Rozdział 1
Dwadzieścia siedem lat żyję na tym świecie, ale wystarczyła minuta, aby spódniczka mini i szpilki spadły z mojego osobistego rankingu seksownych stylizacji. Trochę jakbym doznał nagłego objawienia. Od teraz jestem fanem białych fartuszków i lateksowych rękawiczek naciągniętych na zgrabne dłonie.
- To bez dwóch zdań kołatek domowy.
Podnoszę się z krzesła i z zainteresowaniem spoglądam na kobietę, która obraca się w moją stronę. Odsuwa od twarzy szkło powiększające, dzięki czemu mogę sycić oczy jej urodą. Jest śliczna! Gdybym wiedział, że ekspertki od robaków są tak atrakcyjne, już dawno poprosiłbym ją o pomoc.
- Kołatek domowy - powtarzam po niej z namysłem, wsuwając dłonie do kieszeni garniturowych spodni.
Zerkam za plecy biolożki i trudno mi powstrzymać pełne boleści stęknięcie. Drewniana boazeria, którą wyłożona była ściana, została zerwana przez naszego hotelowego konserwatora w jednym miejscu. Miejsce to było właśnie przedmiotem oględzin pięknej ekspertki od robaków. Domyślam się, że skoro szkodnik urządził sobie tam ucztę, to w jakiś sposób będę musiał się go pozbyć. Najszybszym sposobem wydaje się zabranie mu "sprzed nosa" michy pełnej żarcia, czyli rozebranie wszystkiego do gołej ściany.
Jeśli chodzi o rozbieranie, to hotelowa ściana nie jest jedynym obiektem, który chętnie pozbawiłbym warstw wierzchnich.
- To dobrze czy źle? - Chcę się upewnić, że moja wizja remontu pokoju jest słuszna.
Ogromne niebieskie oczy wpatrują się we mnie z sympatią, a ja czuję, że po moim kręgosłupie wędruje znajomy impuls.
Impuls łowcy.
- Zależy, jak na to patrzeć, panie Dreks - odpowiada rzeczowo ekspertka. - Kołatek to najbardziej szkodliwy ksylofag na terenie naszego kraju, więc pod tym względem jest źle.
- Ksylofag?
- Drewnojad. Gatunek chrząszcza, który atakuje drewniane konstrukcje w domach. Niszczy też materiały drewnopochodne. - W jej oczach zapala się iskra charakterystyczna dla ludzi, którzy uwielbiają swoją pracę. - Żeruje do momentu całkowitego zniszczenia drewnianego elementu.
- Jak uroczo... włamać się do cudzego domu i żreć do upadłego - mamroczę z pretensją, tak jakby te pieprzone robaki mogły mnie usłyszeć.
- Natura rządzi się swoimi prawami.
W rzeczy samej.
Unoszę brew i łapię jej spojrzenie.
- Mówi pani tak, jakby to panią cieszyło.
- Entomologia to mój konik. Dzięki tym maleńkim organizmom robię w życiu coś, co bardzo lubię.
Mój podziw dla niej rośnie z każdą minutą. Uwielbiam ludzi z pasją i zdarza mi się czasami spotykać na swojej drodze kogoś, kto poświęca życie rzeczom, którymi ja bym się nie zainteresował, nawet gdyby mi dopłacali. Kto, u licha, zaszczepił w tej delikatnej istocie miłość do robaków?
- Mam tak samo, jeśli chodzi o pieniądze. - Szczerzę się bezczelnie, na co ona spuszcza wzrok, aby ukryć rozbawienie.
Na szczęście nie wydaje się oburzona moimi słowami. Ma poczucie humoru i potrafi wyczuć, kiedy się zgrywam.
- Ile ludzi, tyle pasji. W wielu dziedzinach życia warto słuchać własnego serca, nawet w kwestiach zawodowych.
No dobra, może nie jestem aż takim romantykiem. Ostatnim razem, gdy posłuchałem serca, dałem się omamić kobiecie, która potem kopnęła mnie w dupę dla lepszej posady w Wielkiej Brytanii. Od tego czasu częściej podążam ścieżką rozumu.
- Przynajmniej wykluczyliśmy wersję z duchem. - Przekierowuję rozmowę na właściwe tory, bo myśl o Alicji zawsze podnosi mi ciśnienie. - Klienci po spędzeniu nocy w tym pokoju uskarżali się właśnie na... - Strzelam palcami, aby znaleźć odpowiednie słowo.
- Kołatanie - podpowiada mi Magdalena Pyrak. - Podczas żeru wydają właśnie taki odgłos, stąd ich nazwa.
To mówiąc, odkłada szkło powiększające na stolik nieopodal, a potem ściąga z siebie biały fartuch oraz rękawiczki jednorazowe. Guma strzela jej w dłoniach, a ona uśmiecha się z wyższością, jakby zakończyła z sukcesem skomplikowaną operację chirurgiczną.
Lustruję wzrokiem jej drobną sylwetkę: długie, szczupłe nogi odziane w klasyczne dżinsy oraz obcisły T-shirt z ogromną gąsienicą wyhaftowaną na piersi. Złociste włosy związane niedbale nad karkiem bujają się, gdy sięga po torebkę i zarzuca ją sobie na ramię.
Jest cholernie w moim typie - drobniutka, eteryczna blondynka. Niczym maleńki koreczek na imprezie, po który sięgasz, gdy chcesz coś przegryźć.
- Może gdyby boazeria była wykonana z jakiegoś drzewa iglastego, to nie miałby pan problemu. Kołatki preferują liściaste gatunki, a ta boazeria jest ewidentnie dębowa. - Unosi brwi z wyższością, jakby doskonale wiedziała, że nie mam pojęcia, z jakich materiałów wykonano hotel należący do mojej rodziny.
Czuję się trochę głupio, gdy przeskakuję wzrokiem z jej twarzy na drewnianą ścianę. Dla mnie drewno to po prostu... drewno. Architekt wnętrz akurat tak zaprojektował ten pokój, a my z braćmi mu zaufaliśmy. Teraz mam ochotę zadzwonić do niego i zapytać, czy zrobił to specjalnie, czy może kupił sobie dyplom na internetowej aukcji.
- O cholera - wyduszam tylko, a kobieta zagryza drobną wargę.
- Dzielimy ten świat z inteligentnymi stworzeniami, panie Dreks. Kołatek lubi takie miejsca.
Zatacza dłonią łuk, a ja robię się coraz bardziej zaintrygowany. Moi bracia padliby ze śmiechu, gdybym się przyznał, że kołatek domowy zdominował moje popołudnie.
- Takie, czyli jakie?
- Zaciemnione i lekko wilgotne - odpowiada od niechcenia, a na moim ramieniu siada wredny chochlik.
- Ciemne i wilgotne? Już go lubię.
Biolożka podrywa głowę tak gwałtownie, że mam ochotę wybuchnąć śmiechem. Z pewnością jest młodsza ode mnie - mój asystent mówił, że w październiku broni pracy licencjackiej, więc pewnie ma jakieś dwadzieścia dwa lata. Pięć lat różnicy to nie jest dużo, skoro żadne z nas nie przekroczyło jeszcze trzydziestki. Magda Pyrak doskonale wie, co miałem na myśli. A ja, jak na niepoprawnego babiarza przystało, świetnie się bawię, obserwując jej zmieszanie. Ona jeszcze tego nie wie, ale polubi tę moją gadkę.
- Więc jakie są zalecenia? - Przywołuję się do porządku, aby nie przekroczyć cieniutkiej granicy dobrego smaku.
Ekspertka od robaków poprawia torbę na ramieniu, jakby potrzebowała chwili, by przemyśleć swoją odpowiedź. Nie wiem, czy jako mieszkanka Jarzębinek zna moją rodzinę, ale liczę na to, że będzie ze mną szczera. Nie lubię pokrętnych tłumaczeń.
- Panno Pyrak, proszę nie owijać w bawełnę. Zarządzam w firmie Działem Finansowym, więc interesują mnie twarde dane i fakty. Koloryzowanie rzeczywistości nie leży w mojej naturze. - Uśmiecham się zachęcająco. - Śmiało.
Wygląda na to, że jej ulżyło.
- Czy boazeria jest tylko w tym pokoju, czy gdzieś jeszcze?
- Tutaj i w paru pomieszczeniach na poddaszu. Mamy tam bibliotekę dla gości hotelowych. To specjalnie wydzielona, cicha, przytulna strefa dla miłośników literatury.
Świetnie, teraz zaczynam się przed nią puszyć jak paw.
- Wobec tego boazerię należy usunąć. W tym pokoju jak najszybciej, a potem to samo na poddaszu. Nawet jeśli jeszcze tam nie dotarły, to wkrótce się pojawią. Przykro mi. Takie dodatkowe koszty to nic miłego.
Cmokam z udawanym smutkiem. Tak naprawdę gówno mnie obchodzi, ile na to wydam. Wyeliminowanie na jakiś czas z oferty strefy czytelniczej nie zmniejszy również liczby rezerwacji w Calineczce. Nasz hotel gwarantuje tyle innych atrakcji, że goście z pewnością nie będą stratni. Możemy przecież wygospodarować miejsce na bibliotekę tymczasową. Może na świeżym powietrzu, tuż obok hotelowej kawiarni? Ogród też wydaje się dobrym pomysłem. To całkiem niezła myśl.
- No cóż... Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko ugiąć się pod potęgą natury. - Wpatruję się przez chwilę w uroczą twarz Magdy Pyrak, udając, że się nad czymś zastanawiam. - Czy zgodziłaby się pani towarzyszyć ekipie remontowej, która będzie zrywała drewno? I dopilnować całego procesu?
Nie ukrywam, że chciałbym zobaczyć się z nią ponownie. Jest ładna, wydaje się miła i z pewnością inteligentna. Na czas mojego pobytu tutaj będzie idealną towarzyszką. Nie mam pojęcia, ile zajmie mi papierologia związana z przejęciem ziemi po starej Sapijaszce - pomimo tego, że najbardziej uciążliwa osoba odeszła na tamten świat, to pozostała mi jeszcze niejaka Urszula Zyzak: kobieta, która wynajmuje mój upragniony kawałek ziemi. Zamierzam odwiedzić jej skromne progi i pokazać papiery wskazujące nowego właściciela, czyli naszą firmę. Zanim ustalę z nią warunki wyprowadzki, spędzę w Jarzębinkach trochę czasu. Mógłbym go urozmaicić spotkaniami z tym słodkim kociakiem.
- Z całym szacunkiem, ale nie mam czego pilnować. - Magda Pyrak marszczy swoje cieniutkie brwi. - Gdy usuniecie boazerię, problem sam się rozwiąże. Kołatek nie wróci i nie przyczepi się do gołej ściany.
Przestępuję z nogi na nogę, podenerwowany jej wyraźnym oporem. Może jednak ktoś sprzedał jej jakąś plotkę dotyczącą mojego kawalerskiego życia w stolicy? Z pewnością słyszała o problemach, jakie napotkaliśmy przy rozpoczęciu budowy. Lokalna prasa zarzucała nam, że nie liczymy się z krajobrazem i opinią mieszkańców, budując w sercu świerkowego lasu molocha na kilkuset gości. Wojtek, dyrektor generalny i mój najstarszy brat, był tu kilkukrotnie, zanim udało mu się uspokoić ludzi. Nie mam jednak wątpliwości, że w Jarzębinkach mieszkają jednostki, które nadal żywią do rodziny Dreks głęboką urazę.
- Po remoncie chciałbym mieć papier podpisany przez fachowca w tej dziedzinie - próbuję podejść ją od innej strony. - Byłbym spokojniejszy, kierownik hotelu również. Wie pani, jak to u nas jest... Lepiej mieć o jedno pismo za dużo niż za mało.
Biolożka kręci głową i się uśmiecha. Czyżby przejrzała moje nieudolne próby zatrzymania jej przy sobie?
- Ale ja nie jestem jeszcze fachowcem. - Rozkłada bezradnie ręce. - Dopiero w październiku bronię pracy licencjackiej. Pańscy pracownicy zwrócili się o pomoc do urzędu, a tam wszyscy wiedzą, co studiuję. Akurat zjechałam na wakacje do domu, dlatego się tu znalazłam. Nie jestem jednak upoważniona do wystawiania zaświadczeń i tym podobnych. To zadanie dla specjalistycznej firmy. Mogę panu jakąś polecić.
Wydaje się mówić szczerze. Nie dostrzegam w jej łagodnej twarzy wyrachowania, które sugerowałoby jakąś zaplanowaną grę. Nie udaje niedostępnej, aby zwrócić moją uwagę. Wydaje się mną... niezainteresowana. To trochę zbija mnie z pantałyku.
- Rozumiem. - Wpatruję się w podłogę, zagryzając wargi. - A czy jakąś dobrą restaurację jest mi pani w stanie polecić?
Chyba się nie spodziewała, że ktoś taki jak ja zechce zjeść w lokalnej knajpie. Magdalena Pyrak nie musi przecież wiedzieć, że to pomysł mojego środkowego brata - Michała, eksperta od promocji. To on zasugerował mi przed wyjazdem, że powinienem pokręcić się trochę po okolicy, zjeść "na mieście", żeby ludzie zaczęli dostrzegać we mnie ludzkiego i normalnego faceta. Wprawdzie lokalsi nie mieli powodu, aby mnie nienawidzić, ale cholera wie, czy ta stara uparciucha - Genowefa Szacka - nie rozpuściła przed śmiercią plotek o tym, jak to zaciekle przekonywaliśmy ją do odsprzedania nam ziemi. Należało teraz przyzwyczaić otoczenie do nowej rzeczywistości.
- Restaurację? Myślę, że tak... Przy plaży jest całkiem niezła knajpa, w której serwują ryby, śledzie po kaszubsku i domową kuchnię. Tylko nie jestem pewna, czy... - Biolożka urywa w połowie zdania, a na jej policzkach pojawiają się delikatne rumieńce.
Nie wiem czemu, ale patrząc na jej mleczną skórę upstrzoną dowodami zawstydzenia, przypominam sobie tę zuchwałą rudowłosą kobietę z kościoła. Ona również zaczęła się czerwienić, gdy się zorientowała, że na nią patrzę. Wprawdzie zaraz po tym obrzuciła mnie spojrzeniem, które powinno spalić mnie na popiół, ale w jakiś irracjonalny sposób one dwie wydają się do siebie podobne. Nie wiem, co mam myśleć o tym nagłym porównaniu. I dlaczego ta czarownica z kościoła pojawiła się w mojej głowie akurat teraz? Rudzielce nie należą do kobiet, na które zwracam szczególną uwagę. Aczkolwiek ta na pogrzebie była niezwykle... intrygująca.
- Lubię domowe obiady - odpowiadam, spychając zielone kocie oczy na obrzeża pamięci. - Jak nazywa się ta restauracja?
- U Mewy.
Tłumię parsknięcie. Dlaczego mnie to nie dziwi? Właściciele nadbałtyckich restauracji nie wydają się zbyt kreatywni. Mnie te ptaki kojarzą się z wyjadaczami resztek ze śmietników, ale pewnie jakiś turysta z Krakowa, który widzi polskie morze raz w roku, czuje się podekscytowany, jedząc "u mewy".
- Świetnie. Dałaby się pani zaprosić na obiad? W ramach podziękowania za fachowe doradztwo.
Kieruję wzrok na wyhaftowaną gąsienicę na jej koszulce i splatam ramiona na piersi w oczekiwaniu na odpowiedź. Nie mam pojęcia, czy ma chłopaka, ale skoro stanowczo tego nie zakomunikowała, to żywię nadzieję, że jest singielką. A jeśli kręci się koło niej jakiś fagas, to... mam to gdzieś.
- Och, ja... sama nie wiem - wyrzuca z siebie Magda, zerkając na mnie jak na smoka, który planuje ją pożreć.
- Spotkanie bez żadnych podtekstów. Pani coś dla mnie zrobiła, więc chciałbym się odwdzięczyć. Tylko tyle.
Rozchyla usta, aby coś odpowiedzieć, ale powstrzymuje ją dzwonek komórki.
- Przepraszam, sprawdzę, kto to... - szepcze przejęta, po czym wygrzebuje z torby smartfon.
Ku mojemu zdziwieniu nie odbiera. Marszczy tylko gniewnie brwi, gdy orientuje się, kto dzwoni, po czym wpycha telefon na jego dawne miejsce.
Bardzo interesujące.
- To tylko moja przyjaciółka. - Chrząka. - Wie pan co... Chętnie zjem z panem obiad.