Czerniaków 1933
Na dalszą naukę nie ma pieniędzy i możliwości. Chłopak, który ma piętnaście lat, powinien już starać się zarobić, żeby była pomoc w domu. Ale jak zarobić? Złodzieje z naszego domu namawiali mnie, żebym "pracował" z nimi.
- Jesteś cwaniak, policja ciebie nie zna - z nami będzie ci dobrze, nie zginiesz.
Odmówiłem. Po co kraść, jak nie można przynieść do domu? Gdy byłem mniejszy, a nieraz coś z chłopakami zwędziliśmy dla sportu - to w domu matka brała za łapę, kazała odnieść i przeprosić, a czasem to jeszcze dobrze wlała. Więc kraść nie miało dla mnie sensu. Wszystkie ogrody i sady w okolicy były w mojej bezpłatnej dzierżawie. Właziłem do każdego i nigdy mnie nie złapano - ale to było robione tylko dla sportu. Lubiłem każde ryzyko i niebezpieczne sytuacje.
Ojciec, jak był trzeźwy, nie mówił nic. Jak był pijany, krzyczał, żebym sobie roboty szukał. Cóż więc robiłem?
Rano przynosiłem matce dwa wiadra wody i wynosiłem brudną. Potem przynosiłem węgiel z piwnicy lub ze składu, kupiłem, co potrzeba, w sklepie - i już byłem wolny. Wtedy przynosiłem kilka wiader wody jednej lokatorce. Miała za drzwiami na korytarzu beczkę, z której brała wodę do prania i zmywania. Płaciła mi pięć groszy za przyniesienie jednego wiadra; tak samo jak u woziwody, tylko ja przynosiłem jej wodę pod drzwi, a od woziwody brało się spod bramy i trzeba było nieść na piętro. Jak przyniosłem pięć wiader, to zarobiłem dwadzieścia groszy, bo jeden grosz za wiadro brał inwalida przy pompie ulicznej. Następnie kręciłem się przy składzie opałowym. Niejeden raz zarobiłem trochę groszy za odniesienie komuś węgla do domu. Płacili jeden grosz od kilograma. Pracował tam już starszy kolega, ale jak on poszedł z węglem i nie było nikogo, a znów trzeba było odnieść, brałem ja. Nie dźwigałem po pięćdziesiąt kilogramów, bo to było dla mnie za ciężko, ale dwadzieścia, trzydzieści to nosiłem.
Teraz, gdy już miałem pieniądze, szedłem na Mokotów do biblioteki. Nie była to prawdziwa biblioteka, lecz sklep sprzedający papier, zeszyty i przybory szkolne, w którym na jednej ścianie były półki z książkami. Właściciel sklepu wypożyczał te książki za opłatą dziesięciu groszy od jednej książki po złożeniu dwu złotych kaucji. Ze swego zarobku złożyłem kaucję za dwie książki, ale były dnie, że wymieniałem tylko jedną książkę; częściej jednak wymieniałem dwie i czytałem jednego dnia. Nikt nie dawał mi żadnych rad co do wyboru lektury. Wyczytywałem więc wszystkie książki o Dzikim Zachodzie, Karola Maya, Branda, Baxtera, kryminalne Romańskiego, Marczyńskiego, Wallace'a i innych. Wyczytałem książki o przygodach Arsena Lupina, Sherlocka Holmesa i wszystkie o Tarzanie; Michała Zevaco2, Dumasa i Trylogię Sienkiewicza. Książki grube dzielone były na kilka mniejszych i za każdą płaciło się dziesięć groszy. Gdy już miałem w ręku książkę, brałem w kieszeń kawał chleba i szedłem nad starą fosę fortową na Czerniakowie. Tam, leżąc na słońcu, czytałem. Dla urozmaicenia co pewien czas zażywałem kąpieli, a raz lub dwa razy w ciągu dnia kilku z nas przepływało na drugą stronę fosy i zapuszczaliśmy się w ogrody badylarzy na strąki grochu.
Moimi ulubionymi bohaterami z książek byli ludzie, których cechowała szaleńcza odwaga i ryzykanctwo, obrońcy słabych i uciśnionych, a bojowi wobec ludzi złych. W postępowaniu swoim starałem się naśladować takich właśnie bohaterów. Cieszyłem się, gdy raz udało mi się wywalić okno w płonącym drewnianym budynku i zanim nadbiegli inni, wyniosłem dwoje małych dzieci oraz wyrzuciłem na podwórze wszystkie ubrania z szafy. Byłem wszędzie tam, gdzie groziło jakieś niebezpieczeństwo, i musiałem zawsze należeć do tych, którzy ostatni wycofują się z niebezpiecznej sytuacji.
Żeby być mocnym wobec złych, nie wystarczała sama odwaga, potrzebne były także zaprawa i trening. W mieszkaniu na drzwiach wieszałem stare ubrania i palta i godzinami ćwiczyłem uderzenia głową z różnych pozycji. Wiedziałem, że jest to najskuteczniejsze i najbardziej zdradliwe uderzenie. Doszedłem do takiej wprawy, że "na łeb" byłem jednym z najlepszych na Czerniakowie. Trenowałem też nożem. Rzucanie nożem do celu na odległość. Ukrywanie noża w rękawie. Błyskawiczne wyciąganie noża z kieszeni spodni i z kieszeni marynarki, tak zwanej za parkanem. Niejeden urwany guzik i rozdarte spodnie kosztował trening przeskakiwania przez parkan, chodzenia po drzewach i skakania ze znacznych nawet wysokości. Wyrabiałem w sobie silną wolę, upór i mściwość w stosunku do tych, którzy skrzywdzili mnie z premedytacją lub wykorzystywali swoją przewagę fizyczną. Po kilku awanturach ze starszymi i silniejszymi mówiono o mnie: "Chłopak grzeczny, ale charakterny...". Słabszego nie uderzyłem nigdy.
Wieczorem wyskakiwałem na plac Unii Lubelskiej "postarać się trochę na majdanie" - co znaczy po prostu: sprzedawać gazety. "Starało się" tam wielu kolegów, z którymi kończyłem szkołę. Oni byli majdaniarzami rejestrowanymi (po złożeniu kaucji), ja starałem się na dziko: koledzy brali więcej gazet i część dawali do sprzedaży mnie.
Jaki był z tego zarobek? Dwa grosze od gazety w cenie pięciu groszy i trzy od dziesięciogroszowej. Od dodatku nadzwyczajnego osiem groszy od sztuki, ale wtedy mi nie dawali, ciężko też było trafić na moment wydania. Umieć sprzedać gazety - to wielka sztuka.
- Ile sprzedałeś? - pytałem jednego kolegi.
- Dwanaście sztuk - odpowiada.
- A ja tylko dwie.
- A ty ile? - pytam drugiego.
- Piętnaście.
- A ja dwie.
Wreszcie i ja połapałem się w technice sprzedawania. Gdy dostałem gazety do ręki - jak najszybciej przed siebie, byle dalej, żeby być tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden inny gazeciarz. Raz dotarłem w ten sposób do ulicy Filtrowej. W każdym tramwaju jadącym w stronę placu Narutowicza idą dwie, cztery gazety. Po pewnym czasie gazeciarze z placu Narutowicza połapali się, że im handel idzie słabiej - zjechali kupą, dali mi dobry wycisk i przegnali z dobrego stanowiska. Pojechałem do swoich chłopaków. Ci zostawili swój majdan w różnych kioskach i sklepach i grupą w osiemnastu chłopaków zrobiliśmy nalot na tamtych. I odegraliśmy się - ale już więcej w ich parafię nie jeździłem.
Najlepszy zarobek był wtedy, gdy udało się kogoś zrobić "na fryko". Przy wydawaniu reszty bilonem pieniądze odliczało się na własnej dłoni, kładąc na spód monetę upatrzoną dla siebie. Gdy kupujący nadstawiał rękę, oddawało się wszystko, bo mógł jeszcze raz sprawdzić. Gdy podstawił woreczek, monetę leżącą na spodzie, na środkowym palcu, chwytało się lekko, ukrywając ją między palcami, i chociaż dłoń była wyprostowana, pieniądz pozostawał w ręku. Jeden taki moniak to tyle, co sprzedać kilka gazet. Metodę tę stosowali gazeciarze i wózkarze.
Kiedy do ojca przychodzili koledzy, wiedziałem, że będą pili wódkę, a mnie będą posyłali, żeby im przynosić po ćwiartce. Siedziałem wtedy kamieniem w domu. Gdy już nieźle sobie popili, wtedy robiłem "na fryko" po pięćdziesiąt groszy, po złotówce, a nawet i po dwa złote. Płaciłem sobie za fatygę siedzenia w domu.
Latem jeździliśmy przeważnie we czterech dwa razy w tygodniu do Kabackiego Lasu na jagody, grzyby lub orzechy laskowe. Na ulicy Puławskiej skakaliśmy w biegu na bufory ostatniego, towarowego wagonu przyczepionego do pociągu osobowego i tak uczepieni jechaliśmy do Pyr i do lasu. Tam trzeba było uważać, żeby nie dać się złapać gajowym - tak jak w kolejce kolejarzom. Gajowi często robili obławy na zbierających jagody lub grzyby. To już było dla nas sportem - tak lawirować i ukrywać się, żeby nie złapali. I nie złapali nigdy żadnego z nas. W kolejce było gorzej. Tu niejeden konduktor starał się nas złapać albo przepędzić z kolejki. Raz jeden kolejarz wlazł na dach towarowego wagonu i oblewał nas oliwą z oliwiarki. Mając doświadczenie, braliśmy w drogę solidne kije, żeby kolejarzowi nie pozwolić wysunąć znad dachu ręki czy głowy. Gdy kolejka dojeżdżała do stacji - wyskakiwaliśmy jeszcze w biegu i uciekaliśmy w odwrotnym kierunku. Czepiając się z boku osobowego wagonu, dwa razy zerwaliśmy z głowy siedzącemu przy otwartym oknie rabinowi jarmułkę, którą Żydzi odkupywali od nas, płacąc po pięć złotych. Kiedyś w Grójcu w czasie wycieczki zdjęliśmy ze stojącego na ulicy wozu skrzynkę wódki, którą wynieśliśmy za stojącą w pobliżu stodołę. Gdy wóz odjechał, przyszło do nas trzech łobuzów; zabrali nam wszystko, a za fatygę dali tylko każdemu z nas po pół litra wódki. I to dobre, mogli nic nie dać.
W kolejce raz tylko mnie złapali. Posiedziałem kilka godzin w komisariacie. Przyszła matka, zapłaciła pięć złotych kary, które później musiałem jej zwrócić, i zabrała mnie do domu.
Latem pojechałem na dwa tygodnie pod Grójec do znajomych gospodarzy, u których ostatnie dwa lata spędzaliśmy wakacje.
Złodziejska wieś. Nocami cała prawie ludność wybierała się na kradzież zboża z dworskich pól. Jedni zwozili, inni młócili w stodołach... i rano było już wszystko w porządku. Za stodołą cała sterta słomy, zboże zaś wymłócone i wywiane zostało już wywiezione na sprzedaż do miasta. Pewnej nocy chłopi wybrali się do odległej o trzy kilometry wsi kraść ulęgałki. Poszło wtedy chyba ze trzydzieści osób i ja z nimi. Wszyscy piechotą przez cmentarz i las, a drogą dwa wozy do przywiezienia worków z ulęgałkami. Ciekawy byłem, jak będą rwali. Kazali mi zabrać ze sobą worek i płachtę. Okazało się, że robi się to łatwo, szybko i dokładnie. Każdy rozkłada swoją płachtę pod drzewem, dwóch wchodzi na drzewo i trzęsie, potem każdy bierze płachtę za rogi i zsypuje gruszki do swojego worka. Później worki na wóz, a sami znów piechotą, krótszą drogą do domu.
Złodzieje to byli przeważnie wychowańcy. Prawie każdy gospodarz miał takiego wychowańca. Po pierwszej wojnie światowej brali na wychowanie dzieci z sierocińca, które nie miały i nie znały swoich rodziców. Podrzutki. Państwo do pełnoletności dziecka płaciło im miesięcznie pewną sumę pieniędzy, a oni mieli darmo z początku pastucha, później parobka, tylko za jedzenie i marne ubranie. Gdy taki chciał się lepiej ubrać, pójść na zabawę albo wypić wódki - kradł.
W czasie żniw ludzie ze wsi chodzili pracować do dworów, których było kilka w okolicy. Pewnego dnia, gdy nie miałem co robić, wybrałem się na dworskie ziemie zobaczyć, jak pracują znajomi ze wsi. Kosili zboże tuż pod lasem. Słońce szło już ku zachodowi.
- Uważajcie, dziedzic jedzie! - zawołał ktoś ostrzegawczo.
I wszyscy raźniej zabrali się do roboty.
Był to młody jeszcze facet, na pięknym koniu, ze szpicrutą w ręku. Siedząc sztywno, przez kilka minut w milczeniu przyglądał się, jak ludzie pracują. Zbliżył się do niego karbowy, coś mówił po cichu. Po chwili podeszła z boku młoda jeszcze chłopka i prosi pokornie:
- Proszę jaśnie pana, niech jaśnie pan zwolni mnie o godzinę wcześniej. Mam chore dziecko, zostawiłam je bez opieki.
Nawet na nią nie spojrzał.
- Proszę jaśnie pana bardzo - mówi znów kobieta,
Patrzę i oczom nie wierzę: pocałowała go w rękę. Raz, drugi i wciąż powtarza swoje: "Proszę jaśnie pana bardzo".
Stałem o dwa metry od "jaśnie pana", a nie więcej jak o dziesięć metrów od lasu.
- O rany! Co za jaśnie pan! - krzyknąłem tak głośno, że wszyscy usłyszeli. - A moja dupa jaśniejsza niż wszystkie jaśnie pany!
W "jaśnie pana" jakby piorun strzelił. Szarpnął się w moją stronę. Złapałem jedną lejcę, zawinąłem koniem i zanim schwycił równowagę, już uciekałem do lasu. Ruszył za mną, ale byłem już w lesie.
Tak wyglądało moje pierwsze i ostatnie spotkanie z "jaśnie panem".
- Dokąd idziesz? - zapytała matka, widząc, że wychodzę z mieszkania.
- Na ulicę.
- Żeby tylko znów jakiej skargi nie było. Nie pobij się z kim - upominała matka.
- Gdzie chłopaki? - zapytałem bawiącego się na ulicy dzieciaka, nie widząc moich rówieśników.
- Na łączce w piłkę grają - odpowiedział.
Gdy tam poszedłem, okazało się, że chłopaki już szli do domu na obiad; na łączce był tylko jeszcze Olek, pod pachą miał piłkę futbolówkę.
- Zostaw nam piłkę - poprosiłem - na moją odpowiedzialność. Jak przestaniemy grać, to ci ją odniosę do domu.
- Dobrze - odpowiedział Olek, rzucając mi piłkę. - Tylko nikomu nie dawaj.
Po godzinie kopania zabrałem piłkę, by ją odnieść właścicielowi. Gdy dochodziliśmy już do ulicy, przyszedł Zygmunt. Był to chłopak z naszego domu, miał osiemnaście lat, trzy lata więcej niż ja.
- Dawaj piłkę - zwrócił się do mnie.
- Nie mogę - odpowiedziałem. - Olek kazał mi ją odnieść do domu, jak przestanę grać.
- Dawaj, dawaj, nie wygłupiaj się. Olek mnie nic nie obchodzi - odpowiedział. I chce mi wytrącić piłkę.
Zrobiłem unik i piłkę odrzuciłem Jankowi, który stał kilka metrów z boku. Gdy podszedł do Janka, ten podał piłkę mnie.
- Jak odrzucisz piłkę, to dostaniesz w mordę - powiedział Zygmunt, idąc do mnie.
Odrzuciłem. Podszedł i uderzył mnie pięścią w twarz. Nie wiedziałem, co robić - bić się z nim czy nie bić? Był trzy lata starszy i dużo silniejszy.
- Jaki mocny - powiedziałem tylko, gdy szedł w stronę Janka i ostrzegał go w ten sam sposób jak mnie.
- A chcesz jeszcze raz? - zapytał, zawracając do mnie.
- Chcę.
Podszedł i uderzył. Zrobiłem unik w dół i uderzyłem głową tak, że usiadł na trawie. Poderwał się, skoczył i znów dostał głową i ręką. Złapał kawał cegły, ja wyjąłem z kieszeni nóż - ale jeszcze nie otwieram, tylko zamknięty trzymam w ręku. I zaczęła się bijatyka, która trwała kilkanaście minut. Bijąc się, powoli zbliżaliśmy się do domu. Już przed bramą nadszedł jego starszy brat, który miał dwadzieścia jeden lat. Wtedy ze zbiegowiska ludzi, którzy przyglądali się walce, wyskoczyło kilku, odepchnęli moich przeciwników, krzycząc:
- Dwóch takich byków na jednego dzieciaka!
Wtedy szybko uciekłem do domu i powiedziałem matce, że pobiłem się z Zygmuntem.
- Czekaj - powiedziała matka, gdy wysłuchała wszystkiego - ojciec ci teraz da, jak przyjdzie z roboty. Chcesz pewnie, żeby ciebie zabili. Przecież ich jest czterech braci i ojciec.
Siedziałem spokojnie w domu, czekając na ojca.
- Musisz mu dobrze wlać - radziła matka, gdy ojciec wrócił z roboty.
- Jak to było? - zapytał mnie ojciec.
Wiedziałem, że ojciec jest sprawiedliwy, dlatego zawsze mówiłem prawdę i ojciec mi wierzył. Opowiedziałem wszystko szczegółowo.
- Ja go bić nie będę - zdecydował ojciec. - Zygmunt jest starszy, silniejszy i zaczął.
- Ale on go strasznie pobił - nastaje matka.
- A jak Zygmunt by jego zbił, to co byś powiedziała? Trzeba było się nie dać, prawda? No to on się nie dał. Nie wychodź tylko teraz na ulicę, bo ci wleją - poradził ojciec. - Ja sam wyjdę, dowiem się, co słychać.
Po pewnym czasie wrócił i powtórzył rozmowę z ojcem Zygmunta, z którym spotkał się na ulicy.
- No co? Pana chłopak pobił mojego. Ale wy z nami nie wygracie, nas jest więcej.
- A co mnie to obchodzi - odpowiedział ojciec. - Chcecie, to go bijcie. Ale ja was ostrzegam, że to jest mściwy szczeniak. Wy mieszkacie wyżej. Jak wy go dzisiaj pobijecie, to on się jutro zaczai na schodach i któremu z was nożem kichy wypuści. Ale co mnie to obchodzi, chcecie, to go bijcie.
Z tej awantury dał mi ojciec taką naukę:
- Pamiętaj - powiedział - jak zaczepisz kogoś, to już ja ci wleję. - Mówiąc to, podsadził mi pod nos swoją ciężką, wielką pięść. - Jeśli pobijesz słabszego - też ci wleję. Ale jak tobie ktoś wejdzie w drogę, to gryź, drap, zabij, a nie daj się, bo tu jest takie życie, że jak pozwolisz sobie wejść na głowę wielkiemu, to za dwa tygodnie już każdy szczeniak będzie chciał wejść.
Nie zaczepił mnie nigdy żaden z tej rodziny, a z Zygmuntem pogodziłem się dopiero po trzech latach.
Goniliśmy się z Antosiem. Gdy mi uciekł za parkan między stosy cegieł, wszedłem na latarnię gazową, by zobaczyć, gdzie się schował.
- Złaź stąd! - zawołał ktoś energicznie z dołu.
- Nie chcę! - odpowiedziałem i wtedy dopiero spojrzałem w dół.
Był to Heniek. Chłop lat dwadzieścia jeden, z drugiej ulicy.
- Złazisz czy nie? - woła znów.
- Nie! - odpowiadam.
- Złaź, bo cię ściągnę!
- A spróbuj!
Pociągnął mnie za nogi tak, że chociaż wystawiłem ręce, to jednak twarzą uderzyłem o bruk ulicy.
Poderwałem się na nogi - a w ręku już miałem otwarty duży sprężynowy nóż. Uczyłem się tej sztuczki. W kieszeni nóż leży zamknięty, a wyciągam już otwarty.
- Czego szurasz? - zapytałem spokojnie, chociaż byłem wściekły i bolała mnie twarz. - Pewnie dawno "śledzia nie połknąłeś"?
- Zjeżdżaj stąd, bo kosą oberwiesz - ostrzegał Antoś, też z nożem w ręku, następując na niego z boku.
Heniek mruknął coś pod nosem i poszedł sobie.
Następnego dnia mijałem się z nim na ulicy - nie zaczepił mnie. Ale Antka wieczorem pobił. Więc następnego dnia we czterech pognaliśmy go kawał drogi, rzucając za nim kamieniami.
Po dwóch dniach, gdy rano niosłem matce dwa wiadra wody i odpoczywałem przed bramą, rozmawiając z koleżanką, zobaczyłem, że od rogu ulicy idzie Heniek. Zaczepi mnie czy nie zaczepi? - zastanawiałem się. Na wszelki wypadek wsadziłem rękę w kieszeń, w której miałem swój nóż. Zatrzymał się przy mnie. Naparł na mnie bokiem i trącając łokciem, zapytał ironicznie:
- A może zechcesz się ze mną bić?
Ustawił mi się doskonale na uderzenie głową, więc od razu uderzyłem. Gdy uderzył mnie pięścią w twarz, ja już miałem otwarty nóż w ręku. Zgłupiał, stał jak baran. Zza rogu wyszedł policjant. Schowałem nóż za podszewkę przez dziurę w kieszeni.
- Panie władzo, bił mnie nożem - mówi Heniek do policjanta.
"Ciapciak - pomyślałem - zaczyna pierwszy, a potem: "Panie władzo"".
Policjant obmacał mnie, wyjął zza podszewki nóż i zabrał mnie do komisariatu. Poprosiłem koleżankę, żeby odniosła matce wodę i powiedziała, że jestem w komisariacie.
Dopiero wieczorem przyszedł po mnie do komisariatu ojciec. W drodze do domu nic się do mnie nie odzywał, a w mieszkaniu bez jednego słowa uderzył mnie w twarz. Gdy chciał uderzyć drugi raz, zrobiłem unik i walnął w szkło lampy naftowej, która stała na stole. Zbił szkło i lampka zgasła. Ojciec poszedł do sklepu, kupił nowe szkło, oczyścił lampkę... i nastąpił dalszy ciąg. Ojciec nic nie mówił - ja też nie.
Dopiero następnego dnia matka powiedziała mi, za co dostałem. Okazało się, że gdy już mnie zabrali z ulicy, Heniek przyszedł do mnie do domu i prosił, żeby rodzice zwrócili mi uwagę, bo ja go zawsze zaczepiam i nie daję mu spokojnie przejść. Ojciec wlał mi dlatego, że zaczepiam, i to zaczepiam starszych.
"Och, łachudra - pomyślałem sobie. - Czekaj ty, ja na tobie jeszcze sobie odbiję i "panie władzo", i skarżenie, i "zaczepianie"".
Wkrótce Heniek poszedł do wojska. Gdy wrócił, to i ja przez ten czas podrosłem i już byłem bojowym i dobrym kozakiem. Takich jak on już się wtedy nie bałem. Niejeden raz zawracał, gdy mnie spotkał na ulicy. Uczciwie ostrzegłem go przez znajomych, że się odegram, jak tylko znajdę okazję. Nie dał mi okazji.
Po wojnie, gdy już wróciłem do Warszawy, spotkaliśmy się. Natychmiast wróciła dawna chęć zemsty, ale on tak się ucieszył, że ja żyję, tak serdecznie mnie powitał i ugościł, że wreszcie darowałem mu jego dawny niecharakterny postępek.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
PEŁNY SPIS TREŚCI:
Najważniejsze recenzje
1. I takie bywa życie