Bonsai w Toskanii - Isabel Keats

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 2

Ma­ce­do­nia, bli­sko gra­nicy z Al­ba­nią

We wnę­trzu cię­ża­rówki było bar­dzo ciemno, a gwał­towne pod­skoki spo­wo­do­wane przez nie­zli­czone wy­rwy w dro­gach o kiep­skiej na­wierzchni spra­wiały, że Léi co­raz bar­dziej prze­wra­cało się w żo­łądku. Od kilku dni po­dró­żo­wała tym po­jaz­dem, który śmier­dział gno­jem i za­trzy­my­wał się od czasu do czasu, by pa­sa­że­ro­wie wy­szli za po­trzebą. Jedno z dzieci ci­sną­cych się wo­kół niej, tak samo bla­dych i wy­stra­szo­nych jak ona, nie wy­trzy­mało i na­ro­biło w majtki, przez co w środku pa­no­wał smród nie do znie­sie­nia.

Po­cząt­kowo Léa roz­pacz­li­wie wo­łała tatę i Ma­rie, ale wy­mie­rzono jej siar­czy­sty po­li­czek i od tam­tej pory już tylko ci­cho łkała, żeby ci źli lu­dzie jej nie sły­szeli. Nikt się nie od­zy­wał, je­dy­nie od czasu do czasu przez ha­łas sil­nika cię­ża­rówki prze­bi­jał się ja­kiś krzyk, na­tych­miast gwał­tow­nie tłu­miony. Léa drżała, sama nie wie­dząc, czy ze stra­chu czy z zimna, i nie umiała nad tym za­pa­no­wać. Płasz­czyk, nie­dawno ele­gancki, a te­raz brudny i cuch­nący, pra­wie wcale nie chro­nił jej przed ni­skimi tem­pe­ra­tu­rami. Mimo że była noc, przez dziurki, które ktoś zro­bił w me­ta­lo­wych ścia­nach kon­te­nera, żeby wpusz­czały choć odro­binę po­wie­trza, wi­dać było śnieg ską­pany w nie­rze­czy­wi­stym, lo­do­wa­tym bla­sku księ­życa.

Dziew­czynce po raz enty za­bur­czało w brzu­chu. W ciągu ostat­nich kilku dni do­stali do je­dze­nia je­dy­nie kilka ski­bek twar­dego chleba z pla­ster­kami ze­schnię­tej wę­dliny. Naj­bar­dziej jed­nak chciało jej się pić. Tylko raz na jed­nym z tych rzad­kich po­sto­jów ci lu­dzie dali im bi­don, który prze­cho­dził z rąk do rąk, ale kiedy do­tarł do Léi, oka­zało się, że w środku zo­stało za­le­d­wie parę kro­pli.

Prze­mar­z­nięta, głodna i umie­ra­jąca z pra­gnie­nia, zwi­nęła się w kłę­bek na pod­ło­dze i pró­bo­wała spać mimo wstrzą­sów. Śniło jej się, że Ma­rie przy­nio­sła jej do łóżka szklankę cie­płego mleka i bisz­kopty, gdy na­gle cię­ża­rówka za­trzy­mała się ostro. Ciało Léi pod­sko­czyło i ude­rzyła się bo­le­śnie o nogę in­nego dziecka, a ono wy­rzu­ciło z sie­bie coś, co za­brzmiało jak prze­kleń­stwo w nie­zna­nym jej ję­zyku. Sil­nik zgasł i za­pa­no­wała przy­tła­cza­jąca ci­sza. Wtem o me­ta­lowe ściany kon­te­nera gło­śno wal­nęło coś cięż­kiego, wy­wo­łu­jąc nie­przy­jemne wi­bra­cje. Dzieci po­za­sła­niały so­bie uszy i roz­glą­dały się do­okoła prze­ra­żone.

Wstrząsy i ha­łasy cią­gnęły się przez kilka mi­nut, po czym na­gle kon­te­ner prze­chy­lił się gwał­tow­nie i za­czął się uno­sić w górę. Nikt nie zwra­cał naj­mniej­szej uwagi na spa­ni­ko­wane krzyki za­mknię­tych w nim ma­lu­chów.

Wa­szyng­ton, obec­nie

Mi­nęło kilka dni kon­flik­to­wego wspól­nego miesz­ka­nia w ma­łym apar­ta­men­cie. Dok­tor Gaddi przez więk­szą część do­ro­słego ży­cia miesz­kał sam, a Lian upie­rała się, by wszę­dzie mu to­wa­rzy­szyć. Zgo­dziła się spusz­czać go z oczu, je­dy­nie gdy szedł do ła­zienki, a na­wet wów­czas, je­śli byli poza apar­ta­men­tem, od­pro­wa­dzała go pod drzwi. Na­ukowca, który ni­gdy nie grze­szył cier­pli­wo­ścią, dia­bli brali z tego po­wodu; obe­lgi i groźby, któ­rymi ją ob­rzu­cał, nie miały końca. Lian jed­nak w naj­mniej­szym stop­niu nie przej­mo­wała się jego wy­bu­chami zło­ści. Ro­zu­miała, że lu­dziom nie jest ła­two wy­rzec się swo­body, gdy ktoś cho­dzi za nimi jak cień, a hu­mory obec­nego klienta cza­sami wy­da­wały jej się wręcz ko­miczne. Ta jej nie­wzru­szona po­stawa do­pro­wa­dzała z ko­lei Ro­berta do szału, przez co sta­wał się dla niej jesz­cze bar­dziej nie­zno­śny niż dla po­zo­sta­łych osób ze swo­jego oto­cze­nia.

Wiele go­dzin spę­dzali w la­bo­ra­to­rium. Ogar­nię­cie pra­cowni po na­pa­dzie i naj­ściu funk­cjo­na­riu­szy za­jęło kilka dni, ale w końcu wy­glą­dało na to, że wszystko znów jest pod kon­trolą. Ro­bert sta­rał się spra­wiać wra­że­nie cał­ko­wi­cie sku­pio­nego na pracy, lecz raz po raz zer­kał na swo­jego ochro­nia­rza. Lian nie no­siła z sobą ksią­żek ani cza­so­pism, by za­bić nudę, pod­czas gdy on co chwila spraw­dzał dane w kom­pu­te­rze. Trwała w ja­kimś ką­cie po­miesz­cze­nia w cał­ko­wi­tym bez­ru­chu, nie wy­da­jąc naj­cich­szych dźwię­ków. Ro­bert nie uskar­żał się na to. Gdyby przez cały czas nie był do bólu świa­domy jej obec­no­ści, w ogóle nie zda­wałby so­bie sprawy, że ktoś mu to­wa­rzy­szy.

Mu­siał przy­znać, że Lian Zhao ema­nuje spo­ko­jem. Jej ru­chy za­wsze były do­kładne i za­dzi­wia­jąco ele­ganc­kie. Jakby de­li­kat­nie pły­nęła. Od­kąd ją po­znał, nie za­uwa­żył w jej ję­zyku ciała żad­nej gwał­tow­no­ści.

Obiady i ko­la­cje ja­dali poza do­mem, choć kilka razy za­mó­wił je­dze­nie na wy­nos i spo­żyli je w mil­cze­niu przy stole prze­stron­nej kuchni apar­ta­mentu. Lian pa­ro­krot­nie pro­po­no­wała, że zrobi za­kupy w su­per­mar­ke­cie za ro­giem, by przy­rzą­dzić coś do je­dze­nia, ale on za­wsze sprze­ci­wiał się z burk­nię­ciem. Dla­tego pew­nego po­po­łu­dnia, ko­rzy­sta­jąc z tego, że na­uko­wiec był po­chło­nięty ja­ki­miś do­ku­men­tami, które przy­niósł z pracy, Lian bez py­ta­nia wy­szła, żeby ku­pić świeże owoce i wa­rzywa. Naj­wy­raź­niej Ro­bert nie za­uwa­żył jej nie­obec­no­ści, bo kiedy z kla­śnię­ciem w dło­nie ob­wie­ściła, że ko­la­cja na stole, spoj­rzał na nią za­sko­czony.

- Co to jest? - Ze zmarsz­czo­nym czo­łem przyj­rzał się roz­sta­wio­nym na ob­ru­sie pół­mi­skom z wa­rzy­wami i ry­żem. - Nie lu­bię ziel­ska, nie je­stem cho­ler­nym prze­żu­wa­czem.

Nie przej­mu­jąc się jego dą­sami, Lian usia­dła na­prze­ciwko niego, wzięła drew­niane pa­łeczki, które też ku­piła, na­peł­niła so­bie mi­seczkę i za­częła jeść ze sma­kiem. Ro­bert, wi­dząc, że Lian nie zwraca na niego naj­mniej­szej uwagi, na­ło­żył so­bie por­cję i igno­ru­jąc pa­łeczki, które po­ło­żyła koło jego mi­ski, za­brał się do je­dze­nia wi­del­cem. Na­gle uświa­do­mił so­bie, jaki jest głodny i że wszystko sma­kuje wy­śmie­ni­cie.

- Było bar­dzo do­bre - przy­znał nie­chęt­nie, kiedy ko­la­cja do ostat­niego zia­renka ryżu znik­nęła z pół­mi­sków, a Lian wstała, by przy­nieść de­ser. - Nie lu­bię owo­ców - do­dał, pa­trząc na trzy pla­stry ana­nasa, które na­ło­żyła mu na ta­le­rzyk.

- Twoje ciało jest święte, Ro­ber­cie Gaddi. Po­wi­nie­neś o nie dbać i zdrowo je od­ży­wiać. Jedz.

Z nie­do­wie­rza­niem wbił wzrok w tę drobną ko­bietę, która po­zwa­lała so­bie da­wać mu roz­kazy, jakby był upar­tym dzie­cia­kiem. Ona jed­nak od­po­wie­działa spo­koj­nym spoj­rze­niem, a on, ku wła­snemu zdzi­wie­niu, wziął wi­de­lec i za­czął jeść. Kiedy skoń­czył, wstał bez po­mocy la­ski, szorst­kim ge­stem po­zbie­rał na­czy­nia i ku­le­jąc, za­niósł je do zmy­warki.

- Ju­tro idziemy do opery - oznaj­mił bur­kli­wie. - Mam na­dzieję, że nie za­mie­rzasz się prze­bie­rać za dzi­wo­ląga, jak masz w zwy­czaju.

Wzru­szyła ra­mio­nami.

- Je­stem twoją ochroną. Nie­ważne, jak się ubie­ram.

- Dla mnie to ważne - mruk­nął nie­przy­jem­nie. - Nie mam ochoty po­ka­zy­wać się z ko­bietą ubraną w ciu­chy od Ar­mii Zba­wie­nia. Ju­tro zro­bimy za­kupy.

Lian spu­ściła wzrok i zmie­szana, przyj­rzała się swo­jemu ciem­no­brą­zo­wemu spodnium - temu sa­memu, które miała na so­bie w dniu, gdy się po­znali.

- Co jest nie tak z moim ubra­niem? Mam je od lat i jesz­cze długo może mi do­brze słu­żyć.

Ro­bert, roz­draż­niony, wzniósł oczy do nieba.

- Można wie­dzieć, skąd się wzię­łaś na ziemi? Jak to moż­liwe, że ko­bieta nie ska­cze z ra­do­ści, kiedy ma oka­zję do­stać w pre­zen­cie nową su­kienkę?

- Nie po­trze­buję su­kienki - upie­rała się. - Spodnie są bar­dziej prak­tyczne w mo­jej pracy. Poza tym wcale nie jest ko­nie­czne, że­byś to ty mi coś ku­po­wał. - Po­bie­gła do kuchni i po chwili wró­ciła z lśniącą kartą kre­dy­tową, którą po­ka­zała mu, jakby to był skarb. - Mam swój ra­chu­nek w banku i mnó­stwo pie­nię­dzy. Mało wy­daję, a w ciągu ostat­nich sze­ściu lat mia­łam bar­dzo hojne wy­na­gro­dze­nia.

Roz­ba­wiła go jej wy­ra­ża­jąca dumę mina, a jed­no­cze­śnie za­uwa­żył u sie­bie nie­ocze­ki­wany przy­pływ czu­ło­ści. Nie­mniej da­lej mó­wił z na­chmu­rzo­nym czo­łem:

- Może na­de­szła pora, że­byś wy­dała nieco z tych pie­nię­dzy na po­pra­wie­nie swo­jego wy­glądu. Po co mają le­żeć w banku?

Znów wzru­szyła ra­mio­nami.

- Nie wiem. Nie po­trze­buję ich. Fran­cis uparł się, że mam so­bie otwo­rzyć ra­chu­nek w banku, z po­wią­zaną kartą kre­dy­tową, i po­ka­zał, jak to zro­bić.

Ro­bert, po­chy­lony z ta­le­rzami nad zmy­warką, od­wró­cił się do niej gwał­tow­nie, na­gle czujny, ni­czym pies my­śliw­ski, który tra­fił na trop kró­lika.

- Kim jest Fran­cis?

- Fran­cis Kane to mój szef. - Na myśl o tym mi­łym, po­staw­nym męż­czyź­nie, który ją tak do­brze trak­tuje, na jej ustach roz­kwitł de­li­katny uśmiech.

Ro­ber­towi znowu za­parło dech w piersi.

- Twój szef? - Przy­ła­pał się na do­głęb­nym roz­draż­nie­niu i nie miał po­ję­cia, skąd się wzięło. - Wnio­sku­jąc po two­jej mi­nie, można by po­wie­dzieć, że jest kimś znacz­nie wię­cej.

Lian w za­my­śle­niu prze­chy­liła głowę ge­stem, który sta­wał się dla niego zna­jomy, i po kilku mi­nu­tach za­sta­no­wie­nia od­po­wie­działa wresz­cie z cał­ko­witą po­wagą:

- Fran­cis Kane jest też moim przy­ja­cie­lem.

- Je­ste­ście ko­chan­kami? - Py­ta­nie wy­mknęło mu się z za­ci­śnię­tej szczęki i za­sko­cze­niem za­uwa­żył, że z za­in­te­re­so­wa­niem czeka na od­po­wiedź.

Spoj­rzała na niego, jakby nie zro­zu­miała py­ta­nia, wo­bec czego nie­cier­pli­wie za­dał je po­now­nie in­nymi sło­wami:

- Sy­piasz z nim?

Choć miał już świa­do­mość, że ta ko­bieta ni­gdy nie re­aguje tak, jak by się spo­dzie­wał, zdzi­wił się, że jego ob­ce­so­wość naj­wy­raź­niej jej nie ob­ra­ziła. Lian Zhao była bar­dzo dziwną młodą osobą, a usły­szaw­szy jej od­po­wiedź, uznał ją za jesz­cze więk­szą dzi­waczkę.

- Nie sy­piam z ni­kim - od­rze­kła po pro­stu.

Ro­bert za­stygł osłu­piały, pa­trząc w te szczere nie­bie­skie oczy. Wresz­cie po­krę­cił głową.

- Jak to: nie sy­piasz? Chcesz po­wie­dzieć, że nie lu­bisz spać z męż­czy­znami? Wo­lisz ko­biety?

- Nie wiem.

- Jak to: nie wiesz? - Był co­raz bar­dziej skon­ster­no­wany. Na­gle przy­szło mu do głowy coś pra­wie nie do po­my­śle­nia. - Nie chcesz chyba, że­bym uwie­rzył, że ni­gdy z ni­kim nie spa­łaś, co? Pró­bu­jesz mi wmó­wić, że je­steś dzie­wicą?

Lian wzru­szyła ra­mio­nami, jakby w naj­mniej­szym stop­niu nie in­te­re­so­wało jej to, w co on uwie­rzy albo nie. Zdjęła ze stołu ob­rus, strzą­snęła go i zło­żyła, by scho­wać z po­wro­tem do szu­flady. Po czym wy­szła z kuchni, w ogóle nie zwra­ca­jąc uwagi na męż­czy­znę, który nie­mal dep­tał jej po pię­tach, oparty na la­sce.

- Uwa­żasz mnie za idiotę? Po­wie­dzia­łaś mi, że masz dwa­dzie­ścia sześć lat. Żadna ko­bieta nie jest dzie­wicą w tym wieku!

Za­trzy­mała się w pół kroku, tak że o mało na nią nie wpadł, i od­wró­ciła się, pa­trząc mu w twarz.

- Dla­czego mó­wisz o tym w taki spo­sób, jakby to było coś strasz­nego?

Spoj­rzał z po­dzi­wem w te nie­bie­skie oczy, które choć raz zda­wały się ci­skać gromy z obu­rze­nia, i rzu­cił drwiąco:

- Za­raz za­dzwo­nię do Księgi re­kor­dów Gu­in­nessa: to praw­dziwe osią­gnię­cie. Po­wiedz: o co cho­dzi? Po­sta­no­wi­łaś wstą­pić do klasz­toru?

Pró­bo­wał tylko za­żar­to­wać so­bie jej kosz­tem, dla­tego za­tkało go, kiedy od­po­wie­działa krótko:

- Tak.

Oszo­ło­miony spoj­rzał na nią w zdu­mie­niu. Prze­su­nął wzro­kiem po tej ład­nej mło­dzień­czej twa­rzy bez śladu ma­ki­jażu, co jesz­cze bar­dziej pod­kre­ślało nie­ska­zi­telną sa­ty­nową skórę, i znów z nie­do­wie­rza­niem po­krę­cił głową.

- "Tak" co?

- Chcę wstą­pić do klasz­toru - od­po­wie­działa ze spo­ko­jem, jakby mó­wiła coś naj­nor­mal­niej­szego w świe­cie.

Bez więk­szej de­li­kat­no­ści zła­pał ją za ra­mię i po­cią­gnął na prze­pastną sofę w sa­lo­nie. Po­sa­dził ją nie­mal siłą, a sam opadł na sie­dze­nie obok, wy­su­nął przed sie­bie nogę, która znów go za­częła bo­leć, i nie od­ry­wa­jąc wzroku od twa­rzy Lian, za­żą­dał:

- Opo­wiedz mi wszystko.

- Nie ma wiele wię­cej do opo­wie­dze­nia. Już ci mó­wi­łam, że do­ra­sta­łam w klasz­to­rze Sza­olin. Chcia­łam zo­stać mniszką, ale mistrz Cheng mi nie po­zwo­lił.

Zro­biła ruch, żeby wstać, lecz Ro­bert po­ło­żył ciężko rękę na jej ra­mie­niu i za­trzy­mał ją na so­fie.

- Po­słu­chaj, wy­smu­kła to­polo, tym ra­zem nie uciek­niesz, do­póki nie od­po­wiesz na kilka py­tań. Po pierw­sze, chciał­bym się do­wie­dzieć, co ro­biła ko­bieta w klasz­to­rze Sza­olin. O ile mi wia­domo, żyją tam tylko męż­czyźni.

Lian wy­pro­sto­wała się na sie­dze­niu jak struna, nie do­ty­ka­jąc ple­cami opar­cia. Złą­czyła ręce w spo­koj­nym ge­ście, jakby się szy­ko­wała do snu­cia opo­wie­ści, i za­częła mó­wić słod­kim, me­lo­dyj­nym gło­sem:

- Mistrz Cheng zro­bił dla mnie wy­ją­tek. Po­cząt­kowo pra­wie nie wi­dać, czy dziecko jest chłop­cem czy dziew­czynką, i nie ma to zna­cze­nia. Ale kiedy pod­ro­słam, oka­zało się, że mam wiel­kie zdol­no­ści w za­kre­sie wu­shu, co na Za­cho­dzie na­zy­wa­cie kung-fu. Zna­łam też do­brze za­sady bud­dy­zmu zen i mistrz po­my­ślał, że by­łoby szkoda od­da­lić mnie z klasz­toru. Sama chcia­łam zo­stać. Gdy skoń­czy­łam dwa­dzie­ścia lat, po­pro­si­łam, by po­zwo­lił mi zło­żyć śluby. Po­my­śla­łam, że kiedy mi­strza Chenga za­brak­nie i ko­muś prze­szka­dza­łaby moja obec­ność, za­wsze mo­gła­bym się prze­nieść do klasz­toru Yong­tai, prze­zna­czo­nego dla ko­biet, ale mistrz Cheng był in­nego zda­nia... - Oczy Lian po­ciem­niały, na twa­rzy po­ja­wiło się na­pię­cie. - Po­wie­dział, że jesz­cze nie je­stem go­towa, że mu­szę pójść w świat i zna­leźć wła­sną ścieżkę. Bła­ga­łam go, żeby po­zwo­lił mi zo­stać, ale mnie nie po­słu­chał. Po­roz­ma­wiał z Fran­ci­sem Kane'em, któ­rego znał od lat, i tak za­czę­łam pra­co­wać w fir­mie ochro­niar­skiej. Mistrz mi obie­cał, że do­stanę ja­kiś znak, ale mi­nęło już sześć lat, jak miesz­kam na Za­cho­dzie, i wciąż nie wiem, jaką ścieżką mam po­dą­żać. Pod ko­niec każ­dego roku wy­sy­łam do mi­strza list z prośbą, żeby mi po­zwo­lił wró­cić i zło­żyć śluby, ale za­wsze do­staję taką samą od­po­wiedź: "Jesz­cze za wcze­śnie".

Na­ukow­cowi cała ta opo­wieść wy­da­wała się zu­peł­nie nie­wia­ry­godna, ale pro­stota i szcze­rość, z ja­kimi Lian ją snuła, prze­ma­wiały za tym, że dziew­czyna mówi prawdę.

- I przez wszyst­kie te lata w ni­kim się nie za­ko­cha­łaś? Ża­den męż­czy­zna nie spra­wił, że zmie­ni­łaś zda­nie?

Lian od­po­wie­działa, nie wa­ha­jąc się ani se­kundy:

- Nie.

I ni­czym kró­lowa, która uznała au­dien­cję swo­ich po­kor­nych pod­da­nych za za­koń­czoną, wstała i wy­szła z po­koju.

Ro­bert po­zo­stał tam, gdzie sie­dział, z głową od­chy­loną na opar­cie sofy, roz­my­śla­jąc o tym, co wła­śnie usły­szał. W gło­wie mu się nie mie­ściło, że ta ko­bieta, wy­glą­da­jąca jesz­cze pra­wie jak dziew­czynka, tak zde­cy­do­wa­nie wy­rze­kała się mi­ło­ści. Choć oso­bi­ście nie wie­rzył w mi­łość - dla niego słowo to było za­le­d­wie pre­tek­stem, któ­rym wiele osób pró­buje uspra­wie­dli­wiać re­la­cje sek­su­alne - ow­szem, wie­rzył w starą do­brą żą­dzę. W za­sa­dzie je­dy­nym, czego szu­kał w zbli­że­niach z ko­bie­tami, było za­spo­ko­je­nie żą­dzy, i idea wy­rze­cze­nia się tej eks­cy­tu­ją­cej sa­tys­fak­cji na za­wsze wy­da­wała mu się nie­po­jęta. I nie tylko to: ow­szem, je­śli się wy­si­lił, umiał so­bie wy­obra­zić ży­cie bud­dyj­skiej mniszki; żad­nych re­stau­ra­cji, dro­gich sa­mo­cho­dów, mod­nych ubrań, wyjść do te­atru, opery czy kina; spo­kój, ci­sza, mo­dli­twy... Ro­bert po­krę­cił głową; na samą myśl o tym do­sta­wał dresz­czy.

W końcu wstał z sofy i włą­czył no­wo­cze­sny sprzęt au­dio, kry­jący się wśród licz­nych ksią­żek, od któ­rych ugi­nały się półki bi­blio­teczki. Na­tych­miast po­kój wy­peł­niły dźwięki Cy­ga­ne­rii i Ro­bert za­mknął oczy, by bez za­kłó­ceń sma­ko­wać cu­do­wny so­pran so­listki. Na­gle szó­sty zmysł pod­po­wie­dział mu, że nie jest sam. Ro­zej­rzał się i zo­ba­czył, że na pod­ło­dze sie­dzi Lian w po­zy­cji lo­tosu, z za­mknię­tymi oczami i wy­ra­zem unie­sie­nia na twa­rzy, który go za­fa­scy­no­wał. Kiedy wy­brzmiały ostat­nie akordy, po­woli otwo­rzyła oczy, jakby wy­bu­dzona z transu.

- Po­doba ci się opera?

- Ni­gdy do­kąd nie sły­sza­łam ni­czego po­dob­nego. - Oży­wiona twarz jesz­cze od­zwier­cie­dlała za­chwyt, jaki w mło­dej ko­bie­cie wzbu­dziła mu­zyka.

- To aria Qu­ando m'en vo' z Cy­ga­ne­rii Puc­ci­niego. Na tę operę idziemy ju­tro do John F. Ken­nedy Cen­ter.

- Jest prze­piękna. Szkoda, że nie ro­zu­miem, o czym śpiewa ta ko­bieta.

- To bar­dzo zmy­słowa aria. Mu­setta śpiewa, żeby przy­cią­gnąć uwagę Mar­cella, swo­jego daw­nego na­rze­czo­nego. Udaje, że śpiewa dla swo­jego sta­rego ko­chanka, i spra­wia, że Mar­cello pała za­zdro­ścią. Jed­nak bo­ha­te­rami opery są haf­ciarka Mimí i po­eta Ro­do­lfo. Za­ko­chują się w so­bie od pierw­szego wej­rze­nia, ale przez jej nie­ustanne ko­kie­te­ryjne za­cho­wa­nie on ją po­rzuca. Nie wie, że Mimí jest bar­dzo chora, a gdy się do­wia­duje, czuje się winny, po­nie­waż uważa, że w cza­sie kiedy miesz­kali ra­zem, ona jesz­cze bar­dziej pod­upa­dła na zdro­wiu. W końcu scho­dzą się po­now­nie, lecz nie na długo, bo Mimí krótko po­tem umiera.

Lian z uwagą słu­chała jego wy­ja­śnień. Ro­ber­towi jej po­chło­nięta opo­wie­ścią mina przy­wio­dła na myśl za­fa­scy­no­wane ba­śnią dzieci. Do­szedł do wnio­sku, że przy tym dziw­nym dzie­ciń­stwie, ja­kie mała, naj­praw­do­po­dob­niej nie po­znała wielu ba­jek.

- Chcesz po­słu­chać jesz­cze raz?

Ski­nęła głową w mil­cze­niu, na­ci­snął więc gu­zik pi­lota i po­kój znów wy­peł­niła mu­zyka. Gdy się skoń­czyła, Lian wstała z pod­łogi i za­nim wy­szła, po­wie­działa tylko:

- Dzię­kuję.

?

Na­stęp­nego dnia, po po­ranku spę­dzo­nym w pra­cowni, zje­dli parę ka­na­pek, sie­dząc w słońcu na ka­mien­nych scho­dach bu­dynku w oto­cze­niu dzie­sią­tek urzęd­ni­ków, któ­rzy też ko­rzy­stali ze sła­bych pro­mieni sło­necz­nych. Kiedy skoń­czyli, za­miast wra­cać do pracy, Ro­bert za­brał Lian na za­kupy, tak jak za­po­wie­dział.

Sam nie miał ob­se­sji na punk­cie swo­jego wy­glądu, ale lu­bił się do­brze ubie­rać i za­wsze wy­bie­rał rze­czy do­brej ja­ko­ści. Brą­zowe spodnium, które upodo­bała so­bie Lian, o nie­określ­nym kształ­cie i uszyte z ta­niego ma­te­riału, ostro kon­tra­sto­wało z jego ele­ganc­kim, skro­jo­nym na miarę gra­fi­to­wym gar­ni­tu­rem, nie­na­ganną bla­do­nie­bie­ską ko­szulą i wą­skim je­dwab­nym kra­wa­tem. Ro­bert Gaddi, es­teta przy­zna­jący, że ko­cha piękno w każ­dym jego aspek­cie, był świa­domy róż­nicy w wy­glą­dzie ich dwojga; a już szcze­gól­nie dzia­łały mu na nerwy okropne czarne buty, które no­siła Lian, i nie był w sta­nie dłu­żej zno­sić ta­kiego udrę­cze­nia.

Za­par­ko­wał sa­mo­chód przed ma­łym ele­ganc­kim bu­ti­kiem w dziel­nicy Geo­r­ge­town, wy­siadł, przy­trzy­mał drzwi sklepu i nie­cier­pli­wym ge­stem dał znać Lian, że ma wejść do środka.

Ro­zej­rzała się po wnę­trzu sze­roko otwar­tymi oczami. Fran­cis Kane, kiedy wziął Lian pod opiekę, za­brał ją do kilku wiel­kich skle­pów w Szan­ghaju. Tam ku­piła so­bie wszystko, co on uznał dla niej za nie­zbędne. Ni­gdy wię­cej nie cho­dziła na za­kupy odzie­żowe, a już tym bar­dziej do tak luk­su­so­wego miej­sca jak to.

Po­de­szła do nich z sze­ro­kim sztucz­nym uśmie­chem bar­dzo ładna ko­bieta ubrana we­dług ostat­niej mody.

- W czym mogę pań­stwu po­móc?

- Ta młoda dama po­trze­buje no­wego ubra­nia, zwłasz­cza kilku par bu­tów.

Ko­bieta spoj­rzała na brzyd­kie pan­to­fle Lian i nie zdo­łała ukryć prze­ra­że­nia na twa­rzy.

- Nie­wąt­pli­wie!

Prze­ko­nana, że do­brze za­robi na tych klien­tach, za­częła po­ka­zy­wać ubra­nia jedno po dru­gim, aż Lian za­pro­te­sto­wała:

- Nie po­trzeba mi aż tylu rze­czy!

Ro­bert lek­ce­wa­żąco uniósł brew.

- Uwierz mi, córko, że wła­śnie po­trzeba.

Nie zra­ziła się jed­nak i oświad­czyła sta­now­czo:

- Nie chcę su­kie­nek ani bu­tów na ob­ca­sie. Je­stem tu, żeby wy­ko­ny­wać swoją pracę, a te rze­czy nie będą do niej od­po­wied­nie.

Sprze­daw­czyni, za­uwa­żyw­szy, jak opry­skli­wie ten ele­gancki i atrak­cyjny bru­net trak­tuje tę nie­po­zorną młodą ko­bietę, wy­klu­czyła za­ło­że­nie, że tych dwoje łą­czy ja­kaś mi­ło­sna re­la­cja, i jej uśmie­chy - kie­ro­wane nie­mal wy­łącz­nie do Ro­berta - stały się jesz­cze bar­dziej przy­milne, a on od­po­wia­dał, prze­su­wa­jąc lu­bież­nym wzro­kiem po jej zmy­sło­wym, peł­nym sztucz­nych krą­gło­ści ciele, wy­wo­łu­jąc u niej roz­koszne ła­sko­ta­nie. Nie­mniej kilka se­kund póź­niej upór Lian zga­sił w eks­pe­dientce wszelką chęć do flir­to­wa­nia.

Po za­żar­tej dys­ku­sji, z któ­rej Lian wy­szła zwy­cię­sko, a która jesz­cze bar­dziej skwa­siła Ro­ber­towi hu­mor, uparta młoda klientka zgo­dziła się ku­pić je­dy­nie kilka par spodni i parę pa­su­ją­cych do nich blu­zek, dys­kret­nych i ele­ganc­kich. Nie­chęt­nie przy­stała na dwie pary bu­tów, na któ­rych kupno Ro­bert na­le­gał nie­ustę­pli­wie, i już mieli pła­cić, gdy za­uwa­żył tę­skne spoj­rze­nie, ja­kim Lian ob­rzu­ciła wi­szące na po­bli­skim wie­szaku dżinsy. Bez słowa wziął je i rów­nież po­ło­żył na la­dzie, wraz z kil­koma ko­szul­kami o wy­god­nym fa­so­nie.

- Pro­szę. - Lian po­dała mu swoją kartę kre­dy­tową.

Ro­bert spoj­rzał na ob­ra­ża­jący go ka­wa­łek pla­stiku, jakby to był ka­ra­luch, po czym od­su­nął go tak szorst­kim ge­stem, że karta po­le­ciała na pod­łogę.

- Nie pro­wo­kuj mnie wię­cej, Lian - burk­nął, ci­ska­jąc gromy zło­ci­stymi oczami. - Przyj­mij, że jest to część two­jego wy­na­gro­dze­nia. Nie zniósł­bym ani dnia dłu­żej, pa­trząc na cie­bie w tych okrop­nych ciu­chach i strasz­li­wych bu­tach. Je­steś ob­razą dla do­brego smaku.

Lian w mil­cze­niu schy­liła się po kartę. Gdy się wy­pro­sto­wana, sta­nęła przed nim, prę­żąc całą swoją drobną fi­gurę i je­dwa­bi­stym gło­sem, od któ­rego Ro­ber­towi włos się zje­żył na karku, ostrze­gła:

- Na­stęp­nym ra­zem, gdy bę­dziesz dla mnie nie­uprzejmy, obro­nię się.

- Umie­ram ze stra­chu! - od­parł sar­ka­stycz­nie.

Coś w tych spo­koj­nych nie­bie­skich oczach po­wie­działo mu jed­nak, że le­piej mieć się na bacz­no­ści i z panną Zhao ob­cho­dzić się ostroż­nie.

?

Sto­jąc w sa­lo­nie, ele­gancko ubrany w ciemny gar­ni­tur i białą ko­szulę, która uwy­dat­niała opa­le­ni­znę twa­rzy, Ro­bert cze­kał nie­cier­pli­wie na swoją ochronę oso­bi­stą. Na­gle szó­sty zmysł ka­zał mu się od­wró­cić i oto Lian była już w po­koju. Jak zwy­kle we­szła zu­peł­nie bez­gło­śnie. Utkwił w niej wzrok. Miała na so­bie ob­ci­słe czarne spodnie od smo­kingu i per­łową je­dwabną bluzkę, którą do­ra­dziła jej ku­pić eks­pe­dientka w bu­tiku. I wło­żyła jedne z tych no­wych bu­tów, ma­ją­cych za­le­d­wie nie­wielki ob­ca­sik. Ro­bert wie­dział, że więk­szość ko­biet, które spo­tkają tego wie­czoru w John F. Ken­nedy Cen­ter, bę­dzie ubrana znacz­nie szy­kow­niej, w suk­nie i nie­moż­li­wie wy­so­kie szpilki, mimo to po­my­ślał, że Lian Zhao wy­gląda bar­dzo atrak­cyj­nie i ele­gancko.

Za­miast koń­skiego ogona, w który za­zwy­czaj wią­zała so­bie nie­dłu­gie ja­sne włosy, upięła je w mały ko­czek na karku i jak się oka­zało, ta skromna fry­zura ide­al­nie pa­so­wała do jej wieku. Lian nie miała na twa­rzy ani śladu ma­ki­jażu, ale zu­peł­nie wy­star­czały lekko za­ru­mie­nione po­liczki i piękne nie­bie­skie oczy błysz­czące z pod­eks­cy­to­wa­nia. Kiedy Ro­bert tak jej się nie­skrę­po­wa­nie przy­glą­dał, przy­szła mu na myśl udu­cho­wiona uroda We­nus Bot­ti­cel­lego i na­gle za­pra­gnął wy­cią­gnąć rękę i po­gła­dzić Lian po po­liczku. Zi­ry­to­wany tą głu­pią za­chcianką, rzekł opry­skli­wie:

- Przy­naj­mniej tego wie­czoru nie będę się za cie­bie wsty­dzić. - Zła­pał ener­gicz­nie swoją drew­nianą la­skę i wy­kuś­ty­kał z po­koju, nie cze­ka­jąc na Lian.

?

Zo­sta­wili sa­mo­chód pod opieką jed­nego z licz­nych par­kin­go­wych cze­ka­ją­cych przed gma­chem opery i wraz z resztą wy­twor­nej pu­blicz­no­ści, na którą w du­żej mie­rze skła­dała się wa­szyng­toń­ska śmie­tanka to­wa­rzy­ska, skie­ro­wali się do wnę­trza.

Lian nie od­stę­po­wała go ani na pół kroku i Ro­bert za­uwa­żył, że dziew­czyna le­d­wie zwraca uwagę na im­po­nu­jący wy­strój bu­dynku czy na zwie­sza­jące się z su­fitu ogromne krysz­ta­łowe ży­ran­dole. Wy­raź­nie było wi­dać, że jest pro­fe­sjo­na­listką i je­dyne, co ją zaj­muje w tej chwili, to moż­li­wość ataku. W pew­nym mo­men­cie Ro­bert spo­strzegł, że ktoś zbliża się do nich szyb­ciej, niż to było przy­jęte, a Lian na­tych­miast wsu­nęła się mię­dzy niego a tam­tego czło­wieka. Był to fał­szywy alarm, nie­mniej na­uko­wiec do­znał nie­zwy­kłego dla niego uczu­cia na myśl o tym, że ta kru­cha z wy­glądu panna Zhao była bar­dziej niż go­towa przy­jąć każdy wy­mie­rzony w niego cios.

Ro­bert lek­kim ski­nie­niem głowy przy­wi­tał się z kil­koma zna­jo­mymi, ale nie za­trzy­mał się na roz­mowę z żad­nym z nich, pro­wa­dząc Lian pro­sto do dwóch miejsc na par­te­rze, po­środku rzędu, na które rok po roku opła­cał stałą re­zer­wa­cję na swoje na­zwi­sko. Z nie­okre­ślo­nym burk­nię­ciem za­jął miej­sce i wy­cią­gnął przed sie­bie lewą nogę naj­da­lej, jak się dało.

Uwa­dze Lian nie uszedł gry­mas bólu, który prze­mknął przez jego twarz przy sia­da­niu.

- Boli cię noga, Ro­ber­cie Gaddi?

- Za­raz się okaże, że je­steś rów­nież le­karką, do­cie­kliwy krze­wie?

Ból nogi spra­wił, że Ro­bert wy­ła­do­wał się na niej, lecz Lian, co dla niej ty­powe, nie tylko nie dała się spro­wo­ko­wać, a na­wet nie ra­czyła mu od­po­wie­dzieć. Na szczę­ście za­nim na­uko­wiec po­czy­nił ja­kąś ko­lejną zja­dliwą uwagę, za­czął się pierw­szy akt.

Mu­zyka na­le­żała do tych nie­licz­nych rze­czy, które po­zwa­lały Ro­ber­towi po­go­dzić się z ludz­ko­ścią, dla­tego nie po­zwa­lał, aby ktoś lub coś prze­szka­dzało mu w słu­cha­niu. Jed­na­kże tym ra­zem, mimo że Cy­ga­ne­ria za­li­czała się do jego ulu­bio­nych oper, sam się roz­pra­szał i od czasu do czasu rzu­cał ukrad­kowe spoj­rze­nie na swą to­wa­rzyszkę, ob­ser­wu­jąc jej re­ak­cje. Lian sie­działa obok niego bar­dzo spo­koj­nie, z ma­łymi dłońmi zło­żo­nymi na po­dołku, jak przy­stało na grzeczną dziew­czynkę, ale Ro­berta znowu za­fa­scy­no­wała jej urze­czona mina. Lian zda­wała się słu­chać ca­łym cia­łem, jakby chciała chło­nąć mu­zykę do ostat­niego dźwięku. W pew­nym mo­men­cie po gład­kiej skó­rze jej po­liczka ni­czym szklany pa­cio­rek ze­śli­znęła się sa­motna łza, ona zaś nie zro­biła nic, by ją za­trzy­mać. Wbrew so­bie Ro­bert czuł się po­ru­szony do głębi. Ni­gdy nie spo­tkał ni­kogo o tak wiel­kiej wraż­li­wo­ści mu­zycz­nej; było ja­sne, że za­dzi­wia­ją­cej Lian Zhao da­leko jest do zwy­czaj­nej mło­dej ko­biety.

Gdy skoń­czył się trzeci akt, po­szli coś prze­ką­sić w ba­rze. Kel­ner zbie­rał już ta­le­rze, kiedy za ich ple­cami za­brzmiał ko­biecy głos:

- Ro­ber­cie, ko­chany! My­śla­łam, że się za­szy­łeś w swo­jej wło­skiej kry­jówce.

Na­tych­miast wstał i ze sta­ro­świecką kur­tu­azją, która za­sko­czyła Lian, po­chy­lił się nad wy­cią­gniętą ręką pięk­nej, ele­ganc­kiej ko­biety po trzy­dzie­stce, roz­bie­ra­ją­cej go spoj­rze­niem do naga.

- Jak wi­dzisz, Bri­tanny, nie za­szy­łem się.

Zło­ci­ste oczy dłu­gim, tak­su­ją­cym spoj­rze­niem prze­su­nęły się po wiel­kich pier­siach, które spra­wiały wra­że­nie, jakby za­raz miały wy­sko­czyć z głę­bo­kiego de­koltu nie­bie­skiej sa­ty­no­wej sukni.

- Kim ona jest? - za­py­tała bru­netka o buj­nych kształ­tach, wska­zu­jąc pod­bród­kiem Lian.

- Ona? - Ro­bert zwró­cił się w stronę swo­jej ochrony, jakby zdą­żył za­po­mnieć o jej obec­no­ści. - Ni­kim. Przyj­mij, że to ko­lejne drzewko w kra­jo­bra­zie.

Bri­tanny od­rzu­ciła głowę w tył i wy­buch­nęła zło­śli­wym śmie­chem, po czym po­ło­żyła dłoń o dłu­gich czer­wo­nych pa­znok­ciach na jego bia­łej ko­szuli na wy­so­ko­ści piersi i szep­nęła zmy­słowo:

- Ro­ber­cie, ko­chany, mo­gli­by­śmy wyjść ra­zem i w wiel­kim stylu na­cie­szyć się na­szym nie­ocze­ki­wa­nym spo­tka­niem.

- Co su­ge­ru­jesz? - od­szep­nął prze­kor­nie przy­ci­szo­nym gło­sem.

- U cie­bie czy u mnie? - od­po­wie­działa ko­lej­nym py­ta­niem, nie prze­sta­jąc pie­ścić jego sutka przez ba­weł­nianą tka­ninę.

- Oba­wiam się, że ko­niecz­nie u mnie, Bri­tanny. Zo­bli­go­wano mnie, że­bym nie ru­szał się ni­g­dzie bez niańki. - Lek­ce­wa­żo­nym ru­chem głowy wska­zał Lian.

- O ile nie ze­chce do­łą­czyć do za­bawy... - Bru­netka po­słała mu wielce zna­czący uśmiech.

- Są­dzę, że nie ze­chce. Panna Zhao nie wie­dzia­łaby na­wet, gdzie za­cząć - stwier­dził z okru­cień­stwem w gło­sie, wciąż ukrad­kowo ob­ser­wu­jąc Lian.

Jej twarz jed­nak nie zdra­dzała naj­mniej­szych emo­cji.

W tej chwili za­po­wie­dziano roz­po­czę­cie czwar­tego aktu, za­tem dwoje sta­rych zna­jo­mych po­że­gnało się, usta­liw­szy, że po spek­ta­klu spo­tkają się przed bu­dyn­kiem koło fon­tanny. Ro­bert i Lian w mil­cze­niu wró­cili na swoje miej­sca i choć pil­nie ją ob­ser­wo­wał w pół­mroku, nie zdo­łał już na tej nie­prze­nik­nio­nej twa­rzy do­strzec ani śladu po­przed­niego za­chwytu.

?

Mimo że Lian po­ło­żyła się spać już ja­kiś czas temu, ha­łasy do­bie­ga­jące z przy­le­głego po­koju nie da­wały jej za­snąć. "Wy­jąt­kowo nie­przy­jemna ko­bieta" - po­my­ślała po­iry­to­wana. Jej okrzyki roz­ko­szy, w kon­tra­ście z mil­cze­niem męż­czy­zny, który jej to­wa­rzy­szył w ero­tycz­nych za­ba­wach, prze­bi­jały się przez cien­kie ściany apar­ta­mentu, po­dob­nie jak skrzy­pie­nie sprę­żyn łóżka i roz­le­ga­jące od czasu do czasu łup­nię­cie czymś o wez­gło­wie. Lian, ma­jąc dość prze­krę­ca­nia się z boku na bok, wzięła z szafki noc­nej mala i nie za­pa­la­jąc świa­teł, prze­szła do sa­lonu, gdzie krzyki ko­biety były przy­naj­mniej tro­chę stłu­mione. Nieco uspo­ko­jona, usia­dła na pod­ło­dze ze skrzy­żo­wa­nymi no­gami i za­częła prze­su­wać w dło­niach pa­ciorki sznura mo­dli­tew­nego.

Tym­cza­sem Ro­bert w swo­jej sy­pialni dys­ku­to­wał z ko­chanką.

- Daj spo­kój, Bri­tanny, nie za­czy­naj znowu. Wiesz, że nie lu­bię spać z kimś w łóżku. Mu­szę wy­cią­gnąć nogę, żeby mnie nie bo­lała.

- Ależ, ko­chany...

Bri­tanny pró­bo­wała po­now­nie za­rzu­cić mu ra­miona na szyję, lecz on na­tych­miast się od niej od­su­nął i usiadł na skraju ma­te­raca, by wło­żyć spodnie od pi­żamy.

W końcu bru­netka się pod­dała i nie prze­sta­jąc wy­rze­kać, za­częła zbie­rać swoje ubra­nia roz­rzu­cone po ca­łym po­koju. Ro­bert za­dzwo­nił po tak­sówkę i cier­pli­wie cze­kał, aż jego ko­chanka się ubie­rze, po czym od­pro­wa­dził ją do drzwi.

- Do wi­dze­nia, Bri­tanny, tak­sówka czeka na dole.

- Du­pek! - za­wo­łała na po­że­gna­nie.

Na­uko­wiec z nie­zmą­co­nym spo­ko­jem za­mknął za nią drzwi i wró­cił do swo­jej sy­pialni. Mi­ja­jąc sa­lon, pod wpły­wem im­pulsu wszedł do niego i w przy­tłu­mio­nym świe­tle wpa­da­ją­cym z ko­ry­ta­rza uj­rzał Lian sie­dzącą na pod­ło­dze z za­mknię­tymi oczami, po­grą­żoną w głę­bo­kiej me­dy­ta­cji. Za­pa­lił świa­tło i za­fa­scy­no­wany pa­trzył, jak dziew­czyna nie­jako bu­dzi się z głę­bo­kiego snu. Wy­glą­dała bar­dziej po dzie­cię­cemu niż kie­dy­kol­wiek, w cien­kiej bia­łej pi­ża­mie i ze zmierz­wio­nymi roz­pusz­czo­nymi ja­snymi wło­sami. Ro­bert z wiel­kim roz­draż­nie­niem za­uwa­żył u sie­bie na­głe ukłu­cie żą­dzy w lę­dź­wiach.

Fak­tem jest, że cho­ciaż za­sto­so­wał sze­roki ar­se­nał tech­nik mi­ło­snych, żeby za­spo­koić Bri­tanny, sam nie czuł się przy tym szcze­gól­nie pod­nie­cony - może dla­tego, że wciąż my­ślał o ko­bie­cie, która wszystko sły­szy z dru­giej strony ścianki dzia­ło­wej - ale bru­netka ni­czego nie za­uwa­żyła i naj­wy­raź­niej sama zo­stała za­spo­ko­jona. Nie­mniej wo­bec swo­jej na­głej i nie­po­ko­ją­cej re­ak­cji na zu­peł­nie nie­oczy­wi­ste wdzięki tej na­miastki ko­biety, Ro­bert po­czuł się jak stary sa­tyr śli­niący się na wi­dok dzie­wi­czych uro­ków mło­dej pa­nienki, co kom­plet­nie ze­psuło mu hu­mor.

- Co ty tu ro­bisz? Szpie­go­wa­łaś nas? - spy­tał urą­gli­wie.

Lian od­po­wie­działa spo­koj­nie:

- Nie, Ro­ber­cie Gaddi, nie trzeba było was szpie­go­wać. Tak ha­ła­so­wa­li­ście, że nie mo­głam spać.

- Może twój umysł nie­za­spo­ko­jo­nej, tłu­mią­cej żą­dze dzie­wicy za­sta­na­wiał się, jak to jest upra­wiać mi­łość z męż­czy­zną... - Ro­bert, ubrany tylko w ciemne spodnie od pi­żamy, oparł się o fra­mugę drzwi i skrzy­żo­wał ra­miona na im­po­nu­ją­cej na­giej piersi, jesz­cze wy­dat­niej pre­zen­tu­jąc przy tym mię­śnie ra­mion.

Nie­bie­skie oczy obo­jęt­nie prze­śli­znęły się po jego mę­skim ciele.

- Nie są­dzę, żeby to, co upra­wia­li­ście, było mi­ło­ścią - od­rze­kła Lian z po­gardą. - Ra­czej spra­wiało wra­że­nie spo­tka­nia dwóch zwie­rząt, dwóch bez­pań­skich psów, które, nie­zdolne do po­wstrzy­ma­nia swo­ich im­pul­sów, ko­pu­lują na oczach świata.

- Chyba nie pró­bu­jesz da­wać mi umo­ral­nia­ją­cych lek­cji, prawda, sfru­stro­wana mała mniszko? - Ro­bert zmru­żył po­wieki i jego oczy bły­snęły zło­ci­ście.

- Ni­czego nie pró­buję, Ro­ber­cie Gaddi. Mó­wię tylko, że twoje ciało jest świą­ty­nią i nie po­wi­nie­neś za­pra­szać do niego byle kogo.

Sły­sząc to, po­czuł się dziw­nie za­wsty­dzony, co wzbu­dziło w nim gniew, który skie­ro­wał pro­sto na nią.

- Zwal­niam cię! Ju­tro z sa­mego rana spa­ku­jesz swoje ma­na­tki i wy­no­cha!

Na jego szyi na­brzmiała i za­pul­so­wała gruba żyła. Za­śle­piony gnie­wem, wal­nął pię­ścią w ścianę i na­gły ból na­tych­miast przy­wró­cił mu roz­są­dek.

Lian z ty­po­wymi dla sie­bie płyn­nymi, ele­ganc­kimi ru­chami wstała i wy­szła z po­koju; bose stopy prze­my­kały po pod­ło­dze jak po wo­dzie. Kiedy zna­la­zła się u sie­bie, po­ło­żyła się do łóżka i od razu za­snęła, ale jej sny nie były miłe.

?

Na­stęp­nego dnia rano Ro­bert Gaddi wy­szedł z sy­pialni boso, na­dal ubrany je­dy­nie w spodnie od pi­żamy, i po­kuś­ty­kał do kuchni. Idąc przez sa­lon, udał, że nie wi­dzi smu­kłej ko­bie­cej po­staci sie­dzą­cej spo­koj­nie na jed­nym z fo­teli, z czar­nym ple­ca­kiem, sta­no­wią­cym cały jej ba­gaż, u stóp. Znów była ubrana w swoje okropne brą­zowe spodnium i te obrzy­dliwe buty. Wra­ca­jąc z kuchni, na­uko­wiec wszedł do sa­lonu, oparł się o ścianę i po­cią­gnął łyk soku po­ma­rań­czo­wego pro­sto z bu­telki, którą trzy­mał w ręce.

- Jesz­cze tu je­steś? - za­py­tał z uda­waną obo­jęt­no­ścią.

- Drzwi są za­mknięte na klucz.

Jak zwy­kle ja­sne oczy miały w so­bie spo­kój wód je­ziora.

- Nie mów! - Ro­ber pac­nął się w czoło. - Gdzie ja mam głowę?

- Klucz pew­nie jest w twoim po­koju.

- Moż­liwe, moż­liwe... - od­po­wie­dział nie­wy­raź­nie, po czym za­raz zmie­nił te­mat. - Dla­czego znów je­steś tak ubrana?

- W nocy mnie zwol­ni­łeś. A wcze­śniej mó­wi­łeś, że ubra­nie jest czę­ścią mo­jego wy­na­gro­dze­nia. Nie za­ro­bi­łam na nie, dla­tego ci je zwra­cam.

"To trzeba zo­ba­czyć, żeby uwie­rzyć" - po­my­ślał. Pierw­szy raz spo­tkał się z tym, żeby ko­bieta zwró­ciła pre­zent. Po­pa­trzył na tę spo­kojną mło­dzień­czą twarz i znów mu się przy­po­mniał ob­raz Bot­ti­cel­lego. W pan­nie Zhao był ja­kiś nie­zwy­kły ro­dzaj udu­cho­wie­nia.

- Do­brze. Za­trud­niam cię po­now­nie. Idź i się prze­bierz. - Mach­nął ręką ni­czym książę ge­stem udzie­la­jący przy­zwo­le­nia, lecz Lian wciąż sie­działa nie­po­ru­szona. Rzu­cił więc nie­cier­pli­wie: - Na co cze­kasz? Ani se­kundy dłu­żej nie zniosę wi­doku tych ohyd­nych bu­tów!

Lian nie po­ru­szyła się i na­uko­wiec za­czął się wście­kać.

- Co się stało? Ogłu­chłaś, uparta so­sno?

- Nie ro­zu­miem cię. Naj­pierw ka­żesz mi iść, a te­raz mó­wisz, że­bym zo­stała.

Ro­bert prze­su­nął so­bie ręką po zmierz­wio­nych ciem­nych wło­sach, a po­tem po­tarł szorstką szczękę, na któ­rej za­czy­nał się już po­ja­wiać gę­sty za­rost. Wpa­try­wał się przy tym w Lian ze zmarsz­czo­nym czo­łem.

- Czy tylko ko­biety mogą zmie­niać zda­nie?

- "Naj­gor­sza de­cy­zja to brak de­cy­zji" - od­po­wie­działa bar­dzo po­waż­nie.

- Ko­lejna mak­syma mi­strza Chenga? - Drwiąco uniósł brew.

- Nie, to po­wie­dział twój ro­dak. Ben­ja­min Fran­klin.

- Zo­ba­czymy, czy ci się ta spodoba: "Ro­bię, na co mam ochotę, kiedy mam ochotę", Ro­bert Gaddi. Wczo­raj cię zwol­ni­łem, a dziś za­trud­niam z po­wro­tem. Kropka.

Lian wstała z fo­tela, wzięła ple­cak i skie­ro­wała się do swo­jej sy­pialni, by go po­now­nie roz­pa­ko­wać. Prze­cho­dząc, po­pa­trzyła na na­ukowca wiel­kimi nie­bie­skimi oczami i wy­gło­siła ko­lejną zbi­ja­jącą z tropu mak­symę, po któ­rej miał ochotę ją trzep­nąć:

- Nikt nie ma ta­kiej wol­no­ści, Ro­ber­cie Gaddi.

?

Pół go­dziny póź­niej pro­wa­dził czarne ma­se­rati, mknąc do pra­cowni. Sie­dząca obok niego Lian raz po raz prze­su­wała dło­nią po swo­ich no­wych dżin­sach. Na­ukow­cowi nie umknął ten gest. Ro­bert za­uwa­żył, że przy­naj­mniej ten za­kup dziew­czy­nie się spodo­bał. W pa­su­ją­cej do spodni ko­szulce z na­dru­kiem i wy­god­nych mo­ka­sy­nach od Tod'sa, na któ­rych kupno Ro­bert się uparł, wy­glą­dała na sty­lowo ubraną stu­dentkę, córkę za­moż­nej ro­dziny.

Cały dzień spę­dzili za­mknięci w la­bo­ra­to­rium, po­nie­waż Ro­bert jak zwy­kle miał do po­rów­na­nia ogromne ilo­ści da­nych. Zro­bili so­bie tylko nie­długą prze­rwę na zje­dze­nie ka­na­pek. W końcu, około dzie­wią­tej wie­czór, na­uko­wiec pod­niósł wzrok znad mo­ni­tora kom­pu­te­ro­wego, splótł so­bie dło­nie na karku i roz­cią­gnął ze­sztyw­niałe mię­śnie szyi.

- Dość na dziś! Je­dziemy do domu.

Lian po­słusz­nie wstała z pod­łogi, gdzie swoim zwy­cza­jem sie­działa cały czas ze skrzy­żo­wa­nymi no­gami, i ener­gicz­nie otrze­pała so­bie dżinsy. O tej po­rze bu­dy­nek był już pu­sty, a oświe­tle­nie na ko­ry­ta­rzach przy­ga­szone. Ro­bert przy­ci­snął gu­zik windy. Pod­je­chała na­tych­miast, ina­czej niż w go­dzi­nach szczytu, kiedy za­trzy­muje się po dro­dze na wszyst­kich pię­trach. Prze­cięli hol i po­że­gnali się ze straż­ni­kiem, który na licz­nych ekra­nach spraw­dzał wnę­trza ga­bi­ne­tów i ko­ry­ta­rzy mo­ni­to­ro­wane ka­me­rami bez­pie­czeń­stwa.

Na ze­wnątrz zdą­żyła już za­paść noc, na opu­sto­sza­łych uli­cach nie było ży­wego du­cha. Ro­bert rano za­par­ko­wał na końcu prze­cznicy. Te­raz, kiedy od wozu dzie­liło go już tylko kilka me­trów, wy­jął pi­lota i pstryk­nął. W tym mo­men­cie roz­pę­tało się istne pie­kło, oglą­dane jak gdyby w zwol­nio­nym tem­pie. Za­mi­gały kie­run­kow­skazy sa­mo­chodu i na­gle ciem­ność roz­darł ośle­pia­jący wy­buch. Na­uko­wiec le­d­wie zdo­łał za­re­je­stro­wać, co się wy­da­rzyło, gdy ktoś go gwał­tow­nie po­wa­lił tuż za be­to­no­wym mur­kiem. I na­gle zna­lazł się twa­rzą mię­dzy ma­łymi cie­płymi pier­siami swo­jej wy­ba­wi­cielki, która go osło­niła wła­snym lek­kim cia­łem, naj­wy­raź­niej z za­mia­rem ra­to­wa­nia go przed eks­plo­zją.

Oszo­ło­miony, ogar­niał w tej chwili je­dy­nie świeży aro­mat - eg­zo­tyczną mie­sza­ninę goź­dzi­ków i po­ma­rań­czy - tej skóry, do któ­rej przy­tknął ary­sto­kra­tyczny nos, odzie­dzi­czony po flo­ren­tyń­skich przod­kach. Po­zo­stałe zmy­sły od­zy­skał do­piero w nie­wiel­kim stop­niu, sły­sząc po­ważny, słodki głos, roz­brzmie­wa­jący tuż przy jego uchu:

- Je­steś ranny, Ro­ber­cie Gaddi?

Po­ru­szył ostroż­nie mię­śniami i koń­czy­nami, pró­bu­jąc oce­nić szkody. Prze­klęta noga bo­lała go jak ni­gdy, ale poza tym wszystko wy­da­wało się w po­rządku. Z dala do­biegł od­głos pierw­szych sy­ren; po­li­cja była w dro­dze.

- Nic mi nie jest, Lian. A ty? Nie je­steś ranna?

Oto­czył ją ra­mio­nami, jed­no­cze­śnie prze­su­wa­jąc palce z góry na dół po jej krę­go­słu­pie w po­szu­ki­wa­niu zra­nień, ale je­dyne, co od­krył, to to, że jedną ręką mógłby pra­wie cał­ko­wi­cie ob­jąć jej miękko wciętą ta­lię.

- Nie.

Lian zręcz­nie uwol­niła się z jego ob­jęć, wstała sprę­ży­ście i po­mo­gła mu pod­nieść się na nogi, a po­tem zna­la­zła la­skę, która od­to­czyła się kilka me­trów da­lej. Wspie­ra­jąc się na niej, Ro­bert przy­glą­dał się ku­pie dy­mią­cego że­la­stwa, w jaką zmie­niło się jego im­po­nu­jące ma­se­rati. Po­tem od­wró­cił się, żeby spoj­rzeć na osma­loną twarz dziew­czyny, która spo­koj­nie stała u jego boku.

- Ura­to­wa­łaś mi ży­cie - stwier­dził, nie od­ry­wa­jąc zło­ci­stych tę­czó­wek od jej twa­rzy, która uma­zana smu­gami sa­dzy, wy­da­wała się jesz­cze bar­dziej dzie­cinna.

- To moja praca. - Ob­jęła się ra­mio­nami, ale na­gle cały spo­kój znik­nął z jej twa­rzy, ustę­pu­jąc bar­dzo nie­po­cie­szo­nej mi­nie. - O nie!

- Co się stało? - Wy­stra­szony, znów zmie­rzył ją wzro­kiem od stóp do głów, szu­ka­jąc ja­kiejś rany.

- Po­darły mi się dżinsy!

Straż­nik, który wła­śnie po­śpiesz­nie nad­biegł, za­alar­mo­wany prze­ra­ża­ją­cym wy­bu­chem, nie mógł uwie­rzyć, że ten wy­soki bru­net w ele­ganc­kim, te­raz brud­nym i po­szar­pa­nym, gar­ni­tu­rze, aku­rat ma ja­kiś po­wód, żeby wy­buch­nąć gło­śnym śmie­chem.

Roz­dział 3

Sa­mo­lot wła­śnie do­tknął ziemi na lot­ni­sku w Me­dio­la­nie. Mimo że dok­tor Gaddi za­wsze la­tał pierw­szą klasą i mógł wy­cią­gnąć przed sie­bie nogę pod­czas dłu­giej po­dróży, bo­le­sne skur­cze wpra­wiły go w jesz­cze gor­szy hu­mor niż zwy­kle. Po tym, co się wy­da­rzyło w Wa­szyng­to­nie, na­wet on wi­dział ko­niecz­ność schro­nie­nia się na ja­kiś czas w La For­tezzy. Znaj­do­wał się w prze­ło­mo­wym punk­cie ba­dań na­uko­wych i nie chciał po­zwo­lić, by ja­kiś trze­cio­rzędny za­bójca spra­wił, że tyle lat pracy pój­dzie na marne. Nie cier­piał jed­nak, gdy oko­licz­no­ści go do cze­goś zmu­szały, dla­tego jego zło­śli­wość da­wała się we znaki trzy razy bar­dziej niż nor­mal­nie. To­też za­miast być wdzięcz­nym Lian za jej bły­ska­wiczną in­ter­wen­cję, która naj­praw­do­po­dob­niej oca­liła mu ży­cie, osła­nia­jąc przed odłam­kami me­talu la­ta­ją­cymi do­koła po wy­bu­chu, od­no­sił się do niej jesz­cze go­rzej niż wcze­śniej.

Lian igno­ro­wała jego przy­kre za­cho­wa­nie i więk­szość po­dróży spę­dziła oparta na sie­dze­niu z za­mknię­tymi oczami albo ga­wę­dząc przy­jaź­nie ze ste­war­dem, ty­po­wym mo­de­lem z wy­biegu, któ­rego Ro­bert pod­czas dłu­giej po­dróży nie raz miał ochotę strze­lić pię­ścią w twarz, żeby z niej ze­trzeć ten iry­tu­jący ide­alny biały uśmiech.

W pew­nym mo­men­cie Lian za­snęła i jej głowa opa­dła na ra­mię na­ukowca, a on nie umie­jąc strzą­snąć jej z sie­bie bez­ce­re­mo­nial­nie, jak by to zro­bił przy każ­dej in­nej oka­zji, sie­dział spo­koj­nie, sta­ra­jąc się jej nie obu­dzić. Miły cię­żar tej głowy na ra­mie­niu i ła­sko­ta­nie na jego bro­dzie mięk­kiego ko­smyka zło­ci­stych wło­sów, który wy­mknął się z ku­cyka, spra­wiły, że Ro­bert w końcu się roz­luź­nił i też za­snął.

?

Lian po­dzi­wiała pej­zaż ła­god­nych fa­li­stych zie­lo­nych wzgórz i wy­smu­kłych cy­pry­sów od­ci­na­ją­cych się na tle ośle­pia­ją­cego błę­kitu nieba. Kra­jo­braz prze­su­wał się za szy­bami spor­to­wego sa­mo­chodu, który jej na­bur­mu­szony to­wa­rzysz wy­na­jął na lot­ni­sku. Jej klient naj­wy­raź­niej nie przej­mo­wał się zbyt­nio tym, że ca­ra­bi­nieri mogą mu wy­sta­wić man­dat za prze­kro­cze­nie pręd­ko­ści, bo wci­skał pe­dał gazu, jakby je­chał nie sta­rymi wło­skimi szo­sami, tylko po to­rze For­muły 1.

Ką­tem oka ob­ser­wo­wała jego pro­fil: twarde, mocno za­zna­cza­jące się rysy, i po­now­nie za­uwa­żyła to nie­po­ko­jące uczu­cie, że mię­dzy nią a tym czło­wie­kiem, spra­wia­ją­cym wra­że­nie beczki pro­chu, która lada chwila wy­buch­nie, ist­nieje ja­kieś głę­bo­kie po­łą­cze­nie. Jakby szó­sty zmysł po­zwa­lał jej zaj­rzeć pod ota­cza­jącą go war­stwę gniewu i agre­sji, Lian po­strze­gała wy­peł­nia­jącą go od środka gorzką pustkę.

Mimo że do tej pory każda inna osoba na jej miej­scu ucie­kłaby, aby nie być ce­lem jego po­gar­dli­wych, ra­nią­cych ko­men­ta­rzy, w Lian bu­dziły one wy­łącz­nie do­głębne współ­czu­cie. Ro­bert Gaddi był czło­wie­kiem in­te­li­gent­nym i - są­dząc po pa­sji, jaką da­rzył mu­zykę oraz wszelką sztukę, co Lian za­uwa­żyła w tym krót­kim okre­sie, który spę­dzili ra­zem - od­zna­czał się sporą wraż­li­wo­ścią. Mu­siał wiele wy­cier­pieć, żeby za­mie­nić się w ta­kiego zgorzk­nialca, ja­kim był w tej chwili. Przyj­rzała się opa­lo­nym dło­niom o dłu­gich pal­cach, które pew­nie trzy­mały kie­row­nicę, i po­czuła w brzu­chu coś dziw­nego. Po­now­nie in­stynkt ostrzegł ją, że ten czło­wiek w ja­kiś spo­sób sta­nowi dla niej za­gro­że­nie.

W tym mo­men­cie spor­towy wóz skrę­cił w grun­tową drogę, z obu stron oko­loną roz­le­głymi win­ni­cami, w któ­rych winne krzewy, ob­sy­pane roz­wi­nię­tymi pą­kami, ro­sły na tre­lia­żach w rów­nych rząd­kach. Trakt cią­gnął się przez kilka ki­lo­me­trów, aż w końcu za ko­lej­nym szpa­le­rem cy­pry­sów Lian uj­rzała wie­życzki cze­goś, co wy­glą­dało na śre­dnio­wieczny za­me­czek. Piękny wi­dok za­parł jej dech w piersi.

Ro­bert za­trzy­mał sa­mo­chód na bru­ko­wa­nym dzie­dzińcu i ob­ró­cił się, żeby na nią spoj­rzeć. Choć raz nie miał przy tym na­chmu­rzo­nego czoła i Lian od­nio­sła wra­że­nie, że udzie­lił mu się spo­kój, któ­rym tchnęło to pełne uroku miej­sce.

- Jak ci się po­doba?

- Cu­dow­nie! I nie wiem dla­czego, ale wło­ski kra­jo­braz wy­daje mi się tak jakby zna­jomy, choć ni­gdy nie by­łam w tym kraju.

Na­uko­wiec pa­trzył na nią przez chwilę z za­cie­ka­wie­niem i już miał coś po­wie­dzieć, kiedy prze­rwał mu pe­łen za­pału mniej wię­cej ośmio­letni chłop­czyk. Pę­dził do nich, wo­ła­jąc:

- Si­gnor Ro­berto! Si­gnor Ro­berto!

- Piero! Piero! - od­po­wie­dział na­uko­wiec, na­śla­du­jąc malca.

Po raz pierw­szy Lian do­strze­gła u niego uśmiech, szczery i pro­mienny, i po­my­ślała, że gdyby po­przed­nia klientka za­py­tała ją w tej chwili, czy ten męż­czy­zna wy­daje się jej atrak­cyjny, nie by­łoby in­nej rady, jak przy­tak­nąć.

Ro­bert wy­siadł z sa­mo­chodu i uści­skał chłopca z czu­ło­ścią.

- Gdzie jest nonna?

- Za­raz przyj­dzie, już ją wo­ła­łem, ale cho­dzi bar­dzo po­woli.

Nie pro­sząc o po­zwo­le­nie, ma­lec wspiął się do sa­mo­chodu i z za­chwy­tem za­czął się ba­wić przy­ci­skami i krę­cić kie­row­nicą. W tym mo­men­cie zza rogu za­meczku wy­szła kor­pu­lentna sześć­dzie­się­cio­let­nia ko­bieta z si­wymi wło­sami upię­tymi w kok na karku. Wzru­szona, za­trzy­mała się przed nimi i złą­czyła dło­nie, jakby miała wy­re­cy­to­wać mo­dli­twę.

- Si­gnor Ro­berto, co za ra­dość! Już my­śle­li­śmy, że tej wio­sny też nas pan nie od­wie­dzi.

- No to już wiesz, Nello, je­stem. - Ro­bert po­chy­lił się i czule uca­ło­wał wciąż gład­kie po­liczki go­spo­dyni. - Przed­sta­wiam ci pannę Lian Zhao. Zo­sta­nie z nami przez ja­kiś czas. I nie, za­nim za­czniesz ła­mać so­bie nad tym swoją za­pra­co­waną główkę, wy­ja­śniam, że nie jest moją na­rze­czoną ani ko­chanką. Nie sy­piam z nią. Tak się składa, że to ostat­nia dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­nia dzie­wica, jaka zo­stała we wszech­świe­cie.

Czarne by­stre oczy star­szej pani prze­su­nęły się po mło­dej ko­bie­cie o twa­rzy dziew­czynki, a ta w naj­mniej­szym stop­niu nie zmie­szała się na taką pre­zen­ta­cję. Go­spo­dyni po­wi­tała ją z do­bro­tli­wym uśmie­chem, na co Lian z miej­sca od­po­wie­działa tym sa­mym.

- Czyli to pań­ska se­kre­tarka? Asy­stentka? - spy­tała z cie­ka­wo­ścią.

- Ani jedno, ani dru­gie. - W to­nie na­ukowca wy­raź­nie po­brzmie­wało roz­ba­wie­nie. - Cho­ciaż wy­gląda jak skromna pen­sjo­narka pro­sto z two­jego ka­te­chi­zmu, panna Zhao jest moją oso­bi­stą ochroną. I fak­tycz­nie bar­dzo praw­do­po­do­bne, że kilka dni temu ura­to­wała mi ży­cie.

Star­sza pani spoj­rzała na niego wy­stra­szona.

- Ochroną oso­bi­stą? To dla­tego wczo­raj przy­je­chali tu­taj ci dwaj pa­no­wie? Piero mówi, że mieli pod no­gaw­kami spodni scho­wane pi­sto­lety. Czy jest pan w nie­bez­pie­czeń­stwie, si­gnore?

- Nic się nie martw, Nello. Z panną Zhao krę­cącą się w po­bliżu wszy­scy je­ste­śmy bez­pieczni.

Bez dal­szych wy­ja­śnień Ro­bert wy­jął rze­czy z ba­gaż­nika i z wa­lizką w jed­nej ręce, a la­ską w dru­giej nie­cier­pli­wie wszedł do domu.

- Po­zwoli pani, że po­mogę, panno Zhao.

- Pro­szę mi mó­wić "Lian". I nie trzeba, po­ra­dzę so­bie. - Lian mu­siała ku­pić wa­lizkę na swoje nowe ubra­nia. Wzięła ją te­raz jedną ręką, stary ple­cak za­rzu­ciła na dru­gie ra­mię i ru­szyła za go­spo­dy­nią do wnę­trza za­meczku.

?

Sie­dzieli na końcu dłu­giego ma­ho­nio­wego stołu, a ich słowa roz­brzmie­wały po­gło­sem w oka­za­łej ja­dalni, któ­rej ściany obite dro­gim bro­ka­tem w ko­lo­rze bur­gunda ozdo­biono za­byt­ko­wymi ta­pi­se­riami przed­sta­wia­ją­cymi krwawe sceny my­śliw­skie oraz ob­ra­zami z mar­twą na­turą.

Ro­bert za­uwa­żył, że Lian w naj­mniej­szym stop­niu nie wy­daje się onie­śmie­lona bo­ga­tym wy­stro­jem La For­tezzy, mimo że ko­bieta wy­cho­wana w ta­kich oko­licz­no­ściach jak ona nie po­winna być zbyt­nio przy­zwy­cza­jona do luk­susu. Na­uko­wiec ob­ser­wo­wał ją co­raz bar­dziej za­in­try­go­wany i znowu za­sko­czyła go jej zdol­ność do­pa­so­wy­wa­nia się do oto­cze­nia. Tego wie­czoru, ubrana w ele­ganc­kie ciem­no­zie­lone spodnie i pa­su­jącą do nich bluzkę, z nie­dłu­gimi zło­ci­stymi wło­sami luźno opa­da­ją­cymi na ra­miona, mo­głaby spo­koj­nie ucho­dzić za młodą dzie­dziczkę.

- Dzię­kuję. - Lian uśmiech­nęła się do Nelli, na­kła­da­jąc so­bie por­cję wa­rzyw ze srebr­nej tacy, którą go­spo­dyni jej po­dała.

- Bę­dziesz ja­dła tylko to? Nie lu­bisz in­dyka, si­gno­rina?

- Nie trudź się, Nello, panna Zhao nie je zwie­rząt. To sprzeczne z jej re­li­gią. - Jak zwy­kle w sło­wach na­ukowca po­brzmie­wała iro­nia.

Go­spo­dyni po­krę­ciła głową i wy­szła z ja­dalni, mru­cząc pod no­sem coś o dzi­wac­twach dzi­siej­szej mło­dzieży.

- No do­brze, brzozo nie­jadku, jak ci się po­doba twój po­kój?

Lian pod­nio­sła na niego wzrok znad ta­le­rza i od­po­wie­działa z za­pa­łem:

- Wspa­niały!

Przed kil­koma go­dzi­nami go­spo­dyni za­pro­wa­dziła ją do prze­stron­nego po­koju przy­le­ga­ją­cego do sy­pialni na­ukowca. Z okna roz­ta­czał się piękny wi­dok na po­ło­żone u stóp za­meczku ma­low­ni­cze śre­dnio­wieczne mia­steczko. W sy­pialni zwra­cały uwagę rzeź­bione drew­niane łóżko z prze­sad­nie oka­za­łym bal­da­chi­mem, dra­pe­rie z nie­bie­skiego ak­sa­mitu oraz ogromny ko­mi­nek z bo­gatą mar­mu­rową obu­dową - mimo że nie pa­lono w nim ognia, przy­da­wał po­miesz­cze­niu cie­pła i przy­tul­no­ści.

Ro­bert, wi­dząc miękki uśmiech Lian, nieco dłu­żej niż trzeba za­trzy­mał wzrok na tych nie­win­nych, a jed­no­cze­śnie pro­wo­ku­ją­cych ustach i mu­siał wło­żyć sporo wy­siłku, by stłu­mić im­puls, który ka­zał mu wy­cią­gnąć rękę i prze­su­nąć kciu­kiem po jej war­gach. Nie­cier­pli­wie po­trzą­snął głową, by od­su­nąć od sie­bie ten ob­raz.

- La For­tezza to bar­dzo bez­pieczne miej­sce, zwłasz­cza że Char­les przy­słał tu­taj dwóch lu­dzi, żeby się krę­cili, dla­tego nie mu­sisz wszę­dzie za mną ła­zić jak uprzy­krzone psi­sko, ro­zu­miesz? Ca­łymi dniami będę pra­co­wał w la­bo­ra­to­rium w pół­noc­nej wieży, mu­sisz więc zna­leźć so­bie ja­kąś roz­rywkę. - Za­to­czył ręką w po­wie­trzu, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że nie ob­cho­dzi go, co bę­dzie ro­biła, byle nie plą­tała mu się pod no­gami.

Nella po­dała de­ser i kiedy skoń­czyli jeść, na­uko­wiec pod­niósł się i z nie­zwy­kłą dla sie­bie kur­tu­azją od­su­nął krze­sło Lian, po­ma­ga­jąc jej wstać od stołu.

- Mie­li­śmy długi dzień. Le­piej po­łóżmy się wcze­śnie.

Gdy się wspi­nali po wy­so­kich stop­niach im­po­nu­ją­cych ka­mien­nych scho­dów, Lian od­nio­sła wra­że­nie, że jej klient ku­leje bar­dziej niż nor­mal­nie. Wła­śnie w tym mo­men­cie Ro­bert ma­chi­nal­nie wolną ręką po­tarł so­bie udo i usta wy­krzy­wił mu gry­mas bólu.

- Bar­dzo cię boli noga, Ro­ber­cie Gaddi?

- Od kilku dni do­ku­cza mi bar­dziej niż zwy­kle. - Obo­jęt­nie wzru­szył ra­mio­nami. - Pew­nie ucier­piała, kiedy mnie prze­wró­ci­łaś na zie­mię.

- Je­śli chcesz, mogę spró­bo­wać ulżyć ci w bólu.

- Hm... brzmi nad­zwy­czaj in­te­re­su­jąco. - Pa­trząc w spo­kojne ja­sne oczy, które na niego pod­nio­sła, Ro­bert zro­zu­miał, że nie do­tarł do niej pod­tekst tych słów, i ta nie­spo­ty­kana nie­win­ność spra­wiła, że po­czuł się nie­swojo.

Lian, zu­peł­nie nie­świa­doma jego prze­my­śleń, zro­zu­miała jego od­po­wiedź jako zgodę.

- Idź, roz­bierz się. We­zmę parę rze­czy i za­raz będę u cie­bie w po­koju.

Szybko po­ko­nała resztę scho­dów i skie­ro­wała się do swo­jej sy­pialni. Kilka mi­nut póź­niej za­pu­kała do jego drzwi i we­szła, nie cze­ka­jąc na po­zwo­le­nie.

- Za­sta­na­wiam się, jak ci się udało przez tyle lat za­cho­wać dzie­wic­two. Ko­bieta, która prosi męż­czy­znę, żeby się ro­ze­brał i wcho­dzi do jego po­koju bez za­pro­sze­nia...

Ro­bert sie­dział na skraju ma­te­raca z nogą wy­cią­gniętą przed sie­bie. Był boso, ale wciąż miał na so­bie ciemne spodnie i białą ko­szulę, w które był ubrany na ko­la­cji, choć ko­szulę zdą­żył wy­jąć na wierzch spodni.

- Trudno ma­so­wać ko­goś, kto ma na so­bie ubra­nie - od­parła z nie­zmą­co­nym spo­ko­jem. - Po­trze­bu­jesz po­mocy? Może i je­stem dzie­wicą, ale wi­dzia­łam wielu męż­czyzn bez ubrań.

Zło­ci­ste oczy na­tych­miast czuj­nie wbiły się w jej źre­nice.

- Jak to? - Ro­bert zmarsz­czył brwi tak, że wy­da­wał się jesz­cze bar­dziej nie­bez­pieczny.

- No­wi­cju­sze w klasz­to­rze co dzień rano ką­pali się nago w po­bli­skim je­zio­rze bez względu na po­godę. Oczy­wi­ście, kiedy pod­ro­słam, mu­sia­łam prze­stać się ką­pać z in­nymi, ale mistrz Cheng na­le­gał, że­bym na­uczyła się aku­punk­tury i uzdra­wia­nia. Nie­raz zaj­mo­wa­łam się więc męż­czy­znami, któ­rzy mieli skur­cze albo urazy. Do­brze znam ludz­kie ciało.

Lian, mó­wiąc, nie po­zo­sta­wała bez­czynna. Po­sta­wiła na szafce noc­nej szklaną bu­telkę z ciem­nym pły­nem, po czym za­pa­liła ka­dzi­dełko i po chwili po­wie­trze wy­peł­niło się cha­rak­te­ry­stycz­nym za­pa­chem.

Ro­bert nie zno­sił, gdy ktoś wi­dział bli­zny na jego no­dze. Do tego stop­nia, że pod­czas seksu mak­sy­mal­nie przy­ga­szał świa­tło i je­śli ko­bieta pró­bo­wała mu pie­ścić udo, ła­god­nie, ale sta­now­czo od­su­wał jej rękę. Tym ra­zem jed­nak się­gnął do sprzączki pasa i zde­cy­do­wa­nym ru­chem za­czął go roz­pi­nać. Lian po­szła do ła­zienki i wró­ciła z ogrom­nym fro­to­wym ręcz­ni­kiem, który roz­ło­żyła na po­ścieli, żeby jej nie po­pla­mić.

- Kładź się - po­le­ciła.

Choć raz po­słu­chał bez oporu. Ubrany tylko w białą ko­szulę i ele­ganc­kie je­dwabne bok­serki, po­ło­żył się na łóżku w taki spo­sób, żeby wciąż wi­dzieć twarz dziew­czyny.

Lian usia­dła na skraju ma­te­raca i przyj­rzała się no­dze. Choć Ro­bert ob­ser­wo­wał ją z uwagą, nie do­strzegł u niej cie­nia od­razy. Nic nie mą­ciło jej spo­koju. Szczu­płe palce prze­su­nęły się po pa­skud­nej bliź­nie, która wiła się wo­kół uda ni­czym boa du­si­ciel po­zna­czony bia­łymi śla­dami po szwach. Ten de­li­katny kon­takt, świeży i lekki, wy­wo­łał u niego głę­boki dreszcz. Nikt oprócz le­ka­rzy i pie­lę­gnia­rek, któ­rzy się swego czasu nim zaj­mo­wali, nie do­ty­kał go w tym miej­scu.

- Jak to się stało, Ro­ber­cie Gaddi?

Ro­bert ni­gdy nie mó­wił, co się wy­da­rzyło tam­tej nocy, ale znów zro­bił wy­ją­tek i zwięźle od­parł:

- Wy­pa­dek sa­mo­cho­dowy.

Lian ze współ­czu­ciem po­pa­trzyła na jego twarz o wy­raź­nie za­zna­czo­nych mę­skich ry­sach. Za­uwa­żyła, że Ro­bert bez­wied­nie za­ci­ska szczękę, i zro­zu­miała, że ta hi­sto­ria ma znacz­nie wię­cej szcze­gó­łów, o któ­rych on nie jest go­tów roz­ma­wiać. Dłu­żej nie zwle­ka­jąc, wzięła za­tem drew­nianą skrzy­neczkę po­krytą ciem­no­czer­woną laką ze zło­tymi zdo­bie­niami i wy­jęła z niej dzie­więć spo­rych igieł o ko­ścia­nych uchwy­tach.

Na ich wi­dok Ro­bert gwał­tow­nie pod­niósł się na przed­ra­mio­nach.

- Ej, ej, ej! Nie bę­dziesz mnie chyba tym kłuła?! Nie chcę, że­byś mnie za­ra­ziła ja­kąś cho­robą.

- Za­wsze po każ­dym uży­ciu ste­ry­li­zuję igły. Czyżby wielki Ro­bert Gaddi bał się bied­nej bez­bron­nej dzie­wicy? - Lian drwiąco unio­sła jedną ze swych de­li­kat­nych brwi.

- Ty i bez­bronna, jesz­cze czego - burk­nął, ale z po­wro­tem po­ło­żył się na ręcz­niku i spró­bo­wał się roz­luź­nić.

Lian za­częła roz­miesz­czać igły w róż­nych punk­tach, ale nie ogra­ni­czyła się tylko do nogi. Zręcz­nie roz­pięła gu­ziki jego ko­szuli, od­chy­liła ma­te­riał i wbiła igłę koło le­wego sutka pa­cjenta. Ro­bert bez­wied­nie drgnął, kiedy na­stępna igła tra­fiła do­kład­nie po­mię­dzy brwi.

- Leż spo­koj­nie - po­le­ciła Lian, po czym prze­su­nęła wy­żej skraj jego bok­se­rek i zmie­niła usy­tu­owa­nie jed­nej z igieł na udzie.

Na­kłu­wała go tak przez dłuż­szy czas i mimo scep­ty­cy­zmu, z ja­kim na­uko­wiec pod­cho­dził do ca­łego pro­cesu, wkrótce za­uwa­żył, że noga już mu tak nie do­ku­cza, a bo­le­sne skur­cze, które go tak czę­sto drę­czyły, ustą­piły zu­peł­nie. Nie mógł ode­rwać wzroku od tej pięk­nej twa­rzy roz­ta­cza­ją­cej atrak­cyjną aurę sku­pie­nia.

- Te­raz zro­bię ci ma­saż i mam na­dzieję, że noc bę­dziesz miał spo­kojną.

Wy­cią­gnęła rękę, żeby wziąć z szafki noc­nej szklaną bu­te­leczkę, od­kor­ko­wała ją, na­lała so­bie nieco za­war­to­ści na dłoń i po­tarła ręce, by roz­grzać ole­jek. W po­wie­trzu roz­szedł się przy­jemny za­pach aro­ma­tycz­nych ziół, łą­cząc się z wo­nią ka­dzi­dła. Lian za­częła ma­so­wać. Wprawne ko­biece ręce po­ru­szały się po ca­łej dłu­go­ści nogi z od­po­wied­nią siłą i Ro­bert o mało nie mru­czał z za­do­wo­le­nia. Panna Zhao jest pełna nie­spo­dzia­nek, po­my­ślał, a jed­no­cze­śnie ręką na­cią­gnął w dół róg ko­szuli, pró­bu­jąc pod nią ukryć za­czy­na­jącą się erek­cję.

Lian, zu­peł­nie nie­świa­doma kło­po­tów pa­cjenta, da­lej ma­so­wała mu ze­sztyw­niałe mię­śnie, aż uznała, że wy­star­cza­jąco się roz­luź­niły.

- Go­towe. - Spoj­rzała na niego z sa­tys­fak­cją, a on z ko­niecz­no­ści po­wstrzy­mał się od pro­te­stów.

Po­zbie­rała swoje rze­czy i wstała.

- Nie po­ca­łu­jesz mnie na do­bra­noc? - Mimo żar­to­bli­wego tonu, na jaki się zdo­był, od­dech mu przy­śpie­szył na samą myśl.

- Po­ca­łunki nie wcho­dzą w za­kres te­ra­pii - od­parła bar­dzo po­waż­nie, po czym od­wró­ciła się i wy­szła z po­koju.

Ro­bert zo­stał na łóżku, le­żąc na wznak i sku­pia­jąc wzrok na skom­pli­ko­wa­nym haf­cie zdo­bią­cym bal­da­chim. Na­dal był pod­nie­cony, od­dech jesz­cze mu się nie wy­rów­nał. Ro­bert po­my­ślał, że bę­dzie mu­siał się za­cho­wy­wać bar­dzo ostroż­nie. Nie miał złu­dzeń co do wła­snej osoby; wie­dział, że po­trafi być praw­dzi­wym dup­kiem, ale to by­łoby praw­dziwe drań­stwo, gdyby to on, Ro­bert Gaddi, oka­zał się tym su­kin­sy­nem, który ob­ra­buje za­chwy­ca­jącą pannę Zhao z dzie­wic­twa. Po­czuł się od­prę­żony, jak nie był od dłu­giego czasu, i na­wet się nie obej­rzał, a za­padł w sen.

?

Dni mi­jały spo­koj­nie, a do­okoła z pełną mocą roz­ta­czała swoje uroki to­skań­ska wio­sna. Zbo­cza wzgó­rza, na któ­rym stał za­me­czek, po­kryły się róż­no­ko­lo­ro­wymi kwia­tami i po­wie­trze wy­peł­niły cu­do­wne za­pa­chy. Ro­bert ni­czym wy­nio­sły feu­dał więk­szość czasu spę­dzał w wieży po­chło­nięty ba­da­niami na­uko­wymi i Lian, która od lat nie miała tyle wol­nego czasu, z za­pa­łem ko­rzy­stała z po­god­nego ży­cia we wło­skim oto­cze­niu.

Mały Piero, bar­dzo by­stry dzie­ciak, za­stał ją pew­nego razu pod­czas ćwi­czeń - mnisi i no­wi­cju­sze w Sza­olin mają obo­wią­zek prak­ty­ko­wać ćwi­cze­nia co­dzien­nie bez wy­jątku - i na­le­gał, żeby jego też na­uczyła tych rze­czy. I tak każ­dego ranka na bru­ko­wa­nym dzie­dzińcu przed głów­nym wej­ściem do La For­tezzy od­by­wały się prak­tyczne lek­cje kung-fu oraz za­sad etycz­nych rzą­dzą­cych szkołą Sza­olin. Pod sta­now­czym, ale peł­nym wy­czu­cia prze­wod­nic­twem Lian ma­lec za­czął się prze­obra­żać w wy­bit­nego ucznia.

Choć Ro­bert o tym nie mó­wił, czę­sto ob­ser­wo­wał te prak­tyki przez strzel­nicę w swo­jej basz­cie i kiedy wi­dział, jak Lian po­chyla się nad chłop­cem, żeby mu ła­god­nie po­pra­wić po­stawę lub kąt usta­wia­nia któ­rejś z koń­czyn, bez­wied­nie od­czu­wał ukłu­cie za­zdro­ści. Ni­gdy by tego nie przy­znał, na­wet sam przed sobą, ale nie ob­ra­ziłby się, gdyby Lian to jemu udzie­lała tych lek­cji.

Do ćwi­czeń Lian spi­nała so­bie nie­dłu­gie ja­sne włosy w koń­ski ogon i za­kła­dała ja­sno­po­ma­rań­czowe ki­mono. No­gawki miała wpusz­czone w białe pod­ko­la­nówki prze­wią­zane czar­nymi ta­siem­kami. Ro­bert ze swo­jego punktu ob­ser­wa­cyj­nego przy­glą­dał się za­fa­scy­no­wany, jak dziew­czyna po­ru­sza się ni­czym lśniąca bły­ska­wica.

Nie spo­ty­kali się aż do pory ko­la­cji, którą Nella po­da­wała w ogrom­nej ja­dalni. Pod­czas po­siłku roz­ma­wiali w spo­sób, który stał się dla nich cha­rak­te­ry­styczny: on pró­bo­wał ze swo­jej ta­jem­ni­czej panny ochro­niarz wy­cią­gnąć wię­cej szcze­gó­łów z jej ży­cia, a ona od­po­wia­dała na jego py­ta­nia wy­kręt­nie, aż uda­wało się jej wy­pro­wa­dzić go z rów­no­wagi i do­sta­wała ostrą re­pry­mendę, którą przyj­mo­wała ze spo­koj­nym wzru­sze­niem ra­mion.

Po ko­la­cji Ro­bert lu­bił wy­pić kawę. Piero zwy­kle to­wa­rzy­szył im wtedy w sa­lo­nie, gdzie Nella co wie­czór roz­pa­lała w ko­minku. Ma­lec do­sta­wał przy ogniu swoją co­dzienną por­cję opo­wie­ści. Lian sia­dy­wała z nim ze skrzy­żo­wa­nymi no­gami na bla­do­nie­bie­skim pu­szy­stym dy­wa­nie przed wy­god­nym usza­tym fo­te­lem, na któ­rym roz­sia­dał się na­uko­wiec, i ra­zem słu­chali jak urze­czeni. Ro­bert Gaddi nie snuł jed­nak zwy­cza­jo­wych ba­jek, tylko opo­wia­dał krwawe epi­zody z hi­sto­rii Eu­ropy, o woj­nach i dawno za­po­mnia­nych lu­dziach oraz ich he­ro­icz­nych czy­nach, co spra­wiało, że dwie pary oczu, jedna ciem­no­kasz­ta­nowa, a druga ja­sno­nie­bie­ska, błysz­czały ocza­ro­wane.

Dla Lian była to naj­lep­sza część dnia. Po­do­bał jej się spo­kój, ja­kim tchnął ten po­tężny sa­lon pe­łen sta­rych me­bli i dzieł sztuki, z at­mos­ferą wciąż opo­wia­da­jącą o za­mierz­chłych cza­sach, uwo­dzi­ciel­skich da­mach i szla­chet­nie uro­dzo­nych ka­wa­le­rach. Były to je­dyne chwile, kiedy Ro­bert Gaddi roz­luź­niał się zu­peł­nie, a ona z za­fa­scy­no­wa­niem słu­chała jego po­waż­nego, piesz­czo­tli­wego głosu, znaj­du­ją­cego od­dźwięk w jej ciele, pod­czas gdy snuł te hi­sto­rie, któ­rych ona naj­wy­raź­niej ni­gdy nie miała dość.

Z nogą wy­cią­gniętą po­rząd­nie przed sie­bie i la­ską opartą o je­den z pod­ło­kiet­ni­ków fo­tela, z pa­try­cju­szow­ską ciemną głową od­chy­loną na opar­cie i nie­po­ko­ją­cymi zło­ci­stymi tę­czów­kami od­bi­ja­ją­cymi bły­ski pło­mieni Ro­bert Gaddi mógłby ucho­dzić za jed­nego z tych kasz­te­la­nów, któ­rzy nie­gdyś za­miesz­ki­wali La For­tezzę i któ­rych po­ważne por­trety wi­szące na ścia­nach ga­le­rii mu­zycz­nej Lian obej­rzała so­bie wni­kli­wie. Tylko jego ubra­nie było inne.

?

Ro­bert po­rów­ny­wał ostat­nie dane, które prze­słali mu współ­pra­cow­nicy z lon­dyń­skiego In­sty­tutu Ba­daw­czego, kiedy z dzie­dzińca do­bie­gły pełne za­pału okrzyki ma­łego Piera. Po­ru­szał głową na boki, żeby roz­grzać mię­śnie szyi ze­sztyw­niałe po tylu go­dzi­nach sie­dze­nia przed kom­pu­te­rem, wziął la­skę, która z wier­no­ścią do­brze wy­szko­lo­nego psa cze­kała oparta o fo­tel, i pod­niósł się, by rzu­cić okiem na ze­wnątrz.

Wnuk Nelli ko­pał raz za ra­zem na wszyst­kie strony, krzy­cząc przy tym i mie­rząc w nie­wi­dzial­nego wroga. Gdy skoń­czył za­cie­kły atak i sta­nął spo­koj­nie w czuj­nej po­sta­wie, roz­le­gły się brawa.

Na­uko­wiec wy­chy­lił się tro­chę bar­dziej nad pa­ra­pe­tem i spo­strzegł, że agent Har­rel­son - je­den z lu­dzi, któ­rych Char­les przy­słał mu do ochrony - roz­ma­wia przy­jaź­nie z Lian. Ro­bert na­tych­miast z nie­za­do­wo­le­niem zmarsz­czył brwi. Nie po raz pierw­szy wi­dział, jak ten fa­cet obija się na dzie­dzińcu o tej sa­mej po­rze, gdy dziew­czyna i chło­piec od­by­wają ćwi­cze­nia. "Je­żeli ten typ tak samo in­te­re­suje się moim bez­pie­czeń­stwem, jak oka­zuje sym­pa­tię Lian, za­pewne włos mi z głowy nie spad­nie" - po­my­ślał Ro­bert, co­raz bar­dziej po­iry­to­wany.

Ob­ser­wo­wał kry­tycz­nym okiem Lian, ale w jej za­cho­wa­niu nie do­strzegł ani krzty ko­kie­te­rii. Dziew­czyna tylko się uśmie­chała w ten swój uprzejmy, ła­godny spo­sób, w jaki za­zwy­czaj zwra­cała się do każ­dej osoby. W pew­nym mo­men­cie Har­rel­son wy­cią­gnął mu­sku­larne ra­mię, do­brze wi­do­czne przez ko­szulkę z krót­kim rę­ka­wem, i po­pro­sił o coś dziew­czynę. A ona bez wa­ha­nia sta­nęła za jego ple­cami, zwa­li­stymi jak szafa, i do­ty­ka­jąc ma­łymi dłońmi jego na­pom­po­wa­nych mię­śni, które Ro­ber­towi wy­da­wały się gro­te­skowe, na­pro­wa­dziła agenta na wła­ściwą po­stawę. Pięść na­ukowca za­ci­snęła się mocno na główce la­ski. Gdyby w tej chwili sam znaj­do­wał się na dzie­dzińcu, zro­biłby z niej do­bry uży­tek, by złoić skórę temu kre­ty­nowi. Mam­ro­cząc pod no­sem, od­su­nął się od okna i po­sta­no­wił zejść na chwilę, żeby się prze­wie­trzyć i orzeź­wić.

Choć ku­lał, spraw­nie po­ko­nał strome krę­cone schody, a wy­szedł­szy na dzie­dzi­niec, sta­nął jak wryty z ser­cem mocno wa­lą­cym o że­bra. Na jed­nej z ma­łych gra­ni­to­wych kul, któ­rymi zwień­czono ka­mienną ba­lu­stradę, stała Lian z za­mknię­tymi oczami, ba­lan­su­jąc na jed­nej no­dze, a drugą trzy­mała zgiętą przed sobą w po­wie­trzu, dło­nie zaś miała zło­żone jak do mo­dli­twy, zu­peł­nie za nic so­bie ma­jąc opa­da­jącą po dru­giej stro­nie co naj­mniej dwu­dzie­sto­me­trową stro­mi­znę.

Ro­ber­towi zje­żyły się włosy na karku. Za­ci­snął szczękę, żeby po­wtrzy­mać krzyk, który chciał mu się wy­drzeć z gar­dła, i ku­le­jąc, jak naj­szyb­ciej pod­szedł do ba­lu­strady. Lecz za­nim zdą­żył zła­pać Lian w ra­miona, jak za­mie­rzał, otwo­rzyła oczy tak gwał­tow­nie, że jego siat­kówka le­d­wie zdą­żyła to za­re­je­stro­wać, prze­sko­czyła po­nad jego głową i wy­lą­do­wała gładko za jego ple­cami.

Ro­bert od­wró­cił się i spoj­rzał na nią, ci­ska­jąc wzro­kiem bły­ska­wice.

- Osza­la­łaś czy co? Co ty, u dia­bła, wy­pra­wiasz?

Piero, wy­stra­szony, pa­trzył na nich w mil­cze­niu, ale Har­rel­son pró­bo­wał za­ła­go­dzić sprawę.

- To tylko mały po­kaz utrzy­my­wa­nia rów­no­wagi, pa­nie Gaddi. To ja na­le­ga­łem, żeby Lian...

Sły­sząc, że mówi o niej tak po­ufale, Ro­bert prze­rwał mu opry­skli­wie:

- Agen­cie Har­rel­son, są­dzę, że pań­scy zwierzch­nicy przy­słali tu pana do wy­ko­ny­wa­nia pracy po­le­ga­ją­cej na czuj­nej ob­ser­wa­cji, a nie na asy­sto­wa­niu w po­pi­sach nie­doj­rza­łych ma­ło­lat, więc le­piej, żeby pan wró­cił na swój po­ste­ru­nek.

Na­ukow­cowi nie umknął wy­si­łek, z ja­kim agent FBI po­wstrzy­mał się od udzie­le­nia rów­nie ob­ce­so­wej od­po­wie­dzi; nie­mniej funk­cjo­na­riusz zdo­łał się opa­no­wać i po­sy­ła­jąc dziew­czy­nie współ­czu­jące spoj­rze­nie, rzekł tylko:

- Przy­kro mi, Lian, że bę­dziesz miała przeze mnie kło­poty. Zo­ba­czymy się póź­niej. - Od­wró­cił się i od­da­lił z god­no­ścią.

Nie za­przą­ta­jąc so­bie nim wię­cej głowy, Ro­bert, wście­kły do gra­nic, na­sko­czył na dziew­czynę:

- Co ty so­bie wy­obra­żasz? A co, je­śli Piero ze­chce cię na­śla­do­wać i spad­nie w prze­paść?!

- Si­gnor Ro­berto, to moja wina! - za­wo­łał ma­lec ze łzami w oczach, pró­bu­jąc bro­nić swo­jej no­wej przy­ja­ciółki przed gnie­wem uwiel­bia­nego si­gnore. - Chcia­łem tylko zo­ba­czyć, jak Lian...

- Spo­koj­nie, Piero. Ja z nim po­roz­ma­wiam - dał się w końcu sły­szeć po­godny, słodki głos Lian.

Wi­dząc, jak zde­ner­wo­wał chłopca, na­uko­wiec tro­chę się opa­no­wał i już nieco spo­koj­niej­szym to­nem rzekł:

- Piero, idź do babci. Chcę po­roz­ma­wiać z panną Zhao sam na sam.

Po raz pierw­szy chło­piec naj­wy­raź­niej nie był chętny usłu­chać na­tych­miast, ale zer­k­nąw­szy w stra­pie­niu na Lian, która le­d­wie do­strze­gal­nie ski­nęła mu głową, od­szedł, po­włó­cząc no­gami.

- No i?

- No i co, Ro­ber­cie Gaddi?

- Nie uda­waj przy mnie ta­kiej prze­mą­drza­łej, nie­ostrożny kasz­ta­nie!

Swoim zwy­cza­jem prze­krzy­wiła głowę i wiel­kie nie­bie­skie oczy po­pa­trzyły na niego z tym sa­mym de­ner­wu­ją­cym spo­ko­jem co zwy­kle.

- Po­trze­bu­jesz ćwi­czeń, Ro­ber­cie Gaddi. Od­kąd tu przy­je­cha­li­śmy, nic, tylko za­my­kasz się w swo­jej wieży. Po­wi­nie­neś ska­na­li­zo­wać agre­sję, która cię po­żera. Po­tre­nuję cię.

- Nie ty tu wy­da­jesz roz­kazy! - Po­ryw­czo wy­chy­lił głowę, aż jego twarz zna­la­zła się za­le­d­wie dzie­sięć cen­ty­me­trów od jej twa­rzy. Ona jed­nak nie cof­nęła się na­wet o mi­li­metr. - Taka je­steś mą­dra, bo my­ślisz, że w ten spo­sób zro­bię z sie­bie głupca. A może uwa­żasz, że no­szę to z sobą dla ozdoby? - Groź­nie po­trzą­snął jej przed oczami swoją nie­od­łączną la­ską.

- Jaki z cie­bie śle­piec, Ro­ber­cie Gaddi. Twoja ułom­ność nie kryje się w no­dze, tylko tu i tu. - Do­tknęła naj­pierw jego czoła, a po­tem po­ło­żyła dłoń na jego piersi, na sercu. - Po­każę ci, jak się bro­nić i jak da­wać uj­ście zło­ści, którą w so­bie no­sisz. Spo­tkajmy się o czwar­tej na po­lance w za­gaj­niku. Tam nikt nam nie bę­dzie prze­szka­dzał.

Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, Lian od­wró­ciła się na pię­cie i we­szła do za­meczku.

Ro­bert, wście­kły, zo­stał sam, ze źre­ni­cami utkwio­nymi w miej­scu, gdzie znik­nęła. Wciąż nie mógł uwie­rzyć, że się nie ode­zwał, że zniósł jej prze­mą­drzały wy­kład ni­czym po­tulna owieczka. Ta drobna ko­bieta nie tylko ośmie­liła się da­wać mu roz­kazy, lecz także - by­naj­mniej nie oględ­nie - wy­tknęła mu pro­sto w oczy ułom­ność. Cho­lera ja­sna! Za kogo ona się, u dia­bła, uważa? Je­śli cho­dzi o niego, ten rzą­dzący się waw­rzyn może so­bie cze­kać na po­lance, aż za­pu­ści ko­rze­nie.

?

Punk­tu­al­nie o czwar­tej Ro­bert, ubrany w dresy i czarną ko­szulkę, opie­ra­jąc się na la­sce, szedł krętą żwi­rową ścieżką obrze­żoną ro­sną­cymi tu i tam ma­kami. Za­gaj­nik cy­pry­sów, drzew oliw­nych i jo­deł, o któ­rym wspo­mniała Lian, roz­cią­gał się na ty­łach La For­tezzy. Prze­ci­nał go stru­myk, głę­boki za­le­d­wie na tyle, by za­mo­czyć w nim nogi po kostki. Ro­bert do­brze znał to miej­sce. Wiele razy spę­dzał wa­ka­cje w za­meczku u cioci, a to był je­den z jego ulu­bio­nych za­kąt­ków, w któ­rych mógł się ukry­wać przed resztą świata. Od lat tu­taj jed­nak nie za­glą­dał i po­kry­wa­jący łąkę dy­wan de­li­kat­nych sto­kro­tek przy­wo­łał w nim miłe wspo­mnie­nia.

Za­raz też do­strzegł Lian. Sie­działa po­środku po­lanki w po­zy­cji lo­tosu, z rę­kami wspar­tymi na ko­la­nach i wnę­trzami dłoni skie­ro­wa­nymi ku niebu. Po­po­łu­dniowe słońce rzu­cało ośle­pia­jące bły­ski na gład­kie ja­sne włosy, które wy­mknęły się jej z ku­cyka. Tym ra­zem Lian była ubrana w czarą ko­szulkę na ra­miącz­kach, od­kry­wa­jącą jej na­pięty brzuch, i rów­nież czarne, bar­dzo ob­ci­słe leg­ginsy. Unio­sła po­woli po­wieki i spo­częło na nim spoj­rze­nie jej wiel­kich, nie­zgłę­bio­nych nie­bie­skich oczu.

Gdyby było po niej wi­dać cho­ciaż cień sa­tys­fak­cji, na­uko­wiec za­wró­ciłby w miej­scu i po­śpiesz­nie od­szedł tam, skąd przy­był. Nie wy­krył jed­na­kże u niej żad­nej oznaki triumfu, jak gdyby Lian ani przez se­kundę nie wąt­piła w to, że Ro­bert stawi się na spo­tka­nie.

Pod­nio­sła się z ziemi har­mo­nij­nym ru­chem i wy­szła mu na­prze­ciw. Bez słowa wy­jęła mu la­skę z dłoni i od­rzu­ciła ją na bok.

- Ej! Dla­czego to zro­bi­łaś? Po­trze­buję jej.

- W tej chwili nie. Nie martw się. Twoja przy­ja­ciółka bę­dzie na cie­bie cze­kała, gdy skoń­czysz.

Ro­bert otwo­rzył usta, żeby rzu­cić jedną ze swych uszczy­pli­wych od­po­wie­dzi, lecz ona w porę temu za­po­bie­gła, uno­sząc rękę i kła­dąc mu palce na war­gach.

- "Wszyst­kim na­uczy­cie­lom na­leży oka­zy­wać grzecz­ność i po­wścią­gli­wość".

Pod opusz­kami jej de­li­kat­nych pal­ców za­mro­wiły go wargi i za­raz po­czuł chęć, by wy­sta­wić ję­zyk i je ob­li­zać. Wresz­cie Lian cof­nęła rękę i od­dech Ro­berta wró­cił do normy.

- Te­raz na­uczę cię sze­ściu za­sad boksu Sza­olin. Po pierw­sze, mu­sisz mieć wprawę.

Szybko wy­ko­nała se­kwen­cję płyn­nych ru­chów, które wzbu­dziły jego po­dziw, ale by ukryć to wra­że­nie, iro­nicz­nie uniósł brew.

- Przy­po­mi­nam ci, że je­stem bied­nym ka­leką.

Nie przej­mu­jąc się jego uwagą w naj­mniej­szym stop­niu, kon­ty­nu­owała wy­ja­śnie­nia, a na­uko­wiec za­uwa­żył, że kiedy jest skon­cen­tro­wana, szcze­gólny eg­zo­tyczny ak­cent jej wy­mowy za­zna­cza się jesz­cze moc­niej.

- Spró­buj mnie za­ata­ko­wać - po­le­ciła.

- Słu­chaj, nie­po­zorne bon­sai, może znasz wiele cyr­ko­wych sztu­czek, ale je­stem od cie­bie dwa­dzie­ścia pięć cen­ty­me­trów wyż­szy i ważę dwa razy wię­cej, więc da­rujmy to so­bie.

Lian szybko jak bły­ska­wica ude­rzyła go w bok.

- Aj! To bo­lało!

- Za­ata­kuj, bo zro­bię to jesz­cze raz - od­rze­kła spo­koj­nie.

"Za­raz so­bie po­pa­mięta ta utra­piona mała ninja" - po­my­ślał Ro­bert. Chora noga ode­brała mu sporo spraw­no­ści, nie­mniej był sil­nym męż­czy­zną i miał świetny re­fleks. W Wa­szyng­to­nie ca­łymi go­dzi­nami pły­wał na kry­tym ba­se­nie swo­jego apar­ta­men­towca i kiedy za­ata­ko­wano go w jego pra­cowni, od­dał na­past­ni­kom ciosy z na­wiązką. Dla­tego te­raz na­gle na­tarł na Lian, za­mie­rza­jąc ją zła­pać z za­sko­cze­nia, i na­gle oka­zało się, że leży roz­cią­gnięty jak długi na mięk­kiej tra­wie po­lanki.

- Po dru­gie, mu­sisz być roz­sądny. "Żeby prze­wró­cić cię­żar ty­siąca un­cji siłą za­le­d­wie po­łowy un­cji".

Lian po­chy­liła się i po­dała mu rękę, żeby po­móc mu sta­nąć na nogi, lecz on gniew­nie od­trą­cił jej dłoń i pod­niósł się o wła­snych si­łach.

- Po trze­cie, mu­sisz być śmiały. To zna­czy, że po­wi­nie­neś ata­ko­wać bez wa­ha­nia przy każ­dej naj­mniej­szej oka­zji. Po czwarte, mu­sisz być szybki. "Prze­ciw­nik może zo­ba­czyć twoją pięść, lecz nie twój cios".

Za­mach­nęła się i za­ata­ko­wała z wielką pręd­ko­ścią, a jej knyk­cie za­trzy­mały się na cen­ty­metr od jego torsu, na­wet go nie mu­ska­jąc.

- Po piąte, bądź okrutny i mierz ciosy za­wsze w punkty wi­talne.

Tym ra­zem kant jej dłoni za­trzy­mał się naj­pierw mi­li­me­try od jego ne­rek, a po­tem gar­dła i Ro­bert mi­mo­wol­nie przy­mknął po­wieki.

- Po szó­ste, mu­sisz być prak­tyczny. - Lian po­pa­trzyła mu w oczy i cią­gnęła: - Ru­chy za­wsze po­winny słu­żyć ce­lowi, za­tem ata­kowi albo obro­nie, ni­gdy nie wy­ko­nuj ich, żeby się po­pi­sać. Na­uczę cię pod­sta­wo­wych cio­sów i będę się sta­rała wzmoc­nić twoją nogę, tak aby le­piej wspie­rała cię­żar ciała, gdy bę­dzie to po­trzebne. Zdej­mij ko­szulkę.

- Świet­nie! Za­czyna się ro­bić in­te­re­su­jąco! - za­wo­łał, jed­no­cze­śnie ścią­ga­jąc ubra­nie przez głowę, ale tak jak po­przed­nio za­uwa­żył, że Lian nie zła­pała po­dwój­nego sensu jego słów.

Sto­jąc przed nim, prze­śli­znęła nie­bie­skimi oczami po jego tor­sie i węź­la­stych ra­mio­nach. Jej spoj­rze­nie było uważne, ale bez­oso­bowe.

- Masz nie­złe mię­śnie, Ro­ber­cie Gaddi - po­wie­działa w końcu, za­do­wo­lona, a on mi­mo­wol­nie ucie­szył się z tej uwagi. - Te­raz chcę, że­byś na­śla­do­wał każdy mój ruch.

Po tych sło­wach roz­po­czął się in­ten­sywny tre­ning. Lian po­ru­szała się obok niego w mil­cze­niu i czę­sto pro­siła, aby po­ło­żył dło­nie na jej smu­kłej ta­lii i za­uwa­żył na­pię­cie kon­kret­nych mię­śni. Nie­kiedy to ona prze­su­wała pal­cem po któ­rymś z jego ścię­gien albo wię­za­deł, zmie­nia­jąc uło­że­nie ra­mie­nia i po­zwa­la­jąc mu do­strzec różny sto­pień na­pię­cia, aż przy­szedł mo­ment, że od­dech na­ukowca przy­śpie­szał nie tylko z po­wodu wy­siłku fi­zycz­nego.

Gdy Lian uznała lek­cję za za­koń­czoną, ciała oby­dwojga błysz­czały cienką war­stewką potu. Ro­berta po tre­ningu bo­lała noga i za­czął so­bie roz­cie­rać udo. Wi­dząc to, Lian wska­zała ge­stem, by usiadł na ziemi, i uklęk­nęła obok niego.

- Zdej­mij spodnie - po­le­ciła.

- Hej! Po­su­wasz się za da­leko, lu­bieżny pla­ta­nie! My­ślę, że całe to przed­sta­wie­nie w stylu Kung-Fu Pandy było tylko pre­tek­stem, że­byś mo­gła mnie so­bie po­do­ty­kać. Przy­znaj, że moje ciało cię pod­nieca.

Ką­ciki jej de­li­kat­nych ust po­now­nie unio­sły się lekko w ten nie­winny, zmy­słowy spo­sób, który Ro­bert za­uwa­żył już wcze­śniej i który szcze­gól­nie dzia­łał na jego żo­łą­dek. Twarz Lian znaj­do­wała się tak bli­sko jego twa­rzy, że wi­dział in­te­re­su­jące żółte plamki w jej pięk­nych źre­ni­cach.

- W po­rządku, Ro­ber­cie Gaddi. Zro­bię ci ma­saż przez spodnie, żeby za­cho­wać przy­zwo­itość - po­wie­działa zło­śli­wie.

I nie cze­ka­jąc na jego po­zwo­le­nie, te małe, lecz silne ręce znów roz­to­czyły swoją ma­gię. Mię­śnie kon­tu­zjo­wa­nej nogi pra­wie na­tych­miast za­częły się roz­luź­niać. Ro­bert sko­rzy­stał z tego, że Lian cał­ko­wi­cie sku­piała się na swoim za­da­niu, i przy­glą­dał się jej wni­kli­wie. Jego uwagę przy­cią­gnęły bar­dzo dłu­gie, gę­ste ciemne rzęsy, od­zna­cza­jące się na tle per­ło­wej skóry po­licz­ków. Ma­saż skoń­czył się zbyt szybko jak na jego gust i tym ra­zem Ro­bert przy­jął rękę, którą wy­cią­gnęła, żeby mu po­móc wstać.

- Cóż, mu­szę przy­znać, że po­do­bała mi się lek­cja, panno Zhao. Cze­kam za­tem na cie­bie ju­tro o tej sa­mej po­rze, żeby kon­ty­nu­ować na­ukę - po­wie­dział wy­nio­śle ni­czym król udzie­la­jący wiel­kiej ła­ski wa­sa­lowi. Po­tem się po­chy­lił, wziął la­skę i po­kuś­ty­kał do domu.

Lian od­pro­wa­dzała wzro­kiem od­da­la­jącą się wy­soką po­stać na­ukowca i za­sta­na­wiała się z nie­po­ko­jem, co spra­wia, że jest tak bar­dzo świa­doma obec­no­ści tego czło­wieka. Przez cały tre­ning, ile­kroć mu­snęła pal­cami silne mię­śnie jego torsu, za­uwa­żała u sie­bie dziwne wra­że­nia. Kie­dyś sły­szała, jak ktoś wy­ja­śniał, że tar­cie dwóch prze­ciw­nie na­ła­do­wa­nych elek­trycz­nie ma­te­ria­łów może wy­wo­ły­wać wy­ła­do­wa­nie i to do­kład­nie zda­rzało się za każ­dym ra­zem, gdy do­tknęła Ro­berta. Do tej pory za­wsze była w sta­nie kon­tro­lo­wać wszel­kie re­ak­cje wła­snego ciała. Od­kąd jed­nak po­znała swego obec­nego klienta, na pewne bodźce re­ago­wała w spo­sób, do któ­rego nie była przy­zwy­cza­jona.

Po­krę­ciła głową zdez­o­rien­to­wana. Może to tylko jej wy­ob­raź­nia. Ro­bert Gaddi jest eks­plo­zyw­nym źró­dłem sko­ma­so­wa­nej ener­gii i nie­wy­klu­czone, że w tym tkwi ta­jem­nica, po­wie­działa so­bie. Ale do­brze wie­działa, że ni­gdy do­tąd przy do­ty­ka­niu dru­giego czło­wieka nie do­zna­wała ta­kiego efektu. In­stynkt, wy­ostrzony po la­tach tre­ningu, ostrze­gał ją, że ten męż­czy­zna jest nie­bez­pieczny, a ona nie po­winna o tym za­po­mi­nać.

Roz­dział 1

Pa­ryż, dwa­dzie­ścia dwa lata wcze­śniej

Ka­ru­zela ob­ra­cała się nie­prze­rwa­nie przy we­so­łej ha­ła­śli­wej me­lo­dii. Mała Léa, z oczami błysz­czą­cymi od emo­cji, mocno trzy­ma­jąc się gru­bego drążka z la­kie­ro­wa­nego drewna, sie­działa wy­pro­sto­wana jak struna na żwa­wym żół­tym ru­maku, któ­rego so­bie wy­brała, i wraz z nim raz za ra­zem uno­siła się i opa­dała.

Kiedy mu­zyka uci­chła i ka­ru­zela prze­stała się krę­cić, Léa nie cze­kała, aż nia­nia po­dej­dzie, żeby ją zdjąć z sio­dła. Dziew­czynka nie­dawno skoń­czyła cztery lata i była bar­dzo dumna z tego, że nie jest już ma­lutka i nie po­trze­buje do wszyst­kiego po­mocy zrzę­dli­wej Ma­rie. Go­rzej, że z po­ziomu ziemi nie miała ta­kiego wi­doku jak z grzbietu ko­nika. Choć dzień był zimny, słońce świe­ciło ja­sno na bla­dym li­sto­pa­do­wym nie­bie i w parku ro­iło się od lu­dzi. Do­koła bie­gały roz­krzy­czane dzieci z są­siedz­twa, tak samo do­brze ubrane jak ona, a miała na so­bie ele­gancki an­giel­ski płasz­czyk z koł­nie­rzem i man­kie­tami z wel­wetu, który tak lu­biła.

Léa wspięła się na palce i pró­bo­wała wy­pa­trzyć opie­kunkę w tłu­mie, lecz na próżno - ja­sną główką nie się­gała ota­cza­ją­cym ją do­ro­słym na­wet do pasa. Po­my­ślała, że je­śli tro­chę się od­dali od ciżby kłę­bią­cej się przy ka­ru­zeli, to ła­twiej do­strzeże Ma­rie, dla­tego zde­cy­do­wa­nym kro­kiem ru­szyła w stronę ławki, na któ­rej jej star­sza opie­kunka sia­dy­wała z in­nymi nia­niami, żeby wspól­nie ob­ma­wiać chle­bo­daw­ców i prze­chwa­lać się do­brym wy­cho­wa­niem po­wie­rzo­nych so­bie dzieci. Gdy jed­nak Léa po­de­szła do ławki, nie było tam ani śladu Ma­rie. "Pew­nie po­szła już po mnie do ka­ru­zeli", przy­szło jej do głowy. Le­piej by­łoby tam zo­stać i po­cze­kać. W tym mo­men­cie obok dziew­czynki usia­dła ko­bieta w ele­ganc­kim be­żo­wym płasz­czu i apaszce na szyi, bar­dzo po­dob­nej do tych, które no­siła jej cio­cia.

- Wi­taj, ma­leńka, je­steś sama? - za­gad­nęła z przy­ja­znym uśmie­chem.

Stara Ma­rie do znu­dze­nia po­wta­rzała Léi, że nie po­winna roz­ma­wiać z ob­cymi, ale ta miła ciem­no­włosa ko­bieta wy­dała się dziew­czynce jakby zna­joma. Czę­sto wi­dy­wała ją w parku. Uprzejma pani w ni­czym nie przy­po­mi­nała męż­czyzn z opo­wie­ści, któ­rymi lu­biła ją stra­szyć stara Ma­rie - ubra­nych w łach­many po­two­rów z wiel­kim wor­kiem na ple­cach, do któ­rego pa­ko­wali po­rwane dzieci.

- Za­raz przyj­dzie Ma­rie. - Léa od­wza­jem­niła uśmiech.

- Ma­rie... Ach, przy­po­mi­nam so­bie! Mó­wisz o tej star­szej pani z ko­szem peł­nym wa­rzyw?

Dziew­czynka kiw­nęła głową. W dro­dze do parku mi­jały mały wa­rzyw­niak z owo­cami, który za­wsze cu­dow­nie pach­niał, i nia­nia ku­po­wała tam mnó­stwo rze­czy.

- Ja­sne, w ta­kim ra­zie ty mu­sisz być Léa. Ma­rie po­wie­działa mi, że jej tro­chę zimno i że pój­dzie na go­rącą kawę do baru na­prze­ciwko. Pro­siła, że­bym cię przy­pro­wa­dziła, gdy zej­dziesz z ka­ru­zeli. Zdaje się, że dziś mocno do­ku­czały jej stawy. Chodź ze mną. Ma­rie po­wie­działa, że za­mówi dla cie­bie lody. Le­piej się po­śpieszmy, żeby się nie roz­to­piły.

Léi to nie zdzi­wiło. Ma­rie nie­raz uskar­żała się na pa­ry­ski ziąb. Nia­nia oba małe palce u rąk miała po­wy­krę­cane ni­czym la­to­ro­śle, które dziew­czynka setki razy wi­działa w win­ni­cach wo­kół za­meczku swego ojca. Sta­ruszka czę­sto je so­bie ma­so­wała, bar­dzo po­woli - naj­wy­raź­niej przy­no­siło jej to ulgę. Ko­bieta w be­żo­wym płasz­czu wstała z ławki i Léa zro­biła to samo. Kilka se­kund póź­niej szły, trzy­ma­jąc się za ręce i we­soło pa­pla­jąc, w stronę oka­za­łego, po­ma­lo­wa­nego na czarno że­la­znego ogro­dze­nia, któ­rym był oto­czony park.

Wa­szyng­ton, 2013

Drzwi ga­bi­netu otwo­rzyły się gwał­tow­nie i Ro­bert Gaddi, nie ra­cząc pro­sić o po­zwo­le­nie, wpa­ro­wał do środka. Wsparty na swej nie­od­łącz­nej drew­nia­nej la­sce, po­kuś­ty­kał do stołu i opadł ciężko na jedno z krze­seł, wy­cią­ga­jąc przed sobą chorą nogę.

- Już wiesz?

Nie przy­wi­tał się ani sło­wem, jak to miał w zwy­czaju. Dok­to­rowi Gad­diemu to­wa­rzy­skie kon­we­nanse i do­bre ma­niery wy­da­wały się stratą czasu i na­wet nie pró­bo­wał tego ukry­wać.

Ian Do­olan, kie­row­nik pro­jek­tów, po­że­gnał się ze swoim roz­mówcą i odło­żył te­le­fon.

- Dzień do­bry, Ro­ber­cie. Nie, wcale mi nie prze­szka­dzasz, i tak, sam mia­łem do cie­bie za­dzwo­nić - od­rzekł sar­ka­stycz­nie. - A na­wia­sem mó­wiąc, wy­glą­dasz okrop­nie.

- Gówno mnie ob­cho­dzi, jak wy­glą­dam!

Prze­su­nął so­bie dło­nią po szorst­kim pod­bródku, do­ma­ga­ją­cym się po­rząd­nego go­le­nia. Tak na­prawdę nie tylko tego po­trze­bo­wał. Ele­gancka biała ko­szula, którą miał na so­bie, była wy­gnie­ciona, po­pla­miona i bra­ko­wało jej kilku gu­zi­ków; w no­gawce ciem­nych spodni świe­ciła dziura. W do­datku za­pewne nie­wiele wi­dział na jedno oko - opuch­nięte po­wieki zro­biły się trzy razy więk­sze niż nor­mal­nie.

Ro­bert wie­czo­rem był w Ken­nedy Cen­ter na ope­rze Ma­non Le­scaut, a po za­koń­cze­niu spek­ta­klu po­sta­no­wił wstą­pić do swo­jej pra­cowni, żeby wziąć kilka po­trzeb­nych mu do­ku­men­tów, i przy­ła­pał tam na go­rą­cym uczynku dwóch za­kap­tu­rzo­nych osob­ni­ków z za­pa­łem prze­trzą­sa­ją­cych za­ka­marki jego ga­bi­netu. Jego obecny wy­gląd aż nadto wy­raź­nie świad­czył o tym, jak się roz­wi­nęło spo­tka­nie.

- Tak, już wiem. Dzwo­nił do mnie Char­les, przy­je­cha­łem naj­szyb­ciej, jak się dało.

Do­olan od­po­wie­dział wresz­cie na jego py­ta­nie. Pod po­zor­nym spo­ko­jem nie­wąt­pli­wie ukry­wał ner­wo­wość. Ro­bert znał go jesz­cze z cza­sów, gdy obaj stu­dio­wali na Ha­rvar­dzie, i bar­dzo do­brze wie­dział, co ozna­cza bez­wiedne bęb­nie­nie pal­cami po szkla­nym bla­cie.

- Nie mia­łem jesz­cze czasu wstą­pić do miesz­ka­nia i do­pro­wa­dzić się do po­rządku. Wi­dzisz, drogi Ia­nie... - Do­sko­nale wie­dział, że Do­olan nie cierpi, gdy ktoś zwraca się do niego jak do tę­pa­wego dziecka, dla­tego ko­rzy­stał z każ­dej oka­zji, by to wła­śnie ro­bić. - Mu­sia­łem za­cze­kać, aż ci z FBI skoń­czą szpe­rać i wszystko prze­wra­cać tymi swo­imi łap­skami. Chcia­łem się upew­nić, że pra­cow­nia i mój ga­bi­net wyjdą z tego moż­li­wie bez szwanku.

- Cze­goś bra­kuje?

- Oprócz gu­zi­ków przy mo­jej ko­szuli i wi­dze­nia na lewe oko? Nie. Te pa­lanty nie za­brały ni­czego waż­nego. Od ja­kie­goś czasu czu­łem, że coś ta­kiego może się zda­rzyć, i za­cho­wa­łem ostroż­ność.

Do­olan ode­tchnął z ulgą.

- Char­les tu­taj je­dzie. Chce z tobą po­mó­wić.

Jak gdyby wy­wo­łany po imie­niu tylko na to cze­kał, w tym do­kład­nie mo­men­cie roz­le­gło się pu­ka­nie do drew­nia­nych drzwi. Otwo­rzyły się i do ga­bi­netu wszedł kor­pu­lentny męż­czy­zna w śred­nim wieku, ubrany w czarny gar­ni­tur, białą ko­szulę i ciemny kra­wat.

- Za­czę­li­ście beze mnie? - Char­les Cas­sidy, szef ope­ra­cyjny FBI, uniósł jedną z krza­cza­stych brwi, ciem­nych, lecz przy­pró­szo­nych si­wi­zną.

- Nie. Przy­sze­dłeś aku­rat na tańce - od­rzekł Ro­bert, ba­wiąc się rzeź­bioną drew­nianą la­ską, która wy­da­wała się prze­dłu­że­niem jego ciała. Z tego, co opo­wie­dział kie­dyś Do­ola­nowi, wy­ni­kało, że jest to bar­dzo cenny przed­miot z epoki wik­to­riań­skiej, a mimo to wła­ści­ciel pod­czas mó­wie­nia ma­chał la­ską na prawo i lewo, nie przej­mu­jąc się, że raz po raz obija ją o sto­łowe nogi. - Jak wła­śnie wy­ja­śnia­łem Ia­nowi, drogi Char­le­sie, tamci in­truzi nie zdą­żyli wpraw­dzie do­szczęt­nie znisz­czyć pra­cowni, ale twoje chło­paki do­koń­czyły dzieła z za­pa­łem. Wy­sta­wię ci ra­chu­nek.

- Wiem. Jadę pro­sto stam­tąd i mam już ra­port. Nie zna­le­ziono ani jed­nego śladu, który za­słu­gi­wałby na uwagę. Po­wie­dział­bym, że to pro­fe­sjo­na­li­ści. Czy coś zgi­nęło? Wy­daje się, że za­le­żało im ra­czej na wy­wró­ce­niu biura do góry no­gami.

Ro­bert i Char­les też znali się od lat i mimo tak róż­nych za­wo­dów byli do­brymi przy­ja­ciółmi. Moż­liwe, że dok­tor Gaddi nie był naj­sym­pa­tycz­niej­szym fa­ce­tem na świe­cie, ale Cas­sidy do­sko­nale wie­dział, że to je­den z jego naj­lo­jal­niej­szych zna­jo­mych i przy kilku oka­zjach, gdy po­trze­bo­wał po­mocy, tam­ten z miej­sca mu ją za­ofe­ro­wał, nie za­da­jąc zbęd­nych py­tań.

- Zra­bo­wano kilka kom­pu­te­rów, ale nie było w nich żad­nych istot­nych da­nych. Od­kąd za­częły na­pły­wać pierw­sze groźby, sta­łem się bar­dzo ostrożny. Na­wet obecny tu­taj mój szef - ru­chem brody wska­zał Do­olana - nie ma po­ję­cia, gdzie trzy­mam upra­gnione cia­steczko. Je­żeli tych dwóch cym­ba­łów szu­kało ba­dań nad szcze­pionką, po­winni byli przyjść po nie kiedy in­dziej.

- Wła­śnie do­kład­nie to mnie mar­twi, Ro­ber­cie - rzekł Ian Do­olan, nie prze­sta­jąc bęb­nić pal­cami w szklany blat. - Co by się stało z ba­da­niami, gdyby coś ci się przy­da­rzyło? Gra idzie o wielką stawkę. Dzi­siej­sza bójka mo­gła się dla cie­bie skoń­czyć śmier­cią albo śpiączką.

- Może i je­stem ku­lawy, Ia­nie, ale jesz­cze umiem wy­wi­jać pię­ściami, więc nie bój się o mnie. Cho­ciaż od­no­szę wra­że­nie, że tak na­prawdę nie o mnie się bo­isz, co? - Ro­bert mru­gnął do niego żar­to­bli­wie tym ze swo­ich nie­zwy­kłych zło­ci­stych oczu, które było sprawne. Jed­nak na­tych­miast od­zy­skał po­wagę. - Pro­to­kół ba­dań znaj­duje się w bez­piecz­nym miej­scu. Wiesz, że dzia­łamy jak od­działy Al-Ka­idy: moi asy­stenci są her­me­tycz­nymi ko­mór­kami od­po­wie­dzial­nymi tylko przede mną. Je­śli coś mi się przy­da­rzy, w ciągu nie­spełna doby bę­dziesz miał całą do­ku­men­ta­cję na stole.

W ga­bi­ne­cie uro­sła bańka ci­szy, którą po­sta­no­wił prze­kłuć ofi­cer FBI.

- Opo­wiedz mi coś o tych ba­da­niach, Ro­ber­cie. Wy­obra­żam so­bie, że dzi­siej­szy ra­bu­nek nie jest od­po­wie­dzią na wszyst­kie te od­ci­ski, które na­dep­ty­wa­łeś lu­dziom w ostat­nich la­tach...

Ro­bert Gaddi strzep­nął so­bie ręką py­łek z ko­szuli, co w ni­czym nie po­pra­wiło jego nie­świe­żego wy­glądu.

- Do­brze, Char­le­sie. Chyba nie mu­szę ci przy­po­mi­nać, że wszystko, co po­wiem, jest ści­śle tajne, prawda? - Po­cze­kał, aż roz­mówca ski­nie głową, po czym kon­ty­nu­ował: - Jak wiesz, od lat pro­wa­dzimy ba­da­nia nad szcze­pionką na raka... - Mó­wiąc, prze­su­wał opusz­kami pal­ców po wy­rzeź­bio­nych w drew­nie swo­jej la­ski gro­te­sko­wych ma­skach. - Cóż, my­ślę, że tym ra­zem nam się udało. W za­sa­dzie, ści­śle mó­wiąc, nie jest to szcze­pionka, tylko po­spo­lity wi­rus, tak zmo­dy­fi­ko­wany ge­ne­tycz­nie, że po­trafi wy­eli­mi­no­wać na­wet ko­mórki kan­ce­ro­genne oporne na le­cze­nie che­mio- czy ra­dio­te­ra­pią. Działa pre­cy­zyj­nie, jest tani i po­zba­wiony skut­ków ubocz­nych gor­szych niż te, które wy­stę­pują przy ła­god­nej gry­pie.

Char­les Cas­sidy za­gwiz­dał z po­dzi­wem.

- I mó­wisz, że to sku­teczne?

- Na my­szach i przy pew­nego ro­dzaju no­wo­two­rach bar­dzo sku­teczne. - Ko­cie oczy za­iskrzyły się en­tu­zja­zmem. - Roz­po­czę­li­śmy wła­śnie te­sty kli­niczne na lu­dziach i wy­gląda na to, że je­ste­śmy na do­brej dro­dze. Dla­tego po­dej­rze­wam, że w tym tkwi sedno sprawy.

- Ktoś chce ukraść for­mułę, żeby ją opa­ten­to­wać i zgar­nąć kasę, tak? - stwier­dził jego przy­ja­ciel, jakby roz­ma­wiali o sce­na­riu­szu filmu, który oglą­dali już mnó­stwo razy.

- My­ślę, że to tro­chę bar­dziej po­krę­cone. - Ta od­po­wiedź spra­wiła, że roz­mówca spoj­rzał na niego za­sko­czony.

- Bar­dziej po­krę­cone? Co masz na my­śli?

Ro­bert jesz­cze raz wal­nął la­ską w sto­łową nogę.

- Chcę po­wie­dzieć, że moim zda­niem pew­nym lu­dziom za­leży nie tyle na szcze­pionce, ile na tym, żeby rak był nie­ule­czalny. Chcą znisz­czyć szcze­pionkę, za­nim uj­rzy świa­tło dzienne.

Te­raz mina funk­cjo­na­riu­sza FBI wy­ra­żała kom­pletne zdu­mie­nie.

- Dla­czego ko­muś mia­łoby za­le­żeć na czymś ta­kim? To nie ma żad­nego sensu. Rak jest głów­nym po­wo­dem zgo­nów na świe­cie, prawda?

- Ósmym pod wzglę­dem li­czeb­no­ści ofiar, choć ow­szem, cierpi na niego co trze­cia osoba. - Ro­bert prze­su­nął dło­nią przez swoje zmierz­wione czarne włosy. Nie spał tej nocy, był zmę­czony i bo­lało go całe ciało.

- A więc?

- Po­myśl, Char­les. Le­cze­nie jest dro­gie i dłu­go­trwałe, szpi­tale mają całe od­działy on­ko­lo­giczne, są po­trzebne re­zo­nanse ma­gne­tyczne, to­mo­grafy... na­wet pe­ruki dla pa­cjen­tów. Cóż, to kwit­nący biz­nes, w któ­rym ob­roty wy­no­szą mi­liardy do­la­rów rocz­nie. Kto chciałby ukrę­cić łeb ku­rze zno­szą­cej złote jaja?

Jego przy­ja­ciel po­trzą­snął głową.

- Na Boga, Ro­bert! Wiem, że je­steś zgorzk­niały, ale nie mia­łem po­ję­cia, że do tego stop­nia. To, co mó­wisz, jest okropne.

Na­uko­wiec ścią­gnął usta w sar­do­nicz­nym gry­ma­sie.

- Wi­taj w re­al­nym ży­ciu, drogi Char­le­sie: świat, w któ­rym ży­jemy, jest okropny. Moż­liwe, że cza­sami ma­low­ni­czy kra­jo­braz, po­ru­sza­jący utwór mu­zyczny czy uro­dziwa ko­bieta po­zwa­lają nam na chwilę o tym za­po­mnieć, ale pod całą tą piękną po­wierzch­nią za­zwy­czaj kryją się śmierć, de­gra­da­cja i naj­więk­sza zgroza.

Ofi­cer FBI wo­lał nie od­po­wia­dać. Znał nie­które po­wody zgorzk­nie­nia swego przy­ja­ciela i choć go ro­zu­miał, ani tro­chę nie po­dzie­lał jego punktu wi­dze­nia. Char­les Cas­sidy nie za­mie­rzał za­prze­czać, że ży­cie po­trafi być nie­raz okrutne. Nie­mniej aku­rat on od dwu­dzie­stu lat miał tę samą żonę, matkę ich trojga dzieci, i pa­trząc na nią, wciąż czuł ogień. Za­wsze gdy wra­cał do domu po dniu cięż­kiej pracy, ogar­niało go po­czu­cie bło­go­ści i dzię­ko­wał Bogu za otrzy­mane ła­ski.

- Cóż, od­bie­gamy od te­matu, który nas tu przy­wiódł. - Spo­kojny głos Do­olana wy­rwał ich z za­my­śle­nia i Cas­sidy skie­ro­wał całą uwagę na czło­wieka, który do tej pory pra­wie wcale się nie od­zy­wał. - Py­ta­nie brzmi: co te­raz ro­bimy? Ja­kie środki ostroż­no­ści po­win­ni­śmy przed­się­wziąć, żeby to się nie po­wtó­rzyło? Gramy tu o wy­soką stawkę; rząd w ostat­nich la­tach za­in­we­sto­wał w te ba­da­nia wiele mi­lio­nów do­la­rów.

- To prze­cież ja­sne, co mamy ro­bić. - Głos funk­cjo­na­riu­sza FBI za­brzmiał do­no­śnie wśród po­ma­lo­wa­nych na biało ścian ga­bi­netu. - Przede wszyst­kim w tej chwili trzeba chro­nić Ro­berta. Oczy­wi­ste jest, że nie­długo po niego przyjdą.

?

Trzy dni póź­niej Ro­bert Gaddi sta­wił się w gma­chu J. Ed­gara Ho­overa, miesz­czą­cym główną cen­tralę FBI. Tym ra­zem za­dał so­bie trud i po­rząd­nie za­par­ko­wał swoje ma­se­rati gran­ca­brio; ko­lek­cja man­da­tów za­le­ga­ją­cych w jed­nej z szu­flad jego biurka biła już wszel­kie re­kordy, a ostat­nia za­żarta dys­ku­sja z funk­cjo­na­riu­szem dro­gówki o mało nie skoń­czyła się dla niego aresz­tem.

Cho­ciaż wy­raź­nie ku­lał, wspiął się szybko po ka­mien­nych scho­dach do wej­ścia, wspie­ra­jąc się na nie­od­łącz­nej la­sce.

- Nie może pan wejść! Pan Cas­sidy ma spo­tka­nie!

Nie zwra­ca­jąc naj­mniej­szej uwagi na pro­te­sty udrę­czo­nej se­kre­tarki, która pró­bo­wała go za­trzy­mać, otwo­rzył drzwi ga­bi­netu z ty­po­wym dla sie­bie im­pe­tem.

- Co ta­kiego waż­nego chcia­łeś mi po­wie­dzieć?

Jak to miał w zwy­czaju, wal­nął pro­sto z mo­stu, nie tra­cąc czasu na po­wi­talne grzecz­no­ści, i jakby był u sie­bie w domu, od razu opadł na je­den z wy­god­nych czar­nych skó­rza­nych fo­teli roz­sta­wio­nych przed ob­szer­nym drew­nia­nym sto­łem w ga­bi­ne­cie przy­ja­ciela. Wy­cią­gnąw­szy przed sie­bie nogę, spo­strzegł parę ma­łych stóp obu­tych w jedne z tych okrop­nych pła­skich pan­to­fli. Bez więk­szego za­in­te­re­so­wa­nia jego wzrok po­wę­dro­wał w górę po no­gaw­kach ciem­no­brą­zo­wych spodni i pa­su­ją­cego do nich ża­kietu, a kiedy do­tarł do mło­dzień­czej twa­rzy, za­trzy­mał się za­le­d­wie na kilka se­kund. Nie po­świę­ca­jąc wię­cej uwagi oso­bie sie­dzą­cej obok, wró­cił spoj­rze­niem do swego kor­pu­lent­nego przy­ja­ciela, który rów­nież roz­pie­rał się w ogrom­nym er­go­no­micz­nym fo­telu.

- Da­lej, Char­les, czas to pie­niądz!

Cas­sidy z dez­apro­batą po­krę­cił głową.

- Na Boga, Ro­ber­cie! Chciał­bym wie­dzieć, gdzie są twoje ma­niery. Panno Zhao, pro­szę wy­ba­czyć dok­to­rowi Gad­diemu. Ro­ber­cie, przed­sta­wiam ci Lian Zhao, twoją nową agentkę ochrony.

Na­uko­wiec wbił wzrok w przy­ja­ciela, po czym po­now­nie zwró­cił się ku ko­bie­cie, któ­rej przed chwilą nie za­szczy­cił więk­szym za­in­te­re­so­wa­niem. Nie mo­gąc ukryć zdu­mie­nia, z mocą utkwił zło­ci­ste oczy - cho­ciaż otwie­rał już oboje i nie stra­cił wzroku, skóra po le­wej stro­nie twa­rzy wciąż miała żół­tawo-fio­le­towy od­cień si­nia­ków - w jej nie­mal dzie­cię­cej twa­rzy.

Znio­sła to ba­daw­cze spoj­rze­nie ze spo­ko­jem. Wiel­kie oczy w ko­lo­rze pro­mien­nego wio­sen­nego nieba ob­ser­wo­wały go z uwagą.

- Żar­tu­jesz, co? Mam ją też rano od­pro­wa­dzać do szkoły?

Spo­strzegł, że jego opry­skliwy ko­men­tarz w naj­mniej­szym stop­niu nie wpły­nął na spo­kój tych za­dzi­wia­ją­cych nie­bie­skich oczu, i po­czuł się ura­żony.

- Ro­ber­cie, Ro­ber­cie. Panna Zhao nie jest żadną dziew­czynką. Pra­cuje w jed­nej z naj­lep­szych firm ochro­niar­skich na świe­cie i jest spe­cja­listką od sztuk walki. To ona ochra­niała Sa­man­thę Know­les.

Mimo że na­uko­wiec więk­szą część dnia spę­dzał w la­bo­ra­to­rium i je­dy­nie cza­sami wy­słu­chi­wał wia­do­mo­ści z in­ter­netu, wie­dział, że Char­les mówi o sław­nej pre­zen­terce ze świata mody, któ­rej ja­kiś sza­le­niec re­gu­lar­nie gro­ził śmier­cią. Gaddi czy­tał, że agre­sor był o krok od speł­nie­nia groźby, ale ochrona uda­rem­niła jego atak.

Char­les może so­bie mó­wić, co chce, po­my­ślał dok­tor, jemu sa­memu trudno było jed­nak uwie­rzyć, że ta skrom­nie wy­glą­da­jąca, ubrana w nudne brą­zowe spodnium dziew­czyna o twa­rzy bez śladu ma­ki­jażu, bar­dzo ja­snych wło­sach ze­bra­nych w pro­sty koń­ski ogon, ma­łych dło­niach, dłu­gich pal­cach i krót­kich, nie­po­ma­lo­wa­nych pa­znok­ciach, trzy­ma­jąca ręce na ko­la­nach, a nogi zbyt bli­sko sie­bie, by­łaby w sta­nie sama przejść przez jezd­nię po pa­sach, nie mó­wiąc już o od­par­ciu ataku sza­leńca.

- Lian Zhao - po­wtó­rzył z po­gardą i do­dał uszczy­pli­wie: - Chciał­bym wie­dzieć, po kiego dia­bła po­słu­guje się pani chiń­skim imie­niem i na­zwi­skiem. Za­łożę się, o co pani ze­chce, że nie ma pani w ży­łach ani krzty krwi żół­tej rasy. Czy po to, żeby do­dać wia­ry­god­no­ści tej nie­praw­do­po­dob­nej hi­sto­rii o kró­lo­wej kung-fu?

Dziew­czyna po raz pierw­szy otwo­rzyła usta, żeby od­po­wie­dzieć, a sły­sząc jej głos, po­ważny i słodki za­ra­zem, Ro­bert po­czuł, jak jeżą mu się włosy na karku.

- Moje imię ozna­cza "wy­smu­kłą wierzbę", a no­szę na­zwi­sko czci­god­nego mi­strza Sza­olin.

- Wy­smu­kła wierzba. Na Boga! - Prze­wró­cił oczami. - Char­les, to ja­kiś żart, prawda?

Wi­dząc minę przy­ja­ciela, pełną nie­chęci i nie­do­wie­rza­nia, Cas­sidy po­wstrzy­mał się od uśmie­chu i od­rzekł śmier­tel­nie se­rio:

- Nie jest to rzecz, z któ­rej można by so­bie żar­to­wać, Ro­ber­cie. Lian zo­staje twoim ochro­nia­rzem. Od tej chwili sta­je­cie się nie­roz­łączni. Bę­dzie miesz­kała w twoim domu, wszę­dzie z tobą jeź­dziła, a na­wet to­wa­rzy­szyła ci w je­ba­nym ki­blu, je­śli to bę­dzie ko­nie­czne. Pani wy­ba­czy, panno Zhao - prze­pro­sił, na­gle zda­jąc so­bie sprawę ze swo­jego słow­nic­twa.

Agentka po­pa­trzyła na niego, nie tra­cąc ani odro­biny spo­koju.

- Naj­le­piej, że­byś na­tych­miast opu­ścił Wa­szyng­ton i schro­nił się w La For­tezzy - kon­ty­nu­ował Cas­sidy. - Znaj­dziesz tam wszystko, czego ci po­trzeba do pro­wa­dze­nia ba­dań, a bę­dziesz le­piej chro­niony. Do­dat­kowo przy­dzielę ci paru lu­dzi; w ten spo­sób twój wło­ski za­me­czek sta­nie się prak­tycz­nie nie do zdo­by­cia.

- Nie ma mowy! - od­parł na­uko­wiec to­nem źle wy­cho­wa­nego dziecka, a jed­no­cze­śnie dło­nią o du­żych, ele­ganc­kich pal­cach prze­su­nął so­bie po nie­sfor­nej czar­nej czu­pry­nie.

- Przy­kro mi, Ro­ber­cie, nie masz in­nego wyj­ścia. Ian Do­olan po­sta­wił sprawę ja­sno: albo zgo­dzisz się na ochronę, albo fun­du­sze prze­zna­czone na twoje ba­da­nia zo­staną dra­stycz­nie zre­du­ko­wane.

Ul­ti­ma­tum spra­wiło, że w dwojgu nie­spo­ty­ka­nie bursz­ty­no­wych oczach za­pło­nęły roz­ża­rzone ogniki. Dok­tor, roz­draż­niony, po­chwy­cił gałkę la­ski i za­krę­cił nią. Wal­nął przy tym dziew­czynę w nogę, ale nie prze­pro­sił. Na­wet nie mru­gnęła i ten brak jej re­ak­cji roz­zło­ścił go jesz­cze bar­dziej. Wście­kły, ze­rwał się z miej­sca i bez po­że­gna­nia po­śpiesz­nie wy­ma­sze­ro­wał z ga­bi­netu, zu­peł­nie nie dba­jąc o to, czy ta dziwna ko­bieta pój­dzie za nim czy zo­sta­nie.

A jed­nak gdy wszedł do windy, gu­zik par­teru zo­stał wci­śnięty pal­cem ko­bie­cej ręki. W środku znaj­do­wało się jesz­cze kilka osób, dla­tego Ro­bert mil­czał ze zmarsz­czo­nym czo­łem i igno­ro­wał swo­jego anioła stróża. Był tak wście­kły, że po wyj­ściu na ulicę przez nie­uwagę we­tknął me­ta­lową koń­cówkę la­ski w kratkę wen­ty­la­cyjną me­tra i stra­cił rów­no­wagę. Pró­bo­wał ją od­zy­skać, opie­ra­jąc cię­żar ciała na nie­spraw­nej no­dze bar­dziej, niż po­wi­nien, i udo prze­szyła mu na wy­lot ostra igła bólu. Za­nim jed­nak noga ugięła się zu­peł­nie, drobna ko­bieta, cały czas idąca u jego boku, bez słowa wzięła go pod ra­mię i mocno pod­trzy­mała, nie po­zwa­la­jąc, by upo­ko­rzony zwa­lił się na chod­nik.

Roz­wście­czony wła­sną nie­zdar­no­ścią, Ro­bert nie mógł nie za­uwa­żyć, jak pew­nie kru­che ko­ści wsu­nięte pod jego ra­mię wy­trzy­mały ten do­dat­kowy cię­żar. Mimo że dla po­stron­nych wy­glą­dała za­pewne na dziew­czynkę pod­trzy­mu­jącą do­ro­słego, stwier­dził w du­chu, że wra­że­nie to jest my­lące, po­nie­waż jego palce nie­chcący mu­snęły przez brzydki brą­zowy ża­kiet małą kształtną pierś.

- W po­rządku?

Znowu ten głos, spo­kojny i słodki, wy­wo­łu­jący wir sprzecz­nych emo­cji w jego wnę­trzu. Ro­bert za­uwa­żył, że jego wła­sna pierś wznosi się i opada w zwięk­szo­nym tem­pie, pod­czas gdy jej od­dech po­zo­stał tak lekki, jakby ko­bieta miała uwie­szony na ra­mie­niu nie pra­wie dzie­więć­dzie­się­cio­ki­lo­gra­mowy cię­żar, tylko zwiewny szal.

Nie si­ląc się na po­dzię­ko­wa­nie, od­su­nął się od niej szorstko i sta­nął pew­niej na zdro­wej no­dze, żeby uwol­nić la­skę z me­ta­lo­wej kratki. Na­stęp­nie wci­snął gu­zik na pi­lo­cie od wozu, na co ten od­po­wie­dział mru­gnię­ciem mi­ga­czy, po czym ku­le­jąc wy­raź­niej niż zwy­kle, ob­szedł sa­mo­chód i siadł za kie­row­nicą. Za­nim skoń­czył za­pi­nać pas bez­pie­czeń­stwa, otwo­rzyły się drzwi od strony pa­sa­żera i Lian Zhao sia­dła obok niego.

Ro­bert pro­wa­dził w mil­cze­niu, zmie­rza­jąc do luk­su­so­wego ho­telu, w któ­rym zaj­mo­wał apar­ta­ment, ile­kroć za­trzy­my­wał się w Wa­szyng­to­nie. Nie zniósłby, gdyby ta dziwna młódka za­częła pa­plać bez ładu i składu, jak miały w zwy­czaju ko­biety, z któ­rymi cza­sem się uma­wiał. A jed­nak nie wie­dzieć czemu ci­chość to­wa­rzyszki jesz­cze bar­dziej do­pro­wa­dzała go do szału.

- Co z tobą? Je­steś taka głu­pia, że nie masz o czym roz­ma­wiać?

My­ślał, że mu nie od­po­wie, ale po chwili ode­zwała się spo­koj­nie:

- "Je­śli nie masz nic waż­nego do po­wie­dze­nia, za­cho­waj godne mil­cze­nie".

Zwró­cił ku niej twarz i wle­pił w nią wzrok ze zdzi­wie­niem, lecz naj­wy­raź­niej nie po­czuła się do­tknięta i na­dal z wi­docz­nym za­in­te­re­so­wa­niem przy­glą­dała się uli­com Wa­szyng­tonu, ru­chli­wym w ten ro­bo­czy po­ra­nek. Ro­bert nie był przy­zwy­cza­jony do tego, by go igno­ro­wano. Jego agre­sywna po­stawa za­wsze wy­wo­ły­wała ja­kąś re­ak­cję - na ogół ne­ga­tywną. Każda inna ko­bieta na jej miej­scu wy­buch­nę­łaby w tym mo­men­cie łzami, ale to ni­ja­kie dziew­czątko po­zo­sta­wało nie­wzru­szone, jakby był za­le­d­wie na­przy­krza­jącą się mu­chą, na którą le­piej nie zwra­cać uwagi.

Wkrótce przy­szło mu na ra­tu­nek wła­sne po­czu­cie hu­moru i za­czął do­strze­gać ko­mizm sy­tu­acji.

- Skoro mój nowy ochro­niarz jest kimś w ro­dzaju Kwai Changa, a ja je­stem ma­łym ko­ni­kiem po­lnym... - Nie­bie­skie oczy znów na nim spo­częły, tak samo obo­jętne jak po­przed­nio. - Nie oglą­da­łaś Kung Fu? Pew­nie, że nie, je­steś na to za młoda. Bar­dziej pa­suje ci Spon­ge­Bob. Co, nie oglą­dasz te­le­wi­zji?

- Nie.

Na­gle Ro­berta na­szła chęć do­wie­dze­nia się cze­goś wię­cej o tej dziw­nej isto­cie wy­glą­da­ją­cej na dziew­czynkę, lecz opa­no­wa­niem do­rów­nu­ją­cej sta­rusz­kom.

- Umiesz od­po­wia­dać peł­nymi zda­niami czy znasz je­dy­nie kilka mo­no­sy­lab?

Nic. Jego mil­cząca to­wa­rzyszka pa­trzyła przed sie­bie, za­ab­sor­bo­wana im­po­nu­ją­cym bia­łym obe­li­skiem po­mnika Wa­szyng­tona.

Cho­ciaż Ro­bert przez całą drogę za­da­wał py­ta­nia, nie do­stał żad­nej od­po­wie­dzi i kiedy w końcu za­par­ko­wał ma­se­rati w ho­te­lo­wym ga­rażu, jego wy­bu­chowy tem­pe­ra­ment znów do­pro­wa­dził go na skraj eks­plo­zji. Roz­złosz­czony, wy­siadł z wozu i gwał­tow­nie za­trza­snął drzwi, po czym po­kuś­ty­kał do windy i dziab­nął przy­cisk koń­cem la­ski.

Ani się obej­rzał, jak zo­stał znie­na­cka unie­ru­cho­miony przy ścia­nie. Z za­sko­cze­nia nie zdo­łał za­re­ago­wać. Spu­ścił wzrok na drobną ko­bietę, która le­wym przed­ra­mie­niem na­pie­rała na jego pierś i przy­glą­dała mu się chłodno. Ze zdu­mie­niem pa­trzył, jak dziew­czyna unosi drugą rękę i przy­kłada opuszki pal­ców na wy­so­ko­ści jego serca. De­li­katny kon­takt, który jed­nak oka­zał się znacz­nie sku­tecz­niej­szy, niż gdyby przy­szpi­liła go do ściany setką że­la­znych szpi­kul­ców.

- "Le­piej jest po­ko­nać sie­bie, niż wy­grać ty­siąc bi­tew". Masz serce pełne gniewu, Ro­ber­cie Gaddi. Nie mo­żesz po­zwa­lać, by gniew przez cie­bie prze­ma­wiał, po­nie­waż w końcu zo­stawi cię głu­chego na wszystko inne niż jego żą­da­nia.

Była to naj­dłuż­sza wy­po­wiedź, jaką od niej usły­szał, od­kąd się po­znali. Zdzi­wił go ta­jem­ni­czy ak­cent po­brzmie­wa­jący w jej sło­wach. Choć do­sko­nale mó­wiła po an­giel­sku, nie była ani An­gielką, ani Ame­ry­kanką. Uważ­nie przyj­rzał się skie­ro­wa­nej ku gó­rze twa­rzy i z za­sko­cze­niem od­krył, że w jej ry­sach nie ma nic po­spo­li­tego. Lian Zhao nie tylko miała wiel­kie oczy, mały zgrabny nos i zmy­słowe usta; bar­dziej niż to jego uwagę przy­cią­gnęły blada skóra, kre­mowa i ak­sa­mitna, po­zba­wiona ja­kich­kol­wiek nie­do­sko­na­ło­ści. Czu­jąc się nie­zręcz­nie, po­ru­szył głową, by prze­rwać ocza­ro­wa­nie, w któ­rym się po­grą­żył, i rzekł opry­skli­wie:

- Mu­sisz ga­dać jak w po­rą­ba­nym fil­mie z Jac­kiem Cha­nem, po­krę­cony dę­bie, czy jak się tam zwiesz?

Znów jedno z tych zbi­ja­ją­cych z tropu nie­bie­skich spoj­rzeń i mil­cze­nie jako je­dyna od­po­wiedź. Na­gle jed­nak ką­ciki jej ust po­woli się unio­sły w nie­spo­dzie­wa­nym uśmie­chu, który za­parł mu dech w piesi.

- Lian, mam na imię Lian.

Cof­nęła się o krok i od­su­nęła od niego. Ro­bert po­czuł, że znów może od­dy­chać nor­mal­nie. Ner­wowo po­luź­nił pal­cem wska­zu­ją­cym koł­nie­rzyk ko­szuli, jakby kra­wat go du­sił, po czym już bez słowa wszedł do windy, a kiedy Lian do niego do­łą­czyła, wci­snął gu­zik. W dro­dze do apar­ta­mentu nie od­ry­wał od niej zło­ci­stych oczu, lecz je­śli się spo­dzie­wał, że dziew­czynę to zde­ner­wuje, to się prze­li­czył.

Gdy przy­byli na miej­sce, otwo­rzył drzwi i za­pro­sił ją do środka.

- Tam jest twoja sy­pial­nia. - Wska­zał nie­duży po­koik. - Nie­stety, to bar­dzo mały apar­ta­ment, bę­dziemy zmu­szeni ko­rzy­stać z jed­nej ła­zienki, a ja nie je­stem przy­zwy­cza­jony dzie­lić z kimś miesz­ka­nia. Nie chcę wi­dzieć maj­tek su­szą­cych się na wie­szaku od ręcz­ni­ków ani szmi­nek na umy­walce, zro­zu­miano?

Zo­ba­czył, że dziew­czyna kła­dzie na łóżku sfa­ty­go­wany czarny ple­cak, który no­siła przez cały ra­nek. Bez za­sta­no­wie­nia za­dał ko­lejne py­ta­nie:

- To cały twój ba­gaż?

Po­twier­dziła nie­mal nie­do­strze­gal­nym ru­chem głowy, po czym usia­dła na ma­te­racu wą­skiego łóżka sto­ją­cego pod oknem i ro­zej­rzała się z cie­ka­wo­ścią.

- Mam na­dzieję, że za­pa­ko­wa­łaś coś nie aż tak pa­skud­nego jak ten gar­ni­tur i buty, które masz na so­bie. Dla ta­kiego wraż­li­wego fa­ceta jak ja brak piękna jest strasz­liwą ob­razą. Je­śli więc za­mie­rzasz na służ­bie przy mnie ubie­rać się jak dzi­wo­ląg, z góry za­zna­czam, że na to nie po­zwolę.

- Ubra­nie nie jest ważne.

Sar­ka­stycz­nie uniósł brew.

- Za­sta­na­wiam się, z ja­kiej cho­inki się urwa­łaś. Pierw­szy raz sły­szę, żeby ko­bieta mó­wiła coś ta­kiego. Ale okej, może ra­czej po­wi­nie­nem się za­sta­na­wiać, czy fak­tycz­nie je­steś ko­bietą. Ile masz lat?

Lian wy­da­wała się od­porna na jego hu­mory i tym ra­zem nie wstrzy­my­wała się z od­po­wie­dzią.

- Dwa­dzie­ścia sześć, chyba.

- Chyba? - Nie wy­glą­dała na­wet na peł­no­let­nią i ta enig­ma­tyczna od­po­wiedź po­now­nie wzbu­dziła w Ro­ber­cie cie­ka­wość.

- Mistrz Cheng ob­li­czył mój wiek na pod­sta­wie mo­jego wzro­stu i wiel­ko­ści ko­ści nad­garstka.

U czło­wieka o tak do­cie­kli­wym umy­śle jak on tego ro­dzaju od­po­wiedź mo­gła wzbu­dzić tylko jesz­cze więk­szą chęć do­tar­cia do sedna sprawy.

- A twoi ro­dzice?

Unio­sła ręce dłońmi skie­ro­wa­nymi w górę. No oczy­wi­ście, po­my­ślał Ro­bert, znu­żony. Gdyby tej ko­bie­cie pła­cili za każde wy­po­wie­dziane słowo, by­łaby biedna jak mysz ko­ścielna. Było ja­sne, że nie bę­dzie współ­pra­co­wała, wo­bec czego po­sta­no­wił dać jej spo­kój. Na ra­zie.

- Le­piej prze­nieś swoje pre­cjoza do mo­jej szafy - rzekł sar­ka­stycz­nie. - Po­pra­cuję chwilę na lap­to­pie. Po­tem pój­dziemy coś zjeść.

Od­wró­cił się i wy­szedł, trza­ska­jąc drzwiami.

Lian wstała i za­częła opróż­niać ple­cak, swoje nie­liczne rze­czy umiesz­cza­jąc w sza­fie. Jako ostatni z jed­nej z bocz­nych kie­szeni wy­jęła naj­cen­niej­szy przed­miot - mala, czyli bud­dyj­ski sznur mo­dli­tewny o stu ośmiu drew­nia­nych pa­cior­kach, po­da­ro­wany jej przez mi­strza, kiedy się z nią że­gnał przed sze­ścioma laty - i po­ło­żyła go z czcią na noc­nym sto­liku.

Po­tem usia­dła na pod­ło­dze ze skrzy­żo­wa­nymi no­gami i ple­cami wy­pro­sto­wa­nymi jak struna. Oparła grzbiety dłoni na ko­la­nach i pró­bo­wała me­dy­to­wać, lecz ob­raz peł­nych zło­ści nie­zwy­kłych zło­ci­stych oczu nie po­zwa­lał jej się sku­pić. Wo­bec tego skie­ro­wała my­śli na po­zna­nego dzi­siaj męż­czy­znę: Ro­berta Gad­diego, czło­wieka, któ­rego miała ochra­niać z po­świę­ce­niem ży­cia, a który naj­wy­raź­niej da­rzył ją nie­na­wi­ścią. Za­sta­na­wiała się, czy go­rycz wrząca w jego wnę­trzu bie­rze się z tego, że jest ku­lawy. Coś jej jed­nak pod­po­wia­dało, że nie to jest przy­czyną.

Gdyby tu była po­przed­nia chro­niona przez nią osoba, Sa­man­tha Know­les, na pewno z cho­ro­bliwą cie­ka­wo­ścią za­py­ta­łaby, czy Lian uważa go za przy­stoj­nego. Py­ta­nie to za­da­wała za każ­dym ra­zem, kiedy po­ka­zy­wała jej ko­lej­nego przed­sta­wi­ciela płci mę­skiej, i Lian wie­działa, że jej nie­od­mienna wy­mi­ja­jąca od­po­wiedź: "Piękno kryje się w naj­więk­szej głębi czło­wieka", do­pro­wa­dzi Sa­man­thę do szału.

Pró­bo­wała po­my­śleć o pierw­szym wra­że­niu, ja­kie zro­bił na niej Ro­bert Gaddi, gdy go po­znała przed kil­koma go­dzi­nami. Był wy­soki i do­brze zbu­do­wany. Cho­ciaż ku­lawy, Lian za­uwa­żyła pod jego ko­szulą twarde mię­śnie, więc za­pewne upra­wiał ja­kiś sport, żeby nie stra­cić formy. Na tle ciem­nych wło­sów i śnia­dej skóry wy­raź­nie się od­zna­czały te nie­zwy­kłe tę­czówki w ko­lo­rze bursz­tynu. Lian ni­gdy do­tąd nie wi­działa ta­kich oczu. Gdy się od­wró­cił, żeby na nią po­pa­trzeć w sie­dzi­bie FBI, od­nio­sła nie­sa­mo­wite wra­że­nie, ja­kiego ni­gdy wcze­śniej nie do­znała, bar­dzo po­do­bne do jed­nego z tych alar­mu­ją­cych sy­gna­łów, które mistrz Cheng na­uczył ją wy­kry­wać i które z miej­sca wzbu­dzały jej czuj­ność. Po la­tach nie­ustan­nych ćwi­czeń Lian cał­ko­wi­cie ufała swej in­tu­icji, a ta w tej chwili ostrze­gała, że czło­wiek, dla któ­rego za­częła pra­co­wać, sta­nowi dla niej ja­kie­goś ro­dzaju za­gro­że­nie. Le­piej nie tra­cić czuj­no­ści, po­my­ślała. Ist­niało słowo, które do­sko­nale de­fi­nio­wało Ro­berta Gad­diego: nie­bez­pie­czeń­stwo.

?

Kilka go­dzin póź­niej, sie­dząc z nią twa­rzą w twarz w uro­czej fran­cu­skiej re­stau­ra­cji usy­tu­owa­nej kilka prze­cznic od ho­telu, Ro­bert bez­ce­re­mo­nial­nie przy­glą­dał się Lian z taką uwagą, jakby to było DNA jed­nego z wi­ru­sów, które ba­dał pod mi­kro­sko­pem. Wła­śnie za­mó­wił cha­blis vau­désir i miał na­lać tro­chę do jej kie­liszka, gdy szyb­kim ru­chem za­kryła dło­nią szkło.

- Nie piję al­ko­holu.

Zło­ci­ste oczy za­iskrzyły się pod zmarsz­czo­nymi czar­nymi brwiami z groź­nym bły­skiem, kiedy Ro­bert na­peł­niał wła­sny kie­li­szek.

- Nie pi­jesz al­ko­holu, nie mó­wisz, kosz­mar­nie się ubie­rasz. Jak ja­kaś cho­lerna mniszka! - rzu­cił opry­skli­wie, gło­śno sta­wia­jąc bu­telkę na stole.

Lian z nie­zmą­co­nym spo­ko­jem wbiła w niego wiel­kie nie­bie­skie oczy, prze­krzy­wiła głowę de­li­kat­nym ru­chem, który przy­po­mi­nał mu ptaszka cze­ka­ją­cego na okru­chy, i po­wie­działa bar­dzo po­waż­nie:

- Mniszka i cho­lerna... te słowa do sie­bie nie pa­sują. Czy tak się mówi?

Na­gle jej roz­mówca od­chy­lił się w krze­śle i wy­buch­nął śmie­chem, uka­zu­jąc białe uzę­bie­nie i Lian przy­po­mniała so­bie te pełne bla­sku pro­mie­nie sło­neczne, które umiały się prze­bić przez naj­gęst­sze chmury w szary dzień.

W tym mo­men­cie do ich sto­lika pod­szedł szef kuchni. Znał Ro­berta od kilku lat i po­le­ca­jąc mu da­nia spoza karty, roz­ga­dał się po fran­cu­sku, na co na­uko­wiec od­po­wie­dział swo­bod­nie w tym sa­mym ję­zyku. Po­tem zwró­cił się do swej mło­dej to­wa­rzyszki, żeby jej prze­tłu­ma­czyć, ale ku jego za­sko­cze­niu od­parła płynną fran­cusz­czy­zną, że nie trzeba, po­nie­waż wszystko do­sko­nale zro­zu­miała. Za­chwy­cony ku­charz po­roz­ma­wiał z nią jesz­cze przez chwilę, po czym za­no­to­wał za­mó­wie­nie i od­da­lił się w pod­sko­kach.

- Ile znasz ję­zy­ków?

Lian wes­tchnęła. Nie lu­biła mó­wić o so­bie. Nie­mniej było ja­sne, że ten czło­wiek nie prze­sta­nie jej wy­py­ty­wać, więc zre­zy­gno­wana, po­sta­no­wiła od­po­wie­dzieć.

- Znam stan­dar­dowy ję­zyk chiń­ski, to jest man­da­ryń­ski, ha­nyu, a także ję­zyk wu i kan­toń­ski. Pe­wien Ame­ry­ka­nin, który skła­dał śluby w na­szej świą­tyni, uczył nas swo­jego ję­zyka, je­śli ktoś był za­in­te­re­so­wany. A pew­nego dnia od­kry­łam, że mó­wię też po fran­cu­sku.

Za­in­try­go­wała Ro­berta tak, że nie po­sia­dał się ze zdu­mie­nia. Od­cze­kał nie­cier­pli­wie, aż kel­ner po­łoży na stole ta­le­rze z za­mó­wio­nymi da­niami, po czym za­raz wró­cił do wy­py­ty­wa­nia.

- Co chcesz przez to po­wie­dzieć? Jak to: pew­nego dnia od­kry­łaś, że mó­wisz po fran­cu­sku? Nikt nie uczy się ję­zyka ot tak, z po­wie­trza.

Lian wzru­szyła ra­mio­nami i za­częła jeść sa­łatkę - je­dyne, co za­mó­wiła. Rzu­cił jej gniewne spoj­rze­nie.

- Mo­gła­byś tak ła­ska­wie prze­stać ota­czać się aurą ta­jem­ni­czo­ści i mó­wić bar­dziej kon­kret­nie? - Wbił wi­de­lec w śli­maka i pod­su­nął go jej pod nos. - Chcesz spró­bo­wać?

Od­wró­ciła twarz.

- Nie ja­dam mięsa.

Ro­bert znowu prze­wró­cił oczami.

- O co cho­dzi? Re­li­gia ci za­bra­nia?

- To jedno z dzie­się­ciu przy­ka­zań ko­deksu mo­ral­nego szkoły Sza­olin: nie jeść mięsa ani nie pić wina.

- A ten twój fran­cu­ski? - Ro­bert umiał być na­prawdę uparty, je­śli tego chciał.

Lian fuk­nęła ze znie­cier­pli­wie­niem.

- Nie wiem, skąd znam ten ję­zyk, na­prawdę. Kilka lat temu ochra­nia­łam w Ka­na­dzie śpie­waka fran­cu­skiego po­cho­dze­nia i uświa­do­mi­łam so­bie, że do­sko­nale ro­zu­miem, co mówi, i mogę z nim roz­ma­wiać, ale nie umiem czy­tać. A te­raz, Ro­ber­cie Gaddi, może był­byś ła­skaw da­ro­wać so­bie na chwilę py­ta­nia, że­bym mo­gła zjeść w spo­koju?

- Pa­mię­taj, że je­stem twoim sze­fem, nie po­zwa­laj so­bie na im­per­ty­nen­cję, bo cię zwol­nię!

Na jego groźbę od­po­wie­działa tylko jed­nym z tych nie­bie­skich nie­prze­nik­nio­nych spoj­rzeń i da­lej spo­koj­nie żuła kęs. Przez kilka mi­nut na­uko­wiec zaj­mo­wał się swoim ta­le­rzem ze śli­ma­kami, lecz za­raz znowu wró­cił do ataku. Od dawna nikt go tak nie za­in­try­go­wał. Nor­mal­nie jego za­in­te­re­so­wa­nie wzbu­dzały tylko sprawy zwią­zane z pracą, a jed­nak Lian Zhao, ta mą­dra i za­ra­zem od­py­cha­jąca sta­ruszka o twa­rzy dziew­czynki, oka­zała się wy­jąt­kowo za­gad­kowa.

- Niech bę­dzie, że uro­dzi­łaś się w Chi­nach. Tylko co do tego ustą­pię, po­nie­waż nie uwa­żam, żeby któ­re­kol­wiek z two­ich ro­dzi­ców było rasy żół­tej. Wy­star­cza­jąco znam się na ge­ne­tyce, wierz mi - do­dał w za­du­fa­niu, roz­pie­ra­jąc się na krze­śle i nie spusz­cza­jąc z niej wzroku.

- Nie wiem, czy się tam uro­dzi­łam.

- Cho­lera ja­sna! Mo­żesz choć raz udzie­lić mi od­po­wie­dzi jak pan Bóg przy­ka­zał? - Zi­ry­to­wany, wal­nął w stół obiema dłońmi, lecz jego roz­mów­czyni pa­trzyła na niego nie­wzru­szona.

- Nie wiem, gdzie się uro­dzi­łam - rze­kła w końcu. - Nie mam wspo­mnień z pierw­szych lat ży­cia. Mistrz Cheng zna­lazł mnie, kiedy ja­dłam ze­psute owoce, które zbie­ra­łam z ziemi na targu w Lu­oy­angu. Wy­glą­dało na to, że od paru dni włó­czy­łam się po uli­cach i spa­łam sku­lona w ja­kimś brud­nym za­ułku. Od tam­tego czasu moją ro­dziną byli mnisi i ucznio­wie z klasz­toru Sza­olin. Przy­naj­mniej tyle mi wia­domo. Za­do­wo­lony, Ro­ber­cie Gaddi?

Nie od­po­wie­dział. Po raz pierw­szy w ży­ciu za­bra­kło mu słów. Aku­rat w tym mo­men­cie po­ja­wił się kel­ner, by za­brać na­czy­nia z pierw­szego da­nia, i Ro­bert uparł się, żeby Lian za­mó­wiła de­ser, pod­czas gdy on bę­dzie jadł dru­gie da­nie. Choć pro­te­sto­wała, ka­zał przy­nieść dla niej na­le­śniki z cze­ko­ladą i śmie­tanką. Roz­ba­wiła go jej mina, za­sko­czona wy­śmie­ni­tym sma­kiem, kiedy dziew­czyna pod­nio­sła wi­de­lec do ust.

- Smaczne, co?

Za całą od­po­wiedź nie­bie­skie tę­czówki roz­pro­mie­niły się szczę­ściem i przez kilka se­kund na­uko­wiec wi­dział za­rys osoby kry­ją­cej się za tą pra­wie nie­prze­nik­nioną za­słoną sa­mo­kon­troli.

"No, no - po­wie­dział so­bie w du­chu. - Panna Zhao to jedna wielka za­gadka".

A je­śli ist­niało na tym świe­cie coś, czemu Ro­bert Gaddi nie po­tra­fił się oprzeć, było to po­rządne wy­zwa­nie.