierwszym szefem Zarządu Politycznego PGW był gen. Andriej Okorokow. Z rzutu frontowego był również gen. Aleksander Russkich, członek Rady Wojennej PGW. Bardzo istotną rolę do odegrania - zwłaszcza w pierwszym okresie pobytu PGW w Polsce - miał zarząd tyłów (kwatermistrzostwo), którym kierował gen. Fieofan Łagunow (do jesieni 1947 r.), też weteran z 2 Frontu Białoruskiego. Wspomniane kwatermistrzostwo - z racji rabunku mienia poniemieckiego i nie tylko, co Sowieci nazywali reparacjami - odgrywał bardzo istotną rolę w strukturach PGW. Jego przedstawiciele najczęściej wchodzili w kolejne zwarcia kompetencyjne z polską administracją. Nie przez przypadek też ww. zarządowi podlegały komendantury wojenne, gdyż to one stały na pierwszej linii ogołacania z mienia poniemieckiego na ziemiach polskich, które pospiesznie kierowano do ZSRS. Następcą Łagunowa został gen. Żyżin, który wcześniej kierował Zarządem Zdobyczy Wojennych przy 1FB, co wiele mówi o tym, o co w tym wszystkim chodziło. Jak jeden mąż byli to wszystko zawodowi grabieżcy. To tylko potwierdza, że PGW już u zarania była w dużej mierze ukierunkowana na zabezpieczenie powojennego szabru przez Sowietów - i to w dodatku na tzw. ziemiach odzyskanych przez Polskę. M. Golon, Północna Grupa Wojsk Armii Radzieckiej w Polsce w latach 1947-1956: okupant w roli sojusznika, Czasy Nowożytne, t. VI, Toruń 1999, s. 37-115, Szerzej: B. Musiał, Wojna Stalina 1939-1945. Terror, grabież, demontaże, Poznań 2012.

 18 Służący w PGW zawodowi wojskowi i szeregowi żołnierze niewiele różnili się od tych, którzy podbijali Polskę w 1939 r. do spółki z wojskami niemieckimi. I tak, jeden i drugi czerwonoarmista nie był wolny od nałogów. W wypadku papierosów byli niedoścignieni w paleniu wszelkiego badziewia, w tym tzw. kryszki (grubej sieczki z łodyg tytoniowych powstającej jako produkt uboczny na plantacjach tytoniu), która wydzielała woń rozpoznawalną w znacznej przestrzeni. Jakie to jest wojsko, można było rozpoznać po zapachu, nawet go nie widząc. Niektórzy z nich potrafili też z gruszek do lewatyw zrobić - po małej modernizacji - lufki do papierosów. Plagą było ich pijaństwo, często przełożeni spożywali alkohol z podwładnymi, dochodziło przy tym do bójek, którym towarzyszyło ordynarne słownictwo. W stosunkach służbowych prezentowali niski stan dyscypliny, często nie wywiązywali się z obowiązków służbowych. Większość z tych wykroczeń uchodziła im płazem, przełożeni przymykali na nie oko. Przejawiali też wręcz legendarną już słabość do zegarków, odbierali je właścicielom na potęgę, niekiedy opór kończył się pobiciem, bywało, że śmiertelnym. Każdy posiadacz zegarka, nawet budzika był potencjalnie zagrożony. Ci z przybyszów ze Wschodu, którzy jeszcze nie zdążyli ich przejąć, zakładali na ręce kompasy i tak paradowali. Nie dbali o przydzielony im sprzęt wojskowy, który utrzymywali na fatalnie niskim poziomie eksploatacyjnym, uwielbiali handlować wszelkimi materiałami pędnymi, które z chęcią wymieniali na alkohol, najczęściej bimber. Gwałcone przez nich kobiety zeznawały, że niewyobrażalnie śmierdzieli i w trakcie gwałtu stawali się jeszcze większymi dzikusami i zwyrodnialcami. Ofiarom niekiedy wydłubywali oczy, by ich nie rozpoznały. W trakcie pobytu na terytorium Polski podziwiali warunki życia obywateli, tak w miastach, jak i na wsiach, nawet to ich dziwiło, że "każdy ma chałupę, ziemię, nawet dachy na domach są całe". I dodawali: "W ZSRR nam mówią, że w Polsce żyje się źle. To nieprawda. Widzicie, jak oni dobrze żyją, ubrani czysto, kulturalnie, domki białe". Niekiedy mieli problemy z określeniem przedmiotów codziennego użytku, jakie zastali w Polsce. I tak jeden z "wyzwolicieli" kupił w sklepie maszynkę do mięsa, szedł ulicą, kręcił korbą i narzekał, że "mu nie gra". W każdym razie w żaden sposób nie przypominali żołnierzy Armii Czerwonej z plakatów propagandowych. T. Bereza, Obraz czerwonoarmisty na okupowanych ziemiach polskich (1939-1941) w dokumentach, wspomnieniach i relacjach, w: pod redakcją P. Chmielowca, Okupacja sowiecka ziem polskich 1939-1941, Rzeszów-Warszawa 2005, s. 13-16; E.J. Nalepa, Oficerowie radzieccy w Wojsku Polskim w latach 1943-1968 (studium historyczno-wojskowe), część I i II (załączniki), Warszawa 1992, s. 32-37.

 19 Oto wyciąg z pisma ludowego komisarza spraw wewnętrznych Berii do tow. Stalina z 21 października 1945 r., czytamy: "W miejscach izolacji NKWD ZSSR przetrzymywanych jest 27 100 obywateli polskich narodowości polskiej, aresztowanych i internowanych w latach 1944-45 na terenie Polski w trybie oczyszczania tyłów Armii Czerwonej". W piśmie S.N. Krugowa do J.W. Stalina z 28 lutego 1947 r. m.in. czytamy: "MSW ZSSR melduje, że według stanu na 1 lutego br. w obozach i batalionach roboczych MSW ZSSR przetrzymywanych jest ogółem 10 652 obywateli polskich, w tej liczbie: 1) 1033 jeńców wojennych, którzy służyli w armii niemieckiej ... 2) 2365 aresztowanych przez kontrwywiad Armii Sowieckiej w trybie oczyszczania zaplecza w latach 1944-1945 jako uczestnicy Armii Krajowej ... . 3) 4032 internowanych przez organa sowieckie w latach 1944-1945 w zachodnich obwodach Ukraińskiej, Białoruskiej SSR, Litewskiej SSR i na terytorium Polski w trakcie operacji oczyszczania zaplecza Armii Czerwonej". Jak z powyższego wynika, proceder aresztowań i zsyłek na Wschód polskich patriotów trwał ustawicznie od 1944 r. i miał się całkiem dobrze jeszcze w roku 1947. Niestety nie sposób jest ustalić - bez dostępu do sowieckich archiwów - jaki udział miała PGW w ww. zbrodniach i okrucieństwach. A. Paczkowski, W. Materski, Powrót żołnierzy AK z sowieckich łagrów, Warszawa 1995, s. 27-31; M. Golon, Północna Grupa Wojsk Armii Radzieckiej w Polsce w latach 1947-1956 ..., op. cit., s. 46-65; J. Siedlecki, Losy Polaków w ZSRR w latach 1939-1986. Z przedmową Jego Ekscelencji Pana Prezydenta RP Edwarda Raczyńskiego, Londyn 1987, s. 190-232.

 20 Sowieci służący w LWP oraz "oswobodziciele" z PGW byli pierwszymi recenzentami artykułów prasowych ukazujących się w Polsce. "Bracia Moskale" byli niezadowoleni, ciągle im było za mało informacji o ich Kraju Rad - o co m.in. oskarżano organ prasowy PPR "Głos Ludu", który - według nich - uchylał się od zamieszczania publikacji gloryfikujących państwo sowieckie. O takie same przemilczenia oskarżano redakcję czasopisma teoretycznego PPR "Nowe Drogi". Co więcej, Sowieci policzyli, że na siedem wydań "Nowych Dróg", aż w sześciu nie odnotowano żadnego artykułu o decydującej roli ZSRS w rozgromieniu faszyzmu i przywróceniu Polsce wolności. Jeszcze bardziej alergicznie reagowali, gdy szef GZP WP gen. Janusz Zarzycki wydał w kwietniu 1947 r. zarządzenie ograniczające prenumeratę gazety "Wolność", wydawanej przez sowiecką armię dla ludności polskiej, która trafiała też w szeregi LWP. Dotychczas wojsko komunistyczne otrzymywało 20 tys. egzemplarzy, a Zarzycki okroił ten nakład do czterech tysięcy. W 1947 r. Sowieci już wiedzieli, że jednorazowy nakład codziennej prasy polskiej sięgał 2,5 mln egzemplarzy (20 codziennych gazet), co stanowiło 72 proc. ogólnego nakładu polskich dzienników. I byli wściekli, że o ZSRS ukazało się jedynie 486 artykułów i notatek, co dawało średnią około 24 artykułów w ciągu roku, przypadających na jedną lokalną gazetę. Jeszcze większe larum podnieśli, gdy się wydało, że nie wręczono dotychczas, około 100 tys. sowieckich medali żołnierzom LWP, a były to odznaczenia "Za zwycięstwo nad Niemcami". Jak z powyższego wynikało, mundurowi "oswobodziciele" nie odpuszczali, chcieli mieć nadal wpływ na wszystkie aspekty życia w Polsce, którą po wojnie zwyczajnie okupowali i z każdym kolejnym rokiem dodatkowo zniewalali. Pismo zastępcy szefa Zarządu VII GZP Sił Zbrojnych ZSRS Borysa Sapożnikowa z 31 sierpnia 1948 r. do pierwszego zastępcy kierownika Wydziału Propagandy KC WKP(b) wraz z doniesieniem Zarządu Politycznego Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej o nieprzychylnym stosunku niektórych pracowników Wydziału Propagandy KC PPR do gazety Armii Radzieckiej dla ludności Polski "Wolność" oraz Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, w: praca zbiorowa, Polska-ZSRR. Struktury podległości. Dokumenty WKP(b) 1944-1949, Warszawa 1995, s. 204-277; M. Golon, Północna Grupa Wojsk Armii Radzieckiej w Polsce ..., op. cit. s. 66-67; L. Grot, T. Konecki, E. Nalepa, Pokojowe dzieje Wojska Polskiego, Warszawa 1988, s. 347-363: W. Białkowski, Rokossowski. Na ile Polak ..., op. cit., s. 148-150.

 21 W dniu 26 lutego 1945 r. - w celu koordynacji działalności sowieckich komendantów wojennych i tworzącej się polskiej administracji terenowej - rząd komunistyczny powołał swoich pełnomocników przy sowieckich dowództwach frontowych (1, 2, 3FB i 1FU). Z reguły zajmowali się oni zaspokajaniem potrzeb walczących sowieckich oddziałów i wygaszaniem wszelkich spraw spornych - a tych nigdy nie brakowało - pomiędzy administracją polską a sowieckimi "oswobodzicielami". Wspomniani pełnomocnicy nic istotnego nie zdziałali, funkcjonowali na zasadzie zapchajdziury, a jednocześnie byli wyrośniętymi "chłopcami na posyłki", płaszczącymi się przed Sowietami. No bo jakim to partnerem do rozmów dla dowódcy 1FB marsz. G. Żukowa był ppłk Leonard Borkowicz w roli pełnomocnika - był nikim, podobnie jak pozostali. Swoją misję pełnomocnicy zakończyli na początku czerwca 1945 r. wraz z utworzeniem PGW Armii Czerwonej. Z tym momentem ustanowiono przy dowództwie ww. grupy tylko jednego przedstawiciela, o którego funkcjonowaniu w latach 1945-1946 nie sposób znaleźć żadnej informacji. Jedyny ślad wiedzie do płk Antoniego Alstera, który wcześniej był pełnomocnikiem przy 2FB dowodzonym przez marsz. Rokossowskiego, który przejmując stanowisko dowódcy PGW ACz, kurtuazyjnie wyznaczył na swojego pełnomocnika gen. płk Kuźmę Trubnikowa. W międzyczasie - w pierwszych dniach października 1945 roku - marszałek w porozumieniu z rządem komunistycznym mianował swoich przedstawicieli przy wszystkich województwach, w których stacjonowały podległe mu wojska. Współpraca pomiędzy delegatami Rokossowskiego a wojewodami układała się różnie, zazwyczaj źle lub jeszcze gorzej, gdyż dla Sowietów, tak naprawdę, to nigdy nie byli partnerzy do rozmów, oni mieli jedynie słuchać i przyjmować kolejne rozkazy płynące od sowieckiego naczalstwa z Legnicy. Jakby tych upokorzeń było mało, z czasem podobnych pełnomocników powołano przy poszczególnych ministerstwach, którzy wykłócali się z Sowietami z PGW dosłownie o wszystko. Szczególnie Władysław Gomułka - wówczas minister Ziem Odzyskanych - im nie odpuszczał. Szerzej: Z. Misztal, U progu Polski Ludowej 1944-1945. Udział wojska w tworzeniu administracji i odbudowie gospodarki narodowej, Warszawa 1987; E. Osóbka-Morawski, Dziennik polityczny 1943-1948, Gdańsk 1981; H. Różański, Śladami wspomnień i dokumentów (????-1948), Warszawa 1987.

 22 W rzeczy samej do obowiązków członków ww. delegatury byłoby można zaliczyć: 1) Utrzymywanie kontaktów z przedstawicielami dowództw jednostek sowieckich oraz z dowództwem PGW; 2) Koordynowanie współdziałania wymienionych przedstawicieli dowództw z administracją polską w terenie; 3) Ścisłe współdziałanie z rządem RP i jednocześnie pośredniczenie między władzami centralnymi państwa i dowództwem PGW w regulowaniu (rozwiązywaniu) istotnych problemów wynikających z faktu stacjonowania wojsk sowieckich na obszarze państwa polskiego. M. Rokicki, praca magisterska Działalność Delegatury Rządu Rzeczypospolitej Polskiej przy Dowództwie Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej w latach 1947-1951, Warszawa 1990, s. 6-10. Archiwum IPN BU, sygn. IV/103/346.

 23 Ile kosztował gospodarkę narodową pobyt PGW w Polsce, dowodnie poświadczają sowieckie zapotrzebowania kwartalne z lat 1949-1951. Oto jedno z nich przedłożone delegaturze: 1350 ton cukru, 120 t soli, 30 t ryżu, 60 t czekolady, 3 t kawy, 300 tys. opakowań budyniu, 10 mln szt. papierosów, 550 litrów spirytusu, 400 tys. butelek wina, 1350 t mąki, 100 t serów, 80 t baraniny, 15 t cielęciny, 30 tys. puszek konserw wieprzowych, 30 tys. puszek konserw drobiowych, 300 t mięsa wieprzowego, 300 t mięsa wołowego, 250 t słoniny, 170 t smalcu, 520 t wędliny, 210 t wędzonek, 60 t szprot, 150 t śledzi, 90 tys. puszek konserw rybnych, 200 t ryb świeżych i wędzonych, 170 t masła, 20 t drobiu, 600 hektolitrów mleka oraz 55 tys. metrów kw. szkła okiennego, 2 tys. umywalek, 400 t blachy, 100 t stali, 700 t węgla, 10 tys. metrów bieżących flaneli, 3 tys. metrów bieżących płótna bieliźnianego, 100 tys. metrów bieżących kretonu, 10 tys. metrów bieżących materiału ubraniowego, 20 tys. podkoszulek, 10 tys. kołder, 150 kompletów uprzęży, 15 tys. par obuwia męskiego, 30 tys. par obuwia damskiego, 30 tys. par obuwia dziecięcego, 25 tys. walizek, 1 tys. par rękawiczek, 500 butelek szampana, 850 hektolitrów wódki, 7 tys. słoików kompotów. Tego towaru i asortymentu oczywiście zabrakło na polskim rynku, co go wyraźnie zubożało. Powyższe zestawienie należałoby pomnożyć przez kolejne kwartały, co dałoby wynik rocznych potrzeb PGW, za które płacił polski obywatel. M. Rokicki, Działalność Delegatury Rządu Rzeczypospolitej ..., op. cit., s. 55. Archiwum IPN BU, sygn. IV/103/346; Z. Misztal, Odbudowa polskiej administracji na ziemiach zachodnich, "Wojskowy Przegląd Historyczny" (WPH), nr 1/2, Warszawa 1987, s. 151-155; S. Chojnecki, Udział Wojska Polskiego w akcji osiedleńczej na ziemiach zachodnich i północnych, w: pod redakcją M. Jaworski, Udział Ludowego Wojska Polskiego w wielkich akcjach społeczno-politycznych w latach 1944-1973, s. 172-245; M. Krogulski, Okupacja w imię sojuszu .., op. cit., s. 146-169.

 24 Nie ma tu już miejsca na szersze opisy, więc tylko zasygnalizujemy, że ogromnym problemem były również gwałty na Polkach dokonywane przez "Braci Moskali". W dniu 7 kwietnia 1946 r. w Pile żołnierze sowieccy zgwałcili dwie uczennice IV klasy szkoły podstawowej: 9-letnią Petronelę K. i starszą o rok Zofię G. Gwałcili młode dziewczęta, nie gardzili też kobietami dojrzałymi w wieku 60-70 lat. Przyjmuje się, że wojska frontowe ACz "wyzwalające" tereny polskie i te, które po wojnie przemieszczały się z Niemiec do ZSRS oraz żołdacy z PGW - w sumie zgwałcili około 100 tys. kobiet. M. Krogulski, Okupacja w imię sojuszu ..., op. cit., s. 198-215; M. Rokicki, Działalność Delegatury Rządu Rzeczypospolitej Polskiej ..., op. cit., s. 76-84. Archiwum IPN BU, sygn. IV/103/346.

 25 W latach 1935-1939 w Legnicy stacjonowała 18DP i podległe jej jednostki. Od 1938 r. dywizją tą dowodził gen. (późniejszy feldmarszałek) Erich von Manstein. W trakcie wojny Legnica była ważnym ośrodkiem formowania i szkolenia jednostek rezerwowych, które stąd wyruszały bezpośrednio na front. Tuż po wojnie w mieście rozpoczął się szaber i dewastacja mienia poniemieckiego. Franciszek Zywert w swojej książce Kwiaty wspomnień napisał: "Legnica, do której trafiłem wraz z grupą polskich emigrantów ze Wschodu, była zagrodzona ze wszystkich stron zaporami, przy których stały uzbrojone w gotowości bojowej posterunki kontrolne. W mieście było pełno wojska radzieckiego. Powiedziano nam, że nie ma tam jeszcze możliwości osiedlania się, a być może nigdy nie będzie. Urzędowały w niej jakieś namiastki polskich władz, ale wszystkim zarządzała armia radziecka. Zajęła ona całą część zachodnią miasta, wszystkie urzędy i większość domów mieszkalnych [...}. Nieliczni Polacy, którzy odważyli się tam zamieszkać, musieli liczyć się z tym, że któregoś dnia zastaną rozbite drzwi czy okna i splądrowane zostanie ich mieszkanie. Bo to właśnie oni, żołnierze radzieccy, są wyzwolicielami tych ziem i wszystko im wolno. A to, co ich otacza, jest germańsko-faszystowskie i należy to spalić i zniszczyć". J.S. Smalewski, "Mała Moskwa"Legnicy. O rozmieszczeniu wojsk radzieckich w regionie Legnicy, powstaniu "małej Moskwy" i o więzieniu PGWAR, w: K. Filip i M. Golon, Armia Czerwona/Radziecka ..., op. cit., s. 222-223;

 26 W 1991 r. Jan Stanisław Smalewski (autor niniejszego artykułu) w rozmowie z dowódcą PGW gen. Wiktorem Dubyninem ujawnił, że będzie się starał, by wspomniane więzienie stało się siedzibą Muzeum Pobytu Wojsk Radzieckich w Polsce. Posłyszawszy tę informację, sowiecki generał butnie stwierdził, że nigdy nie dopuści do realizacji tego pomysłu ("po moim trupie"). Kiedy informacja ta dotarła do Urzędu Wojewódzkiego, ten wycofał się z wcześniejszych obietnic udzielenia pomocy, tłumacząc się, że nie ma pieniędzy na realizację tego pomysłu. Dodatkowo w powyższej sprawie interweniował także sowiecki konsul generalny z Poznania, prosząc, żeby Smalewski przestał zajmować się sprawą więzienia. Wkrótce wiceprezydent Legnicy Stanisław Kot (ojciec znanego aktora Tomasza Kota) powiadomił go, że "Warszawa przysłała decyzję o rozbiórce gmachu więzienia przy ul. Gwarnej". Jak napisał Smalewski: "Metoda, jaką nakazano zastosować, nie była wcale tania. Zdaniem warszawskich decydentów jedynie ręczna rozbiórka murów zabezpieczała cegłę do ponownego jej użycia: niebagatelnego, bo na budowę cerkwi prawosławnej przy ul. Wrocławskiej". W miejscu więzienia - w centrum miasta - miała powstać stacja benzynowa. I po problemie, zwracam uwagę, że działo się to wszystko już w III RP, rzekomo wolnej i suwerennej. J.S. Smalewski, "Mała Moskwa" ..., op. cit., s. 221-231.

 27 Kilka słów o służbie sowieckiej kadry zawodowej i żołnierzy z PGW w Legnicy. Oficerów delegowano na kontrakty pięcioletnie, pracowników cywilnych na 3-4 lata, żołnierzy służby zasadniczej na dwa lata, a służących w marynarce wojennej na trzy lata. Żołnierze większość czasu spędzali w koszarach i na poligonach. Nie otrzymywali przepustek na teren miasta. Na urlop w rodzinne strony wyjeżdżali tylko najlepsi, raz do roku na 10 dni (plus czas przejazdu). Codziennie samolot z Moskwy dostarczał do Legnicy aktualną prasę i pocztę. Odbierali tylko telewizję moskiewską, nie mieli możliwości korzystania z telewizji polskiej. Każdego dnia z Legnicy odjeżdżał pociąg z urlopowiczami udającymi się do ZSRS, a następnego ranka przywoził powracających z urlopów. Każdego również dnia na legnicki dworzec przybywały pociągi towarowe i jeden pasażerski Legnica-Moskwa, przeznaczony wyłącznie dla Rosjan. Na dworcu legnickim mieli wydzielony fragment stacji z oddzielnymi kasami i poczekalnią. Żołnierze otrzymywali niewielki żołd i 15 paczek papierosów miesięcznie. Oficerom wypłacano wynagrodzenie w złotówkach i część w rublach, które lokowano na książeczkach oszczędnościowych w ZSRS. Oficerowie i ich rodziny oraz pracownicy cywilni otrzymywali dodatkowo świadczenia miesięczne w naturze: 17 kg ziemniaków, 2 kg cebuli, po 1,5 kg innych warzyw (marchew, buraki, kapusta), 6 kg mięsa, po 1 kg kaszy, ryżu i makaronu, 2 kg cukru, 3,5 kg ryb, 1 kg masła, 0,6 kg oleju, 17 jaj i 18 kg chleba. Przydział generalski był nieco wyższy, a dla członków rodziny i cywilów trochę niższy. Oprócz zamkniętej części miasta, tzw. Kwadratu, Sowieci zajmowali jeszcze wiele innych obiektów i mieszkań na terenie Legnicy. F. Grzywacz, Co było po drugiej stronie radzieckiego muru w Legnicy, w: pod redakcją K. Filip i M. Golon, Armia Czerwona/Radziecka w Polsce w latach 1944-1993 ..., op. cit., s. 244-248; W. Kondusz, Legnica jako centrum Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej, w: pod redakcją K. Filip i M. Golon, Armia Czerwona/Radziecka w Polsce w latach 1944-1993 ..., op. cit., s. 232-243.

 28 Kiedy jednemu z nich, a konkretnie gen. Tuczapskiemu, zadałem pytanie: "I jak tu nie mówić, że to LWP było prosowieckie ...", w odpowiedzi usłyszałem: "To w takim razie, przyjmując Pański tok rozumowania, armia II RP była profrancuska. Chce Pan kilka przykładów? Otóż, jak Panu chyba wiadomo, historyk wojskowości takie rzeczy powinien znać, w kwietniu 1919 r. przybyła do Warszawy Francuska Misja Wojskowa na czele z gen. Paulem Henrysem, który zgodnie z intencją rządu francuskiego miał zostać naczelnym wodzem wojska polskiego, co poparli również polscy politycy. Ten jednak zorientował się, że przy boku J. Piłsudskiego będzie to niemożliwe i odmówił. Niedużo brakowało, a marsz. Rokossowski nie byłby tu wyjątkiem. Jest też chyba Panu wiadome, że w przybyłej z Francji do Polski armii Hallera 60 proc. obsady oficerskiej stanowili Francuzi i że to m.in. zaważyło później, że nasza organizacja wojskowa była wzorowana na strukturach francuskich. Na straży interesów francuskich w naszym wojsku stała wspomniana misja gen. Henrysa, która opuściła Polskę dopiero w roku 1932. Wielu oficerów polskich studiujących w Wyższej Szkole Wojennej w Paryżu zawdzięczało to wyróżnienie wspomnianym Francuzom. Oni też wywarli zasadniczy wpływ na naszą doktrynę militarną - i nie tylko, bo na polityczną również. Im też swoje profrancuskie sympatie i ciągoty zawdzięczają marsz. Rydz-Śmigły, gen. Sikorski czy też gen. Sosnkowski. Ludzie, którzy odegrali istotną rolę w dziejach naszej państwowości. Myślę, że wystarczy. Tak już zawsze bywało, bywa i będzie, że w określonych sytuacjach politycznych wojsko podąża w kierunku wzmacniania określonej orientacji społeczno-politycznej. W okresie międzywojennym ta orientacja była prozachodnia, a w okresie PRL-u prowschodnia. I chyba nie ma dalej sensu tego problemu rozwijać". L. Kowalski, Kulisy MON. Rozmowa z gen. broni Tadeuszem Tuczapskim. Maszynopis w posiadaniu autora.

 29 Do 1 marca 1951 r. przybyło do Polski łącznie 60 sowieckich generałów i oficerów, co też nie zadowalało partyjnych decydentów komunistycznych oraz sowieckich generałów służących w szeregach wojska ludowego. Stąd Bierut nadal interweniował pisemnie w Moskwie. Największej liczby oficerów sowieckich domagał się dowódca WL gen. Iwan Turkiel, jego lista obejmowała 128 stanowisk, w tym 61 dla personelu dowódczo-sztabowego, 48 - inżynieryjnego i 19 - technicznego. Nie tylko wojskowi zabiegali o sowieckie kadry w swych szeregach, podobne prośby o wsparcie płynęły z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (MBP) oraz z KBW i WOP. W rzeczy samej tzw. resorty siłowe zostały zsowietyzowane na własne życzenie i to na wszystkich najistotniejszych stanowiskach kierowniczych. Ostatecznie w latach 1949-1952 dodatkowo przybyło do ww. resortów 35 generałów i 234 oficerów sowieckich. E.J. Nalepa, Oficerowie radzieccy w Wojsku Polskim w latach 1943-1968 (studium historyczno-wojskowe), część I, Warszawa 1992, s. 89-97.

 30 Marsz. Rokossowski, będąc już ministrem ON, w piśmie do ambasadora ZSRS w Warszawie z 26 lutego 1950 r. Wiktora Lebiediewa, które ten przekierował dalej do Józefa Stalina, tak scharakteryzował sytuację w kierownictwie PZPR, gdzie m.in. czytamy: "Po przyjeździe do Moskwy w składzie delegacji polskiej marsz. Rokossowski chciałby Was prosić o przyjęcie go sam na sam, bez obecności pozostałych członków delegacji polskiej". Okazało się, że Rokossowski natrafił w kręgach kierowniczych PRL-u na opór tzw. czwórki partyjnej (Bierut, Minc, Berman, Zambrowski), która nie zgadzała się na zatwierdzenie preliminarza wydatków MON-u (w tym podwyżki płac dla kadry zawodowej). Czego nie zamierzał im darować, postanawiając przełamać ich opór. Uważał, że w kierownictwie partii - tuż obok Bieruta - istniała "ściśle skumulowana grupa, składająca się z Minca, Bermana i Zambrowskiego, faktycznie decydująca o wszystkich sprawach". Krótko mówiąc, manipulowali Bierutem. Nie bez znaczenia był też fakt, że wspomniani trzej oponenci byli pochodzenia żydowskiego. To oni głównie obawiali się, że "Rokossowski weźmie zbyt wiele władzy w swoje ręce" - stąd postanowili go osadzić i ściśle kontrolować. Dokumenty do dziejów PRL. Polska w dokumentach z archiwów rosyjskich ..., op. cit., s. 70-74; W. Białkowski, Rokossowski. Na ile Polak ..., op. cit., s.151-155; B. Potyrała, H. Szczegóła, Czerwoni marszałkowie ..., op. cit., s. 360; T. Pióro, Armia ze skazą. W Wojsku Polskim 1945-1968 (wspomnienia i refleksje), Warszawa 1994, s. 128-143.

 31 Z czasem marsz. Rokossowski dostrzegał w tym problem. W jednym z rozkazów ostrzegał podwładnych dowódców jednostek wojskowych, że strona polska może się zdecydować na odłączenie dopływu energii elektrycznej, gazu i wody. Widocznie coś musiało do niego dotrzeć ze szczytów polskich władz komunistycznych, bo wcześniej nie reagował. Tymczasem były sytuacje, że Polacy dwoili się i troili, byle tylko wywiązać się z zadań dostawców, co m.in. odnotowano w Legnicy, która wówczas liczyła 50 tysięcy obywateli polskich i drugie tyle sowieckich. Systemy przesyłowe miały swoją określoną wydajność, a władze miejskie skromny budżet, który należało natychmiast zwiększyć z uwagi na sowieckie dodatkowe potrzeby. Jak wyliczono, aby zaradzić sytuacji, było potrzebne 82 mln zł, część tej kwoty zamierzano wyasygnować na odbudowę kanalizacji, gazowni, ulic, oświetlenia miasta oraz uruchomienie komunikacji i otwarcie szpitali. Przy okazji bywało też tak, że polscy inkasenci porzucali pracę, gdyż próbując wyegzekwować należności, byli poszturchiwani, a nawet bici i wyrzucani z placówek, do których docierali. Częstokroć byli informowani, że żołnierze sowieccy powinni korzystać z energii bezpłatnie. Z podobnymi problemami musiały się mierzyć w Polsce wszystkie te miasta, w których stacjonowały jednostki wojskowe z PGW. M. Rokicki, Działalność Delegatury Rządu Rzeczypospolitej Polskiej ..., op. cit., s. 99-103. Archiwum IPN BNU, sygn. IV/103/346.

 32 Z danych statystycznych delegatury wynikało, że łatwiej się negocjowało z przedstawicielami PGW, gdy w grę wchodziły obiekty koszarowe, o które zabiegały jednostki wojska ludowego. W latach 1947-1949 takie obiekty zostały odzyskane m.in.: w Gdańsku, Wrocławiu, Malborku, Kwidzyniu, Bydgoszczy, Toruniu, Poznaniu, Pile, Słupsku, Białogardzie, Kołobrzegu, Szczecinie, Bolesławcu, Straszowie, Jaworze, Wołowie oraz Babich Dołach koło Gdańska. I o dziwo, zdawane obiekty dla LWP nie były wcześniej rutynowo dewastowane i doprowadzane do stanu nieużywalności. Gorzej było z odzyskiwaniem lotnisk, poligonów i ośrodków szkoleniowych, których Sowieci strzegli jak źrenicy oka, tłumacząc, że i tak było ich za mało dla ich własnych potrzeb. W wypadku lotnisk, sprawy były z góry przegrane, gdyż wiele z nich miało korzystne położenie w pobliżu Zachodniego Teatru Działań Wojennych (ZTDW) - stąd ze względów strategicznych nie podlegały przekazaniu stronie polskiej. M. Rokicki, Działalność Delegatury Rządu Rzeczypospolitej Polskiej ..., op. cit., s. 89-98. Archiwum IPN BU, sygn. IV/103/346.

 33 Polskie władze komunistyczne wykazywały również dużą bezradność wobec powszechnie panującego alkoholizmu w szeregach PGW i rozpijania polskiego społeczeństwa przez "Braci Moskali". W 1947 r. PGW zarządzała jeszcze 164 gorzelniami, wcześniej było ich kilkaset. Tym sposobem stała się monopolistą, handlując alkoholem na skalę przemysłową - co było ewidentnym okradaniem skarbu państwa. Żołnierze sowieccy mieli łatwy dostęp do alkoholu, jak nigdy wcześniej. Wykradanie wódki z gorzelni PGW nie nastręczało większych problemów, co przy okazji wpływało także na wzrost pijaństwa w społeczeństwie polskim. Znaczna ilość wypadków, rabunków, gwałtów i dewastacji popełniona była przez żołdaków sowieckich w stanie upojenia alkoholowego. M. Golon, Północna Grupa Wojsk Armii Radzieckiej w Polsce ..., op. cit., s. 86-93.

 34 Komisja Partyjno-Rządowa w Szczecinie - działająca na podstawie polecenia Urzędu Rady Ministrów nr 0157/23/56 z 18 października 1957 r. - po przeanalizowaniu wniosków poszczególnych rad narodowych i skonfrontowaniu ich ze stanem faktycznym, stwierdziła, że obiekty zajmowane przez jednostki sowieckie nie były w pełni wykorzystywane. W wypadku Świnoujścia dotyczyło to: szpitala, wielu budynków mieszkalnych i koszarowych, rzeźni - zalecono przywrócić uzdrowiskowy charakter miasta wraz z dostępem na plażę na ogólnych zasadach dla wszystkich mieszkańców. Terminu realizacji nie podano. Sprawy Wojsk Armii Radzieckiej stacjonujących w Polsce (1957-1958). Zarząd I Sztabu Generalnego WP. Teczka nr 44. Centralne Archiwum Wojskowe (CAW), sygn. 897/7.

 35 Pismo zastępcy przewodniczącego WRN z Poznania do szefa Sztabu Generalnego WP z 8 marca 1957 r. Sprawy Wojsk Armii Czerwonej stacjonujących w Polsce (1957-1958). Zarząd I Sztabu Generalnego WP. Teczka nr 44. CAW, sygn. 897/7.

 36 Pismo zastępcy przewodniczącego WRN tow. J. Koleńczuka z Zielonej Góry do szefa Sztabu Generalnego WP z 8 marca 1957 r. Sprawy Wojsk Armii Radzieckiej (1957-1958). Zarząd I Sztabu Generalnego WP. Teczka nr 44. CAW, sygn. 897/7.

 37 Notatka służbowa z 19 października 1957 r. z uwagami do map dyslokacji wojsk radzieckich stacjonujących w Polsce. Podpisana przez szefa Sztabu Generalnego WP gen. broni Jerzego Bordziłowskiego; Pismo dyrekcji Szpitala Miejskiego Nr 1 do KC PZPR z 23 stycznia 1957 r. Sprawy Wojsk Armii Radzieckiej stacjonujących w Polsce (1957-1958). Zarząd I Sztabu Generalnego WP. Teczka nr 44. CAW, sygn. 897/7.

 38 Nie wszyscy wierzyli w zmianę podejścia Sowietów do przekazywania chociażby substancji mieszkaniowej. Ludność okolicznych miast i miasteczek nadal zasypywała urzędy informacjami, że "oswobodziciele" ciągle żyją ponad stan, a miejscowi nie mają gdzie mieszkać. Na terenie Świdnicy w wielu domach willowych nie było lokatorów, okna były pozabijane deskami, a w Oławie w willach dwurodzinnych zamieszkiwały 2-3 osoby. Z kolei na terenie Lubina Legnickiego w domach mieszkalnych kwaterowali żołnierze, a koszary stały puste. Informowano też o zniszczeniu dróg przez sowieckie jednostki pancerne. Na terenie powiatu Lubin zniszczyli około 30 km poniemieckich dróg asfaltowych. I nie był to odosobniony przypadek. Tym razem informowano o zdewastowaniu poligonu w Żaganiu, straty były wyjątkowo duże. Ministerstwo ON musiało wypłacić (1958 r.) Ministerstwu Leśnictwa i Przemysłu Drzewnego około 1 mln 700 tys. zł odszkodowania za szkody wyrządzone przez Sowietów w drzewostanie. Prócz tego 396 tys. zł za zniszczone lokalne drogi. Pismo Prezydium WRN z Legnicy do Ministra Obrony Narodowej z 18 marca 1957 r. Podpisane przez przewodniczącego Prezydium WRN tow. Bronisława Ostapczuka; Pismo szefa Zarządu I Sztabu Generalnego gen. J. Drzewieckiego z 29 grudnia 1958 r. do Pełnomocnika Rządu ds. Pobytu Wojsk Radzieckich w Polsce. Sprawy Wojsk Armii Czerwonej stacjonujących w Polsce (1957-1958). Zarząd I Sztabu Generalnego WP. Teczka nr 44. CAW, sygn. 897/7.

 39 W dniu 14 września 1954 r. na poligonie Tockoje odbyły się manewry pod kryptonimem "Snieżok" pod dowództwem marsz. G. Żukowa. Celem ćwiczeń poligonowych było przełamanie frontu siłami korpusu piechoty, a następnie przeciwuderzenie przy użyciu broni jądrowej. Udział wzięło 45 tysięcy żołnierzy ze specjalnej jednostki wojskowej (nie miała nazwy ani numeru identyfikacyjnego, więc w rzeczywistości nie istniała). O 9.30 samolot bombowy Tu-4 zrzucił bombę "Tatianę", a po 10 minutach od wybuchu do natarcia ruszyła wspomniana jednostka wojskowa. Żołnierze nie wiedzieli, w czym biorą udział, wokół panowała bardzo wysoka temperatura, najbliższa okolica była spalona. Mieszkańcy wsi kazachskich, leżących od epicentrum wybuchu w odległości około 5 km, też nic nie wiedzieli o tej samobójczej decyzji. W sumie umarło kilka - a może kilkanaście - tysięcy żołnierzy i okolicznej ludności, uratowani masowo chorowali - nowotwory i choroby popromienne stały się normą, dzieci rodziły się strasznie zdeformowane. Ci, którzy przeżyli, musieli podpisać specjalne zobowiązania, że przez najbliższe 25 lat nie wyjawią, co się tu wydarzyło. Lekarzom zabroniono zamieszczać wpisy w kartach chorych, że stan zdrowia pacjentów miał związek z napromieniowaniem. W sumie ponad 1 milion Kazachów zostało narażonych na promieniowanie. Obszar poligonu zamienił się w pustynię (około 300 km kw.), aby oczyścić ten teren, potrzeba byłoby około 300 lat. Już po wszystkim tow. N. Chruszczow miał powiedzieć, że: "Dla uratowania ludzkości warto poświęcić 100 tysięcy, a nawet 150 tysięcy ludzi". L. Kowalski, Krótsze ramię Moskwy ..., op. cit., s. 515-529; Sprawozdania z zagranicznych wyjazdów, Sprawozdanie delegacji Wojska Polskiego z pobytu na ćwiczeniach wojsk Północnej Grupy Armii Radzieckiej. Teczka nr 1 a. CAW, sygn. 1085/28.

 40 W nocy z 18 na 19 października 1956 r. wojska PGW opuściły swoje garnizony na Dolnym Śląsku i Pomorzu Zachodnim i rozpoczęły marsz w kierunku stolicy. Gdyby tow. W. Gomułka i obecny wówczas w Polsce I sekretarz KC KPZS tow. N. Chruszczow nie uzgodnili stanowisk, doszłoby do zbrojnej interwencji wojsk sowieckich. Z pewnością polałaby się krew. Kilka dni później oddziały PGW powróciły do miejsc stałej dyslokacji. M.L. Krogulski, Okupacja w imię sojuszu. Armia Radziecka w Polsce 1956-1993, Warszawa 2001, s. 57-59; M. Golon, Północna Grupa Wojsk Armii Radzieckiej w Polsce w latach 1947-1956 ...., op. cit., s. 104-107; P. Codogni, Rok 1956, Warszawa (brak daty wydania), s. 185-319.

 41 Na temat zachowania się sowieckiej PGW stacjonującej w Polsce wobec przesilenia politycznego (VIII Plenum KC PZPR) na szczytach władz komunistycznych w październiku 1956 r. przepytałem kilku generałów, m.in. Juliusza Hibnera (podsekretarz stanu w MSW), oto co stwierdził: "Od informowania tow. Edwarda Ochaba (pierwszy sekretarz KC PZPR), co się dzieje, byliśmy my, to nie tow. Ochab informował nas. O tym, że wojska radzieckie ruszą, nie wiedzieliśmy, ale podejrzewaliśmy [...]. Zdając sobie sprawę, że jest to poważne, zorganizowałem ogólnopolską sieć meldunkową. Gdy stało się jasne, że ruchy tych wojsk to nie żadne manewry, powiadomiliśmy tow. Ochaba, który zaakceptował naszą działalność". Z kolei gen. Jan Frey-Bielecki (zastępca dowódcy Wojsk Lotniczych i Obrony Przeciwlotniczej Obszaru Kraju) dodał: "W dniach ruchów wojsk radzieckich byłem w Poznaniu sam. Na wszelki wypadek zadbano, żebym nie mógł wystartować na moim myśliwcu, zahangarowanym na lotnisku Krzesiny pod Poznaniem [...]. Na Krzesiny przyleciał najpierw niezapowiedziany samolot transportowy z Legnicy. Była w nim grupa oficerów radzieckich. Przyjechali do radzieckiej stacji radiolokacyjnej w sąsiedztwie Ławicy pod Poznaniem i urządzili tam stanowisko dowodzenia. Dowództwo WL i OPL OK z Warszawy ogłosiło zakaz wszelkich lotów naszego lotnictwa na terenie całego kraju. Widząc, co się dzieje, postanowiłem uprzedzić o wydarzeniach kierownictwo poznańskiego komitetu partii". I gen. Włodzimierz Muś (dowódca Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego): "Wcześniej już wiele posunięć marsz. Rokossowskiego można było dwuznacznie odczytać. 10 października otrzymałem na przykład polecenie zdjęcia sprzed gmachu MON ochrony KBW. Tradycyjnie żołnierze nasi pełnili tu warty i służby. To wówczas już o czymś świadczyło. Zmiana atmosfery stawała się wyczuwalna. Sygnały z wielu źródeł były coraz bardziej zastanawiające [...]. Kanałami Służby Bezpieczeństwa otrzymaliśmy wiadomość, że do Warszawy przybyła większa liczba oficerów AR i została pośpiesznie i skrycie ulokowana w hotelu na ulicy 1 Armii WP. W tym czasie jeszcze odrzucaliśmy ewentualność użycia naszych sił w obronie przemian zachodzących w Polsce [...]. Rozpatrywaliśmy, w jaki sposób marsz. Rokossowski będzie chciał się włączyć zbrojnie w nurt obrony konserwy partyjnej [...]. Pozwolono mi w końcu sprowadzić batalion pancerny z Piaseczna (całkowicie wyposażony w sprzęt amerykański), a z Góry Kalwarii do Piaseczna tylko jeden batalion piechoty. Wszystko po to, by być bliżej Warszawy [...]. Rano 19 października otrzymałem wiadomość, że naszych stu oficerów jest już w podziemiach Urzędu Rady Ministrów (URM). Jednocześnie gen. Hibner około godz. 11.00 poinformował mnie telefonicznie, że z Legionowa ruszyła na Warszawę grupa polskich czołgów. Także milicja meldowała nam z tras wyprowadzających z Kazunia i Modlina o podobnych ruchach wojsk polskich. Wiadomości te otrzymaliśmy przez gen. Ryszarda Dobieszaka, Komendanta Głównego MO, który z nami współpracował". I tu uwaga, jednostki LWP ruszyły na rozkaz marsz. Rokossowskiego i miały współdziałać z sowieckimi z PGW. Szerzej: L. Kowalski, Generałowie, Warszawa 1992; Sprawy Wojsk Armii Radzieckiej stacjonujących w Polsce (1957-1958). Zarząd I Sztabu Generalnego WP. Teczka nr 44. CAW, sygn. 897/7.

 42 Ibidem; Życie pisało swoje scenariusze. Oto pismo gen. L. Krzemienia do szefa Sztabu Generalnego WP gen. J. Bordziłowskiego z 27 lipca 1957 r., w którym uradowany Krzemień informuje, że udało się uzgodnić przekazanie budynków mieszkalnych, koszar i obiektów specjalnych zajmowanych dotychczas przez "sowieckich oswobodzicieli" w Szczecinie (nie wymieniono, których). Zauważmy, że to się dzieje 12 lat od zakończenia wojny. Podobnie było w wypadku Kołobrzegu (w odległości 4 km w kierunku na Koszalin), gdzie za budynek mieszkalny i obiekt specjalny, które czerwonoarmiści zamierzali przekazać, zażyczyli sobie w zamian stosowny obiekt nadający się do organizowania obozów pionierskich dla swoich pociech. Wyrazili też gotowość przekazania lotniska wojskowego w Świdnicy. I kto tu rządził? Sprawy dyslokacyjne wojsk lotniczych i marynarki wojennej (1957 r.). Zarząd I. Sztab Generalny. Teczka nr 12. CAW, sygn. 269/60/13.

 43 Ibidem; Gen. bryg. Leszek Krzemień urodził się w Warszawie, żył w latach 1905-1997. W 1922 r. ukończył sześć klas Gimnazjum Zrzeszenia Nauczycielskiego w Warszawie i niemal równolegle rozpoczął działalność w komunistycznym ruchu młodzieżowym. Od 1924 r. był członkiem Komunistycznej Partii Polski. Wyspecjalizował się w tzw. wojskówce bolszewickiej. W latach 1928-1931 był słuchaczem Międzynarodowej Szkoły Leninowskiej w Moskwie. W Polsce przedwojennej był kilka razy więziony, w sumie skazany na dziewięć lat więzienia. W trakcie odbywania jednego z wyroków, siedział w jednej celi w więzieniu w Rawiczu z tow. B. Bierutem, co w przyszłości miało ogromny wpływ na jego dalszą karierę w Polsce komunistycznej. Póki co, we wrześniu 1939 r. uciekł do "Braci Moskali", co uczyniła również większość rodzimych komunistów, bo tam się czuli najlepiej. W maju 1943 r. trafił do komunistycznej formacji zbrojnej gen. Z. Berlinga, gdzie z czasem pełnił różne funkcje na stanowiskach w pionie polityczno-wychowawczym. Równolegle był szefem Wydziału Wojskowego Zarządu Głównego Związku Patriotów Polskich (ZPP). W 1944 r. został członkiem Polskiej Partii Robotniczej (PPR). Pod koniec 1944 r. był wykorzystany przez gen. I. Sierowa (NKWD) do nakłonienia ppłk Aleksandra Krzyżanowskiego ps. "Wilk" do przejścia w szeregi wojsk Berlinga i nakłonienia jego podwładnych z wileńskiej AK, by uczynili tak samo. Na szczęście się nie udało. Od maja do października 1945 r. był szefem Polskiej Misji Wojskowej w Wiedniu. Następnie został zastępcą III wiceministra ON - w międzyczasie w ciągu trzech lat awansował z szeregowego do pułkownika. W latach 1946-1947 piastował stanowisko szefa Kancelarii Wojskowej Prezydenta RP - wspomnianego Bieruta - co zaowocowało tym, że brał czynny udział w procesie unicestwiania polskich żołnierzy podziemia (AK), którzy trafili pod skrzydła gen. Berlinga. Jego bezpośredni przełożony w tym czasie z lubością podpisywał kolejne wyroki śmierci oraz zatwierdzał wieloletnie kary więzienia dla tzw. bandytów z podziemia niepodległościowego. Od lipca 1950 r. do kwietnia 1954 był zastępcą szefa Głównego Zarządu Politycznego Wojska Polskiego (GZP WP). W 1951 r. tow. Bierut awansował go na stopień generała brygady. W 1955 r. przeszedł do rezerwy i został zastępcą redaktora naczelnego "Trybuny Ludu". W sierpniu 1957 r. został ponownie powołany do służby wojskowej, by objąć wyżej wspomniane stanowisko służbowe plus funkcję przewodniczącego delegacji polskiej Komisji Mieszanej - o czym również nadmieniliśmy wcześniej. Nie przetrwał okresu czystek antyżydowskich w LWP organizowanych pod kierunkiem gen. W. Jaruzelskiego - i po marcu 1968 r. został przeniesiony w stan spoczynku. Będąc już na emeryturze, publikował tendencyjne książki i artykuły o KZMP i KPP. Pozostał niereformowalnym bolszewikiem do śmierci. Pochowany - a jakże - na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie (kwatera B2-12-24). Wywiad z gen. L. Krzemieniem przeprowadzony przez autora - w jego prywatnych zbiorach; L. Kowalski, Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego a żołnierze wyklęci. Walka z podziemiem antykomunistycznym w latach 1944-1956, Poznań 2016, s. 96-97.

 44 Ibidem; Do powyższej umowy, która obowiązywała do końca pobytu wojsk sowieckich w Polsce - już po ratyfikacji, która miała miejsce 1 lutego 1957 r. - dodatkowej i oddzielnej regulacji wymagały m.in.: warunki użytkowania koszar, lotnisk, placów ćwiczeń, poligonów, środków łączności, korzystania z energii elektrycznej, opłat za dzierżawione obiekty i różnego rodzaju usługi, stosowania przepisów podatkowych obowiązujących w Polsce, w tym celnych, dewizowych, jak również ustalenie zasad przywozu i wywozu towarów przez żołnierzy i ich rodziny, a ponadto wypracowanie trybu wjazdu i wyjazdu oddziałów wojskowych oraz określenie zasad trybu udzielania wzajemnej pomocy prawnej. W każdym takim wypadku strony próbowały wynegocjować dla siebie jak najkorzystniejsze warunki, atmosfera stawała się coraz bardziej nerwowa, gdyż Sowieci nieustannie próbowali wywierać presję na przedstawicieli polskich i przypominać im, kto "wyzwolił" Polskę i kto był gwarantem jej granic zachodnich. W sumie były to koszmarne negocjacje, wielekroć na granicy zerwania, nigdy też nie były to sprawy proste. M.L. Krogulski, Okupacja w imię sojuszu. Armia Radziecka w Polsce 1956-1993 ..., op. cit., s. 18-32.

 45 Sprawy pobytu wojsk radzieckich w Polsce (2 stycznia 1964 - 31 grudnia 1965 r.). Zarząd I Sztabu Generalnego. CAW, sygn. nr 1437/24, t. 15.

 46 Wyciąg korespondencyjny nr 11582 z 4 października 1957 r. Sprawy Wojsk Armii Radzieckiej w Polsce (1957-1958). Zarząd I Sztabu Generalnego. Teczka nr 44. CAW, sygn. 897/7; Gen. Krzemień miał jeszcze jedną nikczemną cechę, otóż kiedy go nagrywałem w latach 1989/90 stale dopytywał, co mi przekazują inni generałowie w trakcie spotkań. Gromadziłem wówczas materiał do książki Generałowie, która ukazała się w 1992 roku. Kiedy dowiadywał się, jakie oni zajęli stanowisko w takiej czy innej sprawie, a nie było spójne z jego narracją - od razu zmieniał poprzednie swoje wypowiedzi. To taka sowiecka mentalność, która wychodziła z niego nawet wbrew jego woli. Ostatecznie nagrany przeze mnie wywiad z nim był tak niestrawny, że nie nadawał się do publikacji. Przez cały też czas panicznie bał się tego, co zaistniało w Polsce po wyborach czerwcowych w 1989 r., kiedy to komuniści przegrali z kretesem wybory do sejmu i senatu. W rzeczy samej był małym człowieczkiem, którego Sowieci ułożyli sobie na swój wzór i podobieństwo. Ale to nie był odosobniony przypadek, podobnych mu komunistycznych generałów były legiony. Zapis wywiadu w posiadaniu autora.

 47 Ibidem.

 48 Ibidem; W sumie ww. komisja odbyła 199 posiedzeń, co odnotowano w latach 1958-1993. Rozpatrzyła 7021 spraw. Nie obliczono ostatecznej sumy wypłaconych odszkodowań i rent, tłumacząc to różną wartością złotówki w poszczególnych latach. Niemniej - według kursu z 1995 roku - było to 59,3 mld złotych. M.L. Krogulski, Okupacja w imię sojuszu ..., op. cit., s. 117.

ROZDZIAŁ I.ARMIA CZERWONA NA WOJENNEJ ŚCIEŻCE

1. Wyzwolenie, oswobodzenie i zniewolenie

Kiedy fronty sowieckie dotarły w granice przedwojennej Polski, po drodze rozbijając wojska niemieckie - co odnotowano z 3 na 4 stycznia 1944 roku w rejonie Rokitna na Wołyniu - "Bracia Moskale" od razu zaczęli się zachowywać niczym okupanci niemieccy. Co skądinąd nie powinno dziwić; jedni i drudzy byli siebie warci, podobnie jak komunizm i faszyzm albo jak Hitler i Stalin.

 

Sowiecki dyktator był nawet bardziej bezwzględny i przebiegły i niewątpliwie był największym zbrodniarzem w całym XX wieku. Nikt nie był w stanie mu dorównać. Nie da się tego zakrzyczeć ani wymazać z ludzkiej pamięci. To nie Hitler w tym rankingu tyranów dzierżył palmę pierwszeństwa, wystarczy się odwołać do faktów i statystyk. Hitlerowcom przypisuje się wymordowanie przeszło 300 tysięcy własnych obywateli, a bolszewikom dziesiątki milionów, przy czym w międzyczasie stworzono im piekło na ziemi, zsyłając ich do rozlicznych łagrów i obozów nadzorowanych przez psychopatów i zbrodniarzy z jednostek specjalnych NKWD1. Także w kolejnym zestawieniu mordów i okrucieństw dokonanych na podbitych narodach zdecydowany prym wiodą sowieccy komuniści. Gdyby zorganizowano drugi proces norymberski, w którym poddano by pod osąd czołową nomenklaturę partyjną skupioną wokół Stalina - tak jak to uczyniono w procesie norymberskim, gdzie osądzono i skazano prominentnych dygnitarzy III Rzeszy, to świat zaniemówiłby z wrażenia, gdyby publicznie wyjawiono ogrom zbrodni komunistycznych. Trzecia Rzesza trwała nieco ponad dekadę, a komunizm sowiecki przeszło siedemdziesiąt lat. Takiej tyranii, jak świat światem, wcześniej nie było, i to począwszy od chwili, kiedy kula ziemska zaczęła się zaludniać. Przy zbrodniach komunistycznych słynący z okrucieństwa i bezwzględności starożytni Hunowie i Wandalowie jawią się niczym skauci. Komuniści zdziesiątkowali całe narody, zniewolili państwa ościenne, a przy okazji z życia na ziemi uczynili horror setkom milionów ludzi - i ciągle było im mało. R. Conquest w monografii Wielki terror podaje liczbę około 40 mln ofiar represji w ZSRS, z tego 20 mln ofiar śmiertelnych. Z kolei A. Sołżenicyn w książce Archipelag GUŁag szacuje, że w samych tylko obozach pracy "gułagach" uśmiercono od początku rewolty bolszewickiej do roku 1956 blisko 60 mln ludzi. To było faktycznie "imperium zła" i to w pełnej krasie - jak zwykł mawiać prezydent Stanów Zjednoczonych Ronald Reagan o Związku Sowieckim. Tymczasem ta sowiecka machina zbrodni wcale nie zaprzestała działać wraz z rokiem 1956, jak to ustalił Sołżenicyn. Miała się znakomicie po sam kres komunizmu w ZSRS, co zostanie potwierdzone również w niniejszej książce. Co więcej, obecnie jesteśmy świadkami tego, jak również Federacja Rosyjska podąża w tym samym demonicznym kierunku. Po napadzie na Ukrainę w 2022 roku, już od przeszło roku, jej zbrojne watahy - bo trudno tych mundurowych zbirów nazwać żołnierzami - pomne tradycji wcześniejszych podbojów bolszewickich tak samo mordują i grabią bezbronnych cywilów, a kobiety nagminnie gwałcą. Oto współczesna Rosja w niechlubnej odsłonie, kontynuująca barbarzyńskie tradycje podbojów i zbrodni z okresu Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich2.

Powracając jednak do tematu książki, którą właśnie rozpocząłem pisać. Czynię to z myślą m.in. o odkłamaniu szlaku bojowego sowieckich sił zbrojnych, które po dwakroć najechały terytorium Polski w latach 1939-1945; pierwszy raz w latach 1939-1941, a drugi w latach 1944-1945 w ramach tzw. wyzwolenia, oswobodzenia, a tak naprawdę zniewolenia. Wszystko po to, by z czasem (od 1945 r.) zainstalować się na dobre w powojennym PRL-u w charakterze nadzorcy ze smagającym knutem w dłoni, którym niewątpliwie była Północna Grupa Wojsk Sowieckich (PGWS); formacja ta opuściła granice Polski dopiero w 1993 roku. Jakby im tego było mało, w międzyczasie (w 1955 r.) powołali w stolicy Polski twór militarny zwany Układem Warszawskim, który w niniejszej pracy zostanie poddany szczegółowej i wnikliwej analizie. Wracając do przeszłości trzeba podkreślić, że do dziś "Bracia Moskale" czynią wiele i jeszcze więcej, by wymazać ze świadomości historycznej fakt, że wespół z Trzecią Rzeszą najechali Polskę w 1939 roku i zagrabili przeszło 50 proc. polskiego terytorium. Ta pierwsza okupacja była niczym innym, jak kolejnym już, czwartym rozbiorem Polski, tym samym bolszewicy nawiązali do carskich tradycji rozrywania Polski na strzępy wespół z innymi agresorami. Uderzyli na Polskę od wschodu 17 września, wbijając przysłowiowy nóż w plecy Polakom walczącym z wojskami niemieckimi, z którymi potykali się w śmiertelnym boju od 1 września 1939 roku. Zanim Sowieci zdecydowali się na ten haniebny krok, wcześniej przygotowali wiele zbrodniczych decyzji, mających na celu wymazanie Polski z dziejów świata raz na zawsze. Wzorem niemieckich oprawców w pierwszej kolejności postanowili wymordować polskie elity. W tym celu Ławrientij Beria (ludowy komisarz spraw wewnętrznych ZSRS) polecił podległym mu jednostkom NKWD rozpocząć - tuż po przekroczeniu granicy - zmasowaną falę aresztowań: "Najbardziej reakcyjnych przedstawicieli administracji państwowej, kierowników lokalnej policji, żandarmerii, straży granicznej, filii II Oddziału Sztabu Głównego WP, wojewodów i ich najbliższych współpracowników, liderów partii politycznych, agentów i prowokatorów żandarmerii, policji politycznej oraz II Oddziału Sztabu Głównego WP, osoby zajmujące się działalnością kontrrewolucyjną" (dotyczyło to również sędziów i prokuratorów) - czytamy. Sowietom i Niemcom chodziło o to samo - by jak najszybciej wyeliminować z życia warstwę przywódczą narodu polskiego. I to po części się stało, fakty historyczne niezbicie to potwierdzają. Wspólnie wymordowali - niekiedy konsultując się w tych sprawach - m.in. 30 proc. pracowników naukowych, 20 proc. nauczycieli i osób ze środowisk twórczych, 21 proc. sędziów i prokuratorów, jak również 39 proc. lekarzy. To tylko dane sygnalne, dla orientacji, do czego te dwa zbrodnicze twory były zdolne. Generalnie Sowieci postawili na narzucenie własnych wzorców ustrojowych i asymilację podbitej polskiej ludności, co w konsekwencji miało zaowocować pozyskaniem kolejnej nacji narodowościowej w celu wzmocnienia systemu komunistycznego w Kraju Rad. To ich różniło od nazistów, którzy dla pozyskania tzw. przestrzeni życiowej dla ludności niemieckiej, postawili w gruncie rzeczy na ludobójstwo, a w międzyczasie na selekcję podbitej ludności i germanizację, jak również sprowadzenie Polski do roli zaplecza gospodarczego i rezerwuaru siły roboczej. Lapidarnie, ale z ujęciem istoty rzeczy stwierdzając - Niemcy odbierali Polakom życie, Sowieci oprócz tego niszczyli polską duszę. Niemcy mordowali i rozstrzeliwali Polaków niemalże publicznie, urządzając rozliczne łapanki i masowe egzekucje, wielokroć przy zgonionych świadkach, nie kryjąc się z tym, by siać terror. Wywoływało to wśród okupowanej ludności wolę walki, potęgujący się opór i wrogość. Sowieci tego błędu nie popełniali; aresztowali i mordowali skrycie, częstokroć o świcie i nocą, bez obecności świadków. W podobny sposób organizowali wywózki na Sybir - tradycyjnie nad ranem, przy okazji podejmując starania, aby nie było przy tym świadków, i to zdało egzamin. Polacy Niemców nienawidzili, a Sowietom poniekąd dali się zwieść, łatwiej im ulegali, niejednokrotnie idąc na współpracę i daleko posuniętą kolaborację. Przy tym nikczemną rolę odegrali w tym procederze polscy komuniści, od dekad wykorzenieni z polskości, którzy szeroką ławą podjęli współpracę z Moskwianami oraz nawoływali do zaakceptowania aneksji polskich ziem w skład sowieckich republik związkowych. Kres pierwszej sowieckiej okupacji polskich ziem wschodnich nastał z 22 czerwca 1941 roku, kiedy to wybuchła wojna niemiecko-sowiecka.

Długo bolszewicy nie mogli sobie darować utraty okupowanych wcześniej polskich obszarów i nigdy się z tym nie pogodzili. Czekali na okazję przeszło dwa lata, w międzyczasie zmagając się z Niemcami na licznych frontach, by jak najszybciej tu powrócić. To się ziściło - jak wspominaliśmy - w styczniu 1944 roku, kiedy to Sowieci zawitali ponownie z misją "wyzwoleńczą" we wschodnie granice Polski. Pierwszym miastem kresowym opanowanym wówczas przez Armię Czerwoną były Sarny, leżące w pasie odpowiedzialności operacyjnej 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej. Nie trzeba było długo czekać, kiedy "oswobodziciele" ze Wschodu zażądali całkowitego podporządkowania dywizji dowództwu sowieckiemu, a konkretnie 47 Armii nacierającej na tym kierunku. Później było to już normą, wręcz pewnikiem. Schemat zawsze był ten sam. Początkowo dużo obiecywali i zapewniali, zachęcali do współdziałania, a po jakimś, zwykle niedługim, czasie zrywali wszelkie porozumienia i przechodzili do tolerowania jedynie partyzanckich oddziałów komunistycznych (sowiecko-polskich), działających na przejmowanym terenie. W międzyczasie rozbrajali i aresztowali całe dowództwa AK, a stawiających opór mordowali lub zsyłali na Daleki Wschód. Nieco inaczej traktowali szeregowych żołnierzy AK, których z reguły wcielano do stalinowskich zwasalizowanych formacji zbrojnych gen. Zygmunta Berlinga (zaufanego współpracownika NKWD). Na co faktycznie było ich stać pokazali m.in. w trakcie walk o Wilno, kiedy to jednostki zbrojne AK, w dobrej wierze, wsparły wojska sowieckie szturmujące miasto. Po bitwie spośród ośmiu tysięcy akowców uczestniczących w zdobywaniu Wilna do domów skierowano około 3500, a kolejnych 4400, którzy nie zgodzili się na służbę u Berlinga, internowano lub wcielono do 361 Zapasowego Pułku Piechoty Armii Czerwonej.

Podobny los spotkał oddziały odtworzonej 8, 9 i 26DP AK oraz Mazowieckiej Brygady Kawalerii (łącznie ponad sześć tysięcy żołnierzy), które z Armią Czerwoną zdobyły Mińsk Mazowiecki, Sokołów, Radzymin, Tłuszcz i Węgrów. Nie inaczej postąpili Sowieci z oficerami i żołnierzami 30DP AK, którzy przedzierali się z Polesia na pomoc powstańczej Warszawie. Podobne scenariusze "Bracia Moskale" realizowali wobec litewskiego, ukraińskiego i białoruskiego podziemia zbrojnego.

W ten sposób imperialna machina bolszewicka - niczym żarna w młynie - skutecznie mieliła po kolei zarówno państwa, jak i narody, które wstępnie podbijała i zniewalała, po czym włączała we własne szeregi, nadając im status republik związkowych. Tymczasem wystarczyło wyciągnąć wnioski z "pierwszej okupacji" Polski, by jednoznacznie uświadomić sobie, czego było można się spodziewać z nastaniem pamiętnego roku 19443.

"Oswobodziciele" ze Wschodu - zarówno w trakcie "pierwszej okupacji", jak i tej zapoczątkowanej w styczniu 1944 roku - nie respektowali żadnych praw i konwencji międzynarodowych na przejmowanych obszarach, co więcej, nawet nie zamierzali tego czynić. Mając od dekad doświadczenie bolszewickie w ujarzmianiu ościennych narodów, których terytoria podbijali i włączali w skład tworzonych republik sowieckich - z marszu stawiali na pospolity zamordyzm oraz siłowe rozprawianie się z lokalną opozycją polityczno-zbrojną. Oni inaczej nie potrafili, to nie ten świat, nie ta kultura. Stąd zastraszanie, aresztowania, przesłuchania, bicie, torturowanie, mordy i zsyłki na Sybir były codziennością i stanowiły szarą rzeczywistość. Czynili tak z iście azjatyckim zacięciem i mongolskim okrucieństwem i było widoczne jak na dłoni, że sprawiało im to dużo satysfakcji i nikczemnej przyjemności. Polacy doświadczali tych okrucieństw od Rosjan od wieków, pamiętając czasy carskie, które w zderzeniu ze zniewalaniem bolszewickim - co dopiero teraz mogli sobie w pełni uświadomić - wywoływały wręcz paraliżujące przerażenie i irracjonalne zachowania społeczeństwa, do tego stopnia, że większości ludziom odbierały wolę walki, buntu czy też stawiania oporu. Skuteczność "Braci Moskali" w łamaniu tzw. kręgosłupa moralnego podbijanym narodom nie miała sobie równych. Tylko nieliczni Polacy decydowali się podjąć walkę przeciwko nim - i choć były ich dziesiątki tysięcy, to wobec masowego oporu naszych rodaków w okresie okupacji niemieckiej, była to przysłowiowa kropla w morzu. Konspiranci wywodzili się głównie z małych prowincjonalnych miasteczek, wsi i osad, podczas gdy młodzież z dużych miast była w tym oporze reprezentowana śladowo. Tymczasem był to niczym nieuzasadniony i niesprowokowany najazd Sowietów. Można też użyć innych określeń, jak: agresja, zniewolenie, podbój bez wypowiedzenia wojny, bez jakichkolwiek not dyplomatycznych informujących o zaistniałym czy też mającym wkrótce nastąpić stanie rzeczy. Atakowali Polskę zdradziecko, niczym hordy mongolskie, od tyłu, z zaskoczenia, stawiając na fakty dokonane, które realizowali z żelazną konsekwencją. Tak było w 1939 roku i podobnie też było z początkiem 1944, kiedy - przy okazji toczonych walk frontowych z Niemcami - zaczęli wycinać w pień polskie podziemie niepodległościowe na Kresach. Akurat w tym względzie czerwony sowiecki imperializm w niczym nie różnił się od tego brunatnego, niemieckiego. Byli siebie warci. O tym, że nadal jest podobnie, zaświadcza polityka Federacji Rosyjskiej względem Ukrainy, która na oczach całego świata już utraciła Krym oraz część terytorium w obwodach donbaskim i ługańskim, a prawdopodobnie na tym się nie skończy4.

Wracajmy jednak do istoty tematu! Odległość pomiędzy przedwojenną wschodnią granicą Polski i rzeką Bug - który w zamysłach Stalina miał teraz stanowić przyszłą linię graniczną pomiędzy Polską komunistyczną a ZSRS - sowieckie fronty wraz z 1 Armią gen. Z. Berlinga pokonały w kilka miesięcy. U progu ostatniej dekady lipca rozwinęły natarcie na kierunku Wisły, gdzie uchwyciły przyczółki w rejonie Magnuszewa. Po czym, z rozkazu kremlowskiego satrapy, wojska sowieckie wstrzymały dalszą ofensywę, by ze wschodniego brzegu Wisły przyglądać się, jak Niemcy rozprawiali się z powstańcami i ludnością Warszawy - przy okazji pozorując działania zaczepne w rejonie płonącej stolicy z wykorzystaniem jednostek bojowych Berlinga. Jak się wkrótce okazało, Armia Czerwona zaległa na tym obszarze na niemal pół roku. W strategii politycznej Moskwy obszar opanowany przez Armię Czerwoną po Bug został uznany za ziemie, które miały poszerzyć granice sowieckiego imperium i na trwałe wejść w skład republik ZSRS. Z czasem z tych polskich nabytków kresowych powstały kolejne republiki Kraju Rad: ukraińska (USRR), białoruska (BSRR) i litewska (LSRR). Jak to bywało w wypadku wcześniejszych podbojów bolszewickich, nikt miejscowej ludności nie pytał o zdanie, czy życzy sobie przyjąć obywatelstwo ZSRS, gdyż w standardowych procedurach wschodnich najeźdźców było to tak oczywiste, że uważano to niemal za zaszczyt i wyróżnienie. Tym to sposobem przeszło 0,5 mln polskich obywateli, którzy z różnych powodów utknęli na ziemiach kresowych i nie przemieścili się w nowe granice Polski - w ramach tzw. repatriacji - stało się z urzędu obywatelami sowieckimi. Co niczego dobrego nie wróżyło. Niemalże z marszu przejęci Polacy zostali poddani inwigilacji służb specjalnych (NKWD i kontrwywiadu wojskowego "Smiersz") - i nie była to akcja doraźna, a stała, utrwalana przez kolejne dekady, aż lokalne władze komunistyczne nabrały przekonania, że nowi obywatele zasłużyli na zaufanie, które zresztą nigdy nie było pełne. Nie sposób nie zauważyć, że w 1944 roku Sowieci przeprowadzili wręcz koronkową kombinację operacyjną - doskonale zsynchronizowaną w czasie i przestrzeni. Otóż połączyli wyzwolenie wschodnich ziem polskich spod okupacji niemieckiej z inkorporacją tych obszarów w skład Kraju Rad. W tych okolicznościach za szczęśliwców mogli uważać się ci obywatele polscy, którym udało się wydostać z ZSRS, a takich było blisko 1,5 mln. Z czasem, aby zamazać obraz tych nikczemnych poczynań w obszarze Polski Wschodniej, komuniści z PPR i ZPP zaczęli oficjalnie głosić, że Polacy z Kresów wreszcie dotarli do ojczyzny, mając na myśli Polskę w granicach od Bugu po Odrę i Nysę Łużycką. Takie kłamstwa wpajano również młodzieży m.in. w serialu Czterej pancerni i pies, kiedy to jeden z bohaterów serialu - po przekroczeniu Bugu - stwierdził: "My wreszcie w Polsce". To perfidne pojęcie "powrotu do ojczyzny" zadomowiło się na stałe w Polsce Ludowej i było propagandowo podtrzymywane po kres jej istnienia5.

Po uporaniu się z terenami kresowymi, które Sowieci zagarnęli dla siebie, okupanci przystąpili do urządzania Polski w powojennych nowych granicach. Pamiętajmy, że była to dopiero druga połowa 1944 roku - i tylko część ziem polskich leżących na wschód od Wisły była opanowana przez fronty sowieckie. Po zachodniej stronie rzeki nadal trwały na pozycjach obronnych wojska niemieckie. Armii Czerwonej udało się jedynie uchwycić przyczółek warecko-magnuszewski w rejonie Dęblina i Puław oraz zlikwidować niemiecki przyczółek na prawym brzegu Wisły, którego główny węzeł stanowiła warszawska Praga. Po czym na froncie sowiecko-niemieckim zapanowała błoga cisza trwająca do stycznia 1945 roku, kiedy to fronty sowieckie przeszły do działań ofensywnych nacierając w kierunku Berlina. Wykorzystując zastój operacyjno-strategiczny pomiędzy Bugiem a Wisłą rodzimi komuniści, wsparci sowieckim orężem, przystąpili do eksperymentowania na żywej tkance narodu polskiego, sondując, jak daleko będą w stanie zainfekować i "uszczęśliwić" rodaków ideologią komunistyczną. Czynili tak na obszarze zwanym potocznie Polską Lubelską (całe województwo lubelskie, białostockie, rzeszowskie, część województwa kieleckiego i warszawskiego) - o łącznej powierzchni około 80 tysięcy kilometrów kwadratowych, którą zamieszkiwało blisko sześć milionów obywateli. To w tej enklawie - a konkretnie w Chełmie, gdzie w pierwszej kolejności pojawili się nominaci Stalina tuż po przylocie z Moskwy - obwieścili 22 lipca swoje założenia programowe zdefiniowane w Manifeście lipcowym, który wcześniej w szczegółach został opracowany w sowieckiej stolicy. Po czym, przenosząc się do Lublina - okrzykniętego doraźnie stolicą Polski Lubelskiej - sukcesywnie prezentowali umęczonemu narodowi skład Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego (PKWN), utworzonego również w Moskwie pod patronatem samego Stalina. Rzeczony Komitet był efemerydą wydumaną w zaciszu kremlowskich gabinetów, taką quasi-rządową strukturą, składającą się z marionetek komunistycznych oraz innych hochsztaplerów ideologicznych wyciągniętych przez Stalina jak z kapelusza. W tym gronie aż roiło się od współpracowników i agentów sowieckich służb specjalnych. To nikczemne towarzystwo wzajemnej adoracji, które już dawno zaprzedało duszę bolszewickiemu diabłu, zaczęło teraz realizować narzucony przez Kreml scenariusz spacyfikowania Polski na wzór i podobieństwo Kraju Rad. Jednocześnie starali się jak najbardziej zohydzić w narodzie przekonanie, że istniejący na obczyźnie w Wielkiej Brytanii legalny rząd polski na czele z premierem i prezydentem RP oraz Polskie Siły Zbrojne (PSZ), które prowadziły walki na śmierć i życie z wojskami niemieckimi na froncie zachodnim reprezentują Polskę. To właśnie ich komunistyczni zdrajcy obrali sobie za cel do zniszczenia, spacyfikowania i wyparcia ze świadomości Polaków. Sowieci ochoczo mieli im w tym dopomóc - i tak też się stało6.

Nadzorcą PKWN został członek Komitetu Centralnego WKP(b) Nikołaj Bułganin, który brał udział we wszystkich posiedzeniach powyższego gremium oraz utrzymywał stałe kontakty z czołowymi komunistami z PPR i ZPP. Bez jego aprobaty nie podejmowano żadnych istotnych decyzji. Aby nie było wątpliwości, kto tu naprawdę rządzi, oddano mu do dyspozycji samodzielny batalion wojsk NKWD liczący 870 resortowych siepaczy wspartych dodatkowo czołgami, samochodami pancernymi i transporterami opancerzonymi, którzy w Lublinie zameldowali się 1 września 1944 roku. O ile Bułganin funkcjonował na wyższych piętrach ustanawianej władzy komunistycznej w Polsce, to poniżej rozdawał karty generał NKWD Bielajew (zastępca komisarza gen. Gieorgija Żukowa, którego Stalin delegował w charakterze łącznika między Naczelnym Dowództwem Armii Czerwonej a formacjami zbrojnymi gen. Berlinga). Wspomniany Bielajew zajmował się głównie podtrzymywaniem poprawnych relacji pomiędzy PKWN i sowieckimi wojskami frontowymi oraz rozwiązywaniem spornych spraw pomiędzy formowaną komunistyczną administracją a sowieckimi komendanturami wojskowymi. Z tego jednoznacznie wynikało, że władze PKWN i ich aparat wykonawczy były pod ścisłym nadzorem sowieckich enkawudystów i w każdym momencie byli przez nich kontrolowani. Nie zapominajmy też, że z czasem na terenie Polski będzie przebywało w sumie pięć dywizji NKWD (35 tys. wyjątkowych oprawców), które z kolei nadzorował m.in. pełnomocnik NKWD przy 1 Froncie Białoruskim, gen. Iwan Sierow (komisarz bezpieczeństwa państwowego II rangi), ten sam, który w latach 1939-1941 pacyfikował polskie Kresy Wschodnie i organizował wywózki Polaków do sowieckich łagrów na Dalekim Wschodzie. To również on przyczynił się do zbrodni dokonanej na polskich oficerach w Katyniu i w innych miejscach straceń. Podobnej rangi enkawudyści, znajdowali się w pozostałych frontach Armii Czerwonej, tj. w składzie 2 i 3FB oraz 1FU. Uprzedzając nieco fakty dodam, że to także Sierow doprowadził w marcu 1945 roku do uprowadzenia z Polski do Moskwy szesnastu polskich przywódców - byli tam sądzeni i skazani, otrzymując wieloletnie wyroki więzienia. Kilku z nich nigdy już nie powróciło do kraju. Za to ostatnie "osiągnięcie" Sierow otrzymał tytuł Bohatera ZSRS. Kiedy się pojawił w Lublinie, jako rezydent urzędował w tajnej siedzibie przy ul. Chopina. Jego misja była mocno utajniona. To tu spotykał się wielekroć z Bierutem, zawsze w warunkach głębokiej konspiracji. Do zadań Sierowa należało m.in. wykonywanie różnych sekretnych misji zlecanych przez samego Stalina. Niemniej celem głównym było - jak wówczas mawiano - "spacyfikowanie i zneutralizowanie polskiego reakcyjnego londyńskiego podziemia". Co za zbitka językowa, typowa nowomowa komunistyczna. W miarę przemieszczania się wojsk sowieckich na zachód oswobodziciele obwieszczali kolejne akty prawne na terenach przez nich zajmowanych. Przykładowo: 20 lutego 1945 roku Państwowy Komitet Obrony ZSRS wydał postanowienie w formie wytycznych, określające dalsze działania Armii Czerwonej na ziemiach nadodrzańskich i nadbałtyckich. I co z tego, kiedy oficerowie i żołnierze sowieccy nadal rabowali, zabijali i mordowali wszystkich, którzy próbowali im się przeciwstawić, a gwałty na kobietach były na porządku dziennym. Za nic też mieli polskie władze administracyjne, które na te obszary przybywały, by przejąć w administrowanie ziemie oswobodzone spod okupacji niemieckiej. We wspomnianych wytycznych najistotniejsze było to, że przy okazji określono ogólny kształt przyszłej zachodniej granicy powojennej Polski. W końcu też wszechwładny Bułganin zadecydował, że z 28 maja 1945 roku: "Cała władza cywilna przechodzi niepodzielnie w ręce pełnomocników polskiego rządu (komunistycznego)". Były to zwyczajne "obiecanki cacanki", dalekie od rzeczywistości. Przykładowo - sądy Armii Czerwonej nadal wydawały wyroki na obywateli polskich - i to w imieniu oraz na podstawie prawa obowiązującego w ZSRS - jak również trwały łapanki i obławy na Polaków i Niemców zamieszkałych m.in. na terenie województw pomorskiego (późniejsze bydgoskie) i gdańskiego. Według samych "oswobodzicieli" deportowano w ten sposób do obozów pracy na terenie ZSRS około 170 tysięcy osób. Nie inaczej było na Górnym Śląsku i w Prusach Wschodnich, z których to obszarów wywieziono - od lutego do kwietnia 1945 roku - kolejne 77 tysięcy, w tym 682 kobiety. Jak tłumaczono, mieli zasilić w charakterze robotników sektor przemysłowy Związku Sowieckiego, w rzeczy samej tysiące z nich trafiło do sowieckich kopalń, gdzie wiele osób zmarło wskutek nieludzkiej eksploatacji i warunków. Takie akcje "Bracia Moskale" nazywali "oczyszczaniem terenu", a deportowanych w ten sposób nazywali "wrogim elementem". W wypadku Polaków bardzo często podstawą aresztowania i zsyłki był wpis kwalifikujący ich do III grupy volkslisty. Akcje były tak masowe, że na terenie Kraju Rad nastąpiło przepełnienie łagrów. Dlatego w maju 1945 roku czasowo zatrzymano przenoszenie obozów frontowych funkcjonujących na terenie Polski, wstrzymano też transporty jeńców w głąb ZSRS. Warto zapamiętać, jak w istocie, to "wyzwolenie" przebiegało, a raczej jak postępowało zniewalanie Polaków pod kolejną okupacją7.

Za oswobodzenie Polski spod okupacji niemieckiej, cześć i chwała Armii Czerwonej, ale już z pewnością nie za to, że ponownie zniewalała Polaków tuż po wojnie. To był kolejny temat tabu w historiografii okresu PRL-u. Sowieci, decydując się na powojenną okupację Polski w narzuconych jej granicach, nie czynili nic nowego, czego by wcześniej nie doświadczyli Polacy w latach 1939-1941 w trakcie pierwszej okupacji. Już wtedy nasi Rodacy mogli się przekonać, co oznaczało znalezienie się pod bolszewickim butem - i to na niemal dwa lata. To, że był to jeden wielki koszmar, to już dziś wiemy. Jednak kolejny kataklizm rozpoczął się w momencie, kiedy Armia Czerwona przekroczyła Odrę i zaczęła rozwijać natarcie w bezpośredniej bliskości Berlina. Z końcem lutego ???? roku Sowieci przebili się do Odry w rejonie Kostrzyna-Frankfurtu i stanęli w odległości 80-90 km od stolicy Trzeciej Rzeszy. W tym samym czasie, począwszy od Bugu po Odrę, postępował proces instalowania i utrwalania władzy komunistycznej w Polsce. Kiedy w kwietniu fronty sowieckie wznowiły działania ofensywne forsując Odrę - w ich miejsce na terenie Polski niepodzielnie zaczęły rządzić najróżniejsze formacje NKWD i oddziały "Smierszu", w tym Wojska Wewnętrzne, Wojska Pograniczne, Wojska Ochrony Tyłów Walczącej Armii oraz Wojska Konwojowe i Jednostki Zarządu Obozów. To niczego dobrego nie wróżyło. Nigdy wcześniej na terenie Polski Sowieci nie skrzyknęli tylu okrutników i zbrodniarzy mundurowych, co wówczas - i to równocześnie. Przedsmak gułagu był tuż, tuż, a łagry w wersji polsko-sowieckiej powstawały jeden za drugim, niekiedy były to te same obozy, które wcześniej wykorzystywali Niemcy w trakcie minionej okupacji. Sowietom nie robiło różnicy, gdzie pakowali kolejnych polskich aresztowanych i skazanych - byle było gdzie! Był to niewątpliwie jeden z najbardziej krwawych okresów w dziejach podbojów Armii Czerwonej w tej części Europy Środkowo-Wschodniej. Nastał czas ostatecznego zdławienia Polskiego Państwa Podziemnego oraz zbrojnych formacji konspiracyjnych, które nie akceptowały "Braci Moskali" w granicach Polski powojennej. Około 1,5 miesiąca od zakończenia wojny i przyjęcia bezwarunkowej kapitulacji Niemiec (8 maja) - dokładnie 28 czerwca 1945 roku - nastąpiło kolejne komunistyczne przepoczwarzenie rządowe. Funkcjonujący od 1 stycznia Rząd Tymczasowy RP, tym razem przenicował się w Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej RP, który został powołany z nadania Stalina. Tragizm tej sytuacji polegał też na tym, że ten nowy twór bolszewicki postanowiły uznać rządy Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych, a za nimi pozostali alianci, co oznaczało, że prawowity rząd polski na uchodźstwie w Londynie stracił prawo bytu na arenie międzynarodowej. Tym sposobem Polska przedwojenna wraz z całą skarbnicą dziejową odeszła do lamusa historii, teraz to była Polska Stalina z całkowicie przetrąconym kręgosłupem. Z jego nadania zajmowała obecnie 311,7 tys. km kw. wobec 389,7 tys. km kw. z roku 1939. Ogólna granica państwowa Polski komunistycznej liczyła 3566 km, a poprzednio 5548 km, w tym lądowa 3069, a wcześniej 5408, jedynie morskiej nam przybyło, gdyż ta obecna miała 497 km, a przedwojenna 140 km. W tej nowej szacie terytorialnej z dawnych ziem, które kiedyś należały do Polski przedwojennej, znalazło się w nowych granicach ogółem 67,6 proc. ziem II RP, tj. 210,8 km kw. Resztę stanowiły ziemie "wyrwane" Niemcom przez Sowietów, które obejmowały: Wolne Miasto Gdańsk wraz z najbliższą okolicą (0,6 proc.) oraz obszary zachodnie i północne stanowiące około 32,4 proc., tj. 100,9 tys. km kw. Za te wchłonięte resztówki niemieckie, które rzekomo miały zrekompensować Polsce zagarnięte przez Rosjan ziemie kresowe, rodzimi komuniści bili przez cały okres Peerelu dziękczynne pokłony "Braciom Moskalom", równolegle obowiązywała zmowa milczenia co do ziem, które nam zabrali. Co do ludności zaś, to: w 1939 roku było nas 34,849 mln Polaków dumnych ze swej historii, dziejów i tradycji, byliśmy gospodarzami we własnym kraju, z tego 30 proc. obywateli zamieszkiwało w miastach, a 70 proc. na wsi. Nie wstydźmy się tego, że w zdecydowanej większości mamy pochodzenie chłopskie, bo to przecież sól tej polskiej ziemi. Kobiety w narodzie stanowiły 51,2 proc., a mężczyźni 48,8 proc. Po drugiej wojnie światowej pozostało nas jedynie 23,930 mln, z tego 31,8 proc. osiadło w miastach, a 68,2 proc. na wsi. Kobiety nadal dominowały w narodzie, stanowiły 54,2 proc. ogółu społeczeństwa a mężczyźni tylko 45,8 proc. W 1939 roku na 100 mężczyzn przypadało 105 kobiet, a w 1945 roku aż 118. Mężczyźni zapłacili daninę krwi, stając w pierwszym szeregu w walkach zbrojnych zarówno z niemieckim, jak i z sowieckim najeźdźcą8.

Podsumujmy jeszcze krótko te dwa okresy bytności Armii Czerwonej na terytorium państwa polskiego - w latach 1939-1941 oraz po zakończonej wojnie - gdyż fala dezinformacji na ten temat nie miała sobie równych w dziejach Polski Ludowej. I co gorsza, my do dziś nie jesteśmy w stanie jednoznacznie ustalić pewnych danych statystycznych obrazujących de facto wspomniane okupacje i misje "wyzwoleńcze" wojsk sowieckich, jak chociażby wywózek ludności polskiej. Jeszcze nie tak dawno temu żonglowano takim danymi: luty ???? - wywieziono w głąb ZSRS - 250 tys. osób, w kwietniu 1940 - 240-320 tys., w czerwcu 1940 - 220-400 tys., a w czerwcu 1941 - 200-300 tys. obywateli. Jednak już przy zsumowaniu powyższych danych - powołując się na sowieckie dane archiwalne - twierdzono, że łączna liczba nie przekroczyła 800 tys. zesłańców. Tymczasem według jeszcze innych danych, z archiwów NKWD, do których dotarli historycy, wynika, że wywieziono 320 tys. osób. Kolejny problem to jeńcy wojenni - w 1939 roku w rękach Armii Czerwonej znalazło się 240 tys. polskich jeńców, z tego 125 tys. przekazano NKWD, których przetrzymywano w obozach pracy i obozach koncentracyjnych. Z tej liczby zwolniono 40 tys. osób, które pochodziły z terenów okupowanych przez Trzecią Rzeszę. W listopadzie 1939 roku w sowieckich obozach znajdowało się około 170 tys. polskich jeńców rozmieszczonych w 139 obozach, z tego 90 obozów znajdowało się na terenie okupowanej Polski. Za ten okres niezmiernie trudno jest ustalić straty ludności wynikające ze stalinowskiej polityki eksterminacyjnej, co dotyczy nie tylko jeńców, ale również ludności cywilnej, która znalazła się na terenach okupowanych przez Armię Czerwoną. Nadal nie można się doliczyć, "zaginionych" jeńców polskich; podaje się, że takich mogło być około 100 tys. W sumie to koszmar, ale z pewnością nie jest to koszmar ostatni. W ciągu 15 miesięcy sowieckiej okupacji (1939-1941) - i tu znowu rozpiętości z piekła rodem - zesłano w głąb ZSRS od 330 do 1,5 mln, aż po 1,8 mln osób. W tym samym czasie w sowieckich więzieniach - dane z 10 czerwca 1941 roku - przebywało blisko 40 tys. więźniów, w tym na tzw. Zachodniej Ukrainie (ZU) - 21 tys. i około 16,5 tys. w tzw. Zachodniej Białorusi (ZB). Pozostałe 2,5 tys. znajdowało się na Wileńszczyźnie. W ciągu tylko jednego tygodnia - tuż przed wtargnięciem wojsk niemieckich w granice ZSRS - NKWD wymordowało w czerwcu ???? roku blisko 14 700 więźniów, a na szlakach konwojowych dalsze 20 tys. Jakby tego było mało, to blisko 150 tys. Polaków wcielono do oddziałów Armii Czerwonej; wcielenia miały miejsce już na przełomie lat 1939/1940, wielu wcielonych poległo w wojnie sowiecko-fińskiej oraz w pierwszych miesiącach wojny sowiecko-niemieckiej. Kolejnych co najmniej 100 tys. Polaków trafiło do batalionów budowlanych. Nie zapominajmy też o szaleńczej decyzji Biura Politycznego KC KP(b) z 22 maja 1941 roku o rozstrzelaniu wszystkich więźniów znajdujących się na obszarach wspomnianej ZU i ZB. Nie powinno więc dziwić, że w gąszczu tych niecnych, zbrodniczych poczynań ze strony sowieckiej wobec obywateli polskich mamy tak ogromne problemy z ogarnięciem tych wszystkich kataklizmów ludzkich. Sowieci niszczyli Polaków nie tylko za tej "pierwszej okupacji". W latach 1944-1946 - po opanowaniu ziem polskich przez Armię Czerwoną - wywieziono do ZSRS około 40 tys. osób, a ogólna liczba represjonowanych na miejscu wynosiła blisko 45 tysięcy. Z kolei liczba żołnierzy polskiego podziemia niepodległościowego wywiezionych w tym samym czasie na Wschód, opiewała na dalsze 17 tysięcy osób. W niektórych wypadkach transporty z uwięzionymi były kierowane do tych samych obozów, w których wcześniej byli przetrzymywani Polacy w latach ????-1941. Największą obławę zwaną augustowską - już po zakończonej wojnie - Sowieci przeprowadzili w połowie 1945 roku, aresztując wstępnie 2000 osób, z tego 600 zaginęło bez śladu i do dziś nie możemy ich odnaleźć. To było nic innego, jak kolejna golgota, po katyńskiej! Według danych szacunkowych IPN-u - wywiad z dr. Łukaszem Kamińskim, jaki ukazał się w "Rzeczpospolitej" nr 19/20 z 9 lutego 2009 roku - liczba osób represjonowanych przez reżim stalinowski opiewała na 1,8 mln, z tego 150 tys. nieszczęśników miało stracić życie. Większość tych ofiar (1,6 mln) pochodziła z lat 1939-1941, pozostałe 200 tys. obywateli polskich to osoby represjonowane w latach powojennych9.

To właśnie ta sama armia sowiecka po pokonaniu Niemiec - do 1946 roku zwana Armią Czerwoną - ponownie pojawiła się w granicach Polski powojennej, by wydzieloną częścią swoich wojsk frontowych zakotwiczyć między Bugiem a Odrą na kilka kolejnych dekad. W rzeczy samej "zasiedziała" się w Polsce aż po rok ????. I nie był to przypadek - od kiedy po raz pierwszy Sowieci przystąpili do okupowania Polski w latach 1939-1941, z przerwą na działania bojowe podjęte na froncie wojny sowiecko-niemieckiej w latach 1941-1945 - to nigdy nie zaprzestali kalkulować, jakby tu ponownie przejąć polskie Kresy Wschodnie w skład swego bolszewickiego imperium. Niestety taka myśl zajmowała im gros czasu w podejmowanej strategii prowadzenia wojny na froncie wschodnim. Im byli bliżej granicy Polski przedwojennej, tym ta myśl coraz mocniej tkwiła w głowach "Braci Moskali". Jak wspominaliśmy wcześniej, obszary te wyjątkowo przypadły do gustu Stalinowi i nie zamierzał z nich zrezygnować. Stąd narzucony Polsce komunistycznej sojusz polityczno-wojskowy z ZSRS miał dodatkowo zabezpieczyć tę bezprawną grabież polskich Kresów oraz wyprzeć z pamięci narodu ten fakt i zamazać go raz na zawsze. Aby tę sytuację utrwalać krok po kroku, potrzebny był stały dozór Polski powojennej ze strony Sowietów i taki też został narzucony. Polscy komuniści zdawali sobie doskonale sprawę, komu w istocie zawdzięczali trwanie przy władzy, co doskonale oddaje ten oto zapis z jednego z dokumentów PPR przechwyconego przez podziemie WiN, ze stycznia 1947 roku, w którym czytamy: "Nie wolno nam zapominać ani na chwilę, że obecną naszą pozycję w Polsce zawdzięczamy WKP(b). To zobowiązuje nas do wywiązania się wobec niej z przyjętych przez nas zadań. Przy jej czynnej pomocy i poparciu będziemy rosnąć w siłę. Bez jej poparcia i pomocy ZSRR czekałaby nas nieuchronna klęska. Dla ułatwienia pracy czynnikom ZSRR i WKP(b) na arenie międzynarodowej musimy zmierzać do usunięcia wszelkich pozorów mieszania się ZSRR w nasze sprawy wewnętrzne". No i jesteśmy w domu10.

2. Północna Grupa Wojsk Radzieckich/Sowieckich w Polsce

Przez całą drugą połowę 1945 roku oraz przez kolejne kilka miesięcy następnego roku przez terytorium powojennej Polski przemieszczały się setki tysięcy sowieckiego żołdactwa.

 

Tak samo rabowali, strzelali, zabijali i gwałcili, jak to czynili wcześniej, w drodze na Berlin - tym razem dopuszczali się tych bezeceństw jedynie w mniejszej skali. Powracali do Kraju Rad w glorii zwycięzców, przy czym praktycznie nie trzeźwieli - i, co najgorsze, uważali, że Polacy mają okazywać im wdzięczność za wcześniejsze "oswobodzenie". Zmierzając do siebie, ponownie gwałcili Niemki, Polki, a nawet Rosjanki powracające do kraju, a wcześniej wywiezione do pracy w Niemczech i do obozów koncentracyjnych. Dochodziło do skandalicznych sytuacji. Jak wspominał ambasador USA w Polsce Artur Bliss-Lane: "W początkach naszego pobytu w Warszawie (1945 r.) nasi polscy przyjaciele nie musieli nas wcale przekonywać o terrorystycznych metodach stosowanych przez armię radziecką i tajną policję". Oto Polska w fazie przejściowej - poza nią okupacja niemiecka, przed nią sowiecka. Która z nich okaże się gorsza? - oto jest pytanie. Wiele faktów i wydarzeń potwierdza, że Polacy bali się i nienawidzili zarówno "brunatnych okupantów", jak i "czerwonych wyzwolicieli". Jednak nie czas ani miejsce na opisywanie tych bestialstw - po prostu nie chcę się powtarzać po stokroć, gdyż opisywałem to wcześniej w wielu swoich poprzednich książkach. Niemniej widmo kolejnej zarazy okupacyjnej pojawiło się nad Polską tuż po tym, jak umilkły salwy armatnie drugiej wojny światowej. To był istny koszmar, wręcz nie do opisania. Polskie miasta były tak przeładowane powracającymi wojskami sowieckimi, że nie były w stanie przyjmować kolejnych rzesz napływających uchodźców i osadników. Nawet "Bracia Moskale" - przyjmując, że mieli dobre intencje - nie mogli tego rozgardiaszu opanować. Trwająca w ich szeregach demobilizacja wojskowa dodatkowo ten stan rzeczy pogłębiała. Na zachód od Odry Sowieci pozostawili Grupę Wojsk Okupacyjnych w Niemczech (kilkusettysięczny kontyngent wojskowy), pod dowództwem marszałka Georgija Żukowa, który strzegł ich interesów w wydzielonej strefie alianckiej. Podobnie było w Austrii i na Węgrzech (do 1955 r.), gdzie powołano Centralną Grupę Wojsk dowodzoną przez marszałka Iwana Koniewa, która również liczyła kilkaset tysięcy wojska. Jak widać - "Bracia Moskale" wyraźnie nie odpuszczali, zapewne nie mieliby nic przeciwko temu, by się tu zakotwiczyć na stałe. Z kolei na wschód od Odry, na terytorium Polski, powołali Północną Grupę Wojsk Armii Czerwonej (taka była jej pierwotna nazwa) - pod dowództwem marszałka Konstantego Rokossowskiego, która powstała ze składu wojsk 2 Frontu Białoruskiego. Nie inaczej było na terenie Bułgarii i Rumunii (do 1955 r.), gdzie karty rozdawała Centralna Grupa Wojsk Armii Czerwonej. W wypadku Polski decyzję taką podjęła - w formie dyrektywy - Główna Kwatera Naczelnego Dowództwa Sił Zbrojnych ZSRS Nr 11097 z 29 maja 1945 roku, którą sfinalizowano decyzją Sztabu Generalnego Armii Czerwonej z dniem 10 czerwca i pod którą widnieją podpisy: Józefa Stalina i szefa Sztabu Generalnego Aleksieja Antonowa. Stąd za faktyczną datę powołania PGW ACz uznaje się dzień 10 czerwca. W międzyczasie armie sowieckie 2FB rozpoczęły przygotowania do przegrupowywania z dotychczasowych miejsc dyslokacji, które rozciągały się od północnych nadmorskich obszarów Niemiec po północne Mazowsze. W sumie przeszło 300 tysięcy żołdactwa sowieckiego w składzie nie tak dawnych armii frontowych (1, 18, 19, 43, 52, 60 i 65) oraz 4 Armii Lotniczej plus szereg dodatkowych samodzielnych jednostek bojowych. Jednak podstawowy trzon PGW ACz stanowiły: 43, 65, 52 i 4 Armia Lotnicza, pozostałe armie w ww. strukturach były przejściowo. Wszystkie marszruty wiodły w kierunku nowo nabytych ziem polskich po wschodniej stronie Odry i wzdłuż wybrzeża Morza Bałtyckiego. Wojska sowieckie obsadzały głównie rejony zachodnie i północne Polski, które dwa miesiące później przypisane zostały Polsce na konferencji w Poczdamie, na przełomie lipca i sierpnia 1945 roku. Wyjątek stanowił Szczecin, gdyż decyzja o przyłączeniu do Polski całego powiatu szczecińskiego wraz z wyspą Wolin i częścią wyspy Uznam ze Świnoujściem zapadła dopiero 4 lipca. Początkowo stacjonowały tam sowieckie oddziały z GWO podległe marszałkowi Żukowowi, który miał za nic jakichkolwiek pełnomocników czy delegatów polskich władz komunistycznych, zarówno ze szczebla centralnego, jak i lokalnego. Warto też wiedzieć, że w tym samym czasie na Bornholmie przebywał jeden korpus podległy z kolei marszałkowi Rokossowskiemu. Natomiast na terenie Polski kluczowe armie sowieckie obrały sobie za garnizony: 43 Armia - rejon Gdańska, 65 Armia - w okolicach Łodzi, Poznania i Wrocławia, a 52 Armia - Kielce, Częstochowę i Kraków. Wiele jeszcze mogło się wydarzyć. Zgodnie ze wspomnianą dyrektywą przegrupowanie wojsk PGW ACz w granice Polski miano zakończyć do 20 lipca. Jak się wkrótce okazało, nie było to takie proste. Powstał niewyobrażalny chaos, momentami nie do opanowania, drogi były zapchane przemieszczającą się ludnością cywilną, która podążała ze wschodu na zachód i odwrotnie, nie inaczej było z demobilizowanymi jednostkami wojskowymi. Na szlakach kolejowych panował istny horror, składy stały po kilka dób i nikt tak naprawdę nie wiedział, kiedy ponownie ruszą. Przybyłe jednostki sowieckie marszałka Rokossowskiego przystępowały z marszu do przejmowania dawnych koszar niemieckich, a ponieważ niestety to nie wystarczało, więc wybierały też inne obiekty, które z reguły już wcześniej upatrzyła sobie polska administracja. W takich okolicznościach dochodziło do pierwszych spięć, o które było łatwo. Wiele narastających problemów wymagało nowych regulacji prawnych. Dobra wola stron niestety nie wystarczała, zresztą po stronie sowieckiej wyraźnie jej brakowało, gdyż Sowieci nadal puszyli się w glorii zwycięzców, którym wszystko wolno11.

Jak wspominał bezpośredni świadek powyższych zawirowań organizacyjnych związanych z przybyciem PGW ACz do Polski, kapitan Henryk Różański (późniejszy m.in. wiceminister przemysłu w rządzie komunistycznym): "Zajmowano więc dla potrzeb jednostek (czynili to Sowieci) piekarnie, młyny, browary, gorzelnie, fabryki włókiennicze i garbarnie, zakłady produkujące obuwie, fabryki porcelany i tym podobne". Przy okazji rekwirowano majątki ziemskie razem ze znajdującym się w nich inwentarzem, a także rejony łowieckie wraz z ogromnymi połaciami lasów, przy tym stawy i jeziora, tysiące hektarów ziem uprawnych, a ponadto pałacyki, dworki, leśniczówki - jednym słowem, co tylko zapragnęła sowiecka dusza. Tymczasem w umowie polsko-sowieckiej z 26 marca 1945 roku - co później potwierdzono w umowie o reparacjach z 16 sierpnia - rząd sowiecki zrzekł się na korzyść Polski wszystkich pretensji do majątku niemieckiego na terytorium Polski w jej nowych granicach. Z tego wynikało, że dowódca PGW Armii Czerwonej marszałek Rokossowski - dotychczasowy dowódca 2FB - permanentnie łamał prawo, mając za nic lokalne władze komunistyczne. Jakimś trafem - prawdopodobnie z inicjatywy towarzysza Bieruta - informacje te dotarły do Stalina, który nakazał marszałkowi niezwłocznie przekazać stronie polskiej cały poniemiecki majątek zajęty przez sowieckie jednostki wojskowe. W rzeczy samej Stalin doskonale wiedział, co tak naprawdę działo się w strefach nadal okupowanych przez jego wojska. Niemniej podjęto nowe negocjacje z dowództwem PGW ACz, które wystąpiło do polskich władz administracyjnych o wydzierżawienie określonych obiektów na potrzeby jednostek Armii Czerwonej. Niezbyt odpowiadało to Rokossowskiemu, z którego rodzimi komuniści na siłę robili Polaka, podczas gdy on zachowywał się jak typowy butny przedstawiciel sowieckich władz okupacyjnych, któremu było wszystko wolno. Opowiadanie o nim, że powracała w nim polskość, można włożyć między bajki, zawsze podczas pobytu w Polsce reprezentował sowiecką rację stanu; odprawy służbowe - w tym z rodzimą kadrą zawodową - prowadził w języku rosyjskim, choć znał język polski. Dodatkowy egzamin z lojalności li tylko wobec ZSRS zdał w momencie, kiedy wcześniej dowodząc wojskami 1FB, zatrzymał je na wschodnim brzegu Wisły i bezczynnie przypatrywał się, jak Niemcy wycinali w pień ludność stolicy. Oczywiście, że uczynił to na wyraźny rozkaz Stalina, który z pełną premedytacją rękami niemieckimi postanowił dobić Powstanie Warszawskie. Rokossowski był, i do końca swoich dni pozostał, homo sovieticus militarus - i tego nie da się zakrzyczeć. Dla Stalina był też idealnym kandydatem na stanowisko szefa MON-u w Polsce (1949-1956), gdyż dla "Kostka" interes ZSRS był zawsze najważniejszy, co dobitnie potwierdził wydając rozkaz podległym hordom mundurowym z PGW i MON-u, które w 1956 roku maszerowały na Warszawę, by utrzymać u władzy "pożądane kremlowskie marionetki". On sam ostro zaprotestował, gdy w polskiej prasie zaczęło się ukazywać jego nazwisko z jednym "s" - jako Rokosowski, co miało dodatkowo poświadczać, że to Polak. W okresie PRL-u zniekształcano również jego imię - z Konstantyna (Konstantina) na Konstantego, co akurat mu nie przeszkadzało. Mówił trochę łamaną polszczyzną, dawał do zrozumienia, że zna język, może więc być polskiego pochodzenia, ale równocześnie akcentował swoją odrębność oraz przynależność narodową i państwową do Kraju Rad. Niekiedy do Polaków zwracał się "bracia i siostry", by za chwilę powiedzieć "wasza ojczyzna", a więc nie jego. Zwykł też mawiać, że dla Polaków jest Rosjaninem, a dla Rosjan Polakiem - i chyba coś w tym jednak było12.

Wspomniany już wcześniej ambasador Stanów Zjednoczonych w Warszawie Bliss-Lane w trakcie rozmowy z towarzyszem Bierutem (październik 1945 r.) nie mógł się nadziwić, dlaczego wciąż jest tak dużo wojsk sowieckich na terenie Polski (oceniał ich stan na około 300 tys. żołnierzy). Na co obłudnik i oprawca enkawudowski Bierut miał mu odrzec, że nie jest w stanie wystąpić z propozycją wycofania tych wojsk ze względu na bliskie stosunki z Rosją i zobowiązania. Oczywiście, że była to kolejna blaga, gdyż to Bierut prosił Stalina - gdy zapadła decyzja o wycofaniu wojsk NKWD z Polski w 1946 roku - by pozostawił na miejscu 64 Zbiorczą Dywizję NKWD. To oprawcy z tejże dywizji, w podsumowaniu "osiągnięć bojowych" na terenie Polski, sami przyznali, że w okresie dwóch lat zdołali: aresztować 47 tysięcy Polaków oraz zabić 1475 żołnierzy polskiego podziemia zbrojnego. Jeszcze dalej szedł w zaparte szef sowieckiej dyplomacji, osławiony Wiaczesław Mołotow, który twierdził, że w Polsce pozostały tylko oddziały osłaniające linie komunikacyjne, w zamyśle łączące ZSRS z sowiecką strefą okupacyjną w Niemczech. Co również nie odpowiadało prawdzie, niemniej nie przeszkadzało to rodzimym komunistycznym propagandystom podtrzymywać ten blamaż nadal. Poprzez odniesienie się do analogii z przeszłości Sowieci jedynie powielali wcześniejsze wzorce, m.in. z okresu zaborów carskich (1772-1795). Zrywy niepodległościowe Polaków, jak powstanie listopadowe (1830 r.), czy chociażby powstanie styczniowe (1863 r.) - dawały im podstawy do przemyśleń. Po stłumieniu powstania listopadowego, kiedy to namiestnik carski wielki książę Konstanty salwował się ucieczką ze stolicy, Rosjanie przystąpili do budowy cytadeli w Warszawie (1832-1836), w której od tej pory stacjonowały na stałe wojska carskie. Cytadela i dyslokujące tu wojska rosyjskie miały wzmocnić kontrolę carskich władz zaborczych nad miastem, jak również zmusić Polaków do posłuszeństwa i raz na zawsze przekonać ich o beznadziejności uparcie podejmowanych przez nich działań niepodległościowych. Chodziło zwłaszcza o złamanie ducha walki w narodzie. Nie w innym też celu przemieszczono z Niemiec do Polski dawne jednostki wojskowe 2 Frontu Białoruskiego, które pod niewinnie brzmiącą nazwą - Północna Grupa Wojsk Armii Czerwonej - miały do wykonania zadania na terenie Polski analogiczne do tych z czasów rozbiorów carskich13.

Zaistniała sytuacja nie na żarty wystraszyła marszałka Rokossowskiego, który niezwłocznie po reprymendzie samego Stalina zaczął prosić Bieruta o jak najszybsze delegowanie przez stronę polską upoważnionego przedstawiciela rządu, z którym mógłby zawrzeć stosowną umowę. I tak też się stało, stronę polską reprezentował wspomniany wiceminister przemysłu Różański, który 10 września wyruszył do Legnicy, gdzie mieściło się dowództwo i sztab PGW ACz. Stronę sowiecką przy negocjacjach reprezentował główny kwatermistrz, generał lejtnant Łagunow. Umowa została podpisana 14 września 1945 roku - i przewidywała, że sowieccy wojskowi zwrócą stronie polskiej wszystkie dotychczas eksploatowane zakłady przemysłowe, a z kolei strona polska zgadza się przekazać, a jakżeby inaczej, na warunkach bezpłatnej dzierżawy ?? obiektów, w tej liczbie wszystkie te zakłady i dobra, które wcześniej Rokossowski przywłaszczył sobie bezprawnie dla podległych mu wojsk. Z załączników do umowy wynikało, że 61 przejętych obiektów zostało zobowiązanych do zorganizowania produkcji dla potrzeb wojsk sowieckich z materiałów i surowców dostarczanych przez kwatermistrzostwo Armii Czerwonej. W kolejnym z załączników przyjęto wyodrębnienie siedmiu kolejnych obiektów, które miały być eksploatowane wspólnie - dla pokrycia potrzeb miejscowej ludności i jednostek sowieckich (chłodnie, rzeźnie oraz kombinaty przerobu mięsa i wędlin). Wszystkie pozostałe obiekty, które nie zostały objęte ww. umową, miały być od tej pory traktowane jako użytkowane bezprawnie i w razie wykrycia ich po stronie sowieckiej miały być niezwłocznie przekazane stronie polskiej. Tyle teoria, w praktyce bowiem przybyły do Legnicy przedstawiciel strony polskiej wiedział na ten temat tyle, ile chcieli mu wyjawić wspomniani przedstawiciele Głównego Kwatermistrzostwa PGW ACz. Podobna umowa miała zostać podpisana w sprawie dzierżawy majątków rolnych i lasów, sęk w tym, że nie leżała ona w kompetencji ministerstwa przemysłu, stąd nie została wówczas zawarta. Sprawę dodatkowo komplikował fakt, że w tej sprawie należało się skontaktować z Ministerstwem Rolnictwa I Reform Rolnych, które podlegało wicepremierowi Stanisławowi Mikołajczykowi (politykowi PSL opozycyjnemu wobec komunistów), co nieco wydłużyło osiągnięcie ostatecznego porozumienia. Finał miał miejsce 8 października, podpisy po umową złożyli Ługanow i Mikołajczyk. Tym sposobem to wszystko, co wcześniej bezprawnie zawłaszczyli sowieccy wojskowi, i tak do nich powróciło, z tym że teraz było to jedynie dodatkowo sygnowane kolejnymi świstkami papieru, które dla "Braci Moskali" nie miały większej wartości. To i tak oni rozdawali tu karty14.

Przybycie oddziałów i jednostek PGW ACz na tereny północnej i zachodniej Polski wiązano z dodatkowym wzmocnieniem bezpieczeństwa tych obszarów i zapanowaniem nad chaosem związanym z migracją ludności i przemieszczaniem wojsk sowieckich na wschód. Przynajmniej takie nadzieje żywiła lokalna komunistyczna administracja. Nic bardziej mylnego, stan początkowy nic dobrego nie wróżył. Zaistniały stan rzeczy można zobrazować na przykładzie chociażby województwa gdańskiego. W dniu 28 maja 1945 roku na konferencji w Warszawie przyjęto, że dotychczasowe sowieckie komendantury wojenne będą istniały do czasu definitywnego zakończenia wszelkich ruchów jednostek ACz. Już wkrótce się okazało, że była to kolejna zasłona dymna, gdyż tak naprawdę komendy przestały funkcjonować, gdy "wyzwoliciele" zakończyli rabowanie rejonów "oswobodzonych". W rzeczy samej ogołacali tereny przydzielone Polsce powojennej15. Pozostaje też faktem, że tuż po wojnie - szczególnie na tym obszarze - trwała nadal skomplikowana sytuacja narodowościowa. Problemem pozostawała ludność niemiecka, która wciąż masowo była tu reprezentowana, podczas gdy tuż obok mieszkali polscy autochtoni, z których wielu w okresie wojny zostało wpisanych na Deutsche Volksliste, stąd Sowieci traktowali ich jak Niemców. Po odejściu wojsk frontowych z tego obszaru, zaczęli tu masowo napływać nowi osiedleńcy, w tym z Kresów Wschodnich. Widoczne też było, że pozostali tu Niemcy wyraźnie zhardzieli, co więcej, zaczęli dogadywać się z sowieckimi wojskowymi. Wiele przydzielonych osadnikom gospodarstw zostało ograbionych przez przybyłe żołdactwo podległe Rokossowskiemu, bywało że z podszeptu lokalnych Niemców. Bardzo wymowna w tym względzie pozostaje zachowana relacja jednego z rolników, w której czytamy: "Jestem zupełnie zrezygnowany, zostawiłem swoją posiadłość za Bugiem, trochę inwentarza przywiozłem ze sobą na ten teren, który został mi przez żołnierzy sowieckich skradziony. Obecnie z tego terenu, gdzie straciłem resztę swojego mienia, wyjeżdżam. Dokąd i co będę robił, nie wiem". Jeszcze innych osadników - pomimo przydzielonych im gospodarstw - "Bracia Moskale" w ogóle do nich nie dopuszczali, gdyż to oni sobie je upatrzyli i zajęli. Podobnie było z plonami w trakcie żniw w 1945 roku, też je przejmowali, twierdząc, że to nie Polacy je zasadzili. Aby zapobiec sowieckim gwałtom, wojewoda gdański powołał Wiejską Straż Porządkową, która składała się z ochotników, częściowo z byłych wojskowych. Bywało, że staczali boje z "nowymi okupantami", którzy nie stronili w walkach od podpalania przydzielonych zabudowań wiejskich przy użyciu pocisków świetlnych. W gospodarstwach jeszcze niezasiedlonych dokonywali niewyobrażalnych dewastacji, kawałek po kawałku rozbierali je na opał albo bez powodu, jak to było 25 listopada 1945 roku w gminie Panna (od 1948 r. Marzęcino), kiedy to grupa sowieckich żołnierzy podpłynęła do stacji pomp, założyła ładunki wybuchowe i wysadziła stację. Jakże oni czuli się bezkarni. Nadal też zamieszkujące tu kobiety nie były bezpieczne, choć w mniejszej skali, niż to miało miejsce, gdy po raz pierwszy dotarły tu sowieckie fronty. Sołtys wsi Warnau (Kościeleczki), nie mogąc zapewnić bezpieczeństwa dziewczynom zatrudnionym przy żniwach, odwiózł je z powrotem do Tczewa. Jeszcze brutalniej były traktowane Niemki, które odważyły się pozostać w tych okolicach. To, jak podwładni Rokossowskiego - aż wstyd nazywać go marszałkiem, gdyż albo nie panował nad sytuacją albo na nią przyzwalał - przejmowali garnizony na tym obszarze, poświadcza również relacja wójta Antoniego Lewickiego, który stwierdził: "Rabunki i gwałty wznowiły się z chwilą przybycia nowych oddziałów (sowieckich) na początku 1946 roku ... .". Kilku sołtysów, którzy ważyli się stanąć w obronie osadników i miejscowych kobiet przypłaciło to życiem, straciło życie także kilku milicjantów. Znany jest tylko jeden przypadek, gdy z rabującej grupy sowieckiego żołdactwa udało się ustalić winnych i doprowadzić do ich ukarania. Za mord na woźnicy i ukradzenie zaprzęgu konnego czterech rabusiów i morderców zostało osądzonych - wcześniej napadli na restaurację w Pruszczu. Jeden z nich 24 grudnia 1945 roku został publicznie stracony, dwóch otrzymało po 10 lat więzienia, a jeden trzy i pół roku pozbawienia wolności. To niewiele pomogło, był to przypadek odosobniony, żołdactwo rabowało nadal, a lokalna milicja wielekroć staczała regularne potyczki zbrojne z "sowieckimi oswobodzicielami". Panowało pomiędzy nimi - jak to określono w sprawozdaniach - "wielkie tarcie", gdyż milicjanci byli jedyną realną siłą, nie licząc jednostek WOP-u, która była w stanie im się przeciwstawić. Powyższe przykłady nie były odosobnione, podobnie bywało też w innych województwach czy powiatach - w ogóle wszędzie tam, gdzie pojawili się "bojcy" z PGW ACz16.

Sytuacja zaistniała w powojennej Polsce - z udziałem sowieckiego kontyngentu wojskowego liczącego kilkaset tysięcy osób, jednocześnie przy braku jakichkolwiek regulacji prawnych określających status tych wojsk i wzajemne relacje z polskim państwem komunistycznym - całkowicie uprawnia do określenia tego stanu jako okupacji. Potwierdził to również generał Z. Ostrowski, pełnomocnik rządu do spraw pobytu w Polsce wojsk byłego ZSRS, kiedy stwierdził: "Armia przebywająca na terytorium obcego państwa bez zawarcia odpowiednich umów nie jest niczym innym, jak armią okupacyjną". To był wstęp do stopniowej utraty powojennej suwerenności państwa, które w swym zamyśle polityczno-wojskowym wykreował Stalin na wzór i podobieństwo Kraju Rad. Dowodzący PGW (od marca 1946 roku nie używano już nazwy Armia Czerwona, więc będę stosował jedynie skróty PGW AR/AS lub PGW) marszałek Rokossowski wyrasta do rangi pierwszego szefa wojsk okupujących na terytorium Polski. Dowodził wspomnianym kontyngentem przez cztery lata (do 1949 r.) i wypracował szereg wstępnych procedur - później powielanych - jak najskuteczniej szafować i utrzymywać w ryzach posłuszeństwa taki kraj, jak Polska. Rządzący komuniści byli w pełni tego świadomi, stąd, skrywali ten fakt przed własnym społeczeństwem jak tylko mogli, zatajając wiele gorszących faktów związanych z pobytem sowieckich mundurowych w granicach Polski. W tym samym czasie rządzący komuniści nie byli w stanie nawet ustalić, jak liczne były stany osobowe PGW, nie wspominając o strukturach, systemie dowodzenia, gotowości bojowej, jak i dyslokacji - dlaczego takiej, a nie innej. Byli totalnie ignorowani, choć Sowieci czynili na pokaz wiele gestów dobrej woli, po czym robili to, co dyktowali im włodarze Kremla. Tymczasem powojenna Polska została "zalana sowieckim orężem i stalą" w sposób wręcz niewyobrażalny. W 1945 roku PGW miała strukturę armijną, którą stanowiły: 65 Armia gen. płk Pawła Batowa, 49 Armia gen. płk Iwana Griszyna, 70 Armia gen. płk Wasilija Popowa i 4 Armia lotnicza gen. płk Konstantina Wierszynina (od 1949 r. jest to 37 Armia Lotnicza). Z czasem, z ww. składu odeszła 65 Armia (prawdopodobnie w 1948 r.). Nie trzeba dodawać, że były to armie frontowe zaprawione w boju, jak również ich dowództwa - jak na tamte czasy były doskonale wyposażone i uzbrojone, z zapleczem logistycznym, o jakim mogły tylko pomarzyć na terenie ZSRS. Przejmowane koszary niemieckie wzbudzały podziw Sowietów, jak również poligony i ośrodki szkoleniowe. Kadra zawodowa zamieszkiwała w bardzo dobrych warunkach, a generalicja najczęściej w willach lub eleganckich przedwojennych kamienicach. Marszałek Rokossowski nie mógł się nacieszyć wspaniałymi terenami łowieckimi, był zapalonym myśliwym, prawdopodobnie żył w większym luksusie niż wielki książę Konstanty za czasów rozbiorów Polski. Głównodowodzący PGW doskonale zabezpieczył też sobie tzw. tyły, aby jak najmniej się wysilać w codziennej pracy służbowej. U swojego boku w charakterze szefa sztabu miał gen. A Boguliowa - byli ze sobą zgrani jeszcze z okresu wspólnych walk w ramach 2FB. W istocie to on trzymał w ryzach posłuszeństwa PGW, tym samym marszałek miał więcej czasu na politykowanie i układanie się z polskimi władzami komunistycznymi. Wspomniany szef sztabu przetrwał na tym stanowisku do listopada 1949 roku, a kiedy Rokossowski został szefem MON-u i wicepremierem, Boguliow też odszedł. W jego miejsce przybył gen. Paweł Kotow-Legońkow, a głównodowodzącym PGW został gen. płk Kuźma Trubnikow. Zwraca uwagę to, jak została obniżona ranga dowódcy PGW - z marszałka na generała pułkownika, nawet nie generała armii17.

Kilka słów teraz o kadrze zawodowej PGW. Dobór nie był przypadkowy, przynajmniej w początkowym okresie formowania, byli to w zdecydowanej większości oficerowie i generałowie frontowi Armii Czerwonej, którzy wcześniej "oswobadzali" Polskę spod okupacji niemieckiej, jak również ci, którzy wcześniej byli delegowani do zbrojnych formacji Berlinga i od Lenino dotarli w ich składzie aż po Berlin. Oznaczało to, że mieli jakieś tam wyobrażenie o Polsce i Polakach. Ogromne zapotrzebowanie było na politruków, których widziano na pierwszej linii kontaktów z polskim społeczeństwem. Sowieci - choć się do tego nie przyznawali - zdawali sobie jednak sprawę, że "wyzwalali i podbijali" kraj, który reprezentował o wiele wyższy poziom cywilizacyjny niż ich rodzimy Kraj Rad, z którego się wykluli. Przykro to stwierdzić, ale w znacznej mierze przybysze ze Wschodu reprezentowali niski poziom intelektualny, nie wspominając o ogładzie ogólnej. W zakresie wykształcenia ogólnego mieli pokończone najczęściej mierne prowincjonalne szkółki, z reguły edukację kończyli na szkołach elementarnych, kilkuklasowych. Niektórzy z nich chadzali do takich szkół tylko późną jesienią i zimą mniej więcej przez dwa lata, w porywach do trzech, po czym wiosną i latem byli zaganiani do prac w gospodarstwach. Wielu miało problemy z biegłym czytaniem i pisaniem, więc to, że ich wypociny na różne tematy roiły się od błędów ortograficznych i stylistycznych, nie powinno dziwić. Byli dziecinnie łatwi do skorumpowania, łasi na wszelkie dobra i skłonni do szabrowania tylko dlatego, że mogli tak postępować i czynić to zupełnie bezkarnie. Takim przykładem m.in. pozostaje bohater narodowy Moskwian, marszałek Żukow, który będąc głównodowodzącym wojsk sowieckich w powojennej strefie okupacyjnej Niemiec, słał do swoich posiadłości w ZSRS wagony pełne luksusowych towarów. Aby przesyłki dotarły do celu, pilnował ich osławiony zbrodniarz, generał NKWD Sierow, kat narodu polskiego. Żukow był tak zachłanny, że mimo iż nie znał języka niemieckiego, to na jego daczy odkryto setki oprawionych w skórę książek niemieckich. Co do Rokossowskiego zaś, to będąc na czele PGW, mieszkał w pałacu pod Legnicą niczym król, w towarzystwie rzesz kucharzy, lokajów i niemieckich kobiet. Jego podwładni - jak napisał Stefan Korboński; "Żyją, jak nigdy w życiu. Mieszkają w pięknych willach, żrą i chleją od rana, a ich pękate ciotki, to już nie wiedzą, co na siebie włożyć. Aż śmiech bierze". Z pewnością powrót z polskiego eldorado w sowiecką siermiężną rzeczywistość był dla nich wstrząsem. Z pewnością nie można byłoby odmówić im znajomości rzemiosła wojskowego - w większości mieli pokończone szkoły oficerskie, niekiedy po kilka kursów doskonalących, jak również akademie wojskowe. W trakcie wojny doszlifowali swoje umiejętności w praktyce, stąd w zakresie funkcjonowania na stanowiskach wymagających znajomości taktyki, sztuki operacyjnej i strategii sprawdzali się, oczywiście ci najlepsi i wybrani oraz wcześniej wyselekcjonowani. Ilu mundurowych "oswobodzicieli" służyło w PGW w pierwszym okresie instalowania się w Polsce tak naprawdę nikt z nowych władz komunistycznych nie wiedział. Sowieci nie raczyli informować o takich błahostkach, jak również o tym, gdzie i w jakich miejscowościach dyslokują swoje wojska. Według szacunkowych danych z lat 1946-1949 przyjmuje się, że było ich w granicach 300 tys., w tym wojskowych i cywilnej administracji. W samej Legnicy (siedziba dowództwa oraz sztabu PGW) doliczono się ich w granicach 50 tysięcy. Zajmowane przez nich obiekty koszarowe i mieszkalne szacowano na 3 mln 100 tys. metrów kwadratowych, co wystarczyłoby nawet na 400-tysięczny kontyngent. Z czasem te wielkości zaczęły ulegać zmniejszeniu, co wynikało m.in. z faktu, że kontrola ZSRS nad Polską i jej siłami zbrojnymi przybrała charakter sensu stricto globalny, a podziemie zbrojne zostało w znacznej mierze wybite i zneutralizowane. Niewątpliwie uznano to za sytuację w miarę ustabilizowaną, zwłaszcza po wygranych przez komunistów sfałszowanych wyborach do sejmu (1947 r.) i utworzeniu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR), co miało miejsce w 1948 roku. Stąd tak liczna PGW przestała już być potrzebna18.

Nikt też z polskich władz komunistycznych nie był w stanie wymienić wszystkich garnizonów i obiektów oraz miejscowości, które PGW przejmowała, zmieniała albo raczyła zwrócić polskiej administracji, niekiedy żądając wymiany - w stylu coś za coś. Oczywiście, że w tych sprawach nie konsultowali się z komunistycznymi władzami rządowymi. W lipcu 1945 roku było jedynie wiadomo - choć nie do końca - że działali na obszarze: Białej Podlaskiej, Białogardu, Białegostoku, Bydgoszczy, Częstochowy, Działdowa, Gdańska, Gdyni, Gliwic, Głogowa, Gorzowa Wielkopolskiego, Grudziądza, Iławy, Jasła, Kielc, Kołobrzegu, Krakowa, Krzyża, Legnicy, Lublina, Lublińca, Łeby, Nowego Sącza, Opola, Ostrowa Mazowieckiego, Piły, Piotrkowa, Poznania, Raciborza, Sanoka, Sosnowca, Siedlec, Stargardu Szczecińskiego, Szczecinka, Świdnicy, Świnoujścia, Torunia, Wałbrzycha, Warszawy, Wrocławia, Żywca. Tym sposobem byli w całej Polsce, którą mogli szachować z każdego kierunku. Wkrótce się okazało, że również w Żaganiu, Brzegu, Oleśnicy, Szprotawie, Słupsku, Koszalinie, Lęborku, Kwidzyniu, Świeciu, Łowiczu, Kluczewie, Wschowie, Bagiczu, Elblągu, Malborku, Chojnie, Bornem Sulinowie (który do końca trwania PRL-u nie był umieszczony na mapach Polski). Kiedy mieli taką wolę, przesiedlali polskich obywateli z gospodarstw czy też przejętych wcześniej mieszkań i domów, twierdząc, że potrzebują terenu pod przyszłe obiekty, składy, bazy czy poligony i lotniska. Wytypowane jednostki i oddziały z PGW czynnie też włączyły się w zwalczanie polskiego podziemia antykomunistycznego, mając w swoich strukturach jednostki NKWD - działające w latach 1945-1947 - liczące prawie trzy tysiące funkcjonariuszy i zwane Wojskami Ochrony Tyłów NKWD. Dowodził nimi gen. mjr Rogatin, rezydujący przy Sztabie PGW w Legnicy, na co dzień utrzymujący bieżące kontakty ze "sławetną" 64 Zbiorczą Dywizją NKWD. Jakby tego było mało, decyzją Ławrientija Berii przy PGW utworzono stanowisko pełnomocnika NKWD, które powierzono gen. Nikołajowi Sieliwanowskiemu, który łączył je ze stanowiskiem doradcy sowieckiego przy polskim Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego (MBP). Ze sprawozdania z 1946 roku opracowanego przez wspomnianego gen. Rogatina i jego szefa sztabu płk Tiszajewa wynikało, że jednostki sowieckie ochrony tyłów PGW wypracowały projekt przedsięwzięć wymierzonych w podziemie poakowskie na terenie całego kraju. Według rozpoznania operacyjnego enkawudystów z PGW - stan na 25 czerwca 1946 roku - polskie podziemie niepodległościowe (wg nich bandy) liczyło 10 tysięcy żołnierzy, którzy działali w 89 oddziałach zbrojnych funkcjonujących w województwach: lubelskim, białostockim, rzeszowskim, warszawskim, łódzkim, kieleckim i bydgoskim. Stąd postulowali wydzielić 10 pułków zmotoryzowanych w takim uszykowaniu, by na każde "zagrożone" województwo przypadał jeden pułk oraz dwa bataliony zmotoryzowane z przeznaczeniem dla okręgu mazurskiego i skierować po jednym batalionie do woj. poznańskiego krakowskiego, śląsko-dąbrowskiego i gdańskiego. Jeden z pułków miał pozostać w odwodzie. Wspomniane siły i środki miały być ulokowane w stolicach województw, a całością powyższych wojsk miał kierować wspomniany Rogatin (naczelnik MDW OT PGW). Jakby tego było mało, planowano utworzenie sieci łączności, która miała ułatwić przekazywanie informacji od Głównego Doradcy w MBP (Sieliwanowskiego) w dół do poszczególnych instruktorów bezpieczeństwa (też enkawudystów) ulokowanych przy wojewódzkich urzędach bezpieczeństwa (WUP) - czyli polskiej ubecji. Już tylko po tych zamierzeniach widać, że podejście operacyjne ze strony enkawudystów z PGW do unicestwienia polskiego podziemia niepodległościowego było bardziej profesjonalne i przemyślane niż Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW) - polskiego NKWD, które coraz to zmieniało taktykę i strategię walk z żołnierzami wyklętymi i nigdy do końca nie było przekonane, że to akurat to, co należało zastosować. Ale Sowieci nie postawili jeszcze ostatecznej kropki na "i", gdyż planowali również utworzyć sieć telefoniczną WCz (wysokiej częstotliwości) oraz sieć radiową, które miały zostać udostępnione dowódcom pułków i batalionów NKWD. Przewidziano także powołanie specjalnej grupy wywiadowczej przy Zarządzie Ochrony Tyłów NKWD z PGW, która miała koordynować działania śledczych - po jednym enkawudyście na każdy pułk i batalion - którzy przesłuchując, bijąc i torturując, mieli wymuszać zeznania na zatrzymanych żołnierzach polskiego podziemia zbrojnego. Te działania koordynował bezpośrednio wspomniany Rogatin, który był za tym, by w wyjątkowych sytuacjach wesprzeć działania operacyjne ww. grupy przez samoloty, jakimi dysponował naczelnik łączności PGW. Z ich pomocą liczono na zwiększenie skuteczności operacyjnej w walkach z polskimi oddziałami leśnymi. Na szczęście powyższe założenia ujęte w specjalnym memoriale z zaleceniami dla towarzyszy z MBP nie zostały zrealizowane, gdyż okazało się, że Sowieci doszli do wniosku, iż polscy ubecy oraz formacje KBW i inne tego typu zbrodnicze struktury poradzą sobie z "przeciwnikiem". W takim stanie rzeczy zdecydowali się wycofać z Polski 98 i 218 pułk wojsk NKWD, które dotychczas ochraniały tzw. tyły PGW. To nie były tylko dywagacje teoretyczne, gdyż z całą pewnością jednostki Wojsk Ochrony Tyłów NKWD PGW uczestniczyły czynnie w zwalczaniu Polskiego Państwa Podziemnego, m.in. na terenie woj. olsztyńskiego, a wcześniej w ramach wojsk 2FB, którymi dowodził marszałek Rokossowski19.

Jeśliby ktoś myślał, że wraz z wycofaniem z Polski jednostek Ochrony Tyłów NKWD PGW ustała inwigilacja i rozpracowywanie Polaków, to jest w wielkim błędzie. Zadanie to przejęli politrucy oraz wywiad i kontrwywiad PGW. Stało się nawet coś więcej, bowiem sprawozdania, opracowania, ekspertyzy i syntezy autorstwa ww. służb były o wiele celniejsze, merytoryczne i wnikliwsze niż ich poprzedników. Tak więc raporty pisane przez szefa Zarządu Politycznego PGW gen. A. Okorokowa, które trafiały do Głównego Zarządu Politycznego Sił Zbrojnych ZSRS, a stamtąd do KC WKP(b), nie były wyssane z małego palca, to nie ten szczebel i nie ten majestat władzy, by pozwolono sobie na konfabulacje i łganie. Tak naprawdę głównym autorem wspomnianych analiz był członek Rady Wojennej PGW, gen. A. Russkich. To na podstawie jego sugestii i opnii gen. Okorokow m.in. w listopadzie 1946 roku informował centralę w Moskwie o sytuacji politycznej w Polsce, ze szczególnym uwzględnieniem Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS), która w przyszłości - po fuzji z PPR - utworzyła wyjątkowo "rakotwórczy" twór partyjny, który toczył Polskę przez dekady, a zwał się PZPR. To politrucy z tej formacji na bieżąco analizowali nastroje polskiego społeczeństwa, sporządzali charakterystyki zwłaszcza gremiów kierowniczych opozycji z PSL-u, ukazywali w krzywym zwierciadle poakowskie podziemie niepodległościowe, cenzurowali wypowiedzi antysowieckie związane z pobytem PGW w Polsce, a nade wszystko mieli baczenie na stan nastrojów panujących w komunistycznych resortach siłowych (MON i MBP - MSW). W tym ostatnim wypadku nie odpuszczali na jotę, stali w pierwszym szeregu opiniujących m.in. awanse i przesunięcia kadrowe w siłach zbrojnych i resorcie bezpieczeństwa, bacząc, by sowieckim sprzymierzeńcom nie stała się żadna krzywda. Ze względu na podległe im jednostki z PGW, które stacjonowały niemalże we wszystkich dużych ośrodkach miejskich i okręgach wojskowych mieli doskonałe globalne rozpoznanie. Poza tym posiadali informacje z pierwszej ręki, gdyż w większości dowódcami okręgów wojskowych i rodzajów sił zbrojnych byli sowieccy generałowie, m.in. dowódcą wojsk lotniczych był gen. broni Fiodor Połynin; na czele marynarki wojennej stał kontradmirał Iwan Abramow, dowódcą warszawskiego okręgu wojskowego był gen. dyw. Wsiewołod Strażewski, a okręgu pomorskiego - gen. Jan Rotkiewicz, podobnie było w okręgu poznańskim, gdzie dowodził sowiecki gen. dyw. Wojciech Bewziuk, nie inaczej w śląskim, na czele z gen. broni Stanisławem Popławskim (mentor i promotor gen. W. Jaruzelskiego). Zanim jeszcze ww. zdążyli objąć stanowiska dowódcze, samozwańczo, nikogo nie pytając o zdanie, Sowieci skierowali do wybranych okręgów na tzw. pełniących obowiązki m.in.: w pomorskim - ppłk Mikołaja Iwanowa, a do okręgu łódzkiego - ppłk Cypriana Jakunina. Rządzili się podobnie jak nadzorcy mundurowi z PGW. Tu nic nie było polskie, nawet rodzimie komunistyczne, bo ich również mieli za nic. Najgroźniejsze było też to, że to oni w znacznej mierze przyklejali łatkę antysowietyzmu tym wszystkim, którzy z grona polityków szczebla centralnego, czy też lokalnego, weszli z nimi w jakiś spór kompetencyjny, w dodatku, jak podkreślali - na ich terenie. W taki sposób prawdopodobnie przyczynili się do zakończenia misji inż. Eugeniusza Kwiatkowskiego, który jako pełnomocnik rządu ds. Wybrzeża po prostu patrzył im na ręce i widział, jak rabowali i wywozili do siebie mienie przynależne Polsce. Już w 1947 roku Kwiatkowski pożegnał się ze stanowiskiem, a w 1948 zlikwidowano piastowany przez niego urząd. Co więcej, miał zakaz przebywania na polskim Wybrzeżu. Podobnie szykanowali działacza PPS-u Bolesława Drobnera na terenie Krakowa, tylko dlatego, że ten wskazał obiekt użyteczności publicznej - zajmowany przez sowiecką komendanturę wojskową - jako przydatny dla lokalnych polskich władz administracyjnych. To wystarczyło, by został okrzyknięty wrogiem ZSRS. Sowieccy wojskowi w Polsce negatywnie postrzegali również Władysława Gomułkę, ich spostrzeżenia trafiały do najwyższych szczebli wierchuszki partyjnej. W końcu zarzucono mu niedocenianie roli Armii Czerwonej w 1945 roku oraz roli wojsk sowieckich w rozprawieniu się z polskim podziemiem niepodległościowym. Gomułka w swoich opiniach o sowieckim panoszeniu się w Polsce nie był odosobniony. Podobnie ingerowali Sowieci, kiedy w szeregach LWP dokonywano rotacji kadrowych i w miejsce sowieckich dowódców kierowano polskich wojskowych. Oni odbierali to wyjątkowo źle, czytamy: "Wyrażają się one (wspomniane rotacje) w dążeniu do usunięcia z Wojska Polskiego radzieckich oficerów-komunistów, do uniemożliwienia przeniknięcia wielkiej misji wyzwoleńczej Armii Radzieckiej w minionej wojnie i w wyzwoleniu Polski [...]. Po zakończeniu wojny dowództwo Wojska Polskiego pod różnymi pozorami uwalnia się od radzieckich oficerów i zastępuje ich nieprzygotowanymi pod względem wojskowym kandydatami". Przytoczono nawet fragment wypowiedzi wiceministra ON gen. Mariana Spychalskiego, która padła pod koniec 1946 roku w rozmowie z gen. mjr. Jakowem Drajczukiem, w trakcie której stwierdził: "Lepiej w ogóle nie mieć w jednostkach wojskowych pracowników politycznych niż mieć rosyjskich". Politrucy z PGW interesowali się również podtrzymywaniem relacji Polski z USA i Wielką Brytanią. Byli wyraźnie zazdrośni, że Polacy darzą dużą estymą dawnych aliantów zachodnich - o co oczywiście obwiniali polskie władze komunistyczne. W jednym z donosów szefa Oddziału VII Zarządu Politycznego PGW ppłk Mineja Zabasztańskiego czytamy: "Anglicy i Amerykanie poprzez swoją propagandę antyradziecką w Polsce dążą do posiania waśni i do osłabienia coraz bardziej rosnącej i umacniającej się przyjaźni między narodami Polski i ZSRR, i dzięki temu do umocnienia własnych wpływów w Polsce". Ich uwagi nie uszedł również powrót do Polski kard. dr. Augusta Hlonda, prymasa Polski. Taka informacja trafiła 23 sierpnia 1945 roku do Georgi Dymitrowa, kierownika Wydziału Informacji Międzynarodowej KC WKP(b), który to wydział był niczym innym, jak zakamuflowanym stalinowskim Kominternem. Informowali także w sprawach relacji pomiędzy PPR a PPS. Obszerną informację w powyższej sprawie opracował członek Rady Wojennej PGW gen. lejtnant A. Russkich. Z powyższego wynika, że politrucy z PGW również odcisnęli złowrogie piętno na ówczesnych stosunkach polsko-sowieckich. Uważali, że mieli prawo wtrącać się w wewnętrzne sprawy Polski, a przykład szedł z samej góry. W tym momencie wydaje się bardzo znamienna wypowiedź marszałka Rokossowskiego, który w obecności starosty legnickiego stwierdził: "Polacy muszą uczyć się rosyjskiego, to im się przyda w przyszłości. Bukwy (litery) nie mogą ich razić. Muszą do nich przywyknąć i polubić je". Miał też pretensje o to, że na dworcu kolejowym w Legnicy nazwa miejscowości była napisana w języku polskim, a nie rosyjskim. Podległy mu adiutant, nakazał to zmienić w ciągu doby, ale strona polska nie podporządkowała się tej decyzji20.

Północna Grupa Wojsk pod dowództwem marszałka Rokossowskiego przypominała Wielkie Księstwo, ze wszech miar funkcjonujące na prawach kaduka, drogą faktów dokonanych - jakby nie w Polsce, a nadal w strefie okupacyjnej Niemiec. On sam nikomu w Polsce nie podlegał służbowo ani politycznie, jak również podległe mu hordy mundurowe z PGW. Sowiecki marszałek zawłaszczał sobie kolejne obszary i obiekty użyteczności publicznej, w tym szpitale, pałace, zamki i sanatoria, uważając, że to "wsio trofiejne". Polskich starostów i wojewodów miał za nic, a ich protesty były zazwyczaj wyśmiewane i bagatelizowane. Na podległych im administracyjnie terenach wystarczył jego jeden głośniejszy pomruk - "tut nielzia" i lokalni włodarze komunistyczni w popłochu odstępowali od swoich pomysłów związanych z zagospodarowaniem przejętych terenów. Próbując ograniczyć przynajmniej częściowo niczym nieskrępowane panoszenie się żołdactwa z PGW na ziemiach polskich, rządzący komuniści wpadli na pomysł, by powołać Delegaturę Rządu RP przy Dowództwie PGW. Delegaturę powołano uchwałą Rady Ministrów RP z 12 grudnia 1946 roku na wniosek Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów (KERM). Przy okazji stosowne byłoby zadać pytanie, dlaczego tak późno. Do tego czasu "oswobodziciele" zdążyli rozszabrować lwią część majątku poniemieckiego przynależnego Polsce - i spokojnie wywieźć go do ZSRS. Organizację delegatury powierzono ministrowi ON marszałkowi Michałowi Roli-Żymierskiemu (agentowi sowieckiego wywiadu, którego władze II RP zdegradowały ze stopnia generała do szeregowego i skazały za nadużycia gospodarcze). Tą mundurową marionetką pogardzał nawet Stalin, stwierdzając: "eto wor" - czyli złodziej. Niemniej chwilowo był mu potrzebny, a kiedy przestał, w jego miejsce delegował marszałka Rokossowskiego21.

Delegaturę powołano rozkazem MON nr 1/140 z 14 grudnia 1946 roku w składzie: sześć stanowisk oficerskich, jedno podoficerskie, dwóch szeregowych i dziewięć stanowisk pracowników kontraktowych. Nadzór nad działalnością delegatury sprawował - wielekroć już wspominany - Henryk Różański, który już od wiosny 1945 roku z ramienia Ministerstwa Przemysłu podejmował pierwsze kontakty z dowództwami sowieckich frontów. Nie był to najszczęśliwszy wybór, gdyż był zbyt uległy i chyba bał się trochę Sowietów. Powołanej delegaturze przewodził płk Julian Tokarski, zastępca dowódcy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW) ds. operacyjnych, co oznaczało, że de facto był polskim enkawudystą i to wysokiego szczebla. Sprawował tę funkcję od 12 grudnia 1946 roku do 20 lipca 1947. Zastąpił go płk Wojciech Wilkoński (1947-1949). Kolejnym był płk Teodor Kuśmierek (1949-1952). O stanowisko szefa delegatury oficerowie specjalnie nie zabiegali, gdyż nachodzenie Sowietów nic dobrego nie wróżyło na przyszłość, kariera mogła zostać zastopowana. Ostatnim szefem delegatury był ppłk Jan Kogut (1952-1957). Na siedzibę delegatury wyznaczono Legnicę, gdzie znajdowało się dowództwo PGW, co wydaje się całkiem logiczne. Praktycznie rozpoczęli działalność 1 stycznia 1947 roku, sadowiąc się w czterokondygnacyjnym budynku (o powierzchni 752 mkw.) przy ul. św. Kingi 6 (obecnie ul. Pocztowa). Spośród postawionych im zadań wiele od początku wydawało się ponad ich siły i zamiary, jak chociażby unormowanie statusu wojsk sowieckich przebywających na terenie Polski. Tego nikt nie był w stanie przeprowadzić, gdyż Rokossowski miał za nic nie tylko polski rząd komunistyczny, ale także wcześniej delegowanego wojskowego przedstawiciela rządu przy PGW - ktoś taki działał od 22 czerwca 1945 roku. I co? - i nic, gdyż niczego nie dokonał, co byłoby warte zapamiętania. Podobnie było z wielokrotnie cytowanym w niniejszej pracy przedstawicielem - w randze podsekretarza stanu w Ministerstwie Przemysłu i Handlu - Henrykiem Różańskim, który brał udział w negocjacjach na powyższe tematy, m.in. z Rokossowskim, Żukowem, Mołotowem, którzy też traktowali go z pobłażaniem. Tym bardziej że Różański był tchórzliwy i wycofany, co nie przeszkadzało mu zaprezentować się w wydanych wspomnieniach jako ktoś, kto potrafił Sowietów w wielu wypadkach zastopować. Powierzona delegaturze misja była z góry skazana na niepowodzenie, gdyż decydenci partyjni, którzy skierowali do Legnicy tychże straceńców, nawet nie potrafili ustalić i określić miejsca delegatury wśród innych urzędów w kraju - może się bali lub nie potrafili. Przy tym trzeba pamiętać, że to nigdy nie byli partnerzy do rozmów z Rokossowskim, gdyż on zwykł traktować polskich komunistów sprawujących władzę jako urzędników niższej rangi, przynajmniej tak było początkowo, czego doświadczył po wielekroć m.in. towarzysz Władysław Gomułka, który też nie dawał sobie dmuchać w kaszę, a pomimo to na odpowiedzi pism, które słał do marszałka, musiał oczekiwać tak długo, aż Rokossowski raczył odpowiedzieć. W tej sytuacji przedstawiciele delegatury niewiele byli w stanie zdziałać, mogli mówić o dużym szczęściu, jeśli w ogóle trafili na salony PGW i zostali wysłuchanymi - i to przez przedstawicieli tej rangi, co oni22.

Początkowo działalność wspomnianej delegatury sprowadzała się głównie do wypłakiwania się w przysłowiowy rękaw przed towarzyszami z PGW, gdyż mundurowi "goście" ze Wschodu stwarzali każdego niemal dnia całą masę problemów, które przeradzały się w starcia z ludnością cywilną, milicją, a także z jednostkami WP, niekiedy z użyciem broni, bywało więc, że byli zabici i ranni, ale to temat na oddzielną książkę. Póki co, przedstawiciele nowo powołanej delegatury z przerażeniem przecierali oczy ze zdziwienia, kiedy stali się świadkami akcji podjętej przez PGW - notabene czysto milicyjnej - która polegała na wyłapywaniu obywateli ZSRS i osób uznanych za takowe, by następnie kierować ich w trybie nagłym do Kraju Rad. Oddziałem PGW ds. Reparacji kierowali płk Jużkow i ppłk Antipienko. Wcześniej Sowieci założyli obóz w Wołowie pod Wrocławiem, do którego zwozili pochwyconych z poszczególnych województw, gdyż była to akcja ogólnopolska. Trafiali się i tacy nieszczęśnicy, którzy obywatelstwo sowieckie nabyli wraz z okupacją wschodnich terenów Polski w latach 1939-1941, co Sowietom też nie przeszkadzało, a już najmniej to, że ktoś był Litwinem, Ukraińcem, Białorusinem - i tak uznawali go za swojaka i kierowali do wspomnianego obozu. Problemem były również małżeństwa mieszane, w których to związkach nikt przy zdrowych zmysłach nie zamierzał się ubiegać o obywatelstwo sowieckie. Bolszewia ich po prostu przerażała. Takie pary małżeńskie wiązały swoje losy z Polską. Horror zaczynał się w momencie, kiedy któreś z małżonków oczekiwało na przyznanie obywatelstwa polskiego, a wcześniej wpadło w łapska żołdactwa z PGW. Tu nie było zmiłuj, takiej zdobyczy już nie wypuszczali. Najohydniejsze w tym wszystkim było też to, że polscy funkcjonariusze UB ściśle współdziałali z Sowietami w tropieniu poszukiwanych "obywateli sowieckich". Tych, których pojmali, od razu przekazywali "sojusznikom", jeśli byli to dezerterzy, to pal licho, gorzej, kiedy były to ofiary nieuregulowanych prawnie stosunków polsko-sowieckich. W sumie doliczono się kilkadziesiąt tysięcy repatriowanych, ilu w tym było rdzennych obywateli polskich, trudno powiedzieć. Na pocieszenie można tylko dodać, że część z nich powróciła do Polski w 1956 roku - i ci mogli powiedzieć, że urodzili się w czepku. Akcję tę Sowieci wygasili w 1951 roku, ale - jak niosła wieść gminna, jeszcze w 1952 roku naciskali na przedstawicieli delegatury, by ci nadal wyszukiwali opornych na stały wyjazd do kraju braci robotniczo-chłopskiej. Przy okazji tej akcji Sowieci poszukiwali również obywateli polskich, którzy wcześniej na ziemiach wcielonych do ZSRS w latach 1939-1941 dopuścili się działalności uznanej przez nich za antykomunistyczną. Takich aresztowali i przetrzymywali w dużym więzieniu w Legnicy, po czym nieszczęśnicy trafiali do łagrów na terenie Związku Sowieckiego. Co mogli czynić w tej sprawie przedstawiciele ww. delegatury, a no jedynie interweniować, najczęściej bez skutku. Niemniej czas pracował na ich korzyść, Sowieci to, co mieli zrabować i wywieźć do siebie, to zrealizowali, kogo ukatrupić, czy też zesłać do łagrów, też mieli to za sobą. Powoli więc nastawał czas, a konkretnie pod koniec 1950 roku, kiedy - jak ujęto propagandowo: "Zmieniły się zadania stawiane delegaturze, wynikało to z postępującej stabilizacji życia oraz coraz sprawniejszego funkcjonowania administracji polskiej". W tym samym czasie Sowieci kontynuowali reorganizację struktur organizacyjnych PGW i stabilizowali system dyslokacji wojsk w garnizonach. Przestali wreszcie skokowo przemieszczać się z garnizonu do garnizonu, co wiązało się często z wysiedlaniem ludności oraz eksmisjami z mieszkań polskich obywateli. Widząc te zachodzące zmiany, pełnomocnik rządu RP płk T. Kusznierek przedstawił projekt instrukcji dla szefa delegatury, który został zatwierdzony przez Biuro Społeczno-Administracyjne Prezydium Rady Ministrów, z mocą obowiązywania od 1 stycznia 1951 roku. W istocie rola delegatury została teraz sprowadzona do załatwiania bieżących potrzeb stacjonujących jednostek z PGW na terenie Polski. I tak - według ww. instrukcji - przedstawiciele delegatury mieli koordynować zapotrzebowanie wojsk sowieckich m.in. na artykuły przemysłowe, rolno-spożywcze oraz zabezpieczać dostawy energii elektrycznej, wody i gazu. W tym wypadku rola "Braci Moskali" sprowadzała się jedynie do składania kwartalnych i rocznych limitów potrzeb, a gdy potrzebowali dodatkowych przydziałów, to interweniowali, uzasadniając to zazwyczaj "zwiększonymi potrzebami militarnymi". I nie było silnych, by odmówić. Kolejne usługi ze strony delegatury na rzecz PGW obejmowały m.in. zlecanie do wykonania firmom budowlanym prac o charakterze remontowo-budowlanym na obiektach użytkowanych przez Sowietów, jak również kontrolowanie stanu jakości wykonanych usług. Najwięcej problemów przysparzały sprawy regulujące wydawanie zezwoleń na przekraczanie granicy państwa przez radzieckie transporty wojskowe, głównie z winy dowództwa PGW, które systematycznie naruszało ustalone normy - i trwało to po kres pobytu wojsk sowieckich w Polsce. Delegatura wiele czasu poświęcała również funkcjonowaniu telekomunikacji we wzajemnych kontaktach polsko-sowieckich. Odpowiadała również za nadzorowanie kwestii spornych związanych z odszkodowaniami, nieszczęśliwymi wypadkami i sprawami karnymi z udziałem żołnierzy z PGW i obywateli polskich oraz dodatkowo za udzielanie pomocy w urządzaniu i porządkowaniu cmentarzy żołnierzy sowieckich. W powyższych kwestiach delegatura najczęściej współdziałała z resortem ON i wiodącymi ministerstwami. Z dokumentacji sprawozdawczej wynikało, że dobrze wywiązywała się z powyższych zadań i przykładała się do wyjaśniania wielu spraw spornych23.

Wiele spraw podejmowanych przez delegaturę było niezwykle drażliwych, gdyż dowództwo PGW nadal nie zmieniło swego mentorskiego podejścia do przedstawicieli delegatury. Kiedy strona polska interweniowała, by Sowieci przestali zatrudniać Niemców w podległych im jednostkach - w 1947 roku było ich około 14,5 tysiąca - i w to miejsce przyjęli do pracy Polaków, "oswobodziciele" ociągali się z tą decyzją, sami sobie wyznaczając terminy pozbycia się Niemców i wielekroć je przesuwając. Dopiero w kwietniu 1949 roku zgodzili się przyjąć do pracy sześć tysięcy Polaków w miejsce odesłanych sześciu tysięcy Niemców. W tej sprawie musiał interweniować delegat rządu RP u marszałka Rokossowskiego. Jeżeli ktoś opóźniał repatriacje ludności niemieckiej z Polski, to z pewnością byli to przedstawiciele PGW, którzy w tych sprawach niezwykle mataczyli i utrudniali stronie polskiej sporządzanie ewidencji i rejestrów ludności niemieckiej przeznaczonej do wyjazdu z Polski. Niemcy wyczuli przychylność Sowietów i zagrożeni wyjazdem przenosili się z jednej jednostki wojskowej do drugiej - i tak ta gra w kotka i myszkę trwała. Dochodziło nawet do tego, że gdy przedstawiciele delegatury przejęli określoną grupę Niemców i przygotowywali ich do wyjazdu, to w tym samym czasie Sowieci podejmowali próby ich uwolnienia. W Świnoujściu strona polska wytypowała do repatriacji 900 Niemców, ostatecznie procedurą tą objęto zaledwie 232, gdyż pozostali zbiegli i ukryli się w okolicznych lasach, skąd zostali przerzuceni przez oficerów z PGW do innych jednostek wojskowych, a nawet ukrywano ich w prywatnych mieszkaniach w wydzielonej części miasta. Podobnie było w dziesiątkach innych polskich miast, gdzie barierę nie do przebicia stanowiła całkowita niemożliwość kontroli ewidencji Niemców. Nieuregulowane nadal pozostawały sprawy pobytu obywateli ZSRS na terenie Polski, chodziło m.in. o członków rodzin kadry zawodowej z PGW, pracowników kontraktowych oraz specjalistów z innych instytucji. Nie wspominając o dezerterach i najróżniejszych maruderach frontowych, którzy szybko popadali w konflikty z prawem i byli sporym zagrożeniem dla obywateli polskich. W końcu powołano komisję złożoną z przedstawicieli delegatury i dowództwa PGW, która miała obowiązek wizytować garnizony wojskowe i sporządzać spisy obywateli sowieckich nieujętych dotychczas w ewidencji. Obywatelom ZSRS, członkom rodzin wojskowych, którzy mieli prawo przebywać na terenie Polski wydano specjalne zaświadczenia. Jednocześnie obarczono dowódców jednostek wojskowych odpowiedzialnością za sprawny przebieg kolejnych demobilizacji z szeregów PGW. Wspomnianą demobilizację uregulowano rozkazem dowódcy PGW nr 0100 z 10 kwietnia 1947 roku, w którym przewidziano, że zwalniani żołnierze będą mogli przebywać na terenie Polski do 30 dni. Z kolei pracownicy kontaktowi po rozwiązaniu stosunku pracy mieli być kierowani do obozu przejściowego nr 277 w Wołowie. W tym miejscu warto nadmienić, że problematyką repatriacji w PGW zajmował się oddział ds. repatriacji obywateli sowieckich, którym kierował ppłk L. Juszkow, podtrzymujący kontakty z delegaturą. W międzyczasie nadal dochodziło do dantejskich scen w tle i z udziałem żołdactwa sowieckiego, które zachowywało się na terenie Polski skandalicznie. Oto kilka przykładów: zabójstwo strażnika SOK Henryka Milewskiego na stacji PKP Białystok 29 listopada 1949 roku; napad 200 żołnierzy na stację PKP Rzeplin - dewastacja i kradzieże, co odnotowano 20 listopada 1946 roku; morderstwo dokonane na ob. Janie Wisłowskim na dworcu PKP Warszawa Główna Towarowa w dniu 21 grudnia 1946 roku; zabójstwo dwojga dzieci (4 i 6 lat) w wyniku strzelaniny prowadzonej z pociągu sowieckiego w okolicach Chełma 15 listopada 1946 roku; napad na dwie kobiety, które zostały wyrzucone z pociągu w okolicach Stargardu Szczecińskiego, co odnotowano 8 listopada 1946 roku; zabójstwo pracownika PKP ob. Bolesława Barana na stacji PKP Jaszkowice 29 listopada 1946 roku. W tym samym czasie docierały do delegatury bardzo nieliczne informacje, że dowództwo PGW podejmowało jakiekolwiek kroki na drodze sądowej wobec sprawców zbrodni i napadów na obywateli polskich. Za postrzelenie funkcjonariusza MO w Poznaniu sowiecki sąd wojskowy skazał dwóch żołnierzy z PGW na kary pięciu i siedmiu lat więzienia. Jest też wiadome, że zabójca sołtysa ob. Jana Łągowskiego z gminy Bukówek (powiat Środa Śląska), którym okazał się sierż. W. Mielnikow, też został oddany pod sąd wojskowy. Dalej zapanowała cisza, żadnych informacji o zasądzonym wyroku. Sęk w tym, czy skazani w ogóle odbywali karę, czy była to jedynie pokazówka. Tak naprawdę, to przedstawiciele delegatury musieli się zadowolić tym, co im druga strona przekazywała. Stąd zachęcali starostów do meldowania delegaturze o wykroczeniach i zbrodniach sowieckich żołnierzy - jak się okazało, było tego tak dużo, że delegatura (w tym nielicznym składzie) nie była w stanie podjąć starań w sprawie wszystkich zgłaszanych przestępstw. Przykładowo - starosta z Legnicy tylko w jednym meldunku za okres od 1 sierpnia do 8 listopada 1947 roku poinformował o 21 przestępstwach, w tym: dwa zabójstwa, m.in. zastrzelenie dziewczyny w czasie polowania. Zamordowanie doktor Leokadii Czerniakowskiej 9 grudnia 1947 roku w Trzciance przez dwóch żołnierzy sowieckich też zamieciono pod przysłowiowy dywan. Tłumacząc delegaturze, że brak było porozumienia pomiędzy rządami polskim i sowieckim w sprawie odpowiedzialności cywilnej za czyny niedozwolone popełnione na terytorium Polski przez żołnierzy sowieckich. W takich i podobnych wypadkach delegatura składała zażalenia również do szefa Zarządu Politycznego PGW gen. W. Okorokowa o spowodowanie ukrócenia bezkarności przestępców. Sowiecki politruk był wręcz zasypywany ww. informacjami - i co z tego. Tymczasem tylko na Pomorzu Zachodnim w 1946 roku "oswobodziciele" zabili - bez powodu - blisko 200 Polaków. Taka postawa dowództwa PGW przyczyniła się w decydującej mierze do tego, że nastroje w polskim społeczeństwie względem "oswobodzicieli" były negatywne i to bardzo. Sowieckie żołdactwo często więc porównywano z wojskami i zbrodniczymi służbami niemieckimi, nawiązywano również do okupacji niemieckiej, niekiedy nawet twierdzono, że ta "czerwona zaraza", była jeszcze gorsza24.

Jak wspomnieliśmy wcześniej, siedzibą dowództwa PGW była Legnica - stary piastowski gród - wybrana osobiście przez Rokossowskiego; wcześniej miała być Bydgoszcz, ale nie przypadła do gustu sowieckiemu marszałkowi. W gruncie rzeczy było to prowincjonalne miasto i mało kto zwracałby na nie uwagę w powojennej Polsce, gdyby nie fakt, że stało się siedzibą "naczalstwa sowieckiego" i to na wiele powojennych dekad. To z tego miejsca od czasu do czasu dawały się słyszeć pomruki niezadowolenia - z sytuacji w Polsce - wydawane przez kolejnych dowódców PGW. Miasto to miało o tyle szczęście, że z okresu wojny wyszło bez większych zniszczeń i gdyby nie Sowieci, którzy po jego zdobyciu, przez kolejnych kilka tygodni wzniecali w nim pożary - po prostu dla zabawy, bo nikt nie mógł im tego zabronić - to miasto prezentowałoby się wręcz okazale. Przede wszystkim miało doskonale zachowaną strukturę garnizonową, bogatą i rozbudowaną, doskonale nadającą się na siedziby władz wojskowych, jak również zabudowę koszarową. Sowieci przecierali oczy z wrażenia, a gdy dojrzeli przepiękne wille, szykowne kamienice oraz to, co zwykli nazywać "substancją mieszkaniową" dla kadry zawodowej średnich i niższych szczebli - było wiadome, że tu osiądą na dobre i na dłużej. I tak się stało. Miasto miało jeszcze jedną zaletę, było w pewnym oddaleniu od centrum decyzyjnego państwa komunistycznego, co dawało nowym władcom poczucie większej swobody. Rokossowski nie bez kozery zablokował wszelkie przymiarki Legnicy do miasta rangi wojewódzkiego, nie chciał tu władz wojewódzkich, a z powiatowymi wiedział, że sobie poradzi bez problemu. Tym bardziej że do Legnicy napłynęła głównie ludność przesiedlona z dawnych Kresów Wschodnich, która doświadczyła sowieckich rządów okupacyjnych w latach 1939-1941 i zwyczajnie bała się czerwonoarmistów, wiedząc, że byli zdolni do wszystkiego. I w rzeczy samej tak było, to Rokossowski tu rządził niczym książę, mieszkał też w okazałym pałacu i nie miał nad sobą żadnej władzy poza tą w Moskwie. Jeszcze nigdy w życiu ani on, ani jego podwładni wraz z rodzinami nie żyli w takim luksusie, a było ich w Legnicy w początkowym okresie około 50 tysięcy. Szybko zwykli nazywać Legnicę "małą Moskwą". Jak to bywało w zwyczaju "zwycięzców", od razu wydzielili większą część miasta, oczywiście najatrakcyjniejszą pod względem infrastruktury koszarowo-mieszkaniowej, przeznaczając ją dla siebie. To był tzw. Kwadrat, w którym znajdowała się imponująca i okazała siedziba PGW, a po obu stronach drogi dojazdowej do sztabu znajdowały się piękne poniemieckie wille zamieszkane wcześniej przez kadrę Wehrmachtu. W czasie, kiedy Rokossowski zagospodarowywał się w Legnicy wraz z podwładnymi z PGW, jeszcze nie było do końca zatwierdzone, czy będą to definitywnie ziemie polskie. Stąd prawem kaduka mógł brać dla siebie i przydzielać podwładnym, co mu się żywnie podobało, niczym marszałek Żukow w niemieckiej strefie okupacyjnej, który okazał się jednym z większych rabusiów. Przynajmniej przez jakiś czas Rokossowski traktował obszary przydzielone PGW pomiędzy Bałtykiem a Odrą i Nysą jako tereny okupowane. Tak też właśnie się zachowywał. Jak napisał jego biograf (Wiesław Białkowski): "Lubił gościć w swoim "wielkim księstwie" ludzi znaczących i znanych. Słał więc zaproszenia do Moskwy, gości podejmował z wszelkimi honorami w Legnicy, ale także w rozsianych w dużym promieniu licznych pałacach, zwłaszcza zaś w ustronnym zameczku myśliwskim położonym koło Turowa, zwanym Armiejskij Ugałok". I czytamy dalej: "Gośćmi Rokossowskiego byli m.in. marszałek Michał Żymierski, premier Cyrankiewicz, a także sławny marszałek Siemion Budionny z żoną". Bycie tu - przynajmniej dla czołowej elity komunistycznej - było niezwykle nobilitujące, wiedział też o tym korpus dyplomatyczny akredytowany w Warszawie, oczywiście ten z państw "demokracji ludowej". Oni też tu bywali zapraszani. O ile przyjęło się uważać, że sowiecki marszałek był osobą skromną, przynajmniej tak się obnosił na co dzień, to w okresie legnickim nic na to nie wskazywało, mawiano, że tu się zatracił25.

Nie przeszkadzało mu, że w mieście i pobliskiej okolicy, gdzie uwił sobie szereg "gniazdek" - rekwirując na własne potrzeby pałacyki, dworki i leśniczówki - funkcjonowało okrutne więzienie nadzorowane przez enkawudystów z PGW. To tu (przed wojną więzienie mieściło 80 skazanych, w trakcie wojny już 280, a za Sowietów - ponad tysiąc), trzymano akowców i członków Obywatelskiej Armii Krajowej oraz żołnierzy sowieckich, którzy dostali się do niewoli niemieckiej. Wyłapanych sądzono w Legnicy, uznanych za zdrajców kierowano na Syberię z wyrokiem 25 lat. Natomiast tych żołnierzy sowieckich, w których żyłach płynęła polska krew, byli to najczęściej Kresowiacy wcieleni do Armii Czerwonej, degradowano i zsyłano z wyrokiem 15 lat do łagrów syberyjskich. W tym samym więzieniu został rozstrzelany osobisty pilot i kucharz Stalina oraz "niewygodni" generałowie i oficerowie, a także kobiety. W 1993 roku - na dawnym poligonie sowieckim w Trzebieniu - odkryto miejsca pochówku kobiet z batalionu medycznego, które zostały rozstrzelane za rzekomy bunt. Sanitariuszki nie chciały po wojnie służyć w szeregach PGW, pragnęły wrócić do swoich rodzin zamieszkałych w ZSRS. Tylko dlatego straciły życie. Jeszcze w latach siedemdziesiątych zwożono do więzienia legnickiego obywateli ZSRS, którzy uciekli za granicę i zostali schwytani. Ostatni Polak opuścił to więzienie w 1981 roku. Wspomniany kompleks więzienny mieścił się u zbiegu ulic Złotoryjskiej i Gwarnej, tu też znajdowała się komenda garnizonu PGW ochraniana przez silnie uzbrojonych żołnierzy. Tu również zwożono akowców z całej Polski specjalnym pociągiem zwanym "Wiertuszką", który raz w miesiącu przemierzał trasy od jednego do drugiego wojewódzkiego urzędu spraw publicznych (WUSP) - zabierając kolejnych żołnierzy wyklętych. Na miejscu byli torturowani, bici, pozbawiani snu, polewani zimną wodą, a po zasądzonym wyroku wywożono ich do sowieckich łagrów na Daleki Wschód. Skazanych na śmierć przetrzymywano w osobnych celach, gdzie oczekiwali na wykonanie wyroku przez rozstrzelanie na więziennym dziedzińcu pod czerwonym murem. Aby zagłuszyć huk wystrzału, na czas egzekucji włączano silniki ciągników artyleryjskich. Ciał nie zdołano odnaleźć. Budynek więzienny był nazywany przez Sowietów "Krasnym", gdyż był zbudowany z wyrazistej czerwonej cegły. Naczelnikiem wspomnianej mordowni bolszewickiej był niejaki Fitisow, a jego zastępcą osobisty ordynans Rokossowskiego - przeto marszałek był doskonale zorientowany, co faktycznie działo się w podległych mu kazamatach. Z powyższego niezbicie wynika, że "marszałek dwóch narodów" był równolegle jednym z czołowych zbrodniarzy tychże narodów - choć osobiście nie mordował, to doskonale o wszystkim wiedział i przyzwalał na te zbrodnie26.

"Legnica - jak napisał Wojciech Kondusza - przez prawie pół wieku odgrywała znaczącą rolę w europejskiej przestrzeni politycznej i wojskowej. [...] W razie konfliktu zbrojnego w podzielonej na strefy wpływu Europie miała stać się pierwszoplanowym celem ataku lotniczego i rakietowego z baz lotniczych i stanowisk startowych rozmieszczonych w RFN, Wielkiej Brytanii, Belgii, Danii, Norwegii oraz z okrętów podwodnych i lotniskowców działających na Morzu Północnym. [...] Taką rangę nadawał Legnicy fakt stacjonowania w niej sztabu Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej i dowództwa 4 Armii Lotniczej, a w latach 1984-1990 Naczelnego Dowództwa Zachodniego Teatru Działań Strategicznych i kwatery głównej Dowództwa Specjalnych Oddziałów Wojsk Kierunku Zachodniego". Sowieci wyjechali z tego miasta dopiero 16 września 1993 roku i idę o zakład, że ze łzami w oczach, gdyż w Kraju Rad czekały na nich siermiężne koszary i mieszkaniowe klitki, a niekiedy jedynie namioty w otwartym polu. Legnickie bizancjum skończyło się raz na zawsze; z pewnością wielekroć do tego miejsca we wspomnieniach powracali. I niech tak już zostanie, byli tu 48 lat, aż o tyle za dużo. Legnice zawsze były dwie; sowiecka, niedostępna dla Polaków i wygrodzona oraz część polska, wasalna, usłużna, wystraszona i w dużej mierze żyjąca - jak tu mawiali - "z Ruskich", gdyż wiele firm, zakładów, sklepików i warsztatów żyło ze świadczenia im usług i dostarczania dóbr konsumpcyjnych. W Legnicy Sowieci przejęli do swojej wyłącznej dyspozycji około 1200 różnego rodzaju obiektów, co stanowiło ponad 30 proc. przedwojennej zabudowy. Z ogólnej powierzchni miasta, która liczyła 56 km kw. - "Bracia Moskale" zajęli 17 km kw. Tu stacjonował nie tylko sztab PGW (budynek dawnego sztabu Wehrmachtu), ale także około 30 innych jednostek: pancerne, zmechanizowane, lotnicze, rozpoznawcze, NKWD, łączności, transportowe, wsparcia, zaopatrzeniowe, medyczne, weterynaryjne, zabezpieczenia, obsługi itd. Jednym słowem, mrowie wojska. To z Legnicy wychodziły wszystkie najważniejsze dyrektywy, rozkazy i zarządzenia kierowane do pozostałych dowództw jednostek sowieckich stacjonujących na terytorium państwa polskiego. Ogółem w Polsce zajęli 8 tys. ha terenów zabudowanych oraz blisko 62 tys. ha poligonów i lasów. Z reguły z lubością przejmowali w miastach - jak się trafiały - dawne niemieckie dzielnice mieszkaniowe z tzw. wyższej półki, polskim napływowym tubylcom przydzielali resztówki, często zrujnowane i byle jakie. Podobnie czynili przy wyborze zabudowy koszarowej, tam gdzie była niemiecka, nie było siły, musiała im przypaść w użytkowanie, podobnie było z poligonami oraz lotniskami wojskowymi. Z tych miejsc nadzorowali i trzymali w ryzach posłuszeństwa i poddaństwa Polskę - co wynikało z przyjętych celów politycznych i doktrynalnych. Polska nie była tu wyjątkiem, podobnym kordonem militarnym objęli także inne państwa Europy Środkowo-Wschodniej, zwane z czasem krajami demokracji ludowej (bolszewickiej). Natomiast w wymiarze wojskowym PGW była zobowiązana do natychmiastowego wsparcia Zachodniej Grupy Wojsk Sowieckich stacjonujących na terenie NRD, gdyby stały się stroną w konflikcie z wojskami NATO. Wspólnie - w wypadku przełamania sowieckich rubieży na Łabie przez wojska natowskie - miały powstrzymać ich dalsze natarcie i stworzyć warunki logistyczno-militarne do działań zbrojnych dla nadciągających związków taktycznych z zachodnich okręgów wojskowych ZSRS. Po czym razem planowali przejąć inicjatywę strategiczną, by ostatecznie zawojować cały kontynent europejski27.

Od 6 listopada 1949 roku, kiedy marszałek Rokossowski został ministrem ON w Polsce, PGW zaczęła tracić wpływy, mniej się już szarogęsiła, jak gdyby zeszła na drugi plan. Nastąpił spadek jej znaczenia politycznego, przestawała być jedynym strażnikiem interesów sowieckich w Polsce, to miejsce zaczęło przejmować wojsko komunistyczne, które pod rządami Rokossowskiego było modernizowane na wzór i podobieństwo armii sowieckiej. Nastał czas powrotów w szeregi LWP kolejnej fali sowieckiej generalicji i wyższych oficerów, którzy przejęli wszystkie najważniejsze stanowiska dowódcze, zarówno w jednostkach liniowych, jak i w instytucjach centralnych MON-u. Równocześnie rozpoczęło się usuwanie z szeregów wojskowych nielicznej kadry z rodowodem przedwojennym i akowskim, by w to miejsce promować nowy komunistyczny narybek kadrowy - wytypowany i wyselekcjonowany przez "Braci Moskali". W ten sposób pozbyto się ponad dziewięciu tysięcy wartościowych i doświadczonych oficerów. To również okres wręcz zdumiewających karier m.in. takich janczarów mundurowych ze wskazania sowieckiego, jak: Wojciecha Jaruzelskiego, Floriana Siwickiego, Tadeusza Tuczapskiego czy Eugeniusza Molczyka, którzy na stanowiskach kierowniczych w LWP w randze ministrów i wiceministrów ON - w stopniach generałów armii i broni - dotrwali po sam kres PRL-u, by przez cały czas gwarantować sowiecki nadzór nad rodzimymi siłami zbrojnymi. Wykonali to zadanie celująco, a trzech z nich (Jaruzelski, Siwicki i Tuczapski) wespół wsparli i zabezpieczali przejście elit komunistycznych PRL-u w szeregi III RP, co do dziś budzi podziw i wdzięczność w szeregach obecnej nomenklatury postkomunistycznej, jak chociażby z rodowodem SLD (Kwaśniewski, Miller, Oleksy, Czarzasty i inni). Mają być za co wdzięczni28.

Równolegle trwała intensywna przebudowa i modernizacja wojska ludowego. Aby okazała się skuteczna, działaniom tym nadano najwyższą rangę polityczną, co do dziś potwierdza korespondencja pomiędzy prezydentem RP (sowieckim najmitą) Bolesławem Bierutem a generalissimusem Józefem Stalinem. Ten pierwszy wręcz żebrał o dosłanie do LWP kolejnych sowieckich generałów i wyższych oficerów - z pisma z 8 marca 1949 roku wynikało, że prosił o 30-osobowe wsparcie. W przyszłości widział ich m.in. na stanowiskach: zastępców szefa Sztabu Generalnego WP, szefa OPL OK, dowódców Wojsk Pancernych i Zmechanizowanych, zastępcy dowódcy Wojsk Lotniczych (WL) i dowódców Korpusów Zmechanizowanych. Do końca 1949 roku do Polski przybyło dodatkowo czterech sowieckich generałów i 17 w większości pułkowników. Z tymi, którzy nadal służyli w wojsku ludowym, było ich w sumie przeszło 400, co też nie było ostateczną liczbą. Według stanu na dzień 5 sierpnia 1949 roku wobec ogólnego stanu oficerów - a było ich ?? 728, co stanowiło 100 proc. - sowieckich generałów i oficerów było 728, czyli pięć procent - rzecz jednak nie w ilości, gdyż to ci drudzy byli przełożonymi tych pierwszych, zajmowali bowiem wszystkie najistotniejsze i kluczowe stanowiska w polskiej armii komunistycznej, niemal po dowództwa pułków włącznie. To oni odcisnęli zasadnicze piętno na sposobie funkcjonowania i działania tej armii, jak również odegrali pierwszoplanową rolę w wylansowaniu młodego narybku oficerskiego, który w przyszłości miał ich podmienić w LWP. Tacy komuniści w mundurach, jak chociażby Wojciech Jaruzelski, byli zapatrzeni w nich niczym w święty obrazek - i to się opłacało. Mentorem Wojciecha był sowiecki generał Stanisław Popławski, który wypromował go do stopnia generała brygady i to wbrew marszałkowi Rokossowskiemu, który dwukrotnie odrzucał generalskie wnioski awansowe dla Wojciecha, gdyż nie postrzegał w nim oficera "z krwi i kości", a "ciamajdę" - jaką zapamiętał po jednym z ćwiczeń sztabowych w Akademii Sztabu Generalnego (ASG) w Rembertowie. Dopiero za trzecim razem się udało i wniosek przeszedł, było to na miesiąc przed detronizacją Rokossowskiego ze stanowiska szefa MON-u i wicepremiera RP i jego powrotem do ZSRS, co wydarzyło się w listopadzie 1956 roku. Po prostu marszałek odpuścił tę sprawę, a towarzyszowi Wojciechowi udało się prześliznąć i tym samym rozwinąć dalszą karierę pod bacznym sowieckim okiem. W każdym razie ziarno zostało zasiane i niebawem wydało owoce w postaci setek podobnych mu generałów sowieckiego chowu29.

3. "Księstwo legnickie" a polskie państwo komunistyczne

Tymczasem "marszałek dwóch narodów", 49-letni Kostek umacniał swoje wpływy i obrastał w majestat, o jakim mogli pomarzyć dawni książęta piastowscy. W nabytym "księstwie legnickim" z rozległymi włościami rozrzuconymi niemal po całej Polsce poznawał coraz to nowe uciechy życia.

Grał w tenisa, dawniej tylko w siatkówkę, powróciła pasja do koni, co nie powinno dziwić, bo przecież był kawalerzystą. Stąd pojawiły się w dobrach marszałkowskich konie, oczywiście "trofiejne", pochodzące z renomowanych stadnin niemieckich, trochę jeszcze wędkował, ale bardziej pociągało go myślistwo (nie strzelał do sarenek i jeleni, bo były zbyt piękne). Był wybitnym strzelcem. Godzinami też przeglądał klasery filatelistyczne ze znaczkami, też zrabowane, miał ich dużo, a mógł mieć jeszcze więcej. W wolnych chwilach romansował i to lubił, czy sypiał z tymi kobietami, trudno powiedzieć. Miał ogromne powodzenie: wysoki, szczupły, wysportowany, a przy tym ujmujący towarzysko, robił na niewiastach duże wrażenie. Żona komunistycznego premiera Józefa Cyrankiewicza, aktorka Nina Andrycz, była nim wręcz zauroczona, w przeciwieństwie do męża, który nie zaliczał go do tuzów intelektu i się z niego podśmiewał. Pewnego razu, kiedy marszałek pojawił się w towarzystwie "Józia" - jak mawiali niekiedy o nim Polacy - ten od razu powitał go słowami: "Witamy, witamy. No teraz pogadamy nieco o wojsku, a potem o polowaniu". Czy Rokossowski tej prześmiewczej aluzji nie "paniał", trudno powiedzieć, możliwe, że nie. Marszałek miał żonę Julię Pietrowną (nauczycielkę) i córkę Adę, małżeństwo przetrwało aż po "grobową deskę", ale miał też syna z lekarką, która towarzyszyła mu na frontach minionej wojny. Po wojnie nie udawał, że kochanka i syn nie istnieją, pomagał im. Miał też gdzieś w głębi serca ukryte duże pokłady ludzkiej dobroci, dostrzegali to jego podwładni oraz żołnierze z innych frontowych związków operacyjnych, co dowodnie poświadczały listy pisane do sowieckiego naczalstwa w Moskwie - z prośbą o skierowanie do służby pod komendą Rokossowskiego. Takie listy pisali najczęściej oficerowie i żołnierze, których skazano na służbę w "karnych kompaniach". W szeregach wojsk marszałka mieli jakąś szansę na przeżycie, pod rozkazami marszałków Żukowa czy Koniewa praktycznie żadnej. Rokossowski lubił towarzystwo, alkohol pił zachowując pełną kontrolę, nigdy nie był ochlapusem, co w armii sowieckiej należało do wyjątków. Uwielbiał też orkiestry dęte, kiedyś grał w strażackim zespole, cierpiał, że w jego "księstwie" w Legnicy nie było teatru, rekompensował sobie tę niedogodność, bywając na występach zespołów artystycznych, które licznie odwiedzały PGW, przybywając z dalekiego Kraju Rad. Dobrze o nim też świadczyło, że odszukał w Polsce swoją jedyną siostrę i po Powstaniu Warszawskim zajął się nią, umożliwił pobyt w szpitalu w Brodnicy oraz leczenie w sowieckim sanatorium w Lądku-Zdroju, a potem przygarnął na swój dwór. Długo tu nie zabawiła - około dwóch lat - czuła się Polką, a jego otoczenie było typowo bolszewickie, nie odnajdywała się w tym towarzystwie, powróciła więc do Warszawy. Niejeden z czytelników mógłby uznać, że Rokossowski był "ludzkim panem", była to poniekąd prawda, równolegle miał też wiele innych oblicz mocno zdeformowanych przez system bolszewicki, którego był wysokiej rangą funkcjonariuszem i nie zamierzał tego zmieniać. Robienie z niego na siłę Polaka - o co tak mocno zabiegali rządzący komuniści - było wbrew jego woli, czego nie akceptował i co stanowczo odrzucał30.

Tenże sam marszałek w kontaktach służbowych ze stroną polską już taki ujmujący nie był. Był jednym z nielicznych pupilów Stalina, stąd m.in. nie musiał nikomu w Polsce się tłumaczyć ze sposobu dowodzenia i kierowania PGW. Zdawał też sobie sprawę, że jego głos w spornych sprawach wojskowych, czy też mocno dyskusyjnych, będzie decydujący i tak z reguły bywało. Uniżony sposób bycia i zachowania się towarzysza Bieruta w jego obecności tylko to potwierdzał. Niestety, nieuregulowanie prawnego pobytu stacjonowania PGW na terytorium Polski skutkowało tym, że kolejne progi i bariery mnożyły się w tempie zastraszającym. Jak chociażby niezwykle opornie przebiegały spłaty należności od PGW za korzystanie z usług za zużycie energii elektrycznej, wody, gazu. Sowieci zwlekali z płatnościami, począwszy od Legnicy po najmniejszy garnizon wojskowy, co więcej, lokalni administratorzy terenu byli przez nich skandalicznie traktowani, ilekroć przypominali o wielomiesięcznych, a nawet rocznych opóźnieniach płatności. Rosjanie nie przyjmowali też do wiadomości, gdy miały miejsce podwyżki opłat za energię, wodę czy gaz - uważali to za wewnętrzne polskie sprawy. Oczywiście, że Rokossowski był ponad takimi sprawami, ale już z pewnością nie wówczas, gdy problemy te były rozpatrywane na poziomie Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów (KERM), gdzie jednoznacznie ustalono, że PGW miała zaległości sięgające jeszcze lat 1945-1947, a i później nie było lepiej. Rozpatrując te kwestie rok po roku, Sowieci przede wszystkim nie poczuwali się do potrzeby spłaty zadłużenia za usługi komunalne w wypadku 1945 roku, twierdząc, że wówczas jeszcze nie byli zorganizowani w Północną Grupę Wojsk Armii Czerwonej. Tymczasem od 10 czerwca 1945 roku taka grupa wojsk już funkcjonowała i powodowała niewyobrażalne szkody w majątku przynależnym Polsce, zwyczajnie go rabując i wywożąc w głąb ZSRS. W wypadku pozostałego zadłużenia oddalili około 30 proc. przedkładanych rachunków, twierdząc, że strona polska nie posiadała ewidentnych dowodów, iż sowieckie jednostki wojskowe korzystały w tym czasie z ww. usług. Oznaczało to, że uiścili zaległe opłaty na poziomie 70 proc. należności. Tylko w samym 1947 roku, co dowodnie wskazała delegatura w notatce z 16 grudnia 1947 roku, Sowieci nie uiścili ani grosza za użytkowanie obiektów koszarowych, budynków mieszkalnych, magazynów i budynków administracji o łącznej powierzchni 5 mln 650 tys. mkw., kiedy to koszt jednego metra kwadratowego w wypadku budynków koszarowych i administracyjno-biurowych wynosił 12 złotych, a w budynkach mieszkalnych 24 złote i za magazyny - 5 złotych. Jeszcze gorzej było rok wcześniej, gdyż za rok 1946 Sowieci mieli uiścić za zużytą energię elektryczną i wodę - a pobrali jej na kwotę 180 mln złotych, zaś węgla, gazu i drewna zużyli na kwotę 125 mln złotych, uiścili zaś jedynie 81 mln złotych za wszystko. I nikt im nie mógł nic zrobić. W tej sytuacji KERM postanowił wypracować nowe zasady opłat za usługi komunalne, co też na niewiele się zdało, gdyż "Bracia Moskale" liczyli po swojemu. W pierwszym kwartale 1949 roku PGW uregulowała częściowo należne zaległości za lata 1946-1948, do wcześniejszych nie powrócono. Czyżby przepadły? Gdy marszałek Rokossowski zdawał stanowisko dowódcy PGW w 1949 roku, to pozostawił nowego dowódcę, gen. Kuźmę Trubnikowa, z zadłużeniem wynoszącym 18 mln złotych. W 1951 roku do spłacenia z tego tytułu pozostał jeszcze 1 mln zł, co należałoby uznać za wielki sukces strony polskiej31.

W okresie dowodzenia PGW przez Rokossowskiego dochodziło wielekroć do zmian stacjonowania jednostek sowieckich w terenie, które porzucały jedne garnizony na rzecz innych, jak gdyby szukały nadal swojego miejsca w systemie organizacyjnym PGW. Strona polska dowiadywała się o takich roszadach najczęściej post factum lub w trakcie przemieszczania się - po czym wizytując pozostawione koszary, jak i kwatery mieszkalne, przedstawiciele delegatury często nie dowierzali w to, co zastali. W dniu 16 kwietnia 1948 roku prezydent Piły poinformował delegaturę, że Sowieci dopuścili się dewastacji obiektów koszarowych, dodatkowo sprzedając niektóre elementy wyposażenia trwałego postronnym nabywcom. To było tak powszechne zjawisko i tak bolszewickie, że przetrwało po kres pobytu wojsk sowieckich w Polsce. Opuszczone koszary i bloki mieszkaniowe wyglądały niekiedy tak, jakby w okolicy miał miejsce jakiś groźny kataklizm wywołany siłami natury. Sowieci, opuszczając Pilawę koło Dzierżoniowa, w spadku pozostawili około 50 proc. substancji mieszkaniowej w stanie poważnej dewastacji, co odnotowano w piśmie miejscowych władz do delegatury z 21 maja 1948 roku. W okresie bytności w Pilawie, w zabytkowych pięknych kamienicach, które oszczędziła wojna, urządzili sobie magazyny, składy kwatermistrzowskie, warsztaty samochodowe, garaże - wyglądało to okropnie. Po interwencji delegatury podesłali 200 żołnierzy do usunięcia wyrządzonych szkód, co zaowocowało tym, że wszystko pozostało po staremu, jedynie wyciszyli sprawę, markując remont i lukrując skalę zniszczenia wspomnianych kamienic. Nie inaczej było w Świętoszowie oraz w pobliskich gromadach: Lubaszowie, Puchaczewie, Trubowie i Noszowie, tu także sowieckie żołdactwo odcisnęło swoje piętno na zabudowie koszarowej i mieszkaniowej. Pozostawili zabudowania bez dachów, zerwali podłogi, wyjęli okna, drzwi i rozebrali piece, by to wszystko również spieniężyć. Pozyskaną gotówkę częstokroć przeznaczali na alkohol - taki stan rzeczy przedstawiciele delegatury zastali w maju 1950 roku. Jeszcze gorzej było w Zambrowie, gdzie stacjonowały dwa sowieckie pułki czołgów w okresie od kwietnia 1946 roku do 10 czerwca 1947. Jesienią 1946 roku wspomniane koszary zostały wyremontowane przez administrację polską za kwotę 5,5 mln złotych. Sowieckie zniszczenia wyceniono na 63 mln złotych, a dotyczyły 15 budynków koszarowych, w tym trzech mieszkalnych, kasyna, garaży i magazynów. "Bracia Moskale" oddalili protest strony polskiej, twierdząc, że powyższe obiekty przekazali w dobrym stanie. Kiedy Sowieci porzucali jedne garnizony, to z reguły nie informowali delegatury, które sobie upatrzyli i gdzie zamierzają osiąść, Tak też było w wypadku Ornety (powiat Braniewo), gdzie pojawili się 14 września 1947 roku, konkretnie były to dwa sowieckie pułki lotnicze, które zajęły lotnisko w Braniewie i trzy budynki mieszkalne stanowiące własność kurii biskupiej. Wcześniej stacjonowali w Malborku. W przejętej zabudowie znajdował się sierociniec i pomieszczenia dla sióstr zakonnych, które prowadziły ww. placówkę. "Oswobodzicieli" to nie interesowało, dotychczasowi użytkownicy zostali eksmitowani i przemieszczeni do oddzielnego budynku. W tej sytuacji wojewoda olsztyński, mógł tylko rozkładać ręce w geście bezradności. Co prawda, zostały podjęte przez delegaturę interwencje - tym bardziej że po tej przeprowadzce w najbliższej okolicy nasiliły się kradzieże i rozboje - sprawa trafiła do wiadomości Ministerstwa Ziem Odzyskanych. Wstępnie ustalono, że Sowieci powrócą z powrotem do Malborka. Pojawiały się również coraz liczniejsze zażalenia od osób prywatnych, którym Sowieci - prawem kaduka - zajęli ich nieruchomości, najczęściej były to piekarnie, masarnie czy też inne rodzinne zakłady przetwórcze. Odpowiedzi przedstawicieli PGW najczęściej były takie same - jakby się umówili, stwierdzając, że przejęte obiekty były niezbędne do zaspokajania potrzeb armii sowieckiej - delegatura rozkładała ręce. Nie inaczej było ze szpitalami, sanatoriami oraz szkołami - te, które upatrzyli, Sowieci zwyczajnie sobie zawłaszczyli i wcale nie zamierzali zwrócić. Uzdrowisko w Lądku-Zdroju strona polska odzyskała dopiero pod koniec 1949 roku, podobne walki trwały o zwrot szpitali w Złotoryi, Szczecinku i Słupsku. Jeszcze gorzej było ze zwrotem budynków szkolnych, w których stacjonowali Sowieci. Według Ministerstwa Oświaty takich obiektów szkolnych zawłaszczyli sobie 91, sęk w tym, że były one niezbędne, jak mawiają - "na wczoraj", gdyż w wielu mniejszych miejscowościach były to jedyne obiekty szkolne z prawdziwego zdarzenia32.

W relacjach z przedstawicielami PGW polski rząd komunistyczny nie stanowił monolitu, nie przemawiał jednym głosem. Najbardziej wyraziste stanowisko od zawsze prezentował Władysław Gomułka, który przynajmniej próbował się wykłócać z Sowietami o wszystko, co uważał, że należało się Polsce. W tych kontaktach najwięcej do powiedzenia miał niestety Hilary Minc z racji zajmowanego stanowiska ministra przemysłu, jednak tenże towarzysz żydowskiego pochodzenia doskonale znał swoje miejsce w szyku i nigdy nie zamierzał wychodzić przed szereg. Miał osobowość wijącego się piskorza i było widoczne jak na dłoni, że przykładał się do tego, by towarzysze sowieccy czuli się dobrze w Polsce, a szczególnie na Ziemiach Odzyskanych, stąd wielekroć ustępował im pola, gdy czegoś dodatkowo się domagali, nawet wtedy, gdy wcześniejsze obustronne umowy były przez nich łamane. Oni o tym doskonale wiedzieli. Mogli też liczyć na towarzysza prezydenta Bieruta, który nie ustawał w zachwytach na temat marszałka Rokossowskiego, to on nadał mu dwa najwyższe odznaczenia bojowe: Krzyż Wielkiego Orderu Virtuti Militari z Gwiazdą oraz Order Krzyża Grunwaldu I klasy - i ciągle do niego wzdychał: "Mieć w polskim wojsku takiego marszałka", aż w końcu wykrakał. Z kolei szef MON-u marszałek Rola-Żymierski doskonale zdawał sobie sprawę, że w kontaktach służbowych z marszałkiem Rokossowskim nie mógł sobie pozwolić na żadne zadrażnianie spraw w związku ze stacjonowaniem PGW na terytorium Polski. On był w najgorszej sytuacji, gdyż obstawiony w wojsku ludowym sowiecką generalicją tak naprawdę był zaledwie kukłą mundurową, której Stalin zażyczył sobie doraźnie na tym stanowisku. Poza tym o każdym z wymienionych sowieckie służby specjalne (wywiad i kontrwywiad) wiedziały dosłownie wszystko, tak było u zarania PRL-u i pozostało po jego kres. Dlatego oni służyli "Braciom Moskalom" niczym ministranci księdzu odprawiającemu mszę świętą. Rozbestwieni zaistniałą sytuacją Sowieci panoszyli się więc do woli i nadal bezwstydnie i bezkarnie rabowali dobytek przynależny Polsce. Największa kumulacja rozkradania tego, co Polsce się należało - jak pamiętamy - miała miejsce w latach 1945-1946, gdzie obok kompletnych zakładów poniemieckich i wypchanych po brzegi towarem magazynów, Sowieci rabowali również tzw. mienie przesiedleńcze. Decyzją władz sowieckich żołnierze z PGW zostali upoważnieni do wywozu do ZSRS - na swoje potrzeby - m.in. mebli i innych dóbr stanowiących wyposażenie mieszkania. Oczywiście, że nikt z komunistycznych rządowych marionetek nie protestował, oprócz ministra Ziem Odzyskanych tow. Gomułki, ale i ten był bez szans, kiedy do gry przystąpił Rokossowski i wymusił na rządzących zgodę na darmowy (rabunkowy) wywóz wszelkich dóbr mieszkaniowych. Taki przywilej przysługiwał oficerom od stopnia majora wzwyż. Z tym momentem pojawili się tzw. podstawieni oficerowie w stopniach od majora do pułkownika, którzy wielokrotnie wysyłali tego typu dobra i nic nie było można na to zaradzić. Sowieci śmiali się Polakom w twarz, a wspomniany towarzysz Minc jeszcze ich utwierdzał w zainicjowanych przekrętach, stwierdzając w listopadzie 1948 roku: "Sam fakt stacjonowania oddziałów radzieckich w Polsce uzasadnia wywóz do kraju materiałów i produktów dla PGW i osób wojskowych bez opłat celnych". Dla Sowietów był to jeden z ostatnich dzwonków, gdyż coraz mniej pozostawało w ich łapskach, by można to było upłynnić. W latach pięćdziesiątych nie użytkowali już żadnej poważniejszej grupy przedsiębiorstw przemysłowych, by na wewnętrznym rynku w Polsce obnosić się w glorii monopolisty. Jednak co rozszabrowali, to rozszabrowali - i tyle było ich33.

Co z tego, że 17 grudnia 1957 roku podpisano umowę pomiędzy PRL-em a ZSRS o statusie armii sowieckiej w Polsce (obowiązywała do końca pobytu tych wojsk w Polsce). Wzajemne relacje niewiele się wskutek niej zmieniły i w gruncie rzeczy toczyły się nadal w starych wytartych i sprawdzonych koleinach, gdyż PGW w Polsce nie przestawała się szarogęsić. Do tej wychwalanej przez polskich komunistów umowy jako do czegoś nadzwyczajnego w dziejach powojennej Polski powrócimy jeszcze w osobnym rozdziale. Tymczasem wracamy "na ziemię" - na którą najszybciej sprowadzi nas pismo pierwszego sekretarza KW PZPR towarzysza J. Kisielewskiego do sekretarza KC PZPR towarzysza J. Albrechta, gdzie szczeciński włodarz partyjny informuje wpływowego decydenta partyjnego ze stolicy o panoszeniu się Sowietów w Świnoujściu. Ten zaś, odbijając piłeczkę, przekazuje powyższe pismo ministrowi ON towarzyszowi M. Spychalskiemu z prośbą "o wzięcie pod uwagę - w rozmowach ze stroną radziecką". Pismo było datowane na 29 kwietnia 1957 roku, a więc z okresu, kiedy strona polska i sowiecka wypracowywały już założenia prawne powyższego statusu PGW w granicach Polski. Okazało się, że we wspomnianym kurorcie nadmorskim Sowieci nadal byli najważniejsi, znajdowała się tu Baza Floty Bałtyckiej ZSRS oraz jednostki artylerii, radiolokacji i aparatury podsłuchowej, które do swojej dyspozycji przydzieliły sobie część miasta na cele zakwaterowania i zabezpieczenia logistycznego, w tym dawny ośrodek wczasowo-leczniczy wraz z plażą, tylko dla "Braci Moskali". Jakby tego było mało, wygrodzili sobie część "własnej enklawy", co spowodowało, że mieszkańcy Świnoujścia mieli utrudniony dostęp do plaży i morza. Ich rządy powodowały, że miasto obumierało - przed wojną liczyło 60 tysięcy mieszkańców i było znanym europejskim ośrodkiem wczasowo-leczniczym (źródła solankowe), a w 1957 roku zamieszkiwało ich tu zaledwie 10 tysięcy. Powstała tu po wojnie Baza Rybołówstwa Morskiego "Odra" nie miała szans na dalszy rozwój, gdyż wielekroć jej flota była blokowana przy wyjściu w morze przez sowieckie okręty manewrujące, podobnie było z powrotami z łowisk. Przez co i port w Świnoujściu nie odgrywał należnej mu roli jako awanport Szczecina. Mało tego, Sowieci nadal użytkowali tylko dla siebie szpital powiatowy (około 220 łóżek), który dawniej był szpitalem niemieckiej marynarki wojennej. Wzniesienie nowego szpitala dla mieszkańców oszacowano na kwotę 7 mln złotych. Sowieci, nie zamierzając go zwrócić stronie polskiej, twierdzili, że lecznica ta obsługiwała również jednostki sowieckie stacjonujące na terenie NRD. Co zdaniem władz miejskich nie odpowiadało prawdzie. W powyższych sprawach już wcześniej przyjeżdżały do Świnoujścia liczne polskie komisje, które nie były w stanie nic konstruktywnego ustalić, co dodatkowo rozdrażniało lokalną społeczność. Mało tego - personel szpitala oraz pobliskiego sowieckiego ośrodka zdrowia nadal użytkował bardzo atrakcyjne mieszkania w sąsiedztwie miejsca pracy (ul. Moniuszki, Puławskiego, Kościuszki i Wyspiańskiego). Tymczasem śródmieście miasta było w 60 proc. zagruzowane. Sowieci byli również w posiadaniu jedynego obiektu w mieście o charakterze hotelowo-widowiskowym, zwanego "Domem Floty", który był zlokalizowany w samym centrum Świnoujścia. Polacy nie mieli tu wstępu. Sami Sowieci korzystali z niego sporadycznie, jedynie w dniach bolszewickich świąt i innych uroczystości. Dysponowali także zabudowaniami z garażami samochodowymi przy ul. Kołłątaja, które miasto potrzebowało od zaraz, gdyż planowało uruchomić komunikację miejską. Miejska rzeźnia była także w posiadaniu Sowietów, strona polska nie mogła uruchomić w niej produkcji przetworów mięsnych. Polaków obowiązywały specjalne przepustki na wejście. I co najgorsze, "oswobodziciele" nie inwestowali w ten zakład, stąd stan techniczny maszyn i urządzeń oraz budynku ulegał stałemu pogorszeniu. W tym samym czasie, aby zaradzić sytuacji, co jakiś czas dowożono mięso i wędliny z oddalonego o 100 km Szczecina oraz z Międzyzdrojów. Nie inaczej było w innych polskich miastach, w których stacjonowały jednostki z PGW, Sowieci nadal się w nich zachowywali tak, jak w strefie okupacyjnej i w podbitych krajach34.

Najbardziej chyba deprymujące było to, że strona polska musiała nadal żebrać u sowieckich "wyzwolicieli" - choć od zakończenia wojny minęło dokładnie 12 lat - prosząc ich o zwrot m.in. mieszkań, kamienic i obiektów użyteczności publicznej i to we własnym kraju. Tak było chociażby w wypadku Kołobrzegu, który mocno ucierpiał w wyniku walk frontowych i gdzie brakowało mieszkań, a centrum miasta jeszcze w latach sześćdziesiątych było kupą gruzów. Tymczasem w odległości czterech kilometrów od Kołobrzegu przy szosie Koszalin-Kołobrzeg "oswobodziciele" zajęli zespół obiektów składający się z 10 budynków mieszkalnych jednopiętrowych 4-6-rodzinnych oraz dużego budynku po byłym niemieckim zakładzie naukowym posiadającym około 80 izb. Sowieci tylko częściowo zagospodarowali powyższe zabudowania, stąd Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Koszalinie zwróciło się do Delegatury Rządu PRL przy Dowództwie PGW w Legnicy z prośbą o przekazanie omawianych obiektów na potrzeby mieszkańców Kołobrzegu. Analogiczne pismo z 19 marca 1957 roku zostało wysłane na adres Sztabu Generalnego WP w Warszawie. W tym czasie szefem ww. sztabu był sowiecki generał Jurij Bordiłowski (w Polsce zwany Jerzym Bordziłowskim), co oznaczało, że było to pukanie do tych samych sowieckich drzwi - póki co były one nadal zaryglowane przed polskimi tubylcami. Podobnie żebrano w Szczecinku, gdzie "oswobodziciele" przejęli 300 izb mieszkalnych w domkach jedno- i dwurodzinnych. Według rozpoznania lokalnej administracji mogli śmiało przekazać 150 izb na potrzeby miasta. Posiadali też jedyną pralnię w Szczecinku, dodatkowa znajdowała się na terenie którejś z jednostek wojskowych. Żadnej nie zamierzali oddać do dyspozycji miasta. Niedaleko Szczecinka w miejscowości Krągi GRN Silnowo znajdowało się duże osiedle mieszkaniowe graniczące z kompleksem koszarowym Borne Sulinowo, gdzie Sowieci mogli z powodzeniem się przenieść, tym samym zwalniając mieszkania w Szczecinku. Zresztą z czasem tak zrobili, gdyż ww. kompleks koszarowy był jednym z najlepiej zachowanych i przygotowanych do szkolenia dużych mas wojska, a przy tym posiadał dodatkowe atrakcje, wiele wspaniałych willi poniemieckich, a okolica była wręcz prześliczna. Sowietom tak się tu spodobało, że cały ten majdan wojskowy został utajniony, stąd za czasów PRL-u miejscowość ta miała jedynie nadany numer identyfikacyjny i nie występowała pod nazwą Borne Sulinowo na żadnych polskich mapach geograficznych. Z kolei w Białogardzie - również na Pomorzu - Sowieci zajęli na własne potrzeby szpital na 800 miejsc szpitalnych, wykorzystując ten obiekt leczniczy w niecałych 25 proc. Administracja polska zabiegała o jego odzyskanie. Miał tu powstać szpital psychiatryczny obsługujący całe województwo koszalińskie oraz sąsiednie województwa. W Polsce takich placówek szczególnie brakowało, bo po kataklizmie wojennym wielu ludzi zmagało się z tego typu chorobami35.

Podobnie walczyła polska administracja w innych miejscowościach, gdyż problemy mieszkaniowe w powojennej Polsce były niezwykle palące. Ogrom zniszczeń wojennych spowodował, że brakowało lokali mieszkaniowych, a tymczasem "wyzwoliciele" pławili się w warunkach iście luksusowych. Szkopuł był w tym, że do nich to nie docierało, a w Polakach wyzwalało dodatkowe złe emocje i wręcz nienawiść do nich. W Gnieźnie na osiedlu Grunwaldzkim w baraku (o pow. 1000 mkw.) stacjonowało zaledwie kilku żołnierzy PGW, a barak mógłby spokojnie pomieścić 16 polskich rodzin. Prezydium MRN zaproponowało więc przeniesienie Sowietów do zabudowań koszarowych jednostki LWP przy ul. Wrzesińskiej i zwrócenie baraku miastu. Rozwiązania nie znamy. Z kolei w Pile "oswobodziciele" zajęli sześć domków jednorodzinnych o 21 izbach mieszkalnych przy ul. Tartacznej i Mącznej. Tu również zalecono towarzyszom sowieckim przekwaterowanie do zabudowy mieszkaniowej wykorzystywanej przez jednostki LWP. Z pewnością taka rotacja z domków do blokowisk nie mogła im przypaść do gustu. Jeszcze gorzej było na terenie województwa zielonogórskiego, gdyż nasycenie tego obszaru wojskami sowieckimi było duże. W Szprotawie, Nowej Soli i Gorzowie Sowieci pozajmowali szereg budynków mieszkaniowych i użyteczności publicznej, nic sobie nie robiąc z tego, że obywatele PRL-u nie mieli gdzie zamieszkać. W Gorzowie zajęli budynek przy ul. Mieszka I - po byłej dyrekcji Lasów Państwowych - o łącznej liczbie 400 pokoi, oprócz tego sześć budynków trzypiętrowych i 10 budynków wolnostojących, każdy po 10 izb mieszkalnych. Prócz tego przydzielili sobie klinikę położniczą. W 1957 roku Gorzów miał 45 tysięcy mieszkańców, miasto było mocno zniszczone wojną, a budowa nowych mieszkań była dopiero w tzw. planie pięcioletnim. Z kolei w Nowej Soli zajęli na własne potrzeby szpital miejski (200 łóżek), a wykorzystywali go jedynie w około 50 proc., plus do tego 10 budynków mieszkalnych. W tym samym czasie Polacy korzystali ze szpitala miejskiego (70 łóżek), który nie był w stanie pomieścić wszystkich obłożnie chorych. Jeszcze gorzej było w Szprotawie, które to miasto Sowieci uważali za swoje. Zajęli wiele bloków mieszkaniowych, było ich tyle, że znaczna część nie była w ogóle zamieszkana, dodatkowo duże gospodarstwo rolne wraz z budynkami gospodarczymi przy ul. Podgórnej, ogrodnictwo (3 ha) przy ul. Żagańskiej wraz z cieplarnią i zabudową mieszkaniową. Jakby tego było mało, to na terenie powiatu szprotawskiego i częściowo głogowskiego w rejonie Przemkowa zajęli duży kompleks łąk o łącznej powierzchni 3045,61 ha z przeznaczeniem na poligon dla jednostek z PGW. Z wydzielonego obszaru wcześniej odebrali rolnikom indywidualnym około 375,62 ha, PGR musiał zwrócić 1461,87 ha, a PFZ - 1190 ha i PGL kolejne 18,12 ha. Tymczasem Sowieci na cele szkoleniowe wykorzystywali z ww. areału jedynie około 200 ha łąk, reszta była niezagospodarowana, co powodowało, że zaczęły się w tej okolicy problemy z utrzymaniem właściwej gospodarki wodnej - tworzyły się zalewy na terenach położonych poniżej36.

W międzyczasie lokalnym władzom ze Świnoujścia udało się odzyskać 400 metrów plaży, dotychczas zarezerwowanej tylko dla "oswobodzicieli" plus 10 budynków mieszkalnych, wycinek parku, garaż miejski, klub z halą sportową oraz część pomieszczeń rzeźni miejskiej. Sowieci mieli jeszcze z czasem dorzucić pozostały odcinek plaży nadmorskiej, ale to wymagało przeniesienia części ich wojsk w rejon koszar zwolnionych przez jednostki LWP. Niestety sprawa przekazania szpitala utknęła w martwym punkcie. Niemniej był to sukces na miarę ogłoszenia w całej Polsce - "okupant" raczył coś zwrócić, dać, a z czasem jeszcze dorzucić. Do dziś powinna w Świnoujściu widnieć na którymś z gmachów publicznych tablica upamiętniająca tę wiekopomną chwilę. Nie wszędzie było tak optymistycznie. Największy opór stawiali Sowieci w Legnicy w kwestii przekazania obiektów szpitalnych przy ul. Złotoryjskiej. Nie zgadzali się również na przekazanie jednego z dwóch innych dużych szpitali poniemieckich, który sobie przywłaszczyli, tj. przy ul. Grunwaldzkiej i ul. Chojnowskiej. Mało tego, kiedy polskie kobiety nie miały gdzie rodzić, Rosjanki miały do swojej dyspozycji obszerny szpital ginekologiczno-położniczy (250 łóżek) przy ul. Chojnowskiej, w którym przebywała znikoma liczba pacjentek. W międzyczasie Sowieci próbowali przekazać Polakom stary, mały i zagrzybiony obiekt szpitalny (150 łóżek) niekonserwowany od lat, z zaciekami i odpadającymi tynkami, wymagający dużych nakładów finansowych na przeprowadzenie remontu kapitalnego. Nie mając wyjścia, gdyż "oswobodziciele" nie przyjmowali do wiadomości propozycji składanych przez lokalne władze - dyrektor, dr Szulc ze Szpitala Miejskiego Nr 1 w Legnicy, poprosił Komitet Centralny PZPR w Warszawie o wsparcie i szybką pomoc w rozwiązaniu problemu. W uzasadnieniu podano, że mieszkańcy powiatu i miasta wyczekiwali w długich kolejkach na leczenie, które odbywało się w trzech starych budynkach czynszowych z trudem przysposobionych na prowizoryczny szpital (221 łóżek). W tym samym czasie przedstawiciele PGW i ich rodziny nie w pełni wykorzystywali przejęte obiekty szpitalne przeznaczone li tylko na własne potrzeby. Taka sytuacja panowała od 12 lat i nic nie zapowiadało, że się zmieni, "wyzwoliciele" nie odpuszczali37.

W "księstwie legnickim" sprawy rozliczeń z Sowietami od zawsze przebiegały opornie, głównie z uwagi na moc oddziaływania dowództwa PGW, które nadal dysponowało dużą siłą przebicia, pomimo że w Polsce nie było już marszałka Rokossowskiego, który w listopadzie 1956 roku powrócił do swego ukochanego Kraju Rad. Niemniej po dojściu do władzy nowej-starej ekipy komunistycznej na czele z pierwszym sekretarzem KC PZPR towarzyszem W. Gomułką - "oswobodziciele" stali się chwilowo bardziej ludzcy w kwestii dzielenia się z Polakami wcześniej zrabowanymi obiektami użyteczności publicznej oraz willami i mieszkaniami, a także majątkami ziemskimi z dużymi obszarami ziemi uprawnej. Okazało się, że nawet w Legnicy można było dojść do porozumienia, co docenili miejscy radni, stwierdzając: "Wysunięte postulaty (radnych) spotkały się z dużym zrozumieniem ze strony przedstawicieli radzieckich". Jak świat światem wcześniej nigdy coś takiego nie miało miejsca. Okazało się, że PGW w Legnicy przekazało do dyspozycji rady narodowej 40 budynków mieszkalnych wielorodzinnych oraz 46 budynków jedno- i dwurodzinnych przy ul. Wrocławskiej. Jakby tego było mało, dorzucono jeszcze obiekt szpitalny przy ul. Piastowskiej, budynek szkolny przy ul. Chojnowskiej, a w powiecie Lubiń Legnicki przekazano w miejscowościach Raszówka, Chocianów i Lubiń w sumie 26 budynków jedno- i dwurodzinnych. Także poszczęściło się Świdnicy, która odzyskała 12 budynków mieszkalnych. Niestety, przejęte budynki wymagały remontów w kwocie ok. 20 mln złotych - zdewastowane były w 30-40 proc. Z czasem przekazane kolejne bloki mieszkalne były jeszcze bardziej wyeksploatowane, gdyż "sojusznicy" nie zwykli ich na bieżąco remontować i odświeżać. Wykorzystując fakt, że Sowieci chwilowo objawili życzliwsze oblicze, legniccy radni poszli za ciosem i zaproponowali im m.in. zwrot obiektów przy ul. Jagiellońskiej i ul. 8 Lutego, stanowiących integralną część fabryki fortepianów przy ul. Rewolucji Październikowej. Wspomniane obiekty "oswobodziciele" zamienili na magazyny, a radni widzieli w tym miejscu zakład pracy na 200 osób, a z czasem dużo więcej. Podobnie absurdalna sytuacja istniała w Chojnowie w powiecie złotoryjskim, gdzie Sowieci posiedli duży obiekt przemysłowy (kilka hal przemysłowych), w którym urządzili sobie nieduży warsztat remontowy ciągników gąsienicowych zatrudniający 50 żołnierzy. Strona polska widziała w tym miejscu duży zakład produkcyjny, dający zatrudnienie dla ponad 1000 ludzi. Z kolei w Świdnicy przy ul. Okrężnej Sowieci zawłaszczyli sobie elewatory zbożowe wraz z ośmioma budynkami, oddali dwa (nr 3 i 4) - i jeszcze czynili trudności z ich eksploatacją ze względu na bliskość jednostki PGW, zasłaniając się regulaminami wojskowymi. Byli też w posiadaniu ponad 10 tys. mkw. terenu, na którym to obszarze władze miasta postanowiły uruchomić wielki zakład garbarski z zatrudnieniem dla 1000 pracowników. Cóż z tego, jak "wyzwoliciele" nie przejawiali chęci współpracy, a czas leciał. Już choćby te trzy przykłady jednoznacznie potwierdzają - a można byłoby wymienić ich setki, jak nie tysiące - że pobyt PGW w Polsce wywierał wpływ także na rozwój gospodarczy kraju, który "oswobodziciele" wręcz opóźniali, i to często złośliwie. Polska byłaby w stanie o wiele szybciej odtworzyć potencjał gospodarczy oraz przyśpieszyć odbudowę kraju ze zgliszcz wojennych, gdyby tylko lokalni włodarze komunistyczni nie musieli latami tracić czasu na jałowe negocjacje, by odzyskać od "Braci Moskali" to wszystko, co Polsce od zakończenia wojny zwyczajnie się należało38.

Nie zważając na opisaną powyżej złożoną sytuację, od zarania stacjonowania PGW w obrębie Polski przedstawiciele rodzimego wojska komunistycznego starali się podtrzymywać jak najlepsze stosunki z "oswobodzicielami". Spotkaniom służbowym, towarzyskim i biesiadom mocno zakrapianym alkoholem nie było końca. Kontakty ułatwiał fakt, że na czele ludowych sił zbrojnych stał marszałek K. Rokossowski, a szefem Sztabu Generalnego WP był gen. Jurij Bordiłowskij. W tym samym czasie dowódcami PGW byli kolejno: gen. Kuźma Trubnikow (1949-1950), gen. Aleksiej Radziejewski (1950-1952), gen. Michaił Konstantinow (1952-1955) i gen. Kuźma Galicki (1955-1958), gen. Gieorgij Chietagurow (1958-1963) - jednym słowem sami swoi. Komu z rodzimego narybku mundurowych komunistów udało się wkraść w ich łaski, tego kariera wyraźnie przyspieszała. Obnoszenie się w przestrzeni publicznej z zażyłymi stosunkami z "Braćmi Moskalami" stacjonującymi w Polsce należało do dobrego tonu. Można byłoby nawet rzec, że ludowi wojskowi pchali się im drzwiami i oknami, byle tylko zostać zauważonym, a chętnych do tego typu umizgów nigdy nie brakowało. Jedną z takich form podlizywania się bywały wspólne ćwiczenia wojskowe. W dniach od 22 do 25 października 1958 roku miały miejsce dwustronne ćwiczenia wojsk z Warszawskiego Okręgu Wojskowego (WOW) z wydzielonymi siłami PGW. Stronę polską reprezentowali m.in.: szef Sztabu WOW gen. Jankowski i szef Sztabu Artylerii WP gen. Tuczapski oraz 13 kolejnych oficerów w stopniach pułkowników. W sprawozdaniu z ćwiczeń nie wymieniono czołowych przedstawicieli strony sowieckiej, a jedynie wspomnianego gen. Chietagurowa. Wiadomo było tylko, że Sowieci wystawili do ćwiczeń grupę wojsk z 38 Gwardyjskiej Dywizji Pancernej w składzie: dwóch pułków czołgów, jeden pułk czołgów ciężkich i jeden pułk zmechanizowany. Stronę polską reprezentowały wojska z ?? Dywizji Pancernej w analogicznym składzie. Każda ze stron włączyła do ćwiczeń również szereg pomniejszych jednostek wojskowych. Manewry miały miejsce na poligonie świętoszowskim, który był trudnym miejscem ćwiczeń (duże kompleksy leśne, bagna oraz liczne przeszkody wodne, w tym rzeka Odra). Tematem ćwiczeń było: "Prowadzenie natarcia, forsowanie z marszu przeszkody wodnej, pościg, przełamanie w nocy doraźnie zorganizowanej obrony nieprzyjaciela, bój spotkaniowy" - wiele tego. Od zawsze istotą tego typu szkoleń poligonowych było to, że "wschodni" nie mogli w nich przegrać, choćby nie wiadomo jak się zbłaźnili operacyjnie, stąd "zachodni" zawsze dostawali łupnia. Taka już była tradycja sowiecka, myślę, że wywodząca się z czasów bolszewickich. W trakcie ćwiczeń miało miejsce jedno bardzo zabawne zdarzenie, otóż forsowanie Odry zostało poprzedzone zdetonowaniem dwóch bomb atomowych (w to miejsce kostki trotylu), miało też nadlecieć lotnictwo i zrzucić desant, ale zła pogoda pokrzyżowała plany. Do natarcia przeszła więc piechota, która nie zważając na skażenie terenu pyłem atomowym kierowała się w stronę rzeki, gdy w tym samym czasie saperzy budowali już mosty przeprawowe. Sęk w tym, że żaden z dowodzących wojskami nie miał pojęcia o działaniach wojennych z użyciem broni atomowej, ale co tam. I tak sobie ćwiczono całymi długimi latami, a wszystko w imieniu braterstwa i przyjaźni polsko-sowieckiej39.

4. Próby unormowania statusu PGW Armii Sowieckiej w Polsce

Dotychczasowy pobyt wojsk sowieckich stacjonujących na terenie Polski był jednym wielkim koszmarem tak dla obywateli polskich, jak również dla rządzących komunistów z PPR/PZPR, choć ci ostatni robili dobrą minę do złej gry.

 

Niechęć do Rosji carsko-bolszewickiej była w narodzie od zawsze, podobnie jak do jej sił wojskowych, co niewątpliwie było zakorzenione od czasów zaborów i zdradzieckiej napaści w 1939 roku, kiedy to wespół z Niemcami Sowieci podzielili się Polską. Potem nastało "wyzwolenie, oswobodzenie oraz ponowne zniewolenie" - tym razem nie należało już mieć wątpliwości, że to będzie okres przejściowy, raczej należało się spodziewać długotrwałej okupacji, oczywiście w imię "braterstwa i przyjaźni z Krajem Rad". Nad nowymi okupantami Polski - spod znaku PGW - nikt już praktycznie nie panował, garnizony, w których stacjonowali, stały się siedliskiem wszelakiej przestępczości: rabunki mienia, gwałty na kobietach, wypadki drogowe spowodowane przez pijanych sołdatów, mordy i napady z użyciem broni stały się tak powszednie, że budziły powszechną grozę w społeczeństwie polskim. Głównodowodzący tą swołoczą mundurową marszałek Rokossowski mógł to ukrócić, ale wyraźnie bagatelizował problem - w imię zasady, że po zakończonej wojnie żołnierze mieli prawo "się wyszumieć". Tymczasem w niektórych miejscowościach Polski nie było ani jednej kobiety w wieku od lat 14 do 50, która nie uległa zgwałceniu, a jednocześnie zarażeniu najrozmaitszymi chorobami wenerycznymi. Jak wynikało z raportu Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość" z wiosny 1946 roku: "Co noc znajdowano na terenie miast i miasteczek Polski liczne trupy mężczyzn i kobiet obrabowanych w zupełności z odzieży". Natomiast "oswobodziciele" czuli się nadal bezkarni, wiedząc, że przełożeni i tak nie wydadzą ich władzom polskim w celu osądzenia. Po 1945 roku wszystkie bestialstwa popełnione przez czerwonoarmistów przekazywano prokuratorom sowieckim, którzy z reguły kwestionowali wcześniejsze ustalenia prokuratorów polskich. Pytanie, co było można im zrobić - tak naprawdę to kompletnie nic. Tym bardziej że komunistyczni administratorzy samorządowi już na etapie gromadzenia materiałów dowodowych przeciwko żołnierzom sowieckim z reguły nie kwapili się zadzierać z wszechpotężną armią sowiecką. Przykładowo - mieszkanka gminy Gostków w powiecie łęczyckim Janina S., broniąc się przed gwałtem w czerwcu 1945 roku, została ciężko postrzelona przez dwóch żołnierzy z PGW. Została kaleką i dopiero po 10 latach uzyskała stały zasiłek z Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej. Do 1956 roku nie została też rozpatrzona prośba o odszkodowanie Karoliny S. z gminy Gżowo w powiecie pułtuskim, którą we wrześniu 1945 roku zgwałcił czerwonoarmista, wcześniej zabijając jej męża broniącego domu przed najściem. Kobieta pozostała z trojką dzieci na utrzymaniu. Kielich goryczy dopełnił wspomniany już wcześniej marsz sowieckich hord z PGW na Warszawę w październiku 1956 roku, by wesprzeć tzw. swoich towarzyszy na najwyższych szczytach władzy komunistycznej w Polsce, bolszewickich dogmatyków totalnie zaprzedanych Moskwie40.

Tytułem wstępu do niniejszego podrozdziału warto zapamiętać, że od momentu powołania PGW (czerwiec 1945 r.), aż do wspomnianego przesilenia politycznego na szczytach władz centralnych w Polsce (październik 1956 r.) - przybysze ze Wschodu przez 11 kolejnych lat pilnie strzegli wszelkich informacji co do stanu liczebności swoich wojsk oraz ich rozmieszczenia, a także co do rodzajów jednostek stacjonujących na terenie Polski. Powyższe informacje zostały przez nich wyniesione do klauzul najwyższej tajemnicy wojskowej, by nie rzec, państwowej - i wara od nich stronie polskiej, tak przynajmniej uważali. To musiało się w końcu zmienić, a przynajmniej należało spróbować ograniczyć ich wszechwładzę w Polsce. Pierwsze regulacje prawne, mające na celu ucywilizowanie "Braci Moskali" na terenie państwa polskiego, zostały podjęte 17 grudnia 1956 roku, kiedy to została podpisana "Umowa pomiędzy rządem PRL i ZSRR o statusie prawnym wojsk radzieckich czasowo stacjonujących w Polsce", gdzie w preambule niniejszej umowy zapisano: "Rząd Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i Rząd Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich zgodnie ze Wspólną Deklaracją, podpisaną w Moskwie dnia 18 listopada 1956 r., postanawia zawrzeć niniejszą Umowę i w tym celu wyznaczyły swych Pełnomocników". Ze strony polskiej pełnomocnikami byli minister spraw zagranicznych Adam Rapacki i minister obrony narodowej gen. Marian Spychalski (marszałkiem został w 1963 r.), a ze strony sowieckiej analogiczni oficjele z MSZ-etu i ON, czyli towarzysz D.T. Szepiłow i marszałek G.K. Żukow. W preambule do powyższej umowy wspomniano o wspólnej deklaracji z listopada 1956 roku, która była niczym innym, jak typowym bełkotem pełnym frazesów o przyjaźni i współpracy ww. stron, ale od czegoś trzeba było zacząć. I tak, w artykule 1 do powyższej umowy wyraźnie podkreślono, że "czasowy" pobyt wojsk sowieckich w obszarze PRL-u w niczym "nie może naruszać suwerenności Państwa Polskiego i nie może prowadzić do ich ingerencji w wewnętrzne sprawy ...". Prawdopodobnie ten zapis wywoływał po stronie sowieckiej spazmy śmiechu, gdyż dowództwo PGW doskonale zdawało sobie sprawę, dlaczego podległe im jednostki wojskowe przebywały w Polsce. Podobnie iluzorycznie brzmiał zapis ujęty w art. 2, w którym strony miały w trybie oddzielnych porozumień ustalić liczebność PGW i rejony stacjonowania. W praktyce miało wyglądać to tak, że Sowieci mieli co pół roku informować stronę polską o stanie wojska - i tak się tym zapisem przejęli, że do 1993 roku (do ostatecznego opuszczenia terytorium PRL-u) - nie złożyli ani jednego sprawozdania. Generalnie odpuszczali sobie również podawanie informacji o przemieszczaniu się jednostek PGW po terytorium Polski, jeżeli już się decydowali, to od wielkiego dzwonu, w wypadku większych ilości sił i środków manewrujących po drogach i korzystających z usług PKP. Byli też zobowiązani do informowania o ćwiczeniach i manewrach poza terenami stacjonowania, takie ruchy wymagały nawet wspólnych uzgodnień. W wypadku wspólnych ćwiczeń stosowali się do zapisu umowy, ale gdy podejmowali ćwiczenia w obrębie przejętych poligonów (przykładowo Borne Sulinowo czy Świętoszów), to odpuszczali sobie, traktując te sprawy jako wewnętrzne szkolenia jednostek wojskowych. Z kolei art. 3 zobowiązywał wszystkich czerwonoarmistów i ich rodziny oraz pracowników cywilnych do szanowania i przestrzegania przepisów prawa polskiego. Różnie z tym bywało, zwłaszcza po spożyciu alkoholu przez "oswobodzicieli" często dochodziło do skandalicznych sytuacji, o czym wielekroć już wspominaliśmy. Tymczasem w art. 4 określono zasady oznakowania wojsk sowieckich stacjonujących w PRL-u - obowiązywało ich tradycyjne umundurowanie obowiązujące w armii sowieckiej oraz wyraźne oznakowanie wszelkich pojazdów mechanicznych (numery rejestracyjne, wyraźny znak rozpoznawczy), które powinny być podane również do wiadomości właściwych władz polskich. Generalnie rzecz sprowadzała się do tego, że setek, jak nie tysięcy sprawców najróżniejszych wykroczeń i przestępstw nie sposób było zidentyfikować. Polskie władze rozkładały ręce, nie mając najczęściej pojęcia, z jakiej jednostki wojskowej pochodził sprawca zdarzenia, z jakiego garnizonu czy w jakim był stopniu wojskowym albo w jakim rodzaju broni służył itp. Przyjęto też, że właściwe organa państwa polskiego uznawały - bez weryfikacji i pobierania opłaty - prawa jazdy wydane przez władze ZSRS. Przy okazji warto wiedzieć, że kadra i żołnierze PGW byli bardzo często sprawcami wypadków drogowych spowodowanych pod wpływem alkoholu. W dużych garnizonach wojsk sowieckich ich udział w stosunku do ogółu wypadków drogowych odnotowanych w okolicy wynosił od 15 do 60 proc. Istotne ustalenia dotyczące trybu wjazdu i wyjazdu sowieckich jednostek wojskowych z terenu Polski i do Polski oraz kadry, żołnierzy i pracowników cywilnych oraz ich rodzin zostały ujęte również w art. 5. W tej sprawie miano zawrzeć dodatkowe porozumienie. Tyle teoria, a w praktyce różnie z tym bywało, zwłaszcza w okresie kończenia tej okupacyjnej misji, a i wcześniej Sowieci zbytnio tym zapisem się nie przejmowali. Maszerując na Warszawę w październiku 1956 nikogo przecież o tym fakcie nie powiadomili. Tymczasem nocą z 17 na 18 października 1956 roku komendant Oficerskiej Szkoły KBW w Legnicy powiadomił dowództwo KBW, że w jednostkach Armii Radzieckiej zarządzono ostre pogotowie. Nocą 19 października meldowano z Poznania, że sowieckie czołgi maszerują w kierunku wschodnim na Warszawę. Podobne wiadomości nadeszły z Łodzi. W tym samym czasie donoszono z Koszalina, że wojska z Północnej Grupy Wojsk Armii Sowieckiej stacjonujące na Pomorzu zaczęły opuszczać swe garnizony kierując się na południe, prawdopodobnie w kierunku stolicy. Przez most w Słubicach chciał się przedostać na terytorium Polski sowiecki oddział czołgów. Został zatrzymany przez polskie placówki WOP. Ale to nie koniec tych harców sowieckich. W dniu 19 października marszałek Rokossowski zarządził alarm w jednostkach bojowych LWP w Legionowie, Modlinie i Kazuniu. Polskie kolumny piechoty i czołgów miały iść na Warszawę. Jednocześnie do Zatoki Gdańskiej wpłynęły sowieckie okręty Floty Bałtyckiej, które zostały ostrzeżone przez dowódcę Marynarki Wojennej, by nie przekraczały polskich wód terytorialnych. 19 października na lotnisku w Warszawie wylądowała delegacja sowiecka z Nikitą Chruszczowem na czele, któremu towarzyszyli marszałkowie Żukow i Koniew oraz inni. Wszystkie powyżej przedstawione informacje zostały potwierdzone przez gen. W. Musia, co znalazło odzwierciedlenie w książce pt. Generałowie, s. 117-118. I pomyśleć, że działo się to w pierwszym roku funkcjonowania Układu Warszawskiego, a Sowietom chodziło o zainstalowanie "swoich towarzyszy" na szczytach władzy w PRL-u. Nie inaczej będzie w okresie przygotowań do wtargnięcia w sierpniu 1968 roku wojsk UW do CSRS, strona polska dowiadywała się o pojawieniu kolejnych jednostek sowieckich na swoim terytorium dopiero wtedy, gdy one już zajmowały pozycje do ataku na południowej granicy polsko-czechosłowackiej. Moskwianie robili, co im się żywnie podobało. W ogóle ten cały Układ Warszawski wart był funta kłaków; kto miał się go bardziej bać - wasale z "sojuszu" czy "imperialiści i militaryści z NATO". Oto jest pytanie41.

Wracajmy jednak do meritum naszej dalszej analizy zawartej umowy, choć ona coraz bardziej zniechęca, gdyż zapisy ujęte w poszczególnych artykułach z reguły pozostawały w sferze pobożnych życzeń, ponieważ strona sowiecka nadal zachowywała się tak, jakby wcześniej nie podpisano żadnej umowy ją wiążącej. Przykładowo - w artykułach 6, 7 i 8 ujęto szereg spraw związanych z szeroko rozumianą infrastrukturą, logistyką i usługami. W art. 6 zapowiedziano określenie w oddzielnym porozumieniu trybu i warunków użytkowania m.in. koszar, lotnisk, placów ćwiczeń, poligonów, budowli, środków transportu, łączności itp. W kolejnym artykule poinformowano Sowietów, że wznoszenie lub zakładanie na terenie stacjonowania ich wojsk np. nowych budowli, lotnisk, dróg, mostów itp. wymagało pozyskania wcześniejszej zgody strony polskiej. Jakie zdziwienie było przedstawicieli WP, gdy Sowieci zaczęli wycofywać się z Polski począwszy od 1991 roku, a oni odkrywali w kolejnych jednostkach i garnizonach całą masę wzniesionych obiektów, których wcześniej nie było i na które nikt nie wydał zezwolenia. Kiedy nastał kres odwrotu "oswobodzicieli" z Polski i przyszło się pożegnać, strona polska mocno liczyła, że zgodnie z zapisem art. 8 zwalniane koszary, budynki mieszkalne, lotniska, place ćwiczeń i rozległe tereny poligonowe zostaną przekazane władzom polskim w stanie zdatnym do dalszego użytkowania. Zderzenie z rzeczywistością było jednym wielkim szokiem - większość wspomnianej infrastruktury wymagała natychmiastowych remontów, a ziemia poligonowa i z placów ćwiczeń w wielu miejscach była skażona chemikaliami i wymagała długotrwałej rekultywacji. Podobnie zdewastowane były lasy na poligonach, jeziora, stawy i inne zbiorniki wodne. Co z tego, że przekazywano sobie ww. infrastrukturę na podstawie oddzielnych porozumień, Sowieci i tak nie zamierzali niczego poprawiać, remontować czy też tłumaczyć się ze stanu doprowadzenia do ruiny zajmowanych terenów i obiektów. Tu obowiązywała zasada, chcecie to bierzcie, nie, to też dobrze, my i tak wyjeżdżamy z Polski. A oto kolejna seria artykułów (9, 10, 11 i 12) z niniejszej umowy polsko-sowieckiej, w których zostały określone zagadnienia jurysdykcji związane z pobytem czerwonoarmistów na terytorium PRL-u. Już w pierwszym z tych artykułów dowiadujemy się, że "w sprawach o przestępstwa i wykroczenia popełnione przez osoby wchodzące w skład wojsk radzieckich lub członków ich rodzin na terytorium Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej z reguły stosuje się prawo polskie i działają sądy polskie, prokuratura oraz inne polskie organa właściwe do ścigania przestępstw i wykroczeń". Zwracam uwagę na zwrot "z reguły" - co to znaczy, że tak czy nie. I czytamy dalej: "W sprawach o przestępstwa popełnione przez radzieckich żołnierzy właściwa jest prokuratura wojskowa i sądownictwo wojskowe Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej". Tymczasem już w drugim z ustępów niniejszego art. 9 jednoznacznie zostaje określone, kiedy powyższe ustalenia nie obowiązują sowieckich sprawców przestępstw i wykroczeń. Otóż m.in. w wypadku, kiedy taki "oswobodziciel" wykonywał obowiązki służbowe, jak również wtedy, kiedy uznano, że zostały one wymierzone przeciwko ZSRS. Te dwa bardzo pojemne znaczeniowo pojęcia pozwalały Sowietom wymanewrować polskie wojskowe sądownictwo i prokuraturę niemal w każdym zaistniałym wypadku naruszenia prawa w Polsce. I tak - o pijanym kierowcy sowieckim, który spowodował wypadek samochodowy ze skutkiem śmiertelnym można było powiedzieć, że wypadek miał miejsce w trakcie wypełniania obowiązków służbowych. Polakom więc wara od niego. Tym bardziej że strony zapisały i wcześniej już uzgodniły, że będą pomiędzy sobą ustalały, kto ostatecznie przejmuje sprawę. W tych i podobnych okolicznościach sprawca przestępstwa czy wykroczenia znikał w czeluściach sowieckiego wymiaru sprawiedliwości, a co tam dalej się działo, trudno zawyrokować. Powyższe współzależności zostały ostatecznie "wylukrowane" w zapisie art. 11, gdzie zgodnie podkreślono, że "organa polskie i radzieckie będą wzajemnie udzielały sobie pomocy, łącznie z pomocą prawną". Trochę optymizmu wnosił w te zagmatwane ustalenia jurysdykcyjne art. 12, w którym jasno stwierdzono, że sowiecki sprawca przestępstwa lub wykroczenia, których dopuścił się na terytorium PRL-u, mógł na wniosek strony polskiej zostać odwołany z Polski. Można by rzec, dobre i to, a z drugiej strony warto byłoby wiedzieć, czy takie wypadki w ogóle miały miejsce. Znając uległość i służalczość peerelowskich komunistów, nie tylko prawników wojskowych, wobec wszystkiego, co sowieckie, śmiem twierdzić, że takowe wypadki mogły mieć miejsce jedynie od wielkiego dzwonu42.

W artykułach 13, 14, 15 i 16 jest mowa o wyrządzanych szkodach materialnych przez PGW na terenie Polski - co oczywiście miało miejsce w niektórych lokalizacjach w rozmiarach katastroficznych. Straty z tego tytułu mieli wspólnie ustalać członkowie tzw. komisji mieszanej, które były wyceniane zazwyczaj symbolicznie. Najczęściej dotyczyły zdewastowanych dróg, po których wojażowali ciężkim sprzętem bojowym czerwonoarmiści, jak również zanieczyszczeń rzek, jezior i innych zbiorników wodnych, a także obszarów leśnych i poligonowych. W podobny sposób miano regulować i wyceniać straty ponoszone przez PGW z winy strony polskiej. W jednym i drugim wypadku obowiązywały terminy trzymiesięczne na wyrównanie poniesionych szkód. Ponadto w oddzielnym porozumieniu miano określić opłaty tranzytowe za korzystanie przez PGW z dróg komunikacyjnych oraz przewozów sowieckich wojskowych w granicach Polski, jak również w oddzielnym porozumieniu uregulować ponoszone opłaty podatkowe, celne i dewizowe przez PGW. Z kolei w art. 17 jednoznacznie wyartykułowano, że: "W celu sprawnego załatwiania bieżących spraw związanych z pobytem wojsk radzieckich w Polsce, Rząd Rzeczypospolitej Ludowej i Rząd Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich wyznaczą swych pełnomocników dla spraw pobytu wojsk radzieckich w Polsce". Na nieszczęście dla Polski pierwszym pełnomocnikiem został gen. Leszek Krzemień (Maksymilian Wolf, Kostia Lubelski), który przetrwał na tym stanowisku do 1968 roku. Żydowski ortodoks komunistyczny, który sercem i duszą od dawien dawna był po stronie Moskwy. Poznałem go osobiście, dość pokrętna postać43.

Natomiast w art. 18 jednoznacznie określono osoby wchodzące w skład PGW. Za takie uważano żołnierzy armii sowieckiej i osoby cywilne będące obywatelami ZSRS, a zatrudnione w jednostkach sowieckich w Polsce. Jednocześnie ustalono, że: "Terenem stacjonowania jest teren wydzielony do dyspozycji wojsk radzieckich, obejmujący miejsca stacjonowania jednostek wojskowych wraz z placami ćwiczeń, strzelnicami, poligonami i innymi obiektami użytkowanymi przez te jednostki". No cóż, różnie z tym bywało, do ???? roku było to jedynie pobożnym życzeniem, gdyż to "oswobodziciele" decydowali o tym, co sobie jeszcze przygarną do swego majdanu wojskowego. To oni decydowali. Po podpisaniu powyższej umowy, nadal posiadali szereg reprezentacyjnych obiektów, z których korzystali - i wcale nie były one zlokalizowane w strefie garnizonowej. Będziemy do tego tematu jeszcze powracali. Nawiązując do analizowanej umowy, w art. 19 podkreślono, że do rozstrzygania spraw związanych z interpretacją zapisów umowy powołuje się Polsko-Radziecką Komisję Mieszaną, do której strony miały delegować po trzech swoich przedstawicieli, którzy mieli działać na podstawie przyjętego przez nich regulaminu. Siedzibą komisji miała być Warszawa. W wypadku braku porozumienia i wypracowania wspólnej decyzji, sporne sprawy miano rozstrzygać na drodze dyplomatycznej w możliwie najkrótszym czasie. Umowa (art. 20) podlegała ratyfikacji i wchodziła w życie w dniu wymiany dokumentów ratyfikacyjnych, co miało mieć miejsce w Moskwie. Ostatni z artykułów umowy (22) informował strony, że pozostaje ona w mocy w okresie stacjonowania wojsk sowieckich w Polsce, ale mogła być też zmieniona za zgodą umawiających się stron. Tę konkretną umowę sporządzono 17 października 1956 roku w dwóch egzemplarzach, każdy w języku polskim i rosyjskim, przy czym obydwa teksty miały jednakową moc obowiązującą. Na dowód czego rzeczeni pełnomocnicy podpisali niniejszą umowę i opatrzyli ją pieczęciami44.

Kilka słów jeszcze o wspomnianym wyżej pełnomocniku rządu ds. pobytu wojsk sowieckich w PRL-u. Został powołany Uchwałą Rady Ministrów Nr 256/57 z 20 lipca 1957 roku. Premierem był wówczas Józef Cyrankiewicz, ten sam, który przy odrobinie dobrej woli mógł w 1948 roku ocalić od śmierci naszego bohatera narodowego rotmistrza Witolda Pileckiego, którego komuniści rozstrzelali. Nie uczynił tego, gdyż prawdopodobnie obawiał się dekonspiracji za okres swojej działalności w ruchu oporu w obozie koncentracyjnym w Auschwitz (posądzano go o współpracę z gestapo). Rotmistrz działał w tym samym pionie konspiracyjnym. W każdym razie Sowieci mogli zawsze liczyć na towarzysza Józefa - o którym w społeczeństwie mawiano: "A Pan Premier łysą pałą oświetli nam Polskę całą", gdyż tenże decydent partyjny golił głowę do gołej skóry. No cóż, z gen. Krzemieniem, pierwszym figurantem w charakterze ww. pełnomocnika, pasowali do siebie, jak ulał. To właśnie premier powoływał i odwoływał pełnomocników. Tymczasem tacy jak Krzemień byli bardziej łącznikami albo inaczej, sowieckimi posłańcami, takimi chłopcami na posyłki. Co dobitnie poświadcza m.in. korespondencja gen. Krzemienia z gen. Jaruzelskim, który w październiku 1966 roku zwrócił się do niego (pismo nr 0229/12/66) w sprawie kopii map obrazujących stacjonowanie wojsk sowieckich na terenie Polski oraz o wykazy i liczbę jednostek sowieckich w Polsce. Okazało się, że ani takich map, ani powyższych informacji pełnomocnik po prostu nadal nie posiadał. Co więcej, jak sam nadmienił, był zainteresowany w pozyskaniu "oryginału" tych dokumentów, które w formie załącznika do umowy powinny być stronie polskiej już dawno dostarczone, tuż po podpisaniu niniejszej umowy. Pełnomocnik, aby pocieszyć szefa Sztabu Generalnego nadmienił jedynie, że taka inwentaryzacja była planowana na lata 1967-1969, niemniej Sowieci i na nią się nie godzili. Byli jedynie skłonni wyrazić zgodę na zinwentaryzowanie obiektów budowlanych. Ta wymowna korespondencja pomiędzy ww. generałami uświadamia nam, że jeden i drugi nie mieli pojęcia ani rozeznania, co do liczby stacjonowania wojsk sowieckich w Polsce oraz faktycznego obszaru, który zajmowały. Ponoć rozbieżności terenowe w tym czasie wynosiły około 875 hektarów - i Sowieci nie zamierzali tego wyjaśniać. A był to już rok 1966 - dziesięć lat po podpisaniu ww. układu45.

Tymczasem pełnomocnik z prawdziwego zdarzenia miał koordynować i zapewniać sprawne załatwianie spraw wynikających z wykonywania postanowień umowy, którą przed chwilą omawialiśmy. To było doskonałe stanowisko dla kogoś, kto nie lubił się przemęczać w pracy, a pragnął splendoru, władzy, luksusu i życia na wysokiej stopie, a poza tym potrafił przymilać się Sowietom. Gen. Krzemień miał przećwiczone pozyskiwanie przychylności ze strony "Braci Moskali" jeszcze z okresu przedwojennego i, co najważniejsze, był przez nich w pełni akceptowany. To był ich człowiek w Warszawie. Na swój sposób był niezniszczalny, przynajmniej do czasu - piastując stanowisko pełnomocnika zdołał przetrwać sześciu kolejnych pełnomocników sowieckich (gen. S. Fomienko, gen. G. Bakłanowa, G. Stognija, gen. S. Marjachina, po raz drugi gen. G. Bakłanowa i gen. I. Szkadowa), z każdym z nich był za pan brat. To swoisty rekord, bo najczęściej bywało odwrotnie. Ale wracajmy do ww. uchwały, z której m.in. wynikało, że - w porozumieniu z szefem Urzędu Rady Ministrów - gen. Krzemień miał prawo ustalić sobie podległy aparat pracy wraz z etatami. Co za luksus władzy: sam sobie ustalał strukturę biura, a ponadto decydował o liczbie podległych mu etatowych pracowników - żyć nie umierać! Co więcej, przysługiwało mu również prawo do przejęcia dotychczasowej agendy Delegatury Rządu PRL w Legnicy, a wszelkie wydatki na utrzymanie biura rzeczonego pełnomocnika w Warszawie miano pokrywać z budżetu URM. Według życzenia mógł też sobie utworzyć w Legnicy ekspozyturę. Jednocześnie pismem okólnym nr 162 Prezesa RM z 12 sierpnia 1957 roku poinformowano właściwych ministrów (kierowników centralnych urzędów oraz prezydia właściwych rad narodowych), że wszelkie sprawy związane z pobytem wojsk sowieckich w Polsce mają być załatwiane za pośrednictwem ww. pełnomocnika. Adresaci mieli czas na zgłoszenie roszczeń - w wypadku rad narodowych - w ciągu pięciu dni od pozyskania informacji o wyrządzonych szkodach przez wojska sowieckie, kierując je do wspomnianego pełnomocnika. Takich pism kierowano setki, jak nie tysiące. Oto jedno z nich ze szczebla MON-u. Jest to pismo z 29 grudnia 1958 roku Zarządu I Sztabu Generalnego podpisane przez gen. J. Drzewieckiego, który informuje gen. Krzemienia o wyrządzonych szkodach przez PGW na poligonie w Żaganiu. Straty były wyjątkowo duże, aby załagodzić sprawę, MON wypłaciło Ministerstwu Leśnictwa i Przemysłu Drzewnego około 1 mln 700 tys. złotych tytułem strat powstałych w drzewostanie, prócz tego ustalono zniszczenie dróg na sumę 396 tys. złotych, które wyremontowano siłami polskich jednostek wojskowych. Uczyniono tak, ponieważ z tego poligonu korzystały również jednostki LWP. Niemniej MON chciał odzyskać przynajmniej część wyłożonej kwoty, ale pełnomocnik nie zamierzał się narażać "Braciom Moskalom" - i nie uczynił w tej sprawie nic. Gen. Krzemień potrafił się asekurować na zajmowanym stanowisku, co m.in. dobitnie oddaje depesza nr 340 z 8 października 1957 roku, którą nadał do Moskwy, gdzie w tym czasie negocjowali kolejne ustalenia z Sowietami m.in. gen. J. Bordziłowski, J. Zarzycki i M. Naszkowski: "Do sprawdzenia map proponuję powołać około 10 grup, które sprawdzą w ciągu 10 dni mapy w terenie [...]. Przy sprawdzeniu proponuję porozumiewać się z Wojewódzkimi Radami Narodowymi, aby wziąć pod uwagę ich pretensje. Czynić to jednak w sposób ostrożny, by nie rozpalać ich apetytów. Grupy na miejscu - według mnie - nie powinny przeprowadzać dyskusji z radzieckimi przedstawicielami". Z powyższego zapisu wynika, że lokalni włodarze mieli okazać dużo zrozumienia i wstrzemięźliwość w żądaniach, choć byli gospodarzami we własnym kraju. Krótko mówiąc, mieli ustępować pola na każdym odcinku współdziałania. A rzecz sprowadzała się do dokładnego ustalenia na terenie Polski, co Sowieci przywłaszczyli sobie do tej pory w ramach przejmowania kolejnych garnizonów dla potrzeb PGW. Podobnie bywało także w innych okolicznościach, generalnie w kontaktach ze stroną sowiecką obowiązywała zasada "schodzenia im z drogi". Nie inaczej zresztą zachowywali się następcy gen. Krzemienia: gen. Czesław Czubryt-Borkowski (1968-1972), gen. Józef Stebelski (1972-1977), gen. Michał Struga (1977-1986), gen. Zbigniew Ohanowicz (1986-1989), gen. Mieczysław Dębicki (1989-1990) i gen. Zdzisław Ostrowski (1990-1995). Dla każdego z ww. generałów stanowisko pełnomocnika było tak naprawdę zwieńczeniem dotychczasowej służby, wiedzieli o tym zarówno oni, jak i towarzysze sowieccy z PGW, więc nikt nikomu nie zamierzał wadzić i utrudniać życia46.

Pragnąłbym zwrócić uwagę na jeszcze jeden znamienny fakt, otóż aby towarzyszom sowieckim zapewnić "wikt i opierunek" na terenie "okupowanej" Polski powołano Zarządzeniem Ministra Handlu Zagranicznego Nr 28 z 1 lipca 1958 roku przedsiębiorstwo państwowe pod nazwą Centrala Handlu Zagranicznego "Marko". Była to typowa placówka handlowo-usługowa. Centrala miała swoją siedzibę w Warszawie i miała prawo tworzyć jednostki terenowe. Tak naprawdę, to przejęła dotychczasowe kompetencje Działu Inżynierii Towarzystwa Handlu Międzynarodowego "Dal" i Wydziału Handlu i Rozliczeń Ekspozytury Pełnomocnika Rządu do Spraw Pobytu Wojsk Radzieckich w Legnicy - tym samym zachowując ciągłość pracy. Jednak nie wszystko tak sprawnie tu przebiegało, przede wszystkim nie każdy miał możność zatrudnić się w ww. Centrali, trzeba to było uzgodnić z pełnomocnikiem, obowiązywała zasada zachowania tajemnicy handlowej, czego zażyczyło sobie Ministerstwo Handlu Zagranicznego. Z kolei gen. Krzemień miał jednoznacznie określić, które ze stanowisk powinni zajmować oficerowie w służbie czynnej. Na czele powyższej firmy stał dyrektor i miał do pomocy jednego zastępcę, można sobie tylko wyobrazić, jak głęboko musieli oni zostać rozpoznani przez polskie i sowieckie służby specjalne. Tu prawie wszystko zostało utajnione; wszelkie czeki, weksle i inne dokumenty obrotu pieniężnego, dokumenty obrotu materiałami i towarami, jak również dokumenty o charakterze rozliczeniowym i kredytowym mieli prawo podpisywać wyłącznie dyrektor lub osoba przez niego upoważniona oraz główny księgowy lub jego wytypowany przedstawiciel. Centrala funkcjonowała do końca pobytu wojsk sowieckich w Polsce. Myślę, że wielu zatrudnionych tu w przeszłości pracowników zabrało ze sobą do grobu niezwykłe tajemnice, których żadną miarą nie odnajdziemy w archiwach, a które obrazowały rzeczywisty stan utrzymania w PRL-u "oswobodzicieli" zza wschodniej granicy47.

Na moment powróćmy jeszcze do Polsko-Radzieckiej Komisji Mieszanej, którą Sowieci torpedowali i wcale się z tym nie kryli. To z ich winy nie była ona w stanie przez ponad rok podjąć jakiejkolwiek działalności. Co z tego, że w trzecim kwartale 1957 roku uzgodniono składy obu delegacji, które przez kolejne miesiące nie spotkały się ze sobą, gdyż "oswobodziciele" nie przejawiali żadnej woli w tym kierunku - odmawiali zgody na posiedzenia albo nie przybywali na nie, choć terminy udało się wcześniej zaklepać. W ich opinii wspomniana komisja była zbyteczna, prawdopodobnie dlatego, że podejrzewali, iż będzie ich dodatkowo ograniczała i podejmowała sprawy, których oni woleliby nie ujawniać przed opinią publiczną. Mając taki stosunek do tego gremium, wyznaczyli "byle kogo" na przewodniczącego własnej delegacji, powierzając tę funkcję pułkownikowi W. Truszkinowi, oficerowi z entego szeregu sztabu PGW, który w żaden sposób nie był w stanie wywiązać się z powierzonego mu zadania. Tymczasem rzeczona komisja miała działać niezależnie od powołanych pełnomocników - i w momencie, gdy na szczeblu pełnomocników nie zdołano uzgodnić wspólnego stanowiska, to wówczas sprawa miała trafiać przed oblicze komisji. W tym czasie ze strony polskiej przewodniczącym delegacji był płk J. Śliwiński, który nękając kolejnymi pismami swego odpowiednika po stronie sowieckiej, w końcu doprowadził w lutym ???? roku do pierwszego spotkania. Na rozpatrzenie oczekiwało już 800 spraw, jedna z nich dotyczyła zaległych roszczeń obywateli i instytucji polskich z lat 1945-1956 (około 10 mln złotych), które Sowieci uznawali za przedawnione. Jednym z argumentów, którym "Bracia Moskale" często się posługiwali, gdy należało płacić, było stwierdzenie: "Położyliśmy na tej ziemi tysiące trupów, a wy nam wystawiacie rachunki". Zdając sobie sprawę, że była to przysłowiowa gra w kotka i myszkę, gen. Krzemień postanowił w październiku 1958 roku połączyć piastowane dotychczas stanowisko pełnomocnika z funkcją przewodniczącego ww. komisji, uważając, że jego wyższa ranga w hierarchii stanowisk da Sowietom wiele do myślenia. Poniekąd tak też się stało. Kilka lat później - a dokładnie w 1963 roku - Sowieci postąpili analogicznie. Ta komisja nigdy nie funkcjonowała na poziomie, jaki winna mieć dwustronna komisja państwowa, była i do końca pozostała ułomna. Będziemy do niej wracali jeszcze nieraz, zwłaszcza gdy powstały Układ Warszawski rozwinie sztandary i nabierze dynamiki. Tym bardziej będzie to nieodzowne, gdyż dopiero z tym momentem zacznie się mnożenie kolejnych aktów prawnych - a będzie ich kilkadziesiąt regulujących sprawy pobytu wojsk sowieckich na terytorium Polski oraz tranzytu z Niemiec - nad którymi nikt już nie będzie w stanie do końca zapanować. I chyba o to chodziło Moskwianom, gdyż to oni co jakiś czas występowali z kolejnymi korektami do wcześniej zawartych postanowień48.