Bośnia. Muzyka, kuchnia i dobrzy ludzie - Agrymir Iwicki

Reflow text when sidebars are open.
? Copyright by Argymir Iwicki, 2020
? Copyright by Wydawnictwo "Bernardinum" Sp. z o.o., 2020
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji
zabronione bez pisemnej zgody autora.
Redaktor prowadząca
Justyna Maluga
Redakcja i korekta
Ludmiła Kucharska
Konsultacja językowa
Joanna Stovrag
Fotografie
Argymir Iwicki
Rysunek na okładce
Pronoia.pl | Depositphotos
Opracowanie graficzne
Marcin Lipiński
Wydawnictwo "Bernardinum" Sp. z o.o.
ul. Biskupa Dominika 11, 83-130 Pelplin
tel. 58 536 17 57, faks 58 536 17 26
bernardinum@bernardinum.com.pl
www.bernardinum.com.pl
Druk i oprawa
Drukarnia Wydawnictwa "Bernardinum" Sp. z o.o., Pelplin
ISBN 978-83-8127-553-8
Bośnia i Hercegowina to pudełko papierosów
W kraju funkcjonują trzy języki. Żeby żadna nacja nie czuła się pokrzywdzona. Rodzi to czasami śmieszne paradoksy.
Vuk Savanović pali papierosy. Normalnie. Jak każdy palacz. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, co warte byłoby odnotowania na początku jakiejś książki.
Powoli wyciąga z paczki cienkiego Lucky Strike'a. Ładuje go w usta. Potem rozgląda się za szklaną popielniczką. W tym samym czasie zapalniczką podpala już papierosa.
W restauracji zamawia do tego zestawu kawę.
Pierwsze, co robi kelner w każdej miejscowej knajpce, to przynosi popielniczkę. Dopiero potem przyjmuje zamówienie albo przynosi kartę. Dlatego Vuk od razu może zapalić swojego papierocha bez obawy, że nie będzie miał gdzie strzepnąć popiołu.
Vuk pali, bo śmierć tak mocno przeorała jego psychikę, że wytworzyła niewidzialny łańcuch i zespawała palce Vuka z paczką tytoniu.
Śmierć.
Wydaje się, że to w Bośni i Hercegowinie słowo zwykłe. Spowszedniałe. Nie robi na nikim wrażenia. Ćwierć wieku to za mało, by wygumkować pewne sprawy.
Ale w przypadku Vuka nie chodzi wcale o wojnę z lat dziewięćdziesiątych. Gdy się rozpętała, chłopak miał zaledwie dwanaście lat. Jak każdy mieszkaniec tego kraju, musiał się z nią w mniejszym czy większym stopniu zmierzyć. Ojciec poszedł walczyć, a na Vuka spadł obowiązek opieki nad matką i młodszym bratem. Za dużo tej wojny nie widział.
Tu chodzi o najgorszą śmierć, jaka może spotkać rodzica.
Śmierć dziecka.
Jeszcze dziesięć lat temu Vuk ważył dwadzieścia kilogramów więcej. Na starych zdjęciach trudno go rozpoznać. Grubasek z lekko kręconymi, kruczoczarnymi włosami. Małe oczka przykryte pucułowatymi policzkami. Tak wyglądał, gdy wyjechał na stypendium do Chin. Tam nauczył się angielskiego i tam poznał przyszłą żonę.
Państwo Środka stworzyło program edukacyjny dla muzułmańskiej młodzieży. Zaproszono studentów z całego świata. Także z BiH. Ale Chińczycy nie sprawdzili dokładnie, czy wszyscy obywatele tego kraju to rzeczywiście wyznawcy Proroka. A Vuk jest Serbem. Zwykłym Serbem z Banja Luki, stolicy Republiki Serbskiej, jednej ze składowych Bośni i Hercegowiny.
- Zrobiłem niezły numer Chińczykom - śmieje się teraz Vuk, chociaż dowcip był wtedy niezamierzony. Vuk też nie wiedział, kto ma być odbiorcą programu.
Sheila, żona Vuka, pochodzi z Pohnpei - mikronezyjskiej wysepki na Pacyfiku. Ciemna karnacja i wielki, bardzo wielki uśmiech nieschodzący z jej twarzy. W ten sposób odsłania duże białe zęby. Seksapilu dodaje jej pieprzyk nad górną wargą.
- Naczytałam się w dzieciństwie o pięknych Włoszech. I o Grecji, że niby tam pełno antycznych zabytków. No i wylądowałam pośrodku, między Italią i Atenami. W zabitym dechami kraju - wydaje się to niemożliwe, ale uśmiech Sheili robi się jeszcze szerszy, jakby autentycznie nabijała się z kolei losu.
Po domu na obrzeżach centrum Banja Luki biegają ich synkowie, bliźniaki Alosza i Lav.
Rok temu Savanoviciowie pochowali córkę.
Dziewczynka chorowała na powikłania po sepsie. Rodzice przez dwa lata walczyli o jej życie. Ostatnie pieniądze wydali na wyjazd do Polski, do Centrum Zdrowia Dziecka. Nawet opłata winietki autostradowej na Słowacji była dla nich sporym obciążeniem. A zarabiali nawet nieźle - Vuk zajmował się bezpieczeństwem sieci teleinformatycznych, a Sheila była kelnerką w pierwszej wegetariańskiej knajpce w Banja Luce.
Patrzyli, jak ich dziecko z dnia na dzień powoli gaśnie, jak nerwy przestają przekazywać sygnały w małym ciałku i jak maleństwo po prostu się dusi.
Po chorobie dziecka Vukowi zostały papierosy.
Sheila krzyczy na męża, gdy ten próbuje zakurzyć w mieszkaniu. Serb wychodzi więc na taras. Siada przy stoliku, wyciąga fajki, z dolnego piętra przychodzi jego brat i razem sobie palą. Popielniczka szybko się jednak zapełnia. A może rzadko jest opróżniania?
Siedzę z chłopakami, pośrodku, między jednym dymem a drugim. Vuk opowiada o życiu. Zdanie po serbsku, pięć następnych po angielsku.
- Mów do mnie po serbsku. Jak mam nauczyć się języka, gdy odzywasz się do mnie po angielsku? - proszę Vuka.
Więc Vuk mówi do mnie po serbsku. Po trzech zdaniach uparcie wraca na angielski.
Na stole leży paczka papierosów. Dużą część opakowania zdobi ostrzegawczy napis, podobnie jak to jest na naszych wyrobach tytoniowych, z troskliwymi hasłami Ministra Zdrowia i Szczęśliwości. Palenie zabija - na polskich papierosach slogan ten aż bije po oczach.
W BiH jest podobnie, tyle że to samo zdanie widnieje w trzech językach. "Pušenje ubija" - ostrzega napis w pierwszym języku. Niżej jest hasło w drugim języku: "Pušenje ubija". Trzecie zdanie informuje o tym samym, że "pušenje ubija", tylko że jest zapisane cyrylicą: "Пушење убија".
- Co to za języki? - pytam Vuka i pokazuję ostrzeżenia na fajkach.
- U pičku materinu, nie mam pojęcia - Vuk wciąga kolejną porcję dymu.
W tym momencie zdaję sobie sprawę, że cała ta Bośnia i Hercegowina jest jak to pudełko papierosów.
"Galia est omnis divisa in partes tres" - dwa tysiące lat temu Gajusz Juliusz Cezar napisał "Bellum Gallicum" - wspomnienia z wojny galijskiej. I tak jak Galia była podzielona na trzy części, tak samo można na początek napisać, że "Bosnia est omnis divisa in partes tres": Federacja Bośni i Hercegowiny, Republika Serbska oraz Dystrykt Brczko.
Po hektolitrach wypitej na ziemi tego kraju rakii mogę stwierdzić, że to tylko podział administracyjny. Pozostałych różnic jest znacznie więcej.
Ale to nic złego.
Przynajmniej dla mnie. To różnice są ciekawe, a nie zwykła, oklepana przeciętność.
Mostar Sevdah Reunion, "Čudna jada od Mostara grada"
Dla Adelki
Po co ta rurka?
O pożytkach poznawczych płynących z odwiedzania spektrum toalet.
Czy kraj Bośnia i Hercegowina w ogóle istnieje?
Taki jeden, monolityczny, jak Węgry czy Czechy widzianez okien samochodu w drodze na adriatyckie wakacje?
A może jest wiele Bośni, wiele Hercegowin?
Wszystkie mile spędzone w tej hemisferze mógłbym zapakować do kilku kontenerów, a mimo to dalej nie potrafię prawidłowo odpowiedzieć na pierwsze pytania. Dopada mnie choroba Johna Keatsa, króla poetów, który bał się, że nie można poznać całego świata. Według Keatsa ujemne właściwości są domeną ludzi wykształconych, a gdzie mi tam, przyziemcowi, wstęp do grona po?tes maudits? Czy przepustką do tego kręgu ma być jedynie moja skłonność do hercegowińskich win i tłustych ćevapów? Ale nie dam się. Będę próbować odmalowywać ten kraj na klawiaturze. Kilometr po kilometrze. Każdego dnia opis będzie inny, a moja interpretacja będzie się wić jak Neretva między Prenjem a Treskavicą.
Z BiH jest problem - to państwo federacyjne i dlatego nam, Polakom, trudno je sobie wyobrazić.
Składa się z dwóch "entitetów": z Federacji Bośni i Hercegowiny ze stolicą w Sarajewie oraz Republiki Serbskiej (Republika Srpska), której głównym miastem jest Banja Luka - nie mylić z Republiką Serbii ze stolicą w Belgradzie (Republika Srbija)!
Bośniakiem - w moim rozumieniu - może być, chociaż nie cierpi tego określenia, Serb z Banja Luki w Republice Serbskiej, Serb z miejscowości Trebinje w Hercegowinie, Chorwat z Mostaru i Muzułmanin z Sarajewa.
Niemały szkopuł jest także z muzułmaninem i Muzułmaninem. Pisany małą literą oznacza wyznawcę islamu. Od wielkiej litery - to człowiek narodowości nieserbskiej i niechorwackiej. Inaczej też Boszniak, a w nomenklaturze nacjonalistycznych Serbów - Turek lub (jeszcze dawniej, obraźliwie) poturczeniec.
I odwrotnie: nie-turek, czyli chrześcijanin, najczęściej to Serb lub Chorwat - kiedyś "raja", obywatel drugiej kategorii. Z tym że słowo "raja" zrobiło semantyczną odwrotkę i z pejoratywnego epitetu stało się synonimem przyjaźni lub kumplostwa.
W tym skomplikowanym państwie odróżnia się też Bošnjaka (Boszniaka) - Muzułmanina od Bosanca (Bośniaka) - każdego mieszkańca państwa Bośnia i Hercegowina.
Nieźle to wszystko poplątane...
No i język. Też można się pogubić. Bośniacki, chorwacki, serbski - językoznawcy do dzisiaj kłócą się, czy te języki rzeczywiście istnieją, czy funkcjonują jedynie jako pojęcia ukute na zapotrzebowanie polityczne. Z praktycznego punktu widzenia dla mnie, zaawansowanego amatora, różnice są niewielkie. W środkowej części kraju jest więcej turcyzmów, w Banja Luce jest ich tyle samo, a może też ich użytkownicy nie zdają sobie sprawy z etymologii. Chorwaci mają trochę inne słowa, inaczej niż Serbowie mówią na przykład na czerwiec, samolot i rodzinę. Ale co to za różnice? Upraszczając: w Polsce też mam taki problem, nie rozumiem wszystkiego, gdy bracia rozmawiają z ojcem w gwarze myśliwskiej albo gdy syn zaczyna coś pisać do znajomych na Instagramie.
Czasami w BiH czuję zakłopotanie, zapewne niepotrzebnie, gdy pytam kogoś o jakąś sprawę.
- Powiedz mi, jak jest po... - i tu nie wiem, jak zakończyć wypowiedź. Powiem, że po serbsku, a trafię na Muzułmanina - będzie zgrzyt. Dlatego stosuję rozwiązanie uniwersalne:
- Przepraszam, słabo mówię po jugosłowiańsku... - od razu atmosfera robi się luźniejsza, bo nie dość, że nikogo nie krzywdzę niewłaściwym nazewnictwem, to jeszcze odwołuję się do lepszych czasów i nieistniejącego formalnie języka. Staję się pociesznym obcokrajowcem, którym trzeba się zaopiekować.
Kiedyś myślałem, że muszę jakoś rozróżnić mieszkańców Bośni i Hercegowiny. Podczas pierwszych wyjazdów gubiłem się i nie wiedziałem, czy na straganie mam do czynienia z Serbem, Chorwatem czy Muzułmaninem; czy restaurację prowadzi Boszniak, czy ktoś prawosławny.
I zabierałem się za analizę i rozwiązywanie łamigłówek narodowościowych.
Po knajpkach szukałem Orientu w muzyce. Z czasem zacząłem odróżniać klapę od turbofolku, tamburaże od jugonostalgii, kafańskie zawodzenia od popowych sieczek.
Kolekcjonowałem też imiona. W jednym worku siedzieli: Huso, Jasmin, Admir, Šerif, Ibrahim, Sabiha, Omer, Mirza. W drugim znaleźli się: Jelena, Vesna, Milan, Željko, Lazar, Marko, Zoran. A do trzeciego trafili: Ante, Mario, Ivan i Tomislav.
W toalecie patrzyłem, czy oddaję mocz do orientalnej dziury w podłodze, czy do normalnego kibelka. Tureckie ubikacje są w BiH całkiem powszechne, ale budują je raczej ludzie obchodzący Kurban Bajram niż Vaskrsenje. Korzystają za to z nich wszyscy jednakowo, zwłaszcza po dwóch piwach.
W końcu odkryłem rurkę.
Wychodziła gdzieś z tyłu, w miejscu, w którym woda z szumem wodospadu wytryska ze spłuczki i usuwa nasze nieczystości. Miała kilka centymetrów długości i wycelowana była w środek tego, co jest poniżej pleców. Obok ceramicznej toalety znajdował się zawór, który otwierał przepływ wody w rurce. Cóż za wspaniały patent! Siedzisz na tronie w ubikacji jak Europejczyk i jednocześnie obmywasz się po defekacji jak muzułmanin. Wspaniała konwergencja, godny pochwały konsensus. Zupełnie jak wielkie miasto nad Bosforem. Konstantynopol vel Stambuł, który modelowo łączy Wschód z Zachodem.
Ale po co jechać tak daleko?
Wtedy to BiH stała się wypustką Stambułu, daleko na zachód wysuniętą płaszczyzną ścierania się wielu kultur.
Ale Bośnia i Hercegowina to nie klaser ze znaczkami, gdzie poszczególne sztuki trzeba układać w jakieś serie, a serie według państw wydania lub według kryterium tematycznego - na jednej stronie znaczki z kwiatkami, na drugiej sportowe z motywami olimpijskimi.
To kraj-album ze znaczkami ułożonymi tylko z grubsza w jakim takim porządku. A gdy chcesz ten porządek zaprowadzić albo - jak w pokerze - sprawdzić, znaczkom wyrastają nogi i idą sobie tam, gdzie chcą. Tworzą własne konstelacje, frakcje i czasowe ugrupowania. Po chwili już się z innymi dogadują i z kim innym piją rakiję. Co tam BiH, ten permanentny ruch jest cechą ludzką, nic nie jest stałe, ale do obserwacji potrzebna jest dłuższa perspektywa czasowa. Czy wiesz, że Słowianie mieszkają między Odrą a Bugiem dopiero od półtora tysiąca lat? To też mało, by zauważyć ulotność zachowań ludzkich.
"W Bośni wyznanie mięsza ludność z narodowością: więc katolik nazywa się Bośniakiem lub Hrwatem, wschodniego wyznania Serbem, Muzułmanin zaś nazywa się czasem Bośniakiem, nigdy Serbem, lecz najczęściej Muzułmaninem, jak żydzi tamtejsi Spaniolami - ponieważ rzeczywiście z Hiszpanii pochodzą i między sobą mówią hiszpańskim żargonem. Zresztą wszyscy tak Chrześcianie jak Muzułmanie używają wyłącznie kroacko-serbskiego języka nie różniącego się prawie w niczem od mowy Dalmatyńców, Czarnogórców lub Serbów" - tak pisał o Bośni pod koniec XIX wieku podróżnik ksiądz Marcin Czermiński.
Co się od tamtego czasu zmieniło?
Ruszam w drogę, by to zweryfikować. Zamykam drzwi domu. Odpalam silnik. Jutro nad ranem będę już przejeżdżał mostem nad Sawą.
Marija Sestic & DrAmmarProject, "Moj behare"
Seks? Najłatwiej w Banja Luce
Właściwie to problem dotyczy indywidualnego podejścia do rzeczy abstrakcyjnych - na przykład poczucia przynależności państwowej.
Nemanja wygląda tak jak zawsze ja chciałem wyglądać. Nie chodzi mi wcale o to, że ma niewiele ponad dwadzieścia lat. Patrzę na jego mięśnie. Wyćwiczone na siłowni albo przy wiośle, ale bez pakerstwa i zbędnego tłuszczu na brzuchu, najbardziej wstydliwej dla mnie części ciała.
Chłopak pracuje w klubie raftingowym. Dwa, trzy razy dziennie spławia się pontonem po Vrbasie z turystami ubranymi w kaski i kapoki. Ostatnie pół kilometra przed końcem rejsu każe ludziom wskakiwać do wody i śmigać wpław do bazy. Woda jest zimna. Trzeba się nieźle namachać, żeby się nie wyziębić. Najgorzej mają dłonie, szybko robią się sztywne. Ale i tak jest fajnie.
- Vrbas jest dla dzieci, lepiej płyń na Tarze - doradził mi kiedyś znajomy dziennikarz z Sarajewa.
Dzięki, nie skorzystam, karuzela na placu zabaw jest dla mnie wyzwaniem, a co dopiero latający w powietrzu ponton.
Vrbas ma nieco ponad dwieście kilometrów długości, zaczyna się w masywie Vranicy w środkowej części kraju i pływa w nim więcej plastiku niż wody. Całe szczęście, że tamy zatrzymują te tony sztucznego obrzydlistwa, dzięki czemu przez kilka kilometrów za nimi można jeszcze jako tako podziwiać lazurowoszmaragdowy nurt rzeki.
Między Jajcami a Banja Luką znajduje się najpiękniejszy w BiH widok na rzekę. Aż dziwne, że punkt ten, choć leży tuż przy głównej drodze, nie jest oznaczony, nie ma tu parkingu, baru, ba, nie ma nawet żadnego straganiku. Vrbas zawija się szerokim łukiem, żeby ominąć wielką złośliwą górę, która stanęła rzece na przeszkodzie. Kilka kilometrów w dół zaczynają się już raftingi, które kończą się przed Banja Luką.
- Byłem tam wczoraj i widziałem prezydenta Dodika, szedł pięć metrów ode mnie! - chwalę się Nemanji, jeszcze zanim zwodowaliśmy ponton.
Polityk nie robi na chłopaku wrażenia. Rodzinne miasto lubi za coś innego.
- Wiesz, że na jednego chłopca rodzi się w Banja Luce sześć dziewczynek? Jest w czym wybierać! Laski zabijają się o chłopaków. - Nemanja wykonuje charakterystyczny posuwisty ruch ręką złożoną w pięść i z ustami ułożonymi do wypowiedzenia długiej samogłoski "o".
Ale fajny motyw. W sam raz do książki. Wyjaśniam Nemanji, że jestem pisarzem i piszę teraz książkę o Bośni i Hercegowinie. Chłopak się zmartwił.
- O BiH?!? A o nas nie napiszesz? Wiesz, tyle mamy tutaj atrakcji... - Nemanji tym razem wcale nie chodzi o dziewczęta chętne na seks.
- A Banja Luka to co? - pytam młodziana.
- My? Bośnia??? Hercegowina??? Republika Serbska jest serbska, Srpska to Srpska, Bosna to Bosna - objaśnia Nemanja.
W ten sposób dotarło do mnie, że nie istnieje i nigdy nie istniał jeden twór widoczny na mapach jako Republika Bośni i Hercegowiny.
Rafting na Vrbasie