Bracia Dreks (#3). Szczęście jest blisko. Bracia Dreks, tom 3 - Paulina Kozłowska

Kup ebooka

38.90 zł
34.18 zł (38,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

 

 

 

 

 

Prolog

 

 

- Anielski orszak niech twą duszę przyjmie, uniesie z ziemi ku wyżynom nieba, a pieśń zbawionych niech ją zaprowadzi aż przed oblicze Boga Najwyższego!

- Jezusie. Jej głos będzie mi brzęczał w uszach jeszcze przez tydzień.

- Mamo - szepczę oburzona, szturchając jej udo kolanem.

- No co?! - Teraz to ona trąca moją nogę. - Chyba mi nie powiesz, że tobie podoba się jej zawodzenie?

Obydwie znamy odpowiedź, ale to nie czas i nie miejsce na przekomarzanie się w sprawie wątpliwych umiejętności wokalnych pani Marii - katechetki z lokalnej podstawówki. Bez względu na to, czy w Jarzębinkach odbywa się pogrzeb, czy ceremonia zaślubin, ona musi się wydzierać. Zajmuje pierwszą ławkę w bocznej nawie i wyje jak nakręcona. Uszy więdną, zęby bolą, ale wszyscy dzielnie trwamy - niczym cierpliwi rodzicie, którzy w spokoju czekają, aż ich dziecko się uspokoi. Przecież kiedyś zamilknie, prawda?

Chrząkam pod nosem i przywołuję się do porządku. Zakładam mentalny kaganiec wszystkim durnowatym myślom i skupiam się na ostatnich minutach ceremonii. W trumnie leży teraz moja przyjaciółka, więc należałoby się jakoś zachowywać.

Przymykam powieki i staram się skupić na pieśni, ignorując fuknięcia mamy, której nie podoba się, że własna córka przywołuje ją do porządku. W końcu ciało i głowa zaczynają ze sobą współpracować, a ja drżę pod wpływem niosącego się po starych murach echa. Nie jestem fanką kościołów i pieśni żałobnych, ale ta konkretna ma w sobie coś niezwykle dojmującego i podniosłego zarazem. Jest czymś w rodzaju śpiewanego solenizantowi "Sto lat" - wyznacza ważny punkt imprezy. Tyle tylko, że po wyśpiewaniu tej pieśni wszyscy zasiadają do wspólnego tortu, podczas gdy "Anielski orszak" oznacza moment wyprowadzenia trumny z kościoła.

Jak na zawołanie w uszach dźwięczą mi znajome słowa: Przypilnuj, żeby porządnie mnie przyszykowali do pogrzebu. Mają mi natapirować włosy, zrobić staranny makijaż i pomalować paznokcie na różowo. Dostarczysz do zakładu pogrzebowego moją ukochaną różową garsonkę. Dopilnujesz, żeby odpicowali mnie jak na imprezę. Bo to będzie ostatnia impreza, na której mnie zobaczycie.

Cała Gienka. Mnie na samą myśl o własnej śmierci robi się słabo, podczas gdy ona po przekroczeniu dziewięćdziesiątki trajkotała o niej nieustannie. Już bliżej niż dalej! - zaśmiewała się, wznosząc toast swoją ulubioną sangrią.

Cóż to była za energiczna kobieta. Może właśnie dzięki tej nieposkromionej naturze dożyła dziewięćdziesięciu dwóch lat i trzy dni temu po prostu nie wybudziła się ze snu. Jakby ta płonąca jasnym blaskiem świeczka w końcu się wypaliła. Śmierć idealna - bez cierpienia, bezdusznych lekarzy i pełnych strachu pytań "Co będzie dalej?". Czyli tak, jak sobie Gienka zaplanowała.

Powstrzymuję cisnący mi się na usta uśmiech. Dzieliło nas sześćdziesiąt lat, ale gdy z nią rozmawiałam, niejednokrotnie wygłaszała takie poglądy, jakby była moją równolatką. Żadna z przyjaciółek nie udzieliła mi tylu trafnych rad, jeśli chodzi o mężczyzn i relacje z nimi. Nawet moja matka tego nie umiała.

Gienka była jedyna w swoim rodzaju. Obcowałam z jej ironicznym poczuciem humoru i ciętym języczkiem przez pięć lat. To ja pokazałam jej, jak empatyczne i cudowne potrafią być zwierzęta. Rozbudziłam miłość do nich, choć gdy się poznałyśmy, bardzo dobitnie mi zakomunikowała, co sądzi o wynajęciu ziemi pod mój przytułek.

Trochę nie mogę uwierzyć, że już jej z nami nie ma.

A może gdzieś tu jest? Siedzi cichutko w którejś z ławek, podjada niebiański popcorn i patrzy na tłum ludzi, który przyszedł oddać jej hołd?

- Co niektórzy postanowili się wyłamać. - Dźgnięcie w żebra wyrywa mnie z zamyślenia.

Odwracam się do mamy i gromię ją spojrzeniem. Idealnie wyskubana brew unosi się prowokacyjnie, jakby jej właścicielka nie rozumiała, skąd moje oburzenie. Ta kobieta jest takim wulkanem energii, że nawet podczas pogrzebu trzymanie buzi na kłódkę sprawia jej trudność. Pewnie słychać ją było dwie ławki za nami, ale wydaje się tym kompletnie nie przejmować.

- Ciszej - syczę chyba po raz setny, bo zdążyła już obgadać połowę żałobników, którzy pojawili się w zasięgu jej radaru.

- No co? Wszyscy są na kolorowo, a ci dwaj tam wyglądają jak na pogrzebie świadka koronnego.

Bez skrępowania wskazuje głową na drugi koniec kościoła. Nie pozostaje mi nic innego jak zerknąć w tamtym kierunku. Nie jest to łatwe, bo muszę wychylić się zza postawnej sylwetki Karola, nie zdradzając przy tym, że z premedytacją kogoś obczajam. Na szczęście mój adorator miał wczoraj nocną służbę, więc przysypia lekko i nie dostrzega moich wygibasów.

Wpadam na genialny pomysł - będę udawać, że wydobywam z torebki paczkę chusteczek higienicznych. Niewielką listonoszkę położyłam wcześniej na ławce, więc przysiadam teraz na zimnym siedzisku i grzebię w niej bez sensu, ze wzrokiem utkwionym w czymś zupełnie innym.

Od razu ich dostrzegam, bo wyróżniają się spośród barwnych postaci zgromadzonych w świątyni. Wczoraj z samego rana zamieściłam na naszej lokalnej stronie w social mediach informację, że ostatnią wolą Gienki było to, aby żałobnicy włożyli kolorowe ciuchy. Miało być barwnie jak w cyrku. I byłoby tak, gdyby nie ci dwaj.

Z pewnością jej nie znali i nie obserwowali profilu "Newsy z Jarzębinek".

- Jakby przyjechali do Gienki po haracz i się spóźnili - mama pochyla się nade mną i szepcze mi do ucha, zadowolona z siebie.

Tłumię parsknięcie, bo choć mam ochotę ponownie ją zrugać, to muszę przyznać jej rację. Ci mężczyźni przypominają typy spod ciemnej gwiazdy, szczególnie ten starszy, któremu z pewnością przydałoby się porządne golenie i strzyżenie - posiwiałe włosy wyglądają jak po kontakcie z piorunem. Groźny image dopełnia broda, która przypomina szaroburego kocura. Nos zaś z pewnością został kiedyś złamany i nie doczekał się interwencji chirurga. Gdybym spotkała go późnym wieczorem w ciemnej uliczce, pewnie wzięłabym nogi za pas. Przenoszę więc uwagę na jego towarzysza.

Jasny gwint.

Mam ochotę gwizdnąć z uznaniem. Nie wygląda, jakby pobierał haracze, a raczej jak ktoś, kto przyjechał z walizką wypełnioną pieniędzmi i zamiarem ubicia niezłego dealu. I rozkochania w sobie połowy Jarzębinek.

Wyciągam paczkę chusteczek, odkładam torebkę i biorę się za odgrywanie sceny numer dwa: ocieranie oczu i wydmuchiwanie nosa. Nie jest to łatwa czynność, gdy po prostu perfidnie udajesz rozpacz, ale staram się.

Przystojniak ma na sobie elegancki czarny garnitur, koszulę i krawat. Zaciskam chustkę na skrzydełkach nosa i przesuwam wzrok na twarz nieznajomego. Ocena jego urody staje się moją misją specjalną.

Wow! A niech mnie, ten koleś wygląda, jakby urwał się z okładki romansu biurowego. Ciemnoblond włosy ma ostrzyżone krótko jak u wojskowych z oddziałów specjalnych. Gęste brwi podkreślają błękit jego oczu. Kwadratowa szczęka pokryta jest kilkudniowym zarostem, a nos przypomina perfekcyjnie wykonane dzieło sztuki.

Szczerze mówiąc, nie spotkałam nigdy mężczyzny, który byłby w stu procentach w moim typie. Sądziłam, że po ziemi nie chodzi drugi Gerard Butler, ale najwyraźniej się myliłam. Moje zmysły skwierczą jak przypalane ogniem piekielnym, gdy dostrzegam jego kształtne i pełne usta. A jakby tego było mało, jego szerokie ramiona w garniturze prezentują się wyśmienicie.

Nie, to zdecydowanie nie jest egzekutor haraczy. Choć wcale bym się nie obraziła, gdyby zażądał spłaty mojego wyimaginowanego długu. I to w naturze!

Chichoczę cichutko i szybko maskuję wesołość kaszlem. Dla pewności rozglądam się dookoła, ale na szczęście nikt nie zwraca na mnie uwagi, a ksiądz nadal stoi przy ołtarzu i zdaje się bisować "Anielski orszak". Pewnie ludzie z firmy pogrzebowej nie mogą się przebić przez tłum stojący przed kościołem i ceremonia nieco się wydłuży.

Uff, mogę jeszcze przez chwilę bawić się w Matę Hari i próbować rozwikłać, kim jest Pan Gajerek. I wtedy to dostrzegam - lśniące oczy wpatrujące się prosto we mnie.

Zastygam jak pod spojrzeniem nauczyciela, który przyłapał mnie na przyklejaniu gumy do żucia pod krzesłem.

Czas staje w miejscu, a ciepło zaczyna malować na moich policzkach różowe plamy. Mam ochotę dać nura pod ławkę, bo nie pamiętam, żebym kiedykolwiek rumieniła się ze wstydu. Owszem - jako rudzielec - wyglądam czasami, jakby ktoś natarł moją cerę rozgniecionym pomidorem, ale dzieje się tak tylko po wysiłku fizycznym lub gdy się wścieknę. Nigdy na widok faceta.

No wiecie co?!

Mrużę oczy i gapię się nadąsana na główny powód mojej wewnętrznej irytacji.

Pełne usta, które u faceta są wręcz świętokradztwem, rozciągają się w powściągliwym uśmieszku.

Matko Boska, miej mnie w swojej opiece.

Na myśl o tym, jak rozkosznie jego broda musi drażnić skórę podczas pocałunku, przechodzi mnie dreszcz.

Przecież on wygląda jak pieprzony komandos, który przyjechał odbić mnie z rąk porywaczy. Przy takim słusznym wzroście mógłby nawet wziąć mnie na ręce i wynieść stąd do swojego wozu opancerzonego.

A może to halucynacje biednej, samotnej kobiety po trzydziestce? Bo w sumie czemu ktoś taki miałby mi się przyglądać? Toczę wzrokiem dookoła, ale wszyscy są skupieni na śpiewie. Z osób wartych uwagi jest tu tylko nieboszczka w trumnie i ewentualnie moja matka, która zawsze wygląda jak mokry sen młodych facetów.

Zerkam na nią, ale ona teraz dla odmiany wpatruje się w ołtarz i jest tak rozmodlona, jakby przeszła ekspresowe nawrócenie.

Czyli gość patrzy na mnie. Cholera.

Nie powinnam tego robić, biorąc pod uwagę, gdzie i po co się znalazłam, ale nie mogę się powstrzymać. W Jarzębinkach nie widuje się takich facetów. Ja oglądam ich tylko w amerykańskich filmach, w których bad boy na motocyklu uwodzi jakąś kujonkę, córkę pastora. Na moje nieszczęście mój ojciec to liberał z krwi i kości, badający morską florę, a matka to była Miss Nastolatek Pomorza, która swoją seksualność podkreśla na każdym kroku i do dzisiaj potrafi paradować po domu nago.

Przy takiej mieszance genetycznej nie należę do kobiet, które odwracają wzrok, peszą się czy jąkają w towarzystwie przystojniaków. A poza tym mam trzydzieści dwa lata, na litość boską. Jeszcze rok czy dwa i zostanę oficjalnie mianowana MILF-em.

Więc czemu się czerwienisz, panno Zyzak?

Opuszczam dłoń i chowam chustkę do kieszeni lnianych spodni. Jeśli chcesz na mnie patrzeć, mężczyzno w czerni, to patrz! Zamierzam robić to samo. Genowefa z pewnością mi wybaczy, że nie śpiewam razem z innymi. W końcu to ona ciągle trajkotała, że mam sobie kogoś znaleźć, bo podobno nieużywane organy zanikają i celibat źle się skończy dla pewnej strategicznej części mojego ciała.

Gdy unoszę zawadiacko brew i posyłam mu spojrzenie w stylu "Co się gapisz?", on jakby nigdy nic uśmiecha się drapieżnie i puszcza mi oczko.

Puszcza mi oczko?!

Na pogrzebie?! Pięć metrów przed otwartą trumną, z której wystaje siwa czupryna Gienki i jej neonoworóżowa garsonka?!

Odwzajemniam uśmiech, na co tajemniczy typ od haraczów błyska białymi zębami. Wygląda na to, że świetnie się bawi, a ja z trudem przyznaję, że jego uwaga i gorące spojrzenie działają na moje ego niczym ambrozja na gości na uczcie bogów. Wypinam pierś, ściągam ramiona i czuję się jak najgorętszy towar w mieście.

Kim jest ten facet? Czy po wyjściu z kościoła do mnie podejdzie? Może poprosi o numer?

A może... zesłała mi go sama Genowefa?! To by było bardzo w jej stylu - postawić na mojej drodze przystojniaka, a samej popędzić przed oblicze Świętego Piotra.

- Idziesz się pożegnać?

Aż się wzdrygam, gdy mama muska nosem moje ucho. Odrywam wzrok od przystojnej twarzy i dopiero teraz się orientuję, że wszystko wokół ucichło. Ze względu na liczbę przybyłych ksiądz zostawił jednak otwarte wieko trumny dla tych, którzy chcą oddać hołd zmarłej.

- J-jasne. - Wstaję niezbornie, przy okazji szczypiąc w ramię nadal słodko drzemiącego Karola.

- O kurde... - mamrocze zawstydzony, gdy orientuje się, że przespał niemal całą ceremonię.

Pozwalam mu doprowadzić się do porządku, a sama zaczynam się przepychać za mamą w stronę ołtarza.

- Na kogo się tak gapiłaś? Na tego w garniaku?

- Nie. Swędziało mnie w nosie i musiałam...

- Chyba gdzie indziej cię... - szepcze mama przez ramię, a ja wbijam jej palec w plecy, zanim powie dwa słowa za dużo.

Wygina ciało, aby uciec przed moim dyscyplinującym gestem, a ja nie mogę uwierzyć, że chciała rzucić coś takiego w kościele. Dlaczego los wybrał mi na matkę wieczną hipiskę z wybujałą wyobraźnią?

Czuję ulgę, gdy pomyślę, że już niedługo do Jarzębinek zawita moja siostra. Przekierowanie matczynej uwagi na młodszą latorośl dobrze mi zrobi. Magda jest moim kompletnym przeciwieństwem, więc mama zawsze się nad nią roztkliwia i osacza ją niczym bluszcz. Korzystam na tym i przez te kilka tygodni cieszę się, że nie jestem w centrum jej zainteresowania.

Przesuwamy się powoli, więc gdy moją rodzicielkę zagaduje znajoma, z drżącym sercem oglądam się za siebie.

Ale blondyna już nie ma.

 

 

 

 

 

 

Rozdział 1

 

 

Dwadzieścia siedem lat żyję na tym świecie, ale wystarczyła minuta, aby spódniczka mini i szpilki spadły z mojego osobistego rankingu seksownych stylizacji. Trochę jakbym doznał nagłego objawienia. Od teraz jestem fanem białych fartuszków i lateksowych rękawiczek naciągniętych na zgrabne dłonie.

- To bez dwóch zdań kołatek domowy.

Podnoszę się z krzesła i z zainteresowaniem spoglądam na kobietę, która obraca się w moją stronę. Odsuwa od twarzy szkło powiększające, dzięki czemu mogę sycić oczy jej urodą. Jest śliczna! Gdybym wiedział, że ekspertki od robaków są tak atrakcyjne, już dawno poprosiłbym ją o pomoc.

- Kołatek domowy - powtarzam po niej z namysłem, wsuwając dłonie do kieszeni garniturowych spodni.

Zerkam za plecy biolożki i trudno mi powstrzymać pełne boleści stęknięcie. Drewniana boazeria, którą wyłożona była ściana, została zerwana przez naszego hotelowego konserwatora w jednym miejscu. Miejsce to było właśnie przedmiotem oględzin pięknej ekspertki od robaków. Domyślam się, że skoro szkodnik urządził sobie tam ucztę, to w jakiś sposób będę musiał się go pozbyć. Najszybszym sposobem wydaje się zabranie mu "sprzed nosa" michy pełnej żarcia, czyli rozebranie wszystkiego do gołej ściany.

Jeśli chodzi o rozbieranie, to hotelowa ściana nie jest jedynym obiektem, który chętnie pozbawiłbym warstw wierzchnich.

- To dobrze czy źle? - Chcę się upewnić, że moja wizja remontu pokoju jest słuszna.

Ogromne niebieskie oczy wpatrują się we mnie z sympatią, a ja czuję, że po moim kręgosłupie wędruje znajomy impuls.

Impuls łowcy.

- Zależy, jak na to patrzeć, panie Dreks - odpowiada rzeczowo ekspertka. - Kołatek to najbardziej szkodliwy ksylofag na terenie naszego kraju, więc pod tym względem jest źle.

- Ksylofag?

- Drewnojad. Gatunek chrząszcza, który atakuje drewniane konstrukcje w domach. Niszczy też materiały drewnopochodne. - W jej oczach zapala się iskra charakterystyczna dla ludzi, którzy uwielbiają swoją pracę. - Żeruje do momentu całkowitego zniszczenia drewnianego elementu.

- Jak uroczo... włamać się do cudzego domu i żreć do upadłego - mamroczę z pretensją, tak jakby te pieprzone robaki mogły mnie usłyszeć.

- Natura rządzi się swoimi prawami.

W rzeczy samej.

Unoszę brew i łapię jej spojrzenie.

- Mówi pani tak, jakby to panią cieszyło.

- Entomologia to mój konik. Dzięki tym maleńkim organizmom robię w życiu coś, co bardzo lubię.

Mój podziw dla niej rośnie z każdą minutą. Uwielbiam ludzi z pasją i zdarza mi się czasami spotykać na swojej drodze kogoś, kto poświęca życie rzeczom, którymi ja bym się nie zainteresował, nawet gdyby mi dopłacali. Kto, u licha, zaszczepił w tej delikatnej istocie miłość do robaków?

- Mam tak samo, jeśli chodzi o pieniądze. - Szczerzę się bezczelnie, na co ona spuszcza wzrok, aby ukryć rozbawienie.

Na szczęście nie wydaje się oburzona moimi słowami. Ma poczucie humoru i potrafi wyczuć, kiedy się zgrywam.

- Ile ludzi, tyle pasji. W wielu dziedzinach życia warto słuchać własnego serca, nawet w kwestiach zawodowych.

No dobra, może nie jestem aż takim romantykiem. Ostatnim razem, gdy posłuchałem serca, dałem się omamić kobiecie, która potem kopnęła mnie w dupę dla lepszej posady w Wielkiej Brytanii. Od tego czasu częściej podążam ścieżką rozumu.

- Przynajmniej wykluczyliśmy wersję z duchem. - Przekierowuję rozmowę na właściwe tory, bo myśl o Alicji zawsze podnosi mi ciśnienie. - Klienci po spędzeniu nocy w tym pokoju uskarżali się właśnie na... - Strzelam palcami, aby znaleźć odpowiednie słowo.

- Kołatanie - podpowiada mi Magdalena Pyrak. - Podczas żeru wydają właśnie taki odgłos, stąd ich nazwa.

To mówiąc, odkłada szkło powiększające na stolik nieopodal, a potem ściąga z siebie biały fartuch oraz rękawiczki jednorazowe. Guma strzela jej w dłoniach, a ona uśmiecha się z wyższością, jakby zakończyła z sukcesem skomplikowaną operację chirurgiczną.

Lustruję wzrokiem jej drobną sylwetkę: długie, szczupłe nogi odziane w klasyczne dżinsy oraz obcisły T-shirt z ogromną gąsienicą wyhaftowaną na piersi. Złociste włosy związane niedbale nad karkiem bujają się, gdy sięga po torebkę i zarzuca ją sobie na ramię.

Jest cholernie w moim typie - drobniutka, eteryczna blondynka. Niczym maleńki koreczek na imprezie, po który sięgasz, gdy chcesz coś przegryźć.

- Może gdyby boazeria była wykonana z jakiegoś drzewa iglastego, to nie miałby pan problemu. Kołatki preferują liściaste gatunki, a ta boazeria jest ewidentnie dębowa. - Unosi brwi z wyższością, jakby doskonale wiedziała, że nie mam pojęcia, z jakich materiałów wykonano hotel należący do mojej rodziny.

Czuję się trochę głupio, gdy przeskakuję wzrokiem z jej twarzy na drewnianą ścianę. Dla mnie drewno to po prostu... drewno. Architekt wnętrz akurat tak zaprojektował ten pokój, a my z braćmi mu zaufaliśmy. Teraz mam ochotę zadzwonić do niego i zapytać, czy zrobił to specjalnie, czy może kupił sobie dyplom na internetowej aukcji.

- O cholera - wyduszam tylko, a kobieta zagryza drobną wargę.

- Dzielimy ten świat z inteligentnymi stworzeniami, panie Dreks. Kołatek lubi takie miejsca.

Zatacza dłonią łuk, a ja robię się coraz bardziej zaintrygowany. Moi bracia padliby ze śmiechu, gdybym się przyznał, że kołatek domowy zdominował moje popołudnie.

- Takie, czyli jakie?

- Zaciemnione i lekko wilgotne - odpowiada od niechcenia, a na moim ramieniu siada wredny chochlik.

- Ciemne i wilgotne? Już go lubię.

Biolożka podrywa głowę tak gwałtownie, że mam ochotę wybuchnąć śmiechem. Z pewnością jest młodsza ode mnie - mój asystent mówił, że w październiku broni pracy licencjackiej, więc pewnie ma jakieś dwadzieścia dwa lata. Pięć lat różnicy to nie jest dużo, skoro żadne z nas nie przekroczyło jeszcze trzydziestki. Magda Pyrak doskonale wie, co miałem na myśli. A ja, jak na niepoprawnego babiarza przystało, świetnie się bawię, obserwując jej zmieszanie. Ona jeszcze tego nie wie, ale polubi tę moją gadkę.

- Więc jakie są zalecenia? - Przywołuję się do porządku, aby nie przekroczyć cieniutkiej granicy dobrego smaku.

Ekspertka od robaków poprawia torbę na ramieniu, jakby potrzebowała chwili, by przemyśleć swoją odpowiedź. Nie wiem, czy jako mieszkanka Jarzębinek zna moją rodzinę, ale liczę na to, że będzie ze mną szczera. Nie lubię pokrętnych tłumaczeń.

- Panno Pyrak, proszę nie owijać w bawełnę. Zarządzam w firmie Działem Finansowym, więc interesują mnie twarde dane i fakty. Koloryzowanie rzeczywistości nie leży w mojej naturze. - Uśmiecham się zachęcająco. - Śmiało.

Wygląda na to, że jej ulżyło.

- Czy boazeria jest tylko w tym pokoju, czy gdzieś jeszcze?

- Tutaj i w paru pomieszczeniach na poddaszu. Mamy tam bibliotekę dla gości hotelowych. To specjalnie wydzielona, cicha, przytulna strefa dla miłośników literatury.

Świetnie, teraz zaczynam się przed nią puszyć jak paw.

- Wobec tego boazerię należy usunąć. W tym pokoju jak najszybciej, a potem to samo na poddaszu. Nawet jeśli jeszcze tam nie dotarły, to wkrótce się pojawią. Przykro mi. Takie dodatkowe koszty to nic miłego.

Cmokam z udawanym smutkiem. Tak naprawdę gówno mnie obchodzi, ile na to wydam. Wyeliminowanie na jakiś czas z oferty strefy czytelniczej nie zmniejszy również liczby rezerwacji w Calineczce. Nasz hotel gwarantuje tyle innych atrakcji, że goście z pewnością nie będą stratni. Możemy przecież wygospodarować miejsce na bibliotekę tymczasową. Może na świeżym powietrzu, tuż obok hotelowej kawiarni? Ogród też wydaje się dobrym pomysłem. To całkiem niezła myśl.

- No cóż... Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko ugiąć się pod potęgą natury. - Wpatruję się przez chwilę w uroczą twarz Magdy Pyrak, udając, że się nad czymś zastanawiam. - Czy zgodziłaby się pani towarzyszyć ekipie remontowej, która będzie zrywała drewno? I dopilnować całego procesu?

Nie ukrywam, że chciałbym zobaczyć się z nią ponownie. Jest ładna, wydaje się miła i z pewnością inteligentna. Na czas mojego pobytu tutaj będzie idealną towarzyszką. Nie mam pojęcia, ile zajmie mi papierologia związana z przejęciem ziemi po starej Sapijaszce - pomimo tego, że najbardziej uciążliwa osoba odeszła na tamten świat, to pozostała mi jeszcze niejaka Urszula Zyzak: kobieta, która wynajmuje mój upragniony kawałek ziemi. Zamierzam odwiedzić jej skromne progi i pokazać papiery wskazujące nowego właściciela, czyli naszą firmę. Zanim ustalę z nią warunki wyprowadzki, spędzę w Jarzębinkach trochę czasu. Mógłbym go urozmaicić spotkaniami z tym słodkim kociakiem.

- Z całym szacunkiem, ale nie mam czego pilnować. - Magda Pyrak marszczy swoje cieniutkie brwi. - Gdy usuniecie boazerię, problem sam się rozwiąże. Kołatek nie wróci i nie przyczepi się do gołej ściany.

Przestępuję z nogi na nogę, podenerwowany jej wyraźnym oporem. Może jednak ktoś sprzedał jej jakąś plotkę dotyczącą mojego kawalerskiego życia w stolicy? Z pewnością słyszała o problemach, jakie napotkaliśmy przy rozpoczęciu budowy. Lokalna prasa zarzucała nam, że nie liczymy się z krajobrazem i opinią mieszkańców, budując w sercu świerkowego lasu molocha na kilkuset gości. Wojtek, dyrektor generalny i mój najstarszy brat, był tu kilkukrotnie, zanim udało mu się uspokoić ludzi. Nie mam jednak wątpliwości, że w Jarzębinkach mieszkają jednostki, które nadal żywią do rodziny Dreks głęboką urazę.

- Po remoncie chciałbym mieć papier podpisany przez fachowca w tej dziedzinie - próbuję podejść ją od innej strony. - Byłbym spokojniejszy, kierownik hotelu również. Wie pani, jak to u nas jest... Lepiej mieć o jedno pismo za dużo niż za mało.

Biolożka kręci głową i się uśmiecha. Czyżby przejrzała moje nieudolne próby zatrzymania jej przy sobie?

- Ale ja nie jestem jeszcze fachowcem. - Rozkłada bezradnie ręce. - Dopiero w październiku bronię pracy licencjackiej. Pańscy pracownicy zwrócili się o pomoc do urzędu, a tam wszyscy wiedzą, co studiuję. Akurat zjechałam na wakacje do domu, dlatego się tu znalazłam. Nie jestem jednak upoważniona do wystawiania zaświadczeń i tym podobnych. To zadanie dla specjalistycznej firmy. Mogę panu jakąś polecić.

Wydaje się mówić szczerze. Nie dostrzegam w jej łagodnej twarzy wyrachowania, które sugerowałoby jakąś zaplanowaną grę. Nie udaje niedostępnej, aby zwrócić moją uwagę. Wydaje się mną... niezainteresowana. To trochę zbija mnie z pantałyku.

- Rozumiem. - Wpatruję się w podłogę, zagryzając wargi. - A czy jakąś dobrą restaurację jest mi pani w stanie polecić?

Chyba się nie spodziewała, że ktoś taki jak ja zechce zjeść w lokalnej knajpie. Magdalena Pyrak nie musi przecież wiedzieć, że to pomysł mojego środkowego brata - Michała, eksperta od promocji. To on zasugerował mi przed wyjazdem, że powinienem pokręcić się trochę po okolicy, zjeść "na mieście", żeby ludzie zaczęli dostrzegać we mnie ludzkiego i normalnego faceta. Wprawdzie lokalsi nie mieli powodu, aby mnie nienawidzić, ale cholera wie, czy ta stara uparciucha - Genowefa Szacka - nie rozpuściła przed śmiercią plotek o tym, jak to zaciekle przekonywaliśmy ją do odsprzedania nam ziemi. Należało teraz przyzwyczaić otoczenie do nowej rzeczywistości.

- Restaurację? Myślę, że tak... Przy plaży jest całkiem niezła knajpa, w której serwują ryby, śledzie po kaszubsku i domową kuchnię. Tylko nie jestem pewna, czy... - Biolożka urywa w połowie zdania, a na jej policzkach pojawiają się delikatne rumieńce.

Nie wiem czemu, ale patrząc na jej mleczną skórę upstrzoną dowodami zawstydzenia, przypominam sobie tę zuchwałą rudowłosą kobietę z kościoła. Ona również zaczęła się czerwienić, gdy się zorientowała, że na nią patrzę. Wprawdzie zaraz po tym obrzuciła mnie spojrzeniem, które powinno spalić mnie na popiół, ale w jakiś irracjonalny sposób one dwie wydają się do siebie podobne. Nie wiem, co mam myśleć o tym nagłym porównaniu. I dlaczego ta czarownica z kościoła pojawiła się w mojej głowie akurat teraz? Rudzielce nie należą do kobiet, na które zwracam szczególną uwagę. Aczkolwiek ta na pogrzebie była niezwykle... intrygująca.

- Lubię domowe obiady - odpowiadam, spychając zielone kocie oczy na obrzeża pamięci. - Jak nazywa się ta restauracja?

- U Mewy.

Tłumię parsknięcie. Dlaczego mnie to nie dziwi? Właściciele nadbałtyckich restauracji nie wydają się zbyt kreatywni. Mnie te ptaki kojarzą się z wyjadaczami resztek ze śmietników, ale pewnie jakiś turysta z Krakowa, który widzi polskie morze raz w roku, czuje się podekscytowany, jedząc "u mewy".

- Świetnie. Dałaby się pani zaprosić na obiad? W ramach podziękowania za fachowe doradztwo.

Kieruję wzrok na wyhaftowaną gąsienicę na jej koszulce i splatam ramiona na piersi w oczekiwaniu na odpowiedź. Nie mam pojęcia, czy ma chłopaka, ale skoro stanowczo tego nie zakomunikowała, to żywię nadzieję, że jest singielką. A jeśli kręci się koło niej jakiś fagas, to... mam to gdzieś.

- Och, ja... sama nie wiem - wyrzuca z siebie Magda, zerkając na mnie jak na smoka, który planuje ją pożreć.

- Spotkanie bez żadnych podtekstów. Pani coś dla mnie zrobiła, więc chciałbym się odwdzięczyć. Tylko tyle.

Rozchyla usta, aby coś odpowiedzieć, ale powstrzymuje ją dzwonek komórki.

- Przepraszam, sprawdzę, kto to... - szepcze przejęta, po czym wygrzebuje z torby smartfon.

Ku mojemu zdziwieniu nie odbiera. Marszczy tylko gniewnie brwi, gdy orientuje się, kto dzwoni, po czym wpycha telefon na jego dawne miejsce.

Bardzo interesujące.

- To tylko moja przyjaciółka. - Chrząka. - Wie pan co... Chętnie zjem z panem obiad.