Od rana już czemś niedobrym
pachniało w powietrzu. Szwajcar Molenda, który jeszcze pamiętał
rządy samego nieboszczyka Franza, który większość z tych robotników
znał od małego, patrzył spodełba, jak wsypywali się do portjerni
coraz gęstszemi grupkami, jak mu kiwali głowami, dotykając ręką
daszków czapek, jak codziennym nieomylnym ruchem przekręcali rączki
zegarów i wybijali swoje numery przy dźwięku krótkich
dzwonków.
Niby wszystko tak, jak codzień, a przecież nie to. Stary
Molenda zbyt był zrośnięty z życiem fabryki, by nie wyczuć jakiegoś
dziwnego nastroju, czającego się w czemś nieuchwytnem, a grożącego
niespodziankami. Jako ostatnie kółko w administracji Zakładów
Przemysłowych Braci Dalcz i Spółki, Molenda rozumiał wagę i
odpowiedzialność swej funkcji. Napewno też poszedłby zaraz do
naczelnego dyrektora, gdyby nie to, że dosłownie nie miał na czem
oprzeć swych obaw.
A te niedługo czekały na swe uzasadnienie.
W południe, jeszcze zanim strzałka stanęła na dwunastej,
zaczęły się nawoływać syreny fabryczne. Pierwsza odezwała się od
"Lilpopa" (tym zawsze się śpieszy!), druga "Ursusa", później
"Woli", dalej "Rudzkiego", "Gerlacha", Gazowni, wreszcie rozległ
się tuż chrapliwy baryton "Dalczów". Podczas gdy Wacek, pomocnik
Molendy, otwierał drzwi, on sam wyjrzał na ulicę. Jak zwykle,
wzdłuż muru fabrycznego, po przeciwnej stronie pod parkanem i dalej
koło przejazdu kolejowego poprzykucały gromadki kobiet i dzieci z
garnuszkami i zawiniątkami: - obiad dla swoich. Zaraz w korytarzu,
łączącym podwórze z portjernią, rozlegnie się tupot setek nóg.
Zaraz rozdzwonią się zegary obecności... Tak jest codzień. Dziś
jednak coś musiało się stać. Molenda podbiegł do okna: na placu
przed biurami administracji gromadził się tłum. Spokojny,
nieruchliwy, zdawało się nawet - wesoły, gdyż raz po raz zrywały
się w nim śmiechy i frywolne okrzyki.
I nagle zakotłowało się z brzegu tuż przy drzwiach biura
personalnego. Nad głowami zatrzepotała czarna masa wielkiego wora
od węgla. Gwar przeszedł w huk, w potężny ryk, w ogłuszający hałas.
Tłum wielką rozhuśtaną falą runął do bramy. Z okien portjerni widać
było doskonale, jak kłębił się i przewalał wokół popychanych w
środku taczek, na których szamotał się śmiesznie i bezkształtnie
czarny worek.
- Precz z Łabędziem! - dobiegały z ogólnego wycia
poszczególne okrzyki. - Za bramę!... Nie bić go!... Łabędziu
mój!... Na zbitą mordę!... Niech idzie śpiwać! Wal sukinsyna!... A
kopnij go tam który!... Nie bić go!... Nie bić go lekko!...
Śmiech, wrzaski i podśpiewywania "Łabędziu mój", mieszały
się z dudnieniem setek ciężkich butów po bruku. W tym hałasie stary
Molenda nie dosłyszał tupotu w korytarzu, a gdy rzucił się do
szafki, by bronić kluczy, było już zapóźno. Kilkunastu robotników i
kilkadziesiąt robotnic otoczyło go zwartą masą, a tymczasem
wyłamano drzwiczki od szafki i porwano klucze. Po chwili portjernia
opustoszała. Natomiast przeciągły jęk otwieranej bramy świadczył,
że klucze zdobyto.
Oto tłum rozstąpił się. Ci, co popychali taczki, rozpędzili
się i taczki z furją wyjechały na ulicę, podskakując na kocich
łbach bruku. W jednej chwili przechyliły się i wyrzuciły swą
zawartość do rynsztoka, pełnego mętnej i kolorowo-szklistej od
smarów wody. Radosne, triumfalne wycie napełniło powietrze. Taczki
cofnęły się i brama zawarła się z głuchym hałasem, a ludzie ruszyli
na podwórze. Nie upłynęła minuta i, jakby nigdy nic, zatłoczyli
portjernię, wydzwaniając na zegarach wyjście.
Tymczasem Molenda wybiegł przed fabrykę, by ratować
uwięzionego w worku. Wiedział, kto to jest. "Łabędziem" przecie od
początku nazywają nietylko tu, lecz na całej Woli, pana Zdzisława
Dalcza, dyrektora personalnego. Molenda też nie czuł do niego
najmniejszego sentymentu, ale poczuwał się do obowiązku wybawienia
członka dyrekcji z okropnej sytuacji. Nie było to łatwe. Worek z
szamocącym się wewnątrz dyrektorem otoczyły kobiety, wśród pisków,
wyzwisk i drwin, obsypując go grudkami błota i małemi kamykami.
Wierzch worka był mocno zawiązany drutem i Molenda porządnie się
namęczył, zanim zdołał uwolnić pana dyrektora. W mokrem i
nieprawdopodobnie utytłanem ubraniu jego okrągła postać, nad którą
dyszała czerwona, umazana sadzami twarz i piętrzyła się
rozmierzwiona czupryna, sprawiała tak śmieszne wrażenie, że nawet
stary szwajcar nie mógł utrzymać należnej powagi. Poszkodowany
zaczął krzyczeć, tupać nogami i wygrażać pięściami robotnikom,
którzy mijali go teraz, półgłosem rzucając dotkliwe żarciki.
Nigdy się go nie bali, a teraz wiedzieli, że pozbyli się go
raz na zawsze. Raz wywieziony na taczkach, nikt nie ośmieli się
wrócić do fabryki. Tak było zawsze i zdawało się im, że inaczej być
nie może.
Podczas, gdy wywożono młodego pana Dalcza, w gmachu zarządu
nikt o niczem nie wiedział. Gmach stał na uboczu, a jego okna
wychodziły na ulicę Węglową. Zresztą wraz z pierwszym dźwiękiem
syreny urzędnicy powstali od biurek. Głośne rozmowy i rumor
przesuwanych krzeseł zagłuszył odgłosy awantury. Jeżeli zaś w
gabinecie naczelnego dyrektora, pomimo panującej tam ciszy, nie
dosłyszano odległego hałasu, to dlatego, że odbywała się tu
niezwykle ważna konferencja, decydująca być może o samem istnieniu
fabryki. Urzędujący w sąsiednim pokoju sekretarz Holder domyślał
się tego i oceniając wagę sytuacji, nie chciał niepokoić pryncypała
wiadomością, że przed biurami administracji zbierają się robotnicy.
Dopiero wówczas, gdy z kierownictwa ruchu zawiadomiono go
telefonicznie o napadzie na młodego Dalcza i o przygotowanych
taczkach, odważył się po chwili wahania wejść do gabinetu i
powiedzieć:
- Bardzo przepraszam pana dyrektora, że przerywam, ale jest
sprawa bardzo pilna.
- No, cóż tam, panie Holder? - uśmiechnął się naczelny
dyrektor swobodnie, chociaż spod jego siwych krzaczastych brwi
patrzył niepokój.
Sekretarz zrozumiał i uśmiechnął się również. Ci finansiści
nie mogą nawet przypuścić, by w zakładach przemysłowych Braci Dalcz
miało zdarzyć się coś niepożądanego, a tak niebezpiecznego, by tem
aż trzeba było niepokoić samego szefa.
- Właściwie drobiazg, panie dyrektorze - powiedział - ale
czeka na instrukcję inżynier Kamiński, a jego pociąg odjeżdża za
trzydzieści pięć minut. Dlatego ośmieliłem się...
- Ach, Kamiński, która to? Już po dwunastej? - zdziwił się
naczelny dyrektor i zwracając się do dwóch panów siedzących przed
biurkiem, dodał kurtuazyjnie - z panami tak miło się rozmawia, że
zapomina się o czasie. Panowie pozwolą, że na chwilę zostawię ich
samych?
- Ale prosimy, panie dyrektorze - zerwali się obaj.
Usiedli dopiero wówczas, gdy za Dalczem zamknęły się drzwi.
Doskonale wiedzieli, że to jemu na nich zależy, nie odwrotnie,
jednak osoba Wilhelma Dalcza wprost nakazywała szacunek. Wspaniały
ten starzec, bliski osiemdziesiątki, a taki wciąż rześki i
ruchliwy, nietylko swoją nieskazitelną opinją, nietylko szerokiemi
stosunkami i wpływami, czy powszechnie cenionym umysłem imponował
ludziom, z którymi się stykał. Sama jego wysoka, nieznacznie
przygarbiona postać, sucha rasowa twarz z wysokiem jasnem czołem,
pogodnem spojrzeniem i z parą siwych, jak mleko, niemal
szlagońskich dobrodusznych wąsów nakazywała cześć, życzliwość i
zaufanie. To też niespodziewana przerwa w konferencji wcale nie
zaniepokoiła obu finansistów, zgóry zdecydowanych na prolongatę
kredytów, o które tak chodziło Dalczowi.
Tymczasem on sam stał w sekretarjacie ze słuchawką telefonu
w ręku i słuchał sprawozdania. Było już po wszystkiem. Sekretarz
Holder nie mógł wyczytać na twarzy szefa niczego, co wskazywałoby,
jak zamierza postąpić. Powiedział tylko krótkie "dziękuję" i
położywszy tubę, odezwał się ze zwykłą uprzejmością:
- Zechce pan, panie Holder, sprowadzić mego syna tutaj do
sekretarjatu. Zaraz.
- Dobrze, panie dyrektorze.
- Na godzinę zaś drugą zamówi pan do mnie delegatów
fabrycznych.
- Słucham, panie dyrektorze.
Wilhelm Dalcz wrócił do oczekujących go panów i z właściwą
sobie swobodą wznowił rozmowę. Istotnie zależało mu bardzo na
szybkiem sfinalizowaniu sprawy. Jemu osobiście. W razie
przeciągnięcia się pertraktacyj znowu byłby zmuszony zwrócić się do
brata o dalszy wkład, a to równałoby się wyzuciu własnej rodziny z
reszty udziałów. Pozatem Karol, niecierpiący bratanków, oczywiście
natychmiast usunąłby z fabryki Zdzisława... Zwłaszcza po
dzisiejszej kompromitacji.
Na szczęście rzecz w zasadzie była załatwiona. Chodziło
tylko o przyśpieszenie terminu i uporządkowanie ksiąg przed
przyjazdem z Belgji Krzysztofa, którego trzeba będzie wprowadzić do
zarządu przedsiębiorstwa. Na jakie stanowisko, jakiej pozycji Karol
zażąda dla swego syna - Wilhelm Dalcz jeszcze nie wiedział. Znając
zdrowy rozsądek brata, nie przypuszczał, by ten chciał od razu
powierzyć Krzysztofowi jakiekolwiek kierownictwo. Ukończenie
politechniki i dwa lata praktyki w zagranicznych fabrykach to
jeszcze zamało. W każdym razie Karol skorzysta na pewno z pomocy
syna w kontrolowaniu gospodarki Zakładów. Oczywiście Wilhelm Dalcz
nic przeciw takiej kontroli nie miał. Jeżeli zaś obawiał się czego,
to jedynie ewentualnych zatargów Zdzisława i Jachimowskiego z
Krzysztofem, którego prawie nie znał, a który niewątpliwie będzie
do tamtych nieżyczliwie przez ojca uprzedzony.
Z przygodnych relacyj, jakie Wilhelm Dalcz miewał o swoim
bratanku, wynikało, iż jest to spokojny i zimny młody człowiek, no
i podobno niezły fachowiec w dziedzinie budowy maszyn. Sam nie znał
go prawie wcale. Stosunki wytworzone między domami obu braci przez
histerje Józefiny sprawiły to, że poza terenem interesów wszelki
kontakt zanikł jeszcze przed przyjściem na świat Krzysztofa.
Wilhelm Dalcz widział go zaledwie kilkakrotnie i przelotnie podczas
wizyt u brata, od czasu gdy ten został sparaliżowany i
unieruchomiony w domu. W pamięci stryja bratanek pozostał czarnym
smukłym chłopcem o dość wątłej budowie i bardzo dużych oczach. To
wszystko.
Rozmyślania dyrektora Dalcza przerwało wejście sekretarza.
- Syn pana dyrektora oczekuje - powiedział - czy mam prosić?
- Niech wejdzie.
Po chwili na progu ukazał się Zdzisław. Na zniszczone
ubranie nałożył czyjeś zadługie i zawąskie palto i wyglądał niemal
odrażająco.
- Usiądź - krótko powiedział ojciec.
- To jest straszne! To jest bolszewizm! Ja w tej chwili
zawiadomię policję polityczną! - wybuchnął Zdzisław.
- Zamilknij - podniósł nań surowe spojrzenie ojciec - nie
poto cię wezwałem, by wysłuchiwać twoich niedorzecznych pogróżek.
Proszę mi krótko i ściśle opowiedzieć, co było przyczyną zajścia?
- A czort ich wie, to bydło! Już doprawdy nie mam nerwów do
tego chamstwa...
- Zdzisławie, albo się natychmiast uspokoisz, albo
wyjdziesz.
- No, poszło o tego brygadzistę Dominiaka. Wydaliłem go.
Bałwan, pozwala sobie na bezczelne wyzwiska pod moim adresem i
jeszcze innych podjudza. Ile razy przechodzę przez narzędziownię,
zawsze jakieś...
- Czekaj - przerwał pan Wilhelm - a poco właściwie chodzisz
do warsztatów, w jakim celu?
- A co, może mi nie wolno po własnej fabryce chodzić?
Przepraszam ojca, ale chyba mam prawo!
- Masz obowiązek zdobyć się na tyle rozsądku, by nie
prowokować swoją osobą zatargów, które szkodzą przedsiębiorstwu.
Wiesz, że nie cieszysz się wśród robotników popularnością...
- Mam w nosie całą popularność! Pluję na to bydło! Ojciec
nie rozumie tego, bo nie ma w sobie krwi wielkich panów, którzy
kazali nahajami uczyć moresu czerń. Ale ja mam w sobie i krew
Korniewickich!...
- Głupiec - powiedział dobitnie Wilhelm Dalcz.
Zdzisław otworzył usta, lecz spojrzawszy w oczy ojca
zamilczał.
- Powinienem usunąć cię z fabryki. Spróbuję jednak zostawić
cię. Inżynier Turski zajmie twoje stanowisko, a ty obejmiesz
kierownictwo magazynów.
- Żartuje ojciec? Dlatego, że temu chamstwu nie raczę się
podobać, mam przejść na niższe stanowisko?
- Jeżeli wolisz pozostać - spokojnie powiedział pan Dalcz -
pozostać i dostać kulkę w łeb... Chyba wiesz, jak rozprawiają się z
tymi, których raz już wywieziono taczkami?... Otóż powiedziałem, że
spróbuję przenieść cię do magazynów. Naturalnie zależy to od zgody
delegatów. Ani myślę znosić dalszych awantur. Co zaś dotyczy
kierownictwa magazynów, jest ono i tak dla ciebie zbyt trudne.
Niestety, nie umiesz nic i do żadnej pracy się nie nadajesz...
- Jestem współwłaścicielem fabryki i chyba mam w niej
niejakie prawa?
- Tak ci się wydaje? - uśmiechnął się Wilhelm Dalcz.- Otóż,
wiedz, że w tych dniach przyjeżdża Krzysztof. I może się okazać,
że... że własność twoja i Haliny i... moja jest tu zbyt mała, by
miała nam dać jakiekolwiek prawa... Idź. Każ się odwieźć do domu
moim samochodem i odeślij wóz zpowrotem. Wieczorem bądź w domu.
Zakomunikuję ci ostatecznie decyzję co do twego pozostania w
fabryce.
- Czy ojciec mówił o naszej sytuacji serjo?
Wilhelm Dalcz milczał.
- A to ładnie nas ojciec wygospodarował! - wybuchnął
Zdzisław.
- Proszę wyjść - odpowiedział półgłosem ojciec.
Gdy drzwi za Zdzisławem trzasnęły, podniósł ręce do skroni i
trwał tak przez chwilę w bezruchu... Nacisnął guzik dzwonka. Na
progu ukazał się sekretarz.
- Czy są już delegaci?
- Tak jest, panie dyrektorze.
- Niech wejdą.
Weszli trzej robotnicy. Pan Dalcz znał ich dobrze. Już od
trzech lat byli wybierani. Mieli bowiem nietylko wzięcie u ogółu
robotników, lecz i uznanie dyrekcji za swój takt i za umiejętność
łagodzenia zatargów, których przecie nie brakło, jak w każdej
fabryce.
- Dzień dobry, panowie - powitał ich dyrektor, podając
pokolei rękę - siadajcie, proszę.
W milczeniu ściskali końcami palców dłoń zwierzchnika i
usadowili się na stojących przed biurkami fotelach. Nie zanadto
swobodnie, ale i nie na brzeżkach. Ot, zwyczajnie. Najbliżej usiadł
największy z nich, tokarz Madejczyk, sękate chłopisko o zezowatem
oku i twarzy zoranej ospą. Jako prezes delegacji on też pierwszy
się odezwał:
- A no niby domyślamy się, panie dyrektorze, względem czego
pan nas sobie życzył. Cóż... nie nasza wina.
- Wiadomo - podchwycił siedzący za nim szczupły blondynek,
ślusarz z modelarni - sami podmówili się. My o niczem nie
wiedzielim.
- Zrobiliście mi wielką krzywdę - potrząsnął głową dyrektor
Dalcz - nie spodziewałem się, że zasłużyłem u robotników na takie
postępowanie.
- Co też pan mówi, panie Dalcz - odezwał się trzeci delegat,
giser Czepiel, wzruszając ramionami - pana samego to niktby palcem
nie tknął.
- Ale, panie Czepiel, tknął mego syna. A przecież to było
takie proste: - uznawaliście, że mój syn niesłusznie Dominiaka
wydalił, należało do mnie przyjść i powiedzieć, zamiast doprowadzać
do takiego skandalu. Nie spodziewałem się tego, że na starość
doczekam się takich od was dowodów życzliwości.
- Panie dyrektorze, kiedy tu nie o Dominiaka chodziło -
przerwał Madejczyk uspokajającym tonem - Dominiaka, wiadomo,
niesprawiedliwie wylał, ale wogóle wszystkim syn pański do żywego
dojadł. Za pięć minut spóźnienia kazał po pół godziny strącać, do
Kasy Chorych zaświadczeń nie wydawał, a do człowieka to jak do psa
gadał. No i co dziwić się, że nerwy nie strzymali?... My sami
nieraz chcielim do pana dyrektora przyjść, ale tak jakoś na
rodzonego syna, choć to poprawdzie mówiąc, a nie uchybiając, to pan
dyrektor niebardzo tyż z niego, za przeproszeniem, zaszczytu ma.
Niby spoczątku to nic, ale później, jak zaczął się do każdego
czepiać, jak zaczął każdego traktować, jak zaczął wyrażać się, to
ludzie znielubieli. A zwiedzieli się, że znaczy się pański syn za
przeproszeniem w teatrze opery odśpiewywał, co to za łabędzia był,
czy jak tam...
- Za łabędzia, a jakże - z przekonaniem potwierdził blondyn
i wszyscy trzej zachichotali dyskretnie.
- A niechby - ciągnął Madejczyk - choć to nie wychodzi, żeby
dyrektor personalny i takie rzeczy, ale nie lubili go, to i
krzyknie ten i owy, jak pański syn przez halę przechodzi: - te,
łabędź idzie! A kysz, do Łazienek! Spuszczajcie łabędzia na wodę!
Kukuryku! i takie insze rzeczy. Ludzie, jak ludzie, pożartować
lubieją. Żeby mądry był, toby koło uszu puścił, a on czepiał się i
jak kogo przyłapał, to już mu zemsta pisana. Tak i z Dominiakiem
było. Jakże można, chłop żonaty, troje dzieci, a i rzemieślnik, sam
pan dyrektor wie, pierwszoklaśny i za byle co za bramę... Jego
wina, że panu dyrektorowi personalnemu podobało się łabędzia
odstawiać?...
Wilhelm Dalcz zaczął mówić. Spokojnie, jasno, dobitnie.
Sądzi, że awantury tego rodzaju są niedopuszczalne, że pomimo
wszystko nie może dla nich znaleźć usprawiedliwienia, że nie może
ulegać takim presjom, lecz wobec tego, co zaszło i w przekonaniu,
że się to nie powtórzy, przeniesie swego syna na stanowisko
głównego magazyniera.
Delegaci spojrzeli po sobie. Blondyn wzruszył ramionami,
Czapiel chrząknął, a Madejczyk powiedział:
- Jeżeli pan dyrektor chce ryzykować...
- Chcę od was otrzymać gwarancję, że porządek nie zostanie
naruszony. Mój syn nie będzie teraz miał żadnej styczności z
robotnikami i sądzę, że... dla mnie też możecie panowie mieć
niejakie względy.
Czepiel pochylił się do Madejczyka i mruknął:
- Niech tam...
- Panie dyrektorze - odezwał się ospowaty - z panem toby my
poszli na zgodę, ale niby, jak nam przed towarzyszami mówić?... Ot,
powiemy, tak: pan przyjmie zpowrotem Dominiaka, to i rychtyk
będzie.
Jednak pan Dalcz ze względów prestiżowych nie mógł na to
przystać. Po krótkich pertraktacjach doszedł wszakże z nimi do
układu: - Zdzisław ma zapewnione bezpieczeństwo, Dominiak zaś na
trzy miesiące otrzyma pracę u "Lilpopa", a potem przyjęty zostanie
zpowrotem.
Po wyjściu delegacji, zanim zjawił się wezwany telefonicznie
inżynier Turski, do gabinetu wpadł zięć dyrektora Dalcza, doktór
Jachimowski, dyrektor handlowy zakładów.
- Niech ojciec to podpisze - zaterkotał swoim trzeszczącym
głosem, podsuwając różowy blankiet asygnaty kasowej - muszę zaraz
jechać do ministerstwa i wsunąć te osiem tysięcy do łapy
Puczkowskiemu. Inaczej przepadniemy przy przetargu. A to spisał się
nasz kochany Zdzich? Co?... Swoją drogą to bolszewizm. Mówiono mi,
że głównym macherem był ten ojca ukochany Czepiel. Należałoby z
policją pogadać tak pocichu, żeby go uprzątnęli. No, co ojciec
patrzy! Jak Boga kocham, spóźnię się i Czesi nas ubiegną.
Puczkowski to uczciwy człowiek, jeżeli wcześniej od nich łapówkę
weźmie, to ze mną już gadać nie zechce. No niechże ojciec prędzej
podpisuje!
Pan Dalcz przygryzł siwe wąsy i w zamyśleniu przyglądał się
różowemu kwadracikowi papieru, nerwowo potrząsanemu przez
wymanicurowane brudne palce zięcia. Zwolna podniósł oczy na jego
chudą ziemistą twarz i powiedział:
- Nie podpiszę.
- O, Jezu, - zatrzepotał rękami Jachimowski - co ojciec
myśli, że ja do własnej kieszeni wezmę tę forsę? Niech ojciec sam
sprawdzi. Puczkowski w cztery oczy nie będzie ukrywał. A ręczę, że
inaczej całe zamówienie djabli wezmą. Jeżeli zaś ojciec znajduje,
że w naszej sytuacji stać nas na wyrzeczenie się zamówienia na
półtora miljona, to ciekaw jestem, co pan Karol na to powie. Ojciec
żyje wciąż ubiegłem stuleciem, ale do pioruna, dlaczego my wszyscy
mamy na tem cierpieć?? Niech ojciec zadzwoni do biura sprzedaży.
Oni wydostali ceny Czechów. Są prawie o czternaście procent niższe
od naszych! Rozumie ojciec?... A zresztą, co ja będę z ojcem
wojował? Podpisze ojciec, czy nie?...
Starzec zgarbił się i powiedział cicho:
- Daj.
Powoli, jakby ociągając się przy każdej literze, podpisał i
bez słowa podsunął asygnatę zięciowi.
- No i w porządeczku - zaśmiał się pojednawczo Jachimowski,
ukazując złoto-czarne uzębienie - i cóż ojciec zrobi z tym idjotą
Zdzichem? Aha, znowu mi przysłała Halina jakiegoś cymbała.
Oczywiście wyrzuciłem go za drzwi. Do pioruna, co ona sobie
wyobraża, że będę rozdawał posady w fabryce wszystkim jej
absztyfikantom i gigolakom? Doprawdy ojciec mógłby trochę
utemperować swoją córeczkę. Zdzich napycha nam jakieś wyranżerowane
baletnice, Halina swoich gachów, nie dość kochanej rodzinki,
jeszcze mamy stać się przytułkiem emerytalnym... Istny dom
warjatów... Co to jeszcze - poskrobał się w łysinę - aha! Biuro
kalkulacji trzeba wziąć za pysk. Oni nas zarżną cenami robocizny!
Liczą na przykład siedemnaście godzin na imadełko "F" do tych
dużych frezarek. Umyślnie dowiadywałem się. Czort wie, co. A w
niemieckich fabrykach, gdzie robocizna jest o sto czterdzieści
procent droższa, wypada w cenie o połowę taniej. Poprostu inżynier
Kamiński jest za stary i nie umie kalkulować. Na najbliższym
zarządzie postawię wniosek o wylanie go.
- Kamiński pracuje u nas od trzydziestu pięciu lat - jakby
do siebie powiedział Wilhelm Dalcz.
- To i dosyć - ironicznie zawyrokował Jachimowski - no,
dowidzenia.
Rozmowa z Turskim zajęła przeszło pół godziny. Później
przyszedł główny buchalter z wekslami gwarancyjnemi do podpisu,
Holder z korespondencją, szef biura zakupów, majster z hartowni z
prośbą o pożyczkę na ślub syna, kierownik wojskowych warsztatów
samochodowych z pretensjami z powodu ustawicznego psucia się
dostarczonych obrabiarek, Ganzier, przedstawiciel Dalczów w
Gdańsku, radca prawny w sprawie procesu z hutą Nordi o
niedotrzymanie umowy... Jak codziennie, setki piętrzących się,
zazębiających się w najbardziej skomplikowany i niespodziewany
sposób spraw, interesów, trudności.
Pomimo swoich lat siedemdziesięciu ośmiu dyrektor Wilhelm
Dalcz nie czuł fizycznego zmęczenia. Trwał na stanowisku
niewzruszenie i mocno w tej coraz szybciej i coraz bardziej
zygzakowato obracającej się masie zdarzeń. Przynajmniej nikt z
tych, kto jakąkolwiek z nim miał styczność, nie wątpił o tem.
Właśnie wybiła czwarta i syrena fabryczna przeciągłym rykiem
oznajmiła koniec dnia roboczego, a woźny wszedł, by dyrektorowi
podać palto, gdy zadzwonił telefon, przeznaczony wyłącznie do
prywatnego użytku. Jego numer znany był zaledwie kilku osobom, a
ponieważ dyrektor Dalcz wiedział, iż pani Józefina o tej porze śpi,
jeszcze zanim podniósł słuchawkę i usłyszał głos Blumkiewicza,
domyślił się, że dzwonią od Karola.
- Dzieńdobry, panie Blumkiewicz, - powiedział uprzejmie -
jakże się ma mój brat?
- Uszanowanie najniższe, panie dyrektorze, właśnie pan
prezes polecił mi zatelefonować i zapytać, czy pan dyrektor nie
byłby łaskaw wstąpić do niego, albo po obiedzie, albo zaraz?
- Więc przyjechał - wyrwało się dyrektorowi Dalczowi.
- Tak jest, panie dyrektorze, dziś rano razem z panią
prezesową. Pan prezes niezmiernie się ucieszył powrotem syna.
- Niech pan powie memu bratu, że zaraz będę.
Położył słuchawkę, mruknął pod nosem coś czego woźny nie
dosłyszał i wstał. Stary woźny podsunął mu kalosze, a pomagając
nałożyć palto, zapytał:
- A to pewno panicz Krzysztof przyjechał?
- Tak, Józefie, przyjechał. Bądź zdrów i powiedz szoferowi,
by zajechał po mnie od ulicy Świrskiej.
Podwórze fabryczne już opustoszało. Wilhelm Dalcz szedł
swoim równym dużym krokiem po czarnej od węgla, ubitej i tu i
ówdzie połyskującej kałużami ziemi wzdłuż wielkiej hali, warsztatów
stolarskich, aż do wysokich sztachet, oddzielających teren fabryki
od starego ogrodu, w którym stał pałacyk wybudowany jeszcze przez
jego ojca. Znał tu każde drzewo i każdy krzak. Przecie sam tu
mieszkał przez lat wiele, zanim ożenił się z Józefiną. Wąska
ścieżka gęsto była pokryta mokremi od niedawnego deszczu, żółtemi i
czerwonemi liśćmi. Zupełnie już prawie gołe gałęzie drzew sterczały
nieruchomo pod szarem zachmurzonem niebem. Zbudzony jego krokami,
zaszczekał wielki łańcuchowy pies, lecz zaraz się uspokoił i zaczął
machać ogonem. Wilhelm Dalcz nie bywał tu częstym gościem, ale
przecież kundel znał go dość dobrze, by bez obawy dopuścić do
wejścia na werandę.
Na spotkanie wybiegł mały, ruchliwy Blumkiewicz i uniżenie
pochylając ogromną dominikańską łysinę, wprowadził gościa przez
mały, ciemny i ciasny przedpokój do dużego bidermajerowskiego
salonu o meblach pokrytych białem płótnem. Tu dopiero pomógł panu
Wilhelmowi zdjąć palto.
- Pan prezes czeka.
Sąsiedni pokój, służący jednocześnie za gabinet i sypialnię,
miał opuszczone rolety. Przy wysokiem mahoniowem łóżku paliła się
mała lampka, rzucając krąg żółtawego światła na poduszkę i siwą
brodatą głowę z żywemi czarnemi oczyma.
- Jak się miewasz, Karolu?
- Dziękuję ci Wil - chory wyciągnął do brata lewą rękę -
dziś lepiej. Siadaj, proszę. Panie Blumkiewicz, przysuń pan
fotel... Dziękuję i tego... może pan odejść. Gdy będę potrzebował,
zadzwonię.
Zostali sami. Karol chciał nieco podnieść się w poduszkach,
lecz nie starczyło mu sił i Wilhelm musiał go ująć pod
sparaliżowane ramię, by mu dopomóc.
- Dziękuję ci - stęknął chory. - Dzisiaj przyjechał
Krzysztof.
- Domyśliłem się tego. Zechcesz zwołać posiedzenie Zarządu?
- Nie, tymczasem w Zarządzie podawnemu będzie mnie
zastępował Blumkiewicz. Krzyś jeszcze nie chce wchodzić w sprawy
ogólne. Oczywiście po pewnym czasie on obejmie prezesurę, a ja się
zrzeknę...
- Czy nie uważasz, Karolu, że on jest zamłody? Ma zaledwie
dwadzieścia siedem lat. Mógłbyś jeszcze przez rok, dwa...
- Nie - stanowczo zaprzeczył Karol Dalcz - poprostu nie
czuję się uprawniony do dalszego zarządzania jego majątkiem. Nigdy
ci, Wil, nie mówiłem o tem, ale sam wiesz, że wszystkie pieniądze,
jakie wkładam do fabryki, stanowią wyłączną własność Krzysztofa. Ze
spadku po jego przybranym ojcu, nieboszczyku Wyzborze.
Wilhelm nie wiedział o tem. Przypuszczał, że jego brat,
prowadząc tak oszczędny i odosobniony tryb życia, sam posiadał
znaczne fundusze i z nich czerpał, wykupując odziały bratanków. Że
stary skąpiec Wyzbor, wuj Karolowej, umierając, gdy ona spodziewała
się potomka, zostawił adoptację i wielki zapis jej dziecku, na
wypadek gdyby urodziła syna - to było powszechnie znane.
Przyzwyczajony jednak do skrupulatności brata, Wilhelm nie
przypuszczał, by ten naruszył kapitały syna, zanim Krzysztof sam
wejdzie do czynnego życia i sam zadecyduje o lokacie.
- No - rzucił lekko - skoro czułeś się uprawniony do
dysponowania...
Młodszy brat zmierzył go wymownem spojrzeniem:
- Był to jedyny sposób zabezpieczenia Krzysztofowi mojej
części przedsiębiorstwa.
Wilhelm nie odpowiedział, a Karol dorzucił prawie szeptem:
- Zanim zostałoby zmarnowane przez twoje dzieci i różnych
przybłędów w rodzaju Jachimowskiego czy innych protegowanych twojej
pani Józefiny wielkopańskich darmozjadów, próżniaków, kretynów,
przez całe to robactwo, które obsiadło twój dom, a które wytrułbym,
jak...
Zakaszlał się, pergaminowa twarz pokryła się bladym
rumieńcem, w oczach zaszkliły się łzy.
- Uspokój się Karolu - zimno powiedział Wilhelm -
niesprawiedliwe zarzuty nie stają się słuszne przez to, że
wypowiada się je z nienawiścią.
- Tak?... Niesprawiedliwe?... Bój się Boga, Wil, nie wmawiaj
we mnie, że sam siebie umiałeś okłamać! Nie udawaj przede mną!
Nawet taki Blumkiewicz widzi, że się tylko męczysz!
- Dajmy spokój twoim przywidzeniom, Karolu. Chciałeś mówić
ze mną o Krzysztofie.
Chory sapał przez chwilę i żuł wargi. Opanował się jednak i
zaczął mówić:
- Tak. Krzyś skończył budowę maszyn, skończył ze złotym
medalem. Z fabryk, w których praktykował, ma najlepsze opinje. Jest
zdolny, nawet bardzo zdolny. Dlatego sądzę, że będzie pożyteczny.
Sam się zresztą o tem przekonasz. Myślałem nad tem, jakie mu
stanowisko powierzyć i postanowiłem, na jego własne życzenie, że
zostanie dyrektorem technicznym.
- A cóż zrobimy z inżynierem Wajdlem?
- Cóż? Narazie pozostanie na stanowisku głównego inżyniera.
To mu żadnej ujmy nie przyniesie. Przecie dyrekcja techniczna
obejmie oprócz jego działu szereg innych, ale o tych szczegółach
rozmówisz się już z samym Krzysztofem. Nie wątpię, że zrobisz
wszystko, by mu ułatwić pracę...
- Możesz tego być pewien.
- Dziękuję ci, Wil, nigdy ani przez chwilę nie stawiałem pod
znakiem zapytania dwóch twoich cech charakteru: uczciwości i
szlachetności. Mam tedy dalszą do ciebie prośbę. Nie chciałbym cię
dotknąć, ale byłbym ci wdzięczny za umożliwienie Krzysiowi jak
najmniejszego kontaktowania z Jachimowskim, Zdzisławem i z całą
twoją rodziną.
- Jak chcesz...
- Nie obrażaj się. Krzyś jest trochę odludkiem. Z ludźmi i z
życiem wogóle stykał się mało. Wiesz, że był wychowany przez matkę,
a Terenia zawsze unikała ludzi.
- Jednak skoro chcesz, by został dyrektorem technicznym,
będzie musiał ustawicznie mieć do czynienia z wszystkimi
podwładnymi.
- Właśnie proszę cię, Wil, byś go pomału i w to wprowadził,
oswoił z warunkami, z otoczeniem, no i osobiście wdrożył w pracę.
- Możesz na mnie liczyć.
- Właśnie. Wiem przecie, że i tobie leży na sercu los
przedsiębiorstwa już chociażby przez pamięć na naszego świętej
pamięci ojca, który wierzył, że jeszcze jego prawnuki i prawnuczki
utrzymają się na tej placówce... No, a któż po nas to obejmie? Po
tobie i po mnie?... Zdzisław?... Chyba sam się nie łudzisz. Zatem
tylko Krzyś. I naszym obowiązkiem jest dać mu do tego
przygotowanie, jeżeli nie chcemy, by fabryka wpadła w obce ręce.
Wprawdzie pozostaje jeszcze twój starszy syn, ale jest to człowiek
całkiem zwichnięty... Szkoda, gdy jeszcze był małym chłopcem,
miałem nadzieję, że z niego tęgi chłop wyrośnie. Że na nim oprze
się z czasem cała firma... A tymczasem szczęśliwa rączka twojej
żony tak go pokierowała, że nawet gimnazjum nie skończył, że
zrobiła zeń wałkonia i hulakę...
- Daj spokój - smutno potrząsnął głową Wilhelm Dalcz - nie
mówmy o Pawle. Wykreśliłem go z mojej pamięci i z jakichkolwiek
rachub. Masz zupełną rację. Pozostaje tylko Krzysztof. Daj Boże,
żeby...
Nie dokończył, gdyż zapukano do drzwi i nie czekając na
pozwolenie, uchylono je, a na progu stanęła niska szczupła
staruszka w białym fartuchu.
- O, dzień dobry, panie Wilhelmie.
- Dzieńdobry, Tereniu, - zerwał się z galanterją i pocałował
ją w rękę - wciąż wyglądasz młodo i rzeźko.
- Żartujesz, panie Wilhelmie. Ale przeszkodziłam wam?
Chciałam tylko przypomnieć Karolkowi, by wziął proszek. On zawsze
zapomina.
Staruszka nalała do kubeczka wody i podała mężowi lekarstwo.
- Bądź tak dobra - powiedział chory oddając kubek - zawiadom
Krzysia, że może przyjść powitać stryja Wilhelma.
- Dobrze, złotko.
Czekali w milczeniu.
Upłynęło dobrych pięć minut, zanim usłyszeli szybkie pewne
kroki i do pokoju wszedł Krzysztof. Pan Wilhelm, nie podnosząc się
z miejsca, obrzucił go uważnem spojrzeniem. Przed nim stał młody
człowiek średniego wzrostu, raczej szczupły, o podniesionej głowie.
Smagła twarz, gładko wygolona, nieduży prosty nos, ładnie wykrojone
usta, duże czarne myślące oczy i krótko przystrzyżone, wtył
zaczesane włosy koloru hebanu składały się na całość poważną i
ujmującą.
- Miło mi cię powitać, Krzysztofie, - odezwał się wreszcie i
wyciągnął rękę.
- Właściwie poznać - uśmiechnął się młody człowiek - tak się
jakoś złożyło, że prawie nie widywaliśmy się ze stryjem.
Pan Wilhelm potrząsnął małą, lecz silną dłonią bratanka.
Naogół podobał mu się, tylko miękki i zanadto młodzieńczy głos
nieco raził. Natomiast swobodne i naturalne zachowanie się
Krzysztofa robiło dodatnie wrażenie. Przysunął sobie krzesło i
usiadł naprzeciw stryja. Nie wyglądał na swoje lata, lecz już po
chwili rozmowy pan Wilhelm przekonał się, że ma do czynienia z
dojrzałym i zrównoważonym mężczyzną.
Krzysztof opowiadał o belgijskich i niemieckich fabrykach
metalurgicznych, w których odbywał praktykę, o rozmaitych
stosowanych tam systemach administracji, o postępach naukowej
organizacji pracy, o nowych metodach regulowania produkcji.
Mówił rzeczowo, bez sadzenia się na znawstwo, bez
popisywania się erudycją, lecz w sposób świadczący o gruntownej
znajomości przedmiotu i o własnem trzeźwem zdaniu w omawianych
sprawach.
Pan Karol Dalcz z nieukrywaną radością wodził oczyma z
twarzy syna na twarz brata, który zresztą nie ukrywał swego uznania
dla młodego inżyniera. Już sam sposób, w jaki się doń zwracał z
pytaniami, aczkolwiek miał w sobie jakby posmaczek egzaminu,
świadczył, że pan Wilhelm traktuje bratanka całkiem poważnie.
Weszła znowu pani Teresa z propozycją przyrządzenia kawy,
lecz pan Wilhelm podziękował.
- Jakże mój syn, panie Wilhelmie? - zapytała z maskowanym
niepokojem.
- Muszę ci, Tereniu, powinszować. O ile znam się na
ludziach, będzie z niego prawdziwy Dalcz.
- Jeszcze się stryj rozczaruje - zaśmiał się Krzysztof,
ukazując białe i jakby drapieżne zęby - a dlaczego to stryj z moją
matką tak dziwnie się tytułują?
- Widzisz, Krzysztofie, znałem twoją matkę, gdy jeszcze była
w tym wieku, kiedy nietylko mówi się pannom po imieniu, lecz i nosi
się je na rękach.
- Jakże chcesz - zaśmiała się pani Teresa - pan Wilhelm był
już wówczas studentem.
Pomimo tych wspomnień nastrój do końca był zimny. Przy
pożegnaniu ustalono, że Krzysztof nazajutrz zrana zjawi się u pana
Wilhelma i zostanie przezeń oprowadzony po fabryce. Nominację
otrzyma zaraz, zaś po kilku tygodniach i po bliższem poznaniu
przedsiębiorstwa przystąpi do zorganizowania swego działu.
Dyrektor Wilhelm Dalcz pojechał do domu. Zapadł już zmierzch
i gdy auto dotarło do śródmieścia w wilgotnym asfalcie odbijały się
mętne refleksy oświetlonych wystaw sklepowych.
W ogromnem mieszkaniu przy alei Ujazdowskiej panował wielki
ruch i hałas. Był to piątek, dzień przyjęć pani Józefiny. Wilhelm
Dalcz pośpiesznie zdjął palto i przemknął się między rozbieganą
służbą przez jadalnię i boczny korytarz do swojej sypialni. Z
przyległego gabinetu dolatywały głośne śmiechy i okrzyki.
Przekręcił na wszelki wypadek klucz w zamku, zdjął marynarkę,
nałożył stary, zniszczony szlafrok i zadzwonił. Po długiem
oczekiwaniu wpadła pokojówka. Kazał jej przynieść obiad. Zamiast
obiadu zjawiła się jednak pani Józefina i, wznosząc ręce nad swą
majestatyczną postacią, wybuchnęła oburzeniem: on jej cały dom
dezorganizuje, on przychodzi wtedy na obiad, kiedy mu się podoba,
wprowadza chaos, odrywa służbę od jej obowiązków, jeżeli Halina
dotychczas zamąż nie wyszła, to wszystko przez niego, sam palcem
nie ruszy, a teraz ona zamiast bawić gości i czuwać nad porządkiem,
musi tu przychodzić, dobrze, niech teraz on sam idzie, ona z
miejsca się nie ruszy, dziś pierwszy raz jest ten hrabia węgierski,
a ten tak zwany pan domu nawet nie raczy się pokazać, biedna ta
Halina, ale ona do grobu nie zapomni wyrodnemu ojcu, zawsze udaje
zmęczonego, byle tylko nie spełniać swoich świętych obowiązków...
Pan Wilhelm Dalcz przyglądał się przez chwilę żonie
obojętnym wzrokiem, poczem bez słowa położył się na sofie i zamknął
powieki. Pani Józefina trzasnąwszy drzwiami wyszła z pokoju.