Rozdział II
Komisarz Agata Stec od pięciu minut szukała miejsca parkingowego. Ulice Rybińskiego, Kanapariusza, Polanki, a nawet Schopenhauera, były w całości pozastawiane, co doprowadziło ją do wściekłości. W takich chwilach żałowała, że zrezygnowała ze swojego fiata 500 i dała się namówić na blisko dwukrotnie większego forda. Co jej do łba strzeliło, żeby posłuchać kolegów z pracy? Po co bezdzietnej rozwódce większy bagażnik? Po co dwulitrowy silnik? W dupie miała liczbę koni mechanicznych, a reszta parametrów brzmiała niczym czarna magia. I tak jeździła autem wyłącznie po mieście, a zakupy najczęściej zamawiała z dostawą do domu.
- Pies to jebał - warknęła, wjeżdżając na chodnik. I tak już była spóźniona. Niech no tylko któryś z krawężników wystawi jej mandat lub założy blokadę. Od razu go dorwie i jasno mu wytłumaczy, jak wielki popełnił błąd. Kto to w ogóle słyszał, żeby przy parku Oliwskim nie było dużego, bezpłatnego parkingu?
Kłopoty ze znalezieniem miejsca tylko dolały oliwy do ognia. Od rana jej dzień przypominał jedno wielkie nieporozumienie. Nienawidziła budzić się w obcym łóżku z obcym facetem. Sytuacji nie poprawiła jego dziesięcioletnia córka, która radośnie wparowała do sypialni, bo ojciec obiecał jej podwózkę do szkoły. Agata dawno już tak się nie wstydziła. Bez słowa się ubrała i wróciła do domu taksówką, co wcale nie oznaczało końca komplikacji.
Zimny prysznic i równie zimna kawa przypomniały jej o samochodzie pozostawionym poprzedniego wieczoru gdzieś w centrum. Tylko gdzie? Na szczęście jej lista ulubionych nocnych klubów liczyła tylko cztery pozycje, po godzinie odetchnęła więc z ulgą. No, może nie do końca, bo wciśnięty za wycieraczkę mandat za nieopłacone parkowanie ponownie podniósł jej ciśnienie. Gdyby nie wezwanie na miejsce zbrodni, dorwałaby krążącego po okolicy służbistę i wepchnęła mu świstek w gardło.
Minęła piąta, a przez to całe zamieszanie nie zdążyła nawet zjeść śniadania. Głowa pękała jej z powodu kaca i niewyspania. We krwi zapewne wciąż krążył alkohol. Nic, tylko zamknąć się w domu, strzelić klina i zapomnieć o całym świecie. Na to się jednak nie zapowiadało.
Po wejściu do parku od razu ruszyła w kierunku palmiarni. Na co dzień unikała tego typu miejsc. Nie lubiła patrzeć na spacerujące rodziny, matki z dziećmi ani starsze pary uroczo trzymające się za ręce. Przypominało jej to o własnej porażce, przez którą do dziś budziła się z obcymi facetami w łóżku.
Teraz jednak z powodu morderstwa park zamknięto dla spacerowiczów. Wokół palmiarni roiło się za to od dziennikarzy, którzy zza policyjnej taśmy wykrzykiwali pytania, jakby oczekiwali ekskluzywnego wywiadu z denatem. Stec na widok reporterów dostawała białej gorączki. Zmęczona ciężką nocą i porankiem, minęła tłumek, czekając tylko, aż ktoś zapyta ją o szczegóły sprawy. Trudno o dogodniejszą okazję, by rozładować negatywne emocje. Jak na złość, nikt jej nie zaczepił. Policjant pilnujący porządku podniósł taśmę, by mogła swobodnie przejść. Kojarzyła jego twarz. Sądząc po głupawym uśmieszku, on też ją kojarzył. W duchu dziękowała, że do niej nie zagadał. Dość już miała kłopotów z kolegami.
W palmiarni było nieprzyjemnie ciepło. Tuż za progiem poczuła zawroty głowy; gdyby nie pusty żołądek, na bank skończyłoby się to zwróceniem śniadania. Przystanęła i przytrzymała się metalowego słupka.
- Dasz radę - mruknęła pod nosem. - Rusz dupę i miej to za sobą.
Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Wilgoć i duchota w pomieszczeniu obnażyły jej niedyspozycję. Najchętniej nakazałaby podwładnym, by wynieśli ciało na zewnątrz, gdzie przynajmniej było czym oddychać.
- Agata, do chuja pana! - Usłyszała znajomy głos. - Ruszże się, bo gorąco tu jak w piekle.
Podniosła wzrok. Podkomisarz Karol Olkowski stał kilka metrów przed nią. Niski i niezdrowo chudy, wyglądał, jakby zakończył proces dojrzewania pod koniec podstawówki. Agata często podśmiewała się, że powinien nosić ubrania dla dzieci, bo nawet najmniejsze dla dorosłych wisiały na nim jak na wieszaku. Tak też było i tym razem, choć wilgotny materiał miejscami przylegał do jego ciała.
- Idę przecież - odburknęła. - Mów lepiej, co tu mamy.
Mężczyzna otarł pot z czoła. Jego zmęczona twarz dodała Agacie otuchy. Najwyraźniej nie tylko ona czuła się tu nie najlepiej.
- Sama musisz to zobaczyć. Technicy już zabezpieczyli ślady.
- Świadkowie?
- Ciało znalazły dwie wstawione małolaty. Urządziły sobie wagary w niewłaściwym miejscu. Jak wytrzeźwieją, to spiszemy ich zeznania. Przepytaliśmy też kobietę, która wezwała policję i...
Spojrzała na Olkowskiego wyczekująco, ale nie kontynuował. Nie miała ochoty na zabawę w zgadywanki.
- No? - spytała. - Mam cię prosić czy co?
- Coś ty taka drażliwa? Nie dość, że wyglądasz jak zombi, to jeszcze cuchniesz jak... jak jebane zombi.
- Bóg ci nie dał wyglądu, to przynajmniej mógł sypnąć trochę intelektu. Powiesz, o co chodzi, czy mam się bawić w quizy?
Dotarli do wysokiej palmy. Wokół stało kilkoro policjantów, którzy tylko zabierali tlen.
- Spisaliśmy też jednego typka - odparł w końcu podkomisarz. - Dziwny gość. Przyjechał odebrać dzieciaka ze szkoły, tak przynajmniej twierdziła ta babka. Spacerowali razem po parku, kiedy dziewczyny zaczęły wzywać pomocy. Facet nie jest zbyt rozmowny. Już mieliśmy go puścić, kiedy zaczął wypytywać o zwłoki, jakby go to rajcowało. Jest w nim coś niepokojącego. Trzeba będzie go prześwietlić. Może psychol nie wytrzymał i zbyt szybko wrócił na miejsce zbrodni?
Komisarz klepnęła mężczyznę w ramię. Pod palcami poczuła przepocony materiał.
- A gdzie trup? - Rozejrzała się wokół.
Olkowski pokazał głową w kierunku palmy. Już miała zrugać go za kolejną zagadkę, gdy dostrzegła przytwierdzone do pnia ciało. Dwóch techników stojących na umocowanym obok rusztowaniu próbowało odwiązać zwłoki i spuścić je na ziemię.
- Ja pierdolę - powiedziała z zaskoczeniem.
Podkomisarz pokiwał głową. Najwidoczniej nie tylko ona zareagowała w taki sposób.
Zmrużyła oczy i ponownie spojrzała w górę. Ciało powieszono wysoko, jakieś trzy metry nad ziemią. W całości pokryte roślinnością, wyglądało prawie jak rzeźba wycięta z żywopłotu. Płeć ofiary sugerowały tylko długie rozpuszczone włosy. Nieboszczka unosiła głowę ku górze. Warstwa zieleni uniemożliwiała rozpoznanie rysów twarzy, wyróżniał się tylko zionący otwór szeroko otwartych ust.
Policjantka próbowała się domyślić, w jaki sposób morderca umieścił zwłoki tak wysoko. Ciasno przylegały plecami do palmy, splecione z tyłu ręce obejmowały pień. Oplatał je ciemny sznur, przypominający...
- Owinął ją wnętrznościami, pieprzony świr - zaklęła.
Z niedowierzaniem spojrzała na Olkowskiego. Mężczyzna przypatrywał jej się z krzywym uśmieszkiem.
- Popatrz na to - powiedział, wskazując coś butem.
Schyliła się i podniosła leżącą na ziemi koniczynę.
- Czterolistna. Może wreszcie szczęście zacznie mi dopisywać, bo na razie zaliczam wpadkę za wpadką.
- Słabe to szczęście - mruknął.
- Nie mów, że... - Urwała nagle.
Technikom udało się ściągnąć ciało na rusztowanie. Rozsypało się przy tym mnóstwo zielonych, delikatnych listków; opadały na podłogę niczym płatki śniegu. Mimo ponurych okoliczności Agata stwierdziła, że dawno nie widziała czegoś tak pięknego. Najwyraźniej nie była w tym odosobniona, bo dwóch stojących obok policjantów wyjęło telefony i zaczęło filmować miejsce zbrodni.
- Pojebało? - Naskoczyła na jednego z nich. - Może jeszcze chcesz to wrzucić na YouTube?
- Ja tylko...
- Tylko co?
- Już, już, kasuję. Wyluzuj.
Technicy zaczęli opuszczać ciało. Kilka kolejnych listków opadło jej na twarz i mundur. Z ramienia zdjęła kolejną czterolistną koniczynę. Dopiero teraz spostrzegła, że roślina była nienaturalnie sztywna, jakby zasuszona, choć zdrowy zielony kolor zdawał się temu przeczyć.
- Niech technicy dokładnie zbadają te koniczyny - rzuciła do Olkowskiego. - Na moje oko czymś je zaimpregnowano. Sprawdźcie też, po ile mają listków. Jeśli wszystkie są czterolistne, to trafiliśmy na wyjątkowo wytrwałego psychola, który w ten sposób być może usiłuje nam coś zakomunikować. Skonsultuj się z botanikiem, biologiem czy kimkolwiek, kto powie nam coś więcej o koniczynie i możliwości wyhodowania jej na ludzkiej skórze.
- Ten zjeb je poprzyszywał! - krzyknął jeden z techników. - W życiu nie widziałem czegoś podobnego.
Agata spojrzała w górę. Zdążyła już przywyknąć do nieprzyjemnej duchoty panującej w palmiarni, ale i tak wolałaby odetchnąć świeżym powietrzem.
- Może to jakiś wyjątkowo przesądny Irlandczyk? - zażartował Olkowski.
- Znamy tożsamość ofiary? - spytała, ignorując komentarz.
- Nie znaleźliśmy żadnych dokumentów. Smarkule też twierdzą, że nie przyszła tutaj z nimi. Jak ogarnę temat, to przedzwonię do Kaśki, żeby przeszukała bazę zaginionych. Pewnie ktoś już jej szuka.
- No dobra, to dopilnuj, żeby ciało zabezpieczono, i zleć wszystkie badania. Ja pogadam z zarządcą parku, dawno już powinni go tu ściągnąć. Trzeba też wypytać ekipę remontową. Nie rozumiem, jakim cudem nikt tej dziewczyny wcześniej nie znalazł.
Zawodowa ciekawość dodała jej energii. Wreszcie trafiła na coś interesującego, a nie na kolejny gwałt czy zbrodnię w afekcie. Dla takich spraw zatrudniła się w policji. Nie pozwoli, by kac i zmęczenie obniżyły jej wydajność.
***
Stec nie lubiła rozmawiać z pracownikami budżetówki. Słabo już sobie radziła z szeregowymi urzędnikami, którzy, jak uważała, zawsze mieli na wszystko za dużo czasu, ale prawdziwy koszmar zaczynał się dopiero w kontakcie ze zwierzchnikami. Dawno już dostrzegła zależność - im dłuższy staż, tym większa skostniałość i brak chęci do współpracy. Wolała już drobnych cwaniaczków i wyjadaczy z korporacji, którzy przynajmniej mieli mózgi na właściwym miejscu i konkretnie odpowiadali na pytania, zamiast przerzucać odpowiedzialność na inne wydziały.
Rozczarowała ją informacja, że park Oliwski nie ma kompetentnego menedżera, tylko podlega Gdańskiemu Zarządowi Dróg i Zieleni, a ściślej - kierownikowi działu utrzymania zieleni. Dość powiedzieć, że zjawił się na miejscu dopiero godzinę po wezwaniu i zachowywał się, jakby robił policji łaskę. Biedaczysko nie przywykło do pracy po godzinach.
Stała kilka metrów dalej, ale słyszała, jak Olgierd Bogdanowicz przedstawia się policjantowi pilnującemu porządku w obrębie terenu odgrodzonego taśmą. Westchnęła na widok starszawego jegomościa w brunatnym płaszczu i filcowym kapeluszu. Wcale by się nie zdziwiła, gdyby ktoś jej powiedział, że dziad od trzech dekad piastuje to samo stanowisko. Doskonale znała ten typ ludzi. Stała pensyjka, ciasne mieszkanie, ten sam samochód od dziesięciu lat i przekonanie, że życie jest niesprawiedliwe. Zamiast wziąć się do roboty, woleli okopać się na bezpiecznej pozycji i torpedować wszelkie zmiany, a potem mieli pretensje do całego świata, że znajomi z młodości jeżdżą luksusowymi samochodami i mają po kilka kochanek, podczas gdy oni z trudem odkładają pieniądze na cotygodniową wizytę w burdelu.
- Przepuść go! - krzyknęła do funkcjonariusza stojącego przy taśmie. Wciąż nie mogła sobie przypomnieć, jak ma na imię.
Mężczyzna w brunatnym płaszczu od razu ruszył w kierunku palmiarni, zupełnie ignorując policjantkę.
- Moment! - zawołała. - Komisarz Agata Stec, to ze mną będzie pan rozmawiał. Do środka pana nie wpuszczę, technicy jeszcze kończą pracę.
Zatrzymał się i spojrzał na nią krzywo.
- Myślałem, że sprawę prowadzi mężczyzna.
Najwyraźniej do cech kierownika działu utrzymania zieleni mogła dopisać seksizm. W jego łysej łepetynie nie mieściło się, że kobiety mogą piastować wysokie stanowiska. Najlepiej, gdyby siedziały w domach i wychowywały dzieci, a jeśli już muszą pracować, to niech zatrudniają się jako sekretarki albo hostessy. Nie przeszkadzało to, oczywiście, starym dziadom załatwiać intratnych posadek swoim córeczkom. Banda hipokrytów.
- No to spotkało pana rozczarowanie - odparła spokojnie Agata. - Kolejnym będzie konieczność zamknięcia palmiarni i okolicznych terenów na kilka najbliższych dni.
- I to pani o tym decyduje? Palmiarnia i tak jest zamknięta z powodu remontu.
Nie miała czasu ani ochoty na słowne przepychanki. Kiedyś wyjaśniłaby mu w kilku ostrych słowach, jak należy okazywać szacunek wobec munduru, ale dawno już wyrosła z potrzeby udowadniania własnej wartości.
- Jak pan już zapewne wie, w okolicach godziny szesnastej w mieszczącej się za naszymi plecami palmiarni znaleziono zwłoki kobiety. Prowadzę tę sprawę i w związku z tym mam do pana kilka pytań. Rozumiem, że dostęp do środka powinna mieć tylko ekipa remontowa?
- Tak. Prace zaczęły się w zeszłym miesiącu, ale co to ma do rzeczy?
Sprawiał wrażenie urażonego, jakby uwłaczało mu składanie wyjaśnień przed kobietą. Co rusz zerkał w kierunku wejścia do palmiarni, unikając wzroku policjantki.
- Pan osobiście nadzorował prace? Dlaczego o godzinie szesnastej nikogo nie było na miejscu, a drzwi były otwarte?
- Co też pani opowiada? - Wyprostował się nagle jak struna. - Prace trwają od godziny szóstej rano do osiemnastej. Zresztą nie będziemy teraz o tym rozmawiać. Muszę wejść do środka i dopilnować, żeby nikt nie uszkodził daktylowca.
Ruszył do przodu, ale Agata błyskawicznie zastąpiła mu drogę. Zdziwiona mina Bogdanowicza nawet ją rozbawiła.
- Będziemy rozmawiać tutaj - oznajmiła spokojnie. - Potrzebuję namiarów do wszystkich członków ekipy remontowej. Nazwiska, adresy, numery telefonów. Chcę wiedzieć, dlaczego zakończyli pracę co najmniej dwie godziny przed czasem. Poza tym wątpię, by przegapili mordercę wspinającego się na palmę i przywiązującego do niej ciało.
- Powiedziała pani, do palmy? - Obrzucił ją oburzonym wzrokiem. Najwyraźniej bardziej interesowała go roślina niż życie jakiejś tam kobiety.
- Tak powiedziałam. Rozumiem, że to najcenniejszy okaz w całej palmiarni.
Mężczyzna się żachnął.
- Cóż za ignorancja. To jest, droga pani, ponadstuosiemdziesięcioletnia roślina. Serce parku. To właśnie z jej powodu cały ten ambaras z przebudową i podniesieniem dachu. Rada miasta wydzieliła na ten cel blisko osiem milionów złotych. Muszę tam wejść, i to natychmiast!
Czekało go kolejne rozczarowanie. Krzyk nigdy nie działał na Agatę, choć sama wielokrotnie podnosiła głos, by załatwić sprawę. Notując bez pośpiechu zeznania Bogdanowicza, zastanawiała się, co morderca chciał osiągnąć. Wątpiła, by miejsce pozostawienia zwłok było przypadkowe.
- Komuś przeszkadzała ta palma? - spytała, ignorując wściekły wzrok rozmówcy. - Osiem milionów to całkiem spora suma, którą można było przeznaczyć na inne cele. Nie było żadnych protestów?
- Akurat w tym temacie mieszkańcy Oliwy byli zgodni. Wszyscy stanęli murem za daktylowcem. Remont dawno już miał dobiec końca, ale drugi raz byliśmy zmuszeni zmienić wykonawcę. Patałachy zaniżały koszty w dokumentacji przetargowej. W praktyce okazało się, że nie potrafią zmieścić się w budżecie. Po pani słowach wnioskuję, że ta trzecia ekipa też nie wywiązuje się z obowiązków.
- Macie tu monitoring?
- I może jeszcze jacuzzi? - Pokręcił głową z politowaniem. - Palmiarnia i cały park Oliwski nie są biletowane. Samo ogrzewanie budynku pochłania rocznie ponad milion złotych, a na drzewach nie rosną pieniądze, tylko co najwyżej banany. Po co nam monitoring, skoro policja czuwa nad naszym bezpieczeństwem? - dodał ironicznie.
Od rozmowy z bucem rozbolała ją głowa. Dochodziła osiemnasta, a ona, zamiast odsypiać ciężką noc, słuchała narzekań głupiego dziada. I tak nie spodziewała się uzyskać od niego żadnych znaczących informacji. Wątpliwe, by osobiście angażował się w pracę w terenie, trzeba będzie wypytać podwładnych. Najrozsądniej z samego rana. Podjedzie do wydziału i kolejno przesłucha wszystkich pracowników, zwłaszcza tych najniższego szczebla, bo zwykle wiedzą najwięcej.
- To wróćmy do ekipy remontowej. Tak jak powiedziałam, potrzebuję nazwisk wszystkich pracowników i ich adresy.
- Mam wyrecytować z pamięci? Nie wiem, nie ja zajmuję się takimi rzeczami. Pamiętam tylko nazwę firmy: Her-Bud. Skoro to wszystko, to rozumiem, że mogę już wejść do środka?
Jeszcze chwilę wcześniej puściłaby go do domu i spisała jego zeznania dopiero następnego dnia, przy okazji przesłuchania pozostałych pracowników, ale swoimi odzywkami załatwił sobie wieczór na komendzie.
- Momencik. - Podeszła do drzwi. - Olkowski! Rusz dupę, pan kierownik chce z tobą porozmawiać.
Uśmiechnęła się do Bogdanowicza, gdy ten nerwowo przestępował z nogi na nogę. Musiała przyznać, że ewidentnie leżał mu na sercu główny okaz w palmiarni, nie zmieniało to jednak faktu, że jako człowiek był zwykłym prostakiem przywykłym do traktowania ludzi z góry.
Karol wyszedł po kilku sekundach. Prawie mu współczuła. Słaniał się na nogach, a w nagrodę czekała go jeszcze rozmowa z bucowatym urzędnikiem.
- Umieram - wymamrotał, wycierając pot z czoła. Łapczywie zaczerpnął świeżego powietrza. - O, jak tu dobrze. Co tam?
- Tu masz pana Olgierda Bogdanowicza, kierownika działu zieleni. Jak skończysz, zabierzesz pana na komendę i spiszesz zeznania. Rano chcę mieć wszystko na biurku.
- Serio? - Przez moment wyglądał, jakby chciał dodać coś jeszcze, ale zrezygnował.
- I tak już tutaj kończycie. Dasz sobie radę.
Poklepała go po spoconych plecach. Trochę było jej go żal, ale zszokowana mina Bogdanowicza wyparła jakiekolwiek wyrzuty sumienia.
***
Siedziba firmy Her-Bud mieściła się w południowej części Gdyni przy ulicy Parkowej. Wysoki budynek otoczony trawnikiem wyglądał jak przestroga dla mieszkańców domów postawionych po drugiej stronie ulicy. Nic, tylko czekać, aż dołączą do niego kolejne oszklone biurowce, a spokojne dotychczas osiedle zmieni się w zakorkowane centrum biznesu. Komisarz Stec przerabiała to na własnej skórze. Całe życie mieszkała na gdańskim Przymorzu, niegdyś kojarzącym się z falowcem i plażą, a teraz puchnącym za sprawą wieżowców mieszkalnych i równie paskudnych z wyglądu biurowców. Szkoda, że w tym wszystkim nie pomyślano o rozbudowie dróg. Dojazd na komendę zabierał jej dziesięć minut dłużej, a liczba samochodów wciąż rosła w zatrważającym tempie.
Odetchnęła z ulgą na widok wolnych miejsc parkingowych dla klientów firmy. Równie przyjemnym zaskoczeniem był brak parkometrów, które ostatnimi czasy wyrastały wszędzie niczym grzyby po deszczu. Łatwiej zgarniać pieniądze z przymusowych haraczy, niż zbudować parkingi z prawdziwego zdarzenia. Agata, mimo wykonywanego zawodu, sprzeciwiała się wystawianiu mandatów za nieopłacone parkowanie, czym w przeszłości wiele razy podpadła przełożonym. Na szczęście ten etap kariery dawno już miała za sobą.
Na podjeździe stał tylko jeden samochód - czarne bmw, zapewne należące do właściciela firmy. Stec wcześniej uprzedziła o swoim przyjeździe sekretarkę, która w ostatniej chwili zatrzymała mężczyznę w biurze. W trakcie krótkiej rozmowy telefonicznej zobowiązał się, że do przyjazdu komisarz zadzwoni do kierownika ekipy odpowiedzialnej za prace w oliwskiej palmiarni i wyciągnie od niego jak najwięcej informacji. Agata wątpiła jednak w skuteczność jego działań. Coś jej mówiło, że dotarcie do majstra wcale nie będzie takie proste.
Jacek Biernat czekał na nią przy recepcji. Stanowisko za jego plecami było puste, a przygaszone światła świadczyły o tym, że cały zespół zakończył już pracę. Agata nie mogła uciec od porównania Bogdanowicza, obrażonego za zawracanie głowy po godzinach, z uśmiechniętym mężczyzną, który wyszedł jej naprzeciw. Właściciel Her-Budu był znacznie młodszy, miał dobrze skrojony garnitur, szpakowate włosy i drobne zmarszczki od uśmiechu w kącikach oczu. W innych okolicznościach być może rozważyłaby, czyby nie zaprosić go na drinka.
- Komisarz Agata Stec - przedstawiła się oficjalnym tonem. - Dziękuję, że pan na mnie zaczekał.
- Nie ma za co. To oczywiste, że jestem do dyspozycji policji.
Nie dla wszystkich takie oczywiste, pomyślała, ściskając dłoń mężczyzny. Ruszyli razem korytarzem do gabinetu mieszczącego się na samym końcu. Pomimo przygaszonych świateł zwróciła uwagę na rozwieszone na ścianach zdjęcia zakończonych realizacji. Rozpoznała kompleks budynków mieszkalnych mijanych przez nią każdego dnia w drodze do pracy.
Sam gabinet nie wyróżniał się niczym szczególnym. Przestronny, z przeszklonymi drzwiami i oknami sięgającymi sufitu, wyglądał niczym wyjęty z katalogu z profesjonalnymi, acz nudnymi do bólu aranżacjami biur. Wszystko tu było kanciaste, nowoczesne i pozbawione duszy.
- Dzwoniłem do Patryka z dziesięć razy, ale wciąż nie odbiera - oświadczył mężczyzna, gdy usiedli po przeciwnych stronach biurka.
- Rozumiem, że mówi pan o osobie nadzorującej prace w palmiarni?
- Tak, tak. Patryk Brzozowski. Jeden z moich najlepszych ludzi. Współpracujemy od ponad dziesięciu lat i jeszcze nigdy nie nawalił. Tym bardziej dziwi mnie cała ta sytuacja. Przez telefon wspominała pani, że już o szesnastej nikogo tam nie było?
- Tak. Drzwi nie zabezpieczono, przez co weszła tam jakaś dzieciarnia i znalazła zwłoki kobiety.
Mężczyzna zwolnił blokadę oparcia fotela i zaczął nerwowo bujać się w przód i w tył. Agata patrzyła na niego uważnie. Facet wprawdzie sprawiał dobre wrażenie, ale jak na razie nie za bardzo okazał się przydatny.
- To do niego nie pasuje - stwierdził wreszcie.
- A pozostali pracownicy? Kontaktował się pan z nimi?
- Widzi pani, to nie takie proste. - Pochylił się w jej stronę i oparł łokcie na blacie biurka. - Przejęliśmy to zlecenie po dwóch innych ekipach, które nie podołały zadaniu. Nie chcę pani zanudzać szczegółami, ale podniesienie dachu o pięć metrów nie jest łatwą sprawą. Pomijając konieczność wzmocnienia fundamentów, największy problem stanowi palma. Nie można tak po prostu zdjąć obecnego zadaszenia i dobudować nowego, zwłaszcza teraz, gdy warunki atmosferyczne nie sprzyjają egzotycznym roślinom.
Rzuciła mu wyczekujące spojrzenie. Jak na właściciela dobrze prosperującej firmy przejawiał duże zapędy do owijania w bawełnę.
- Mówię to, żeby nakreślić pani specyfikę zlecenia - ciągnął, wróciwszy do irytującego bujania. - Nim zaczną się właściwe prace, trzeba najpierw wszystko pomierzyć i w związku z tym na miejscu był tylko Patryk. Czasem pomagał mu któryś z młodszych chłopaków. Rozmawiałem już z nimi i żaden w ostatnim tygodniu tam nie zachodził.
- A rusztowania?
- Pamiątka po poprzednikach. Dawno już mieli je zabrać, ale widocznie coś bardziej ich pochłonęło.
Czyli znowu nic, stwierdziła w myślach. Zaraz się okaże, że facet akurat tego dnia nie przyszedł do pracy, bo ściągnięto go do innego projektu lub zwyczajnie zapił na urodzinach u kolegi.
- Znalezienie pana Brzozowskiego jest teraz jednym z naszych priorytetów - oznajmiła zrezygnowana. - Potrzebuję aktualnego adresu zamieszkania. Proszę mi też powiedzieć, czy wcześniej w palmiarni wydarzyło się coś niepokojącego? Może ktoś protestował przeciwko remontowi albo poprzednicy rzucali wam kłody pod nogi?
- Nic takiego do mnie nie dotarło. Oczywiście wypytam chłopaków, ale wątpię. Wbrew pozorom to nie jest duży rynek i staramy się sobie nie bruździć. Co do adresu, to nawet nie muszę go szukać. Znamy się z Patrykiem od lat, parę razy byłem u niego z wizytą. Przypasowało mu to zlecenie, bo mieszka po przeciwnej stronie alei Grunwaldzkiej. Proszę bardzo, to jego wizytówka. - Podał jej prostokącik z kartonu.
Rozmowę uznała za zakończoną. Profesjonalizm jej podpowiadał, by jechała prosto do Brzozowskiego, ale pusty żołądek był innego zdania. Jakby w odpowiedzi na jej rozterki w kieszeni poczuła wibracje telefonu.
- Przepraszam - rzuciła, wyjmując komórkę. - W zasadzie to już skończyliśmy... O, w mordę!
Zdziwiona mina biznesmena przypomniała jej, gdzie się znajduje.
- Coś w sprawie śledztwa? - spytał.
- Nie, nie - odparła zmieszana. - Dziękuję za poświęcony mi czas. Jutro ktoś z naszych ludzi przyjedzie, żeby zebrać zeznania pomocników Brzozowskiego. Jeśli o czymś pan sobie przypomni, proszę do mnie zadzwonić.
Skrywając zażenowanie, wyjęła swoją wizytówkę i położyła na blacie biurka. Który to już raz zdarzyło jej się zachować w ten sposób? I to z jakiego powodu? Gdyby rzeczywiście znaleziono sprawcę, to mogłaby sobie wybaczyć, ale chodziło przecież o coś zupełnie innego. Skąd taka reakcja?
Szybko się pożegnała, po czym ruszyła w stronę samochodu. Była na siebie wściekła. Sama już nie wiedziała, czy z powodu bezmyślnej reakcji, czy treści otrzymanej wiadomości.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI