Bracia - Karol Bunsch

-
Proszę czekać

Posłowie

Ponieważ celem mojego pisarstwa jest przyswojenie czytelnikom w sposób przystępny wiedzy o dziejach ojczystych, w przedstawieniu faktów i osób historycznych przyjąłem jako zasadę zgodność z wynikami nauki historii, oczywiście tam, gdzie zgodność taka istnieje. Aż nazbyt często jednak, wobec braku lub niejasności źródeł, historycy reprezentują odmienne stanowiska. Nie są też wolni od ludzkiej słabości wymądrzania się jednych nad drugimi. W tych wypadkach służy mi prawo wyboru, którego dokonuję jednak nie w miarę tego, co mi jest wygodniejsze, lecz czyje argumenty są dla mnie bardziej przekonywające.

Takim spornym problemem jest istnienie osoby Bolka Zapomnianego, którego w tej książce wprowadzam jako jednego z głównych bohaterów. Znane mi jest stanowisko S. Kętrzyńskiego i innych, którzy zaprzeczają istnienia tej postaci. Jako zasadniczy argument wysuwają brak o niej wzmianki w najstarszych źródłach, przede wszystkim u Galla. Ale Gall nie wspomina także o Bezprymie, którego Istnienia nikt nie kwestionuje. Wzmiankę o Bolku zawiera dopiero Kronika Wielkopolska, datowana z końcem XIII w., wspomina o nim jeszcze późniejszy Długosz, zresztą bałamutnie. Argumentem przeciw istnieniu Bolka jest więc fakt, że wspomina o nim dopiero źródło o dwa i pół wieku późniejsze. Należałoby zapytać, na jakiej zasadzie i po upływie jakiego czasu fakty zawarte w źródle stają się niewiarygodne. Jeżeli czasokres nie ma być dowolny, zależny od gustu tego czy innego historyka, to w konsekwencji można by je ustalać tylko na podstawie źródeł współczesnych, a i tu zauważyć należy, że fałszowanie historii na bieżąco nie jest wynalazkiem naszych czasów. Niezależnie od tego, gdyby przyjąć, że istniały tylko te osoby, o których mówią źródła, to per reductionem ad absurdum należałoby przyjąć, że państwo polskie zbudowali pierwsi Piastowie własnoręcznie z udziałem kilku ludzi wzmiankowanych u Thietmara.

Nadmienić należy, że T. Wojciechowski wykazał, iż Kronika Wielkopolska opiera się na jakimś starszym zaginionym źródle.

Za tezą Balzera przyjąłem istnienie Bolka nie dlatego, że ten autor Genealogii Piastów, od trzech ćwierci wieku podstawowego dzieła w tej dziedzinie, a zarazem jeden z najlepszych znawców polskiego średniowiecza, przyjmuje istnienie Bolka, ale że to w sposób prawidłowy i przekonywający uzasadnia.

Każdy Mieszko miał syna Bolesława i każdy Bolesław syna Mieszka. Są to więc widocznie imiona dynastyczne, z reguły nadawane najstarszemu synowi. Gdyby Mieszko II miał tylko jedynego syna, nie nazwałby go Kazimierzem, a przede wszystkim nie oddał do klasztoru. Wprawdzie zwolennicy tezy przeciwnej usiłują ten zasadniczy fakt kwestionować, termin "oblatio" tłumacząc jako oddanie tylko na naukę, ale jedynie słuszna interpretacja gramatyczna nie budzi wątpliwości, że oznacza to ofiarowanie, a więc na zakonnika i takie znaczenie ma też w prawie kanonicznym.

Sporną jest też kwestia, czy Bolko był synem Rychezy, jak chce Długosz, czy też miłośnicy Mieszka. Przyjmuję to drugie, na co zdaje się wskazywać zły stosunek między Bolkiem a Rychezą. Imię wskazuje na to, że Bolko był starszy od Kazimierza. Małżeństwo z Rychezą zawarł Mieszko licząc co najmniej 23 lata, a więc na ówczesne stosunki późno (np. Chrobry pojął pierwszą żonę mając lat 16). Zapewne już przedtem pozostawał w jakimś związku, z którego urodził się Bolko.

Nie bez znaczenia wydaje się fakt rzekomego pięcioletniego bezkrólewia. Mieszko zmarł 10 V 1034 r., gdyby po nim nie nastąpił żaden władca, trudno zrozumieć fakt, dlaczego możnowładcy dopiero w drugiej połowie r. 1039 zabiegali o powrót Kazimierza. Tę datę przyjmuję na tej podstawie, że pomoc ofiarował Kazimierzowi cesarz Henryk III, a jego poprzednik Konrad zmarł dopiero 4 VI 1039 r.

Jeszcze uwaga na temat imiennictwa: używam imienia Mojsław zamiast przyjętego, a zwłaszcza spopularyzowanego powieścią Kraszewskiego, Masława. Nie ma to nic wspólnego z masłem, jest to zepsuta w łacińskim tekście lekcja "Masiaus", "Maeclaus". Jedyny nie zepsuty przekaz w słowiańskim języku znajduje się u Nestora i brzmi Mojsław.

Karol Bunsch

Wieść o śmierci wielkiego Bolesława wichrem leciała po kraju i daleko poza granice. Prosty naród płakał jak po ojcu; surowym, czasem srogim, ale sprawiedliwość znalazł u niego każdy przeciw każdemu, a bezbronny mógł spać pod swą strzechą spokojny, że mu jej wraże ręce nad głową nie zapalą. Od lat już nikt nie widział nieprzyjaciela w granicach kraju. Teraz skończyła się beztroska, z żalem mieszał się niepokój, a nawet trwoga. Wraz z wieścią o śmierci króla rozchodziła się ponura przepowiednia, którą w przed śmiertnym majaczeniu rzucił zmarły władca.

Gdy zwłoki jego spoczęły obok ojca w poznańskiej katedrze i rozpłynęły się tłumy, które z całego kraju ściągnęły na żałobne uroczystości, metropolita gnieźnieński Hipolit ogłosił zgromadzonym w kościele dostojnikom ostatnią wolę zmarłego: pełnię władzy przekazał starszemu synowi po Emnildzie - Mieszkowi.

Dla nikogo nie było to zaskoczeniem. Pierworodny - po Węgierce - Bezprym od ćwierci wieku już przebywał jako mnich u świątobliwego Romualda w klasztorze w Camaldolil, w dalekiej Italii. Nieco zdziwienia wywołało całkowite pominięcie w dziedziczeniu młodszego syna Emnildy - Ottona, ale starzy, którzy pamiętali nieszczęsne skutki podziału kraju przez wielkiego Mieszka, spodziewali się tego. Choć Otto dawno już doszedł do lat sprawnych, w chwili śmierci ojca liczył ich dwadzieścia pięć, Chrobry trzymał go z dala od spraw państwowych, pozwalając czas trawić na biesiadach i łowach. Nawet małżonki mu nie zaswatał, zapewne w obawie, że niewiasta podjudzać go może, by sięgnął po władzę dla swego potomstwa. Natomiast starszym od brata o blisko dziesięć lat Mieszkiem z dawna zwykł się wyręczać, zarówno w sprawach państwowych, jak i wojennych, toteż doświadczenia Mieszkowi nie brakło. Może dlatego właśnie, nie tylko z żalu za ojcem, chmurny był. Korzystając z obecności w Poznaniu najwyższych dostojników kościelnych i świeckich; zwołał naradę w świetliy starego dworca na Tuńkim Ostrowiu; przed zamierzonym objazdem kraju, by po raz pierwszy we własnym imieniu sadzić i rządzić.

Mieszko zdawał sobie sprawę, że zbudowane przez ojca olbrzymie państwo, od Łaby i Sali po Duanj nie zrosło się jeszcze w jednolitą całość. Rozumiał, że spoiwem, ma być chrześcijaństwo, od gnieźnienskiego zjazdu ujęte w ramy własnej organizacji kościelnej. Chrobry uzyskał nawet zezwolenie na misję w sąsiednich krajach pogańskich i w tym celu założył drugą metropolię z tymczasową siedzibą w Sandomierzu, którą w przyszłości zamierzał przenieść do Płocka, gdzie rozpoczął budowę grodu. Jednak po śmierci Brunona z Kwerfurtu misja upadła, a metropolita Stefan Toporczyk nie tylko sufraganów, ale nawet prostego duchowieństwa nie mógł się doczekać. On też pierwszy poprosił o głos i zaczął:

- W Bogu spoczywajacy rodzic wasz, miłościwy panie, nie dokończone ostawił najważńiejsze ze swych dzieł.! Na was ciąży zaszczytna powinność szczęśliwie rozpoczętą budowę niezależnego polskiego Kościoła do pomyślnego doprowadzić końca z korzyścią nie jeno dla zbawienia dusz, ale i doczesną. Świątynie bowiem to nie jeno domy Boże, miejsca zgromadzeń, biblioteki i skarbce, a obronne nie w ostatku, duchowieństwo takoż troskę ma nie jeno i o dusze, ale w rządach pomaga. Tak wielkim bowiem państwem, jakie przesławny rodzic wasz ostawił, nijak władać bez znajomości pisma, obcych krajów i języków, nijak bez kapłanów wytępić pogaństwo i kres położyć roszczeniom magdeburskich arcybiskupów do misji w naszym kraju.

Mieszko nie przerywał mówiącemu, jakkolwiek; słuchał z pewnym zniecierpliwieniem, gdy jednak Stefan skończył, a z kolei o głos poprosił gnieźnieński Hipolit, niewątpliwie również w sprawach kościelnych, książę powiedział:

- Wybaczcie, Wasza Dostojność, świadom jestem ważności spraw kościelnych, ale nie jeno moja o nie troska, tedy od was czekam, że je uładzić pomożecie. Najpilniejsze zda mi się ustanowienie biskupstwa w Kruszwicy, które by podjęło duszpasterstwo także na Pomorzu i Mazowszu, póki w Płocku osobnego biskupstwa dla niego nie masz. Waszą rzeczą o kapłanów zadbać. Nadań i zasobów nie będę szczędził na ich, uposażenie, księgi, sprzęt czy budowę świątyń.

- Dzięki wam, miłościwy panie - podjął, arcybiskup Stefan - ale nie w tym jeno czekamy waszego, wsparcia. Niedawno zmarły krewniak wasz, Sobiesław, który, rządcą był Mazowsza, nie zwalał tępić tam pogaństwa, rzekomo przeto, że dziad wasz przyrzekł przymusem prawdziwej wiary nie krzewić.

- Iście tak! - wtrącił sędziwy Dersław Bróg. - Ale bezpiecznie możecie tam apostołować, bo nijakiej nienawiści nie masz do kapłanów, którzy nową wiarę głoszą nido tych, co z dobrej woli chrzest przyjęli; nawet u Prusów, których zmarły pan podbił po Ossę i Drwęcę, czy u zhołdowanej Jaćwierzy. Mniemam przeto, miłościwy panie - zwrócił się do Mieszka - że nowemu rządcy Mazowsza takoż zlecicie, by słowu waszego dziada ujmy nie uczynił.

- Komuż było dane słowo?! - szorstko przerwali krakowski Gompo - Poganom? Większa ujma dziadowi miłościwego pana słowo takowe zdzierżyć, niźli je złamać, poganin bowiem a zwierz to jedno. Zasię pierwsza powinność krześcijańskiego władcy wiarę prawdziwą krzewić, choćby i mieczem.

Zwracając się do księcia ciągnął:

- Jeśli tego poniechacie, to Magdeburgowi woda na młyn, by się o zwierzchnictwo nad nami upominać, gdy nie jeno u postronnych pogan misji zaniedbujecie, ale i we własnym kraju.

Dersław widocznie zbierał się do gwałtownej odpowiedzi, bo pomarszczona jego twarz nabiegła krwią. Książę jednak, nie chcąc dopuścić zadzierki między świeckimi a duchownymi dostojnikami, skinieniem ręki dał mu znać, że sam odpowie i zaczął:

- Nie brak pogan nie jeno na Mazowszu. Pomorze zgoła do bałwochwalstwa wróciło, nalazłby ich i tu, gdzie krzest przyjęto na rozkaz mego dziada, alić nie bez oporu. Gdy nie stać na wszytko, tam raniej chwast plenić, gdzie ziarno już posiane, nie na łazach lubo na ugorze. Jako rzekłem, wszelkiej pomocy w tym udzielę, a gdy czas będzie sposobny i o misje zadbam. Roszczeniom zasię Magdeburga i nie jeno Magdeburga najłacniej tamę położy koronacja i nad tym nam się naradzić.

- Zda się, że nad tym i uradzać nie trzeba - wtrącił Wojciech Zabawa. - Był rodzic wasz koronowanym królem, wam właść wraz z koroną ostawił. Tedy jeno zrok koronacji wyznaczyć.

- Nad tym uradzać nie pora - odparł arcybiskup Hipolit. Wedle ordo romanus koronacja radosnym jest obrzędem, nijak ją pogodzić z żałobą, jaką po śmierci w Bogu spoczywającego króla zarządziliśmy, tedy nie wcześniej niż za rok i sześć niedziel. Wżdy i on niemal do schyłku swych dni czekał z dopełnieniem kościelnego obrzędu.

- Iście czekał - odparł Mieszko - bo nie chciał o to wojny z Henrykiem, Pora była sposobna, gdy Henryk zmarł, a Konrad jeszcze się na niemieckim tronie nie umocnił. I mnie na to nie czekać, bo nie jeno z Niemcem zmagać się przydzi. Rodzic mi z państwem i wrogów ostawił.

- Zgoła nie wiada, zali się Konrad na tronie utrzyma - odparł Hipolit. - Wżdy wasz cieść1, miłościwy panie, do koronacji w Akwizgranie nie dopuścił. Ani chybi o koronie dla któregoś z synów swych zamyśla. A nie brak Konradowi i w Italii przeciwników i jak słychać tam pociągnął.

- Nie byłoby źle, miłościwy panie - wtrącił Jaksa Gryfita z Brzeźnicy - gdyby szurzym2 wasz królem niemieckim ostał. Zdałoby się ręki do tego przyłożyć.

- Bogdaj nam indziej rąk starczyło - niechętnie odparł Mieszko. - Więcej jest takich, co by radzi na niemieckim tronie zasiedli, choćby przyrodni Konrada, Gebhard. Słychać, że z klasztoru w Wlirzburgu zbiegł i takoż popleczników nalazł. Gdy o właść idzie, nie masz krewniaków ni swojaków.

- Jeno że zbiegłego mnicha Kościół nie uzna - wtrącił Gompo, ale książę odparł z goryczą:

- Niech jeno właść posięgnie, zwolni go od ślubów, tyle że nie darmo.

Mieszko mówił o Gebhardzie, myślał jednak o Bezprymie. Pewny był, że gdy tylko dojdzie go wieść o śmierci ojca, i on z klasztoru zbiegnie, a poparcie swych roszczeń znajdzie nie tylko u węgierskiego krewniaka Stefana, ale co gorsze i w kraju, gdzie od pokoleń już zwykło się w pierworodnym synu władcy widzieć prawowitego następcę. Nie wątpił też, iż ktokolwiek by zasiadł na niemieckim tronie, nigdy się z niezależnością Polski nie pogodzi, choćby to był brat Rychezy. Tym bardziej że zawarte na rozkaz ojca małżeństwo z nią nie było niczym więcej jak obowiązkiem, a od powrotu Mieszka z czeskiej niewoli pozostał z niego tylko pozór. Starsza od męża, wykształcona, surowa i oschła Rycheza niczyjej miłości nie starała się pozyskać, nawet własnych córek. Jedynie syna Kazimierza zdała się darzyć uczuciem i to tylko małżonkowie mieli wspólnego. Znając jednak dumę i żądzę władzy Rychezy, Mieszko podejrzewał, iż przyczyną tego wyróżnienia jest nadzieja, że kiedyś przez niego będzie rządziła Polską, jak ongiś babka jej Adelajda rządziła Niemcami. Ale Rycheza nie cieszy się mirem w kraju, a pobożny, łagodny i słabowity Kazimierz, nawet gdyby się od jej wpływu uwolnił, nie udźwignie ciężkiego dziedzictwa. Sam Mieszko, z urody i usposobienia podobniejszy do Emnildy niż do ojca, z niechęcią myślał o stosowaniu przymusu wobec własnego narodu, a zwłaszcza okrutnych kar, jakimi Chrobry obłożył łamiących przykazania. A przy tym zagrożone zewsząd państwo za wszelką cenę potrzebuje przynajmniej wewnętrznego spokoju. By uniknąć nagabywań ze strony duchowieństwa, książę zwrócił się do Hipolita mówiąc:

- Skoro wasza dostojność uważa, że nad koronacją uradzać nie pora, tedy nad sprawami Kościoła sami uradzajcie. Ja na Mazowsze ruszam, na miejscu się rozpatrzeć, kogo rządcą ustanowić, a sposobność będzie z czerskim archidiakonem omówić, co dla szerzenia prawdziwej wiary uczynić można, spokoju nie zakłócając.

Krakowski Gompo zamierzał zabrać głos, książę jednak wstał i zwrócił się do wyjścia, a wraz z nim świeccy dostojnicy. Do palatyna Michała Awdańca powiedział;

- Ninie jadę na Lednicki Ostrów, mam i swoje sprawy do załadzenia. Ty ostań w Poznaniu. Bacz pilnie na wszytko. W razie potrzeby najdziesz mnie tam, gdzie będę.

W drodze Mieszko wysforował się przed swój szczupły orszak, a odsadziwszy się spory kawał, przeszedł w stępa i jechał zamyślony. Śmierć ojca obarczyła go nie tylko brzemieniem spraw państwowych. Rodzinne też nie były pomyślne ni proste. Wdowa po zmarłym, Oda, odwzajemniała niechęć Mieszka, jakiej nie potrafił ukrywać wobec tej, która zajęła miejsce jego zmarłej matki, a dumnej córce potężnego Ezzona i cesarskiej krewniaczce Rychezie nieraz dała odczuć pierwszeństwo swego stanowiska na dworze. Teraz położenie się odwróciło, Oda wiedziała, że po raz ostatni na pogrzebie małżonka przypadło jej pierwsze miejsce w orszaku. Wprost z katedry, nie mówiąc z nikim, wyjechała na Ostrów zabierając ze sobą córeczkę Matyldę. Widocznie nie zamierzała czekać, by z kolei Rycheza dała jej odczuć, że teraz ona jest małżonką władcy.

Mieszko chciał wiedzieć, co pocznie Oda ze względu na młodszą od jego własnych córek przyrodnią siostrzyczkę, której niemal nie znał. Wiedział jednak, że ulubienicą była starzejącego się króla, matka natomiast odnosiła się do niej obojętnie, widno za złe jej mając, że urodziła się dziewczynką. Ojciec prosił Mieszka, by zatroszczył się o los sieroty, niezbyt ufając, by Oda chciała i mogła to uczynić.

Mieszko, ocknął się z zamyślenia, gdy przed nim zalśnił jaśniejszy odbiciem pogodnego nieba pas wody Lednickiego Jeziora. Słońce rumieniło się już na zachodzie, błękit wschodniego nieba pogłębiał się, dzień miał się ku schyłkowi. Mieszko popędził konia i za chwilę stanął u przewozu. Nadbiegłym przewoźnikom polecił nie przeprawiać na Ostrów orszaku, gdy dociągnie, przed nocą bowiem zamierzał ruszyć dalej. Sam przeprawił się, a do zaskoczonego pojawieniem się księcia zarządcy pałacu powiedział:

- Nie zabawię długo, jeno się rozmówię z królową, wyjeżdżam.

- Jest w babińcu3 na wyżce- odparł zarządca. - Też widno sposobi się do wyjazdu.

- Zajdź do miłościwej pani i rzeknij, że mówić z nią chciałem.

Czekał w świetlicy, niecierpliwie chodząc dokoła. Spieszno mu było do jedynego miejsca, gdzie mógł spodziewać się radosnego przyjęcia. Śmierć ojca pozwoli mu wreszcie samemu porządzić sobą.

Losem przyrodniej siostry czuł się zobowiązany zająć tylko dla pamięci ojca, ale dlatego wiedzieć musiał, co z sobą począć zamierza Oda. Jasne było, że na dworze pozostać nie chce.

Zapadał już zmrok, szklane gomółki w oknach poszarzały i zniecierpliwiony Mieszko sam skierował się na wyżkę. U wejścia spotkał wysłanego, od którego dowiedział się, że królowa bawi w kaplicy na nabożeństwie. Polecił przynieść światła i usiadłszy za stołem czekał na jej powrót.

Zdało mu się, że w komnacie nie ma nikogo, gdy doszedł go jakiś odgłos, jakby tłumiony szloch. Rozejrzał się i spostrzegł na ławie pod oknem skuloną drobną postać ledwo widoczną w półmroku. Dziewczynka siedziała z twarzą ukrytą w dłoniach, widocznie hamując płacz. Nie miał wątpliwości, że jest to Matylda. Nie wiedział, czy płacze z żalu za ojcem, czy zmęczona jest trwającymi od rana uroczystościami pogrzebowymi, a może i głodna. Ogarnął go gniew na Odę a zarazem współczucie dla dziewczynki, o którą widocznie matka niezbyt się troszczy. Podszedłszy do niej począł gładzić ją po jasnych włosach. Zamiast się jednak uspokoić, rozszlochała się jeszcze bardziej. Zmieszany wziął ją na kolana; wtuliła twarz w jego ramię i trzęsła się od łkań.

W tej chwili zjawił się pachołek z płonącym świecznikiem, a jednocześnie w sieni wiodącej do kaplicy rozległy się kroki i do komnaty weszła Oda w towarzystwie zamkowego kapłana i dworek. Mieszko na jej widok wstał, sadzając dziewczynkę na ławie. Oda nie okazując zdziwienia skinieniem ręki odprawiła asystę, a gdy zostali sami, rzekła:

- Widzę, iżeście sobie przypomnieli, że to siostra wasza, choć jeno przyrodnia.

Jakby nie zauważył uszczypliwości, odparł:

- Rodzic mi zlecił zadbać o jej los. Przeto tu jestem, bo przystało i macierzy zapytać, co począć zamierza.

- Z sobą, czy z dzieckiem? Niepotrzebnam nikomu, ninie, gdy zmarł małżonek mój, muszę miejsca ustąpić Rychezie. Tedy wracam do Naumburga, do brata.

- Jak wola wasza - rzekł Mieszko - ale pytam o Matyldę.

- Ja w zakonie chcę dokończyć żywota, zadość mi małżeńskiego stanu - odparła. - W Naumburgu pieczę nad nią może objąć Regelinda. Wżdy i ona jej siostra. Skoro wam małżonek mój troskę o dziecko zawierzył, sami postanówcie.

Mieszko wahał się; oddanie dziewczynki siostrze zamężnej za bratem Ody zwolniłoby go od troski o nią, gdy innych trosk nie brakło. Obojętność jednak, z jaką do własnego dziecka odnosiła się Oda, przez jakieś przeciwieństwo budziła w nim poczucie, że winien ojca zastąpić sierocie. Spojrzał na dziewczynka, która widocznie zdawała sobie sprawę, że ma się rozstrzygnąć jej los, bo z niepokojem patrzyła na rozmawiających. Żal mu się uczyniło bezbronnego dziecka i powiedział:

- Macierz twoja w klasztorze chce naleźć schronienie. Rzeknij, z nami chcesz ostać lubo do krewniaków jechać do Naumburga?

Jednocześnie wiedział, że tym pytaniem przesądził sprawę. Dziewczynka zamiast odpowiedzieć, przytuliła się do niego. Oda nie całkiem pewnym głosem rzekła:

- Radam, że brata w was odnalazła. Mniemam, iż jej ukrzywdzić nie zwolicie. I mnie takoż. Małżonek mój nie zadbał o oprawę dla mnie.

- Kiedy wyjechać chcecie? - zapytał Mieszko.

- Czekać nie mam na co - odparła.

- Tedy zlecę skarbnikowi, by wam wydał, co wdowie po królu przystoi.

Noc już zapadła, gdy książę przeprawił się z powrotem na zachodni brzeg jeziora i wraz z oczekującym go orszakiem skierował się ku północy. Przed wzejściem księżyca gwiazdy słabo oświetlały rzadko uczęszczaną nadbrzeżną drożynę, która teraz skręciła na zachód, by ominąć głęboko wchodzącą w ląd odnogę jeziora i weszła w las, gubiąc się w ciemności. Mieszko powściągnął rumaka i z kłusa przeszedł w stępa. Ongiś znał tu każdy krzew, każdą gałąź zaczajoną w ciemności, każdy korzeń naziemny, o który koń się potykał. Przy głuchym, jednostajnym tupocie kopyt na miękkim podłożu nachodziły go wspomnienia. Lata minęły, gdy na rozkaz ojca porzucić musiał umiłowaną pierwszą miłością niewiastę wraz z synkiem, by pojąć Rychezę.

Ojcu potrzebny był związek z potężnym palatynem reńskim; Ezzonem, by wpływ mieć na sprawy niemieckie, zresztą Mieszko przywiązał się do dzieci zrodzonych, z Rychezy, a zwłaszcza do słabowitego i łagodnego synka. W rzadkich okresach, gdy przebywał w domu, nie odczuwał wewnętrznego osamotnienia, póki żyła matka. Zawsze czekała na niego, znała i troszczyła się o jego potrzeby. Ale gdy zmarła, powiało chłodem. Ojciec pojął czwartą już małżonkę, córę swego ongiś przyjaciela, miśnieńskiego margrafa Ekkeharda, by utrzymać przyjaźń z jego synem, a swym zięciem Hermanem. Dwór przestał dla Mieszka być domem, z Odą jeszcze przybyło na nim Niemców. Choć język niemiecki Mieszko znał równie dobrze jak własny, drażniło go, że Rycheza nigdy z dziećmi nie mówiła po polsku. Poza nimi nic już nie mieli wspólnego i Mieszko zaczynał burzyć się wewnętrznie przeciw narzuconemu związkowi. Wiedział, że ojciec wbrew woli dziada wygnał węgierską małżonkę, choć miał z nią syna, a pojął sercem wybraną Emnildę. On nie potrafił się ojcu sprzeciwić. Ale teraz wolny jest.

Z zadumy wy rwało go niezbyt odległe szczekanie psów. Las zrzedł, pojaśniało i wkrótce otwarła się przed jadącymi polana, pośrodku której w świetle zorzy wschodzącego księżyca widniały zabudowania obszernego dworca. Ktoś w nim czuwał widocznie lub obudziło go ujadanie psów, bo w jednym skrzydle błony w okienkach cedziły różowy poblask światła.

Przybyli na podjeździe zsiedli z koni, trzymając je przy pyskach, bo niepokoiły je doskakujące psy. Ujadanie ich zwabiło kogoś, drzwi do sieni otwarły się i rozległ się głos:

- Do budy, zgraja!

Gdy psi harmider ucichł, zapytał:

- Kogo bogi przynoszą?

Mieszko, zamiast odpowiedzieć, rzucił wodze pachołkowi i ruszył ku wejściu.

- Nie poznajesz mnie, Stańko? - powiedział. - Dobroszka doma?

Stary aż zaniemówił z zaskoczenia, ale Mieszko odpowiedzi nie potrzebował, bo w tej chwili z sieni wyszła niewiasta i rzekła:

- Wejdźcie, miłościwy panie.

W głosie jej nie było zdziwienia, jakby przybycie Mieszka było czymś zwyczajnym lub oczekiwanym. Wskazując na jego towarzyszy, rzekła do Stańki:

- Przykaż dziewkom wieczerzę im podać w świetlicy i legowiska przysposobić. Książę u mnie wieczerzać będzie:

- Pozwólcie, panie!

Przez mroczną sień powiodła, Mieszka w głąb domu. W obszernej komorze od płonącego kaganka zapaliła woskowe świece w glinianym świeczniku, postawiła na stole i milcząc wskazała Mieszkowi miejsce na wyścielanej ławie. Usiadł również milcząc. Po raz ostatni był tu przed siedmiu laty na postrzyżynach syna. Nie wiedział, czy Dobroszka czeka na wyjaśnienie, dlaczego nie bywał tak długo lub po co dziś przy jechał. Patrzył na dawną miłośnicę i dziwił się, że już tyle upłynęło lat od czasu, gdy wracając z łowów nocą jak dziś, wstąpił tu po raz pierwszy. Przy migotliwym świetle świec zdało mu się, że czas nie pozostawił na niej śladów. Rosła i smukła, prosta jak trzcina z kruczoczarnym włosem, zdać się mogła młodą dziewczyną, choć jak on schodziła już z południa swych lat. Niełatwo było nawiązać do tego, co minęło. By coś rzec, zapytał:

- Bolko gdzie?

- Pojechał na pogrzeb waszego rodzica.

Zrozumiał, dlaczego nie powiedziała "dziada". Zarumienił się i zapytał poruszony:

- Czemuż się u mnie nie zjawił?

- Bo nie przy was jego miejsce - odparła spokojnie. W głosie jej nie było wyrzutu ni żalu. Jakby jednak usprawiedliwiając się Mieszko powiedział:

- Ninie tam będzie wasze miejsce, gdzie moja wola.

Kładąc nieśmiało rękę na dłoni Mieszka zapytała:

- Zali nam tu źle bywało z sobą? Czymże ja będę na dworze? Tu jeśm u siebie, lżej na was czekać... choćby siedem godów - dodała. - A Bolko?!

- Moim synem! - odparł popędliwie. Milczała przez chwilę, jakby rozważając.

- Chcecie go uznać - rzekła. - Rychło wiek sprawny posięgnie i tak by doma nie siedział. Jeno czyście to przemyśleli? Wżdy macie już syna po cesarskiej krewniaczce. Słyszę, że w piśmie kształcony, a mój - nasz - poprawiła - w boru się chował, między zwierzem, a takimi jak on sam: do bitki i do łowów, nie na dwór. Nie będzie on tamtemu bratem ni tamten jemu. Wżdy wiecie, że nawet jednej matki syny wrogami bywają. Właści nikto dzielić nierad, choć szczęśliwości nie daje nikomu. Zali i nam nie lepiej byłoby, żeby nie to, iżeście królewskim synem? Po cóż Bolko ma nim ostać?

- Rozważałem i postanowiłem - powiedział Mieszko chmurnie. - Potrzebny mi jaki jest; do łowów i do bitki. Tamten nierychło źrały będzie, słabowity i nabożny, zdały do duchownego stanu. Postrzyc go niecham, przydzie czas, metropolitą ostanie, nie będą współzawodniczyć o właść. A ty jako chcesz. Ostań, jeśli ci tak lepiej. Ilekroć czas pozwoli, przyjadę. Jak za młodych lat, pomnisz?

- Choćbym chciała zabyć4, nie wydolę - szepnęła.

Wstająca z bagien i jezior okalających Wzgórze Lecha mgła gęstniała tak, że zakryła przed oczyma zalegających stoki gromad zarysy gnieźnieńskiej katedry. Majaczyły nad nią tylko szczyty wież i jak błędny ognik przeświecał przez otwartą na ścieżaj bramę blask rzęsiście oświetlonego wnętrza kościoła.

Arcybiskup Hipolit w asyście sandomierskiego Stefana, krakowskiego Gompona, wrocławskiego Klemensa, poznańskiego Paulina i licznego kleru czekał na przybycie książęcego orszaku. Na ołtarzu, na tle purpury koronacyjnego płaszcza, lśniły w blasku świec klejnoty koronne Chrobrego.

Sędziwy Hipolit zadumał się smutno. Przywiązał się do nowej ojczyzny, przyswoił sobie język, znał i rozumiał warunki, w jakich nowemu władcy przyszło objąć spuściznę po wielkim ojcu. Bolesław stworzył potęgę zdolną oprzeć się cesarstwu, umiał w ryzach utrzymać wewnętrzne siły, które jeszcze nie nagięły się do nowego porządku. Przed trzema laty stłumił w zarodku próbę nawrotu do pogaństwa. Arcybiskup jednak najlepiej zdawał sobie sprawę, że daleko jeszcze do tego, by chrześcijaństwo zakorzeniło się w kraju. Wiedział, że byle wstrząs mógł je obalić, a nieliczni, w przeważającej części obcy mnisi, głównie z Korbei i Fuldy, nie znający nawet miejscowego języka, nie nadają się na apostołów.

Spojrzenie arcypasterza spoczęło na grobie świętego Wojciecha. Obity złotymi blachami, z olbrzymim złotym krzyżem w głowach, zdał się jarzyć własnym światłem. Wśród podwładnego kleru nie widział jego naśladowców, a Mieszko nie może wzorem ojca i dziada siłą wymuszać posłuchu kościelnym przepisom, gdy zewsząd groźby zawisły nad krajem. Hipolit miał w świeżej pamięci niedawną koronację Chrobrego, nieprzeliczone tłumy z zapałem witające orszak koronacyjny burzą okrzyków. Teraz tylko przytłumiony szmer, a potem zbliżający się pomruk zwiastował, że książę wyruszył już z nowego dworca na Panieńskim Wzgórzu. Mimo że po raz pierwszy od dnia śmierci Bolesława, uczta dla pospólstwa, zakończyć miała koronacyjne uroczystości, dymy ognisk płonących na Żuławach i Słomiance, przy których pieczono mięsiwa, mieszając się z mgłą, tłumić zdały się radości wesołego z usposobienia, skłonnego do zabaw i pieśni ludu.

Arcybiskup z asystą zbliżył, się do wejścia, by powitać parę książęcą, po czym powiódł ją do zakrystii, by zgodnie z ceremoniałem przybrać w białe szaty do namaszczenia. W przyległej od północnej strony kaplicy spoczywały, zwłoki, umiłowanej mąłżonki Bolesława, Einnildy. Mieszko skierował się do grobu matki i ukląkłszy pogrążył się w zadumie.

Emnildzie, w znacznej mierze, zawdzięczał ojciec, miłość ludu, umiała koić gniew małżonka, hamować jego porywczość, przy jej boku, w rzadkich chwilach wypoczynku znajdował spokój, tkliwą troskliwość i odprężenie.

Nic z tego nie przyniosła Mieszkowi Rycheza. W miarę pożycia, miast przywiązania, niechęć wzrastała między małżonkami. Po śmierci ojca, Mieszko zerwał ostatnią nić, jakaich jeszcze łączyła. Niedawno Rycheza, uczestniczyć musiała w innej uroczystości, która przekreślała jej rachuby, że kiedyś imieniem syna rządzie będzie, w Polsce. Na rozkaz Mieszka zgolono jego jasną główkę, a ojciec owinąwszy ręce pacholęcia zdjętym z ołtarza obrusem oddał je w ręce międzyrzeckiego opata, który włożył na Kazimierza benedyktyński habit i wyprowadził go za klauzurę. Rychezę bolała nie tylko rozłąka z synem, ale i jej duma i żądza władzy. Nie ma już Kazimierza, jest przeznaczony na mnicha Karol, pozbawiony praw dziedziczenia po ojcu. Należne mu miejsce przy koronacji Mieszka zajmuje bękart po nałożnicy. W głosie Rychezy brzmiała nienawiść, gdy podszedłszy do klęczącego małżonka syknęła:

- Nie pora na wspominki. Czekają!

Mieszko dźwignął się z tłumionym westchnieniem i razem weszli do kościdła. Gdy Hipolit przystąpił do ołtarza i rozpoczął ofiarę, Mieszko z małżonką usiedli na i podwyższeniu ndprzeciw arcybiskupiego tronu. W kościele nastąlpiło poruszenie, gdy poniżej zajęli miejsca członkowie rodziny książęcej, brat Otto, przyrodnia siostra, Matylda, córka Gertruda, Rycheza oraz syn i po Dobrochnie Bolesław.

Przebywał na dworze, od chwili gdy Kazimierza oddano do klasztoru, a jego obecność na koronacji wyraźnie wskazywała, że Mieszko w nim widzi swego następcę. Dla dostojników z książęcego otoczenia nie było tajemnicą, że to jest przyczyną najgłębszego rozdźwięku między małżonkami. Rycheza patrzyła na pasierba z nietajoną nienawiścią, on zaś odpowiadał jej zuchwałym spojrzeńiem lub lekceważącym wzruszeniem ramion.

Rycheza wrzała, a złość jej zwracała się przeciw małżonkowi, który zamyślonym wzrokiem błądził po obecnych lub popadał w zadumę tak głęboką, że księżna trącać go musiala, by wstał, gdy czytano ewangelie, lub ukląkł w czasie podniesienia. Owładnęło go przeczucie,iż niedługi żywot ściele się przed nim. Lękał się, że gdyby młodszy o lat cztery od Bolesława, Kazimierz objął, ciężkie dziedzictwo, władzę uchwyci Rycheza, której syn, potomek niemieckich cesarzy, znajdzie uznanie i poparcie w Niemczech, jakiego nie mógł się spodziewać syn Mieszkowej nałożnicy.

Mieszko i tego był świadomy, ale wiedział też, czego nie wiedziała lub lekceważyła Rycheza, że dla prostego, na póły pogańskiego ludu nie ma różnicy, czy syn pochodzi z pobłogobławionego, przez Kościół związku, czy nie. Jest pierworodnym i wedle słowiańskiego obyczaju on będzie głową rodu. Ale Mieszko pamiętał, że sam nie jest pierworodnym. Pamiętał o tym i zmarły ojciec. Wiele trudu i krwi kosztowało zjednoczenie państwa podzielonego przez wielkiego Mieszka. Nauczony własnym smutnym doświadczeniem, Bolesław całość chciał przekazać starszemu synowi Emnildy, dlatego usunął pierworodnego po Węgierce, Bezpryma. Syn wygnanej małżonki, od dzieciństwa zepchnięty w cień, pozbawiony nawet macierzyńskiej opieki i czułości, rósł w poczuciu krzywdy i nienawiść swą zogniskował na ojcowym ulubieńcu. Mieszko pamiętał, że Bezprym, już jako wyrostek, w czasie walki Bolesława z macochą Odą zdradził jej synowi miejsce pobytu Emnildy i jej dzieci, co mogło pociągnąć nieobliczalne skutki. Emnilda ukryła to przed małżonkiem, lękając się, że w słusznym gniewie gotów rozlać krew własnego syna. Ale zdziczały jego potomek nie usiłował nawet taić swej nienawiści do Mieszka i ojciec kazał w dalekim klasztorze zgolić jego czarną, kędzierzawą czuprynę opadającą na złe oczy, by tam w zaostrzonej regule benedyktyńskiej nauczono go milczenia i posłuchu.

Milczeć Bezprym umiał, jak jednak przewidywał Mieszko, słuchać nie miał zamiaru. Zaledwie doszła go wieść o śmierci ojca, zbiegł z klasztoru i znalazł schronienie u węgierskiego krewniaka Stefana. Tak więc jedyny naturalny sprzymierzeniec Polski stał się teraz jej wrogiem. Mieszko nie wątpił, że Stefan poprze roszczenia Bezpryma do polskiego tronu w zamian za kraje zakarpackie. Ostatnia spokojna granica stała się niepewna, dokonało się okrążenie. Na zachodzie dziedzicznego wroga chwilowo tylko obezwładniają wewnętrzni przeciwnicy, lotaryński Fryderyk i Mieszkowy teść Ezzo. Zerwanie z Rychezą nie usposobi go przychylnie do zięcia. Po wyjeździe Ody nie liczyć też na swojacką życzliwość miśnieńskiego Hermana. Na wschodzie stałą kością niezgody z Rusią są Grody Czerwieńskie. Gdy dziad Mieszko walczył na Morawach, zajął je Włodzimierz, po śmierci dziada zająć usiłował Jarosław, gdy Bolesław walczył z macochą, teraz najechał je ponownie, licząc na wewnętrzny zamęt. Tym razem przeliczył się, ale groźba pozostała. Zawisła i na północy, duński krewniak po Świętosławie, Kanut na wieść o śmierci wuja Bolesława zawarł z pośrednictwem hamburskiego arcybiskupa Unwana przymierze z Konradem przeciw Polsce.

Chmurne spojrzenie Mieszka spoczęło na głowie brata Ottona, jakby z zapytaniem, czego może się od niego spodziewać. Nigdy nie byli z sobą zżyci. Otto prowadził na dworze lekki żywot, dotychczas nie zdradził się z chęcią odmiany, ale też nie czekać od niego pomocy czy wyręki. Wbrew obyczajowi ojciec nie wyznaczył mu nawet dzielnicy czy bodaj grodu. Nie chciał widocznie, by Otto zakosztował choć smaku władzy. W gronie najbliższej rodziny, w tłumie dworskich i kościelnych dostojników Mieszko poczuł się ogromnie samotny. Ojciec w pierwszym, trudnym okresie panowania miał pomocników i doradców doświadczonych, obrotnych i pewnych, którym zaufać mógł w każdym położeniu. Nie przeżył go żaden z nich, ani opat Tuni, ani krewniacy Stoigniew i Sobiesław. Mieszko zamyślonym spojrzeniem wodził po zebranych, jakby wśród nich szukał takich jak tamci następców. Nie widział ich, niewielu nawet zda się rozumieć położenie. Duchowieństwo od króla wyczekuje pomocy, zawodowe rycerstwo nowych nadań i przywilejów, a prosty naród darmo serc swych nie odda. W jego milczeniu kryje się nieufność.

Mieszko zatopił się w zadumie tak, że Rycheza znowu trącić go musiała, gdy Hipolit skończył mszę i zwrócił się ku parze książęcej, wzrokiem przyzywając ją. Przy nim stanęli dwaj biskupi ująwszy miecz koronacyjny i włócznię św. Maurycego. Do podwyższenia przystąpili palatyn Michał Awdaniec i miecznik Mszczuj Jastrzębiec, by towarzyszyć księciu do ołtarza. Chwila kłopotliwego milczenia skończyła się, gdy Mieszko jak przebudzony ze snu szybko podszedł do arcybiskupa, nie spojrzawszy czy towarzyszy mu Rycheza. Ruszyła za nim i oboje uklękli, przed Hipolitem, który udzielił im sakramentu ołtarza, po czym wśród przewidzianych porządkiem koronacyjnym modłów, namaścił olejem świętym, a wręczywszy Mieszkowi miecz i włócznię, koronę włożył mu na głowę, okrył go purpurowym płaszczem i na podaną przez trzemeszeńskiego opata Ewangelię odebrał od Mieszka przysięgę koronacyjną.

Mieszko ślubował ochronę wdów, sierot i duchowieństwa, wierność Kościołowi, przestrzeganie praw i obyczajów chrześcijańskich, a jednocześnie myślał o tym, że oznacza to nadal stosowanie przymusu, obciążanie ludu daninami i świadczeniami, gdy wszystkie siły i zasoby niezbędne będą do ochrony zagrożonych zewsząd granic.

Zakończywszy obrzędy koronacyjne arcybiskup ujął Mieszka za rękę i zaprowadził go do stojącego przy wejściu do bocznej kaplicy pozłocistego tronu. Ongiś zasiadał na nim Karol Wielki i na nim spoczęły jego zwłoki w podziemiu akwizgrańskiej katedry. Otto III zakłócił wieczny odpoczynek odnowiciela cesarstwa rzymskiego, wywołując zgorszenie, które przeszło we wzburzenie, gdy zabrany z grobowca tron ofiarował Chrobremu - widomy znak, że w nim upatrzył sobie następcę, gdy, jak zapowiadał, złoży cesarską koronę, by pójść za Chrystusem. Nie bez podstaw nagłą jego śmierć w kwiecie młodości przypisywano truciźnie, która położyła kres mrzonkom o państwie pokoju. Kilkunastoletni okres wojen lub przygotowań do nich wypełnił młodość Mieszka. Wiedział, że wypełnią i jego męski wiek. Samotnie przyszło mu dźwigać brzemię nad siły, nie ma i go z kim podzielić, a przede wszystkim nie ma ojca, którego samo imię budziło u wrogów strach.

Mieszko zasiadł na tronie, obok niego miejsce zajęła Rycheza i przystąpiono do składania hołdu. Pierwsi złożyli go duchowni dostojnicy, po czym odeszli do zakrystii, by zdjąć szaty pontyfikalne. W kościele wszczął się ruch, gdy do tronu zbliżyli się świeccy, starszyzna co możniejszych rodów. Mieszko skinął na Bolka, który przyklęknawszy przed nim ucałował podaną mu dłoń i nie rzuciwszy nawet okiem na wyciągniętą ku niemu rękę Rychezy zszedł z podwyższenia, odprowadzony jej złym spojrzeniem. Nie uszło to uwagi obecnych, jak również wymuszony uśmiech, który rozjaśnił jej surową twarz, gdy z kolei Otto złożywszy hołd bratu ucałował dłoń królowej. Zaczyn rozdwojenia w samym domu królewskim był jawny, starzy, którzy pamiętali wojnę domową po śmierci budowniczego państwa, z troską myśleli, że gdyby Mieszka nie stało; walka o władzę powtórzy się. Ale wówczas do zwycięskiego końca doprowadził ją Chrobry, mając za sobą niemal cały naród. Czego można się spodziewać po wyrostku, który już obecnie wyzywa Rychezę pogłębiając jeszcze rozdźwięk między małżonkami. Jej łatwiej przyjdzie niż ongiś Mieszkowej Odzie znaleźć poparcie w Niemczech, za które zapłaci krwawo wywalczoną niezależnością.

Zgotowana dla dostojników uczta w wielkiej świetlicy nowego dworca zrazu raczej stypę przypominała. Rycheza, w swej sztywnej od złota szacie, siedziała milcząca, ostrym spojrzeniem mrożąc tu i ówdzie podnoszący się gwar, gdy wino i miód, rozgrzewać zaczęły zwarzony nastrój. Mieszko cicho rozmawiał z siedzącym po jego lewicy arcybiskupem, z roztargnieniem słuchając o jego troskach, zajęty własnymi.

Nastrój ożywił się nieco, gdy Rycheza nie czekając nawet, by skończono obnosić potrawy, wraz ze swym dworem opuściła biesiadę, a wkrótce po nich wyszło duchowieństwo. Gwar nasilił się, ale ucichł, gdy wstał palatyn Michał i zwrócił się do Mieszka:

- Nie sumujcie się, miłościwy panie, bo od tego nikomu trosk nie ubyło. Przydzie zwykły dzień, pora będzie uradzać, jak je rozgonić. Ninie wasze święto, jakie raz jeno bywa za żywota i jeno niewielu dane. Nawet przesławnej pamięci rodzic wasz dopiero u kresu swego żywota skronie uwieńczył koroną. Tedy radować się nam tym co dzisia, bo dzień każdy to jakoby żywot osobny, jednego dnia słońce świeci, wtorego burza lubo słota. Wiemy, że nielekkie to brzemię, jakie wam rodzic ostawił, ale ostawił takoż nasze serca i nasze miecze. Wżdyśmy z wami społem przeprawy bronili pod Krosnem, Miśnię oblegali, potem zasię żagiew i miecz ponieśli do Czech, wiecie, że nam ufać można, jako i my wam ufamy.

Mieszko życzliwie spojrzał na młodego palatyna. Z rodu był Awdańców, wiernego Piastom od pokoleń, z wojny wyrósł i dla wojny, innego żywota nie pragnie, ale nie rozumie, że krajowi pokój potrzebny, by dzieło przodków utrwalić. Tak myślał i wielki Bolesław w dniach gnieźnieńskiego zjazdu, które nadzieję budziły na pokój w całym chrześcijaństwie, i dlatego Mieszka kształcić kazał w obcych mowach i piśmie. Miast pokoju jednak długotrwałe wojny, które choć zwycięskie, wyczerpały kraj, a teraz burze nadciągają ze wszystkich stron. Mieszko westchnął i odparł:

- I zwycięstw może być za wiele, a nic po nich temu, kto legnie.

- Żywi naród i rody - przerwał palatyn. - Legł dziad mój, trzech synów ostawił, legł rodzic, takoż trzech nas po nim ostało. I ja niebawem na weselisko was poproszę, gdy nieskoro wojny można się spodziewać. Rusinowi jużeśmy drogę do dom pokazali i zakładników mamy w ręku, Konrad do Rzymu ruszył po cesarską koronę, a niemiecką cieść wasz dzierży, tedy jest i nie jest Konrad niemieckim królem i doma trosk ma zadość; duński zasię krewniak wasz nie po to z nim przymierze zawierał, by się samemu z nami zwodzić. Słychać zresztą, że się po norweski tron zbiera, tedy nie do nas mu droga. Jak to u nich się dzieje "więcej wrogów, więcej chwały", tedy ich sobie szuka po świecie. Nie sumujcie się przeto, miłościwy panie, gdy radować się pora i nie psowajcie sobie, i nam święta. Na pomyślność!

Biesiadnicy poderwali się z miejsc i z kubkami w ręku jęli się cisnąć do króla przypijając do niego z życzeniami. W świetlicy zapanował ożywiony gwar, pachołkowie nie mogli nadążyć ż napełnianiem kielichów. Mieszko pił, ale napitek nie wyparł chmurnych myśli. Mieczom, o których mówił Awdaniec, może zaufać; wprawne i wypróbowane w długoletnich bojach. Ale drużyna to jeno drobna część narodu, dla miej wojna jest źródłem korzyści i wyniesienia ponad resztę ludu, którego serca zgoła nie był pewny. Przypijał do towarzyszy biesiady, a myślą bawił przy gromadach pospólstwa, ucztującego pod gołym niebem. Dla nich wojna nie jest źródłem korzyści, nawet pomyślna, a za niepomyślną im pierwszym płacić przychodzi, mieniem i życiem, lub wolnością.

Wiedział, że daleko jeszcze do tego, by prosty człowiek zrozumiał, że najgorszy własny pan lepszy od obcego, że Kościół ład i porządek wnosi. Dobrze pamiętał zapał, z jakim w ojcu witano króla, ale wiedział, że i jemu lud serca nie oddał darmo, a on sam nie będzie miał czym za nie zapłacić.

Niechęć do Niemki, Ody Mieszkowej i jej potomstwa była przyczyną, że Chrobry od początku miał po swej stronie większość narodu. Kazimierz też jest synem Niemki i to było nie ostatnią z przyczyn, dla których Mieszko nie jego postanowił uczynić swym następcą.

Gdy biesiadnicy wrócili na swe miejsca, Mieszko wodził po nich zamyślonym wzrokiem, jakby szukał między nimi takich, którzy pomogą mu znaleźć wyjście z groźnego położenia, jakie stworzyła przedwczesna śmierć Chrobrego, dając wrogom sposobność do pomszczenia poniesionych klęsk i powetowania strat. Doświadczenie mówiło Mieszkowi, że nie może czekać, aż wrogowie uporają się z własnymi sprawami i porozumią się, by jednocześnie uderzyć. Każdemu z osobna czuł się na siłach sprostać, ale wszystkim naraz nie podoła. Przez chwilę spojrzenie Mieszka zatrzymało się na jedynym z dworzan Rychezy, który nie wyszedł wraz z nią. Mieszko nie wątpił, że Embricho wzorem Awdańeów i Łabędzi zamierza w Polsce ród swój założyć, nauczył się języka, pojął Dobrawę z rodu Wieniawów, która dała mu potomstwo. Może być przydatny w Niemczech, gdzie i Chrobry umiał pozyskać szczerych czy kupionych przyjaciół. Stamtąd grozi największe niebezpieczeństwo i tam naprzód uderzyć należy, póki się Konrad z wewnętrznymi przeciwnikami nie uładzi, a sprzymierzony z nim Kanut upora się z Norwegią. Ale i bez niego północnej granicy nie można zostawić bez osłony przed dokuczliwym sąsiedztwem Prusów i sprzymierzonym z nimi pomorskim pogaństwem. Poskromiona przez Chrobrego Jaćwierz również wykorzystać może sposobność, by zrzucić zależność. Od śmierci Sobiesława, którego sprężysta i sprawiedliwe rządy zapewniały ład wewnątrz i spokój od sąsiadów, nie było na Mazowszu człowieka, który by zdołał go zastąpić.

Zamyślone spojrzenie Mieszka spoczęło na Mojsławie. Chrobry, który znał się na ludziach, wyróżniał go już jako młodzika, dla jego męstwa i obrotności. Szybko postępował w dostojeństwach zarówno wojskowych, jak ostatnio dworskich. Z mazowieckiego rodu Doliwów, niezbyt możnego, i ale spowinowaconego z potężnymi Pałukami i Leszczycami, bez wątpienia zamierza im dorównać lub nawet przewyższyć. W godności cześnika łatwo go będzie zastąpić, natomiast Mieszko nie widział zdatniejszego następcy zmarłego rzadcy Mazowsza.

Powziął postanowienie, z wykonaniem jednak wolał zaczekać. Mojsław może być jeszcze gdzie indziej potrzebny, na uczcie rozważać nad tym nie pora. Wesołość biesiadników przechodziła w rozpasanie, które raziło króla. Nie chciał jednak psuć zabawy towarzyszom, dawno nie ucztowali i nieprędko znowu ucztować będą. Wstał na znak, że chce do nich przemówić, a gdy gwar przycichł, zaczął:

- Bądźcie sobie radzi, jako ja rad wam jestem. Palatyn Michał prawie rzekł, iże dzień każden sobie, tedy ucztujcie choćby do nowego, ja zasię ninie was pożegnam, bo jako za ojców bywało, i z prostym ludem chlebem się przełamać i przypić przystoi, za życzliwość podziękować, jako i wam pięknie dziękuję. Ostajcie z Bogiem. Skiął na szatnego Chocimira i żegnany okrzykami wyszedł kierując się do komnat od zachodniej strony dworca, gdzie gwar uczty ledwo dochodził. Zrzucił płaszcz koronacyjny podbity gronostajami, zdjął koronę i otarł spocone czoło. Przez chwilę siedział w milczeniu, najchętniej pozostałby sam. Znużony się czuł, ale wiedział, że dla niego nie ma wypoczynku. Zwrócił się do Chocimira mówiąc:

- Podaj mi jakę i zawołaj komornika, który tam jest pod ręką.

Zdjął sięgającą do kostek szatę haftowaną złotem i perłami, włożył krótki kaftan z ciemnego sukna, bez żadnych ozdób, a gdy zjawił się szatny w towarzystwie komornika, Mieszko wskazując na koronę i szaty koronacyjne powiedział:

- Odnieś to skarbnikowi.

Zwracając się zaś do komornika zapytał:

- Gdzie królowa?

Komornik patrzył, jakby nie rozumiał pytania. Dotychczas królową nazywano Odę, a wiadomo było, że wyjechała, Mieszko domyślił się, co w błąd wprowadza komornika i dodał z pewnym zniecierpliwieniem: - Małżonka moja.

- Iście tak - powiedział zmieszany komornik. - Miłościwa pani tylko co wraz ze swym dworem wyjechała do Poznania.

- A królewic?

- Wżdy z wami biesiadował - odparł komornik zdziwiony sądząc, że Mieszko pyta o brata.

- Nie o to pytam, co wiem - już gniewnie powiedział Mieszko. - O królewica Bolka!

- Poszedł. Zda mi się na Żuławy.

Mieszko zmarszczył się. Zamierzał wraz z Bolkiem obejść ucztujący lud, by i on przywykł widzieć w nim królewskiego syna i następcę. Ten syn stał się jedną troską więcej, a co gorsze, Mieszko sam czuł się winien, że wyrostek, który wkrótce mężem już będzie, zuchwały jest, niekarny i ani nie chce, ani nie umie dostosować się do swego nowego stanowiska. Nie mógł Mieszko jednak zaprzeczyć przed sobą, że nie wziął Bolka wcześniej na dwór, by nie doprowadzić do zerwania z Rycheza, a przez to utraty w jej ojcu sprzymierzeńca w Niemczech. Teraz nie tylko utraci sprzymierzeńca, ale napyta wroga. Rycheza nie daruje, że jej syna Mieszko oddał do klasztoru, a nieprawego wyznaczył swym następcą. Co gorsze nieprzezorny młokos wyzywającym wobec niej zachowaniem naraża się na niebezpieczeństwo. Znając jej pychę Mieszko lękał się, iż zechce ona pozbyć się znienawidzonego pasierba.

Ta myśl przejęła go nagłym niepokojem. Nie ma lepszej sposobności pozbycia się niepożądanego współzawodnika niż w podpitym tłumie pod pozorem pijackiej bójki. Wprawdzie Bolko nie jest ułomkiem, nie chowany pod matczyną zapaską, ale w lesie, a straże miały pilnować spokoju wśród biesiadujących. Same jednak niewątpliwie zaglądają do kubków, a niewiele czasu potrzeba, by ubić jednego człeka, zanim bójkę zdołają zauważyć lub jej zapobiec.

Mgła podeszła w górę, dzień uczynił się chmurny, zbierało się na deszcze. W dolinie nad świętym Jeziorem snuły się jeszcze dymy w stojącym powietrzu, ale ogniska już gasły. Biesiada miała się ku końcowi, tłumy przy zbitych z tarcic stołach rzedły, mniejsze gromadki odpływały już, jedne do grobli nad Jelonkiem, inne drogą na przesmyk między jeziorami Winiarskim i Bielidłem. Pachołkowie ze służby zbierali statki, wszędzie panował gwar i zamęt.

Mieszko nie myślał już o tym, by podzielić się chlebem z pospólstwem. Chciał jeno pokazać się z Bolkiem, ale darmo wypatrywał go w tłumie. Napotkany dziesiętnik straży na zapytanie o Bolka odparł:

- Wżdy go nie znam, miłościwy panie.

Mieszko zrozumiał, że z opisu nie dopyta się o syna. Jeśli miał na sobie bogaty strój, w którym brał udział w koronacji, dziesiętnik powinien go zauważyć. Zapytał przeto jeszcze:

- Spokoju nikam nie zakłócono?

- Jak to przy napitku - odparł dziesiętnik. - Poswarzą się, potem zapiją. O nijakiej bitce nie słychać.

Mieszko uspokoił się nieco, ale gniewny był. Kazał Bolkowi czekać na siebie, a niesforny młokos nie usłuchał. Póki do lat nie dojdzie, należałoby wyznaczyć mu piastuna, który by potrafił wdrożyć go do nowych dla niego warunków i obowiązków.

Mieszko ruszył z powrotem do dworca, tu i ówdzie witany pokrzykiwaniem, ale nie zatrzymał się. Zamierzał jechać wraz z synem do osady na Lednickie Jezioro, by tam spędzić noc i niecierpliwiło go, że czekać mu przychodzi na niesfornego wyrostka. Służbowemu komornikowi zlecił wprowadzić Bolka, gdy tylko wróci, a sam usiadł w swej izbie na wyścielanej ławie i głowę oparłszy na dłoni przymknął oczy i czekał, bardziej przygnębiony niż gniewny. Jemu nigdy i na myśl nie przyszło, by nie posłuchać ojcowego rozkazu, nigdy też nie spotkał się z brakiem posłuchu u Kazimierza. Oddał go mnichom, by Bolka uczynić swym następcą. W tym dojrzewającym już synu spodziewał się znaleźć wkrótce nie tylko wyrękę, ale przywiązanego powiernika. Na razie osiągnął rozłam w najbliższej rodzinie. Tęgi nad wiek, zuchwały i bitny Bolko zdał mu się zdolniejszy niż Kazimierz, by sprostać trudnemu położeniu, w jakim znalazła się Polska. Teraz nachodziły Mieszka wątpliwości czy nie za późno, by znarowionego młokosa wdrożyć do obowiązków. Co gorsza, nie wątpił, że Rycheza nie daruje Bolkowi uczynionej jej ujmy wobec zgromadzonych najwyższych dostojników kraju.

Na myśl o tym króla znowu ogarnął niepokój. Dzień miał się ku schyłkowi, zapadał wczesny mrok, biesiadujące tłu my rozejść się musiały, a Bolko nie wracał. Mieszko już zamierzał wezwać komornika i zlecić, by straż poszukała Bolka po gospodach i na podgrodziach, gdy w sieni posłyszał głosy, a zaraz potem rozległo się pukanie i nie czekając na przyzwolenie wszedł Bolko. Mimo że w izbie panował półmrok, na pierwszy rzut oka Mieszko poznał, iż młodzik jest podchmielony. Popił zapewne z biesiadnikami, ale uczta dawno się skończyła i winien był wrócić. Samotne włóczenie się o zmroku, gdy i innych podpitych zapewne nie brakło, samo przez się nie było bezpieczne i Mieszko rzucił niecierpliwie:

- Gdzie się wałęsasz! Czekam na ciebie, by społem jechać do twej macierzy. Ninie późno już.

- Tedy pojedziem jutro, mnie nie pilno. A pilno wam, nie trzeba było czekać.

Mieszko zacisnął zęby, hamując gniew. Nienawykłego do karności, a obecnie podpitego wyrostka nie pora do niej wdrażać. Powiedział tylko:

- Pogadamy, gdy ci chmiel z głowy wywieje. Jeno wiedz, ani przystoi królewicowi samopas się włóczyć, ani bezpiecznie. Z czego się śmiejesz? - zapytał gniewnie, gdy wyrostek parsknął lekceważąco.

- Bo jeszcze nie nawykłem do onego królewica - odparł - i sam o swą bezpiecznóść zadbać wydolę.

Mieszko zrozumiał, że nie dogada się z pijanym. Hamując rozdrażnienie powiedział:

- Ruszaj spać! Po trzeźwemu zrozumiesz, że chełpliwość niejeden żywotem przypłacił. Ani wiesz, przed czym musisz się mieć na baczności.

- Choć i prawda, żem wypił - odparł wyrostek - żebym się nie miał na baczności, tobym tu nie stał.

Gdy Mieszko zaskoczony i zaniepokojony patrzył na niego pytająco, Bolko dodał:

- Nie wierzycie?

- Gadaj co się stało?

- Mnie nic. Jakowychś dwóch się do mnie przypięło przy napitku, a potem obiecali do dziewek zawieść na Winiary. Alem wraz pomiarkował, że mnie gdziesi na ubocze wiodą nad jezioro, gdzie nijakich dziewek nie masz. Na siłę próbowali, ale im nie wyszło.

- Co prawisz?! - Mieszko niemal pewny był, że to sprawka Rychezy. Krew uderzyła mu do głowy. Lekkomyślny młodzik nie zdaje sobie sprawy z grożącego mu niebezpieczeństwa. Małżonkę nijak ukarać, zresztą dowodu nie ma; ale jej siepaczy tak, by nie znalazła następnych. Zapytał podniecony:

- Poznałbyś onych ludzi?

- Nie oglądałem, a mrok już był - odparł Bolko lekceważąco. - Ale chcecie ich poznać, kinąłem obydwu w szuwar nad jeziorem. Niechaj i raki mają swoją biesiadę - zaśmiał się.

- Ruszaj spać! - powiedział Mieszko. Postanowił sprawdzić, czy to, co słyszał, to nie jeno pijackie przechwałki. Gdy Bolko wyszedł, zawołał komornika i rozkazał:

- Słać ludzi z psami nad Winiarskie, szuwar przeszukać.

- Czego mają szukać? - zapytał komornik, ale Mieszko uciął:

- Najdą co lubo nie najdą, bez zwłoki mi donieść, światła naniecić!

Gdy wyszedł pachołek, który przyniósł świecznik, Mieszko znów chodzić jął dokoła w zamyśleniu. Bolka należałoby ukarać, bezkarność tylko utrwalić w nim może zuchwalstwo i samowolę. Zarazem jednak obawiał się, że wyrostka nienawykłego nikogo mieć nad sobą zrazi do siebie. Nie jego wina, że od pacholęcia nie czuł męskiej ręki. Za rok już osiągnie wiek sprawny, ostatni czas wdrożyć go do posłuchu; jeśli nie za późno. Mieszko w myśli szukał człowieka, któremu by mógł powierzyć to zadanie ani łatwe, ani miłe.

Noc już zapadła, gdy znowu w sieni rozległy się głosy, a potem pukanie i wszedł komornik. Król ocknął się z zamyślenia i zapytał żywo:

- Wrócili?

- Tak. Pytają, co z tym począć.

Mieszko nic nie odrzekł, lecz ująwszy świecznik wyszedł do sieni. Na jego widok strażnicy cofnęli się i ujrzał leżące na podłodze zwłoki dwóch ludzi. Szaty ich ubabrane były mułem, pozlepiany włos ociekał wodą. Młodszy zdał się spokojnie spać z przymkniętymi oczyma, uszkodzeń widać nie było, śmierć musiała go zaskoczyć niespodzianie. Natomiast w półprzymkniętych oczach starszego zastygł wyraz przerażenia, a na szyi jego ziała straszliwa rana, już nie krwawiąca.

Mieszko przez chwilę przyglądał się zwłokom, po czym skinął na strażników i wskazując na nie zapytał:

- Znali który z was onych ludzi?

Milczeli, a gdy po chwili król powtórzył pytanie, stary dziesiętnik odparł:

- Nietutejsi. Na grodzie i podgrodziach znam każdego człeka. Przykażecie jednak, miłościwy panie, za dnia rozpytam przyjezdnych, bo wielu co z dalsza przybyłych ostało na nocleg. Jeno marchy5 obejrzeć muszą co ninie z nimi robić, bo iście tu nie ostaną?

- Pogrześć nie mieszkając i nikomu o tym ni słowa - rozkazał Mieszko i odwróciwszy się wszedł do izby.

Pora uczyniła się późna, ale sen go nie brał. Nie było pewności, czy zamach na pasierba był sprawką Rychezy. W ściągniętych zewsząd gromadach nie brakło zapewne i rzezimieszków, których znęcić mógł bogaty strój pijanego młodzika. Prawdę rzekł, że sam potrafi zadbać o swe bezpieczeństwo, skoro mimo podpicia nie tylko zmiarkował ich zamiary, ale potrafił ich zaskoczyć, tak że nie było nawet śladów oporu z ich strony. Z pewnym podziwem dla tego dzikiego syna mieszało się jednak niemiłe uczucie, jakby odrazy. Sam Mieszko dotychczas żywo miał w pamięci, gdy w walce zabił pierwszego w swym życiu człowieka, a starszy był niż Bolko. Coś się w nim wówczas przełamało, w walce nie ma miejsca na litość, ale widok okrucieństwa zawsze w nim budził to wspomnienie. Ten młodzik, może nawet w słusznej obronie, zabił dwóch ludzi, zapewne też pierwszych w swym krótkim życiu, ale raczej zdał się ubawiony przygodą, lekce ją ważąc, zarówno jak własne bezpieczeństwo. Z doświadczenia Mieszko wiedział, że czasy są takie, iż trzeba umieć zabijać, by nie być zabitym. Sam uczyć się tego musiał, a nigdy nie polubił. Bolka uczyć nie trzeba, jak drapieżny zwierz umie to z przyrodzenia.

Mimo że znużony, król długo nie mógł usnąć. Nie pozbył się podejrzenia, że zamach był sprawką Rychezy. Bolko dowiódł, że ma się na baczności i przed gwałtem potrafi obronić, ale są inne sposoby usunięcia niemiłego człeka. Jedno było pewne: gdyby Mieszka nie stało, zacznie się otwarta walka na śmierć i życie. Gdy o tym pomyślał, rad był, że łagodnego Kazimierza schronił do klasztoru. Dla niego bratobójcza walka musiałaby się źle skończyć.

Rozważania o przyszłości ustąpiły jednak bliższej trosce: co począć z niesfornym wyrostkiem, dla którego niczym jest powaga króla i ojca. By jej więcej nie wystawiać na szwank, należy go oddać w twarde ręce, które nie zawahają się sięgnąć do kar. Na myśl przyszedł królowi Przemek Gozdawa, tysięcznik jazdy stojącej załogą we Włocławku. Znał go z wyprawy do Czech, wówczas młodego setnika stałej drużyny, zbieraniny różnych żywiołów. Umiał wymusić posłuch, a mimo to lubiany był. Bolko wprawdzie lat jeszcze nie ma, ale rosły i tęgi nad wiek, niechaj pod okiem doświadczonego woja wprawia się w wojennym rzemiośle. Do tego niewątpliwie będzie zdatny, gdy nauczy się posłuchu, czas będzie i do rządów go zaprawiać.

Powziąwszy wreszcie postanowienie, Mieszko uspokoił się. Drugie kury już piały, gdy wreszcie ułożył się na spoczynek.

Mimo że król zabronił nadawania rozgłosu sprawie zabójstwa, nie dało się utrzymać go w tajemnicy i wieść o nim wkrótce dotarła do Rychezy. Że na nią padło podejrzenie, świadczyło usunięcie Bolka z dworu do Włocławka i ustanowienie piastunem wojskowego dostojnika, który potrafi mieć się na baczności. Sam zresztą Bolko dowiódł, że nie można go lekceważyć. Mimo iż cierpliwość nie należała do cnót Rychezy, postanowiła w nią się uzbroić i czekać sposobności, o tyle łatwiej, że pasierb przebywając we Włocławku przestanie ją drażnić wyzywającym zachowaniem. Z małżonkiem nie liczyłaby się, nawet jeśli miałby przeciw niej dowody, gdyby nie to, że miała przyczynę, by choć chwilowo nawiązać zerwany niemal stosunek. Do Poznania przybyły bowiem poselstwa, do niej od ojca, do Mieszka zaś od duka lotaryńskiego Fryderyka i jego małżonki Matyldy, córy Herrmana księcia Szwedów. Obydwa miały jeden cel: wciągnięcie Polski do sprzysiężenia przeciw Konradowi, dla którego pozyskano już przyrzeczenie pomocy ze strony francuskiego Roberta. Ezzo bowiem, dzierżąc prawdziwą koronę niemiecką, nie wyzbył się jeszcze nadziei, że zdoła nią ozdobić syna swego Ottona, od córy oczekiwał więc, że potrafi nakłonić małżonka do współdziałania w tym celu, a i jej dumie pochlebiałoby jego osiągnięcie. Niecierpliwie też czekała na powrót małżonka.

Mieszko jednak, jesień i zimę spędziwszy na północnym wschodzie kraju na sądach, objazdach i przygotowaniach do założenia biskupstwa w Kruszwicy, na przedwiośniu otrzymał wieść, że na granicy z Węgrami gromadzą się wojska Stefana. Ruszył przeto w górę Wisły i zatrzymał się w Krakowie, tutaj ściągając siły do odparcia spodziewanego najazdu. Nie było już bowiem wątpliwości, że Stefan zamierza Bezpryma na polski tron wprowadzić. Na zwołanej naradzie żupanów grodowych zdania były podzielone. Młodzi, tylko ze słyszenia znając wyprawy Chrobrego, na których niejeden dorobił się z łupów i nadań, domagali się, by nie czekać najazdu, lecz samym na nie przygotowanych uderzyć. Rozważniejsi radzili bronić się w grodach i w tym celu wzmocnić załogi na Morawach i Słowacji, a w polu tylko jazdą nękać oblegających. Król zdania swego nie wypowiedział, zdało się jednak, że przychyla się do obrony w krajach zakarpackich, polecił bowiem ściągnąć do Krakowa konną drużynę z Włocławka, sam zaś ruszył na objazd grodów strzegących przepraw w dolinach Dunajca i Popradu.

Przemek Gozdawa z jazdą nadciągnął, gdy trawa w dolinach już się zazieleniła. Czas był najwyższy, by powziął postanowienie, a król jeszcze nie wracał. Czekał też na niego w Krakowie poseł Rychezy, zarządca jej dworu Romer zwany Starkhar i niecierpliwił się. Królowa nakazywała mu pośpiech, nikt zaś nie umiał powiedzieć, gdzie mógłby szukać króla. Niecierpliwił się też i niepokoił Jędrzej Topór, żupan krakowski, na którego spadło brzemię wyżywienia zgromadzonych wojsk. Na przednówku sięgnąć musiał do zapasów, gromadzonych na wypadek głodu lub oblężenia, z którym wobec zagrażającego najazdu należało się liczyć. By choć w części ulżyć ciężar zaopatrzenia, wyprawił Gozdawę z jazdą za Wisłę na śląską granicę, gdzie przynajmniej o paszę dla koni nie trzeba było się starać, a gdy sprawa powrotu króla przeciągała się, na własną odpowiedzialność wysłał piesze wojska na wzmocnienie grodów na karpackiej granicy Moraw. Wprawdzie rozproszył je przez to, ale gdyby król istotnie postanowił stawić czoło najazdowi na Morawach bliżej by im było.

Mieszko wrócił niespodzianie nocą, z wiosenną burzą. Zbudzony ze snu wojewoda Jędrzej szedł go powitać i zdać sprawę z wydanych zarządzeń, niezbyt pewny, czy król je pochwali.

Mieszko zrzuciwszy przemokłe szaty posilał się przed spoczynkiem, gdy wszedł komornik z zapytaniem, czy życzy sobie niezwłocznie mówić z komesem. Król skinął przyzwalająco, a gdy ten zjawił się, odsunął naczynia i wskazawszy mu miejsce naprzeciw siebie zapytał:

- Co macie mi rzec?

Komes krótko przedstawił wydane przez siebie zarządzenia. Król słuchał zamyślony, a gdy Jędrzej zakończył pytaniem, czy każe je zmienić, odparł:

- Piesze wojska ostaną, gdzie są, jeno Gozdawie tu wracać polecę.

Jędrzej patrzył na króla zdziwiony, a nawet zaskoczony. Działania wojenne w każdej chwili mogą się rozpocząć, grody zakarpackie nie utrzymają się bez pomocy. Zdobycie Moraw i Słowacji zbyt wiele trudu i krwi kosztowało, by je oddać nie próbując oporu. Król zrozumiał widno zgorszone spojrzenie Jędrzeja, bo dodał:

- Nie o Morawy gra, jeno o Polskę. Jeśli Stefan iście Bezpryma na moim stolcu posadzić zamierzył, nie będzie się dobywaniem grodów na Zakarpaciu zabawiał, bo je od niego darmo dostanie. Krwie szkoda!

- A tanio, jeśli im nie dacie wsparcia - powiedział Jędrzej, hamując wzburzenie. - Nam zasię nietanio przyszły.

- Nie mnie to rzec - powiedział Mieszko znużonym głosem. - Jeno że społem z nimi wrogów nabyliśmy, a zadość ich bez tego. Na wszytkich sił braknie. I pospólnych mamy...

Król urwał i przez chwilę panowało milczenie. Jędrzej z niechęcią myślał, że Mieszko panowanie rozpocznie od marnowania zdobyczy swego ojca. Bolesławowi starczyło sił na dobywanie, Mieszko nie wierzy nawet, że je utrzyma. Jedyny wróg, z którym sam Chrobry zmagać się musiał długie lata, to Niemcy. O nich zapewne myśli król, mówiąc, że na wszystkich sił nie starczy, ale nie wie jeszcze, z czym przybyły poselstwa. Jędrzej podjął:

- O Niemcy, miłościwy panie, możem się nie troskać. Czeka tu na was poseł królowej z pismami od niej i księżnej Matyldy lotaryńskiej. Konrada zamierzyli zegnać z tronu. Słabo na nim siedzi, wrogów ma w swoim kraju...

- Ja takoż - przerwał król chmurnie. - domowej wojny się lękam. Bezprym nalazłby stronników.

Urwał i znowu zaległo milczenie. Jędrzej nie mógł zaprzeczyć, że obawa króla jest słuszna. Po chwili zaczął:

- Cóże się odmieni, jeśli zakarpacki kraj bez oporu na łup wydamy Węgrom?

Mieszko miał odpowiedź, ale nie chciał jej udzielić. Stefan po to wprowadzić chce a tron krewniaka, by od niego w zamian za pomoc otrzymać Słowację i Morawy, Jeśli je otrzyma bez tego, żadna mu korzyść wojna z Polską; wraz z nimi Mieszko podrzuci mu własną kość niezgody z czeskim Oidrzychem, Bezprymowi zaś zezwoli na powrót do kraju. Rodzic tyle osiągnął wydalając go, że łatwiej mu u obcych szukać poparcia swych roszczeń. W kraju można go będzie dopilnować, by się z postronnymi nie znosił.

Jędrzej, widząc, że odpowiedzi się nie doczeka, wstał i zapytał:

- Co rozkażecie, miłościwy panie, i co mam rzec posłowi królowej?

- Pisma niechaj mi nie mieszkając doręczy, samego wysłucham po nabożeństwie. Po Gozdawę słać, niechaj wraca.

Komes skinął głową i wyszedł. Mieszko długo jeszcze siedział zadumany, zanim wezwał szatnego i udał się na spoczynek.

Gdy rankiem obudził się, pachołek wraz z polewką przyniósł mu listy Rychezy i Matyldy. Nie potrzebował czekać na któregoś z duchownych, by mu je odczytał, pismo bowiem nie było mu obce, zarówno jak mowy. Rycheza pisała po niemiecku, krótko zawiadamiając, że w ważnych sprawach, których nie da się omówić przez posły, obecność Mieszka w Poznaniu jest niezbędna.

Gdyby samo przybycie posłów Ezzona i Fryderyka nie pozwalało królowi domyśleć się, jakie to ważne sprawy ma na myśli Rycheza, pismo księżnej Matyldy pomogłoby mu odgadnąć. Pisała po łacinie, wielce pochlebnie, zachwalając wykształcenie Mieszka jak i jego działalność dla szerzenia i umocnienia wiary. Od pochlebstw jednak ważniejszy był ustęp, który Mieszko zrozumieć musiał jako przynętę do wzięcia udziału w sprzysiężeniu przeciw Konradowi. Pisała bowiem: "Deus omnipotens, cuius constitutione regali diademati coronatus est, ipse tibi spacium vitae, palmamque yictoriae largiendo, cunctis efficiat hostibus tottiorem" (Bóg wszechmogący, którego zarządzeniem ukoronowany zostałeś królewskim diademem, udzielając ci okresu żywota i palmy zwycięstwa, uczyni cię pilniejszym od wszystkich nieprzyjaciół).

Czytając król uśmiechnął się gorzko. Oznaczało to, że w razie powodzenia spisku przeciw Konradowi sprzysiżeni uznają ważność koronacji, a tym samym niezależność Polski od cesarstwa. Wiedział zaś, że, jak Chrobry, niezależność zawdzięczać może albo sile własnej, albo słabości Niemiec. Dlatego walka o niemiecką koronę na rękę mu i nie zamierza przyczynić się do jej rozstrzygnięcia. Daleko do tego, by silniejszym być od wszystkich nieprzyjaciół. Z pochlebstw Matyldy jedno tylko odpowiada prawdzie: może Boga chwalić w pięciu językach. Ważniejsze jednak, że dzięki ich znajomości oraz pisma nie jest zależny od swego kanclerza biskupa Gompona, ale także nie rozumiany i osamotniony w środowisku, które zabawianie się księgami uważa za zniewieściałość niegodną męża i wojownika. Lata minęły od czasu walk z Niemcami, coraz ubywa towarzyszy bojów, którzy znali zarówno osobiste męstwo Mieszka jak i biegłość jako wodza. Młodzi, wzorem tamtych, chcieliby w walkach dorabiać się dostojeństw i majętności, za gnuśność będą uważać, że król wojen unika.

Myśl o tym miała gorzki posmak, ale król nie da powodować się wbrew rozsądkowi chciwym przygód i zdobyczy młodzikom, a tym mniej żądzy wyniesienia krewniaków Rychezy. Trzeźwo oceniał położenie, pochlebstwa Matyldy w niczym nie wpłyną na jego postanowienie.

Po rannym nabożeństwie polecił wezwać posłańca i krótko oznajmił mu, że do Poznania zjedzie w swoim czasie, gdy pozwolą na to sprawy, które go trzymają na południu. Jak się okazało, Romer był nie tylko posłańcem dla doręczenia listów, ale rzecznikiem Rychezy, powiedział bowiem:

- Królowej znane są już powody, które waszą miłość skłoniły przybyć do Krakowa. Mniema jednakowoż, że zlecić możecie zastępstwo któremukolwiek z wojewodów, gdy w Poznaniu pilnie waszej miłości wyczekują posłowie w sprawach, które od waszego jeno zależeć mogą postanowienia. I niechaj mi wolno będzie przypomnieć, miłościwy panie, że przodkowie wasi zawżdy starali się mieć w Niemczech przyjaciół i popleczników. A cóż może być dla was większą korzyścią niźli szurzym na cesarskim i niemieckim tronie?! Nawet gdyby nieobecność wasza tutaj mogła być strat przyczyną, powetujecie je z nawiązką.

Mieszka drażnił ten zausznik Rychezy, który mimo iż od lat kilkunastu jadł polski chleb, nie nauczył się jeszcze mowy. Nie chciał jednak na skutek tego zdradzać, co istot nie zamierza i odparł obojętnie:

- Donieś królowej, co rzekłem, pisma nie będzie. Posłowie, jeśli mogą, niech czekają. Możesz odejść.

Nie odpowiedział na pokłon Romera, odwrócił się i wyszedł do świetlicy. Pożywiwszy się, polecił wezwać komesa Jędrzeja i wraz z nim obszedł gród, umocnienia, stajnie, lamusy, spichrze, pomieszczenia i kuchnie załogi, po czym kazał sobie osiodłać konia i z jedynym tylko pachołkiem ruszył do przewozu na Stradom. Przeprawiwszy się za Wisłę puścił się w skok drogą na Tyniec, którą winien nadciągnąć Gozdawa. Zdawał sobie sprawę, że mimo zaleconego mu pośpiechu nie mógł jeszcze nadążyć, ale niecierpliwiło króla czekanie, a pogodny dzień wiosenny zachęcał do jazdy. Pachołka na gorszym koniu zostawił daleko za sobą. Chciał być całkiem sam, a nieczęsto trafiała się po temu sposobność. Od śmierci ojca nie miał ani chwili beztroskiego wypoczynku, wzrastająca z wiekiem nieufność do ludzi nie pozwalała wyręczać się w załatwianiu nawału spraw i oderwać od nich myśli. Odbierając Dobrochnie syna miał nadzieję, że w nim znajdzie nie tylko następcę, ale wkrótce i zaufanego pomocnika. Wojownikiem będzie niewątpliwie, ale takich nie brak. Nachodziły go wątpliwości, czy będzie tym, czym sam Mieszko był dla ojca. Może Przemek Gozdawa potrafił go uchodzić. Jeżeli za późno, sam Mieszko winien. Trudno o to winić Dobrochnę czy starego Stańkę, że okiełznać nie zdołali rozhukanego młodzika.

Mieszko zadumał się smutno. Nie z własnej woli porzucił umiłowaną niewiastę wraz z synkiem. I teraz znowu nie wiadomo, jak długo czekać jej przyjdzie na niego, choć gdyby mógł bodaj na jakiś czas zrzucić z siebie brzemię obowiązków, nie czekałaby ni dnia. A może nie doczeka wcale. Spocząć można tylko po zwycięstwie; "silniejszy od wszystkich wrogów"! Może od każdego z osobna, jeno od walki sił nie przybywa.

Droga wijąca się wśród bagien i rozlewisk wiślanych wybiegając na lesiste wzgórza rozdwajała się jedną odnogą na Skawinę, drugą do tynieckiej osady. Na rozstaju Mieszko zatrzymał konia, by poczekać na pachołka i w tej chwili ujrzał nadjeżdżających z naprzeciwka dwóch jezdnych. Gdy zbliżyli się, w jednym z nich z pewnym zdziwieniem poznał Przemka Gozdawę, którego nie spodziewał się ujrzeć tak prędko. Nadjeżdżający widocznie również poznali króla, zeskoczyli bowiem z koni i ująwszy je przy pyskach pieszo zbliżali się. Mieszko też ruszył i podjechawszy, na pozdrowienie Gozdawy łaskawie odpowiedział i dodał:

- Rad jeśm, iżeś tak skoro pośpiał na wezwanie, raniej niż się mogłem spodziewać. Drużyna rychło dociągnie?

- Ino patrzeć - odparł Gozdawa. - Na wezwanie nie czekałem, bo są wieści z Moraw - wskazał na towarzysza. - Zaczęło się.

Sądził, że król wypytywać zacznie, ale Mieszko zawrócił konia i skinąwszy na Przemka, by mu towarzyszył, kłusem ruszył z powrotem. Przemek doskoczył w siodło i podążał za królem. Po chwili Mieszko przeszedł w stępa, a gdy się zrównali, zapytał:

- Bolko gdzie?

- Ostał we Włocławku - odparł Przemek zaskoczony, sądził bowiem, że mówić będą o czekającej ich wyprawie. Widząc, że król zmarszczył się gniewnie, dodał:

- Wżdy nieletni jeszcze, a na wojnę ciągniem.

- Nie wiem, zali na wojnę - odparł Mieszko - a po tom cię jego piastunem ustanowił, byś go do karności wdrożył i takowego żywota, jaki mu wieść przyjdzie, ninie zasię sposobność po temu.

- Wybaczcie, miłościwy panie - rzekł Przemek - ale nijak mi to z przywodzeniem drużyny pogodzić. Zechciejcie mnie przeto z jednej powinności zwolnić.

Król patrzył pytająco na Przemka. Nie bez ważnej przyczyny chce się uchylić od zadania, którego by mu niejeden pozazdrościł. Gdy Przemek milczał, Mieszko zapytał:

- Jeśli iście pogodzić nie wydolisz, co byś wybrał?

- Zwolicie mi wybierać, ostać wolałbym, czym raniej byłem. Znam swoich ludzi, umiem radzić sobie z nimi...

- Znasz i radzisz sobie z tysiącem chłopa. Wżdy łacniej poznać i poradzić sobie z jednym. I korzystniej, bo i mojej wdzięczności możesz być pewien, i on kiedyś wdzięczen ci będzie, gdy go zaprawisz, jak posłuch wymóc, gdy mu kiedyś właść objąć przydzie.

Gozdawa milczał zmieszany, Mieszko zaś ciągnął:

- Wiem, że trudno łoszaka do wędzidła wdrożyć, gdy już twardy w pysku. Alić wiem, że rękę takoż twardą masz i nie jeno podrostków wydoliłeś okiełznać. A łacniej w drużynie, gdy przykład ma karności i posłuchu.

Gozdawa milczał nadal, Mieszko po chwili dodał:

- Widzę, że ci niesporo mówić, jako że o moim synu i następcy. Gadaj otwarcie, może społem uradzimy jako z nim postępować, bo wiem, że łatwy nie jest. A jeśli nie, nie będę cię przymuszał, ale wiedzieć chcę, czemu zrzucić się chcesz z onego zadania.

- Sami wiecie, miłościwy panie - zaczął Gozdawa - że łacniej zły przykład niźli dobry najdzie naśladowców i że kto rozkazywać ma, raniej posłuchu winien się nauczyć. Królewic nijakiego posłuchu znać nie chce, trudno zasię płazem puścić, za co inny za końskim ogonem by pojechał, a czasu wojny łbem zapłacił.

Król słuchał zachmurzony. Zdał się namyślać, a po chwili rzekł:

- Służy piastunowi prawo kary. Gdy Bolko do rozumu dojdzie, uzna, że bez posłuchu nie masz ładu ni prawa. Ktości go do niego wdrożyć musi. Jako rzekłem, nie będę cię przymuszał, jeno się głowię, komu to zlecić.

- Jeśli radzić wolno, miłościwy panie, sami weźmijcie syna pod siodło. Co człek zniesie od rodzica, nie zniesie od obcego. Bolko setnika pobił, gdy mu jeno zagroził sprawieniem łaźni, i jeszcze zapowiedział, iż mu nie zapomni. Któże się zechce narazić temu, co kiedyś po was właść objąć ma?

Mieszko nic nie odrzekł; zdał się namyślać. Gozdawa zdziwiony był, że król nie pyta o nowiny z Moraw. Ustanowienie nowego piastuna dla Bolka i tak odłożyć trzeba do zakończenia wyprawy. Wojna ze Stefanem pilniejsza; jeno co król miał na myśli podając w wątpliwość, czy nawojnę przyjdzie? Gdy milczenie się przedłużało, Przemek nie wytrzymał i zapytał:

- Nie zechcecie, panie, wysłuchać posłańca wojewody? Skarbek nie ostoi się bez rychłej pomocy. Źle jest!

- Źle jest! - powtórzył król zadumany. Co innego musiał mieć na myśli, skoro o położenie na Zakarpaciu jeszcze nie zapytał. Po chwili jakby się ocknął i dodał:

- Pospieszajmy! W Krakowie uradzim, co poczynać. Puścił konia w cwał nie oglądając się na pozostałych. Zwolnił dopiero przed mostkiem na Rudawie i doczekawszy Przemka rozkazał:

- Zdaj dowództwo jednemu z setników, niechaj obozem stanie na błoniu pod Sikornikiem, a sam przyjeżdżaj na gród.

Wjechawszy na dziedziniec zamkowy Mieszko zeskoczył z konia i rzuciwszy wodze nadbiegłym stajennym przez chwilę stał jakby się namyślając, po czym skierował kroki do kapitulnego budynku. Dowiedziawszy się przy wejściu, że Gompo bawi w katedrze na nieszporach, zlecił służebnemu klerykowi zawiadomić biskupa, iż czeka na niego w zamkowej świetlicy.

Bez wezwania zjawił się tam Jędrzej Toporczyk, który zawiadomiony o powrocie króla przyszedł zapytać o dalsze rozkazy.

- Są wieści z Moraw od wojewody Skarbka Awdańca - powiedział Mieszko. - Gozdawa z jazdą już nadciągnął, ino patrzeć, tu będzie. Gdy nadjedzie, zachodźcie do mnie, społem wysłuchamy Skarbkowego posłańca.

Czekając na biskupa Mieszko chodził po komnacie, nad czymś głęboko zadumany. Postanowienie, jakie musiał powziąć, nie było łatwe. Możnowładcy i rycerstwo, pomne korzyści i dostojeństw, których źródłem były zwycięskie wojny Chrobrego, za złe będą mieć królowi, jeśli kosztem zdobyczy ojca kupi pokój od węgierskiego Stefana. Bezprym w jego ręku to nie tylko wygodny pozór, by dla własnej korzyści mieszać się w wewnętrzne sprawy Polski, ale niebezpieczne zarzewie wojny domowej. Mieszko nie wątpił, że nie z miłości dla krewniaka Stefan wprowadzić go chce na polski tron. Jeśli mu zaofiarować korzyść bez wojny, może poniecha tego zamiaru. Należy i warto spróbować układów.

Rozmyślanie króla przerwało nadejście biskupa. Gompo, Rzymianin z pochodzenia, szlachetnego rodu, przybył do Polski wraz z kilku towarzyszami, sprowadzony przez opata Tuniego. Sam biegły w prawie i piśmie, założył szkołę przy katedrze, by jak najprędzej dochować się krajowego duchowieństwa. Znał bowiem niechęć prostego ludu do obcego, stanowiącą przeszkodę w tępieniu pogaństwa, co uważał za zadanie i cel swego życia. Sam nauczył się polskiej mowy i domagał się tego od podwładnego kleru, co istotnie było warunkiem apostolstwa. Chlubił się też, że w jego diecezji mniej niż w którejkolwiek innej pozostało śladów pogańskiego zabobonu, własnej to przypisując działalności.

Mieszko na tę słabość biskupa patrzył z pobłażaniem, wiedząc, że w kraju Wiślan, który ongiś do Wielkich Moraw należał, chrześcijaństwo głębiej już zapuściło korzenie. Rad był nawet, iż biskup w swej nadgorliwości nie domaga się pomocy świeckiego ramienia. Znając bowiem kraj dawniej i lepiej niż Gompo, wiedział, że pogaństwo stanowi siłę, której podrażnienie w niepewnym czasie może wywołać opłakane skutki. Pamiętał, że jeszcze za życia Chrobrego stało się to przyczyną zamieszek, które siłą trzeba było tłumić. Ojciec miał jej nadmiar, ale w spadku mu jej nie pozostawił, własna gdzie indziej będzie potrzebna, nie wolno jej marnować na domowe zamieszki. By jednak nie dać biskupowi sposobności poruszania tych spraw, z miejsca zaczął o swoich:

- Wybaczcie, wasza dostojność, że was trudzę, może niesposobną porą, jutro jednak skoro świt wyjeżdżam, tedy pożegnać was chciałem. Ale nie jeno przeto, prośbę mam do was: potrzebny mi człek bywały, doświadczony i obrotny, znający pismo i obce mowy, by go w poselstwie wysłać do węgierskiego króla.

Gompo jeno głową skinął i rzekł:

- Ani mi szukać nie trzeba, zdatniejszego nie najdzie niżli dziekan kapituły, brat Rachelin. Rad będzie przysługę wam oddać, a ja łasce waszej go polecić, gdy mi kiedyś pieczęć i biskupi pierścień następcy zdać przyjdzie.

- Jeśli się sprawi ni jemu, ni wam nie zabędę przysługi. Zechciejcie go przeto do mnie przysłać, choćby zaraz.

Zanim jednak zjawił się kanonik, Przemek Gozdawa oznajmił przez komesa Jędrzeja swe przybycie i król polecił wezwać go natychmiast wraz z Skarbkowym posłańcem.

Wszedł, a wraz z nim młody i tęgi wojak, ściągnięta jednak twarz i zaczerwienione oczy zdradzały, że nie żałował siebie spiesząc z wieściami. Zapytany o nie, zaczął:

- Wojewoda Skarbek niechał wam donieść, miłościwy panie, że Węgrzy uderzyli dużą siłą, której sam nie dostoi.

- To wiem - przerwał król. - Praw, jako się zaczęło, gdzie jest ninie wojewoda i co do tej pory przedsięwziął.

- Na przedwiośniu przyszła przez kupców wieść - ciągnął posłaniec - jako książę Bezprym bawi w Wyszehradzie u węgierskiego króla. Wojewoda już się miał na baczności, wiadomo że Waik, czyli jak go ninie zowią Stefan, rad by odzyskał kraj na lewym brzegu Dunaju, a Bezprym nie po to z klasztoru zbiegł, by na łasce siedzieć u wuja. Jakoż doniosły nam zwiady, że się wojska ściągają nad Dunaj, jeno pomiarkować trudno było, kędy uderzą. Nietrudno natomiast, że jeśli dla Bezpryma wszczęli wojnę, to nie po to, by zająć jeno kraje naddunajskie. Tedy im tu droga albo przez Bramę Morawską, albo doliną Popradu na Sącz. Od wypadku tedy wojewoda co nieco wojsk pchnął nad Homad, z rozkazem, by się tam umocnili, sam zasię z główną siłą koło Nitry czekał, co poczną. Przeprawili się przez Dunaj w kilku miejscach naraz, sił za mało, by upilnować całej granicy, tyle że nasze straże w porę doniosły o najeździe i cofaliśmy się w górę Wagu tyle się odcinając, by pochód opóźniać i doczekać posiłków. Mnie wojewoda wysłał spod Trenczyna, by donieść, że jawnie już prą na Cieszyn i sam się tam cofać będzie.

- Dawno wyjechałeś i gdzie może ninie bawić wojewoda? - zapytał król.

- Dni sześć - odparł posłaniec. - Wojewoda niechał wam donieść, że umocni się nad górnym Wagiem, by wroga w dolinę Olzy nie dopuścić. Mniema, że czas jakiś go powstrzyma, ale by go z powrotem za Dunaj wyprzeć, o tym bez znacznych posiłków ani myśleć. Pilnie wiedzieć chce, kiedy i jakie otrzyma, a mnie bez nijakiej zwłoki wracać przykazał. Tedy zechciejcie rzec, miłościwy panie, co mam donieść wojewodzie i zlecić, by mi dwa rącze konie dano, bo moje się zmamiły.

- Widzę, żeś i ty się zmarnił - rzekł król. - Ktoś zacz i jak cię zowią?

- Setnik jazdy pancernej, Racław Lada z zawołania.

- Ostaniesz przy mojej osobie. Ninie idź się wywczasować, bo rankiem ruszamy.

Wojak z pewnym zdziwieniem skłonił się i wyszedł. Wojewoda Skarbek nie darmo nagli o odpowiedź, wiedzieć musi czy i kiedy nadejdą posiłki i w miarę tego ułożyć własne postępowanie. Dziwili się też komesi, że król ani ich do głosu nie wzywa, ani nie wydaje rozkazów, gdy dla doświadczonych wojowników jasne było, jak wykorzystać przedstawione przez Racława położenie. I Mieszkowi wojna nie nowina, i wie, że od szybkości działania nieraz zależy zwycięstwo. Gdy jednak milczał, jakby się wahał, co począć, Jędrzej sam zaczął:

- Zwólcie, miłościwy panie, że powiem swoje; jeśli radzić wolno, załogi z grodów nad Dunajcem i Popradem pchnąć na Słowację i razem z wojskiem, które Skarbek ostawił nad Hordanem, skierować na Trenczyn, tyły zająć Węgrom. Gdy Skarbek wzmocniony Przemkową jazdą bitwę wyda Waikowi, znienacka nastąpią: wzięty z dwóch stron dobrze jeśli choć coś zdoła wyprowadzić, a jeszcze w odwrocie sporo wytraci, gdy grody nie zajęte ostawił za plecy ma.

Mieszko słuchał, nie okazując zniecierpliwienia. Gdy wojewoda skończył, odparł:

- Tak i będzie, jeśli chybią układy. Wraz winien nadejść kanonik Rachelin, którego w poselstwie wysyłam do węgierskiego króla, a wy orszak dla niego przygotujcie, by ruszyć mógł bez zwłoki.

Komesi spojrzeli po sobie zaskoczeni. Król nie na naradę ich wezwał, lecz by im to oświadczyć. Wojewoda Jędrzej nie myślał jednak na tym poprzestać i zaczął:

- Wybaczcie, miłościwy panie, że choć nie proszony radzić śmiem. Iście pokój ze Stefanem nam potrzebny, jeno nie myśmy go naruszyli.

- Ninie nie my - powiedział król zadumany. - Raniej rodzic mój Węgrom kraj aż po Dunaj odebrał...

- To i cóże! - przerwał wojewoda. - Zawżdy silniejszy słabszemu odbiera. I ninie stać nas, by Węgrom drogę za wodę pokazać. Krwią zapłaciliśmy za one kraje, nie lza darmo je oddać.

- Zasię krwią płacić trzeba, by się przy nich utrzymać - odparł Mieszko. - Wolej mi sojusznika mieć w Stefanie przeciw innym wrogom - dorzucił i wstał na znak, że rozmowa skończona.

Komesi skłonili się i wyszli. W drzwiach rozminęli się z kanonikiem Rachelinem. Przemek mruknął:

- Potrzebniejszy do rady niźli my.

Wojewoda nie znał go bliżej i wolał nie mówić otwarcie. Odparł tylko:

- Widno niczyjej rady królowi nie trzeba, by oddać to, cośmy pod jego rodzicem dobywali.

- Morawy jeszcze dziad jego Czechom odebrał. Nie utrzymamy ich, jeśli Słowację odda Węgrom - zauważył Przemek.

- Może je takoż odda Stefanowi, by go z Oldrzychem poróżnić - powiedział Jędrzej. - Wierę, że za tę cenę Stefan Bezpryma odstąpi. Jeno jeśli król mniema, że Bezpryma sobie kupi na powrót do kraju przyzwalając, to się omyli. Brata on jako zarazy nienawidzi od małości, a ninie, gdy przez niego i dla niego młodość zmamił w klasztorze, z każdym wrogiem przeciw niemu sprzymierzyć się gotów. To pewne, że król bez walki oddając krwawy dorobek rycerstwa, zawołania u niego nie zyszcze.

Umilkli; rozważania w kim Bezprym znaleźć może stronników były przedwczesne a nie całkiem bezpieczne. Należy wyczekać na rozwój wypadków.

Wątpliwości, które żywili komesi, król sam wziął pod rozwagę, zanim podjął postanowienie. Patrzył dalej i szerzej niż oni, zdawał sobie sprawę, że zdobycze Chrobrego są kośćmi niezgody ze wszystkimi sąsiadami. Ze Stefanem wojnę może wygrać, jeżeli jednocześnie nie będzie innej, zwłaszcza domowej. Ale nawet wygrana osłabi tylko obydwie strony, dając korzyść wspólnym wrogom. Ważniejsze niż utrzymanie krajów zakarpackich jest pozbawienie Bezpryma poparcia Stefana. Wynik wojny jest zawsze niepewny, a gdyby udało mu się wkroczyć na Śląsk z węgierskimi posiłkami, poruszy siły ośrodkowe, które tylko potęga Chrobrego mogła w ryzach utrzymać. Polska stałaby się ponętnym łupem dla wszystkich sąsiadów, już nie zdobycze, ale sam byt jej byłby zagrożony. Za spokój i czas utrata zakarpackich nabytków nie zdała się Mieszkowi ceną zbyt wysoką.

Nie wątpił wprawdzie, że Stefan popiera Bezpryma dla własnej korzyści, ale mógł wobec niego powziąć zobowiązania, które trudno mu będzie złamać, a wszczęcie układów przez Mieszka w obecnym położeniu uważać może za objaw słabości, którą zechce wykorzystać. Wiele zależy od zręczności ich prowadzenia i Mieszko badawczo patrzył na kanonika Rachelina, który skłoniwszy się czekał w milczeniu na odezwanie się króla. Nie był już młody, choć wiek jego trudno było odgadnąć, bo w kruczoczarnych włosach nie świeciła ni jedna srebrna nitka, a ciemne oczy o bystrym spojrzeniu mogły należeć do młodzieńca. W jego ruchach i postawie była spokojna pewność siebie.

Wskazując mu miejsce na ławie, król powiedział:

- Siadaj, księże, bo może dłużej rozmawiać nam przyjdzie. Dostojny pasterz zapewne rzekł ci, jakie czeka cię zadanie.

- Wdzięczen jeśm za położone we mnie zaufanie i uczynię wszytko, by go nie zawieść - odparł Rachelin. - Wiem jednak jeno tyle, że posłować mam do węgierskiego króla, a domyśleć się łatwo, że o przywrócenie pokoju chodzi. Zechciejcie jednak, miłościwy panie, bliżej mnie objaśnić, bo inak układa się słabszy z silniejszym, inak równy z równym.

Król skinął głową i przez chwilę zdał się namyślać. Zapytał:

- Dawno jeś w kraju? Po mowie nie poznać, iżeś obcy.

- Przybyłem ze światłej pamięci opatem Tunim i już ostanę, tedym swój.

- Przeto i nieobce ci nasze sprawy. Wiesz pewnikiem, ile krwie kosztowało, zanim rodzic mój podzielony przez dziada kraj zjednoczył. By zasię krajowi walki o właść oszczędzić, pierworodnego po Węgierce Bezpryma w mnichy postrzyc niechał i do Italii wysłał.

Król urwał i zamyślił się. Po chwili podjął:

- Ukrzywdził rodzic Bezpryma, ale tego nie odmieni. Z ojcowej woli jam ninie jedynym dzierżycielem właści i koronowanym królem i o to tarżyć nie będziem. Tak mniemam jednakowoż, że dla węgierskiego króla wprowadzenie siostrzana na tron to jeno pozór, a celem odzyskanie kraju, któren mu rodzic mój zabrał. Nie było wróżdy między nami a Węgrami, pokąd górskie bezludzie stanowiło granicę, natomiast nie brakło nam i nie brak ninie pospólnego wroga.

Mieszko przerwał znowu, jakby się namyślając i ciągnął:

- Gdyby jeno z Węgrami była sprawa, ani bym się układać nie potrzebował i Stefan wie o tym. Jeśli przeto wojnę rozpoczął, liczy na popleczników Bezpryma. Ni gadać nie trzeba, że najgorszy wróg to wróg we własnym domu.

- Czegóż tedy domagać się mam od węgierskiego króla i co w zamian ofiarować? - zapytał Rachelin.

- By poniechał popierania siostrzana i do mnie go odesłał. Ja zasię nie jeno bezpieczność mu poręczę, ale i uposażenie, jakie królewskiemu synowi i bratu przystoi.

- Zbiegłemu mnichowi jeno loch przystoi o chlebie i wodzie - wtrącił Rachelin, ale król odparł:

- Nie moja sprawa, niechaj się z Kościołem uładzi, by go od ślubów zwolniono, bo nie z dobrej woli je złożył. Ale jemu rzeknijcie, że jeśli odrzuci, co ofiaruję, a dostanę go w ręce, oczyma za zdradę zapłaci.

- Nie rzekliście, panie, co ofiarować mogę królowi Stefanowi, by poniechał popierania siostrzana - powiedział kanonik.

- Zwrócę kraj, który mu rodzic mój odebrał. Nic więcej nie zyszcze nawet gdyby wojnę wygrał, a jeszcze nie wygrał. I niechaj pomni, że wygnani synowie Wazula też czekają na kogoś, kto by im pomógł odzyskać dziedzictwo. Radziej ostańmy sojusznikami.

Rachelin dobrze wywiązał się z powierzonego mu zadania, tym łatwiej że warunki jakie mógł ofiarować były tak korzystne dla węgierskiego króla, iż jedyną trudność w zawarciu układu stanowiła sprawa Bezpryma. Kanonik nie znał wprawdzie węgierskiego języka, ale gdy Stefan w jego obecności przedstawił siostrzeńcowi żądanie, by powrócił do Polski na łaskę brata, Bezprym jął się sprzeciwiać tak gwałtownie, że Rachelin zwątpił, czy układ dojdzie do skutku. Stefan bowiem widocznie zaczął się wahać i wysunął żądanie, by Mieszko dopuścił Bezpryma do współrządów. Wówczas Rschelin oświadczył, że nie ma upoważnienia do przyjęcia takiego warunku, porozumie się jednak z królem, który właśnie nadciąga z wojskiem. Sądzi jednak, że gdyby nawet się zgodził, to pod wzajemnym warunkiem, że Stefan dopuści do współrządów synów Wazula, którzy również prosili o poparcie swych roszczeń do węgierskiego tronu.

Stefan zrozumiał pogróżkę i choć chętnie widziałby krewniaka polskim władcą, wolał natychmiastową i tanią korzyść, od przyszej i niepewnej. Bez sprzeciwu też zgodził się, by polskie załogi grodów odejść mogły z bronią i mieniem. Zażądał jedynie poręczenia przez Mieszka bezpieczeństwa życia i wolności Bezpryma pod przysięgą i celem jej odebrania wysłał wraz z nim poselstwo, z którym Rachelin ruszył w powrotną drogę, spodziewając się zastać króla już nad Wagiem.

Wojewoda Skarbek Awdaniec natomiast, nie wiedząc o wszczęciu układów, niecierpliwie oczekiwał powrotu swego posłańca, a spodziewając się otrzymania posiłków, brody na Wagu od Trenczyna po ujście Orawy obsadził pieszym wojskiem, nieliczne zaś konne oddziały pozostawił na lewym brzegu rzeki, zarazem jako tylną straż jak i celem zabezpieczenia przeprawy z chwilą gdy otrzyma wzmocnienie dość znaczne, by mógł podjąć wyparcie nieprzyjaciela za Dunaj. Utarczki z węgierskimi podjazdami zdarzały się niemal co dzień, niezbyt jednak zacięte, zadaniem ich bowiem było również wyszukanie miejsc, gdzie węgierskie wojska mogłyby podjąć przeprawę z niewielkimi stratami.

Wiosenne wody na Wagu opadały już, brodów przybywało, i wojewoda zaczynał się niepokoić. Siły miał zbyt szczupłe, by wszystkich przepraw bronić, żądane zaś posiłki nie nadchodziły, a nawet nie wracał posłaniec. Gdyby Węgrzy zdołali się przeprawić, mogą mu odciąć drogę odwrotu, zająwszy górskie przełęcze między Jawornikami a Białymi Karpatami i śląskim Beskidem. Wojewoda wahał się już, czy samemu ich nie zająć, gdzie wprawdzie łatwiej byłoby zatrzymać dalszy pochód nieprzyjaciela, ale na bezludziu wkrótce skończy się żywność i zmuszony będzie wycofać się na dział wód Wisły i Olzy. Gdyby nawet zdołał nie dopuścić nieprzyjaciela na śląsk, odzyskanie utraconego kraju stawało się wątpliwe, a w najlepszym razie kosztem dużych strat. Co gorsze, pozostawione w grodach załogi można by uznać za przepadłe.

W pogodny przedwieczerz wojewoda Skarbek wracał z objazdu do obozu pod Żyliną. Słońce schowało się za pasmem wzgórz, w dolinie leżał już cień, tylko zachodni stok Magury świecił w ostatnich blaskach dnia.

Wojewoda chmurny był. Zawiadomił króla, że nieprzyjacielowi da odpór na Wagu gdy teraz wycofa się w góry, wiadomość o tym może się rozminąć z posiłkami, jeśli już są w drodze, i nie przestrzeżone miast swoich spotkają nad Wagiem nieprzyjacielskie wojska. Jeśli zaś nie wycofa się, a posiłki nie nadejdą, sam może się znaleźć w położeniu bez wyjścia.

Z zamyślenia wyrwał wojewodę tętent idącego w skok konia. Na zakręcie drogi wiodącej nad rzeką do Żyliny ukazał się jeździec i za chwilę osadziwszy podjezdka przed Skarbkiem, rzucił widocznie podniecony:

- Sam król nadciąga z jazdą.

Wojewoda odetchnął z ulgą i nic nie rzekłszy ruszył w skok. Ważne było, by nieprzyjaciel nie zmiarkował nadejścia posiłków. Miesiąc wschodzi późno, łatwo będzie pod osłoną ciemności niepostrzeżenie przeprawić wojska i przed świtaniem na nie przygotowanego uderzyć. Pomyślna bitwa może przesądzić wynik wojny.

Skarbek cieszył się też na spotkanie z Mieszkiem. Zżył się z nim i spoufalił, jeszcze jako wyrostek w czasie walk z Odą, gdy rodzina Chrobrego zmuszona była ukrywać się w leśnym dworcu Awdańców wśród bagien Gniłej Obry. Potem jako młodzieńcy społem wojowali przeciw Niemcom i Czechom. Przywiązał się do Mieszka, a nie widzieli się od śmierci starego króla.

Gdy wojewoda dojeżdżał do obozu pod Żyliną, mimo zapadającego zmroku z dala zmiarkował, że posiłki już nadeszły, nasilający się bowiem blask licznych ognisk zdradzał obecność znacznie większych sił niż te, które zostawił. Musiały to zauważyć także nieprzyjacielskie podjazdy, kręcące się za rzeką, zaskoczenie nie mogło już się udać. Skarbek zarazem zdziwiony i rozczarowany, że tak doświadczony wódz, jakim był Mieszko, nieroztropnie zdradza swe siły przed nieprzyjacielem, niemniej witał go z radością. Król również wylewnie powitał starego druha, ale gdy wojewoda zarzucił mu, iż udaremnił jego zamiar zaskoczenia wroga, odparł:

- Chcę, by Stefan wiedział, że nietanie mu przydzie odzyskać to, co mu rodzic mój zabrał. Miększy będzie w układach.

Skarbek patrzył na króla pytająco, widocznie zawiedziony, Mieszko dodał:

- Słałem do niego kanonika Rachelina. Jeśli Stefan poniecha Bezpryma i do mnie go odeśle, oddam mu kraj zakarpacki.

Gdy Skarbek milczał, Mieszko ciągnął gorzko:

- Widzę, że i ty za złe masz, iż pozbyć się staram choć jednego wroga, gdy innych nie brak, a narzędzie, którym mnie w plecy ugodzić mogą, chcę mieć w ręku. Czemuż milczysz, zali tego nie rozumiesz?

- Każecie, to powiem: rodzic wasz, miłościwy panie, po to postronne kraje dobywał, by własnym pokój zapewnić. Wrogom siłę okazać należy, a kto z najeźdźcą się układa, jeno słabość zdradza i innym zachętę daje do napaści. Starczy nam sił, by Węgrów za Dunaj przepędzić.

Mieszko skinął głową:

- Starczy! Jeno ich od tego nie przybędzie. Jeszcze rany nie obeschły tym, co Jarosława za Bug przepędzali. A dobywać łatwiej niźli utrzymać. Na nic się zdało, że rodzic Bezpryma w mnichy postrzyc kazał i do Italii wysłał. Zbiegł, bo wie, że każdy z wrogów go kupi za pomoc przeciw mnie, a wzajem Bezprym mu nie jeno zdobycznymi ziemiami zapłaci. Wiesz, że i w kraju nalazłby popleczników, gdyby wrócił z obcą pomocą, przeto wolę, by wrócił sam.

- Co z nim zamierzacie uczynić? - zapytał wojewoda.

- Wżdy Stefan siostrzana nie przędą na rzeź. Zresztą brat to mój, na klątwę bym się wystawił. Zleciłem Rachelinowi, by mu żywot i wolność poręczył.

- Ale oczy mu odjąć możecie.

Mieszko zadumał się chmurnie. Po chwili odparł:

- Nie! Krzywda, złe nasienie! Zmarnione miał Bezprym dzieciństwo, zmarnioną młodość i źrały6 wiek. Czterdzieści godów już liczy, niechaj mnie za swą starość nie przeklina.

- Miętkie macie serce, niczym macierz wasza - powiedział Skarbek. - Czymże jej odpłacił, że i jemu własną chciała zastąpić? Zdradą! Wroga będziecie mieć w kraju, a zadrę z Kościołem o zbiegłego mnicha, który pod klątwą.

- Jeśli się zgodzi, uczynię go kruszwickim biskupem, metropolita Stefan nie będzie się przeciwiał, bo mu ludzi brak. A nie, niechaj żywię jak Otto, a z Kościołem sam się uładzi. Czas o tym gadać, gdy wróci Rachelin z wieścią, zali Stefan godzi się. Pośpiech mu zaleciłem, na dniach winien tu być.

Wojewoda nic nie odparł, ale w jego milczeniu Mieszko czuł przyganę. Nie znalazł zrozumienia nawet u tego przyjaciela z pacholęcych lat; co będą myśleć albo i mówić inni: że nie dorósł swemu ojcu i zaprzepaści jego dorobek.

Pod pozorem znużenia drogą odmówił udania się na przygotowaną przez Skarbka biesiadę i siedział samotnie w namiocie, przeżuwając swe myśli. Ojciec nigdy nie zawahał się przed najsroższą karą za nieposłuszeństwo. Przez ćwierć wieku Bezprym nie ważył się wbrew rozkazowi opuścić klasztoru, bo wiedział, że dałby za to co najmniej oczy, jeśli nie gardło. Teraz nie lęka się z obcą pomocą dochodzić swego pierworodztwa. Co gorsze, na myśl o spotkaniu z nim jakby echem odezwało się w Mieszku uczucie niepokoju, jakie pacholęciem odczuwał w obecności starszego o lat cztery przyrodniego brata. Po raz ostatni widział go jako czternastoletniego wyrostka. Z górą ćwierć wieku pobytu w klasztorze surowej reguły świątobliwego Romualda musiało go odmienić, nie tylko zewnętrznie. Pozbawiony poparcia swego węgierskiego wuja, może zechce resztę życia spędzić w spokoju i dostatku. Nie pora mu już zakładać rodzinę, a jeśli właści żądny może zadowoli go biskupi pierścień i pastorał.

Rachelin istotnie nadjechał nazajutrz, nie tylko z wieścią: towarzyszyło mu węgierskie poselstwo pod przewodnictwem duchownego. Powitany przez niego po łacinie Mieszko w tymże języku odpowiedział:

- Rad jeśm, że dobra wola z naszej strony spotkała się z wzajemnością króla Stefana. Obydwu nam z pożytkiem siły zachować dla pospólnych wrogów. O los swego siostrzana pokojny być może, jako rzekłem, wolność i żywot mu poręczam.

Stefanowi bardziej niż na Bezprymie zależeć musiało na pokoju z Polską, poseł jego bowiem nie czynił żadnych trudności w układach. Poręczył swobodne odejście polskich załóg z grodów z bronią, mieniem i rodzinami i zaniechanie wszelkiego poparcia dla roszczeń Bezpryma.

Mieszka zgoła nie cieszyło spotkanie z przyrodnim bratem. Żal mu nawet było tego człowieka i rozumiał jego gorycz, a nietrudno mu było odgadnąć, że i Bezpryma nie raduje powrót do kraju na łaskę znienawidzonego brata.

Gdy jednak Bezprym nadciągnął ze szczupłym orszakiem, Mieszko gniewny był na siebie samego, współczucie dla Bezpryma uważając za słabość. Bezprym zsiadłszy z konia bez pośpiechu podszedł do Mieszka, który czekał na niego w towarzystwie dostojników. Stanął przed nim bez słowa i wpił w brata palące spojrzenie ciemnych, głęboko wpadniętych w wychudłej twarzy oczu. Tylko po tym Mieszko poznałby w starym, przygarbionym człowieku tęgiego i barczystego wyrostka, jakim widział go po raz ostatni. W czarnym zaroście Bezpryma gęsto już przeświecała siwizna, smagła ongiś twarz miała szary odcień, ćwierć wieku przymusowych umartwień poczyniło w nim niezatarte zmiany, nie zmieniła się tylko nienawiść, z jaką patrzył na tego człowieka, dla którego skazany został przez ojca na żywot stanowiący tylko czekanie na śmierć. Gdy kłopotliwe milczenie przedłużało się, Mieszko rzekł:

- Zali nie masz mi nic do powiedzenia?

Memento mori7! - chrapliwym głosem rzucił Bezprym. Mieszko wiedział, że tak pozdrawiają się bracia zakonni reguły świątobliwego Romualda, w ustach Bezpryma zabrzmiało to jednak jak groźba lub gorzka drwina. Zarazem zmieszany i gniewny, odparł:

- Mniemałem, że pośpiałeś8 zabyć9 zakonnego obyczaju!

- Niczego nie zabyłem - odparł Bezprym. - Pytasz, co ci mam rzec; kupiłeś mnie, tedy ja pytam, co ze mną począć zamierzasz? Jeśli dotrzymasz poręki - dodał szorstko. Mieszko pominął to odezwanie i rzekł:

- Jeśli zechcesz trwać w duchownym stanie...

- Zadość miałem duchownego stanu - gwałtownie przerwał Bezprym. - Tobie się patrzył jako młodszemu, gdybyś się rodzicowi przypochlebić nie umiał.

- Dość - uciął Mieszko. - Nie ja będę cię przymuszał, czyń, co ci się zda. Zaopatrzenie otrzymasz, jeno przestrzegam: jeśli wracać nie chcesz do Camaldoli, waruj się knować.

- Wiem, że rad byś mnie tam odesłać, miłościwy bracie - z drwiną odparł Bezprym. - Widno nie możesz, tedy wskaż, dokąd ninie mam się udać.

- Pojedziesz do Poznania. Otto takoż bawi przy dworze. Mniemam, że jego wzorem zabyć wydolisz zakonnego obyczaju - odparł Mieszko szyderstwem pokrywając gniew. Odwrócił się i wszedł do namiotu, odprowadzony ponurym spojrzeniem Bezpryma.

Dworzec Ottona na podgrodziu nad Cybiną istotnie w niczym nie przypominał klasztoru. Ni ojciec, ni po jego śmierci brat żadnych na niego nie nakładali obowiązków, nie skąpili natomiast zasobów na ustawiczne biesiady, które cieszyły się wzięciem u młodzieży możnych rodów przyjeżdżającej do stolicy; nie najlepszym natomiast zawołaniem u duchowieństwa, biskup nawet zwracał się do króla z żądaniem, by ukrócił przyczynę jawnego zgorszenia. Mieszko jednak odparł:

- Wolę mieć brata wszetecznikiem niźli buntownikiem.

Odsyłając Bezpryma do Poznania Mieszko spodziewał się, że i on również zechce powetować sobie lata przymusowych postów i umartwień.

Dla Bezpryma jednak za późno było, by urządzić sobie życie za przykładem Ottona. Uciekał z klasztoru, by wyrwać się ze znienawidzonej niewoli. Nawet jeśli pożądał władzy, to jedynie by pomścić zmarnowane życie. Zawód, jaki go spotkał ze strony węgierskiego krewniaka, dopełnił miary nienawiści do całego świata. W klasztorze nawykł przytajać się, ale Mieszkowi bryznął nią w oczy, wiedząc, że choćby się ukorzył, ufności nie zyska. Wiedział też jednak, że sam niczego nie zdziała, musi poszukać sprzymierzeńców.

Pierwszym, który przyszedł mu na myśl, był Otto. I on odsunięty został od dziedzictwa, choć jak Mieszko był synem Emnildy. Temu zapewne zawdzięczał, że ojciec nie oddał go do duchownego stanu, lecz pozwolił żyć swobodnie. Gdy przyszedł na świat, Bezpryma już nie było w kraju. Nie znał go i ostrożność doradzała nie zdradzać swych zamiarów, nawet spotkanie z nim pozostawić przypadkowi. Pobyt w klasztorze nauczył Bezpryma cierpliwości, pochopne działanie zaprzepaścić może ostatnią sposobność odegrania się.

Cierpliwość była Bezprymowi tym potrzebniejsza, że nie znał ludzi ni stosunków w kraju i z sąsiadami, z trudem nawet dobierał słowa w mowie, od której odwykł, a wiedział, że nigdy nie umiał jednać sobie przyjaciół. Nie wątpił też, że Mieszko, przynajmniej początkowo, będzie go miał na oku. Toteż w drodze do Poznania nie zamienił z towarzyszami z orszaku ni jednego zbędnego słowa, natomiast pilnie nadstawiał ucha, o czym mówią między sobą. Jedno wymiarkował bez trudu: niezadowolenie rycerstwa z zakończenia wyprawy utratą bez walki zdobyczy Chrobrego. Porównywanie zmarłego króla z jego następcą dowodziło, że ten nie cieszy się powszechnym mirem.

Mieszko zaś sądził widocznie, że zapewniwszy podstarzałemu człowiekowi spokojny i dostatni żywot, zabezpieczy się przed spiskowaniem. Toteż żupan poznańskiego grodu Dobromir Nałęcz, otrzymawszy stosowne rozkazy, powitał Bezpryma jak dostojnego gościa, zapytał o jego życzenia i oznajmił, że król przeznaczył na jego utrzymanie dwie grzywny srebra, które co miesiąc skarbnik wypłacać będzie. Bezprym twarz wykrzywił uśmiechem i odparł:

- Anim się spodziewać śmiał takowej łaskawości i zechciejcie miłościwemu królowi wyrazić moją podziękę. I wam - Bezprym po raz wtóry wymusił uśmiech - takoż nie zabędę przychylności. Jeśli nie gardzicie wdzięcznością takowego człeka jak ja - dodał gorzko.

- Nijak i rad jeśm, że miłościwy pan wynagrodzić chce bratu krzywdę, jaką mu rodzic wyrządził.

Żupan uważał, że nie zaszkodzi pozyskać przychylność Bezpryma, niczego nie stawiać. Mieszko od czasu czeskiej niewoli nie najtęższego jest zdrowia. Gdyby go nie stało, następstwo po nim łatwiej mogłoby przypaść Bezprymowi niż nieprawemu Bolkowi czy Ottonowi, który pozyskać umiał tylko takich jak sam lekkoduchów. Bezprym jednak niezbyt wierzył w szczerość żupana, a zupełnie nie ufał Mieszkowi. By wybadać, jakie w rzeczywistości wydał zlecenia, odparł:

- Zadość mi po tylu leciech niewoli, iże czynić mogę, co mi się zda, jechać, kędy oczy poniosą...

- A lepiej jeszcze dokąd zwierz człeka zawiedzie - przerwał żupan. - Nie masz jak łowy. Gdy człek za zwierzem pędzi, wicher wszelkie myśli wywieje krom jednej, jak zwierza dopaść.

Bezprym nie zdradził się z zadowoleniem. Łowy stanowiłyby dogodny pozór rozejrzenia się po kraju. By jednak się upewnić, że nie będzie śledzony, powiedział:

- Rad bych, jeno płochy ze mnie łowca, wstydno byłoby przed towarzyszami.

- Zrazu starczy dobra sfora z psiarkami - odparł żupan. - Nabierzecie ćwiczenia, rozejrzycie się między ludźmi, najdą się i towarzysze. Zawżdy raźniej w gromadzie. Jeśli radzić wolno, zdałoby się wam z przyrodnim Ottonem poznajomić. Wesoły z niego człek, skory do wszelakich igrów.

- Dzięki za radę, jeno nie wiem, zali Ottonowi byłoby po myśli, gdy weselszych niźli ja ma towarzyszy. Z wieku takoż jemu przystałoby uczynić pierwszy krok. A ze wszystkim ani mi gdzie gości podejmować, gdy sam tu jeśm jakoby w gościnie.

- Mniemam, że miłościwy pan gród jakowyś wyznaczy wam na siedzibę, jak przystało - odparł żupan. - Jeno nijakich w tej mierze rozkazów nie wydał, tedy jeśli nie po myśli wam gościem tu siedzieć, jest o pół dnia drogi leśny dworzec, jeszcze przez rodzica waszego na myślistwo zbudowany. Siedzi tam jeno stary włodarz Nielub, jest sfora psów i sprzęt wszelaki do łowów. Tam możecie być jako u siebie, pokąd się indziej nie ustalicie.

- Jeno zali nie będę wadził królowi? - zapytał Bezprym, ale Dobromir odparł:

- Miłościwy pan nie myśliwy, od śmierci waszego sławnej pamięci rodzica dworzec bez innego pożytku stoi kromie dziczyzny dla dworu. Czasem go królewic Otto nawiedzi, gdy biskupowi chce zejść z oczu - zaśmiał się.

Rozmowa z żupanem upewniła Bezpryma, że Mieszko nie ustanowił nad nim nadzoru. Niemniej spotkanie z Ottonem postanowił pozostawić przypadkowi, a samemu usunąć się na ubocze, tym bardziej że odwykł od ruchu i gwaru, jaki stale na dworze panował. Powiedział:

- Jeśli dworzec jeno o pół dnia drogi, rad bych się tam nalazł choćby dziś. Wam nie zabędę przychylności, a da Bóg, może i odwdzięczyć wydolę.

- Włodarza uwiadomić muszę, by przygotował co trzeba. Posłańca pchnę nie mieszkając, a jutro z rana poczet będzie gotowy, który waszą miłość odprowadzi, bo drogi nijakiej tam nie ma i łacno pobłądzić.

Nie tylko błądzić, ale ulgnąć można było wśród bagien i rozlewisk Warty, niełatwo też znaleźć dworzec, niski i przysadzisty, ukryty w gęstwinie starodrzewu. Gdyby Bezprym zamierzał tylko w spokoju dokonać swych dni, nie znalazłby dogodniejszego miejsca. Nie po to jednak zbiegł z klasztoru, a zawód, jaki go spotkał, wzmógł w nim zapieczoną chęć pomszczenia złamanego życia.

Spokój zagubionego w borach zakątka zakłócało jeno szczekanie psiej czeredy lub rżenie prowadzonych do wodopoju koni. Nocną ciszę pogłębiało hukanie sowy lub gwizd lelka. Gdy milkły te odgłosy, Bezprym słyszał głośne i nierówne bicie własnego serca, z ćwierćwiekowego nawyku budząc się z przekleństwem w godzinach, w jakich budzono go w klasztorze na nocne modlitwy. Po stokroć przeklętą przeszłość przywlekła się za nim. Gdy chyłkiem uchodził, radość z odzyskanej wolności obudziła w nim nadzieję rozpoczęcia życia na nowo. Na dworze Stefana po raz pierwszy od dnia, gdy zamknęły się za nim bramy klasztoru, zetknął się bliżej z niewiastami, po to, by się przekonać, że i diabeł zadrwił z niego swymi pokusami, którym mimo chęci już ulec nie może. Jako jedyne uczucie pozostała mu nienawiść i jedyny cel życia - zemsta.

Gdy jednak rozmyślać zaczynał, jak jej dokonać, gryzł palce w poczuciu bezsiły. Z kim? Ze starym milczkiem Nielubem, z którym niewiele obojętnych słów zamienił, czy z kilku psiarkami i komarami? Złość go ogarnęła na samego siebie, że usunął się z dworu. Tam mógł się przynajmniej rozejrzeć, gdzie szukać sprzymierzeńców. Podejrzewać zaczął Dobromira, iż rozmyślnie poddał mu tę myśl, by pozbyć się kłopotu z nadzorowaniem. Trudno teraz znaleźć pozór powrotu na dwór tak, by nie obudzić podejrzeń. Trzeba czekać na sposobność, a czas pracuje przeciw niemu. Nadchodzi przedwczesny schyłek zmarnowanego żywota.

Za nic jednak nie chciał się poddać. Czując, że bezczynność pozbawia go resztek sił i nadziei, postanowił ruszyć na łowy, by przy tej sposobności rozejrzeć się po kraju. Urok ich był mu obcy, ale dla siebie samego potrzebował choć pozoru, że coś przedsiębierze miast jałowego czekania.

W chmurny poranek wyruszył w las ze sforą psów. Psiarkowie rychło pomiarkowali, że nie łowiec z niego, nie zważa nawet, co się dokoła dzieje. Sami skłuli osaczonego przez psy sporego odyńca, na którego Bezprym nawet nie spojrzał. Nie nawykły do jazdy wierzchem, całą uwagę skupić musiał, by utrzymać się w siodle, gdy rumak przeskakiwał stające w drodze strugi, wykroty i wiatrołomy. Znużony i rozdrażniony, zatrzymał się w napotkanej osadzie bartników. Odpocząwszy i pożywiwszy się poniechał nawet pozoru, że wyruszył na łowy, wypytał o najbliższy grodek. Gdy mu wyjaśniono, że nie spiesząc się o dobrym jeszcze dniu stanąć może w Mosinie, psiarkom kazał ciągnąć za sobą i z jednym tylko pachołkiem ruszył najkrótszą drogą do gródka.

Przybycie Bezpryma zaskoczyło żupana Klimunta Taczałę. Wiedział, że mnichem jest w dalekiej Italii, o powrocie jego nie miał jeszcze wieści, w podstarzałym, siwiejącym i łysawym człowieku nie poznał wyrostka, jakim go zapamiętał. Przyjął go zrazu powściągliwie, choć z szacunkiem należnym królewskiemu synowi. Nie na rękę też mu było jego przybycie, bo otrzymał wezwanie do Poznania, gdzie Mieszko zapowiedział swój przyjazd. Rozumiał, że powrót do kraju pierworodnego syna zmarłego króla jest ważnym wydarzeniem i przy wieczerzy starał się ostrożnie wybadać, jakie może mieć znaczenie. Od psiarków wiedział już, że Bezprym osiadł w leśnym dworcu, ale dlaczego i na jak długo nie umieli wyjaśnić. Bezpryma wprost pytać nie śmiał i rozpoczął od łowów, choć również wiedział o ich przebiegu i wyniku. Bezprym zrazu nierozmowny był, nie nawykł jednak do picia i parę kubków miodu rozwiązało mu język, nie na tyle, by zapomniał o ostrożności. Gdy żupan oznajmił mu, że do Poznania przyjeżdża król i zapytał czy Bezprym zechce również udać się na zjazd, odparł:

- Król mnie nie wzywał, ale was nie zatrzymuję, bo jeno przenocować tu chcę. Utrudzonym, bo odwykłem od konia... i od ludzi też - dorzucił. - Mniemam jednakowoż, że zasię nawyknę i rad bych posłuchał, co w kraju, bo snadnie10 i mowy bym zabył.

Klimunt jednak wolał zachować ostrożność i odparł:

- Jak wasza miłość miarkuje, na uboczu siedzę, tedy nie wiem co ostatnio zaszło. Juści wiele się zmieniło pod waszą nieobecność, a już od śmierci waszego sławnej pamięci rodzica. Może wam i wiadomo, że miłościwy król syna po Niemce w mnichy postrzyc niechał11, a niewzdanego12 Bolka na następcę sobie sposobi... - Zmieszał się nie wiedząc, dlaczego twarz Bezpryma skurczyła się gniewnie i ciągnął:

- Wiem ci ja w ostatku wzdany zali niewzdany. To pewne, że związku brata waszego z Dobroszką Kościół nie pobłogosławił. Kto się ninie wyzna, co jest, a co nie jest wedle prawa i obyczaju. Drzewiej zawżdy pierworodny głową bywał rodu...

Urwał wspomniawszy, że najstarszym z synów Chrobrego był Bezprym, a nie chciał utwierdzić go w mniemaniu, że to miał na myśli rozważając sprawę następstwa. Wolał też skończyć rozmowę i rzekł:

- Wasza miłość pewnikiem spocząć zechce, a i mnie pora, bo ruszyć muszę o świcie. Tedy zwólcie się pożegnać i bądźcie jako u siebie doma, póki wola.

Skłonił się i wyszedł, pozostawiając Bezpryma w zamyśleniu. Niewiele się dowiedział, ale z rozmowy z żupanem zmiarkował, że znalazłby takich, którzy pamiętają, że wedle obyczaju jemu patrzyłaby się władza. Pamiętają. Ale władzę ma Mieszko, on ma grody, drużynę, skarb. Silnemu zawsze łatwo o stronników: dla korzyści, ze strachu, choćby dla spokoju. Jako zbiegły mnich

Bezprym nie wątpił, że kościelne władze mogą domagać się jego powrotu do klasztoru, tak jak zmusiły do tego przyrodniego brata cesarza Konrada. Papież mógłby go zwolnić od ślubów, ale nie uczyni tego bez zgody a tym bardziej wbrew woli króla. Mieszko zaś nie zgodzi się, nie darmo zagroził odesłaniem brata do Camaldoli, gdyby spiskować zaczął. Ale choć Bezprym wolałby śmierć, nie wyrzeknie się zemsty, bo nie miałby po co żyć. Z długoletniego nawyku budząc się po nocach, uświadamiać sobie musiał, że nie jest w klasztorze. Gdy jednak rozmyślać zaczynał, jak uskutecznić swe zamierzenia, sen odchodził go zupełnie.

Myśl o tym nie opuściła go też, gdy w rozsłoneczniony ranek wyruszył z powrotem. Nie widział, że przyroda w pełni rozkwitu wdzięczy się do wszystkiego co żyje, nie słyszał śpiewu ptactwa, nie czuł woni kwiecia, pogrążony w ponurych myślach. Nie ma ni jednego człowieka, któremu mógłby zaufać. Jest równie samotny jak w klasztorze, gdzie przez ćwierć wieku nie zbliżył się do nikogo. Niczego nie zdziała, bez obcej pomocy. Ale szukał jej już i spotkał go zawód ze strony własnego krewniaka.

Podmokły bór, przerywany spłachciami wilgotnych łąk, błękitnych od niezabudek, bagienkami wyzłoconymi przez kaczeńce lub zwierciadełkami jeziorek, jak nocne niebo wygwieżdżonych wodnymi liliami, przechodził w suchy, wonny las. Dworca, położonego na niewielkiej wyżynce, jeszcze widać nie było, ale koń Bezpryma poczuwszy bliskość stajni sam ruszył kłusem. Ujechawszy jednak stajanie, Bezprym ściągnął wodze. Od strony dworca, zazwyczaj cichego jak klasztor, dochodził gwar licznej gromady ludzi. Jadący za Bezprymem pachołek podjechał i rozumiejąc jego pytające spojrzenie, powiedział:

- Pewnikiem królewic Otto ze swymi.

Bezprym nie zrozumiał drwiącego uśmiechu pachołka, nie zastanawiał się zresztą nad tym, bo myśl miał zajętą spotkaniem z przyrodnim bratem, podobnie jak on sam odsuniętym od władzy i znaczenia. Wiązał z Ottonem pewne nadzieje i spotkanie byłoby mu po myśli, gdyby nie liczny orszak, w którego obecności obydwu im trudno było mówić otwarcie. Zwłaszcza Bezprymowi, bo nie był pewny, czy Otto nie jest zadowolony z beztroskiego życia bez żadnych obowiązków, nie pragnąc bynajmniej odmiany.

Wjechawszy w dziedziniec, Bezprym rzucił wodze pachołkowi i dostrzegłszy wśród kręcących się ludzi włodarza, zwrócił się do niego:

- Pono królewic Otto nadjechał?

- Iście tak! - z widoczną niechęcią odparł Nielub - Trzeba wam było ostać w Mosinie, bo pokąd on tu bawi, ni w nocy nie zaznacie spokoju.

Istotnie ze świetlicy dochodził gwar, świadczący, że biesiadnicy nie żałują sobie napitku. Wybijały się w nim wysokie głosy kobiece. Bezprym, zdziwiony, zapytał:

- Z niewiastami królewic jeździ na łowy?

- Na łowy! - zgryźliwie powtórzył Nielub. - Za starego króla choć przytajać się musiał, bo wiadomo, że rodzic wasz srodze rozwiązłość kaźnił. Ninie królewic Otto nie jeno sam rozpustę płodzi, ale zachętę do niej daje młokosom. Małżonki nie pojął, choć dawno mu pora, jeno latawice coraz to inne wodzi z sobą. A nowy król bez palce na to patrzy, choć się pan biskup o zgorszenie żalił. Tyle wskórał, że się Otto ze swym dworem z Poznania wynosi, by panu biskupowi zejść z oczu.

- Rzeknij mu, że tu jeśm - przerwał Bezprym wyrzekania włodarza. - Zechce ze mną gadać, będę u siebie na gospodzie.

Powała nad świetlicą z grubych dębowych tramów głuszyła odgłosy biesiady, niemniej po dłuższej chwili Bezprym zmiarkował, że w świetlicy ucichło, a gwar dochodzący z dziedzińca oddalał się i wreszcie ucichł. Bezprym zbierał się, by zejść na posiłek, gdy posłyszał na zewnętrznych schodach wiodących na wyżkę odgłos kroków, potem pukanie do drzwi. Nie czekając na wezwanie do izby wszedł Otto.

Bezprym poznał go od razu, bo mimo znacznej różnicy wieku jego podobieństwo do Mieszka było uderzające. Zaczerwieniona twarz zdradzała, że wypił nieco ponad miarę, ale spojrzenie jasnych oczu, którym mierzył Bezpryma, było bystre.

- Pono chciałeś gadać ze mną? - zapytał.

- Mniemałem, że ty chcesz ze mną pogadać - odparł Bezprym. Otto zaśmiał się i rzekł:

- Tedy chcieliśmy obydwaj jedno. I odgadnąć nietrudno, że o jednym.

Zapieczona jednak nieufność Bezpryma do ludzi nie pozwoliła mu skorzystać z widocznej zachęty do szczerości. Widzieli się po raz pierwszy w życiu, a położenie ich nie było równe. Otto nie miał powodu żywić nienawiści do rodzonego brata, jakim był dla niego Mieszko. Gdy Bezprym milczał, Otto zrozumiał przyczynę jego powściągliwości i uśmiechając się drwiąco podjął:

- Słusznie nie wierzyłbyś, że jeno z miłości braterskiej chcę się pogadać z tobą. Ale łacniej ja ciebie mógłbym się lękać, niźli ty mnie. Nikomu nie tajne, po coś ubieżał z klasztoru, a skoro ci z węgierskim krewniakiem nie wyszło, rad byś się przedał, kto by cię kupić zechciał. O mnie zasię jeno tyle wiadomo, że mi dziewki i biesiady w głowie. Przeto i ja nie ufam twej braterskiej przychylności i wolę gadać bez świadków.

-Tedy gadaj! Czego ode mnie chcesz?

- Przódzi pogadajmy, czego ty chcesz. Mniemam, że mógłbym ci pomóc, takoż nie z braterskiej miłości.

- Wiem. Jeno czego oczekujesz wzajem ode mnie? Mogę ci owe dwie grzywny srebra ofiarować, które mi Mieszko w swej łasce wypłacać zlecił - mruknął Bezprym z gorzką drwiną. Otto zaśmiał się:

- Niebogato cię wywianował. Mnie by na dziewki nie starczyło. Dla mnie hojniejszy jest, widno mniema, że mi do końca żywota starczy co noc z inną ladacznicą sypiać. Zadość mi ich już, mogę ci je darmo odstąpić.

- Nie proszę o to - warknął Bezprym, podrażniony. Otto zaśmiał się znowu i ciągnął:

- Nie sierdź się! Rad bym ci wygodził, boś się w klasztorze wypościł, a mnie już się przejadły. Ale może ty świętym chcesz ostać? Pono obwołać nim mają cesarza Henryka, przeto że z małżonką sypiać nie wydolił.

Parsknął śmiechem, ale Bezprym pięścią w stół uderzył:

- Zadość! Drwić ze mnie przyszedłeś?

- Nie sierdź się - powtórzył Otto. - Podpiłem, tedy mi wesoło. Tobie takoż radzę nie stronić od dziewek ni biesiady. Cóże zdziałasz siedząc samotnie jako puchacz na dzwonnicy? Przy miodzie i winie łacniej o druhów, czekać lżej a nie w ostatku piaskiem w oczy Mieszkowi sypnąć, że ci to za wszytko starczy.

- Odwykłem - mruknął Bezprym ponuro.

- Odwykłeś, to przywykniesz. Sposobności nie brak. Ja ci rzekę, czego ja chcę: zadość mi na braterskiej łasce siedzieć, jako na narowistej szkapie, nie wiada kiedy tobą praśnie. Małżonkę chcę pojąć królewskiego rodu, a dadzą mi to, gdy niczym nie jeśm!

- Cóże ja ci pomóc mogę?

- Nie ty mnie, jeno ja tobie, ale nie darmo.

- Czemużeś sobie nie pomógł, skoroś taki mocny?

- Czekałem. Mieszko dziesięć godów ode mnie starszy i nietęgiego zdrowia. Kazimierz takoż słabowity, prawie na mnicha zdatny. Iście Mieszko postrzyc go niechał. Aliści po to, by niewzdanego Bolka na następcę sobie sposobić.

- To już wiem, po co mi to gadasz?

- Bo pytasz, czemu sobie nie pomogłem. Nie spieszno mi było. Jako rzekłem przy dziewkach i miodzie nie dłuży się czekanie. I ninie czekać trzeba sposobności, ale za sojusznikami zawczasu się obejrzeć. Wiem, po coś wrócił. Z rodu jeś najstarszy, najdą się tacy, co za tobą staną. Miast działać przeciw sobie, działajmy pospołu. Za postronnym oparciem rozejrzeć się należy. Tobie na ręce patrzeć będą, mnie nie.

Bezprym słuchał ze zmarszczoną brwią. Gdy Otto skończył, milczał przez chwilę, jakby się namyślał czy wahał. Zaczął:

- Mnie czekać nie pora, by Mieszka nie stało. Starszym od niego, zdrowie ostawiłem w bagnach Pereum. Chcę odzyskać, co mi z prawa należy i z nim się policzyć za zmarnowany żywot. Ty prawisz o poplecznikach, ale raniej wrogów policzyć. I ty, i ja duchowieństwo będziem mieć przeciw sobie. A postronnych sojuszników najdziem takich, jak ja nalazłem. Swojej będą patrzeć korzyści. Otto lekceważąco ramionami wzruszył:

- A my czyjej? O duchowieństwo się nie troskaj. Jeszcze prosty naród starych bogów nie poniechał, ciężary, jakie na rzecz nowego dźwigać musi, rad zrzucić. Za postronna poparcie zasię iście będzie trzeba zapłacić. Jarosław za Grody Czerwieńskie ani chybi udzieli pomocy. Konrad za Milsko i Łużyce, Oldrzych za Morawy lubo nawet Śląsk. Zapłacić możem, tobie o pomstę jeno idzie, ja zasię wolę coś niż nic.

- Rycerstwo krzywe będzie - mruknął Bezprym. - Za złe ma Mieszkowi, że bez walki kraj Stefanowi ustąpił.

- Nadtoś przezorny. Tedy trzeba ci było w Camaldoli ostać, bo tam najbezpieczniej. O czym tedy ze mną chcesz uradzać? Co czynić, by wszytkim dogodzić?

Blada twarz Bezpryma nabiegła krwią, ale się pohamował i odparł:

- Nie o bezpieczność dbam, choćbym żywot miał stracić, swego nie poniecham. Ale że mam jeden jeno, nie chcę go stracić za nic, wrogom na uciechę. Przeto z tobą rozważyć chciałem, jak swoje osiągnąć, a pirwe czego ty wzajem czekasz?

- Juści nie tego, by miast Mieszka ciebie mieć nad sobą. Mnie takoż nie pilno wygodny żywot na wygnanie zamienić lubo oczy postradać. Tedy sposobności wypatrywać należy, ale gotowym być, gdy nadejdzie. A czego chcę? Współrządów i następstwa po tobie. Mamci ja popleczników i ty byś nalazł, jeno nie na bezludziu siedząc.

- Gdybym ninie na dwór wrócił, żupan mógłby powziąć podejrzenie, a tam będzie miał mnie na oku.

- Pozór masz dogodny, bo Mieszko zjazd zwołał do Poznania i sam przybywa. Pono wyprawę gotuje na Morawy, które Brzetysław naszedł, a naród tamtejszy mści się wojackiego ucisku i załogi nasze wycina. Zastaniesz jeszcze Mieszka, żądaj, by ci gród jakowy wyznaczył na siedzibę, nie zastaniesz, takoż pozór, że czekasz na niego. Na podgrodziu najdzie się dla ciebie gospoda, gdzie nie będziesz sterczał na oczach żupanowi. Przeto jak? Stoi zmowa?

Bezprym głową skinął, ale zapytał:

- Jeno jak znosić się będziem, by nie pomiarkowali, iżeśmy zmówieni?

- Przez niewiasty. Wszytkim wiadomo, po co do mnie zachodzą - zaśmiał się. - Ty zasię nie musisz wszem wobec głosić, że nie wiesz, co z nimi poczynać.

Bezprym żachnął się, ale jedynie odburknął:

- Pono zdradliwe bywają...

- Ja mam takową, co ani by się skrzywiła, gdybym jej obwiesić się kazał - rzekł Otto. - Ty zasię, jeśliś zabył, czym się jedna białe głowy, starkę sobie wyszukaj, która nie ma nikogo. Takie już są, że muszą serce do kogoś przylepić. Za dobre słowo i byle świecidełko możesz ją kupić. I bez tego jakowąś zmówić sobie winieneś, coby zadbała o twoje potrzeby. Wierzaj mi, bo na niewiastach się wyznawam. Ninie żegnaj. Ja za swoimi w las, ty zasię zbieraj się do Poznania. Zostawił Bezpryma w zamyśleniu i wyszedł.

W Poznaniu wpadł Bezprym w wir przygotowań do morawskiej wyprawy, w mieście i na grodzie przewalały się tłumy. W starym dworcu izba, w której poprzednio stał gospodą, zajęta była przez przyjezdnych dostojników przybyłych na zjazd. Bezradny, z trudem dopytał się o żupana Dobromira, który przyjął go z niecierpliwym zdziwieniem. Zagadnięty o pomieszczenie, które Bezprym mógłby zająć, odparł porywczo:

- Wżdy nikto was stąd nie wyganiał. A nie udał wam się leśny dworzec, można było w nim choć przeczekać, by się tu przewaliło.

Bezprym pohamował gniew i powiedział spokojnie choć ostro:

- Leśny dworzec iście dobry, by w nim wypocząć po łowach lubo zejść ludziom z oczu, jak sami wiecie. Ninie zjechał tam królewic Otto ze swymi, ni miejsca, ni spokoju. Przeto przybyłem, bo z królem gadać muszę, by mi gród jakowy na siedzibę wyznaczył.

- Wybaczcie - rzekł Dobromir. - Sam nie wiem, gdzie mi głowa stoi. A do miłościwego pana ani podobna się dopchać. Nawet posłowie księżnej Matyldy i palatyna Ezzona po dziś dzień na posłuchanie czekają. Na jutro miłościwy pan wyjazd zapowiedział, tedy pewnikiem odprawić ich zechce, gdy wróci z przeglądu wojsk, a jeszcze innych spraw nie brak. Gdzie mu ninie zajmować się waszą, skoro nic nagłego.

- Tedy zaczekam tu, póki z wyprawy nie wróci, jeno gdzie?

Dobromir odparł zakłopotany:

- Skończy się zjazd, wyjdą wojska, najdzie się dla was gospoda, nie zechcecie na grodzie, to na podgrodziach czy w osadach. Jeno dzionek lubo dwa zaczekać trzeba.

- Gdzie mam czekać? - oschle zapytał Bezprym.

- Cóże ja z wami pocznę? - mówił Dobromir zakłopotany. - Chyba w moim domostwie ściany rozepchnąć, bo już gromada rodowców w nim gości. Ale jedną lubo dwie nocki wydzierżycie społem z nimi, pokąd się coś nie najdzie. Wraz przyślę pachołka, któren was do mnie zawiedzie, a ninie zwólcie się pożegnać, bo ani wiem, co prędzej poczynać. Ino patrzeć, jak miłościwy pan wróci i zgłosić się muszę po rozkazy.

Słowa żupana potwierdził wzmożony gwar na dziedzińcu. Król wrócił istotnie i nie odpocząwszy nawet polecił zawiadomić posłów, że przyjmie ich bezzwłocznie. Posłuchanie trwało zbyt krótko, posłowi księżnej Matyldy wyraził tylko podziękowanie za ofiarowaną mu księgę i przekazał wzajemne, równie cenne dary w futrach i klejnotach. Poselstwu Ezzona natomiast kazał zawiadomić swego teścia o tym, czego sami są świadkami: dopiero wróciwszy z wyprawy już na drugą ciągnąć musi. Nijakich zobowiązań, podjąć nie może, póki spokoju we własnych granicach nie przywróci.

Dobromir nie zwodził Bezpryma, mówiąc, że królowi nie pora zajmować się jego sprawą. Zewsząd inne napierały na Mieszka. Niemal jednocześnie zmarli sędziwy metropolita gnieźnieński Hipolit i biskup wrocławski Klemens; pilne a niełatwe było obsadzenie osieroconych stolic, rozbudowa wschodniej metropolii znowu musi ulec zwłoce, co gorsze, śmierć Hipolita pozbawiała króla wypróbowanego i światłego doradcy. Od śmierci ojca zaczęło się dla Mieszka pasmo niepowodzeń, a nic nie pozwalało przewidywać ich kresu. Przeciwnie, nietrudno było przewidzieć, że utrata na rzecz Węgier kraju nad Wagiem stała się dla Morawian zachętą do buntu, nie bez poduszczenia i poparcia czeskiego. Skarbek Awdaniec słusznie mówił, że kto się z napastnikiem układa, innym zachętę daje do napaści. Ale Mieszko nie zapomniał, że nawet wielki jego dziad i imiennik walcząc o Morawy utracił Grody Czerwieńskie. Gdyby teraz związać na Morawach znaczniejsze siły, Jarosław nie pominie sposobności, by powetować niedawną porażkę. Mieszko wolał utracić Morawy, stanowiące kość niezgody z Czechami i podrzucić ją węgierskiemu Stefanowi. Ciągnął na wyprawę z samą jazdą, by ocalić co się da ze stojących po grodach załóg, a nie w ostatku zadość uczynić drużynie, żądnej jeńca i łupu. Rozgoryczony był jednak i przygnębiony. Nie miał wątpliwości, że jemu przypiszą winę utraty zdobyczy ojca i dziada. Gdy żegnając króla na wyjezdnym, żupan zawiadomił go o przybyciu Bezpryma, Mieszko żachnął się niecierpliwie i odparł:

- O własnym synu czasu nie stało pomyśleć. Bezprym niechaj siedzi, gdzie chce, byłem o nim nie słyszał.

Mówił, że nie ma czasu pomyśleć o Bolku, ale myślał o nim nawet w pośpiesznej drodze na Morawy i wśród rozgorzałych tam walk, gdy Brzetysław wypadem dotarł aż po Znojmo i rozpuścił zagony, zarówno dla łupu, jak i ogarnięcia niedobitków polskich załóg, cofających się na północ. Rozdrażniony buntem Mieszko nie przeciwił się pustoszeniu kraju, który z góry uważał za stracony. Bez walk już dotarłszy w powrotnej drodze do źródeł Odry wzmocnił stróże przy Bramie Morawskiej resztkami wycofanych załóg, konną drużynę odesłał do Poznania, sam zaś ze szczupłym orszakiem, nie zważając na zmęczenie, ruszył na Kalisz, nie zatrzymując się po drodze, by przed jesiennymi słotami dotrzeć na Kujawy, gdzie we Włocławku spodziewał się zastać Bolka. Tylko miesiące dzieliły go już od osiągnięcia wieku sprawnego, nie pora ustanawiać mu piastuna, zresztą Gozdawa słusznie radził, by sam król zaprawiał syna do czekających go zadań. Ustawiczne napięcie, w jakim od śmierci ojca żył Mieszko, niepowodzenia i domowe troski, odbijały się na zdrowiu. Czuł wyraźny upadek sił i nachodziło go coraz częściej przeczucie, że wkrótce zdać mu przyjdzie ciężar rządów niedoświadczonemu młodzikowi. Chciałby mu zostawić uładzone choć uszczuplone dziedzictwo. Gdy sąsiedzi odbiorą to, co im zabrał Chrobry, łatwiej mu będzie bronić swego. Nie myślał natomiast Mieszko o wewnętrznych wrogach. Otto niczym się dotychczas nie przypominał poza rozwiązłością, Bezprym stary jest i wyniszczony. Nie chciał sobie nim myśli zaprzątać.

Żupan Dobromir dotrzymał słowa i gdy Poznań wrócił znowu do powszedniego życia, zjawił się u Bezpryma i rzekł:

- Ninie miejsca nie brak ni na grodzie, ni w moim dworcu i zgoła w nim ostać możecie.

- Za gościnę dzięki, ale chciałbym być u siebie - odparł Bezprym.

- Jak wola wasza. Tedy jest tu dworzec na Winiarach, nowy po setniku Domasławie. Obszerny, z obejściem i sadem, jeno nieco na uboczu. Żywie w nim jeno owa stara niewiasta z takoż starym smerdem. Gadałem z nią, rada was przyjmie, bo samotna jest. Pachołków do posługi czy do koni dam wam, ile trzeba, ale zdadzą się niewieście ręce, czy strawę uwarzyć, czy o przyodziewę zadbać.

- Dzięki! - odparł Bezprym. - Rad sobie dworzec obejrzę i sam zmówię się z ona niewiastą, jeno wskażcie gdzie.

Bezprym wolał usiąść na uboczu, ale chciał się rozejrzeć, czy i tam nie będzie pod nadzorem.

- Wraz przyślę pachołka, który was tam zawiedzie, a mnie uwiadomi, zali wam po myśli gospoda - rzekł Dobromir i wyszedł.

Pachołek zjawił się wkrótce z dwoma końmi, bo dworzec istotnie dość był odległy. Żadnych innych zabudowań w pobliżu nie było. Obszerny budynek mieszkalny dzieliła na dwie części sień, wiodąca na przestrzał od podjazdu z rozległego dziedzińca do położonego na tyłach sadu, przylegającego do rzeki. Po ruchu i gwarze panującym na grodzie, na odwykłego od nich Bezpryma kojąco działały panująca tu cisza i spokój. Był pogodny dzień jesienny, powiew chwilami pociągający od rzeki przynosił woń dojrzałego, rozgrzanego słońcem owocu.

Miejsce zdawało się Bezprymowi zaciszną przystanią, gdzie mógłby beztrosko dokonać swych dni. Ale zapieczona nienawiść i nieufność nie pozwoliła mu powodować się tym uczuciem. Zanim postanowi tu pozostać, chciał poznać niewiastę, o której mówił Dobromir. Starej samotnicy nie kupi za błyskotki, jak mu doradzał Otto, a zgorzkniałemu niełatwo będzie nawet pozyskać ją dobrym słowem, którego sam nie słyszał od pacholęcych lat.

Stary smerd oznajmił, że gospodyni jest w sadzie i poszedł jej oznajmić przybyłych. Czekając na nią Bezprym rozglądał się po otoczeniu. Wstawało w nim wrażenie, że nie po raz pierwszy znalazł się tu, jakby wspomnienie sennego marzenia, bo darmo usiłował sobie przypomnieć, dlaczego to miejsce nie zdało mu się obce.

Z zamyślenia wyrwał go odgłos szybkich kroków. Na ścieżce w sadzie ukazała się stara niewiasta. Niemal biegła, siwy włos bez czepca miała rozwiany, pomarszczona twarz zarumieniona była, ze wzruszenia czy z wysiłku. Zdać się mogło, że spodziewała się ujrzeć kogoś innego, dostrzegłszy bowiem Bezpryma przystanęła oddychając szybko, a na twarzy jej zjawił się wyraz zaskoczenia czy zawodu. Przez chwilę patrzyli wzajem na siebie. Znowu naszło go wrażenie, jakby skądś znał tę niewiastę. Pokrywając szorstkością zmieszanie rzucił:

- Cóże na mnie baczysz, jakbyś odmieńca ujrzała?

Nie zaraz powiedziała przez ściśnięte gardło:

- Co oni z tobą zdziałali!

Zmieszał się jeszcze bardziej i zapytał;

- Znasz mnie? Ktoś jest? Jako się zowiesz?

- Pirwe twoje słowa do mnie były, jako do matuli, bo rodzoną ci zabrali. Gdy posłyszałam, iżeś wrócił, jako na synaczka czekałam. Nie bądź gniewny, żem cię nie poznała, tyle zim minęło! Pacholęciem byłeś, jeszcze nie postrzyżonym, gdy mi cię odebrano. Opłakałam cię, jak własnego. I ja zmieniłam się. Ale tu, gdzieś stawiał pirwe kroki, nie zmieniło się nic, dziw, iżeś nie poznał.

Słowa te padły jakby promieniem światła w mrok niepamięci. Bezprym znał to miejsce, jeno ongiś dworzec ze swymi zakamarkami zdał mu się ogromny, a obejście z sadem światem całym. Teraz zmalały, dom jakby skurczył się i przysiadł, ale Bezprym przypomniał sobie każdy szczegół. I jakby pochwycił zerwaną nić pamięci, niemal bezwiednie szepnął do siebie:

- Chwalena! Matuś!

Zawstydził się i opanował wzruszenie. Tej niewiasty nie potrzebuje kupować, ni obawiać się. Po raz pierwszy nie będzie zmuszony kryć się ze swymi myślami i zamiarami.

Oczy starej zaszkliły się. Powiedziała drżącym głosem:

- Przypomniałeś! Tyś jeden mnie tak zwał. Mój rodzony zmarł nim gaworzyć zaczął. Potem małżonkowi się legło i tak już ostało: pustka! Ninie jakby minione wróciło, już mi nikto ciebie nie odbierze.

Nie chciał jej łudzić, że pozostanie na zawsze, że po to uchodził z klasztoru, by tu pustelnikiem osiąść. Jeżeli mu służyć ma pomocą w jego zamierzeniach, musi ją wtajemniczyć, ale na to czas będzie.

Czekała jednak widocznie na potwierdzenie swej nadziei, a gdy milczał, zapytała niespokojnie:

- A może ty małżonkę pojąć zamierzasz? Przyrzeknij, że mnie zabierzesz z sobą. Będę wam dziatki...

- Nie pojmę małżonki, nie będzie dziatek - uciął gwałtownie. Przypomniał, że odebrano mu i to, co pozwala przedłużyć nadzieje poza własne nieudane życie. Ale widząc wyraz przykrości na twarzy Chwaleny, dodał już spokojnie:

- Ninie ostanę, a o tym, co zamierzam, jeszcze zadość ugwarzym. Jesień idzie, potem zima, co robić w długie wieczory, jeśli nie gadać?

Westchnęła z ulgą. Tyle zim przesiedziała samotnie, nie mając ust do kogo otworzyć, że nadzieja spędzenia nadchodzącej z tym odzyskanym mlecznym synem pozwalała czekać na nią z radością. Po co wybiegać myślą zbyt daleko, lepiej nie znać przyszłości. Powiedziała:

- Iście tak! Gwarzyć czas będzie, a ninie pójdź się rozgościć.

Zrazu jednak niewiele gwarzyli ze sobą. Oboje odwykli od mówienia, a Bezprym, jakby powetować chciał długie lata zamknięcia, wałęsał się po okolicy lub przesiadywał nad rzeką, w zadumie patrząc na sunącą cicho falę. Często nie przychodził nawet na południowy posiłek, bywało, że zasiedział się tak, iż stara szukać go musiała, by choć na wieczerzę wrócił. Zdał się czekać na coś czy na kogoś. Nie chciała dopytywać, spodziewając się, że sam powie, gdy jesienne słoty i krótkie dni zmuszą go, by więcej przebywał w domu. Tymczasem starała się dogadzać mu jak umiała i martwiła się, że na to nie zwraca uwagi.

Pogodna jesień skończyła się wkrótce i Bezprym istotnie częściej teraz przebywał w domu, ale widocznie zaczynał się niecierpliwić. Roztargniony był tak, że zdał się nie wiedzieć, co je. Gdy raz zapytała go, czy mu jadło nie smakuje, spojrzał na Chwalenę, jakby nie rozumiejąc o co pyta. Gdy powtórzyła pytanie, uśmiechnął się z przymusem i odparł:

- Od jadła takoż odwykłem. W klasztorze, co jeno człeku miłe, wszystko grzech. Nawet sen, bo przyśnić się może coś grzesznego. Czuwając łacniej się ustrzec od biesa. Parsknął złym śmiechem i ciągnął:

- Widno jednakowoż biesa nie ma, bo zjawiłby się, gdym go przyzywał.

- Nie mów! - szepnęła Chwalena nieznacznie spluwając za siebie. - Prawią, że Zły może się przytaić w samym człeku i do zguby go wiedzie.

- Niechby! - odparł. - Byle mi pomógł pomsty dokonać. Pókim żyw, nie poniecham jej. Z prawa mnie się patrzyło królestwo, policzę się z wydziercą.

Po raz pierwszy powiedział wyraźnie, do czego zmierza, a Chwalena zrozumiała, że znowu grozi jej utrata człowieka, który stał się treścią jej życia. Powiedziała nieśmiało:

- Wżdy nie on jest wydziercą i nie on cię ukrzywdził. Rodzic mu właść przekazał, gdy ty mnichem byłeś...

- Mnichem byłem! - przerwał jej gwałtownie. - Zali ty rozumiesz, co to w zaraniu młodości wyzbyć się nawet nadziei? Przez ćwierć wieka żyć, na śmierć jeno czekając, jako z głową na pieńku. Ni miłości, ni drużby, ni swobody. Bodaj z bezdni nie wyjrzał ten, co mnie na to skarał...

Bezprym aż się zachłysnął wściekłością na wspomnienie. Stara zrozumiała, że nie odwiedzie go od zamierzeń. Ale co zdziała przeciw królowi? Czeka go jeszcze jeden zawód, może nie tylko zawód. Chybiony bunt może oczyma przypłacić, jeśli nie życiem. Szepnęła bezradnie:

- Cóże ty wskórasz sam przeciw wszystkim?

- Nie sam. Nie brak Mieszkowi wrogów, nie jeno postronnych, ale we własnym domu. I nie przeciw wszystkim. Nie zyskał sobie miru u wojów przez to, że węgierskiemu królowi kraju ustąpił, byle mnie przedał.

- Mniemasz, że sami nie swego jeno będą patrzeć? A Mieszko nie czędo13, wie, czego chce. Po to za ciebie zapłacił, by mieć cię na oku i pod ręką. Jakoże się zmówisz?

- Zmówiłem się już - mruknął Bezprym. Gdy patrzyła na niego pytająco, dodał:

- Z Ottonem!

Plasnęła w dłonie:

- Wierzysz mu? Wżdy z Mieszkiem jednych ojców syny. Gdyby przeciwko rodzonemu chciał powstać, dawno by to uczynił. Widno nie jeno nie mógł, ale nie chciał, bo słyszałam, że człek ma być lekki.

- Nie wierzyłbym - odparł Bezprym chmurnie - gdyby, jak sama wiesz, własnej nie patrzył korzyści.

- I cóże mu za korzyść Mieszka na ciebie zamienić? Zali mu lepiej będzie niźli z rodzonym? Nie słychać, by jakowaś zadra była między nimi.

- Ostaw! - mruknął niecierpliwie, czując, że Chwalena zamierza go odwieść od postanowienia. - Wiem ja, czemu raniej nie chciał i nie mógł, a ninie chce i może. On zasię wie, że społem łacniej to posięgniem niżli przeciwko sobie. I wie, że ja potomstwa mieć nie będę i jemu przypadnie dziedzictwo.

- Wżdy po Mieszku takoż jemu by przypadło. Król jedynego syna w mnichy oddał, a innego nie będzie, bo z małżonką ani nie gadają.

- Ale starszego ma po miłośnicy i jego na następcę sobie sposobi.

- Nie wiedziałam - rzekła w zamyśleniu. - Iście pomnę, że syneczka mieli. Piękna była niewiasta, miłowali się, ale mu rodzic porzucić ją kazał, a oną Niemkę pojąć. Twardy był stary król, niełacno było mu się przeciwić. On zasię potrafił i wbrew ojcowej woli macierz twą wygnał, by pojąć tę, którą umiłował.

Patrzyła zaskoczona na Bezpryma, którego twarz nabiegła krwią i żyły wystąpiły na skroniach. Zlękła się, iż krew go zaleje, ale zbladł i wyszeptał chrapliwie, przez zaciśnięte zęby:

- Tedy po co mnie spłodził ów wszetecznik!

Po chwili zaczął spokojniej:

- Otto prawił, że za sojusznikami się rozejrzy i postronnym poparciem. Przez jakowaś niewiastę miał się znosić ze mną. Zima idzie, a od niego ani wieści.

- Może zgoła zabył, o czym gadał z tobą. I jakich to nalazłby popleczników? Opojów, jak sam.

Bezpryma ogarnęło przygnębienie. Otto istotnie podchmielony był, gdy się zmawiali. Jeżeli poniechał sprawy, należy samemu coś przedsięwziąć. Choćby wiedział co, pora niesposobna. Przymrozki zwarzyły już listowie, rozegnały je północne wiatry, ołowiane niebo siąpiło słotą. Jeżeli Otto nie wrócił do Poznania, nie wróci wcześniej aż ustali się zima. Jemu czas się nie dłuży na rozmyślaniach, jak Bezprymowi. Trzeba wiedzieć przynajmniej, czy jeszcze liczyć można na Ottona. Powziął postanowienie i rzekł:

- Jadę do grodu. Niechaj mi pachołek konia osiodła.

Chwalena zlękła się, że znowu zostanie sama, nie była też wolna od obawy o Bezpryma.

- Po cóż pojedziesz? - rzekła. - Nie lepiej by cię zabyli? Źle ci to u mnie?

- Wżdy wrócę, jeno się rozejrzę co poczynać - odparł. - Nigdy i nigdzie lepiej mi nie było - dodał ciepło.

Mówił, co czuł, ale właśnie dlatego obawiał się, że gotów zapomnieć myśli o zemście, którą pieścił się od czasu, gdy myśleć począł.

Po przybyciu do miasta Bezprym nie dopytywał się o Ottona, pewny, ze dowie się i bez tego. Jeśli Otto wrócił, a nie poniechał zamiaru, zgodnie z układem sam da znać o stanie sprawy. By nie budzić podejrzeń, Bezprym otwarcie zajechał na gród, zgłosił się u skarbnika Radwana po przyznane mu srebro, po czym odszukał żupana i pod pozorem, że chce się u króla upomnieć o wyznaczenie mu jakiegoś grodu na siedzibę, wypytał, kiedy można spodziewać się jego przybycia. Wiedział już, że Mieszko wrócił z Kujaw, nie było go jednak w Poznaniu. Dobromir odparł, widocznie zakłopotany:

- Król wraz z synem pojechał na Lednicę. Kiedy wróci, nie wiem. Sam czekam na niego, bo spraw narosło pod jego nieobecność. Czeka takoż poselstwo lutyckie, pan biskup krzyw o układy z poganami, rad by je udaremnić, a wżdy sprawa ważna jest. Lepiej by z nami szli na Niemca niźli z Niemcem na nas, jak dotąd bywało. Słałem już do króla, by sam rozstrzygnął, ale nie wraca, oni zasię niecierpliwią się i wyjechać gotowi, gdy pomiarkują, że lekce się ich, waży.

Żupan nie mówił o większej jeszcze trosce. Król nie pojechał do pałacu na Lednickim Ostrowiu, lecz do osady nad jeziorem, do swej dawnej miłośnicy. Rozdżwięk między małżonkami groził otwartym zerwaniem. Rycheza nie robiła tajemnicy, że nie zniesie współzawodniczki. Sama oziębła i oschła, nie dbała o oziębłość małżonka, ale urażona w swej dumie cesarskiej krewniaczki wymogła od biskupa, by wezwał króla do zerwania z miłośnicą, w przeciwnym razie ona wróci do Niemiec i zażąda rozwodu. Jasne było, że wówczas potężny ród Ezzonidów ze sprzymierzeńca stanie się wrogiem. Nawet Chrobry zawsze dbał o to, by mieć w Niemczech prawdziwych czy kupionych przyjaciół. Sprawa budziła niepokój wśród dostojników i naradzali się z biskupem, jak wpłynąć na króla, by starał się załagodzić stosunki z małżonką.

Mówiono o tym nie tylko na dworze, ale po gospodach i na targu, a Bezprym przysłuchiwał się rozmowom, rozmyślając jaką korzyść może wyciągnąć ze sporu w królewskiej rodzinie. Mimo że Dobromir ofiarował mu gościnę u siebie lub we dworze na Tuńskim Ostrowiu, wolał stanąć w karczmie na podgrodziu, gdzie nie zauważony łatwiej mógł zbierać wiadomości.

O Ottonie jednak nie dowiedział się niczego, natomiast często i z niechęcią mówiono o utracie krajów zakarpackich, wraz z nimi korzyści z handlu dla kupców, a uposażeń i dostatków dla rycerstwa. Wspominano nie tak dawno minione czasy Chrobrego, który umiał nie tylko wojować, ale jednać sobie sprzymierzeńców tam, gdzie mu byli potrzebni, nigdy nie walczył jednocześnie na dwie strony. Mieszko umie jeno kupować sobie wrogów, nawet we własnym domu. Utrata Moraw i Słowacji stwarzała groźbę dla Śląska.

Bezprym słuchał tych wieści ze złą radością. Budziły w nim znowu zawiedzioną przez Stefana nadzieję, że nie darmo podjął trudy i niebezpieczeństwa ucieczki z klasztoru. Niepokoił go tylko brak wieści od Ottona, uzbrajał się jednak w cierpliwość. Zanim spróbuje sam coś zdziałać, musi mieć pewność, co przedsięwziął i osiągnął Otto.

W ponury słotny dzień Bezprym siedział w swej izbie na wyżce, nasłuchując dochodzącego z dołu gwaru. Wciąż jeszcze nie mógł nawyknąć do przebywania w tłumie. Rozważał, czy nie wrócić do dworca Chwalony, gdzie panowała cisza i spokój, a stara niewiasta dogadzała mu we wszystkim. Zdawał sobie jednak sprawę, że siedząc na uboczu, pozbawiony będzie nawet wiadomości o tym, co się dzieje i prześlepić może sposobność pozyskania kogoś dla swych zamierzeń.

Niechętnie zebrał się i zszedł do izby gospodniej, gdzie przy miodzie i piwie biesiadnicy rozmawiali z ożywieniem. Usiadł w ciemnym kącie, czekając na zamówioną polewkę i przysłuchiwał się. Z panującego gwaru usiłował wyłowić jakieś wiadomości. Mówiono o przyjeździe króla, który wczesnym rankiem zjawił się na grodzie wraz z synem.

We wnęce, przy stole przeznaczonym widocznie dla dostojniejszych gości siedziało grono poważnych mężów, a wśród nich siwowłosy, zapewne dworski dostojnik, bo godność jego zdradzał złoty łańcuch. Bezprym zdołał podsłuchać, że opowiadał o jakimś zajściu z Bolesławem w dniu koronacji i zakończył:

- Król, ani chybi, małżonkę podejrzewał, że zgubić chciała pasierba, przeto wysłał go na Kujawy. Ninie przywiódł go z sobą, choć widno, że nie w ostatku Bolko przyczyną jest zadry między małżonkami, bo starczy, że król jawnie już wrócił do swej ongiś popaszeli14. Nie ułatwi to panu biskupowi załagodzenia sprawy, choćby dla ludzkich oczu.

- Widno i król tego nie chce - wtrącił któryś z biesiadników. - Pamiętamy, jako ów młokos po koronacji wszem wobec ubliżył królowej, ona zasie nie zwykła zapominać urazy. Może i po to miłościwy pan przywiódł Bolka, by się pozbyć małżonki.

- Niechby wyjechała - wtrącił drugi - nikto jej żałować nie będzie kromie obcego duchowieństwa, bo mu nie skąpi, ze swego i nie ze swego. Jej włodarze wolnych ludzi do świadczeń nadmiernych przymuszają. Nie skarbi to i królowi miłości u prostego ludu, skoro się temu nie przeciwił, bo nijak pojąć, by mąż zwalał niewieście za łeb się wodzić. Miłościwy pan ze wszytkim miętki jest, nie na te czasy, co, zda mi się, idą.

Stary dostojnik ręką strzepnął i przerwał:

- Nie nasza rzecz. Jemuśmy ślubili wiarę i posłuch. Za to następcę sobie sposobi, bodaj aż nazbyt bitnego. Wojem, ani chybi, będzie przednim, tęgi jest nad wiek i bystry, jeno zdałaby mu się twardsza ręka niźli ojcowa, zanim do rozumu dojdzie.

- Bogdajby się w dziada wdał. Jeno sam Bóg wie, co będzie, a ninie nie ma się z czego radować. Stary król chciał jak najlepiej jednego nad wszystkimi ustanawiając, jeno nie wiada, zali dobry wybór uczynił.

- Ani pora, ani miejsce o tym rozprawiać - uciął dostojnik wstając. Pozostali też jęli się zbierać, zapłacili i wyszli.

Bezpryma zaciekawiła podsłuchana rozmowa, jak również kim byli znaczni niewątpliwie mężowie. Od karczmarza dowiedział się, że najstarszy z nich jest szatnym królewskim, pozostali zaś to starszyzna wojsk stacjonujących w Poznaniu. Teraz Bezprym nie żałował, że wyrwał się spod opieki Chwaleny, gdzie zgnuśniałby do reszty. Jeśli nie ma poniechać swych zamierzeń, musi obracać się między ludźmi.

W tej myśli skierował kroki do dworca na Tuńskim Ostrowiu. Przyjazd króla skupia tam nici najważniejszych spraw. Pod pozorem, że chce się z nim rozmówić, może nie budząc podejrzeń rozejrzeć się wśród zgromadzonych tam ludzi, a nawet zbliżyć się do kogoś.

Już na dziedzińcu stwierdził, że do króla niełatwo się będzie docisnąć, ale nie spieszno mu było. Wszedł do wielkiej, dość mrocznej sieni, zatłoczonej tak, że nie było gdzie usiąść. Po chwili jednak z sąsiedniej izby wyszedł komornik i ogłosił, że król udzieli posłuchania tylko tym, których wezwał. Pozostali niechaj sprawy swe przedstawią żupanowi, który albo je sam rozstrzygnie, albo królowi przedstawi do rozstrzygnięcia.

Wszczął się szmer, sień jęła się opróżniać, pozostało tylko kilku, zapewne urzędników, miarkując ze złotych i srebrnych łańcuchów. Bezprym jednak miast wyjść usiadł na ławie pod oknem. Komornik przystąpił do niego, widocznie zamierzając go wyprosić, poznał jednak Bezpryma, bo skłonił się i rzekł:

- Wasza dostojność wybaczy, ale miłościwy pan odprawia ninie lutyckie poselstwo, potem zasię pan biskup zapowiedział swe przybycie. Zapytam, zali król zechce was wysłuchać. Może jednakowoż sprawę mógłby załatwić żupan Dobromir. Przyjmie waszą miłość przed innymi.

- Poczekam - odparł Bezprym. - Mój czas jest tani, ale nie żupanowi rozstrzygać sprawy między mną a bratem.

Rozmowa zwróciła uwagę obecnych, którzy widocznie dopiero z niej dowiedzieli się, kim jest Bezprym. Zaczęli szeptać między sobą, co go drażniło. W tej chwili jednak z sąsiedniej izby wyszło trzech mężów, obcych wyglądem i strojem, niewątpliwie lutyckie poselstwo. Przeszli przez sień nie rzuciwszy na nikogo okiem. Patrzono na nich z ciekawością, dotychczas bowiem rzadko bywała sposobność przyjrzenia się pogańskim sąsiadom, chyba ubitym w boju. Odwrócili uwagę od Bezpryma, który przypomniał sobie, że po nich zapowiedział swe przybycie biskup Paulinus. Jemu wolał się Bezprym nie rzucać w oczy i zamierzał wyjść, gdy drzwi od komnaty króla otwarły się ponownie i ukazał się w nich rosły i barczysty młodzieniec. Gładką jego twarz dopiero przyciemniać zaczął pierwszy zarost, spojrzenie jego błękitnych oczu, jakim obrzucił obecnych, było zarazem bystre i drwiące i drwiący był uśmiech, z jakim ledwo głową skinął dostojnikom, którzy na jego widok powstali z pokłonami. Bezprym domyślił się, że jest to Bolesław Mieszkowic, nie ruszył się jednak z miejsca, czym widocznie zwrócił jego uwagę, bo zatrzymał się przed Bezprymem i wskazując na niego zapytał towarzyszącego komornika, jakby rzecz miał przed sobą, nie człowieka:

- Kto zacz?

- Królewic Bezprym, przyrodni miłościwego pana - odparł komornik zmieszany. Obelżywe lekceważenie starszego krewniaka ze strony butnego młokosa rzucało się w oczy. Bolko dopełnił miary wzruszywszy ramionami, po czym odwrócił się i wyszedł.

Bezprym siedział jak uderzony obuchem, przed oczyma miał czerwoną mgłę. Wściekłość aż mu oddech zaparła, nie zważając na skutki, gołymi rękami rad by rozdarł zuchwalca, a zarazem czuł, że spotkałoby go jeszcze jedno upokorzenie. Poczucie bezsiły było tak dotkliwe, iż gotów był się rozpłakać, ośmieszając się na dobitkę wobec ludzi, którzy znowu szeptać jęli między sobą, jak sądził, drwiąc sobie z niego. Wstał i zataczając się jak ogłuszony skierował się do wyjścia. W drzwiach omal nie wpadł na biskupa, ręką odsunął go i nie obejrzawszy się wyszedł. Zdumiony i zaskoczony Paulinus rozglądał się po obecnych, widocznie czekając wyjaśnienia. Wszyscy milczeli jednak, tylko komornik skłonił się i rzekł:

- Zechciejcie spocząć, wasza wielebność, wraz uwiadomię pana.

Wszedł do sąsiedniej Komnaty, nie wracał jednak przez dłuższą chwilę. Paulinus widocznie dotknięty zachowaniem Bezpryma zwrócił się do obecnych i zapytał:

- Kto zacz ów człek? Niespełna rozumu lubo pijany?

- To królowie Bezprym - odparł ktoś. Biskup powiedział jakby do siebie:

- Mam ja i o nim do pomówienia z królem.

Po chwili zjawił się komornik oznajmiając, że król czeka. Mieszko powitał biskupa przy wejściu, wskazał mu miejsce za stołem i usiadłszy naprzeciw, zagaił:

- Słucham, co mi rzec zechce wasza przewielebność.

- Jak wiecie, miłościwy panie, nie zwykłem siebie i was zaprzątać błahymi sprawami. Nie jeno Kościoła, ale całego kraju dotyczą i nie we własnym jeno przychodzę imieniu.

- Wdzięcznym, że moją troskę o kraj dzielicie, bo nad siły to brzemię - rzekł Mieszko.

- Dla tych, których Opatrzność cięższą opatrzyła odpowiedzialnością, Kościół wyrozumialszy jest, na ich ludzkie słabości przymykając oczy - zaczął biskup. Mieszko z pewnym zniecierpliwieniem wpadł mu w słowo:

- Rozumiem, że o nich mowa nie bez powodu.

- Iście tak, bo nijak przez palce patrzeć, gdy grzech jest jawny, ład chrześcijański narusza, nie jeno zgorszenia stając się przyczyną, ale zerwania przez Kościół uświęconego związku. Tedy zarówno z pasterskiej powinności, jak i z naprawy dostojnej małżonki waszej, wzywam was, panie...

Mieszko wiedział już, do czego zmierza biskup i przerwał:

- Jeśli małżonka moja zerwać chce związek, który po prawdzie dawno z imienia jeno nim jest, ją radziej upomnieć należy. Jeno przypomnę wam, że rodzic mój po dwakroć pobłogosławione przez Kościół związki zerwał, a nie odmówiono mu pobłogosławienia trzeciego. Zali wonczas inne były pasterskie obowiązki niż ninie?

Paulinus zmieszał się, ale podjął po chwili:

- Nie jeno o naruszenie praw Kościoła chodzi. Grzech zawżdy zaczyn kary w sobie nosi. Jeśli małżonka wasza, słusznie w swych prawach i godności urażona, kraj opuści, przemożny ród jej ze sprzymierzeńca wrogiem się stanie.

- Wolej mi wroga mieć z dala niźli we własnym domu - uciął Mieszko. - Rzekliście, że w ważnych sprawach przychodzicie. Zali nie w tej jeno?

- Iście tak. Nie tajne, że bawi tu poselstwo pogańskich Lutyków, i nietrudno odgadnąć w jakim celu. Pomnijcie, że świątobliwy apostoł pogan Bruno samemu cesarzowi otwarcie przygarnął, iż z poganami przeciw chrześcijanom się łączy.

- Rozumiem, że i to Waszej Wielebności pasterski obowiązek. Pamiętam jednak, iż cesarz wolał mieć pogan po swej stronie niżli przeciwko sobie. Ja takoż. Czy to już wszytko?

- Nie! - odparł Paulinus podrażniony. - Nie przyniosło Bożego błogosławieństwa, że rodzic wasz uświęcone przez Kościół związki zerwał. Ostał po nim Bezprym. Nie mnie wam mówić o stratach, jakich już stał się przyczyną, ni o groźbie na przyszłość. Jako zbiegły mnich pod klątwą pozostaje ipso facto. Mniemam, że nie jeno dla zadośćuczynienia prawom Kościoła zechcecie go odesłać do klasztoru, skąd zbiegł, by pokutą chrześcijańskiej społeczności przywrócony ostał.

Teraz Mieszko milczał, chmurnie zadumany. Wiedział, że biskup w swym prawie jest, żądając odesłania zbiegłego mnicha do klasztoru, jak niedawno synod frankfurcki zmusił do powrotu również zbiegłego z klasztoru w Würzburgu - Gebharda, przyrodniego brata cesarza Konrada. Ale za nim nie ujmie się nikt, za Bezprymem zaś stanie Stefan węgierski, któremu Mieszko życie, zdrowie i wolność Bezpryma poręczył. Zbyt drogo zapłacił za spokój na południowej granicy i przymierze ze Stefanem, by zadrzeć z nim dla uczynienia zadość kościelnym przepisom.

Ale nie tylko zimny rozsądek wzbraniał tego. Jak wyrzut sumienia tkwiła w nim świadomość krzywdy, jaka spotkała przyrodniego brata. Nie z własnej woli został mnichem, a choć i nie z woli Mieszka, ale z jego przyczyny. Od komornika król wiedział już o zajściu z Bolesławem. Zuchwały młokos do krzywdy dodał upokorzenie. Zbyt szybko przywykł do myśli, że kiedyś władać będzie krajem i zbyt wcześnie pochlebcy zabiegać zaczynają o względy przyszłego władcy. Postanowił skarcić zuchwalca, ale wiedział, że dla Bezpryma nie ma zadośćuczynienia. Po ranach zadanych dumie zawsze blizna zostaje.

W tej chwili Mieszko zapomniał o żądaniu biskupa. Gdy milczenie się przedłużało, Paulinus przerwał je:

- Czekam waszej odpowiedzi, miłościwy panie.

Mieszko drgnął jak przebudzony i odparł:

- Nie złamię słowa danego węgierskiemu królowi.

Paulinus wstał i rzekł:

Debitum feci et animam salvavil15. Jakoż od prostego ludu czekać, by praw Kościoła przestrzegał, gdy od was się tego nie doprosić. Tedy zwólcie się pożegnać.

Gdy Paulinus wyszedł, Mieszko jął chodzić po komnacie, zarazem gniewny i przygnębiony. Oto jak wszyscy pomagają mu dźwigać brzemię! I z Bolka miast wyręki jedna troska więcej.

Gdy wszedł komornik z zapytaniem czy może prosić następnych, król odparł:

- Niechaj przyjdą jutro. Znużony jeśm.

Chciał być sam, by choć myślą uciec do osady nad Lednickim Jeziorem, gdzie nigdy nie czekały go troski. Ale mimo że odległa zaledwo o dwie mile, zdała mu się daleka jak księżyc.

Bezprym miotał się po swej izbie, jak zwierz w pułapce, chory z bezsilnej wściekłości. Bękart po nałożnicy śmiał jego, pierworodnego syna królewskiego, zlekceważyć niczym psa przybłędę. Nienawiść, jaką Bezprym żywił do ludzi, teraz zogniskowała się na czelnym młokosie. Za pomstę na nim Bezprym wyrzekłby się wszystkiego, ale gdy próbował myśleć jak jej dokonać, gryzł palce i darł włosy w poczuciu zupełnej bezradności. Nie pamiętał, że od rannej polewki nie miał nic w ustach, a już zapadał wieczór chmurnego dnia. Błony w oknach ledwo odcinały się z mroku, w końcu zapanowała zupełna ciemność. Gwar dochodzący z izby gospodniej, nacichał aż umilkł, jedynym odgłosem był teraz szelest kropel deszczu na gontach dachu.

Bezprym siedział w ciemnościach, nie wołając nawet o światło, wściekłość wyczerpała go, ale mimo to czuł, że nie zaśnie. Ilekroć wspomniał doznane poniżenie, krew uderzała mu do głowy i dudniła w uszach. Toteż zdało mu się, iż słuch go łudzi, gdy rozległo się ciche pukanie do drzwi. Gdy jednak powtórzyło się, zdziwiony i zły odsunął zaworę, przekonany, że gospodarz lub któraś z dziewek służebnych przypomnieć mu chce, że nie wieczerzał. Otworzył drzwi i na jaśniejszym tle poblasku światła padającego z sieni ujrzał zarys męskiej postaci. Nie był to jednak karczmarz. Bezprym gniewnie zapytał:

- Kto zacz i po co?

- Przyjaciel - odparł nieznajomy, odsunął Bezpryma, wszedł i zamknął za sobą drzwi. Zaskoczony i zaniepokojony Bezprym rzucił w ciemność:

- Nie mam przyjaciół. Czego tu?

- Wraz się okaże. Choć posłuchać warto.

- Kim jesteś?

- To nieważne, bo nie od siebie przychodzę.

Bezprym uspokoił się. Bez przyczyny nieznajomy nie przychodziłby w słotną noc. Z odgłosu przesuwanych sprzętów zmiarkował, że przybysz usiadł, jakby zamierzał dłużej bawić. Usiadł również i czekał na wyjaśnienie. Cokolwiek by to było, zajście odwróciło myśl Bezpryma od doznanego upokorzenia. Nieznajomy zaczął:

- Na grodzie jeno o tym gadają, na co sobie Mieszkowy szczeniak wobec waszej miłości pozwolił.

Bezprym aż się poderwał i rzucił ochryple:

- Zali po to przychodzicie, by mi o tym prawić?

- Nie bez przyczyny - spokojnie odparł nieznajomy. - A mniemam, że i bez przypominania nie zabędziecie odpłacić mu zniewagi.

- By chęć stała za możność - z goryczą rzekł Bezprym. - On ma za sobą wszystko, ja nic.

- Myli się wasza miłość. Czelność tego młokosa nie szczędzi nikogo. Gdzie się zjawi, mężowie cnoty swych niewiast ni cór niepewni. Nic to dla niego człeka ubić, a sprawiedliwości nie najdzie, bo król słabość żywi do niego, następcę sobie w nim upatrzywszy. Niejednemu aże strach o tym pomyśleć. Temu zapobiec należy.

- Rad to słyszę - powiedział Bezprym - jeno cóże ja w tym mogę? Iście i ja wolejbym nie dożył, gdy ten znajda zasiądzie na stolcu, który mnie z prawa należy. Jeno że ninie siedzi na nim Mieszko. Młodszy ode mnie, raniej on mojej śmierci doczeka niźli ja jego, bo i zdrowie mi nie służy.

- Nikto nie wieczny, ale i Mieszkowej śmierci nie czekać. Cesarz Konrad nie daruje uczynionej mu ujmy, że się Mieszko bez jego przyzwolenia królem koronować niechał, korzystając, że poparcie miał teścia, a w Niemczech zamęt był.

Bezprym zaczynał się domyślać, z czyjego ramienia przychodzi posłaniec, nie mógł natomiast odgadnąć, czego od niego oczekują. Zapytał:

- Kto was do mnie przysłał i po co?

Zamiast wprost odpowiedzieć, nieznajomy zaczął:

- Wiecie, że był dziś u króla pan biskup...

- Iście wiem - przerwał Bezprym, teraz uświadomiwszy sobie, że minął się w przejściu z dostojnikiem, któremu wolał nie przypominać się. Nawet jeśli biskup w jego sprawie był u króla, Mieszko nie zadrze ze Stefanem, by zadośćuczynić biskupowi. Niecierpliwiło jednak Bezpryma niewyjawienie przez nieznajomego sprawy, w której przyszedł i rzucił:

- Przecz mi o tym prawicie?

- Bo nie wiecie pewnikiem, że biskup z naprawy pani Rychezy domagał się od króla, by poniechał nierządnego związku ze swą miłośnicą.

- Jeno cóże się to ma do mnie, z kim Mieszko sypia? Nie moja to sprawa.

- Wraz się okaże, jeno wysłuchajcie. Miłościwa pani ani by dbała o takową współzawodniczkę, gdyby król prawego syna nie oddał w mnichy, by niewzdanego po miłośnicy następcą swym uczynić. Jakby i tego nie dość było, jeszcze jej zuchwalec wszem wobec zelżywość wyrządził, której ona takoż nie zapomni.

- I to rad słyszę - odparł Bezprym - jeno wciąż nie wiem, po co mi o tym prawicie. Wżdy królowa łacniej ukarać wydoli pyszałka niźli ja, co na łasce jeśm tu, gdzie władać moje prawo.

- Z cesarskim przyzwoleniem - wtrącił nieznajomy - Temu lenno nadaje, komu jego wola i łaska. Ale Treue um Treue16.

Bezprym milczał. To co słyszał, budziło nadzieję, ale zakorzeniona nieufność rodziła jednocześnie podejrzenia. Nie miał już wątpliwości, że posłaniec przychodzi od królowej. Ale do czego jest jej potrzebny i co może w zamian ofiarować? A także komu i za co może go sprzedać?

Posłaniec wyczuł widocznie podejrzliwość Bezpryma i rzucił kości na stół:

- Miłościwa pani, jeno pora będzie sposobna, do Niemiec wyjedzie i zażąda rozwodu. Ale nie po to, by wolną rękę ostawić niewiernemu małżonkowi ni jego pomiotowi. Jeno że syn jej jeszcze nieletni, potrzebny tu człek zaufany, który by rządy objął, zanim młody pan do lat sprawnych dojdzie.

Bezprym milczał dalej. Wiedział już, czego królowa od niego oczekuje. Parę lat władzy starczy mu, by nasycić zemstę, a potomstwa mieć nie będzie. Ale bez postronnej pomocy nie zdoła jej pochwycić. Z tego co mówił posłaniec zdało się, iż Rycheza liczy na poparcie cesarza dla swych zamierzeń. Bezprym jednak słyszał, że ojciec Rychezy niedawno wciągnąć chciał Mieszka do sprzysiężenia przeciw Konradowi. Jeśli nawet cesarz zechce ukarać Mieszka za koronację bez jego przyzwolenia, to nie po to by umocnić swoich przeciwników.

Nieznajomy podjął:

- Czekam odpowiedzi waszej miłości.

- To ja czekam, byście mi rzekli, jak to ja mam rządy objąć. Gdybym wydolił bez pomocy, dawno bym to uczynił.

Posłaniec zrozumiał wątpliwości Bezpryma, bo odparł:

- Królowa zyska dla was cesarskie poparcie. Rodzic jej pojednał się z Konradem, cesarz przyrzekł mu nawet lenno Szwabii dla syna Ottona. Tym łacniej wnękowi pomoże zapewnić polskie.

- A jeśli nie?

- Cóż stawicie? Do czasu możecie siedzieć na uboczu, niczego nie poczynając.

Bezprym jednak zadość miał jałowego oczekiwania. Czas się pracuje dla niego. Gdyby nie zmowa z Ottonem, nie miałby wyboru. Z drugiej strony nie miał też od niego żadnej wieści, a Otto słuszność miał mówiąc, że łatwiej osiągną cel działając zgodnie niż przeciwko sobie. Nieufność wstrzymywała Bezpryma, by mówić o tym z nieznajomym. Ten jednak rzekł niecierpliwie:

- Czekam odpowiedzi. Wtóry raz po nią nie przyjdę. Jeśli nie was, najdziemy innego.

Bezprym przestał się wahać:

- Ani bym się nie namyślał - odparł - gdybym się nie umówił z królewicem Ottonem, że społem strącimy Mieszka. Jeno nie wiem, co począł i z kim się zmawia, bo iście bez postronnej pomocy takoż Mieszkowi nie wydoli.

Nieznajomy zaśmiał się:

- Chytry! Nie rzekł wam, że takoż przez królową szuka cesarskiego poparcia. Jeno że miłościwa pani radziej wam ufa, że układu dotrzymacie, bo jedno, że Otto człek jest lekki, wtóre, że gdyby właść posiadł, za małżeństwem się obejrzy, które by mu pomogło ją zachować dla swego potomstwa.

Uprzedzając wątpliwości Bezpryma dodał:

- Pokojni bądźcie, że z nim załadzimy i przeszkadzać nie będzie. Dzielnicę otrzyma, która go zaspokoi, a cesarzowi na rękę nawet gdy kraj podzielony. Łacniej go w lennym posłuchu utrzymać.

- Tedy co mi poczynać?

- Czekać. Zima idzie, cesarz bawi nad Renem, królowa nie wcześniej wyjedzie, aż drogi stwardną. Przyjdzie pora, damy znać.

Mieszko źle spał tej nocy. Mówiąc Paulinusowi, że woli mieć wroga z dala niż we własnym domu, miał na myśli małżonkę. Jej wyjazd odczułby jako ulgę, wraz z nią usuną się z dworu Niemcy, którzy kłuli w oczy butą krajowych dostojników, a i bez tego wielu z nich pamiętało nie tak dawne krwawe zmagania z drapieżnym sąsiadem. Prosty naród od wieków zwykł Niemca uważać za wroga, a Rycheza w niczym nie przyczyniła się, by pozwolić zapomnieć o przeszłości. Początkowo pokrzywdzeni skarżyli się królowi i Mieszko próbował przekonać małżonkę, by zakazała nadużyć swym włodarzom, ale daremnie. Ostatnio przestali się żalić, nie łudził się jednak, by się z nimi pogodzili. Dworaków i włodarzy Rychezy pozbędzie się wraz z nią, ale ani nie może, ani nie chce pozbyć się obcego duchowieństwa, bo nawet wraz z krajowym zbyt nieliczne było, by wśród przywiązanego do starych bogów ludu utrwalić wątły jeszcze posiew nowej wiary. A zerwanie z małżonką, która swą nabożną hojnością umiała je sobie pozyskać, nie przysporzy mu przychylności obcego kleru, choć i sam nie żałował trudów ni kosztów, by umocnić organizację kościelną.

Właśnie rozpoczął w Kruszwicy budowę katedry pod wezwaniem św. Zygmunta, a sandomierskiego scholastyka Marcelego wyznaczył biskupem dla Kujaw i Pomorza. Nie tylko Paulinus ma mu za złe, że nie dość stanowczo tępi pozostałości pogaństwa. A przecież żyje jeszcze całe pokolenie, które w czci do starych bogów wyrosło. Rozpoczęte przez ojca i dziada dzieło nawrócenia prowadzić należy z cierpliwą wyrozumiałością, przemoc może wywołać opór, który zburzy to, co już wybudowano.

By jednak siły, myśli i zasoby temu poświęcić, potrzebny jest spokój, a nie ma go nawet we własnym domu. I we śnie jak zmora gniotła Mieszka świadomość, że wrogów ma wszędzie. Na myśl przyszło mu zajście Bolka z Bezprymem. Czego chciał, dopraszając się o rozmowę, Mieszko nie mógł się domyślić, natomiast nie miał wątpliwości, że ciężko musiał poczuć się dotknięty w swej obolałej dumie wyzywającym zachowaniem młokosa, który dał mu odczuć, że niczym tu jest, gdzie z urodzenia mógł być pierwszym. Ale szkodzić potrafi i najmniejszy.

Mieszko sam nie wiedział, dlaczego tak silnie obeszła go ta sprawa, że zakłóca mu sen. Może dlatego, że od Bolka nie takiej się spodziewał pomocy i wyręki. Młodzik nie chce zrozumieć, że władać to nie tylko wynosić się nad innych, że jest lekkomyślną głupotą drażnienie wroga, choćby najsłabszego. Wychowany samopas, jak zwierz zadufany jest tylko we własną siłę, której mu nie brak, niczyjej powagi nie uznaje.

Postanowił rozmówić się z synem. O sięgnięciu do kar myślał z niechęcią. Jak pragnienie odczuwał potrzebę kogoś bliskiego, kto by wypełnił pustkę osamotnienia. Kazimierza nie widział od chwili, gdy oddał go przeorowi, córki odejdą wraz z Rychezą, która wszczepiła im własną niechęć do ojca. Z Ottonem nic go nie łączy, nie zawsze nawet wiedział, gdzie się lekkoduch obraca, mała Matylda to jeszcze dziecko, choć okazywała mu przywiązanie, nieczęsto nawet myśl jej mógł poświęcić. Za wszelką cenę chciałby pozyskać miłość tego syna, który dojrzały już mógł być towarzyszem jego trudów i trosk. Czuł jednak, że to jest słabość, o której bystry młodzik wie.