Dzwoneczki w ciemności
Są książki, które wspomina się po latach. Są takie, które robią wrażenie. Ale są i takie, które na pewnym etapie życia dosłownie wywracają świat na drugą stronę. Tę inną, tajemniczą, magiczną, a czasem lekko przerażającą.
Tym była dla mnie niewątpliwie "Trylogia Valisa" Philipa Dicka, szczególnie zaś jej dwie pierwsze części. Ponieważ wszystkie trzy powieści, a może raczej intelektualne wyprawy poszukiwawcze autora, wynikające z bardzo osobistych doświadczeń i przemyśleń, zrobiły niegdyś na mnie piorunujące wrażenie, odnosząc się do Bożej inwazji, zmuszona jestem odwołać się także do własnych wspomnień i rozważań. Nie będzie mi łatwo skupić się wyłącznie na środkowej części cyklu, gdyż pozostałe, mimo że wydają się z luźno powiązane, są niezwykle istotne dla zrozumienia swoistej wykładni świata nadprzyrodzonego, rzeczywistości, roli Boga i upływu czasu, którą Dick odszukał i stworzył podczas podróży poprzez mistyczne teorie, nauki i wyobrażenia wielu ludów i kultur.
Kiedy pierwszy raz wzięłam do ręki Bożą inwazję, byłam studentką archeologii Uniwersytetu Warszawskiego, kompletnie sfiksowaną na punkcie starożytnej magii, mitologii i religii. Na temat tego co tajemnicze, fajne, niezbadane, a przede wszystkim nie oswojone przez współczesną naukę. Poza tym, oczywiście, prowadziłam dość normalne studenckie życie, marząc, że kiedyś uda mi się opublikować w prawdziwym czasopiśmie opowiadanie fantastyczne.
I już choćby z tego powodu powieść Dicka, znanego, cenionego, wielce uznanego pisarza science fiction, która odnosiła się do judeochrześcijańskiej mistyki, do Zaratusztry i Maniego, Parmenidesa i Apoloniusza z Tiany, Echnatona i Sybilli, gdzie padały takie słowa, jak gnostycyzm, sefira, Drzewo Życia i tajemna wiedza Dogonów, wydawała mi się objawieniem. Niemal iluminacją. Do diabła, w końcu napisał to autor Ubika, Trzech stygmatów Palmera Eldritcha czy Klanów księżyca Alfa. Widać więc było wyraźnie, że można pchać się pod prąd, przez mitologię i wierzenia głębokiej starożytności, żeby zrobić z tego książkę. W wypadku Dicka w dodatku poczytną i kultową.
Żeby zrozumieć, ile znaczyła dla mnie "Trylogia Valisa", trzeba wiedzieć, że w tamtych czasach zamieniłam się w coś w rodzaju bibliotecznej odmiany Indiany Jonesa. Starałam się dorwać i przeczytać wszystko, co można było znaleźć w antykwariatach, księgarniach i czytelniach, a dotyczyło Wielkiej Tajemnicy. Po prostu dla frajdy, przyjemności odkrywania tego, co przez wieki stanowiło pilnie strzeżony sekret. Najważniejszy był dla mnie szamanizm oraz literatura i mitologia Bliskiego Wschodu, sumeryjska, hetycka, akadyjska, babilońska, fenicka, egipska, minojska czy chaldejska, ale późniejsze dzieła i pomysły także okazały się godne grzechu. Mitraizm? Dlaczego nie. Gnoza. Kabała. Gematria. Hermetyzm razem z tajemniczym i jakże pięknie brzmiącym Zielonym Językiem, Szmaragdowa Tablica Hermesa Trismegistosa, joga kundalini, huna, esseńczycy, nawet różokrzyżowcy. I te niezwykłości, te moje osobiste "cudowności bretońskie", dostawałam gotowe, na półmisku, zarówno w Valisie, jak i Bożej inwazji.
Co więcej, o tych książkach można było dyskutować z przyjaciółmi. Gadać godzinami, snuć głupie młodzieńcze teorie i świetnie się bawić. Oczywiście w tamtych czasach odkrywanie tego, co Dick już wiedział i przeczytał, stanowiło dodatkową frajdę. Nieznane słowa, myśliciele, o których jeszcze nie słyszeliśmy, dzieła, których nie czytaliśmy, teorie, których nie mieliśmy okazji usłyszeć. Układanka, zabawka, gra intelektualna. Tym właśnie była kiedyś dla nas Boża inwazja.
Wymyślaniem różnych "a gdyby rzeczywiście?" Gdyby nadszedł koniec świata? Gdyby odbył się sąd? Gdyby odbywał się cały czas, w tej chwili? Gdyby Bóg faktycznie przebijał się do naszej rzeczywistości jak oszalały nadprzyrodzony komandos? No i oczywiście najważniejsze: gdyby istniała druga rzeczywistość, prawdziwy świat, Czas Snu, Górne i Dolne Krainy, Faerie i High Brasil w jednym, to jak można się tam dostać?
Dobra, powinnam dodać, że nie byliśmy żadnymi młodzieńczymi geniuszami, tytanami intelektu ze zmarszczonym czołem i ustami pełnymi samych Wielkich Pytań. Wielkie Pytania wcale nas nie obchodziły.
Szczerze mówiąc, bawiliśmy się trochę jak dzieci w ogrodzie Ziny, wsłuchani w dźwięk nieodłącznych dzwoneczków. Żonglowanie nazwiskami starożytnych myślicieli, odwracanie do góry nogami teorii, których do końca nie rozumieliśmy, wymyślanie własnych i sypanie z rękawa intelektualnymi sztuczkami wydawało nam się po prostu zabawne. Błyskotliwe też, choć dziś nie dałabym pięciu groszy za te erupcje umysłu.
Miałam przyjaciół, mogłam pogadać o nadprzyrodzonym z kimś innym niż tylko z rodzicami, czytałam Dicka i przede wszystkim dostałam wielkiego kopa nadziei. Że być może kiedyś, za jakiś czas, ja także, zainteresowana dość dziwnymi rzeczami, napiszę książkę fantastyczną, która zostanie wydana. Oczywiście nie marzyłam o sukcesie porównywalnym do sukcesu Dicka, ale w ogóle zaczęłam marzyć. I to był punkt kluczowy. To Boża inwazja pokazała mi, że można.
To całkowicie przewartościowało moje życie i plany zawodowe.
Wtedy głęboki, bolesny sens Bożej inwazji kompletnie mi umykał. Nie widziałam cierpiącego, rozdartego człowieka rozpaczliwie starającego się odczytać rozpadający mu się w rękach traktat o sensie istnienia. Nie dostrzegałam, że karty starożytnych manuskryptów sypią się w proch, zamieniają w pył, nie dając odpowiedzi. Dla mnie Dick był po prostu erudytą, który gra z czytelnikami w grę tajemnic, a nie schorowanym, uzależnionym od prochów facetem z problemami psychicznymi, nie radzącym sobie z faktem istnienia chorób, śmierci czy zła. Człowiekiem żyjącym w osobliwych czasach, mającym osobliwe problemy.
Oczywiście Dick w dużej mierze jest mistrzem iluzji. Wytrawnym opowiadaczem historii, który potrafi tak olśnić i zaczarować czytelnika, żeby granica między tym, co rzeczywiste, i tym, co stworzone za pomocą słów i wyobraźni, kompletnie się zatarła. Boża inwazja jest sztuką, w której przeplata się światło i ciemność, śmierć i szaleństwo, Bóg i szatan, prawda i drwina, gnoza i agnostycyzm.
To trochę barokowe teatrum, z epifaniami i objawieniami, słupem różowego światła, gorejącym krzewem, Torą, Szechiną i Apollem w blasku swej chwały, błyskawicami i grzmotami rozlegającymi się za sceną. Szaleńcza gonitwa poprzez wieki, traktaty i teorie, ale na dnie, obawiam się, znajdują się prawdziwe rozterki, prawdziwe łzy i ból.
Nie ma się czemu dziwić. Od wieków ludzie borykali się z problemem, który wydawał się nierozwiązywalny. Skoro Bóg jest dobry, czemu na świecie króluje zło? Boża inwazja, jak również pozostałe części trylogii, staje się dodatkowym, jakże Dickowskim głosem w tej odwiecznej dyskusji.
Jednak ja, czytając tę powieść po raz pierwszy, w ogóle nie dostrzegłam kluczowego problemu. Dlaczego? Może byłam za młoda, zbyt pochłonięta litanią imion i dzieł, tajemnic i teorii? Pewnie też, ale najprawdopodobniej dlatego, że patrzyłam na to zagadnienie z całkiem innej strony. Nie od czasów współczesnych ku starożytności, lecz na odwrót.
Zapewne Dick, opętany ideą nieciągłości czasu, zdrowo by się z tego uśmiał.
Jednak grzebiąc w mitologiach najstarszych cywilizacji miejskich, naprawdę łatwo zapomnieć o paradoksie dobrego boga w złym świecie. Otóż starożytni Sumerowie, Hetyci czy Asyryjczycy w ogóle nie postrzegali bóstw jako nieustannych dawców dobra. Oczywiście byli opiekunowie ludzkości, stwórcy i dobre duchy, lecz niektóre bóstwa po prostu bywały złe albo obojętne. Często ci, który stworzyli świat i ludzi, nudzili się nimi po pewnym czasie i odchodzili, żeby zająć się czymś całkiem innym. Inni owszem, czasem i pomogli, ale nie za darmo. Generalnie stosunek wyznawców do bóstw był mniej więcej taki jak obywateli do urzędu skarbowego. Póki skrupulatnie i uważnie stosowałeś się do swoich obowiązków, składałeś ofiary, starannie odprawiałeś rytuały, których wcale nie musiałeś rozumieć, oraz przestrzegałeś nakazów i zakazów, które niekoniecznie wydawały ci się mądre, byłeś w porządku. Biada ci jednak, jeśli uchybiłeś, choćby nieświadomie, jakiemuś drobiazgowi. Bóstwo obrażało się i zsyłało na ciebie nieszczęścia lub demony choroby. Swoją drogą bywało, że demony choroby po prostu snuły się po okolicy i wybierały przypadkową, niewinną osobę, ale o to mniejsza. Człowiek zaatakowany przez odęte bóstwo musiał zgłębić przyczynę jego złego humoru, a następnie łapówkami w postaci ofiar obłaskawić je na nowo. Jasne, że w żadnym razie nie mogło się obyć bez fachowca - czarownika, uzdrowiciela, baby zamawiaczki czy astrologa, zależnie od czasów, gustów i kultury. Taki fachowiec, coś w rodzaju prywatnego detektywa, zaczynał śledztwo zarówno na ziemi, jak i w zaświatach, żeby dociec, który bóg poczuł się urażony i dlaczego. Pół biedy, jeśli delikwent zwyczajnie naruszył jakieś znane tabu. Wtedy sprawa była prosta, choć wyzdrowienie biedaka zdecydowanie nie przesądzone. Gorzej, gdy chodziło o bardziej tajemnicze uchybienie. Czarownik przesłuchiwał świadków, badał sprawę za pomocą wróżb, wątpi zwierząt ofiarnych, proroczych snów lub bardziej hardcorowo - wypraw do świata demonów. Stamtąd przynosił wieści, kto i w czym zawinił, a bywało, że chodziło o dawno zmarłego dziadka czy daleką ciotkę. Rzecz w tym, że bogowie byli nieśmiertelni lub niezwykle długowieczni i po prostu dalece po czasie mogli sobie przypomnieć o przewinieniu jakiegoś naszego zamierzchłego przodka. Wina przechodziła z krwią, więc nie było niczym dziwnym, jeśli człowiek niespodziewanie cierpiał za grzechy pradziadzia lub tatusia. Wtedy pozostawało wyłącznie przekupstwo, choć niektóre, bardziej zacięte bóstwa nie dawały się przebłagać i pech prześladował nieszczęśnika do końca życia.
Rzecz jasna w tym systemie trudno się zastanawiać nad paradoksem nieskończonej dobroci i miłosierdzia bożego w kontekście istnienia zła.
Jednak w miarę jak dojrzewały cywilizacje, pierwotne koncepcje obrażalskich bóstw ustępowały wielkiemu, dobremu Bogu Stwórcy, raczej ojcu niż znudzonemu i obojętnemu budowniczemu wszechświata.
I tu zaczynał się problem. Skoro dobry, to dlaczego dopuszcza do niekoniecznie dobrych rzeczy? Odpowiedzi bywały różne. Niektórzy, jak Zaratusztra, zakładali, że bogów po prostu jest dwóch. Ten dobry nieustannie walczy ze złym. Kto wygra, nie wiadomo, ale na wszelki wypadek lepiej stać po stronie dobra. Podobnie rozumowali mitraiści, którzy dodatkowo po raz pierwszy w dziejach uzależnili zwycięstwo jasnej strony od osobistych wyborów człowieka. Każdy, kto stanie po stronie dobra, prowadząc prawe i uczciwe życie, przyczyni się do zwycięstwa Mitry nad ciemnością. Pomożecie? Pomożemy!
Oczywiście trywializuję. Jeśli chcecie prawdziwej głębi, poczytajcie sobie Dicka.
Nieco inną koncepcję stworzyła myśl perska, żydowska i grecka. Chodzi o gnozę, ku której w swoisty sposób skłania się Dick w Bożej inwazji. Tutaj nie mamy do czynienia z bitwą równorzędnych bogów, lecz z aktem twórczym, którego dokonuje pyszny, głupi i opętany żądzą władzy demiurg podszywający się pod prawdziwego Boga. Z tego powodu świat materii, w którym wszyscy żyjemy, jest więzieniem, skutkiem nieudanego eksperymentu fałszywego Stwórcy. Dlatego został na zawsze skażony złem.
Idea gnostycka zmieniała się i ewoluowała w różnych kierunkach i ma zwolenników do dziś. W łagodniejszej wersji, na przykład u Parmenidesa, Jednia wydała z siebie dwoje bliźniąt mających stworzyć dwa bliźniacze światy, które wprawione w ruch, powołają do życia wielość, jednak na skutek błędu któreś z nich urodziło się przedwcześnie, kalekie i niedoskonałe. To ono właśnie stworzyło świat, w którym żyjemy. Na szczęście drugie, zdrowe, nie ustaje w wysiłkach, żeby przebić się do naszej rzeczywistości i naprawić ją. Dokonać bożej inwazji.
Inni gnostycy, skłaniający się ku bardziej kategorycznym rozwiązaniom, twierdzili wręcz, że świat materii jest jednoznacznie zły. Powinien zatem zostać zniszczony, aby ukradziona przez demiurga iskra życia, obecna w każdej istocie, mogła powrócić do prawdziwego Boga. Co oznaczało, że absolutnym dobrem była dla nich śmierć i zagłada całego życia na ziemi. Nieco radykalne rozwiązanie.
Na szczęście Dick czerpie inspiracje raczej z Parmenidesa, a w wypadku Bożej inwazji także, i to całymi garściami, z kabały. Mamy więc piękną ideę, że upadek tak wstrząsnął jestestwem Stwórcy, że doszło do rozłamu, rozdarcia boskiej osobowości. Ponieważ szatan, Belial, grający w tym spektaklu rolę złego demiurga, sprowadził na świat zło i grzech, świat upadł razem z nim. W ten sposób Belial stał się księciem tego małego skrawka kosmosu, a prawdziwego Boga wygnał daleko na jego obrzeża, na obcą planetę, gdzie wegetuje sprowadzony znów do roli plemiennego Jaha.
Jednak Stwórca przygotowuje inwazję, prawdziwą komandoską akcję, by móc po raz kolejny przyjść na świat i przeprowadzić czystkę podczas zapowiadanych od wieków Dies Irae, Dni Gniewu. Na szczęście jednak skutkiem wypadku traci pamięć i może na swej drodze spotkać Szechinę, tę część siebie samego, która z miłości i miłosierdzia nie opuściła upodlonego świata, lecz została razem z nim. Po połączeniu transcendentnej i immanentnej osobowości powstaje w pełni ukształtowany Bóg, który dzięki sile dobra pokonuje Beliala. W powieści znajdujemy mnóstwo niezwykłych pomysłów. W sumie aż tryska ona zdumiewającymi, zaskakującymi i zachwycającymi pomysłami. Mamy Jaha wygnańca, który na obcej planecie musi zadowolić się głupkowatymi autochtonami w roli wyznawców i cuchnącymi prawie-kozami w roli zwierząt ofiarnych. Mamy piękną hebrajską legendę o Pośredniku, jecer hatow. Młodocianego, tkniętego amnezją Emmanuela, transcendentną formę Mesjasza, którego wychowuje nieco trącony prorok Eliasz. Nową Madonnę, niewinną ofiarę zarażoną ciężką chorobą, kwękającą, wiecznie niezadowoloną i rozlazłą, której za nic nie udaje się autorowi uczynić sympatyczną lub choćby znośną. Nowego świętego Józefa, w postaci Herba Ashera, prześladowanego przez kwartety smyczkowe. A wszystko to dzieje się w przyszłości, w scenerii science fiction, wśród obcych planet, kolonistów, przygłupich obcych form życia oraz na Ziemi, rządzonej przez totalitarny system, mieszankę religii chrześcijańskiej, islamskiej i komunizmu, który mógł zrodzić się tylko w wyobraźni kogoś takiego jak Philip K. Dick.
Człowieka, który miał pod biurkiem wielkie tekturowe pudło, do którego wrzucał bez otwierania wszystkie rachunki, kwity, ponaglenia i urzędowe papiery. Który z tej przyczyny musiał uciekać do Kanady, bo podobnie jak Al Capone niechybnie poszedłby siedzieć za notoryczne uchylanie się od płacenia podatków. Bynajmniej nie z powodu kryminogennych skłonności. Gdyby ktoś przysłał mu uprzejmy bilecik z sumą do uiszczenia, Dick prawdopodobnie by zapłacił. Gdyby miał akurat pieniądze. Gdyby nie zapomniał. Gdyby nie brał akurat leków lub prochów.
Pewnie nigdzie i nikomu państwo nie wydawało się tak opresywne i nieprzewidywalne jak temu geniuszowi science fiction. Krwiożercze i szalone niczym twór Beliala. Po własnym kraju nie mógł się spodziewać niczego więcej jak niezasłużonej i niezrozumiałej kary więzienia. Za brak przepływu właściwych papierów.
Oczywiście z perspektywy mieszkańca dzisiejszej Europy traktowanie z całą powagą Nixona jako krwawego tyrana zapowiadanego w Biblii, którego upadek wywołała osobista interwencja Boga, wydaje się nieco naiwne. Nawet gdy wziąć pod uwagę bardzo silnie wtedy obecną w wyobraźni Amerykanów groźbę wojny atomowej wywołanej przez jednego szaleńca. W końcu Hitler czy Stalin mieli na sumieniu o wiele okrutniejsze zbrodnie, przeprowadzone z większym rozmachem i na o wiele znaczniejszą skalę. Ale Zachód zawsze żywił niespecjalnie uzasadnioną, choć uporczywą nadzieję, wypowiedzianą później przez Stinga, że Sowieci także kochają swoje dzieci, więc nie należy się po nich spodziewać niczego niemądrego.
Na szczęście w Bożej inwazji zwycięża Stwórca, a nie wielka czerwona gwiazda. Rzeczywistość, u Dicka jak zwykle chwiejna i nierzeczywista, zostaje naprawiona. Triumfuje pełnia, Jednia, pęknięcie się zrasta.
Autor Valisa w wielu swoich książkach borykał się z problemem istnienia czasu i rzeczywistości. Czyli podstaw świata bądź co bądź realnego.
Dziś, po latach, czytając po raz kolejny jego powieści, zastanawiam się nad osobliwym fenomenem. W cywilizacji, która nas otacza, właściwie nikt nie ma takich problemów. Może nieliczna grupka filozofów i uczonych. Człowiek, który podaje w wątpliwość prawdziwość otaczającej go rzeczywistości, w najlepszym razie zasłuży na miano nieszkodliwego dziwaka. Częściej - wariata.
A tymczasem w starożytności, wśród kultur pierwotnych, ktoś, kto by utrzymywał, że nie ma realnie istniejących zaświatów, zostałby wyśmiany i obwołany czubkiem. Indianie amazońscy, aborygeni australijscy, Sorowie, wegetaliści, a niegdyś pewnie i Parmenides, Orygenes czy Echnaton, nie mieli żadnych wątpliwości. Więcej, oni tam bywali. Spotykali bogów, demony i herosów, walczyli, uzyskiwali informacje, obietnice i niezbędną wiedzę.
Wybierali się w zaświaty jak my w zamorską podróż.
Odnoszę wrażenie, że dziś brakuje nam nie tylko wiary w istnienie nadprzyrodzonego świata, ale także misteriów, tajemnicy, rytuału. Nie mam tu broń Boże na myśli jakiegokolwiek spłycenia religijności czy siły prawdziwej wiary. Chodzi mi o tak zwaną szarą codzienność.
Odżegnujemy się z całej mocy od jakichkolwiek przejawów nieznanego. Nie ma duchów. Nie ma elfów. Nie ma demonów, choćby małych i nieszkodliwych. Nie istnieje Nessie ani Wielka Stopa. Nie ma nawet tego biednego, cuchnącego pod niebiosa leniwca, żywej skamieniałości z trzeciorzędu.
Światopogląd naukowy zrobił swoje.
Cudom mówimy stanowcze nie!
Nawet jeśli potraktujemy je z przymrużeniem oka, zakładając, że są po prostu barwne, zabawne, sympatyczne i nieszkodliwe.
Ogród Ziny więdnie.
Wyprawiają się do niego jedynie pisarze, na szczęście nie tylko fantastyki. I ci czytelnicy, których wciąż urzeka delikatny, odwieczny dźwięk dzwoneczków. Ludzie, w których siedzi jeszcze mały niegrzeczny chłopiec bądź mała nieznośna dziewczynka, upierająca się, że za lustrzaną taflą mieszkają dzikie stwory, a w warzywniku na pewno ucztują elfy, wyjadające jagody i porzeczki.
Czytając Bożą inwazję Dicka, doceńmy jej głębię. Jej tragiczny rys, pytania o sens świata, o istnienie Boga, zła, dobra, śmierci i szaleństwa. Jej przewrotność, krzywy uśmiech, drwinę i groteskę. Nadzwyczaj osobiste przesłanie, w którym autor odsłania swoje lęki i słabości. Niezwykłą erudycję.
Ale także obcowanie z nieznanym. Z nadprzyrodzonym.
Słodki dźwięk dzwoneczków w ciemności.
Oby nigdy nie ucichł.
Maja Lidia Kossakowska