El loco de Dios en el fin del mundo
Copyright ? Javier Cercas, 2025
Copyright ? 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga
Copyright ? 2026 for the Polish translation by Barbara Bardadyn
(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)
Projekt graficzny okładki: José David Morales García
Adaptacja okładki: Kinga Kosmalska
Zdjęcie autora: ? Raúl Cercas
Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan
Korekta: Julita Paprotna, Iwona Wyrwisz, Joanna Rodkiewicz
Tekst na s. 68-69: Nicanor Parra, XXXII z cyklu Nowe kazania i przemówienia Chrystusa z Elqui. Kazania i przemówienia (XXVIII-LXIII), ? Nicanor Parra 1979 oraz spadkobiercy Nicanora Parry.
Tłumaczenie tej książki otrzymało dotację hiszpańskiego Ministerstwa Kultury
za pośrednictwem Dyrekcji Generalnej ds. Książek, Komiksów i Czytelnictwa.
ISBN: 978-83-68544-25-1
Żaden element okładki nie może zostać wykorzystany ani być powielany w jakikolwiek sposób w celu szkolenia sztucznej inteligencji. Niniejsza okładka jest wyłączona z zakresu eksploracji tekstu i danych (art. 4 ust. 3 dyrektywy UE 2019/790).
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl
WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.
ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice
tel. 32 782 64 77, e-mail: info@soniadraga.pl
www.soniadraga.pl, www.postfactum.com.pl
www.facebook.com/PostFactumSoniaDraga
www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga
E - wydanie 2026
KLUCZOWA ZAGADKA
W maju 2023 roku Watykan zaproponował mi napisanie książki o papieżu. "Franciszek wybiera się do Mongolii", powiedziano mi, a ja pomyślałem o krańcu świata. "Mógłby pan mu towarzyszyć. Mógłby pan też porozmawiać, z kim tylko pan zechce, otworzymy panu bramy Watykanu, całego Kościoła, a potem mógłby pan z całkowitą swobodą napisać taką książkę, jaką będzie pan chciał: esej, reportaż, biografię, powieść, to już zależy od pana. Proszę wziąć pod uwagę, że Watykan jeszcze nigdy nie zaproponował tego żadnemu pisarzowi". Osłupiałem. "Nie wiecie, że jestem niebezpieczny?", to było pierwsze, co odpowiedziałem; a może: "Rozum wam odjęło czy co?". Urodziłem się w katolickim kraju, wychowałem w katolickiej rodzinie i uczęszczałem do katolickiej szkoły, ale jestem ateistą i antyklerykałem, więc moje osłupienie było jak najbardziej uzasadnione. Nie wiem, dlaczego Watykan pomyślał akurat o mnie: to jedyne pytanie, którego im nie zadałem; wiem natomiast, że żaden pisarz przy zdrowych zmysłach nie odrzuciłby takiej propozycji.
Ponad dwa lata później oto jest: Boży szaleniec na krańcu świata. Chociaż dotyczy tematu, którym nigdy przedtem się nie zajmowałem, to wiąże się z innymi moimi książkami. Z jednej strony jest to hybryda (jak Żołnierze spod Salaminy czy Oszust), mieszanka eseju i reportażu, i biografii, i autobiografii, i jeszcze kilku innych rzeczy; rezultatem tej mieszanki jest powieść (powieść bez fikcji), ponieważ tylko powieści są w stanie połączyć wszystkie pozostałe gatunki, wykraczając poza nie. Jednocześnie ta książka jest na swój sposób, jak wszystkie moje powieści (jak wszystkie powieści, które mnie interesują), powieścią kryminalną: w jej centrum są zagadka i ktoś, kto próbuje ją rozwikłać; tyle że w tym przypadku chodzi o kluczową zagadkę. Kiedy Watykan złożył mi tę propozycję, od razu pomyślałem o mojej matce, która była głęboko wierząca i która po śmierci mojego ojca zaczęła się zastanawiać, czy spotka się z nim ponownie, jak obiecał jej katolicyzm. Postanowiłem więc wybrać się w tę podróż z papieżem Franciszkiem na kraniec świata, żeby go zapytać, czy moja matka spotka się z moim ojcem po śmierci, i żeby potem przekazać matce jego odpowiedź. O tym właśnie jest ta książka: o bezbożnym szaleńcu, który ściga Bożego szaleńca aż na kraniec świata, żeby zapytać go o zmartwychwstanie ciała i życie wieczne.
1
Wszystko zaczęło się 21 maja 2023 roku w Turynie. Tamtego popołudnia podpisywałem egzemplarze swoich książek na targach Salone del Libro, które co roku odbywają się w tym mieście, a wcześniej przez godzinę opowiadałem o przeklętej postaci intelektualisty. W pewnym momencie moja włoska wydawczyni przekazała mi, że na rozmowę ze mną czeka przedstawiciel Watykanu. "Watykanu?", zapytałem zdziwiony. Wydawczyni wzruszyła ramionami i wskazała mężczyznę stojącego za moimi plecami. Nagle sobie przypomniałem.
Dwa tygodnie wcześniej zadzwonił do mnie ktoś z zastrzeżonego numeru, a ja, kierowany swoim zamiłowaniem do rosyjskiej ruletki, odebrałem. W moim telefonie rozległ się donośny głos. Powiedział, że dzwoni z Watykanu, przedstawił się jako urzędnik Dykasterii do spraw Kultury i Edukacji Stolicy Apostolskiej, wyjaśnił, że 23 czerwca minie pięćdziesiąt lat od inauguracji kolekcji sztuki nowoczesnej i współczesnej w Muzeach Watykańskich i że dla uczczenia tej rocznicy papież Franciszek postanowił zaprosić do Kaplicy Sykstyńskiej grono twórców. Urodziłem się w katolickim kraju, wychowałem w katolickiej rodzinie i uczęszczałem do katolickiej szkoły, toteż - niezależnie od tego, jak bardzo jestem niewierzący - takie zaproszenie jest niemal nie do odrzucenia. Jednakże podczas gdy grobowy głos watykańskiego urzędnika dalej rozbrzmiewał w moim telefonie, a ja przeglądałem swój terminarz, pomyślałem, że go nie przyjmę. Uznałem, że nie ma sensu lecieć do Rzymu tylko po to, żeby wysłuchać kilku słów papieża Franciszka. Już chciałem odmówić, kiedy - cud! - zobaczyłem, że akurat 23 czerwca wybieram się do Rzymu, a stamtąd do Pescary. Pokonany przez ten zbieg okoliczności zapewniłem watykańskiego emisariusza, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby wziąć udział w spotkaniu z papieżem. Następnie napisałem do mojego włoskiego wydawnictwa z prośbą o przełożenie lotu do Rzymu na 22 czerwca, żebym następnego dnia rano mógł się udać na papieską audiencję, a później polecieć do Pescary. Tak więc tamtego popołudnia na turyńskich targach książki pomyślałem, że człowiek z Watykanu chce porozmawiać o spotkaniu z papieżem w Kaplicy Sykstyńskiej.
Błąd. Mężczyzna nazywał się Lorenzo Fazzini, przedstawił się jako dyrektor wydawniczy Libreria Editrice Vaticana (LEV), wydawnictwa Stolicy Apostolskiej, i rzucił prosto z mostu, że pod koniec sierpnia papież Franciszek wybiera się do Mongolii i że w Watykanie pomyślano o mnie, abym napisał książkę o tej podróży, o papieżu, o Kościele, o Watykanie, o czym tylko zechcę. Przez chwilę myślałem, że to żart. Spojrzałem na gościa: jednak mówił poważnie. Później Fazzini mi opowie, że moją pierwszą reakcją na jego propozycję było palnięcie: "Rozum wam odjęło czy co?". Naprawdę tego nie pamiętam. Pamiętam za to, że gdy tylko zdołałem dojść do siebie, zadałem mu podobne pytanie:
- Nie wiecie, że jestem niebezpieczny?
Fazzini - mężczyzna w średnim wieku, korpulentny, w okularach - uśmiechnął się; nie wyglądał na księdza (i nim nie był), ale nosił się na czarno, otaczała go aura zafrasowanego dyrektora i wydawał się nieokrzesany. W jego uśmiechu dało się zauważyć cień drwiny (jakby mówił: "Przestań kozaczyć" albo "Mnie nie oszukasz, stary") - od razu wiedziałem, że się dogadamy.
- Byle komu byśmy tego nie zaproponowali - oznajmił w odpowiedzi Fazzini. - Zresztą o ile mi wiadomo, to pierwszy raz, kiedy ktoś napisze książkę o podróży papieża. Pierwszy raz Watykan otwiera swoje bramy dla pisarza, żeby mógł porozmawiać, z kim zechce, i pytać, o co zechce. Proszę mi wierzyć: zasięgnęliśmy informacji na pański temat.
Rozmawialiśmy dwadzieścia minut. Fazzini powiedział mi, że w Watykanie wiedzą, iż nie jestem wierzący, i właśnie dlatego proponują mi napisanie tej książki, nie chcieli, żeby zrobił to ktoś od nich. Pospiesznie dodał, że oczywiście będę miał pełną swobodę, że tak naprawdę Watykan nie zleca mi napisania książki, a jedynie mi to umożliwia, że nawet nie zamierzają wydać jej w swoim wydawnictwie, że mogę ją opublikować, gdzie tylko zechcę, jak zechcę i kiedy zechcę, że oni tylko zapewnią mi wszelkie udogodnienia, że ich cel nie jest ani propagandowy, ani finansowy. Słuchałem zdębiały i w pewnym momencie zapytałem go, czy jeśli zgodzę się napisać tę książkę, pozwolą mi porozmawiać z papieżem na osobności. Fazzini odparł, że w tej chwili nie może mi tego zagwarantować, przyznał, że książka jest na razie tylko w sferze planów Dykasterii do spraw Komunikacji, czyli Ministerstwa Komunikacji Watykanu, że na ten pomysł wpadł Paolo Ruffini, jego szef i dyrektor tego urzędu, i że papież jeszcze nie wydał zgody na jego realizację.
- Nie przejmuj się - powiedział Fazzini. - Jeśli papież zaakceptuje ten pomysł, zrobimy wszystko, co możliwe, żebyś z nim porozmawiał.
Następnie podkreślił wyjątkowy charakter tej podróży. "Franciszek nie odwiedził dużych krajów katolickich, ale udaje się do Mongolii, państwa buddyjskiego liczącego niewiele ponad trzy miliony mieszkańców i zaledwie półtora tysiąca katolików", wyjaśnił. "Ten papież pragnie jechać tam, gdzie nikt inny nie chce, w najodleglejsze i najbardziej wymagające miejsce". Dodał, żebym nie czuł się naciskany, ale poprosił, bym rozważył propozycję. Na koniec zapowiedział, że niedługo ("Wiem, że będziesz na przemówieniu papieża do artystów w Kaplicy Sykstyńskiej, ja też tam będę") wrócimy do tematu.
Tamtej nocy nie zmrużyłem oka. Przewracając się z boku na bok w moim turyńskim hotelu, myślałem: "Najpierw watykański urzędnik, jego grobowy głos w telefonie i szczęśliwy zbieg okoliczności między moją podróżą do Pescary a spotkaniem z papieżem w Kaplicy Sykstyńskiej. A teraz wysłannik Watykanu i propozycja napisania książki o papieżu". Pomyślałem o Bobie Dylanie, który nawrócił się na chrześcijaństwo i ku wielkiemu oburzeniu dylanofilów zaśpiewał dla Jana Pawła II. "Gdybym był Dylanem", myślałem, "przyjąłbym tę propozycję bez wahania". Pomyślałem o Janie Sebastianie Bachu, który komponował tylko dla Stwórcy i którego muzyki trudno słuchać bez niepohamowanego pragnienia, by uwierzyć w Boga. "Gdybym był Bachem", myślałem, "przyjąłbym tę propozycję bez wahania". I jeszcze: "Gdyby w moich żyłach płynęła choćby kropla krwi Bacha, gdyby moje ciało zawierało choćby atom genialnego ciała Bacha, poczułbym, że Bóg mnie wzywa". Ta myśl przypomniała mi pewne mistyczne doświadczenie. Zdarzyło się to pewnego poranka na stacji metra w Barcelonie. Była godzina szczytu, w wagonie panował nieznośny upał, więc żeby uciec od tej męki, włączyłem w telefonie muzykę i traf chciał, że rozbrzmiała słynna kantata BWV 147: X zatytułowana Jezu, radości mego pragnienia. Wtedy, ledwie te nadludzkie dźwięki rozległy się w moich słuchawkach, miałem pewność, że otworzą się niebiosa, zstąpi z nich Bóg Nasz Pan i wyrzuci w powietrze ten wielki rupieć przepełniony nieszczęśnikami, grzmiąc swoim boskim, donośnym głosem (mocno wkurzonym, nawiasem mówiąc): "Że niby nie istnieję, frajerzy? No więc proszę bardzo, jestem tu, z brodą i w ogóle. Chrzanić, koniec tej całej farsy: wszyscy do Raju! Ty też, Javierku, nie chowaj się, wstrętna antyklerykalna gnido! Zamierzałem posłać cię do piekła potępionych, razem z Waltem Disneyem i Kubą Rozpruwaczem, ale wstawił się za tobą mój przyjaciel Jan Sebastian [w tym momencie Bach zjawia się u boku Stwórcy, otyły i w przypudrowanej peruce, razem ze swoimi dwiema żonami i dwadzieściorgiem dzieci, i macha do mnie pulchną rączką]. Trafiło ci się jak ślepej kurze ziarno!". Właśnie wtedy, przywoławszy tę zbawczą wizję, pomyślałem o mojej żyjącej matce i nieżyjącym ojcu, zagorzałych katolikach, i przypomniałem sobie, że od śmierci ojca moja matka bez przerwy powtarza, że spotka się z nim po śmierci. Pomyślałem, że gdybym mógł pobyć chwilę z papieżem na osobności, porozmawiać z nim o zmartwychwstaniu ciała i życiu wiecznym i zapytać go, czy to prawda, że moja matka spotka się z moim ojcem, wtedy napisanie tej książki miałoby sens. Z tą myślą wstałem, żeby podziwiać wschód słońca w Turynie.
2
Czy to takie wyjątkowe, że papież wybiera się na kraniec świata? Czy to takie dziwne, że chce odwiedzić kraj na peryferiach lub też miejsce, które zwykliśmy zwać peryferiami? Kraj z naszych peryferii religijnych, ponieważ Mongolia jest społeczeństwem, którego przeważającą większość stanowią buddyści, a maleńką mniejszość katolicy, ale także z naszych peryferii politycznych i geograficznych, ponieważ to kraj oddalony od wielkich ośrodków władzy i pozbawiony znaczenia politycznego, gospodarczego czy geostrategicznego, z wyjątkiem tego, że jest wciśnięty między dwa imperia, rosyjskie i chińskie, które walczyły o niego przez stulecia.
W pierwszą podróż papież Franciszek udał się na Lampedusę. Krótko po tym, jak 13 marca 2013 roku o godzinie dziewiętnastej pięć, po konklawe trwającym niewiele ponad dwadzieścia cztery godziny, które wymagało pięciu głosowań członków Kolegium Kardynalskiego, został wybrany na dwieście sześćdziesiątego szóstego papieża Kościoła katolickiego, przeczytał w gazecie, że plaże tego skrawka włoskiego lądu w ciągu ostatniej dekady przyjęły wiele z ponad dwudziestu pięciu tysięcy ciał imigrantów, którzy zginęli, próbując przeprawić się przez Morze Śródziemne z wybrzeży Afryki, uciekając przed głodem, biedą i wojnami. Cztery miesiące później, 8 lipca, Franciszek odprawił Eucharystię na wypełnionym po brzegi stadionie sportowym na wyspie i zwrócił się do zebranych zza ołtarza zbudowanego z drewna z jednej z tratw rozbitków, ręką przytrzymując piuskę, żeby nie zerwał jej wiatr: "Kto jest odpowiedzialny za tę krew?". Następnie potępił to, co nazwał "kulturą dobrobytu, która sprawia, że myślimy tylko o sobie i jesteśmy niewrażliwi na krzyk innych", przestrzegł przed "globalizacją obojętności" i poprosił o "łaskę opłakiwania okrucieństwa świata, naszego własnego okrucieństwa, a także okrucieństwa tych, którzy anonimowo podejmują decyzje prowadzące do takich tragedii jak ta".
To była deklaracja zasad w każdym calu: pierwszy latynoamerykański papież, pierwszy papież o imieniu Franciszek, pierwszy papież jezuita rozpoczynał swoje urzędowanie, urbi et orbi potępiając nadużycia popełniane przez bogatych i potężnych wobec biednych i bezbronnych. "Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię"1 (Mt 10,34), powiedział Jezus Chrystus, a papież mógłby to powtórzyć podczas tamtej inauguracyjnej podróży: oprócz deklaracji zasad przemówienie na Lampedusie było deklaracją intencji.
To była jego pierwsza podróż, więc znowu - czy ta ostatnia jest taka dziwna?
W maju 2023 roku, po dziesięciu latach pontyfikatu, Franciszek miał za sobą czterdzieści jeden podróży apostolskich do pięćdziesięciu dziewięciu krajów. Nie jest to wcale nadzwyczajna liczba. Paweł VI w drugiej połowie XX wieku jako pierwszy od 1809 roku Ojciec Święty wyjechał z Włoch, ale odwiedził jedynie dziewięć państw. Jego następcy byli za to prawdziwymi obieżyświatami: Jan Paweł II w ciągu dwudziestu siedmiu lat swojego pontyfikatu odwiedził sto dwadzieścia dziewięć krajów, a Benedykt XVI w ciągu ośmiu lat dwadzieścia trzy. W przypadku Franciszka zadziwiająca jest nie liczba krajów, tylko ich nazwy. W porządku chronologicznym: Brazylia, Turcja, Francja, Albania, Korea Południowa, Jordania, Palestyna i Izrael, Kenia, Uganda i Republika Środkowoafrykańska, Kuba i Stany Zjednoczone, Ekwador, Boliwia i Paragwaj, Bośnia i Hercegowina, Sri Lanka i Filipiny, Szwecja, Gruzja i Azerbejdżan, Polska, Armenia, Grecja (Lesbos), Meksyk, Mjanma i Bangladesz, Kolumbia, Portugalia, Egipt, Litwa, Łotwa i Estonia, Irlandia, Szwajcaria, Chile i Peru, Tajlandia i Japonia, Mozambik, Madagaskar i Mauritius, Rumunia, Bułgaria i Macedonia Północna, Maroko, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Panama, Cypr i Grecja, Węgry i Słowacja, Irak, Bahrajn, Kazachstan, Kanada, Malta, Demokratyczna Republika Konga i Sudan Południowy, Węgry. Na tej osobliwej liście uwagę od razu zwraca jedna rzecz: mało państw zajmujących centralne miejsce w zachodniej wizji świata i wiele tych, które z różnych powodów zwykliśmy uważać za peryferyjne.
To nader wymowny fakt: koncepcja "peryferii" jest kluczowa w myśleniu Franciszka. W przemówieniu wygłoszonym do kardynałów zebranych na prekonklawe 9 marca 2013 roku, cztery dni przed tym, jak został wybrany na papieża, Argentyńczyk stwierdził: "Kościół jest powołany do tego, żeby wyjść na zewnątrz i ruszyć na peryferie, nie tylko geograficzne, lecz także egzystencjalne: peryferie grzechu, peryferie cierpienia, peryferie niesprawiedliwości, peryferie ignorancji i religijnej pogardy, peryferie myśli, peryferie nędzy". Do tych dwóch peryferii, geograficznych (ośrodki oddalone od Stolicy Apostolskiej) i religijnych (miejsca, gdzie Bóg jest Bogiem nieobecnym, Deus absconditus), Franciszek doda później peryferie społeczne, miejsca ludzi biednych i pokrzywdzonych. Te potrójne peryferie stanowią podstawę jego Kościoła. "Jeśli Kościół odwróci się od ubogich", oznajmił w 2020 roku, "przestanie być Kościołem Jezusa i powróci do dawnych pokus, by stać się elitą intelektualną czy moralną". A zatem według Franciszka Kościół powinien oddalić się od centrum, od Rzymu i Watykanu, a także od przepychu i biurokracji. Istnieją dwa przeciwstawne obrazy Kościoła, głosi ten papież otwartej przestrzeni i przedmieść: "Kościół ewangelizujący, który wychodzi na spotkanie człowieka, oraz Kościół światowy, który żyje w sobie, z siebie, dla siebie". Ten drugi jest katastrofalny, uważa papież, pierwszy zaś odkupieńczy. Dlatego Franciszek, chcący niegdyś zostać misjonarzem, domaga się misyjnej roli Kościoła, którego powołaniem powinno być "pójście na spotkanie z drugim człowiekiem na peryferiach, rozumianych nie tylko jako miejsca, a nade wszystko osoby potrzebujące".
Nie można powiedzieć, że - przynajmniej w tej kwestii - Franciszek nie daje przykładu. Zanim Bergoglio został papieżem, jako arcybiskup Buenos Aires był znacznie mniej znany na północy miasta, gdzie mieszka klasa wyższa i średnia, w dzielnicach La Recoleta, Palermo, Belgrano czy Olivos, niż na tak zwanych villas miseria, ubogich osiedlach na przedmieściach, gdzie spędzał weekendy, wędrując po ulicach, przemawiając, spowiadając, wchodząc do domów, jedząc, pijąc i rozmawiając z mieszkańcami. W efekcie tych częstych odwiedzin w 2009 roku stworzył instytucję mającą nieść pomoc w biednych rejonach: Wikariat Biskupi do spraw Duszpasterstwa w dzielnicach biedy. Nic więc dziwnego, że ojciec Di Paola, pierwszy koordynator tej instytucji pomocowej, zapewnił, że dla przyszłego papieża "centrum Buenos Aires nie znajduje się na plaza de Mayo, gdzie rezyduje władza, tylko na peryferiach, na obrzeżach miasta". I nic też dziwnego, że kilka miesięcy przed wyborem na Ojca Świętego Bergoglio stwierdził, iż problemem Kościoła jest to, że zamknął się w sobie, stał się wygodnicki, próżny, popadł w samozadowolenie, a te udogodnienia doprowadziły do rozczarowania. "Chrystus jest przywiązany w zakrystii", powiedział Bergoglio. Trzeba go uwolnić, dodał, trzeba go stamtąd wynieść i zabrać na peryferie, jedyne miejsca, które pozwalają nie tylko "zobaczyć świat takim, jaki jest", lecz także "znaleźć nową przyszłość"2.
To dyskurs odnowy, który w 2013 roku w Kościele uosabiał Bergoglio, ten sam, który poparli kardynałowie, umieszczając Bergoglia na tronie Piotrowym. W 2013 roku Bergoglio był liderem Kościoła w Ameryce Łacińskiej, na peryferyjnym kontynencie, gdzie katolicyzm znajdował nową przyszłość; dowodem jest to, że wówczas Kościół ten liczył czterdzieści jeden procent wszystkich katolików na świecie: czterysta osiemdziesiąt trzy miliony z miliarda dwustu milionów. Być może nikt nie był bardziej świadomy powodów wyboru Bergoglia na papieża niż on sam, i dlatego pierwsze słowa, jakie wypowiedział z balkonu Bazyliki Świętego Piotra, brzmiały: "Bracia i siostry, dobry wieczór. Jak wiecie, zadaniem konklawe jest dać Rzymowi biskupa. Wygląda na to, że moi bracia kardynałowie znaleźli go prawie na końcu świata". Równie dobrze mógłby powiedzieć: znaleźli go na peryferiach.
A zatem podróż do Mongolii nie jest dla papieża Franciszka wyjątkiem, lecz potwierdzeniem reguły. Ojciec Święty wybiera się do Mongolii, żeby znaleźć nową przyszłość i żeby ujrzeć świat takim, jaki jest - z jedynego miejsca, z którego według niego da się go zobaczyć: z peryferii, z krańca świata. Franciszek wybiera się do Mongolii, żeby nadal być Franciszkiem.
3
Przez następny tydzień o możliwości napisania książki o papieżu dyskutowałem z kilkoma zaufanymi osobami. Nie dlatego, że nie byłem jeszcze zdecydowany, czy też że byłem prawie zdecydowany wykorzystać tę niepowtarzalną szansę (oczywiście pod warunkiem, że papież ostatecznie zgodzi się mi ją dać, i pod warunkiem, że będę mógł porozmawiać z nim chwilę na osobności o zmartwychwstaniu ciała i życiu wiecznym i zapytać, czy moja matka po śmierci spotka się z moim ojcem). Zrobiłem to dlatego, że chciałem wysłuchać wszelkich możliwych obiekcji i poddać moją decyzję testowi na wytrzymałość. Lorenzo Fazzini powiedział mi, że jeśli zechcę dopytać o jakieś szczegóły propozycji czy to jego, czy jego szefa Paola Ruffiniego, możemy zorganizować spotkanie na Zoomie.
Nie było takiej potrzeby. Osoby, z którymi rozmawiałem, to ateiści lub agnostycy, ale wszystkie zareagowały entuzjastycznie; z wyjątkiem jednego przyjaciela. Ów przyjaciel, podobnie jak ja spadkobierca bogatej hiszpańskiej tradycji antyklerykalnej, zapytał mnie: "Jesteś pewien, że nie wybielisz papieża?", a może: "Jesteś pewien, że nie wybielisz Kościoła katolickiego?". Miał na myśli, rzecz jasna, rozliczne przypadki pedofilii i nadużyć seksualnych, opinie katolicyzmu na temat antykoncepcji, aborcji, rozwodów, eutanazji, homoseksualizmu ogólnie i małżeństw jednopłciowych w szczególności, zacofane poglądy na świat. Czy zamierzałem go wybielić?
To pytanie (czy też oskarżenie) niemal we wszystkich możliwych wariantach formułowano pod moim adresem wielokrotnie, odkąd napisałem swoją pierwszą powieść. Oskarżano mnie o wybielanie fanatycznych pisarzy, autodestrukcyjnych intelektualistów, cynicznych czy pobożnych falangistów, masowych zabójców, heroicznych zdrajców, wielkich oszustów, przykładnych komunistów, mściwych policjantów i wielu innych postaci podobnego kalibru. Czy w takim razie jestem notorycznym "wybielaczem"? Czy to tylko moja skaza, czy też my, pisarze, zasadniczo zajmujemy się wybielaniem? Czy ostatecznie taka właśnie jest rola powieści?
Literatura jest narzędziem wiedzy: służy zrozumieniu. Zgodnie z francuskim powiedzeniem: "Wszystko zrozumieć to wszystko przebaczyć". Nieprawda. Zrozumieć nie znaczy usprawiedliwić: dzięki temu wyposażamy się w narzędzia, żeby nie popełnić tych samych błędów. Tym właśnie zajmujemy się my, pisarze. Dlatego, wbrew najpowszechniejszemu stereotypowi literackiemu naszych czasów, literatura jest pożyteczna. Oczywiście pod warunkiem, że nie stawia sobie tego za cel, bo w przeciwnym razie staje się propagandą albo demagogią i przestaje być literaturą (a przynajmniej dobrą literaturą), a także przestaje być pożyteczna. Poza tym Kościół katolicki to nie tylko pedofilia, nadużycia seksualne i radykalnie konserwatywne poglądy będące rezultatem radykalnie konserwatywnego światopoglądu, lecz również o wiele gorsze rzeczy: jego historia obejmuje dwa tysiące lat świętych wojen, morderczej nietolerancji i kolosalnego cynizmu. To nie opinia, tylko fakt. Ale faktem jest również to, że Kościół katolicki to Jezus Chrystus, Paweł z Tarsu, Augustyn z Hippony, Franciszek z Asyżu, Tomasz z Akwinu, Teresa z Ávili i tysiące misjonarzy, którzy w tej chwili na całym świecie walczą o to, żeby przyodziać nagich, nakarmić głodnych i napoić spragnionych.
Oto co powiedziałem mojemu sceptycznemu czy niechętnemu przyjacielowi: Kościół katolicki składa się z tego amalgamatu rzeczy dobrych i złych, zbrodni i świętości, zachodnia kultura jest z nim nierozerwalnie związana, a ignorowanie go nie jest wygodą, tylko błędem, ponieważ jesteśmy z nim zespoleni. Powiedziałem mu również, że jeśli ostatecznie napiszę tę książkę, to zrobię to po to, żeby spróbować zrozumieć Kościół, czyli z tego samego powodu, dla którego pisze się wszystkie książki: żeby spróbować się wzajemnie zrozumieć.
Nie wiem, czy go przekonałem. Ale pod koniec tygodnia telefonicznie poinformowałem Fazziniego, że przyjmuję propozycję.
- Fantastycznie - odparł. - Teraz potrzeba tylko zgody papieża.
- I żeby znalazł dla mnie pięć minut - przypomniałem mu. - Na osobności, on i ja. Jeśli nie będzie rozmowy, nie będzie książki. Pięć minut mi wystarczy.
Fazzini zapewnił mnie ponownie, że zrobią wszystko, co możliwe, żeby papież znalazł dla mnie czas.
4
Papież Franciszek tak naprawdę nie ma na imię Franciszek. Nazywa się Jorge Mario Bergoglio. Franciszek to imię, które przybrał tuż po wyborze na papieża, zgodnie z onomastyczną tradycją, która upowszechniła się w Kościele w XI wieku po pontyfikacie Sergiusza IV. Od tamtej pory żaden papież nie nazywa się tak, jak się nazywa; nazywa się tak, jak sam postanowi się nazwać. Bergoglio jest pierwszym papieżem, który wybrał imię Franciszek. Oczywiście zapożyczył je od Franciszka z Asyżu, młodzieńca z dobrej rodziny, który zrezygnował ze świetlanej przyszłości pełnej miłostek, poezji i wojaczki, żeby poświęcić się Bogu. Ascety, który żył pośród ubogich i chorych, a braćmi i siostrami nazywał zwierzęta, ogień i rośliny, prekursora ekologii, il poverella (biedaczyny), jak nazywali go jemu współcześni, ucieleśnienia "ideału Kościoła misyjnego i ubogiego, Kościoła, którego nauczali Jezus i jego uczniowie", by użyć słów samego Bergoglia. "Pokornego i łagodnego Franciszka z Asyżu", jak nazywał go Rubén Darío, mężczyzny "wielkiego i niezwykłego", jak nazywał go G.K. Chesterton, mężczyzny, "który już napisał wiersz", jak nazywał go Jorge Luis Borges, "Bożego szaleńca", jak nazywał sam siebie. Wybór imienia nie jest tylko wyborem imienia: to przesłanie. Bergoglio wybrał imię Franciszek, Boży szaleniec. Papież Bergoglio jest Bożym szaleńcem.
Kim jest Boży szaleniec? Kim jest papież Franciszek?
Znamy najważniejsze fakty z jego życia. Oto kilka z nich.
Jorge Mario Bergoglio urodził się 17 grudnia 1936 roku w dzielnicy Flores w Buenos Aires, w katolickiej rodzinie z niższej klasy średniej wywodzącej się z Piemontu we Włoszech. Był najstarszy z pięciorga dzieci; pozostała czwórka to Óscar, Marta, Alberto i María Elena - ta ostatnia wciąż żyje. W domu posługiwano się językiem hiszpańskim, ale dziadkowie nauczyli go włoskiego, którym zawsze mówił z akcentem z Buenos Aires. Był zwyczajnym dzieckiem, religijnym i pilnym. Nastolatkiem również był zwyczajnym, chętnie spędzał czas z przyjaciółmi, dobrze tańczył tango. Miał wiele dziewczyn. Dwudziestego pierwszego września 1953 roku, kiedy szedł Aleją Rivadavia na spotkanie z jedną z nich i z przyjaciółmi, wstąpił do Bazyliki Świętego Józefa, podszedł do konfesjonału i się wyspowiadał. Bergoglio nie pamiętał, dlaczego to zrobił, albo woli nie pamiętać; pamięta natomiast, że spowiednikiem był Carlos Duarte Ibarra, ksiądz z miasta Corrientes, że mieszkał on w Domu Kapłańskim, że od czasu do czasu odprawiał w bazylice mszę i że w następnym roku zmarł na białaczkę. Po spowiedzi Bergoglio zrezygnował ze spotkania i wrócił do domu. Tamtego dnia podjął decyzję, że zostanie księdzem, ale przez rok nie powiedział o tym ani swojej rodzinie, ani przyjaciołom. W tamtym okresie studiował chemię i pracował w laboratorium Hickethier-Bachmann, a wieczorami dorabiał sobie jako porządkowy w barach z tangiem. W 1955 roku ukończył studia chemiczne. W następnym roku wstąpił do seminarium w dzielnicy Villa Devoto, gdzie kształcili się księża z diecezji Buenos Aires i gdzie zyskał przydomek "Gringo" ze względu na jankeskie rysy i anglosaską posturę. W 1957 roku usunięto mu część prawego płuca, żeby wyleczyć zapalenie opłucnej, z powodu którego był bliski śmierci. Zabieg przyniósł skutek w postaci nieco ochrypłego głosu i sporadycznej zadyszki (a później uniemożliwił mu realizację misyjnego powołania). W 1958 roku Bergoglio zwrócił się o przyjęcie do Towarzystwa Jezusowego. Trzynastego listopada 1969 roku, miesiąc przed trzydziestymi trzecimi urodzinami, otrzymał święcenia kapłańskie. Cztery lata później został mianowany prowincjałem argentyńskich i urugwajskich jezuitów, którą to funkcję sprawował do 1979 roku. W tym momencie wojsko już dawno zniosło w Argentynie demokrację i wprowadziło dyktaturę. Z tego okresu pochodzą uzasadnione oskarżenia pod adresem Kościoła katolickiego o współpracę z reżimem. I od tego czasu za Bergogliem ciągną się bezpodstawne podejrzenia o ułatwienie porwania i torturowania dwóch jezuitów, Orlanda Yoria i Franza Jalicsa, których wojskowi wiązali z partyzancką organizacją Montoneros, lub wspieranie tych działań, czy też tolerowanie. Faktem jednak pozostaje, że nie potrafił on ochronić swoich dwóch kolegów albo pozbawił ich ochrony i że zawsze czuł się za to odpowiedzialny. (Faktem jest również to, że w tamtych latach Bergoglio zapewnił schronienie i pomógł uciec z kraju niektórym osobom prześladowanym przez dyktaturę). Od 1980 do 1986 roku pełnił funkcję rektora Colegio Máximo w San Miguel, najbardziej prestiżowym w Ameryce Łacińskiej ośrodku kształcenia jezuitów, skąd nadal wywierał wpływ na władze prowincji. W 1990 roku, po okresie nieporozumień z przełożonymi, którzy oskarżali go o podważanie ich autorytetu, spiskowanie przeciwko nim i dzielenie zgromadzenia, został wydalony z Buenos Aires i skazany na ostracyzm w rezydencji dla jezuitów w Córdobie, gdzie spędził dwa lata na pokucie. Z tego mroku uratował go prałat Quarracino, arcybiskup Buenos Aires, który w 1992 mianował go biskupem pomocniczym swojej diecezji i ożywił jego kościelną karierę: w 1997 roku Bergoglio został arcybiskupem, a w 2001 roku - kardynałem. W marcu 2013 roku, gdy z urzędu zrezygnował Benedykt XVI, który padł ofiarą swego fizycznego osłabienia i niemożności zreformowania Watykanu przytłoczonego korupcją i skandalami, Bergoglio został wybrany na papieża (w tym momencie pojednał się ze współbraćmi jezuitami, z którymi przez ponad dwadzieścia lat nie utrzymywał kontaktu). Ten papież zdaje się spełniać wszystkie wymogi typowego Argentyńczyka: uwielbia tango, jest uzależniony od yerba mate i piłki nożnej - kibicuje San Lorenzo de Almagro, najuboższemu klubowi z Buenos Aires. Wszystkie lub prawie wszystkie: 14 marca 2013 roku, dzień po tym, jak Bergoglio pojawił się na balkonie Bazyliki Świętego Piotra i oznajmił, że jego bracia kardynałowie pozwolili sobie na ekstrawagancję, wybierając papieża z końca świata, pewna bezpłatna kolumbijska gazeta zamieściła tytuł na całą stronę: "Argentyńczyk, ale skromny".
Nagłówek bezkonkurencyjny. Czy także prawdziwy? Czy Bergoglio jest skromnym Argentyńczykiem? Czy papież wpisuje się w ten oksymoron?
Podobnie jak każda minimalnie złożona postać Bergoglio jest człowiekiem wielowymiarowym, nieuchwytnym oraz wielorakim. "Jednakie zachodzą odmiany między nami a nami samymi, co między nami a kim innym"3, napisał Montaigne. Tożsamość indywidualna to koncepcja problematyczna (nie wspominając o tożsamości zbiorowej, która jest fantazją); nie jesteśmy jednym: jesteśmy wielością. Bergoglio nie stanowi odstępstwa od tej reguły: nonsensem byłoby twierdzenie, że mały Bergoglio, który kopał piłkę na ulicy Membrillar, gdzie się urodził, jest dokładnie taki sam jak kardynał, który na początku stulecia co tydzień wsiadał do autobusu i jechał do villas miseria otaczających Buenos Aires, albo że nastolatek, który pochłaniał komunistyczne publikacje i pasjami czytał Leónidasa Barlettę, zapomnianego i nieistotnego lewicowego argentyńskiego pisarza, jest identyczny jak siedemdziesięciosześcioletni mężczyzna, który 18 stycznia 2015 roku odprawił w Manili mszę, w której - według filipińskich władz - wzięło udział sześć i pół miliona wiernych. Jego portret nakreślony przez argentyńskich jezuitów z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych nie jest pochlebny: według nich Bergoglio był człowiekiem obdarzonym wielkim powołaniem do sprawowania władzy, niezwykłą inteligencją polityczną i miał swój projekt dla Towarzystwa Jezusowego, ale także przywódcą, człowiekiem surowym, wyniosłym, autorytarnym, przebiegłym, skłonnym do podziałów, manipulującym i onieśmielającym (niejeden z ówczesnych nowicjuszy zapewnia, że wzbudzał strach). Jednakże dwadzieścia lat później, kiedy pełnił już funkcję arcybiskupa Buenos Aires, świadectwa ludzi zgodnie przedstawiają go niemal w zupełnie odmienny sposób: był wówczas introwertycznym, melancholijnym i trochę udręczonym mężczyzną po pięćdziesiątce, ale przede wszystkim duchownym, który wychodził ze skóry, żeby nieść pomoc ubogim. Pontyfikat przyniósł kolejną metamorfozę: ci, którzy znali go przed 2013 rokiem i po nim, zapewniają, że ta najwyższa odpowiedzialność - zamiast go przytłoczyć - uczyniła z niego ciepłego, wesołego i pogodzonego ze sobą człowieka, tak jakby tron Piotrowy okazał się dla niego dobroczynnym zastrzykiem energii.
Wszystkie te postacie są tym samym Bergogliem, lecz każda jest inna. Czy mają ze sobą coś wspólnego? Prawdopodobnie niewiele. Mocny i pragmatyczny temperament, ledwie skłonny do abstrakcyjnych rozważań i przeciwny ideologiom. Ostrożność zachęca go do unikania konfrontacji, chociaż jeśli uznaje, że jest ona potrzebna, nie milczy ani od niej nie ucieka, co przysporzyło mu licznych wrogów, zwłaszcza w samym Kościele, szczególnie w jego własnym zgromadzeniu. Wrogowie uznają go za przebiegłego, którą to cechę charakteru jego przyjaciele z kolei chwalą; uważają go (albo uważali) również za aroganckiego, nieustępliwego i despotycznego, ale tym cechom jego przyjaciele zaprzeczają bądź utożsamiają je z jego charyzmą i zdolnościami przywódczymi: tych dwóch przymiotów nie skąpią mu nawet najzacieklejsi przeciwnicy. Wstręt do przepychu, przywilejów i do tego, co określa mianem "duchowości światowej", "nieskończenie bardziej katastrofalnej niż jakakolwiek inna światowość". Dyskrecja, która może prowadzić do hermetyczności: wśród jezuitów był znany jako "Gioconda", ze względu na nieprzenikniony wyraz twarzy. Skłonność do indywidualizmu, która w określonych momentach zderzała się z kościelną dyscypliną. Mądrość ujawniana w rozmowach w cztery oczy, w relacjach osobistych. Zdolności organizacyjne. Umiejętność koncentracji i pracowitość. Pasja do czytania i upodobanie do pisania (chociaż nigdy nie uważał się za teologa ani erudytę). Zamiłowanie do opery, której w dzieciństwie słuchał sobotnimi wieczorami ze swoją matką i rodzeństwem. Umiar, dyscyplina: Bergoglio od niepamiętnych czasów wstaje krótko po czwartej, żeby się modlić, kładzie się o dwudziestej drugiej, codziennie ucina sobie czterdziestopięciominutową popołudniową drzemkę. Niezachwiana wiara. Zresztą to ostatnie wydaje się najtrwalszą cechą tego wielobarwnego i nieuchwytnego człowieka. Czy tak jest? Czy wiara w Boga, w zmartwychwstanie ciała i w życie wieczne to jedyne, co łączy wszystkich Bergogliów?
5
Obowiązkowe wyznanie: jestem pisarzem, ponieważ utraciłem wiarę.
Utraciłem ją jako nastolatek, ale dopiero niedawno uzmysłowiłem sobie, że zrekompensowałem tę utratę literaturą, a przynajmniej dopiero niedawno byłem w stanie o tym powiedzieć. Miało to miejsce w hiszpańskiej ambasadzie w Watykanie, w Palazzo di Spagna przy piazza di Spagna w Rzymie. Kilka tygodni wcześniej zaproszono mnie na publiczną rozmowę na temat religii i literatury z kardynałem Gianfrankiem Ravasim, przewodniczącym Papieskiej Rady do spraw Kultury, czyli watykańskiego Ministerstwa Kultury. Zgodziłem się natychmiast, ponieważ nigdy nie rozmawiałem z żadnym kardynałem i ponieważ Ravasi cieszył się solidną reputacją erudyty, włada kilkunastoma językami i napisał przeszło sto pięćdziesiąt książek.
Wydarzenie odbywało się w jednej z sal Palazzo di Spagna, gdzie się zatrzymałem (po przybyciu ostrzeżono mnie, że w rezydencji mieszka brat Piccolo, jeden z najstarszych duchów w mieście, i że zatrzymywali się tam Velázquez, Casanova oraz Jackie Kennedy). Rozmowie przysłuchiwało się liczne grono księży i zakonnic, a rozpocząłem ją od kilku teologicznych rewelacji (w stylu: "w porównaniu z wiarą mojej matki wiara papieża Franciszka jest cokolwiek niepewna"), z których nie śmiał się nikt, z wyjątkiem kardynała. Później przeszedłem do tematu. Wyjaśniłem, że moje literackie powołanie jest rezultatem podwójnego wykorzenienia: wykorzenienia ziemskiego (czy też geograficznego) i wykorzenienia duchowego (czy też religijnego). Pierwsze wynika z tego, że moja rodzina przeniosła mnie w dzieciństwie z miasteczka na południu Hiszpanii do miasta na północy kraju, do drugiego zaś doszło dekadę później. Miałem wtedy czternaście lat i byłem, w ramach swoich możliwości, zwyczajnym nastolatkiem. Świadczy o tym fakt, że tamtego lata popełniłem przewidywalny błąd: zakochałem się jak głupiec. Do tego nieszczęścia doszło w rodzinnym miasteczku na południu, a po powrocie do mojego przybranego miasta na północy, tysiąc kilometrów dalej, miałem tylko ochotę powiesić się na katedralnej wieży. Był to dramatyczny moment, który usiłowałem przetrwać, sięgając po najbardziej dramatyczną książkę, jaką znalazłem, i pech chciał, że była to powieść Miguela de Unamuno Święty Manuel Dobry, męczennik, historia księdza z miasteczka Valverde de Lucerna, który utracił wiarę, a mimo to nadal głosił swoim wiernym słowo Boże, przekonany, że bez niego nie przetrwają bólu istnienia ani samotności świata. Przeczytałem tę książkę z takim zaangażowaniem, że - choć od tamtego czasu już do niej nie wracałem - pamiętam ją tak, jakbym przeczytał ją wczoraj. Rezultatem była istna katastrofa. Do tamtej pory byłem wesołym i ufnym czytelnikiem, a do tego wzorowym uczniem szkoły marystów: grzecznym, pilnym chłopcem, katolikiem i miłośnikiem sportu. Jednak powieść Unamuna tak namieszała mi w głowie, że niemal z dnia na dzień przestałem być katolikiem i zacząłem pić alkohol, palić papierosy i oddawać się rozpuście. Mało tego, w ciągu kolejnych miesięcy przeczytałem wszystkie książki don Miguela, co pogrążyło mnie w szaleńczym stanie umysłowej dezorientacji, z którego nie wyszedłem do dziś. Tak przestałem czytać tylko dla rozrywki i zacząłem czytać dla zdobywania wiedzy albo dla połączenia rozrywki i wiedzy, przyjemności i pożytku. Innymi słowy, w ten sposób nauczyłem się czytać. I tak zrozumiałem również, co chciał przekazać Cesare Pavese, kiedy napisał, że literatura jest obroną przed obrażeniami życia, i zacząłem marzyć o tym, by zostać pisarzem. Ostatecznie literatura stała się dla mnie substytutem religii - zacząłem szukać w niej zamiennika utraconej wiary, pewności i spokoju. Nie trzeba dodawać, że te poszukiwania były błędem, ponieważ literatura nie przynosi ani spokoju, ani pewności; przynosi za to nowe pytania, nowe wątpliwości, a żadnej odpowiedzi. Odkryłem to jednak za późno i nie było już odwrotu.
To mniej więcej przedstawiłem tamtego wieczoru w Palazzo di Spagna kardynałowi Ravasiemu, podczas gdy księża i zakonnice na widowni słuchali mnie z takimi minami, jakby pomylili spotkanie. Kardynał odpowiedział oszałamiającą przemową naszpikowaną cytatami we wszystkich hermetycznych językach świętych ksiąg, w której postanowił obalić moje stwierdzenie, że wiara katolicka daje pewność i spokój, i w której przedstawił wątpliwości, udręki oraz rozterki, jakie targają wierzącym. Była to przemowa tak przekonująca, że na końcu zapytałem, trochę zaniepokojony i nie bez odrobiny kąśliwej zapalczywości, czy nadal mogę zazdrościć mojej matce tak, jak jej zazdrościłem, i czy ona może być spokojna i wciąż wierzyć w zmartwychwstanie ciała oraz życie wieczne, w pełni przekonana, że po śmierci spotka się z moim ojcem i oboje zostaną razem po wsze czasy. "Bo tak głosi credo, prawda?", dopytywałem kardynała. "To właśnie znaczy "wierzę w ciała zmartwychwstanie i żywot wieczny", prawda?" Rozpoczęło się dialektyczne przeciąganie liny, z lekka ironiczne i nad wyraz serdeczne, podczas którego duchowny podkreślał niepewności i pęknięcia wiary, a ja podkreślałem spokój, jaki zapewnia, czy też powinna zapewniać, i zanim zakończyliśmy rozmowę, powtórzyłem swoje pytanie. Wreszcie monsignor Ravasi przytaknął, nie przestając się uśmiechać. Kiedy się żegnaliśmy, poprosił o adres mojej matki. Kilka dni później otrzymała ona różaniec oraz bardzo ciepły list napisany własnoręcznie przez kardynała.
Tamtej nocy w Palazzo di Spagna też źle spałem. Nie ukazał mi się duch brata Piccola, pojawiły się za to duchy mojej matki i trzech braci marystów (brata Cecilia, brata Egberta i brata Gaudencia), które ścigały mnie po pokoju, okładając kopniakami i głośno strofując, że zachowałem się gorzej niż sam Casanova, i pytając, czy nie wstyd mi przyjeżdżać do Stolicy Apostolskiej tylko po to, żeby opowiadać heretyckie żarciki i zadawać niewygodne pytania kardynałowi, zważywszy, że zawsze byłem taki dobry i posłuszny. Jednak teraz, po latach, rozumiem, że źle spałem nie z tego powodu, albo nie tylko z tego powodu. Spałem źle, ponieważ - choć nie kłamałem podczas spotkania z kardynałem Ravasim - nie powiedziałem też całej prawdy. Nie powiedziałem, że w czasie mojego katolickiego dzieciństwa nie zaznałem udręki i że odkryłem ją w momencie, gdy utraciłem Boga. Nie powiedziałem, że od tamtej pory udręka towarzyszy mi zawsze, że ma kształt kuli tkwiącej w gardle, podobnej do nieskończonej czy przerażającej kuli Pascala, której środek znajduje się wszędzie, a obwód nigdzie. Nie powiedziałem, że ten nieprzenikniony przedmiot, który niekiedy zajmuje tyle miejsca, że ledwie mogę oddychać, jest szkaradztwem pchającym mnie do pisania, że piszę, żeby go zniszczyć, żeby wyrwać go z gardła i się od niego uwolnić, żeby za pomocą słów rozpuścić go albo roznieść w pył i ponownie znaleźć się w błogim stanie sprzed udręki, co udaje mi się tylko w pewnych magicznych momentach, zanim szkarada powróci, swojska i punktualna. Nie powiedziałem, że ta kula zajmuje we mnie namacalną przestrzeń i że owa namacalna przestrzeń jest namacalną nieobecnością i że owa namacalna nieobecność jest nieobecnością Boga.
6
G.K. Chesterton, jeden z ulubionych autorów papieża Franciszka, niestrudzenie pisał o Bożym szaleńcu.
Ten ortodoksyjny katolik w anglikańskiej Anglii, książę humoru w pesymistycznej Europie doby fin de si?cle'u i cesarz paradoksu brzydził się dumą, uważał, że "wszelkie zło wzięło się z jakiejś próby wywyższenia własnej osoby"4. Twierdził, że najbardziej szkodliwym grzechem jest pycha (upadek Szatana, non serviam zbuntowanego anioła z Księgi Rodzaju oraz z Księgi Jeremiasza), i nie miał najmniejszych wątpliwości, że niedoścignioną cnotą jest skromność: zaleta tak pogardzana, że ten, kto jej broni, "zyskuje pewien element niewypowiedzianego zepsucia". W świetle powyższego łatwo pojąć, że Franciszek z Asyżu był bohaterem Chestertona: Boży szaleniec jest wszak ucieleśnieniem pokory. Pokory rozumianej w ścisłym sensie: to prostota pozwala - po tym, jak zachodzi w nas "proces duchowej ascezy, kastracja całej istoty5" - na cud odczuwania dobroci wszechświata. Innym słowy: "Pokora jest tą sztuką zbytkowną, która redukuje się sama do punktu; nie do rzeczy większej lub małej, lecz do rzeczy niepotrzebującej objętości, wobec której wszystkie przedmioty kosmiczne są tym, czym są istotnie - bezgranicznymi wielkościami"6. Jednakże według Chestertona to nie wszystko, czego uczy Święty Franciszek; zresztą nie jest to nawet najważniejsze. Do czasu Franciszka, pisze Chesterton, "Kościół podkreślał, i słusznie, że pokora jest źródłem moralnego doskonalenia; mówiąc w skrócie: chrześcijaństwo nauczyło ludzi pokory, żeby uświadomili sobie, jacy są źli. Franciszek jako pierwszy (po samym Chrystusie) uczył ludzi pokory, żeby mogli sobie uzmysłowić, jacy są dobrzy". Krótko mówiąc, dla Bożego szaleńca "pycha jest nie tylko wrogiem nauki; pycha jest wrogiem zabawy".
Czy to właśnie przyszedł głosić z końca świata ten papież Argentyńczyk (ale skromny)? Ten papież, który stwierdził, że pokora jest "złotą zasadą" chrześcijanina i że dla katolika rozwój oznacza "uniżenie się"? Ten papież, który nie cierpi pychy, samozadowolenia, wyrafinowania, demoralizacji ani próżności? Czy Bergoglio przyszedł głosić bezwarunkową uciechę z bycia żywym i dlatego zwraca uwagę na radość jako istotę chrześcijańskiego życia, które powinno być przeżywane "jak święto", a potępia "chrześcijan pogrzebowych", których egzystencja "przypomina nieustający pochówek", i stwierdza wreszcie, że "strach przed radością jest chorobą chrześcijanina"? Czy to dlatego pierwsza adhortacja apostolska, którą wydał (jego pierwszy papieski dokument, być może najważniejszy w całym pontyfikacie), nosi tytuł Evangelii gaudium, Radość Ewangelii? Czy papież broni Franciszkowej sztuki redukującej się do punktu, do rzeczy niepotrzebującej objętości, i ewangelicznej sztuki bycia ostatnimi, żeby być pierwszymi? Czy to jest najważniejsze, co przywiózł ze sobą z Ameryki Łacińskiej: nowa przyszłość, którą głosi ten papież peryferii, ten papież, który przyjeżdżał do Rzymu jak najrzadziej się dało, nawet wtedy, gdy był kardynałem i musiał to robić, ponieważ Rzym stanowił dla niego "serce wszystkiego, czym Kościół być nie powinien: luksusu, ostentacji, hipokryzji, biurokracji", jak stwierdził Federico Wals, sekretarz prasowy Bergoglia w Arcybiskupstwie Buenos Aires? Czy Franciszek przybył nie tylko po to, żeby przypomnieć nam o radykalnej pokorze Franciszka z Asyżu, lecz także dlatego, by postawić zdumiewającą hipotezę o naszej własnej ukrytej dobroci?
7
Kolejne pytania: czy w Palazzo di Spagna kardynał Ravasi chciał mi coś przekazać uśmiechami, śmiechem i cytatami w hermetycznych językach, a być może nie ośmielił mi się tego powiedzieć, żeby nie zdenerwować słuchających nas duchownych, żeby nie zdenerwować mojej matki, żeby nie zdenerwować mnie? Albo może to powiedział, lecz nie wprost, a ja nie zdołałem tego pojąć? Czy kardynał chciał powiedzieć to, co wydawało mi się, że zrozumiałem, czyli że katolik nie zawsze jest pewien, że po śmierci czeka go zmartwychwstanie ciała i życie wieczne, i że te wątpliwości wywołują udrękę i niepokój, podobnie jak wywołały je u Świętego Manuela Dobrego, męczennika? Czy wprost przeciwnie, chciał powiedzieć, że zmartwychwstanie ciała i życie wieczne nie powinny być traktowane dosłownie, tak jak traktują je moja matka i miliony chrześcijan, tylko w sposób symboliczny, jakby to były figury poetyckie w wielkiej teologicznej kompozycji zwanej chrześcijaństwem? Czyżby próbował powiedzieć, że tak naprawdę ani papież, ani kardynałowie nie wierzą w Boga, a przynajmniej nie z takim przekonaniem jak moja matka, która wierzy bezwarunkową wiarą parafian z Valverde de Lucerna, ślepą wiarą? Czy to z tego powodu wszystkie osoby, którym zaproponowałem test na wytrzymałość mojej decyzji w sprawie książki o papieżu, zasugerowały, że na moje pytanie o zmartwychwstanie ciała i życie wieczne Bergoglio odpowie wymijająco (metaforą, peryfrazą, cytatem z Ewangelii, komentarzem do biblijnego wersetu), że papież nie powie, że nie wierzy, iż moja matka nie spotka się po śmierci z moim ojcem, ponieważ nie może tego powiedzieć, ale i nie potwierdzi, że w to wierzy, ponieważ nie odważyłby się powiedzieć tego przeklętemu intelektualiście ateiście?
To, że katolik powątpiewa niekiedy w pewność wiary, nie oznacza, że dla niego owa pewność nie istnieje ani że nie przynosi mu spokoju, który daje każda pewność. Powód jest oczywisty: tym, co definiuje chrześcijaństwo, jest wiara w zaświaty, w zmartwychwstanie ciała i życie wieczne; jeśli ta wiara nie istnieje, katolik przestaje być katolikiem. "A jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał", pisze Paweł z Tarsu do chrześcijan z Koryntu, "daremna jest wasza wiara". Dlatego nie sądzę, by kardynał Ravasi uważał, że wiara chrześcijańska ma jedynie wymiar symboliczny. Takie stwierdzenie podważyłoby sam fundament chrześcijaństwa i pozbawiłoby go ogromnej, historycznie niemal niezwyciężonej mocy. Pod tym względem ateistyczny naukowiec Jean Bricmont ma rację, pisząc: "Istnienie Boga, aniołów, Nieba i Piekła, czy też skuteczność modlitwy to fakty; a jeśli naprawdę je usuniemy, to znaczy, jeśli przyznamy, że są fałszywe, to nie wiem, co pozostanie z religijnego dyskursu". Stwierdzenie, że tak naprawdę ani papież, ani kardynałowie nie wierzą w Boga, może posłużyć za kawał w małomiasteczkowym kasynie, ale jeśli się je potraktuje poważnie, zignoruje się podstawowy fakt, że - jak napisał Spinoza - "każda rzecz, o ile jest sama w sobie, usiłuje pozostawać w swym istnieniu (in suo esse perseverare)"7 i że pragnienie, by dalej żyć, strach przed śmiercią i głód nieśmiertelności są w człowieku głęboko zakorzenione, w papieżu i kardynałach również. Być może nikt nie wyraził tego lepiej niż Ludwig Feuerbach w swoich Wykładach o istocie religii z 1851 roku: "Bóg więc jest ze swej natury istotą, która zaspokaja ludzkie pragnienia. Na czoło zaś ludzkich pragnień, przynajmniej u tych ludzi, którzy nie ograniczają swych życzeń stosownie do praw przyrody, wysuwa się pragnienie, aby nie umierać, aby żyć wiecznie; ba, marzenie to jest ostatnim i najwyższym pragnieniem człowieka, pragnieniem nad pragnieniami, jako że życie jest najwyższym ze wszystkich dóbr. I właśnie dlatego bóg, który nie spełnia tego pragnienia, który nie niweczy śmierci lub co najmniej nie zastępuje życia innym, nowym życiem, nie jest bogiem, nie jest bogiem prawdziwym, odpowiadającym pojęciu boga"8. Innymi słowy: "Nie dlatego człowiek wierzy w nieśmiertelność, że wierzy w boga, lecz wierzy w boga dlatego, że wierzy w nieśmiertelność, dlatego że bez wiary w boga nie może uzasadnić wiary w nieśmiertelność. Na pozór pierwszą rzeczą jest bóg, drugą nieśmiertelność; naprawdę jednak pierwszą rzeczą jest nieśmiertelność, a dopiero drugą bóstwo"9.
Również dlatego (ponieważ nieśmiertelność jest najważniejsza) chciałem zapytać papieża o zmartwychwstanie ciała i życie wieczne.
8
To prawda: jestem zagorzałym ateistą, upartym bezbożnikiem, nie wierzę w Boga ani w zmartwychwstanie ciała, ani w życie wieczne, ale czy to oznacza, że nie jestem katolikiem? Czy katolikiem może nie być człowiek urodzony w zatwardziale katolickim kraju, wychowany w zatwardziale katolickiej rodzinie i kształcony w zatwardziale katolickiej szkole?
"Nie możemy nie nazywać siebie chrześcijanami", napisał Benedetto Croce, Włoch i ateista. Uważał on, że chrześcijaństwo dokonało największej rewolucji w historii: radykalnej metamorfozy, która nastąpiła "w samej duszy, w moralnym sumieniu" ludzi i obdarzyła świat "nową cnotą, nową duchową zaletą, której do tamtej pory brakowało ludzkości". Zdefiniowanie tej rewolucji wymaga dygresji.
Dzień: 13 marca 2013 roku. Godzina: dziewiętnasta pięć. Miejsce: Kaplica Sykstyńska. Dziewięćdziesięciu pięciu kardynałów ze stu piętnastu zebranych na konklawe właśnie oddało swój głos na Jorgego Maria Bergoglia. Kardynał Giovanni Battista Re podchodzi do niego i pyta, czy przyjmuje swój wybór na papieża. Bergoglio odpowiada, że tak, a kolejne słowa, które wypowiada perfekcyjną łaciną, brzmią: "Chociaż jestem wielkim grzesznikiem".
Papież wielkim grzesznikiem?
Zawsze zdumiewało mnie to, że Jezus Chrystus wybrał na założyciela swojego Kościoła najsłabszego z uczniów, najmniej cnotliwego, tego, który zaparł się go trzykrotnie i zdradził go w najważniejszym momencie. Papieża Franciszka również musiał zdumiewać ten fakt, jednak - o ile mi wiadomo - skomentował go publicznie tylko raz. Miało to miejsce podczas homilii wygłoszonej 2 czerwca 2017 roku w Domu Świętej Marty, rezydencji dla duchownych odwiedzających Watykan, gdzie mieszka, odkąd został wybrany na papieża, i gdzie codziennie, punktualnie o siódmej rano, odprawiał nabożeństwo dla niewielkiej grupy wiernych, aż do początku 2020 roku, kiedy pandemia koronawirusa wywróciła świat do góry nogami. Komentarz Franciszka wydaje mi się niezadowalający, przynajmniej w takim kształcie, w jakim znalazł się w dziesiątym tomie Homilii porannych, serii zawierającej te przemowy. "Jezus wybrał najbardziej grzesznego z apostołów", przypomniał tamtego dnia Franciszek, objaśniając rozmowę Jezusa z Piotrem według ewangelicznej relacji Świętego Jana wybranej na tamtą liturgię. "Pozostali uciekli, ale Piotr się go zaparł: "Nie znam go", powiedział o Chrystusie. Jezus wybiera najbardziej grzesznego ze swoich uczniów. Najbardziej grzeszny został wybrany, żeby przewodzić Ludowi Bożemu. To daje do myślenia". Co takiego daje do myślenia? Odpowiedź papieża: "Nie chodzi o to, by przewodzić z podniesioną głową, jak władcy, tylko z pokorą, z miłością, jak czynił to Jezus". Oraz: "Nie bądź pasterzem z zadartą głową, jak wielki władca, tylko z pokorą, z miłością, jak Jezus. To jest zadanie, które Jezus powierza Piotrowi. Owszem, z grzechami, z błędami". Te słowa są cennym wezwaniem do prostoty słuchających go tamtego dnia duchownych, a także podkreśleniem potrzeby powrotu do franciszkanizmu, który Franciszek głosił od pierwszej chwili pontyfikatu, jednak nie rozwiązują problemu: dlaczego Jezus wybrał najmniej uczciwego, najbardziej nielojalnego i bojaźliwego ucznia? Dlaczego nie wskazał na przykład Jana, swojego ulubieńca, który się go nie zaparł, który stał pod krzyżem do końca, razem ze swoją matką, z Marią Kleofasową i Marią Magdaleną?
Moja odpowiedź brzmi: ponieważ Kościół nie jest stworzony dla silnych, tylko dla słabych; ponieważ Bóg to imię, jakie nadajemy naszej słabości, a tylko człowiek słaby, notoryczny grzesznik, jak Piotr, mógł zostać jego prawowitym przedstawicielem na Ziemi. Jeśli ta odpowiedź jest właściwa, to 13 marca 2013 roku o godzinie dziewiętnastej pięć w Kaplicy Sykstyńskiej Bergoglio, być może ze względu na powagę chwili, popełnił błąd i pomylił spójnik: nie powinien był mówić, że przyjmuje wybór na papieża, "chociaż jestem wielkim grzesznikiem", tylko powinien był go przyjąć, "ponieważ jestem wielkim grzesznikiem". Albo jeszcze lepiej: "właśnie dlatego, że jestem wielkim grzesznikiem".
Wydaje mi się, że już jako nastolatek zrozumiałem, że Kościół jest stworzony dla słabych. Wtedy, tuż po tym, jak utraciłem wiarę, czytając Miguela de Unamuna, na dobitkę przeczytałem Friedricha Nietzschego i Bertranda Russella, dwóch z najbardziej przenikliwych krytyków chrześcijaństwa. Niełatwo odeprzeć główny argument Nietzschego przeciwko doktrynie chrześcijańskiej: jeśli, zgodnie z tym, co ona głosi, prawdziwym życiem jest życie wieczne, zaś nasze życie ziemskie jest tylko tranzytem, obowiązkowym przejściem, żeby dostać się do tego drugiego (oprócz padołu łez z Psalmów i Salve Regina), to chrześcijaństwo niesie ze sobą dyskredytację życia ziemskiego: życia, które - w porównaniu z pozaziemskim - nie żeby nie było cenne czy niewarte przeżycia, tylko zwyczajnie należy do niższej, dodatkowej czy podrzędnej kategorii. Dlatego Nietzsche pisze w Ecce homo, że chrześcijaństwo "to w religię wcielone zaprzeczenie woli życia"10, albo w Antychryście, że w Bogu jest "wrogość zapowiedziana życiu, naturze, woli życia"11 i że chrześcijańska koncepcja Boga jest "najbardziej rozpowszechnioną, istotnie podziemną formą fałszu, jaka istnieje na Ziemi"12. Dlatego dodaje, że ponieważ chrześcijaństwo "stanęło po stronie wszystkiego, co słabe, niskie, nieudane"13, ta religia stworzyła ideał "ze sprzeciwiania się samozachowawczym instynktom silnego życia"14 i traktuje "człowieka silnego jako typowo pogardy godnego, jako "wyrzutka""15. Kiedy porzuciłem wiarę chrześcijańską, marzyłem o tym, żeby przeobrazić się w jednego z tych silnych ludzi Nietzschego, wyrzutka i godnego pogardy, w jednego z tych krnąbrnych, którzy nie ulegają własnej słabości ani nie akceptują służebności czy jakiegokolwiek kłamstwa (poczynając od kłamstwa religii), w jednego z tych prawdziwych nadludzi dążących do indywidualnej autonomii, którzy naśladują wyniosły gest upadłego anioła i jego buntowniczy okrzyk wojenny (Non serviam!), w jednego z tych wolnych duchów opętanych, jak czytamy w Woli mocy, "bezwarunkową wolą, by powiedzieć nie, kiedy to nie jest niebezpieczne".
Oczywiście nic takiego mi się nie udało: próbowałem, lecz nic z tego nie wyszło. Wyobrażałem sobie natomiast, że gdyby zamiast mieć tak słabych uczniów jak Piotr, Jezus miałby uczniów silnych (gdyby po prostu wszyscy jego uczniowie byli tak wierni jak Jan albo tak prawdziwi jak wolne duchy Nietzschego), gdyby wszyscy trwali u jego boku i bronili go przed wrogami, być może nie umarłby na krzyżu, chrześcijaństwo by nie istniało i nadal czcilibyśmy silnych rzymskich bogów, których Chrystus zabił, umierając na krzyżu. Jak wyglądałby świat bez Chrystusa, czy raczej bez Chrystusa na krzyżu i bez chrześcijaństwa? Czy byłby lepszy niż ten nasz?
Nietzsche oczywiście odpowiedziałby, że tak, podobnie Bertrand Russell. W 1930 roku brytyjski filozof być może zgrzeszył optymizmem, pisząc, że my, ludzie, mamy wystarczającą wiedzę, żeby zapewnić powszechne szczęście i że "główną przeszkodą w wykorzystaniu jej do tego celu jest nauczanie religii". Jednak nawet tak zaciekły przeciwnik chrześcijaństwa jak Russell nieświadomie uznawał pewną jego zaletę (chociaż interpretował ją jako wadę): a mianowicie to, że nauka Chrystusa głosi niezbywalną godność człowieka. "Jeżeli chrześcijaństwo jest prawdziwe, to ludzkość nie składa się z żałosnych robaków, jak się wydaje", pisze myśliciel. "Człowiek interesuje Stwórcę wszechświata, który zadaje sobie trud, by okazywać zadowolenie, kiedy człowiek zachowuje się dobrze, i niezadowolenie, kiedy zachowuje się źle. To jest wielki komplement". Ironia (czy też sarkazm) zdradza niezrozumienie: Russell pomylił próżność z miłością własną. Ten błąd (oraz jego słuszna awersja do chrześcijaństwa jego epoki) nie pozwolił mu dostrzec zasadniczego wkładu chrześcijaństwa w rozwój Zachodu: w okresie, gdy na świecie dominowało niewolnictwo, ideowy bunt Chrystusa polegał na założeniu, że wszyscy ludzie zasługują na szacunek i miłość i mimo że niektórych traktowano jak robaki, żaden z nich robakiem nie był.
To jest właśnie owa metamorfoza, o której mówi Croce. To jest właśnie owa nieodwracalna zmiana, którą wszyscy odziedziczyliśmy i która pozwala słusznie stwierdzić, że nawet jeśli nie wierzymy w chrześcijańskiego Boga, "nie możemy nie nazywać siebie chrześcijanami": ani humaniści, ani uczeni, ani liberałowie, ani rzecz jasna marksiści (ani nawet Nietzsche i Russell). Sam Nietzsche uznał ten fakt i dlatego, mimo że był tak bezlitosny wobec chrześcijaństwa, nie był już taki wobec Chrystusa, a przynajmniej nie zawsze - nawet w Antychryście wyrażał się o nim z uznaniem. "Ten "radosny zwiastun"", pisze, "umarł jak żył, jak uczył - nie aby "zbawić ludzi", lecz by pokazać, jak się żyć winno. Co pozostawił ludziom, to praktykę: swe zachowanie się wobec sędziów i siepaczy, wobec oskarżycieli i wszelkiego rodzaju oszczerstwa, i szyderstwa - swoje zachowanie się na krzyżu. Nie opiera się, nie broni swego prawa, nie czyni ani kroku, by uniknąć ostateczności, więcej jeszcze, wzywa ją... I prosi, cierpi, kocha wraz z tymi, w tych, którzy mu krzywdę czynią... Nie bronić się, nie gniewać się, nie czynić odpowiedzialnym... Lecz także nie opierać się złemu - kochać go"16.
Dla Antychrysta rewolucja chrześcijaństwa opiera się na przykładzie Chrystusa.
1 Wszystkie cytaty biblijne zaczerpnięto z Biblii Tysiąclecia. (Przypisy, jeśli nie zaznaczono inaczej, pochodzą od tłumaczki).
2 Franciszek nieustannie kładł nacisk na tę kwestię. W wywiadzie udzielonym "La News", popularnemu magazynowi internetowemu tworzonemu w jednej z villas miseria w Buenos Aires, zwanej La Cárcova, Bergoglio powiedział: "Kiedy mówię o peryferiach, mam na myśli najdalsze zakątki. Gdy wyjeżdżamy z centrum, w miarę jak się od niego oddalamy, odkrywamy więcej rzeczy, a kiedy patrzymy na centrum z perspektywy tych nowo odkrytych rzeczy, tych nowych miejsc, tych peryferii, widzimy, że rzeczywistość wygląda inaczej. Jedna sprawa to obserwować rzeczywistość z centrum, a druga, zupełnie inna, to patrzeć na nią z ostatniego miejsca, do jakiego się dotarło. Podam przykład: Europa widziana z Madrytu w XVI wieku to jedna rzecz, ale kiedy Magellan przybywa na kraniec kontynentu amerykańskiego, patrzy na Europę z nowej perspektywy i rozumie coś innego". W książce L'atlante di Francesco. Vaticano e política internazionale [Atlas Franciszka. Watykan i polityka międzynarodowa] (Feltrinelli, Venezia 2023, s. 64-67) Antonio Spadaro stwierdza, że biorąc pod uwagę trasy jego podróży, spojrzenie Franciszka jest właśnie spojrzeniem Magellana i że jego praktyka mianowania kardynałów z peryferii "ma na celu pobudzić krążenie krwi w ciele samego Kościoła". Spadaro dodaje, że podróże papieża w niespokojne miejsca (Lampedusa, Betlejem, Korea Południowa, Sarajewo, Kuba, Sri Lanka czy granica meksykańsko-amerykańska) mają wymiar terapeutyczny. "Papież podróżuje, żeby dotykać ran i kłaść na nich ręce, tak jak Chrystus kładł ręce na ranach", pisze Spadaro. "Taki jest głęboki sens dyplomacji miłosierdzia". Swoją drogą przekonanie, że z peryferii można lepiej zrozumieć świat niż z centrum, Bergoglio zaczerpnął od Amelii Lezcano Podetti, argentyńskiej filozofki, którą poznał w 1970 roku, oraz od Alberta Methola Ferré, urugwajskiego teologa, jednego z głównych popularyzatorów tak zwanej teologii ludu, antymarksistowskiego lub niemarksistowskiego nurtu teologii wyzwolenia, z którego Bergoglio korzysta albo z którym w dużej mierze się identyfikuje (przyp. aut.).
3 Michel de Montaigne, Próby, przeł. Tadeusz Boy-Żeleński, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1985, s. 48.
4 Gilbert Keith Chesterton, Obrona wiary, przeł. Jaga Rydzewska, Fronda, Warszawa 2012, s. 53.
5 Gilbert Keith Chesterton, Obrona niedorzeczności pokory romansu brukowego i innych rzeczy wzgardzonych, przeł. Stanisław Baczyński, Towarzystwo Wydawnicze "Rój", Warszawa 1927, s. 53.
6 Tamże.
7 Baruch Spinoza, Etyka w porządku geometrycznym dowiedziona, przeł. Ignacy Myślicki, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010, s. 138.
8 Ludwig Feuerbach, Wykłady o istocie religii, przeł. Eryk Skowron, Tadeusz Witwicki, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1953, s. 301.
9 Tamże, s. 298.
10 Friedrich Nietzsche, Ecce homo, przeł. Leopold Staff, Biuro Informacji Studenckiej Zrzeszenia Studentów Polskich, Warszawa 1989, s. 108-109.
11 Friedrich Nietzsche, Antychryst, przeł. Leopold Staff, Zielona Sowa, Kraków 2003, s. 18.
12 Tamże, s. 11.
13 Tamże, s. 8.
14 Tamże.
15 Tamże.
16 Tamże, s. 34.