Rozdział 2
Macedonia, blisko granicy z Albanią
We wnętrzu ciężarówki było bardzo ciemno, a gwałtowne podskoki spowodowane przez niezliczone wyrwy w drogach o kiepskiej nawierzchni sprawiały, że Léi coraz bardziej przewracało się w żołądku. Od kilku dni podróżowała tym pojazdem, który śmierdział gnojem i zatrzymywał się od czasu do czasu, by pasażerowie wyszli za potrzebą. Jedno z dzieci cisnących się wokół niej, tak samo bladych i wystraszonych jak ona, nie wytrzymało i narobiło w majtki, przez co w środku panował smród nie do zniesienia.
Początkowo Léa rozpaczliwie wołała tatę i Marie, ale wymierzono jej siarczysty policzek i od tamtej pory już tylko cicho łkała, żeby ci źli ludzie jej nie słyszeli. Nikt się nie odzywał, jedynie od czasu do czasu przez hałas silnika ciężarówki przebijał się jakiś krzyk, natychmiast gwałtownie tłumiony. Léa drżała, sama nie wiedząc, czy ze strachu czy z zimna, i nie umiała nad tym zapanować. Płaszczyk, niedawno elegancki, a teraz brudny i cuchnący, prawie wcale nie chronił jej przed niskimi temperaturami. Mimo że była noc, przez dziurki, które ktoś zrobił w metalowych ścianach kontenera, żeby wpuszczały choć odrobinę powietrza, widać było śnieg skąpany w nierzeczywistym, lodowatym blasku księżyca.
Dziewczynce po raz enty zaburczało w brzuchu. W ciągu ostatnich kilku dni dostali do jedzenia jedynie kilka skibek twardego chleba z plasterkami zeschniętej wędliny. Najbardziej jednak chciało jej się pić. Tylko raz na jednym z tych rzadkich postojów ci ludzie dali im bidon, który przechodził z rąk do rąk, ale kiedy dotarł do Léi, okazało się, że w środku zostało zaledwie parę kropli.
Przemarznięta, głodna i umierająca z pragnienia, zwinęła się w kłębek na podłodze i próbowała spać mimo wstrząsów. Śniło jej się, że Marie przyniosła jej do łóżka szklankę ciepłego mleka i biszkopty, gdy nagle ciężarówka zatrzymała się ostro. Ciało Léi podskoczyło i uderzyła się boleśnie o nogę innego dziecka, a ono wyrzuciło z siebie coś, co zabrzmiało jak przekleństwo w nieznanym jej języku. Silnik zgasł i zapanowała przytłaczająca cisza. Wtem o metalowe ściany kontenera głośno walnęło coś ciężkiego, wywołując nieprzyjemne wibracje. Dzieci pozasłaniały sobie uszy i rozglądały się dookoła przerażone.
Wstrząsy i hałasy ciągnęły się przez kilka minut, po czym nagle kontener przechylił się gwałtownie i zaczął się unosić w górę. Nikt nie zwracał najmniejszej uwagi na spanikowane krzyki zamkniętych w nim maluchów.
Waszyngton, obecnie
Minęło kilka dni konfliktowego wspólnego mieszkania w małym apartamencie. Doktor Gaddi przez większą część dorosłego życia mieszkał sam, a Lian upierała się, by wszędzie mu towarzyszyć. Zgodziła się spuszczać go z oczu, jedynie gdy szedł do łazienki, a nawet wówczas, jeśli byli poza apartamentem, odprowadzała go pod drzwi. Naukowca, który nigdy nie grzeszył cierpliwością, diabli brali z tego powodu; obelgi i groźby, którymi ją obrzucał, nie miały końca. Lian jednak w najmniejszym stopniu nie przejmowała się jego wybuchami złości. Rozumiała, że ludziom nie jest łatwo wyrzec się swobody, gdy ktoś chodzi za nimi jak cień, a humory obecnego klienta czasami wydawały jej się wręcz komiczne. Ta jej niewzruszona postawa doprowadzała z kolei Roberta do szału, przez co stawał się dla niej jeszcze bardziej nieznośny niż dla pozostałych osób ze swojego otoczenia.
Wiele godzin spędzali w laboratorium. Ogarnięcie pracowni po napadzie i najściu funkcjonariuszy zajęło kilka dni, ale w końcu wyglądało na to, że wszystko znów jest pod kontrolą. Robert starał się sprawiać wrażenie całkowicie skupionego na pracy, lecz raz po raz zerkał na swojego ochroniarza. Lian nie nosiła z sobą książek ani czasopism, by zabić nudę, podczas gdy on co chwila sprawdzał dane w komputerze. Trwała w jakimś kącie pomieszczenia w całkowitym bezruchu, nie wydając najcichszych dźwięków. Robert nie uskarżał się na to. Gdyby przez cały czas nie był do bólu świadomy jej obecności, w ogóle nie zdawałby sobie sprawy, że ktoś mu towarzyszy.
Musiał przyznać, że Lian Zhao emanuje spokojem. Jej ruchy zawsze były dokładne i zadziwiająco eleganckie. Jakby delikatnie płynęła. Odkąd ją poznał, nie zauważył w jej języku ciała żadnej gwałtowności.
Obiady i kolacje jadali poza domem, choć kilka razy zamówił jedzenie na wynos i spożyli je w milczeniu przy stole przestronnej kuchni apartamentu. Lian parokrotnie proponowała, że zrobi zakupy w supermarkecie za rogiem, by przyrządzić coś do jedzenia, ale on zawsze sprzeciwiał się z burknięciem. Dlatego pewnego popołudnia, korzystając z tego, że naukowiec był pochłonięty jakimiś dokumentami, które przyniósł z pracy, Lian bez pytania wyszła, żeby kupić świeże owoce i warzywa. Najwyraźniej Robert nie zauważył jej nieobecności, bo kiedy z klaśnięciem w dłonie obwieściła, że kolacja na stole, spojrzał na nią zaskoczony.
- Co to jest? - Ze zmarszczonym czołem przyjrzał się rozstawionym na obrusie półmiskom z warzywami i ryżem. - Nie lubię zielska, nie jestem cholernym przeżuwaczem.
Nie przejmując się jego dąsami, Lian usiadła naprzeciwko niego, wzięła drewniane pałeczki, które też kupiła, napełniła sobie miseczkę i zaczęła jeść ze smakiem. Robert, widząc, że Lian nie zwraca na niego najmniejszej uwagi, nałożył sobie porcję i ignorując pałeczki, które położyła koło jego miski, zabrał się do jedzenia widelcem. Nagle uświadomił sobie, jaki jest głodny i że wszystko smakuje wyśmienicie.
- Było bardzo dobre - przyznał niechętnie, kiedy kolacja do ostatniego ziarenka ryżu zniknęła z półmisków, a Lian wstała, by przynieść deser. - Nie lubię owoców - dodał, patrząc na trzy plastry ananasa, które nałożyła mu na talerzyk.
- Twoje ciało jest święte, Robercie Gaddi. Powinieneś o nie dbać i zdrowo je odżywiać. Jedz.
Z niedowierzaniem wbił wzrok w tę drobną kobietę, która pozwalała sobie dawać mu rozkazy, jakby był upartym dzieciakiem. Ona jednak odpowiedziała spokojnym spojrzeniem, a on, ku własnemu zdziwieniu, wziął widelec i zaczął jeść. Kiedy skończył, wstał bez pomocy laski, szorstkim gestem pozbierał naczynia i kulejąc, zaniósł je do zmywarki.
- Jutro idziemy do opery - oznajmił burkliwie. - Mam nadzieję, że nie zamierzasz się przebierać za dziwoląga, jak masz w zwyczaju.
Wzruszyła ramionami.
- Jestem twoją ochroną. Nieważne, jak się ubieram.
- Dla mnie to ważne - mruknął nieprzyjemnie. - Nie mam ochoty pokazywać się z kobietą ubraną w ciuchy od Armii Zbawienia. Jutro zrobimy zakupy.
Lian spuściła wzrok i zmieszana, przyjrzała się swojemu ciemnobrązowemu spodnium - temu samemu, które miała na sobie w dniu, gdy się poznali.
- Co jest nie tak z moim ubraniem? Mam je od lat i jeszcze długo może mi dobrze służyć.
Robert, rozdrażniony, wzniósł oczy do nieba.
- Można wiedzieć, skąd się wzięłaś na ziemi? Jak to możliwe, że kobieta nie skacze z radości, kiedy ma okazję dostać w prezencie nową sukienkę?
- Nie potrzebuję sukienki - upierała się. - Spodnie są bardziej praktyczne w mojej pracy. Poza tym wcale nie jest konieczne, żebyś to ty mi coś kupował. - Pobiegła do kuchni i po chwili wróciła z lśniącą kartą kredytową, którą pokazała mu, jakby to był skarb. - Mam swój rachunek w banku i mnóstwo pieniędzy. Mało wydaję, a w ciągu ostatnich sześciu lat miałam bardzo hojne wynagrodzenia.
Rozbawiła go jej wyrażająca dumę mina, a jednocześnie zauważył u siebie nieoczekiwany przypływ czułości. Niemniej dalej mówił z nachmurzonym czołem:
- Może nadeszła pora, żebyś wydała nieco z tych pieniędzy na poprawienie swojego wyglądu. Po co mają leżeć w banku?
Znów wzruszyła ramionami.
- Nie wiem. Nie potrzebuję ich. Francis uparł się, że mam sobie otworzyć rachunek w banku, z powiązaną kartą kredytową, i pokazał, jak to zrobić.
Robert, pochylony z talerzami nad zmywarką, odwrócił się do niej gwałtownie, nagle czujny, niczym pies myśliwski, który trafił na trop królika.
- Kim jest Francis?
- Francis Kane to mój szef. - Na myśl o tym miłym, postawnym mężczyźnie, który ją tak dobrze traktuje, na jej ustach rozkwitł delikatny uśmiech.
Robertowi znowu zaparło dech w piersi.
- Twój szef? - Przyłapał się na dogłębnym rozdrażnieniu i nie miał pojęcia, skąd się wzięło. - Wnioskując po twojej minie, można by powiedzieć, że jest kimś znacznie więcej.
Lian w zamyśleniu przechyliła głowę gestem, który stawał się dla niego znajomy, i po kilku minutach zastanowienia odpowiedziała wreszcie z całkowitą powagą:
- Francis Kane jest też moim przyjacielem.
- Jesteście kochankami? - Pytanie wymknęło mu się z zaciśniętej szczęki i zaskoczeniem zauważył, że z zainteresowaniem czeka na odpowiedź.
Spojrzała na niego, jakby nie zrozumiała pytania, wobec czego niecierpliwie zadał je ponownie innymi słowami:
- Sypiasz z nim?
Choć miał już świadomość, że ta kobieta nigdy nie reaguje tak, jak by się spodziewał, zdziwił się, że jego obcesowość najwyraźniej jej nie obraziła. Lian Zhao była bardzo dziwną młodą osobą, a usłyszawszy jej odpowiedź, uznał ją za jeszcze większą dziwaczkę.
- Nie sypiam z nikim - odrzekła po prostu.
Robert zastygł osłupiały, patrząc w te szczere niebieskie oczy. Wreszcie pokręcił głową.
- Jak to: nie sypiasz? Chcesz powiedzieć, że nie lubisz spać z mężczyznami? Wolisz kobiety?
- Nie wiem.
- Jak to: nie wiesz? - Był coraz bardziej skonsternowany. Nagle przyszło mu do głowy coś prawie nie do pomyślenia. - Nie chcesz chyba, żebym uwierzył, że nigdy z nikim nie spałaś, co? Próbujesz mi wmówić, że jesteś dziewicą?
Lian wzruszyła ramionami, jakby w najmniejszym stopniu nie interesowało jej to, w co on uwierzy albo nie. Zdjęła ze stołu obrus, strząsnęła go i złożyła, by schować z powrotem do szuflady. Po czym wyszła z kuchni, w ogóle nie zwracając uwagi na mężczyznę, który niemal deptał jej po piętach, oparty na lasce.
- Uważasz mnie za idiotę? Powiedziałaś mi, że masz dwadzieścia sześć lat. Żadna kobieta nie jest dziewicą w tym wieku!
Zatrzymała się w pół kroku, tak że o mało na nią nie wpadł, i odwróciła się, patrząc mu w twarz.
- Dlaczego mówisz o tym w taki sposób, jakby to było coś strasznego?
Spojrzał z podziwem w te niebieskie oczy, które choć raz zdawały się ciskać gromy z oburzenia, i rzucił drwiąco:
- Zaraz zadzwonię do Księgi rekordów Guinnessa: to prawdziwe osiągnięcie. Powiedz: o co chodzi? Postanowiłaś wstąpić do klasztoru?
Próbował tylko zażartować sobie jej kosztem, dlatego zatkało go, kiedy odpowiedziała krótko:
- Tak.
Oszołomiony spojrzał na nią w zdumieniu. Przesunął wzrokiem po tej ładnej młodzieńczej twarzy bez śladu makijażu, co jeszcze bardziej podkreślało nieskazitelną satynową skórę, i znów z niedowierzaniem pokręcił głową.
- "Tak" co?
- Chcę wstąpić do klasztoru - odpowiedziała ze spokojem, jakby mówiła coś najnormalniejszego w świecie.
Bez większej delikatności złapał ją za ramię i pociągnął na przepastną sofę w salonie. Posadził ją niemal siłą, a sam opadł na siedzenie obok, wysunął przed siebie nogę, która znów go zaczęła boleć, i nie odrywając wzroku od twarzy Lian, zażądał:
- Opowiedz mi wszystko.
- Nie ma wiele więcej do opowiedzenia. Już ci mówiłam, że dorastałam w klasztorze Szaolin. Chciałam zostać mniszką, ale mistrz Cheng mi nie pozwolił.
Zrobiła ruch, żeby wstać, lecz Robert położył ciężko rękę na jej ramieniu i zatrzymał ją na sofie.
- Posłuchaj, wysmukła topolo, tym razem nie uciekniesz, dopóki nie odpowiesz na kilka pytań. Po pierwsze, chciałbym się dowiedzieć, co robiła kobieta w klasztorze Szaolin. O ile mi wiadomo, żyją tam tylko mężczyźni.
Lian wyprostowała się na siedzeniu jak struna, nie dotykając plecami oparcia. Złączyła ręce w spokojnym geście, jakby się szykowała do snucia opowieści, i zaczęła mówić słodkim, melodyjnym głosem:
- Mistrz Cheng zrobił dla mnie wyjątek. Początkowo prawie nie widać, czy dziecko jest chłopcem czy dziewczynką, i nie ma to znaczenia. Ale kiedy podrosłam, okazało się, że mam wielkie zdolności w zakresie wushu, co na Zachodzie nazywacie kung-fu. Znałam też dobrze zasady buddyzmu zen i mistrz pomyślał, że byłoby szkoda oddalić mnie z klasztoru. Sama chciałam zostać. Gdy skończyłam dwadzieścia lat, poprosiłam, by pozwolił mi złożyć śluby. Pomyślałam, że kiedy mistrza Chenga zabraknie i komuś przeszkadzałaby moja obecność, zawsze mogłabym się przenieść do klasztoru Yongtai, przeznaczonego dla kobiet, ale mistrz Cheng był innego zdania... - Oczy Lian pociemniały, na twarzy pojawiło się napięcie. - Powiedział, że jeszcze nie jestem gotowa, że muszę pójść w świat i znaleźć własną ścieżkę. Błagałam go, żeby pozwolił mi zostać, ale mnie nie posłuchał. Porozmawiał z Francisem Kane'em, którego znał od lat, i tak zaczęłam pracować w firmie ochroniarskiej. Mistrz mi obiecał, że dostanę jakiś znak, ale minęło już sześć lat, jak mieszkam na Zachodzie, i wciąż nie wiem, jaką ścieżką mam podążać. Pod koniec każdego roku wysyłam do mistrza list z prośbą, żeby mi pozwolił wrócić i złożyć śluby, ale zawsze dostaję taką samą odpowiedź: "Jeszcze za wcześnie".
Naukowcowi cała ta opowieść wydawała się zupełnie niewiarygodna, ale prostota i szczerość, z jakimi Lian ją snuła, przemawiały za tym, że dziewczyna mówi prawdę.
- I przez wszystkie te lata w nikim się nie zakochałaś? Żaden mężczyzna nie sprawił, że zmieniłaś zdanie?
Lian odpowiedziała, nie wahając się ani sekundy:
- Nie.
I niczym królowa, która uznała audiencję swoich pokornych poddanych za zakończoną, wstała i wyszła z pokoju.
Robert pozostał tam, gdzie siedział, z głową odchyloną na oparcie sofy, rozmyślając o tym, co właśnie usłyszał. W głowie mu się nie mieściło, że ta kobieta, wyglądająca jeszcze prawie jak dziewczynka, tak zdecydowanie wyrzekała się miłości. Choć osobiście nie wierzył w miłość - dla niego słowo to było zaledwie pretekstem, którym wiele osób próbuje usprawiedliwiać relacje seksualne - owszem, wierzył w starą dobrą żądzę. W zasadzie jedynym, czego szukał w zbliżeniach z kobietami, było zaspokojenie żądzy, i idea wyrzeczenia się tej ekscytującej satysfakcji na zawsze wydawała mu się niepojęta. I nie tylko to: owszem, jeśli się wysilił, umiał sobie wyobrazić życie buddyjskiej mniszki; żadnych restauracji, drogich samochodów, modnych ubrań, wyjść do teatru, opery czy kina; spokój, cisza, modlitwy... Robert pokręcił głową; na samą myśl o tym dostawał dreszczy.
W końcu wstał z sofy i włączył nowoczesny sprzęt audio, kryjący się wśród licznych książek, od których uginały się półki biblioteczki. Natychmiast pokój wypełniły dźwięki Cyganerii i Robert zamknął oczy, by bez zakłóceń smakować cudowny sopran solistki. Nagle szósty zmysł podpowiedział mu, że nie jest sam. Rozejrzał się i zobaczył, że na podłodze siedzi Lian w pozycji lotosu, z zamkniętymi oczami i wyrazem uniesienia na twarzy, który go zafascynował. Kiedy wybrzmiały ostatnie akordy, powoli otworzyła oczy, jakby wybudzona z transu.
- Podoba ci się opera?
- Nigdy dokąd nie słyszałam niczego podobnego. - Ożywiona twarz jeszcze odzwierciedlała zachwyt, jaki w młodej kobiecie wzbudziła muzyka.
- To aria Quando m'en vo' z Cyganerii Pucciniego. Na tę operę idziemy jutro do John F. Kennedy Center.
- Jest przepiękna. Szkoda, że nie rozumiem, o czym śpiewa ta kobieta.
- To bardzo zmysłowa aria. Musetta śpiewa, żeby przyciągnąć uwagę Marcella, swojego dawnego narzeczonego. Udaje, że śpiewa dla swojego starego kochanka, i sprawia, że Marcello pała zazdrością. Jednak bohaterami opery są hafciarka Mimí i poeta Rodolfo. Zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia, ale przez jej nieustanne kokieteryjne zachowanie on ją porzuca. Nie wie, że Mimí jest bardzo chora, a gdy się dowiaduje, czuje się winny, ponieważ uważa, że w czasie kiedy mieszkali razem, ona jeszcze bardziej podupadła na zdrowiu. W końcu schodzą się ponownie, lecz nie na długo, bo Mimí krótko potem umiera.
Lian z uwagą słuchała jego wyjaśnień. Robertowi jej pochłonięta opowieścią mina przywiodła na myśl zafascynowane baśnią dzieci. Doszedł do wniosku, że przy tym dziwnym dzieciństwie, jakie mała, najprawdopodobniej nie poznała wielu bajek.
- Chcesz posłuchać jeszcze raz?
Skinęła głową w milczeniu, nacisnął więc guzik pilota i pokój znów wypełniła muzyka. Gdy się skończyła, Lian wstała z podłogi i zanim wyszła, powiedziała tylko:
- Dziękuję.
?
Następnego dnia, po poranku spędzonym w pracowni, zjedli parę kanapek, siedząc w słońcu na kamiennych schodach budynku w otoczeniu dziesiątek urzędników, którzy też korzystali ze słabych promieni słonecznych. Kiedy skończyli, zamiast wracać do pracy, Robert zabrał Lian na zakupy, tak jak zapowiedział.
Sam nie miał obsesji na punkcie swojego wyglądu, ale lubił się dobrze ubierać i zawsze wybierał rzeczy dobrej jakości. Brązowe spodnium, które upodobała sobie Lian, o nieokreślnym kształcie i uszyte z taniego materiału, ostro kontrastowało z jego eleganckim, skrojonym na miarę grafitowym garniturem, nienaganną bladoniebieską koszulą i wąskim jedwabnym krawatem. Robert Gaddi, esteta przyznający, że kocha piękno w każdym jego aspekcie, był świadomy różnicy w wyglądzie ich dwojga; a już szczególnie działały mu na nerwy okropne czarne buty, które nosiła Lian, i nie był w stanie dłużej znosić takiego udręczenia.
Zaparkował samochód przed małym eleganckim butikiem w dzielnicy Georgetown, wysiadł, przytrzymał drzwi sklepu i niecierpliwym gestem dał znać Lian, że ma wejść do środka.
Rozejrzała się po wnętrzu szeroko otwartymi oczami. Francis Kane, kiedy wziął Lian pod opiekę, zabrał ją do kilku wielkich sklepów w Szanghaju. Tam kupiła sobie wszystko, co on uznał dla niej za niezbędne. Nigdy więcej nie chodziła na zakupy odzieżowe, a już tym bardziej do tak luksusowego miejsca jak to.
Podeszła do nich z szerokim sztucznym uśmiechem bardzo ładna kobieta ubrana według ostatniej mody.
- W czym mogę państwu pomóc?
- Ta młoda dama potrzebuje nowego ubrania, zwłaszcza kilku par butów.
Kobieta spojrzała na brzydkie pantofle Lian i nie zdołała ukryć przerażenia na twarzy.
- Niewątpliwie!
Przekonana, że dobrze zarobi na tych klientach, zaczęła pokazywać ubrania jedno po drugim, aż Lian zaprotestowała:
- Nie potrzeba mi aż tylu rzeczy!
Robert lekceważąco uniósł brew.
- Uwierz mi, córko, że właśnie potrzeba.
Nie zraziła się jednak i oświadczyła stanowczo:
- Nie chcę sukienek ani butów na obcasie. Jestem tu, żeby wykonywać swoją pracę, a te rzeczy nie będą do niej odpowiednie.
Sprzedawczyni, zauważywszy, jak opryskliwie ten elegancki i atrakcyjny brunet traktuje tę niepozorną młodą kobietę, wykluczyła założenie, że tych dwoje łączy jakaś miłosna relacja, i jej uśmiechy - kierowane niemal wyłącznie do Roberta - stały się jeszcze bardziej przymilne, a on odpowiadał, przesuwając lubieżnym wzrokiem po jej zmysłowym, pełnym sztucznych krągłości ciele, wywołując u niej rozkoszne łaskotanie. Niemniej kilka sekund później upór Lian zgasił w ekspedientce wszelką chęć do flirtowania.
Po zażartej dyskusji, z której Lian wyszła zwycięsko, a która jeszcze bardziej skwasiła Robertowi humor, uparta młoda klientka zgodziła się kupić jedynie kilka par spodni i parę pasujących do nich bluzek, dyskretnych i eleganckich. Niechętnie przystała na dwie pary butów, na których kupno Robert nalegał nieustępliwie, i już mieli płacić, gdy zauważył tęskne spojrzenie, jakim Lian obrzuciła wiszące na pobliskim wieszaku dżinsy. Bez słowa wziął je i również położył na ladzie, wraz z kilkoma koszulkami o wygodnym fasonie.
- Proszę. - Lian podała mu swoją kartę kredytową.
Robert spojrzał na obrażający go kawałek plastiku, jakby to był karaluch, po czym odsunął go tak szorstkim gestem, że karta poleciała na podłogę.
- Nie prowokuj mnie więcej, Lian - burknął, ciskając gromy złocistymi oczami. - Przyjmij, że jest to część twojego wynagrodzenia. Nie zniósłbym ani dnia dłużej, patrząc na ciebie w tych okropnych ciuchach i straszliwych butach. Jesteś obrazą dla dobrego smaku.
Lian w milczeniu schyliła się po kartę. Gdy się wyprostowana, stanęła przed nim, prężąc całą swoją drobną figurę i jedwabistym głosem, od którego Robertowi włos się zjeżył na karku, ostrzegła:
- Następnym razem, gdy będziesz dla mnie nieuprzejmy, obronię się.
- Umieram ze strachu! - odparł sarkastycznie.
Coś w tych spokojnych niebieskich oczach powiedziało mu jednak, że lepiej mieć się na baczności i z panną Zhao obchodzić się ostrożnie.
?
Stojąc w salonie, elegancko ubrany w ciemny garnitur i białą koszulę, która uwydatniała opaleniznę twarzy, Robert czekał niecierpliwie na swoją ochronę osobistą. Nagle szósty zmysł kazał mu się odwrócić i oto Lian była już w pokoju. Jak zwykle weszła zupełnie bezgłośnie. Utkwił w niej wzrok. Miała na sobie obcisłe czarne spodnie od smokingu i perłową jedwabną bluzkę, którą doradziła jej kupić ekspedientka w butiku. I włożyła jedne z tych nowych butów, mających zaledwie niewielki obcasik. Robert wiedział, że większość kobiet, które spotkają tego wieczoru w John F. Kennedy Center, będzie ubrana znacznie szykowniej, w suknie i niemożliwie wysokie szpilki, mimo to pomyślał, że Lian Zhao wygląda bardzo atrakcyjnie i elegancko.
Zamiast końskiego ogona, w który zazwyczaj wiązała sobie niedługie jasne włosy, upięła je w mały koczek na karku i jak się okazało, ta skromna fryzura idealnie pasowała do jej wieku. Lian nie miała na twarzy ani śladu makijażu, ale zupełnie wystarczały lekko zarumienione policzki i piękne niebieskie oczy błyszczące z podekscytowania. Kiedy Robert tak jej się nieskrępowanie przyglądał, przyszła mu na myśl uduchowiona uroda Wenus Botticellego i nagle zapragnął wyciągnąć rękę i pogładzić Lian po policzku. Zirytowany tą głupią zachcianką, rzekł opryskliwie:
- Przynajmniej tego wieczoru nie będę się za ciebie wstydzić. - Złapał energicznie swoją drewnianą laskę i wykuśtykał z pokoju, nie czekając na Lian.
?
Zostawili samochód pod opieką jednego z licznych parkingowych czekających przed gmachem opery i wraz z resztą wytwornej publiczności, na którą w dużej mierze składała się waszyngtońska śmietanka towarzyska, skierowali się do wnętrza.
Lian nie odstępowała go ani na pół kroku i Robert zauważył, że dziewczyna ledwie zwraca uwagę na imponujący wystrój budynku czy na zwieszające się z sufitu ogromne kryształowe żyrandole. Wyraźnie było widać, że jest profesjonalistką i jedyne, co ją zajmuje w tej chwili, to możliwość ataku. W pewnym momencie Robert spostrzegł, że ktoś zbliża się do nich szybciej, niż to było przyjęte, a Lian natychmiast wsunęła się między niego a tamtego człowieka. Był to fałszywy alarm, niemniej naukowiec doznał niezwykłego dla niego uczucia na myśl o tym, że ta krucha z wyglądu panna Zhao była bardziej niż gotowa przyjąć każdy wymierzony w niego cios.
Robert lekkim skinieniem głowy przywitał się z kilkoma znajomymi, ale nie zatrzymał się na rozmowę z żadnym z nich, prowadząc Lian prosto do dwóch miejsc na parterze, pośrodku rzędu, na które rok po roku opłacał stałą rezerwację na swoje nazwisko. Z nieokreślonym burknięciem zajął miejsce i wyciągnął przed siebie lewą nogę najdalej, jak się dało.
Uwadze Lian nie uszedł grymas bólu, który przemknął przez jego twarz przy siadaniu.
- Boli cię noga, Robercie Gaddi?
- Zaraz się okaże, że jesteś również lekarką, dociekliwy krzewie?
Ból nogi sprawił, że Robert wyładował się na niej, lecz Lian, co dla niej typowe, nie tylko nie dała się sprowokować, a nawet nie raczyła mu odpowiedzieć. Na szczęście zanim naukowiec poczynił jakąś kolejną zjadliwą uwagę, zaczął się pierwszy akt.
Muzyka należała do tych nielicznych rzeczy, które pozwalały Robertowi pogodzić się z ludzkością, dlatego nie pozwalał, aby ktoś lub coś przeszkadzało mu w słuchaniu. Jednakże tym razem, mimo że Cyganeria zaliczała się do jego ulubionych oper, sam się rozpraszał i od czasu do czasu rzucał ukradkowe spojrzenie na swą towarzyszkę, obserwując jej reakcje. Lian siedziała obok niego bardzo spokojnie, z małymi dłońmi złożonymi na podołku, jak przystało na grzeczną dziewczynkę, ale Roberta znowu zafascynowała jej urzeczona mina. Lian zdawała się słuchać całym ciałem, jakby chciała chłonąć muzykę do ostatniego dźwięku. W pewnym momencie po gładkiej skórze jej policzka niczym szklany paciorek ześliznęła się samotna łza, ona zaś nie zrobiła nic, by ją zatrzymać. Wbrew sobie Robert czuł się poruszony do głębi. Nigdy nie spotkał nikogo o tak wielkiej wrażliwości muzycznej; było jasne, że zadziwiającej Lian Zhao daleko jest do zwyczajnej młodej kobiety.
Gdy skończył się trzeci akt, poszli coś przekąsić w barze. Kelner zbierał już talerze, kiedy za ich plecami zabrzmiał kobiecy głos:
- Robercie, kochany! Myślałam, że się zaszyłeś w swojej włoskiej kryjówce.
Natychmiast wstał i ze staroświecką kurtuazją, która zaskoczyła Lian, pochylił się nad wyciągniętą ręką pięknej, eleganckiej kobiety po trzydziestce, rozbierającej go spojrzeniem do naga.
- Jak widzisz, Britanny, nie zaszyłem się.
Złociste oczy długim, taksującym spojrzeniem przesunęły się po wielkich piersiach, które sprawiały wrażenie, jakby zaraz miały wyskoczyć z głębokiego dekoltu niebieskiej satynowej sukni.
- Kim ona jest? - zapytała brunetka o bujnych kształtach, wskazując podbródkiem Lian.
- Ona? - Robert zwrócił się w stronę swojej ochrony, jakby zdążył zapomnieć o jej obecności. - Nikim. Przyjmij, że to kolejne drzewko w krajobrazie.
Britanny odrzuciła głowę w tył i wybuchnęła złośliwym śmiechem, po czym położyła dłoń o długich czerwonych paznokciach na jego białej koszuli na wysokości piersi i szepnęła zmysłowo:
- Robercie, kochany, moglibyśmy wyjść razem i w wielkim stylu nacieszyć się naszym nieoczekiwanym spotkaniem.
- Co sugerujesz? - odszepnął przekornie przyciszonym głosem.
- U ciebie czy u mnie? - odpowiedziała kolejnym pytaniem, nie przestając pieścić jego sutka przez bawełnianą tkaninę.
- Obawiam się, że koniecznie u mnie, Britanny. Zobligowano mnie, żebym nie ruszał się nigdzie bez niańki. - Lekceważonym ruchem głowy wskazał Lian.
- O ile nie zechce dołączyć do zabawy... - Brunetka posłała mu wielce znaczący uśmiech.
- Sądzę, że nie zechce. Panna Zhao nie wiedziałaby nawet, gdzie zacząć - stwierdził z okrucieństwem w głosie, wciąż ukradkowo obserwując Lian.
Jej twarz jednak nie zdradzała najmniejszych emocji.
W tej chwili zapowiedziano rozpoczęcie czwartego aktu, zatem dwoje starych znajomych pożegnało się, ustaliwszy, że po spektaklu spotkają się przed budynkiem koło fontanny. Robert i Lian w milczeniu wrócili na swoje miejsca i choć pilnie ją obserwował w półmroku, nie zdołał już na tej nieprzeniknionej twarzy dostrzec ani śladu poprzedniego zachwytu.
?
Mimo że Lian położyła się spać już jakiś czas temu, hałasy dobiegające z przyległego pokoju nie dawały jej zasnąć. "Wyjątkowo nieprzyjemna kobieta" - pomyślała poirytowana. Jej okrzyki rozkoszy, w kontraście z milczeniem mężczyzny, który jej towarzyszył w erotycznych zabawach, przebijały się przez cienkie ściany apartamentu, podobnie jak skrzypienie sprężyn łóżka i rozlegające od czasu do czasu łupnięcie czymś o wezgłowie. Lian, mając dość przekręcania się z boku na bok, wzięła z szafki nocnej mala i nie zapalając świateł, przeszła do salonu, gdzie krzyki kobiety były przynajmniej trochę stłumione. Nieco uspokojona, usiadła na podłodze ze skrzyżowanymi nogami i zaczęła przesuwać w dłoniach paciorki sznura modlitewnego.
Tymczasem Robert w swojej sypialni dyskutował z kochanką.
- Daj spokój, Britanny, nie zaczynaj znowu. Wiesz, że nie lubię spać z kimś w łóżku. Muszę wyciągnąć nogę, żeby mnie nie bolała.
- Ależ, kochany...
Britanny próbowała ponownie zarzucić mu ramiona na szyję, lecz on natychmiast się od niej odsunął i usiadł na skraju materaca, by włożyć spodnie od piżamy.
W końcu brunetka się poddała i nie przestając wyrzekać, zaczęła zbierać swoje ubrania rozrzucone po całym pokoju. Robert zadzwonił po taksówkę i cierpliwie czekał, aż jego kochanka się ubierze, po czym odprowadził ją do drzwi.
- Do widzenia, Britanny, taksówka czeka na dole.
- Dupek! - zawołała na pożegnanie.
Naukowiec z niezmąconym spokojem zamknął za nią drzwi i wrócił do swojej sypialni. Mijając salon, pod wpływem impulsu wszedł do niego i w przytłumionym świetle wpadającym z korytarza ujrzał Lian siedzącą na podłodze z zamkniętymi oczami, pogrążoną w głębokiej medytacji. Zapalił światło i zafascynowany patrzył, jak dziewczyna niejako budzi się z głębokiego snu. Wyglądała bardziej po dziecięcemu niż kiedykolwiek, w cienkiej białej piżamie i ze zmierzwionymi rozpuszczonymi jasnymi włosami. Robert z wielkim rozdrażnieniem zauważył u siebie nagłe ukłucie żądzy w lędźwiach.
Faktem jest, że chociaż zastosował szeroki arsenał technik miłosnych, żeby zaspokoić Britanny, sam nie czuł się przy tym szczególnie podniecony - może dlatego, że wciąż myślał o kobiecie, która wszystko słyszy z drugiej strony ścianki działowej - ale brunetka niczego nie zauważyła i najwyraźniej sama została zaspokojona. Niemniej wobec swojej nagłej i niepokojącej reakcji na zupełnie nieoczywiste wdzięki tej namiastki kobiety, Robert poczuł się jak stary satyr śliniący się na widok dziewiczych uroków młodej panienki, co kompletnie zepsuło mu humor.
- Co ty tu robisz? Szpiegowałaś nas? - spytał urągliwie.
Lian odpowiedziała spokojnie:
- Nie, Robercie Gaddi, nie trzeba było was szpiegować. Tak hałasowaliście, że nie mogłam spać.
- Może twój umysł niezaspokojonej, tłumiącej żądze dziewicy zastanawiał się, jak to jest uprawiać miłość z mężczyzną... - Robert, ubrany tylko w ciemne spodnie od piżamy, oparł się o framugę drzwi i skrzyżował ramiona na imponującej nagiej piersi, jeszcze wydatniej prezentując przy tym mięśnie ramion.
Niebieskie oczy obojętnie prześliznęły się po jego męskim ciele.
- Nie sądzę, żeby to, co uprawialiście, było miłością - odrzekła Lian z pogardą. - Raczej sprawiało wrażenie spotkania dwóch zwierząt, dwóch bezpańskich psów, które, niezdolne do powstrzymania swoich impulsów, kopulują na oczach świata.
- Chyba nie próbujesz dawać mi umoralniających lekcji, prawda, sfrustrowana mała mniszko? - Robert zmrużył powieki i jego oczy błysnęły złociście.
- Niczego nie próbuję, Robercie Gaddi. Mówię tylko, że twoje ciało jest świątynią i nie powinieneś zapraszać do niego byle kogo.
Słysząc to, poczuł się dziwnie zawstydzony, co wzbudziło w nim gniew, który skierował prosto na nią.
- Zwalniam cię! Jutro z samego rana spakujesz swoje manatki i wynocha!
Na jego szyi nabrzmiała i zapulsowała gruba żyła. Zaślepiony gniewem, walnął pięścią w ścianę i nagły ból natychmiast przywrócił mu rozsądek.
Lian z typowymi dla siebie płynnymi, eleganckimi ruchami wstała i wyszła z pokoju; bose stopy przemykały po podłodze jak po wodzie. Kiedy znalazła się u siebie, położyła się do łóżka i od razu zasnęła, ale jej sny nie były miłe.
?
Następnego dnia rano Robert Gaddi wyszedł z sypialni boso, nadal ubrany jedynie w spodnie od piżamy, i pokuśtykał do kuchni. Idąc przez salon, udał, że nie widzi smukłej kobiecej postaci siedzącej spokojnie na jednym z foteli, z czarnym plecakiem, stanowiącym cały jej bagaż, u stóp. Znów była ubrana w swoje okropne brązowe spodnium i te obrzydliwe buty. Wracając z kuchni, naukowiec wszedł do salonu, oparł się o ścianę i pociągnął łyk soku pomarańczowego prosto z butelki, którą trzymał w ręce.
- Jeszcze tu jesteś? - zapytał z udawaną obojętnością.
- Drzwi są zamknięte na klucz.
Jak zwykle jasne oczy miały w sobie spokój wód jeziora.
- Nie mów! - Rober pacnął się w czoło. - Gdzie ja mam głowę?
- Klucz pewnie jest w twoim pokoju.
- Możliwe, możliwe... - odpowiedział niewyraźnie, po czym zaraz zmienił temat. - Dlaczego znów jesteś tak ubrana?
- W nocy mnie zwolniłeś. A wcześniej mówiłeś, że ubranie jest częścią mojego wynagrodzenia. Nie zarobiłam na nie, dlatego ci je zwracam.
"To trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć" - pomyślał. Pierwszy raz spotkał się z tym, żeby kobieta zwróciła prezent. Popatrzył na tę spokojną młodzieńczą twarz i znów mu się przypomniał obraz Botticellego. W pannie Zhao był jakiś niezwykły rodzaj uduchowienia.
- Dobrze. Zatrudniam cię ponownie. Idź i się przebierz. - Machnął ręką niczym książę gestem udzielający przyzwolenia, lecz Lian wciąż siedziała nieporuszona. Rzucił więc niecierpliwie: - Na co czekasz? Ani sekundy dłużej nie zniosę widoku tych ohydnych butów!
Lian nie poruszyła się i naukowiec zaczął się wściekać.
- Co się stało? Ogłuchłaś, uparta sosno?
- Nie rozumiem cię. Najpierw każesz mi iść, a teraz mówisz, żebym została.
Robert przesunął sobie ręką po zmierzwionych ciemnych włosach, a potem potarł szorstką szczękę, na której zaczynał się już pojawiać gęsty zarost. Wpatrywał się przy tym w Lian ze zmarszczonym czołem.
- Czy tylko kobiety mogą zmieniać zdanie?
- "Najgorsza decyzja to brak decyzji" - odpowiedziała bardzo poważnie.
- Kolejna maksyma mistrza Chenga? - Drwiąco uniósł brew.
- Nie, to powiedział twój rodak. Benjamin Franklin.
- Zobaczymy, czy ci się ta spodoba: "Robię, na co mam ochotę, kiedy mam ochotę", Robert Gaddi. Wczoraj cię zwolniłem, a dziś zatrudniam z powrotem. Kropka.
Lian wstała z fotela, wzięła plecak i skierowała się do swojej sypialni, by go ponownie rozpakować. Przechodząc, popatrzyła na naukowca wielkimi niebieskimi oczami i wygłosiła kolejną zbijającą z tropu maksymę, po której miał ochotę ją trzepnąć:
- Nikt nie ma takiej wolności, Robercie Gaddi.
?
Pół godziny później prowadził czarne maserati, mknąc do pracowni. Siedząca obok niego Lian raz po raz przesuwała dłonią po swoich nowych dżinsach. Naukowcowi nie umknął ten gest. Robert zauważył, że przynajmniej ten zakup dziewczynie się spodobał. W pasującej do spodni koszulce z nadrukiem i wygodnych mokasynach od Tod'sa, na których kupno Robert się uparł, wyglądała na stylowo ubraną studentkę, córkę zamożnej rodziny.
Cały dzień spędzili zamknięci w laboratorium, ponieważ Robert jak zwykle miał do porównania ogromne ilości danych. Zrobili sobie tylko niedługą przerwę na zjedzenie kanapek. W końcu, około dziewiątej wieczór, naukowiec podniósł wzrok znad monitora komputerowego, splótł sobie dłonie na karku i rozciągnął zesztywniałe mięśnie szyi.
- Dość na dziś! Jedziemy do domu.
Lian posłusznie wstała z podłogi, gdzie swoim zwyczajem siedziała cały czas ze skrzyżowanymi nogami, i energicznie otrzepała sobie dżinsy. O tej porze budynek był już pusty, a oświetlenie na korytarzach przygaszone. Robert przycisnął guzik windy. Podjechała natychmiast, inaczej niż w godzinach szczytu, kiedy zatrzymuje się po drodze na wszystkich piętrach. Przecięli hol i pożegnali się ze strażnikiem, który na licznych ekranach sprawdzał wnętrza gabinetów i korytarzy monitorowane kamerami bezpieczeństwa.
Na zewnątrz zdążyła już zapaść noc, na opustoszałych ulicach nie było żywego ducha. Robert rano zaparkował na końcu przecznicy. Teraz, kiedy od wozu dzieliło go już tylko kilka metrów, wyjął pilota i pstryknął. W tym momencie rozpętało się istne piekło, oglądane jak gdyby w zwolnionym tempie. Zamigały kierunkowskazy samochodu i nagle ciemność rozdarł oślepiający wybuch. Naukowiec ledwie zdołał zarejestrować, co się wydarzyło, gdy ktoś go gwałtownie powalił tuż za betonowym murkiem. I nagle znalazł się twarzą między małymi ciepłymi piersiami swojej wybawicielki, która go osłoniła własnym lekkim ciałem, najwyraźniej z zamiarem ratowania go przed eksplozją.
Oszołomiony, ogarniał w tej chwili jedynie świeży aromat - egzotyczną mieszaninę goździków i pomarańczy - tej skóry, do której przytknął arystokratyczny nos, odziedziczony po florentyńskich przodkach. Pozostałe zmysły odzyskał dopiero w niewielkim stopniu, słysząc poważny, słodki głos, rozbrzmiewający tuż przy jego uchu:
- Jesteś ranny, Robercie Gaddi?
Poruszył ostrożnie mięśniami i kończynami, próbując ocenić szkody. Przeklęta noga bolała go jak nigdy, ale poza tym wszystko wydawało się w porządku. Z dala dobiegł odgłos pierwszych syren; policja była w drodze.
- Nic mi nie jest, Lian. A ty? Nie jesteś ranna?
Otoczył ją ramionami, jednocześnie przesuwając palce z góry na dół po jej kręgosłupie w poszukiwaniu zranień, ale jedyne, co odkrył, to to, że jedną ręką mógłby prawie całkowicie objąć jej miękko wciętą talię.
- Nie.
Lian zręcznie uwolniła się z jego objęć, wstała sprężyście i pomogła mu podnieść się na nogi, a potem znalazła laskę, która odtoczyła się kilka metrów dalej. Wspierając się na niej, Robert przyglądał się kupie dymiącego żelastwa, w jaką zmieniło się jego imponujące maserati. Potem odwrócił się, żeby spojrzeć na osmaloną twarz dziewczyny, która spokojnie stała u jego boku.
- Uratowałaś mi życie - stwierdził, nie odrywając złocistych tęczówek od jej twarzy, która umazana smugami sadzy, wydawała się jeszcze bardziej dziecinna.
- To moja praca. - Objęła się ramionami, ale nagle cały spokój zniknął z jej twarzy, ustępując bardzo niepocieszonej minie. - O nie!
- Co się stało? - Wystraszony, znów zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów, szukając jakiejś rany.
- Podarły mi się dżinsy!
Strażnik, który właśnie pośpiesznie nadbiegł, zaalarmowany przerażającym wybuchem, nie mógł uwierzyć, że ten wysoki brunet w eleganckim, teraz brudnym i poszarpanym, garniturze, akurat ma jakiś powód, żeby wybuchnąć głośnym śmiechem.