Bosy pan - Nieznany

Kup ebooka

4.00 zł
3.44 zł (4,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

II. Plotkarka.

 

Nazajutrz po rozmowie Jasiewicza z żoną, Szymononowa dodnia krzątała się już w pierwszej izbie, wołając na parobczaka:

- Franek, wstawaj! jeszcze ci nie dość spać?!

Kończyła już śpiewać godzinki, kiedy weszła Kłosowa, co mieszkała w domu Jasiewiczów po drugiej stronie. Szymonowa jej nie lubiła, bo toi była znana we wsi plotkarka. Ot, i teraz niedawno rozgadała, jakoby Salusia udała się panu Święckiemu. Wzywano tę babę nieraz do chorych we wsi, a mawiano też o niej, że się zna i na czarach.

- Przyszłam pożyczyć u was, kumeńko, kilka węgielków, bo mi zapałek zabrakło - rzekła Kłosowa.

A pochwili biorąc węgielki powiada:

- Wasz był wczoraj w mieście?

- Był - odpowiada Szymonowa.

- Może co kupił dla Salki? pewno tego roku wydacie ją zamąż.

- Nam nie pilno.

- Bodaj wam nie pilno!.... Ona taka delikatna!.. Dydak Kostrzyca wczoraj mówił, że wy przyrzekli mu dawno dać Salkę i że dłużej czekać nie będzie; niema co, chłop galanty, syn najbogatszego gospodarza.

- Przyrzekłam mu Salkę, to prawda, ale com ja winna, że ona go nie chce.

- W wiosce każdyby oddał dziewkę Kostrzycy.

- To dajcie swoją! - odrzekła Szymonowa, bo wiedziała, że Kłosowa radaby Dydaka odciągnąć dla swojej Magdy. -

Salce dopiero dziewiętnasty rok, może zaczekać.

- A i mojej nie wiele co więcej, dopiero dwudziesty rok - rzekła Kłosowa.

- Aha, dwudziesty rok.... tylko na jeden bok!- odezwał się Franek drąc błonki.

- Ty smarkaczu! nie mieszaj się tu! - zgromiła urażona Kłosowa.

- Ja tylko mówię co jest. Dydak nie wziąłby waszej Magdy; mówi, że ona będzie taką jak i matka.

- Albo co ja?

- No co, toć ludzie mówią, że czarować umiecie.

Kłosowa zaperzyła się okropnie.

- Ja ci, psie mięso!....

I mówiąc te słowa, a porwawszy polano, Kłosowa dalej do Franka! Ten w nogi na podwórze, ona za nim. Już, już miała go uderzyć, ale chłopak hrym! niby upadł zwinnie pod nogi Kłosowej, a ta przez niego bęc! jak długa na ziemię.... Zbiła mocno brodę i język przycięła, tak, że nie mogła nic wymówić.

 

I. Salusia.

 

W Zawadach, wsi leżącej w stronach Augustowskich, słynnych z jezior, mieszkał sobie z nieliczną rodziną Szymon Jasiewicz, dobry gospodarz, człek rozsądny i pracowity.

Nieźle mu się też działo. A że był człowiekiem uczynnym, sumiennym, no i zamożnym, więc miał dużo przyjaciół we wsi. Ba, nawet nietylko we wsi, bo żył w przyjaźni i z właścicielem blizkiego folwarku, panem Święckim, który co niedziela wstępował do Szymona na na pogawędkę.

- Wiesz, Marysiu - mówił raz Szymon do żony - bardzo bym się ucieszył, gdyby tak zjawił się ten Dworzeski. Długo już jakoś go nie widać, a byłby mi teraz bardzo potrzebny.

- E, taki wietrznik! - odrzekła Jasiewiczowa.

Spojrzał Szymon na żonę i mówi dalej:

- Ty bo dobrze go nie znasz. Prawda, figlarz, lubi pożartować i ludzi rozśmieszyć, ale nie taki on wietrznik, jak ci się zdaje. Choć zawsze wesoły, ale to mądra sztuka. A przytem to człek uczciwy, jakich mało. Przecież był u nas w Zawadach przez pięć lat nauczycielem, a krzywdy nigdy nikomu nie zrobił, był jeszcze ludziom pomocny, a i mnie parę razy dobrze poradził. A czyś ty zapomniała, jak go dzieci kochały, jak chętnie szły do nauki? Ba, a nasza Saluta....

- To i co Saluta? - odburknęła Szymonowa; - Salkę ja sama chowałam, nie on! Nauczył ją tylko czytać i tyle!

Szymon tym razem nie miał ochoty sprzeczać się z żoną, więc zamilkł, choć mógł dopowiedzieć, że Saluta prócz czytania i pisać dobrze umie, i ma dużo różnych wiadomości.

Oprócz nauki miała Salusia i inne zalety. Była ochotna do roboty, posłuszna, umiała starszych szanować, a co skromność to miała wrodzoną.

Dobijał się o nią gwałtem Dydak Kostrzyca, syn sąsiada, któremu dawniej jeszcze Szymonowa już prawie przyrzekła oddać Salutę za synowę. Szymon wiedział o tem, nie sprzeciwiał się żonie, ale był w wielkim kłopocie, gdyż Salka na każde wspomnienie o Dydaku smutniała, czasem nawet zalewała się łzami, a razu pewnego przy panu Święckim powiedziała, że woli umrzeć niż zostać żoną Dydaka.

Jednakowoż Dydak i ojciec jego nie zważali na te grymasy dziewczyny. Mając szczególną łaskę u Szymonowej, przymawiali się już nieraz, to jeden, to drugi, że czas by Salce wyprawić weselisko.

Szymon Jasiewicz stał temu na przeszkodzie, bo nie chciał córki przyniewalać; ale też i odmawiać Dydakowi nie był rad, boć to jedynak zamożnego gospodarza.

Przytem, co prawda, i odwagi Szymonowi brakowało, wiedział bowiem, że Dydak to chłop gwałtawny i mściwy jeszcze by gotów co złego zrobić....