Rozdział trzeci
Spojrzała na notes, zdała sobie sprawę, że nic nie zapisała.
- Dosyć gadania - powiedziała. - Jaki jest pański plan?
- Na początek będę chciał nawiązać kontakt z dziećmi. I z nauczycielami. Chciałbym, żeby pani mnie przedstawiła i wyjaśniła, kim jestem. Potem skupię się na zachęceniu ich, by wyjawiły swoje odczucia na temat tego, co się stało - poprzez rozmowę, zabawę, rysowanie.
- Indywidualnie czy grupowo?
- Grupowo. Klasami. To przynosi lepsze efekty terapeutyczne - łatwiej jest im się otwierać, jeśli czują wsparcie kolegów i koleżanek. Będę się też starał wyłowić dzieci z grupy wysokiego ryzyka - te, które są szczególnie znerwicowane, które już wcześniej miały problemy emocjonalne albo w ciągu ostatniego roku spotkała je jakaś strata lub doznały szczególnie silnego stresu. Niektórymi trzeba będzie się zająć indywidualnie. Nauczyciele chyba pomogą zidentyfikować te dzieci.
- Nie ma sprawy - powiedziała. - Sama znam większość z nich.
- Jest jeszcze jedna ważna rzecz - może najtrudniejsza. Trzeba będzie przekonać rodziców, żeby nie zatrzymywali dzieci w domu na dłuższy okres.
- Co to znaczy dłuższy?
- Więcej niż dzień lub dwa. Im szybciej wrócą, tym łatwiej będzie im się przystosować.
- W porządku - westchnęła.- Zajmiemy się tym. Jaki sprzęt się panu przyda?
- Niewiele. Trochę zabawek - klocki, lalki. Papier i ołówek, plastelina, nożyczki, klej.
- To wszystko mamy.
- Czy będzie mi potrzebny tłumacz?
- Nie. Większość dzieci - około dziewięćdziesięciu procent - to Latynosi, ale wszyscy rozumieją po angielsku. Ciężko nad tym pracowaliśmy. Reszta to Azjaci, w tym kilkoro bardzo niedawnych imigrantów, ale nie mamy wśród personelu nikogo, kto by mówił po chińsku, wietnamsku, laotańsku, w języku Tagalog i tak dalej, więc przystosowały się dość szybko.
- Tygiel.
- O nie, to zwrot zakazany - odparła. - Nasz bożek wytycznych, kuratorium, zaleca, żeby operować zwrotem salaterka. - Uniosła palec i wyrecytowała: "Każdy ze składników znajdującej się w niej "sałatki" zachowuje swoją odrębność, niezależnie od tego, jak długo się ją miesza".
Opuściliśmy jej gabinet i wyszliśmy na korytarz. Pozostał tylko jeden policjant. Od niechcenia trzymał straż.
- Dobrze, teraz pańskie honorarium - powiedziała.
- O tym możemy porozmawiać później - odparłem.
- Nie. Chcę, żeby wszystko było jasne od początku - dla pańskiego dobra. Kuratorium musi zaakceptować prywatnych konsultantów. To wymaga czasu, przechodzi przez różne działy. Jeśli wystawię kwit bez wcześniejszej akceptacji, mogą to wykorzystać jako powód, żeby panu nie zapłacić.
- Nie możemy czekać na ich akceptację - stwierdziłem - Chodzi o to, że dziećmi trzeba się zająć jak najszybciej.
- Zdaję sobie z tego sprawę, ale chcę, żeby pan wiedział, z czym ma do czynienia. Nawet jeśli przebrniemy już przez różne działy, pewnie pojawią się przeszkody, aby wypłacić panu należność. Kuratorium prawdopodobnie będzie twierdziło, że są w stanie sami zająć się tym problemem, a więc nie ma potrzeby, żeby sprowadzać kogoś z zewnątrz.
Skinąłem głową.
- Tę samą śpiewkę powtarzają rodzicom dzieci niepełnosprawnych.
- Właśnie.
- Niech się pani o to nie martwi.
- Martwię się o wszystko. Na tym polega moja praca - powiedziała. Łagodność niemal zniknęła z jej oczu.
- Nie szkodzi. Naprawdę - zapewniłem.
- Zdaje pan sobie sprawę, że mówimy tu o potencjalnie darmowej usłudze.
- Owszem. W porządku.
Spojrzała na mnie.
- Dlaczego pan to robi?
- Po to się tego uczyłem.
W jej oczach dostrzegłem nieufność. W końcu wzruszyła ramionami i powiedziała:
- Cóż, darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.
Podeszliśmy do pierwszej sali lekcyjnej. Otworzyły się drzwi na końcu korytarza. Pojawiła się ściśnięta grupka dziewięciu czy dziesięciu osób i ruszyła w naszą stronę.
W środku szedł wysoki, siwowłosy mężczyzna po sześćdziesiątce, ubrany w szary garnitur ze skóry rekina, który mógł być kupiony jeszcze na przyjęcie z okazji zwycięstwa Eisenhowera. Miał żylastą, drapieżną twarz i długą, obwisłą szyję. Orli nos, wąsy, przypominające białą szczoteczkę do zębów, ściągnięte usta i oczy zerkające gniewnie. Poruszał się energicznie, z głową wysuniętą do przodu, wymachując łokciami jak chodziarz sportowy. Jego podwładni coś do niego szeptali, ale wydawał się nie zwracać na to uwagi. Grupka zignorowała nas i pomknęła dalej.
- Wygląda, jakby szacownemu radnemu odjęło mowę - powiedziałem.
Zamknęła oczy i westchnęła. Poszliśmy swoją drogą.
- Co pani wie o tym snajperze? - spytałem.
- Tylko tyle, że nie żyje.
- To już jakiś początek.
Odwróciła się gwałtownie.
- Początek czego?
- Radzenia sobie ze strachem dzieciaków. Fakt, że on nie żyje, może okazać się pomocny.
- Ma pan zamiar od razu przedstawić im drastyczne szczegóły?
- Mam zamiar być z nimi szczery. Kiedy już je do tego przygotuję.
Widać było, że ma pełno wątpliwości.
- Chodzi o to, żeby ta szalona sytuacja nabrała w ich oczach jakiegoś sensu. Do tego potrzebne są rzetelne informacje. Fakty. O tym złym facecie. Przedstawione jak najszybciej, na ich poziomie rozumowania. Umysł nie znosi próżni. Jeśli nie będą znały faktów, wypełnią sobie głowy wyobrażeniami o nim, które mogą okazać się znacznie gorsze niż rzeczywistość.
- I jak się panu zdaje, ile tej rzeczywistości potrzebują?
- Nic drastycznego. Podstawowe fakty. Nazwisko i wiek snajpera, jak wygląda... wyglądał. Ważne jest, żeby go postrzegały jako człowieka. Zniszczalnego. Którego już nie ma. Nawet jeśli poda im się fakty, część najmłodszych nie będzie w stanie zrozumieć nieodwracalności jego śmierci - nie są na tyle dojrzali. Rozwojowo dojrzali. A część starszych może się cofnąć na skutek szoku - chwilowo "zapomnieć", że martwi nie powracają do życia. A więc wszyscy są narażeni na wyobrażenia, że ten martwy facet wraca. Że pojawia się, żeby znowu ich dopaść. Dorosłe ofiary zbrodni też przez to przechodzą - gdy już minie początkowy szok. Może to prowadzić do koszmarów nocnych, fobii, różnego rodzaju reakcji pourazowych. U dzieci ryzyko jest większe, ponieważ dzieci nie potrafią rozgraniczyć rzeczywistości od fantazji. Nie można całkowicie wyeliminować ryzyka, że nastąpią kłopoty, ale dzięki natychmiastowemu zajęciu się sprawą niewłaściwego postrzegania, znacznie się to ryzyko zmniejsza.
Zatrzymałem się, a ona wpatrywała się we mnie posępnie. Jej brązowe oczy wydawały się nieprzejednane.
- Chcę - powiedziałem - żeby zrozumiały, że unicestwienie tego drania jest nieodwracalne. Że nie jest jakimś nieludzkim straszydłem, które nadal będzie je nawiedzać.
Uśmiechnęła się na dźwięk słowa "drań".
- W porządku. Tylko żeby jeszcze bardziej się nie wystraszyły - przerwała. - Przepraszam. To przecież jasne, że pan wie na ten temat znacznie więcej niż ja. Po prostu od dłuższego czasu muszą przechodzić przez tyle doświadczeń, że staram się je chronić.
- To dobrze - ucieszyłem się. - Dobrze, że komuś na nich zależy.
Zignorowała tę uwagę. Wyraźnie nie lubiła komplementów.
- Nic nie wiem na temat tego drania - powiedziała. - Nikt go nie widział. Tylko słyszeliśmy strzały. Potem wybuchła panika - wrzaski i przepychanie. Usiłowaliśmy wprowadzić dzieci z powrotem do budynku. Kazaliśmy im opuścić głowy. Uciekaliśmy najszybciej i najdalej jak się dało, uważając, żeby nikt nie został stratowany. Nawet nikt nie wiedział, że już po wszystkim, aż ten facet, Ahlward, wyszedł z szopy wymachując pistoletem jak kowboj po ważnym pojedynku. Gdy go ujrzałam po raz pierwszy, zwiódł mnie - myślałam, że to on jest snajperem. Po chwili go poznałam - widziałam go wcześniej w ekipie Latcha. Uśmiechał się, mówił, że już po wszystkim. Że nic nam nie grozi.
Zadrżała.
- Pa, pa, strachu - szepnęła.
Samotny policjant przekrzywił głowę i przysłuchiwał się naszej rozmowie. Był młody, przystojny, czarny jak węgiel, z włosami, jak po trwałej ondulacji.
Podszedłem do niego i spytałem:
- Co może nam pan powiedzieć o snajperze?
- Nie wolno mi udzielać żadnych informacji, sir.
- Nie jestem reporterem - odparłem. - Jestem psychologiem, którego wezwał detektyw Sturgis. Mam się zająć dziećmi.
Żadnego wrażenia.
- Dobrze by było - powiedziałem - gdybym mógł otrzymać jak najwięcej informacji. Chcę pomóc tym dzieciom.
- Nie wolno mi o tym rozmawiać, sir.
- Gdzie jest detektyw Sturgis?
- Nie wiem, sir.
Wróciłem do Lindy Overstreet.
- Biurokracja - skomentowała. - Czasami mam wrażenie, że jest dla nas potrzebą biologiczną.
Otworzyły się drzwi w dalszej części korytarza i wyłoniła się z nich inna grupa ludzi. Ta skupiała się wokół mężczyzny tuż po czterdziestce, średniego wzrostu, dość otyłego. Miał krągłą, piegowatą twarz i czuprynę ciemnych włosów przetykanych siwizną, utrzymaną w stylu wczesnych Beatlesów i zasłaniającą mu brwi. Jego strój nie odbiegał od wzorca obowiązującego wśród studentów z pierwszego roku: jasnobeżowa sportowa marynarka z tweedu, pogniecione spodnie khaki, czarno-zielona flanelowa koszula i czerwony, pleciony krawat. Nosił okrągłe, szylkretowe okulary, jakie brytyjska służba zdrowia niegdyś rozdawała za darmo. Miał nos, którego nie powstydziłby się buldog francuski. Reszta twarzy pasowałaby raczej do kobiety. Przyszły mi na myśl jego stare zdjęcia. Z długimi włosami i z brodą. Zarost sprawiał, że dwadzieścia lat temu wyglądał okazalej.
Skojarzenie z uniwersytetem wzmagali otaczający go ludzie - młodzi, o bystrym spojrzeniu, jak studenci starający się ściągnąć na siebie uwagę ulubionego profesora. Każdy z nich był poważny, jakby miał zdawać decydujący egzamin, ale z grupy emanowała jakaś niemal rozrywkowa niesforność.
Mężczyzna o krągłej twarzy zauważył nas i zatrzymał się nagle.
- Doktor Overstreet. Jak się wszyscy czują?
- Jakoś się trzymamy, panie Latch.
Podszedł do nas. Członkowie ekipy pozostali z tyłu. Poza jednym postawnym mężczyzną o beznamiętnej twarzy i rudych włosach, który był mniej więcej w wieku Latcha, nikt nie miał więcej niż dwadzieścia pięć lat. Elegancki zespół, wszyscy ubrani jak ludzie sukcesu.
- Czy mogę coś zrobić, doktor Overstreet? Dla dzieci? Albo dla personelu szkoły? - zapytał Latch.
- Może mógłby pan poprosić gwardię narodową, żeby zapewniła nam jakąś ochronę?
Rzucił krótki uśmiech, jak na plakatach z kampanii wyborczej, i przybrał poważniejszy ton:
- Może coś spoza dziedziny... wojskowej?
- Prawdę mówiąc - powiedziała - przydałoby się nam nieco informacji. Doktor Delaware będzie pracował z dziećmi. Musi wiedzieć jak najwięcej, żeby sprostać ich dociekliwości.
Jakby dopiero teraz mnie zauważył, chwycił moją dłoń i uścisnął mocno.
- Gordon Latch.
- Alex Delaware.
- Miło mi pana poznać, Alex. Jest pan psychologiem? Psychiatrą?
- Psychologiem.
- Z kuratorium?
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, odezwała się Linda:
- Doktor Delaware ma prywatną praktykę i został polecony przez policję. Jest specjalistą od stresu u dzieci.
Latch przyjrzał mi się nad okularami z ubezpieczalni.
- Cóż, wszelkiego powodzenia i dzięki, że tak szybko pan przyjechał, Alex. To było okropieństwo - coś niesamowitego. Całe szczęście, że się dobrze skończyło. - Spojrzał na swoją ekipę, kilku przytaknęło. - W jaki sposób planuje pan pracować z dziećmi?
Powiedziałem mu pokrótce to, co przedtem przedstawiłem Lindzie.
Zastanawiał się przez chwilę.
- Brzmi bardzo rozsądnie - stwierdził. - Kiedyś pracowałem w pańskiej dziedzinie. Skończyłem psychologię w Berkeley. Doradztwo w sytuacjach kryzysowych, zdrowie psychiczne społeczności, zapobieganie pierwszego i drugiego stopnia. Mieliśmy gabinet w Oakland. Próbowaliśmy wprowadzać pacjentów z problemami natury psychicznej z powrotem do społeczności. To było w tych starych, dobrych czasach, gdy humanizm nie uchodził za obsceniczne słowo.
- Słyszałem o tym. - Jak każdy, kto czytał gazety.
- Inne czasy - powiedział z westchnieniem. - Spokojniejsze i przyjemniejsze. To, co się dzisiaj wydarzyło, tylko dowodzi, jak dalece od nich odeszliśmy. Do licha, co za tragedia!
- Co może nam pan powiedzieć na temat snajpera, panie Latch? - przerwała Linda.
- Obawiam się, że niewiele. Sami nie wiemy dużo. Policja strasznie mało mówi, jak to w ich zwyczaju.
- Pan Ahlward na pewno coś wie. Jeśliby to nie było dla niego kłopotliwe, mógłby nas oświecić.
Latch znów spojrzał przez ramię.
- Bud? Podejdź, proszę.
Rudowłosy mężczyzna uniósł różowawe brwi i wystąpił z grupki. Był ubrany w brązowy garnitur, białą koszulę, gładki, brązowy, pleciony krawat i miał nadmiernie rozbudowany tors, co stwarza konieczność szycia ubrań na miarę. Jego garnitur został zapewne kupiony w sklepie, bo wyglądał na nim, jakby był przyklejony. Ręce wisiały mu luźno przy boku, wielkie, blade, porośnięte miedzianymi włoskami. Włosy, mocno kędzierzawe, nosił krótko przycięte. Miał mięsistą, wystającą szczękę i leniwe, bursztynowe oczy, utkwione niezmiennie w swoim szefie.
- Słucham, panie radny? - Z bliska pachniał dymem papierosowym.
- Bud, ci dobrzy ludzie chcą się dowiedzieć czegoś o snajperze. Co możesz im powiedzieć?
- Jeszcze nic - odparł Ahlward. Miał delikatny, chłopięcy głos. - Przykro mi. Takie jest polecenie gliniarzy. - Przejechał palcem po ustach, jakby je zapinał na zamek błyskawiczny.
- Zupełnie nic, Bud? - zapytał Latch.
- Ludzie z WAT nie pozostawili co do tego żadnych wątpliwości, panie radny.
- Wydział Antyterrorystyczny. Może przypominacie ich sobie. Dwa lata temu. Ci rozkoszni faceci, którzy wydawali pieniądze podatników na obserwowanie innych, Bogu ducha winnych podatników? Chcemy dać im szansę poprawy, więc chyba będziemy zmuszeni przez jakiś czas nie wtrącać się w ich robotę. A są nieprzejednani, żeby nie ujawniać sprawy, dopóki nie będą pewni, że mają pełny obraz. Bud właśnie jedzie do śródmieścia, żeby złożyć oficjalne zeznanie. Jeśli dopisze nam szczęście, wszystko się szybko wyjaśni - zwrócił się do nas Lath, do Ahlwarda zaś powiedział: - Bud, jak tylko pozwolą ci podawać informacje, dopilnuj, żeby ci dobrzy ludzie otrzymali wszelkie potrzebne im dane. Bezzwłocznie. Zrozumiałeś?
- Jasne - odparł Ahlward.
Latch skinął głową. Ahlward wrócił do grupy.
- Dzięki Bogu, że był z nami Bud - powiedział Latch na tyle głośno, żeby słyszeli to ludzie w grupce. Ktoś poklepał Ahlwarda po ramieniu. Rudzielec zupełnie na to nie zareagował. Stał wśród pozostałych, ale nie identyfikował się z nimi. Miał nieobecny wyraz twarzy - spokojny, jak przy medytacjach Zen, jakby przeniósł się w inne miejsce, w inny czas. Żadnej oznaki, że zastrzelił kogoś w porze lunchu.
- No dobrze, przyjaciele - powiedział Latch, robiąc krok do tyłu. - To długi dzień i jeszcze nie widać końca. Doktor Overstreet, jeśli potrzebowałaby pani czegoś, niech pani pominie wszystkie formalności biurowe i przychodzi prosto do mnie. Mówię szczerze. Wypłyńmy w końcu na spokojne wody. Doktorze Delaware, wydaje mi się, że dzieci są w dobrych rękach, ale pan też niech się nie waha skontaktować ze mną, jeśli mógłbym w czymś pomóc.
Sięgnął do marynarki, wyjął ze skórzanego etui kilka wizytówek i wręczył je nam. Obiema rękami uścisnął dłoń Lindy, następnie moją i odszedł.
Linda zgniotła wizytówkę. Twarz jej stężała.
- O co chodzi? - spytałem.
- Nagle zrobił się z niego Pan Pomocny - powiedziała - a zeszłej wiosny, kiedy dzieci przechodziły piekło, prosiłam go o pomoc. Ocean Heights należy do jego okręgu, mimo że jestem pewna, iż nie otrzymał tu zbyt wielu głosów. Myślałam, że dlatego, iż zajmował się kiedyś prawami obywatelskimi, przyjedzie tutaj, porozmawia z dziećmi, pokaże im, że ktoś ważny trzyma ich stronę. Jeśli nic innego nie było w stanie skłonić go do podobnego kroku, to chociaż przydatność takiego gestu dla swojej kampanii. Dzwoniłam do jego biura z sześć razy. Nawet nie oddzwonił.
- Przyjechał dzisiaj. Żeby stawić czoło Massengilowi.
- Bez wątpienia miał w tym jakiś ukryty cel. Oni wszyscy są tacy sami - zaczerwieniła się. - Co ja gadam. Pomyśli pan, że jestem jakąś okropną zrzędą.
- Być może jest nią pani - odparłem - ale musiałbym przyjrzeć się pani w normalniejszych okolicznościach, żeby dojść do konkluzji dotyczącej tej sprawy.
Otworzyła usta i wybuchła śmiechem. Gliniarz w korytarzu udał, że nie słyszy.
Klasa była duża i jasna. Wypełniała ją nienaturalna cisza. Tylko deszcz zakłócał spokój, rozpryskując się na szybach upartym rytmem, przywodzącym na myśl myjnię samochodową. Wpatrywało się we mnie dwadzieścia par oczu.
- Jestem takim lekarzem, który nie robi zastrzyków - powiedziałem. Nie zaglądam też dzieciom do oczu ani do uszu. - Zamilkłem na chwilę. - Za to rozmawiam z dziećmi i się z nimi bawię. Pewnie lubicie się bawić?
Kilka par oczu mrugnęło.
- W jakie zabawy lubicie najbardziej?
Cisza.
- Może gry w piłkę? Czy któreś z was lubi grać w piłkę?
Przytaknięcia.
- W piłkę ręczną?
Chłopiec o azjatyckich rysach z fryzurą w kształcie talerza do zupy powiedział:
- W baseball.
- W baseball - powtórzyłem. - A na jakiej pozycji grasz?
- Rzucam. I w piłkę nożną, i w futbol, i w koszykówkę też.
- W skakankę - odezwała się dziewczynka.
- W pizza party - dodał ten sam co poprzednio chłopiec.
- To taka gra planszowa - wyjaśniła nauczycielka. Elegancka, czarna kobieta po czterdziestce. Chętnie udostępniła mi swoje biurko, ustawiła krzesło w rogu sali i usiadła ze złożonymi rękami, jak ukarana uczennica. - Mamy ją w klasie. Mamy dużo gier planszowych, prawda, dzieci?
- Ja lubię być grzybkiem - powiedział mały Azjata.
- A ja papryką - odezwał się inny chłopiec, drobnokościsty, z długimi falowanymi włosami. - Ostrą papryką. Muy caliente!
Chichoty.
- Dobrze. A w jakie jeszcze gry planszowe lubicie grać? - zapytałem.
- W warcaby.
- W pochylnie i drabinki!
- W warcaby.
- Już to mówiłem!
- W chińczyka!
- Ty, Chińczyk.
- Wcale nie. Jestem Wietnamczykiem!
- W pamięć!
- Ja też lubię grać - powiedziałem. - Czasami dla zabawy, a czasami, żeby pomóc dzieciom, gdy są przestraszone i się czymś martwią.
Znowu cisza. Nauczycielka zaniepokoiła się nagle.
- Dzisiaj wydarzyło się coś bardzo strasznego - powiedziałem. - Tutaj, w szkole.
- Kogoś zabili - odezwała się dziewczynka z dołkami w policzkach i z karnacją koloru kawy z czekoladą.
- Anno, wcale tego nie wiemy - odezwała się nauczycielka.
- Tak - nie ustępowała dziewczynka. - Była strzelanina. To znaczy, że kogoś zabili.
- Słyszałaś już wcześniej strzelaninę? - spytałem.
Przytaknęła gorliwie.
- Mhm. Na mojej ulicy. Gangsterzy jeżdżą samochodami i strzelają do domów. Zabijają. Tak mówi mój tatuś. Raz mieliśmy w garażu dziurę po pocisku. Taką. - Rozsunęła kciuk i palec wskazujący.
- Na mojej ulicy też - odezwał się chłopiec ostrzyżony po wojskowemu, o twarzy elfa i uszach jak nietoperz. - Zabili jednego facia. Trup. Bum, bum, bum. W twarz.
Nauczycielka wyglądała, jakby się źle poczuła.
Kilku chłopców zaczęło imitować strzelaninę, robiąc z palców pistolety i na wpół wstając z miejsc.
- To chyba straszne - powiedziałem.
Jakiś chłopiec się roześmiał i strzelił do dziewczynki.
- Przestań! Głupi jesteś! - broniła się.
Chłopiec przezwał ją po hiszpańsku.
- Ramon! - upomniała go nauczycielka. - Uspokój się. Wszyscy spokój. - Jej spojrzenie w moją stronę zdawało się mówić: Jak pan zrobił doktorat?
- Fajnie jest się bawić w strzelaninę, bo wtedy czujemy się silni. To my rządzimy. Decydujemy o naszym życiu. Ale kiedy naprawdę ktoś do nas strzela, to nie jest tak fajnie, prawda? - zapytałem.
Odpowiedziało mi potrząsanie głowami. Chłopiec, który śmiał się najgłośniej, nagle wydał mi się najbardziej przerażony.
- Co rozumiecie z tego, co tu się dzisiaj stało?
- Jakiś facio do nas strzelał - powiedział mały Azjata.
- Tranh - odezwała się nauczycielka. - Nie wiemy tego.
- Tak, strzelał do nas, panno Williams!
- Zgadza się, Tranh. Strzelał - powiedziała. - Ale nie wiemy do kogo. Mógł strzelać w powietrze. - Spojrzenie w moją stronę, żebym potwierdził jej słowa.
- Strzelał do nas - nie ustępował Tranh.
- Czy ktoś z was wie, co się z nim stało? - spytałem.
- Zastrzelili go? - spytała dziewczynka o imieniu Anna.
- Właśnie. Zastrzelili go i nie żyje. Więc nie może wyrządzić wam krzywdy. Nic wam nie może zrobić.
Zapadła cisza. Zastanawiali się, jak ocenić tę informację.
- Człowieku, a co z jego przyjaciółmi? - zapytał Ramon.
- Z jakimi przyjaciółmi?
- Może jest w gangu i jego koledzy wrócą i znów będą do nas strzelać?
- Nie ma powodu sądzić, że jest w gangu - odrzekłem.
- A jeśli jest? - upierał się Ramon. - Albo jeśli jest cholo?
- Kim jest? - spytała inna dziewczynka, pulchna, z czarnymi kędziorkami i drżącym głosem.
Wszystkie dzieci patrzyły na mnie wyczekująco.
- Jeszcze nie wiem. Nikt nie wie. Ale jego już nie ma. Na zawsze. Z jego strony nic wam nie grozi.
- Powinniście go zabić jeszcze raz! - powiedział Ramon.
- Tak! Zabijcie go! Zastrzelcie go dwudziestkądwójką!
- Uzi!
- Wepchnijcie mu twarz do pizzy, żeby nie mógł oddychać.
- Wepchnijcie mu twarz w kupę!
Nauczycielka zaczęła coś mówić. Powstrzymałem ją spojrzeniem.
- Jak jeszcze można zrobić mu krzywdę?
- Zabić go!
- Pokroić i nakarmić nim Pancho - to mój pies!
- Strzelić mu, bum, w jaja!
- Ay, los cojones!
Śmiech.
- Bum!
- Pokroić go i zemleć, i nakarmić mojego psa!
- Wcale nie masz psa, Martha!
- Właśnie, że mam! Mam bardzo groźnego pitbulla i cię zje!
- Zastrzelić go, zadźgać, wepchnąć mu twarz w pizzę - powtórzyłem. - Chyba naprawdę was wkurzył?
- No jasne - powiedział Ramon. - A co? Próbował nas zabić, to my go też zabijemy!
- Nie możemy go zabić - stwierdziła pulchna dziewczynka.
- A dlaczego - zapytałem?
- Bo on jest wielki. A my jesteśmy tylko dziećmi. Nie mamy pistoletów.
- Bzdury - powiedział Tranh. - Nie możemy go zabić, bo on już nie żyje!
- Zabijmy go jeszcze raz! - krzyknął ktoś.
- Dowiedzmy się, gdzie mieszka - zaproponował Ramon - i zabijmy jego pierdolony dom!
- Co to za język! - oburzyła się nauczycielka.
Pulchna dziewczynka nie była przekonana.
- O co chodzi? - spytałem ją.
- Właściwie - powiedziała - to nic nie możemy zrobić. Jesteśmy dziećmi. Jeśli ludzie chcą być dla nas niedobrzy, to nikt im nie zabroni.
- Złotko, nikt nie chce być dla ciebie niedobry - uspokajała nauczycielka.
Pulchna dziewczynka spojrzała na nią.
- Wszyscy cię lubią, Cecelia - tłumaczyła nauczycielka. - Wszyscy lubią was wszystkich.
Pulchna dziewczynka potrząsnęła głową i rozpłakała się.
Zanim skończyłem, deszcz osłabł. Zatrzymałem się przy gabinecie Lindy Overstreet, ale był zamknięty i nikt nie odpowiadał na pukanie. Gdy wyszedłem z budynku, zobaczyłem Mila na boisku, obok otoczonej kordonem szopy. Rozmawiał ze szczupłym, ciemnowłosym mężczyzną w dobrze skrojonym, granatowym garniturze. Zauważył mnie i pokiwał, żebym podszedł.
- Alex, to jest porucznik Frisk z wydziału antyterrorystycznego. Poruczniku, doktor Alex Delaware, psycholog kliniczny, który będzie pracował z dziećmi.
Frisk przyjrzał mi się i spytał:
- No i jak to się posuwa, doktorze? - tonem, który nie pozostawiał wątpliwości, że nie bardzo go to obchodzi.
- Nieźle.
- Miło to słyszeć. - Podciągnął mankiet i spojrzał na zegarek marki Rolex. Był młody, opalony, ciemne włosy miał ułożone w schludną fryzurę i nosił niezwykle starannie wypielęgnowany wąsik. Granatowy garnitur musiał sporo kosztować, koszula od Turnbull & Asser lub od konkurencji. Krawat był z ciężkiego jedwabiu, we wzór przedstawiający roztańczone, niebieskie równoległoboki na ciemnobordowym tle. Oczy Friska koloru równoległoboków znajdowały się w ciągłym ruchu.
Odwrócił się do Mila i powiedział:
- Powiadomię cię. Miłego popołudnia, doktorze - rzucił i odszedł.
- Szykowny - stwierdziłem. - Wygląda jak gliniarz z telewizji.
- Młody człowiek, który cały czas awansuje - odparł Milo. - Skończył Wydział Zarządzania na Uniwersytecie Kalifornii Południowej, ma dobre układy, stopień porucznika otrzymał przed trzydziestką, trzy lata później kierownicze stanowisko.
- Czy przejmuje sprawę?
- Przed chwilą słyszałeś - powiadomi mnie.
Przeszliśmy przez boisko szkolne.
- Więc - spytał - jak było naprawdę?
- Naprawdę nieźle. Miałem krótkie spotkania we wszystkich klasach. Większość dzieci zdaje się reagować normalnie.
- To znaczy?
- To znaczy dużo podniecenia, czasami gniew. Właśnie gniew starałem się opanować - żeby dzieciaki zaczęły się bardziej kontrolować. Kazałem nauczycielom skontaktować się z rodzicami i przygotować ich, że u dzieci może wystąpić utrata apetytu, problemy ze snem, objawy psychosomatyczne, kurczowe trzymanie się starszych, być może strach przed chodzeniem do szkoły. Niektórym dzieciom przyda się zapewne terapia indywidualna, ale w większości przypadków powinny wystarczyć zajęcia grupowe. Ważne było, żeby szybko do nich dotrzeć - dobrze się spisałeś.
- Co sądzisz o pani dyrektor? - spytał.
- Energiczna dama.
- Dama z Teksasu - powiedział. - Dziecko gliniarza. Jej tatuś był komandosem, jego praca oddziaływała na dom. Zna to wszystko na pamięć.
- Nic mi na ten temat nie wspomniała.
- A po co? Przy tobie pewnie była strasznie uczuciowa.
- W tej chwili odczuwa chyba wyłącznie gniew, który kotłuje się tuż pod powierzchnią. Narasta od czasu, kiedy tu przybyła. Musi zwalczać szereg bzdur i ma niewiele wsparcia. Mówiła ci o aktach wandalizmu?
Zmarszczył brwi.
- Tak. Słyszałem o tym po raz pierwszy. Kuratorium zgłosiło to bezpośrednio do śródmieścia i tam sprawa utknęła.
- Kiepska organizacja pracy?
- Nawet tak nie myśl.
- Wygląda na to, że szkoła jest wplątana w politykę, od czasu jak sprowadzili dzieci. Sądzisz, że strzelanina miała podłoże polityczne?
- W tej chwili nic nie wiadomo.
- Czy Latch i Massengil snują w tej kwestii jakieś domysły? Że któryś z nich mógł być celem?
- Nie wiem - odparł. - Całe dochodzenie przeprowadzał Kenny Frisk i chłopaki z WAT-u. Po cichutku, za zamkniętymi drzwiami. Potem Kenny wyszedł i poinformował nas, plebs, że przyjęto oficjalnie politykę zamkniętych ust. Wszystkie doniesienia prasowe mają pochodzić z WAT-u. Pogwałcenie przepisów informacyjnych będzie surowo karane.
Szukałem w jego twarzy oznak złości. Udało mi się zobaczyć jedynie wielką, białą maskę.
- Chociaż jak to z politykami bywa, nie mają szans na powstrzymanie się od paplania - dodał po chwili.
- Jak na razie, wydaje mi się, że Latch się stosuje do tych zaleceń - powiedziałem. - Spotkałem go w korytarzu, kiedy wychodził. Próbowałem wyciągnąć od niego jakieś informacje i nie udało mi się ani odrobinę.
Odwrócił głowę i spojrzał na mnie.
- Jakie informacje?
- Jakiś ogólny opis snajpera. Kim był. Coś konkretnego. Dzieci muszą mieć wyobrażenie o swoim wrogu. - Powtórzyłem mu sposób rozumowania, jaki przedstawiłem Lindzie i Gordonowi Latchowi. - Już zadają pytania, Milo. Jeśli mógłbym na część z nich odpowiedzieć, efekty mojej pracy byłyby lepsze.
- Ogólny opis, co? Kim był?
Przytaknąłem.
- Oczywiście, jeśli mógłbyś mi zdradzić jakieś szczegóły, też by się przydały. Nie wykraczające poza granice "pogwałcenia przepisów informacyjnych".
- Szczegóły. Przede wszystkim mogę ci powiedzieć, że opierasz się na błędnym założeniu - odparł bez uśmiechu.
- Jakim?
- To nie był on, lecz ona.