Bomby na Tarent
Rok 1940 w Europie nie zapowiadał się spokojnie. Wprawdzie w pierwszych
miesiącach żadna ze stron znajdujących się w stanie wojny nie rozpoczęła
nowych działań, ale atmosfera napięcia wzrastała i rządy państw
zachodnich przestały się łudzić, że Niemcy zadowolą się osiągniętymi
zdobyczami.
W kwietniu 1940 roku zaczęło się. Padła Dania i Norwegia, a potem
przyszła kolej na Francję. Na placu boju pozostała Wielka Brytania,
która długo nie mogła ochłonąć po ciosie zadanym jej przez zmasowane
natarcie Wehrmachtu na piaskach Dunkierki. Nie miała zresztą na to zbyt
wiele czasu, gdyż na brytyjskim niebie pojawiły się samoloty z czarnymi
krzyżami, a w portach położonych po drugiej stronie kanału Niemcy
zaczęli gromadzić sprzęt desantowy. Dla każdego było oczywiste, w jakim
celu to czynią. Wielkiej Brytanii groziła inwazja. Nad porty francuskie,
do których Niemcy ściągali sprzęt desantowy, ruszyły więc samoloty
brytyjskie. Nie było ich wiele, ale przeprowadzone przez nie ataki
okazały się skuteczne. Z trudem gromadzony sprzęt był niszczony, a barki
płonęły.
Sytuacja ta budziła niepokój admirała Ericha Raedera, twórcy planu
inwazji na Wyspy Brytyjskie, i spowodowała, iż niemieccy sztabowcy
doszli do wniosku, że nie pokona się Albionu, jeśli nie zniszczy się
brytyjskiego lotnictwa i nie przetnie jego morskiej komunikacji. Termin
operacji desantowej przesunięto, a tym samym w miarę upływu czasu z rąk
niemieckich zaczęła się wymykać inicjatywa strategiczna - Adolf Hitler i jego armie utraciły raz na zawsze możliwość uderzenia na
nieprzygotowanych i oszołomionych niedawną klęską Brytyjczyków.
W tym czasie Wielka Brytania miała nieliczne i niezbyt nowoczesne
lotnictwo, a jej flota broniąca interesów kolonialnego imperium była
zaangażowana w odległych częściach kuli ziemskiej. Zarówno wojskowi, jak
i cywilni przywódcy tego kraju zdawali sobie sprawę z groźby, jaka
zawisła nad Wyspami w przypadku długotrwałej blokady morskiej i przecięcia szlaków wiodących z kolonii do metropolii. Państwa Osi
dysponowały przecież dużą liczbą okrętów, których stale im przybywało na
skutek zdobyczy wojennych oraz pracujących na pełnych obrotach stoczni.
Szczególnie poważny problem wyłonił się przed Brytyjczykami po klęsce
Francji, kiedy to okręty niedawnych sojuszników schroniły się w afrykańskich portach i nie było wiadomo, po czyjej stronie staną do
walki. Najwięcej jednostek francuskich znalazło się w porcie Mers
el-Kebir. Dowodzący flotą francuską wiceadmirał Marcel Gensoul
dysponował czterema pancernikami, sześcioma niszczycielami, okrętem-bazą
wodnosamolotów oraz kilkunastoma mniejszymi jednostkami. Brytyjska
Admiralicja bez trudu zdołała przekonać Winstona Churchilla o potrzebie
neutralizacji tak poważnej siły, która mogła znaleźć się w rękach
przeciwnika.
Trzeciego lipca eskadra brytyjska, nosząca taktyczną nazwę "Force H",
pod dowództwem wiceadmirała Jamesa F. Somerville'a zablokowała port Mers
el-Kebir. Brytyjczycy zażądali, aby Francuzi przystąpili do walki u boku
floty brytyjskiej, odeszli do brytyjskich portów i tam podporządkowali
się "Wolnym Francuzom", popłynęli do Indii Zachodnich lub zatopili
własne jednostki. Wiceadmirał Gensoul nie wyraził zgody na żadną z tych
propozycji i wówczas eskadra brytyjska otworzyła ogień z dział artylerii
pokładowej. W wyniku ostrzału trafiony został pancernik "Bretagne" i zatonął wskutek wybuchu własnej amunicji, a dwa inne, uszkodzone, by
uniknąć podobnego losu, wpłynęły na mieliznę. Jedynie pancernik
"Strasbourg", osłaniany przez pięć niszczycieli, podjął nierówną walkę,
przerwał się przez kordon brytyjski i zawinął do Tulonu. W wyniku tego
ataku zginęło 1279 marynarzy z niedawnej armii sojuszniczej.
Admiralicja Brytyjska uznała, że atak na Mers el-Kebir nie załatwił do
końca sprawy floty francuskiej. Ósmego lipca Brytyjczycy zaatakowali
port w Dakarze i uszkodzili francuski okręt liniowy "Richelieu". We
wrześniu ponownie pojawili się pod Dakarem, ale tym razem napotkali
twardy, zdecydowany opór. W rezultacie musieli wycofać się.
Te dość wątpliwe z wojskowego i politycznego punktu widzenia sukcesy nie
zmieniły nastrojów w społeczeństwie brytyjskim, które w tym właśnie
czasie przeżywało nieustanne naloty niemieckich bombowców. Toczyła się
bowiem bitwa o Wielką Brytanię, bitwa zacięta, na śmierć i życie.
Przystąpienie wojsk włoskich do działań wojennych po stronie Hitlera
dodatkowo skomplikowało trudną sytuację Wielkiej Brytanii, zmieniając
niekorzystnie dla niej układ sił w rejonie Morza Śródziemnego. Na jednym
tylko jego krańcu Brytyjczycy zachowali zdecydowaną przewagę nad
wszystkimi przeciwnikami. Strzegła go twierdza gibraltarska,
"niezatapialny okręt" armady admirała Andrew Cunninghama. U podnóży
wyniosłej skały Gibraltaru rozsiadły się zabudowania portu wojennego, a jej wnętrze zryte było korytarzami i umocnionymi platformami, w których
oczekiwały na ewentualny atak dobrze wyekwipowane oddziały brytyjskie,
jak dotąd nikt nie kwapił się specjalnie do ataku na Gibraltar. Hitler
przez pewien czas przewidywał takie działanie, a niemiecki wywiad,
przedstawiciele dyplomacji i sztaby czynili przygotowania do
przechwycenia brytyjskiego przyczółka na Półwyspie Iberyjskim (operacja
"Izabella Felix"), jednak na szczęście dla Wielkiej Brytanii plany tego
przedsięwzięcia spoczęły na półkach naczelnego dowództwa Wehrmachtu.
Na przeciwległym krańcu basenu śródziemnomorskiego kontradmirał Arthur
L. Lyster, dowodzący eskadrą aleksandryjską, nie miał tak dogodnej
sytuacji. Flota brytyjska i okręty sojusznicze były tu narażone na ataki
włoskiego lotnictwa, a lądowe zaplecze nie dawało takich gwarancji jak
gibraltarska skała. Te dwa rejony ześrodkowania sił brytyjskich w tym
rejonie świata uzupełniała Malta położona niemal w centrum Morza
Śródziemnego. Mimo niewielkiego obszaru ta skalista wysepka odegrała
doniosłą rolę w zmaganiach wojennych tamtego okresu.
Już następnego dnia po przystąpieniu Włoch do wojny silna eskadra
brytyjska znalazła się w rejonie wód wewnętrznych nowego przeciwnika.
Brytyjczycy nie ograniczyli się do demonstracji siły i zaakcentowania
wszechobecności najpotężniejszej dotychczas floty świata, ale dokonali
ataku na port w Tobruku. W wyniku bombardowania artyleryjskiego został
zniszczony krążownik "San Giorgio". Współpracujące jeszcze wówczas z brytyjską admiralicją dowództwo francuskiej floty wysłało eskadrę, która
otworzyła ogień z dział pokładowych do urządzeń portowych w Genui i Vado, a następnie ten sam los spotkał północnoafrykański port Bardia. Po
obu stronach zaczęły tonąć okręty.
Był to jednakże dopiero początek wielkich zmagań, jakie niebawem miały
rozegrać się na tych wodach. Zarówno doświadczona admiralicja brytyjska,
jak i znająca doskonale ten akwen włoska Supermarina nie były pewne,
jaką mają obrać taktykę wobec przeciwnika. Włoski admirał Inigo
Campioni, mimo iż dysponował liczną i silną flotą oraz miał możliwość
wykorzystywania lotnictwa wspierającego jego operacje, czuł wyraźny
respekt przed Brytyjczykami. Tego stosunku do brytyjskiej floty nie
zmieniło nawet włączenie się do działań lotnictwa niemieckiego. Ta
rezerwa, a może raczej przyjęta taktyka była dość nieudolnie realizowana
przez szefa sztabu Supermariny admirała Domenica Cavagnariego, co
spowodowało, że zarówno głównodowodzący, jak i jego szef sztabu musieli
podać się do dymisji. Nowi admirałowie kierujący włoską flotą -
głównodowodzący admirał Angelo Jachino i szef sztabu admirał Arturo
Ricardi - nie byli w stanie zmienić na korzyść Włoch przebiegu morskich
zmagań na Morzu Śródziemnym.
Latem 1940 roku pierwszy lord Admiralicji, Dudley Pound, wiele uwagi
poświęcił rozwojowi sytuacji w rejonie Morza Śródziemnego, gdzie flota
brytyjska miała do wykonania poważne zadania. Jej rola polegała nie
tylko na trzymaniu w szachu Włochów i niedopuszczeniu do pojawienia się
na tych wodach okrętów niemieckich, ale miała również blokować wojskom
Osi dostęp do bogatych złóż surowców na terenie swych kolonii, a przede
wszystkim do arabskich źródeł ropy naftowej.
Jak wspomnieliśmy, zadania to były poważne, a ich wykonanie nie należało
do łatwych, gdyż flota włoska na Morzu Śródziemnym dysponowała czterema
okrętami liniowymi, siedmioma ciężkimi i czternastoma lekkimi
krążownikami, stu dwudziestu dziewięcioma niszczycielami i torpedowcami
oraz niepokojącą aliantów liczbą stu piętnastu okrętów podwodnych.
Tymczasem dowodzący brytyjską flotą admirał Cunningham mógł wystawić
przeciwko włoskiej armadzie zaledwie sześć okrętów liniowych, trzy
lotniskowce, piętnaście krążowników, trzydzieści sześć niszczycieli i osiemnaście okrętów podwodnych operujących z trzech baz na Morzu
Śródziemnym. Cóż to znaczyło wobec potęgi Włochów, którzy mogli przecież
w czasie przeprowadzania morskich operacji wykorzystywać również
lotnictwo, operujące z dogodnie położonych baz. Mieli wprawdzie i Brytyjczycy swoje mocne punkty - skałę gibraltarską i małą skalistą
Maltę, ale na tej ostatniej Admiralicja nie przygotowała należycie
garnizonu do działań, jakie miały być prowadzone w tym rejonie. O tym,
że mimo wszystko sztab brytyjski przywiązywał duże znaczenie do tej
wysepki, świadczy fakt zainstalowania tam ściśle tajnych stacji
podsłuchowych do przechwytywania radiowej korespondencji nieprzyjaciela.
Zdobyty w ten sposób materiał był niezwłocznie przesyłany samolotami
kurierskimi do Bletchley pod Londynem, gdzie mieścił się centralny
ośrodek deszyfrażu. Specjaliści kryptologii odczytywali jego treść,
znając już tajemnicę niemieckiej "Enigmy". Funkcjonowała tam jej
odwzorowana kopia pod nazwą "Ultra Secret". Do tego ośrodka trafiały
również skrycie rejestrowane radiogramy z włoskiej sieci łączności, ale
ten szyfr był wielokrotnie zmieniany i jego złamanie było niemożliwe.
Wróćmy jednak do problemów, jakie wyłoniły się przed Brytyjczykami z chwilą przystąpienia Włoch do wojny. Na Morzu Śródziemnym zakorkowanym
twierdzą gibraltarską znajdowało się wiele okrętów przeciwnika, z których szczególnie groźne mogły się okazać okręty podwodne. Pierwszy
lord Admiralicji Dudley Pound nie mógł przestać o nich myśleć. Wiedział,
że we włoskich portach znajduje się ich znacznie więcej niż w bazach
brytyjskich, i zdawał sobie sprawę, że gdyby zostały równie skutecznie
wykorzystane jak niemieckie, to brytyjska flota na Morzu Śródziemnym
wkrótce przestałaby istnieć. Wprawdzie ten akwen nie sprzyjał operowaniu
okrętów podwodnych, gdyż wody były nazbyt przejrzyste i stosunkowo
płytkie, ale mimo to zagrożenie istniało. Lord Pound denerwował się,
kiedy jego oficerowie przypominali mu, że błękitne wody
śródziemnomorskie to nie ponury Atlantyk, ale on nie mógł zlekceważyć
niebezpieczeństwa.
Lord patrzył na wolno sunące po niebie punkciki eskadry lotniczej. Był
zmęczony poranną naradą i nie chciało mu się opuszczać swego gabinetu. Z niechęcią myślał o tym, że po wyjściu z tego w gruncie rzeczy zacisznego
pokoju mógłby spotkać któregoś z uczestników porannej odprawy.
- Ciekawe - mruknął do siebie, odchodząc od okna - czy byłby to
przedstawiciel obozu defensywnego czy ofensywnego.
Z westchnieniem zasiadł za potężnym biurkiem i zabrał się do studiowania
leżących na nim dokumentów. Praca szła mu niesporo. Wyraźnie odczuwał
ciągły brak snu i ruchu. Po kilku minutach oderwał wzrok od zapisanych
drobnym drukiem kartek, znów spojrzał w okno i zamyślił się głęboko.
Sytuacja na Morzu Śródziemnym była niepokojąca, członkowie Admiralicji
nie potrafili zająć jednolitego stanowiska co do formy przyszłych
działań na tym akwenie, a on ciągle nie mógł się zdecydować, kto ma
rację. Czy ci, którzy przekonywali, że brytyjska flota może jedynie
przyjąć pozycję defensywną, czy ci, co twierdzili, że należy przejść do
ataku. Wprawdzie jako pierwszy lord Admiralicji powinien słuchać i analizować wypowiedzi innych dowódców, ale w końcu będzie musiał podjąć
jakąś decyzję, będzie musiał zająć zdecydowane stanowisko w tej sprawie.
Tymczasem w trakcie sztabowych narad i podczas indywidualnych spotkań
ciągle mieszano argumenty natury wojskowej i politycznej, brano pod
uwagę elementy mogące wpłynąć na rozwój wydarzeń w tym rejonie świata w ciągu najbliższych kilku tygodni lub miesięcy, a także zastanawiano się
nad sytuacją, jaka może wytworzyć się w kolejnych latach wojny. Bo teraz
w Wielkiej Brytanii nikt już się nie łudził, że ta wojna trwać może
krócej niż kilka lat. Państwa faszystowskie prezentowały zaszokowanemu
światu swoją zbrodniczą potęgę, a alianci, jak dotąd, byli ciągle w odwrocie i mogli poszczycić się zaledwie kilkoma zwycięskimi epizodami.
Faszyści parli naprzód na wszystkich frontach, a sztabowcy brytyjscy
dyskutowali zawzięcie i ciągle zastanawiali się, w którym rejonie świata
można by było powstrzymać zwycięski pochód wroga. Alianci mieli w swych
rękach wiele atutów, ale, jak dotąd, zawodziła koordynacja działań i stale powtarzał się jeden błąd - brak było właściwego przygotowania
kampanii na wielu szczeblach dowodzenia.
Lord Pound ocknął się z zamyślenia, zjadł szybko przyniesiony mu do
gabinetu posiłek i poprosił do siebie dowodzącego siłami morskimi na
Morzu Śródziemnym admirała Cunninghama, z którym chciał spokojnie
porozmawiać na temat najwłaściwszej taktyki działań w rejonie
śródziemnomorskim.
Przez moment w gabinecie panowała cisza. Pound pragnął, aby ta rozmowa
przybrała półprywatny charakter, toteż zaczął od niewiele znaczącego
pytania.
- Czy miał pan spokojny lot, admirale? - zapytał, biorąc do ręki leżącą
na biurku fajkę.
- O tak, dziękuję, sir. - Cunningham uśmiechnął się lekko, wiedząc jak
zresztą wszyscy z otoczenia Pounda o jego niechęci do latania. - Pogoda
była dobra, ale teraz raczej należy wypatrywać chmur i szybko znikać
przed każdą maszyną, która pojawi się w zasięgu wzroku pilota.
Gospodarz ze zrozumieniem pokiwał głową. Chętnie by jeszcze porozmawiał
o samej podróży i warunkach życia w tak bezpiecznym miejscu jak
Gibraltar, gdzie nie lecą na głowę bomby, jednak nie po to przecież
zapraszał do siebie admirała.
- A na morzu? - nawiązał do wypowiedzi swego rozmówcy. - Czy uważa pan,
że i tam powinniśmy znikać z pola widzenia ludzi Campioniego? - Uważnie
obserwował reakcję Cunninghama na to sięgające sedna sprawy pytanie.
- Ależ, sir, nigdy nasze okręty tego nie robiły, o ile mnie pamięć nie
myli. - W głosie admirała zabrzmiała nuta oburzenia. - Ani na tym
akwenie, ani na żadnym innym - dodał.
- Ale Włosi zgromadzili w swych portach wiele ciężkich jednostek. Mają
nad nami przewagę liczbową i jakościową- dalej sondował Pound.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki