Bomba. Alfabet polskiego szołbiznesu - Karolina Korwin-Piotrowska

-
Proszę czekać

A

ADAM­CZYK PIOTR

Wy­bit­ny ak­tor i bar­dzo faj­ny fa­cet. Mistrz dub­bin­gu, pa­tel­ni i opo­wia­da­nia dow­ci­pów, po któ­rych mię­śnie brzu­cha bolą mie­siąc. Ostat­nio tro­chę w za­wo­do­wym i pry­wat­nym doł­ku. A wiel­ka szko­da. On, któ­ry nig­dy nie ujaw­niał szcze­gó­łów swe­go ży­cia pry­wat­ne­go, na­gle pod­ku­szo­ny przez ko­goś bar­dzo spryt­ne­go i źle mu ży­czą­ce­go zde­cy­do­wał się na ślub­ną se­sję i okład­kę w ko­lo­ro­wej ga­ze­cie. Był to dra­mat na ca­łej li­nii, tym więk­szy, że Pio­trek tego nig­dy wcze­śniej ro­bić nie mu­siał. Bo jak ma się taki ta­lent, to się nie musi. Po pro­stu. A że zbie­gło się to z ewi­dent­nym prze­sy­tem jego oso­bą w me­diach, bo peł­no go było w te­le­wi­zjach wszel­kich, se­ria­lach i kro­ni­kach to­wa­rzy­skich, efekt był ła­twy do prze­wi­dze­nia. Me­dia dają mu po­pa­lić, jemu i jego żo­nie. Do tego su­per­ról ja­koś nie ma, wręcz prze­ciw­nie, ra­czej ostat­nio same bo­le­sne wto­py, a więc pa­pa­raz­zi śle­dzą go jak ja­kieś yeti, co na pew­no nie jest miłe. To się na­zy­wa, pro­szę Pań­stwa, zły ti­ming na ca­łej li­nii.

A ak­tor to, jak na­pi­sa­łam, przed­ni. Uszedł z ży­ciem i z wiel­ką kla­są po za­gra­niu ról Jana Paw­ła II czy Cho­pi­na. Każ­dy inny pod­dał­by się, ale nie on. Z epi­zo­du w mdłym fil­mie "Li­sty do M." robi sma­ko­wi­tą pe­reł­kę. Jest prze­cud­ną Żab­cią w "Prze­pi­sie na ży­cie", me­ga­su­kin­sy­nem w "Cza­sie ho­no­ru", słod­kim dup­kiem w "Te­sto­ste­ro­nie" i cu­dow­nym kryp­to­ge­jem w "Lej­dis". Ge­nial­nie ra­tu­je nie­uda­ne­go "Na­zna­czo­ne­go" i rów­nie nie­uda­ny "Świę­ty in­te­res". Na­wet w ma­nie­rycz­nym "Han­sie Klos­sie" jest smacz­ny. Ale niech mi ktoś po­wie, dla­cze­go za­grał w czymś tak złym, jak "Bi­twa pod Wied­niem", "Och, Ka­rol 2" czy kosz­mar­ne i uwła­cza­ją­ce jego ta­len­to­wi "Śnia­da­nie do łóż­ka"? Na­praw­dę, kie­dy oglą­da­łam "Och, Ka­rol 2", chcia­ło mi się pła­kać... i po­my­śla­łam, że by­ło­by strasz­nie, gdy­by on po­szedł tą dro­gą, dro­gą wy­bo­ru fa­tal­nych ról pod pu­blicz­kę i dla kasy oraz mar­nej sła­wy. Bar­dzo Piotr­ka lu­bię i ce­nię. On nig­dy nie aspi­ro­wał do by­cia bo­ha­te­rem ta­niej sen­sa­cji i ta­blo­idów. Jego am­bi­cje były gdzie in­dziej. Ma, co praw­da, rękę do lan­so­wa­nia ko­biet u swo­je­go boku - wie coś o tym Anna Czar­to­ry­ska (? Czar­to­ry­ska Anna), po­dob­no lan­su­je te­raz swo­ją żonę Kate Rozz, ale to nie po­win­no za­mą­cić mu ka­rie­ry. Oby wy­szedł na pro­stą. Za­słu­gu­je na to.

AGEN­CI

W Pol­sce - wiel­ka ście­ma. Teo­re­tycz­nie są i ostro się rzą­dzą, w prak­ty­ce w prze­wa­ża­ją­cej więk­szo­ści trak­tu­ją swych pod­opiecz­nych jak ban­ko­ma­ty. Mają przy­no­sić do­cho­dy, re­gu­lar­nie i za każ­dą cenę. Na pol­skim ryn­ku nie­wie­lu jest agen­tów z praw­dzi­we­go zda­rze­nia, zna­ją­cych się na swo­jej pra­cy, sza­nu­ją­cych swe­go klien­ta, któ­ry cza­sa­mi wy­ma­ga spe­cjal­nej tro­ski, pla­nu­ją­cych ka­rie­ry tych, u któ­rych są na pro­cen­cie. Tacy spe­cja­li­ści cza­sem każą się za­mknąć, znik­nąć, za­milk­nąć. Albo wy­sy­ła­ją na de­toks czy te­ra­pię. Trak­tu­ją swo­ich klien­tów po ludz­ku, po pro­stu. Więk­szość z agen­tów to ży­cio­we i za­wo­do­we nie­zda­ry z kom­plek­sa­mi i ogrom­nym ape­ty­tem na wię­cej i wię­cej. Zmo­rą są byłe fan­ki ar­ty­stów, któ­re zo­sta­ją ich agent­ka­mi. Nie umie­ją nic, ko­cha­ją śle­po i głu­pio, a wsty­du po­tra­fią na­ro­bić na cały kraj. Trze­ba też uwa­żać na ży­cio­wych part­ne­rów, któ­rzy zo­sta­ją agen­ta­mi, bo­wiem w więk­szo­ści to nie dzia­ła i jest pod­szy­te nie­zdro­wy­mi emo­cja­mi. Za­sa­da gdzie ra­bo­ta­jesz, tam bzy­ka­jesz, nie­ste­ty, dla ta­kich związ­ków się spraw­dza i tych, któ­rzy usi­łu­ją coś za­ła­twić, sta­wia w kiep­skiej sy­tu­acji. No, może z wy­jąt­kiem Ja­nu­sza Ga­jo­sa (? Ga­jos Ja­nusz) i Ro­ber­ta Gaw­liń­skie­go. Ale ich wspa­nia­łe żony to wy­jąt­ki po­twier­dza­ją­ce tę smut­ną re­gu­łę.

Agent z praw­dzi­we­go zda­rze­nia nie do­pusz­cza do me­dial­nych wpa­dek, a je­śli są, bo mają pra­wo się zda­rzyć, na­tych­miast gasi sy­tu­ację. I nie­ko­niecz­nie po­le­ga to na stra­sze­niu praw­ni­ka­mi, bo taka tak­ty­ka na ni­ko­go nie dzia­ła. Gwiaz­da nie musi być in­te­lek­tu­ali­stą z wy­czu­ciem sty­lu i do tego do­brze wy­cho­wa­nym. Agent bie­rze pie­nią­dze za to, aby jej wszel­kie bra­ki tu­szo­wać i ra­to­wać ją z opre­sji, oraz za pla­no­wa­nie jej ka­rie­ry. Ko­nia z rzę­dem temu, kto znaj­dzie w Pol­sce agen­ta, czy to z dzia­łu mu­zy­ka, ak­tor­stwo czy es­tra­da, któ­ry jest w sta­nie po­wie­dzieć, co jego pod­opiecz­ny bę­dzie ro­bił za rok, dwa lata i ja­kie są pla­ny jego roz­wo­ju. Wol­na ame­ry­kan­ka, czy­li wol­ne żar­ty. Świet­ną agent­ką, wy­bit­ną spe­cja­list­ką od ga­sze­nia me­dial­nych po­ża­rów i nie­po­ka­zy­wa­nia pu­blicz­nie licz­nych wpa­dek swych pod­opiecz­nych była Maja Sa­blew­ska (? Sa­blew­ska Maja). Naj­lep­szy­mi agen­ta­mi są ci zwią­za­ni la­ta­mi z jed­nym ar­ty­stą, znacz­nie czę­ściej spo­ty­ka­ni w świe­cie mu­zy­ki niż ak­tor­skim, na przy­kład agen­ci ? Kay­ah, Agniesz­ki Chy­liń­skiej (? Chy­liń­ska Agniesz­ka), ze­spo­łu Hey, Anny Ma­rii Jo­pek (? Jo­pek Anna Ma­ria) czy T.Love. Na pew­no naj­lep­szy, je­śli cho­dzi o tak zwa­ne ke­szo­wa­nie po­pu­lar­no­ści, jest Fi­lip Mec­ner. To agent mię­dzy in­ny­mi Anny Mu­chy (? Mu­cha Anna), któ­ra jest ży­wym słu­pem re­kla­mo­wym.

Ostat­nio pra­ca tak zwa­ne­go agen­ta, jak za­uwa­ży­łam, czę­sto ogra­ni­cza się do za­ła­twia­nia w me­diach usta­wek z pa­pa­raz­zi­mi, za­pro­szeń na za­ku­py z ra­ba­ta­mi czy ukła­dów z fir­ma­mi na za­sa­dzie bar­te­ru albo pół­bar­te­ru, czy­li my to­bie, dro­ga gwiaz­do, damy su­kien­kę, me­ble dla dziec­ka, wy­praw­kę, to­reb­kę albo ze­ga­rek, może ja­kaś ka­ska na­wet na kon­to wpły­nie, a ty nam - ma­te­riał w ga­ze­cie, ślub, wi­zy­tę w myj­ni sa­mo­cho­do­wej, w ga­bi­ne­cie ko­sme­tycz­nym, baby sho­wer, zdję­cie w kro­ni­ce to­wa­rzy­skiej. Jed­nak kie­dy zda­rza się ja­kaś wpad­ka, agent od fak­tur ze świn­ką skar­bon­ką za­miast mó­zgu jest kom­plet­nie bez­rad­ny w ze­tknię­ciu z me­dia­mi. Ostat­nią agent­ką, któ­ra wal­czy­ła jak lwi­ca o piar, role i staw­ki dla swych ak­to­rów, była nie­gdyś bar­dzo kon­tro­wer­syj­na, ale za to nie­zwy­kle sku­tecz­na Lu­cy­na Ko­bie­rzyc­ka. Dziś ta­kich agen­tów już nie ma.

Je­śli ar­ty­sta ob­da­rzo­ny jest ta­len­tem i in­te­li­gen­cją (? in­te­li­gen­cja), w Pol­sce agen­ta nie po­trze­bu­je. Le­piej wy­da­wać pie­nią­dze na do­bre­go praw­ni­ka, któ­ry wie, jak czy­tać i ne­go­cjo­wać umo­wy. Znam kil­ku­na­stu ak­to­rów, któ­rzy tak funk­cjo­nu­ją i bar­dzo to so­bie chwa­lą.

AN­DRUS AR­TUR

Udo­wad­nia, że moż­na za­ra­biać w Pol­sce, nie bę­dąc pu­stym kre­ty­nem, nie bie­ga­jąc po im­pre­zach dla eks­hi­bi­cjo­ni­stów i nie ma­jąc sztucz­nych cyc­ków, bo­wiem jego pły­ta "My­śli­wiec­ka" była naj­chęt­niej ku­po­wa­na w 2012 roku. Pły­ta ta zy­ska­ła sta­tus po­dwój­nej pla­ty­ny, o czym lan­so­wa­ne na­chal­nie na okład­kach i w me­diach pseu­do­gwiaz­dy ma­ją­ce pro­blem ze zło­że­niem pro­ste­go zda­nia mogą je­dy­nie po­ma­rzyć. "Pi­łem w Spa­le, spa­łem w Pile", "Glan­ki i pa­cyf­ki" albo "Kró­lo­wa nad­bał­tyc­kich raf" to są au­ten­tycz­ne hity i wie­le wska­zu­je na to, że hity na lata, bo ta­kie pio­sen­ki się nie sta­rze­ją.

Ab­sol­went Wy­dzia­łu Dzien­ni­kar­stwa na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim, dzien­ni­karz i sa­ty­ryk od za­wsze, czy­li od 1994 roku, zwią­za­ny z ra­dio­wą Trój­ką. Czło­wiek wy­bit­nie in­te­li­gent­ny i oczy­ta­ny, do tego me­ga­dow­cip­ny, choć nie cham­ski, co ostat­nio zbyt czę­ste. Spo­tka­łam go kie­dyś w pra­cy z oka­zji wy­wia­du do pro­gra­mu, któ­ry ro­bi­łam, i to było, przy­najm­niej dla mnie, cu­dow­ne spo­tka­nie z cie­ka­wym czło­wie­kiem, któ­re­go wie­dza mi za­im­po­no­wa­ła. Jest on bo­wiem znaw­cą hi­sto­rii pol­skie­go ka­ba­re­tu i au­ten­tycz­nym mi­strzem mowy pol­skiej.

Ma zdol­no­ści ak­tor­skie - jego Jo­na­than Owens ze "Spad­ko­bier­ców" to rola na mia­rę chę­ci i moż­li­wo­ści. Po­ga­dać też mą­drze po­tra­fi, o czym świad­czy książ­ka "Każ­dy szczyt ma swój Czu­ba­szek" - prze­za­baw­na i in­te­li­gent­na roz­mo­wa z Ma­rią Czu­ba­szek (? Czu­ba­szek Ma­ria), z któ­rą łą­czy go in­te­lek­tu­al­ny i burz­li­wy ro­mans z wyż­szych sfer. Ta książ­ka też była be­st­se­le­rem, udo­wad­nia­jąc czar­no na bia­łym, że nie wszy­scy Po­la­cy to bez­mó­zgi. Ar­tur An­drus wzbu­dza we mnie na­dzie­ję na to, że czło­wiek bez kar­pich ust i wy­pra­so­wa­nej twa­rzy, za to umie­jęt­nie uży­wa­ją­cy swe­go mó­zgu i in­te­li­gen­cji (? in­te­li­gen­cja) oraz dow­ci­pu może być praw­dzi­wą i sza­no­wa­ną gwiaz­dą w Pol­sce.

Wię­cej ta­kich.

APAR­TA­MENT

Pol­skie gwiaz­dy bez wzglę­du na stan kon­ta i sta­tus za­wo­do­wy nie miesz­ka­ją już w zwy­kłych, sza­racz­ko­wych miesz­ka­niach, nie daj Bóg w blo­kach z wiel­kiej pły­ty, ob­skur­nych ka­wa­ler­kach, tyl­ko w apar­ta­men­tach. Po­każ mi swój apar­ta­ment, a po­wiem ci, kim je­steś. Ja nie miesz­kam w apar­ta­men­cie, na co je­den mój były ko­le­ga z pra­cy za­re­ago­wał z nie­ukry­wa­nym obrzy­dze­niem, mó­wiąc: "No wiesz, my­śla­łem, że cho­ciaż miesz­kasz w ja­kimś czy­stym no­wym domu z por­tie­rem". No, nie miesz­kam. I nie je­ste­śmy już na szczę­ście ko­le­ga­mi.

W kil­ku pro­gra­mach te­le­wi­zyj­nych gwiaz­dy po­ka­zy­wa­ły swo­je apar­ta­men­ty. Wy­pas był mak­sy­mal­ny. Obo­wiąz­ko­wo urzą­dzo­ne przez ar­chi­tek­tów wnętrz, bo sa­me­mu la­tać po IKEI albo wy­bie­rać ka­fel­ki to ob­ciach. Obo­wiąz­ko­wa jest gar­de­ro­ba, a w niej obo­wiąz­ko­we mar­ko­we to­reb­ki, naj­le­piej Lo­uis Vu­it­ton albo Dior, i szpil­ki Lo­ubo­utin w ilo­ściach hur­to­wych, bo po tym po­znasz gwiaz­dę. No­wo­cze­sne kuch­nie, w ki­bel­kach ład­ne ka­fel­ki i ja­cuz­zi, obo­wiąz­ko­we, jak w hol­ly­wo­odz­kich re­zy­den­cjach, wiel­kie i wy­god­ne ka­na­py w sa­lo­nach i zwy­cza­jo­wo bar­dzo mało (albo wca­le, bo się pew­nie ku­rzy, a każ­dy lata te­raz prze­cież z bia­łą rę­ka­wicz­ką i spraw­dza) ga­zet czy kom­plet­nej in­te­lek­tu­al­nej eks­tra­wa­gan­cji, czy­li ksią­żek. Za to w każ­dym miesz­ka­niu był wiel­ki pla­zmo­wy te­le­wi­zor. Albo i dwa.

O KA­RO­LI­NIE KOR­WIN PIO­TROW­SKIEJ PO­WIE­DZIE­LI...

Jej ata­ki na po­dob­nie smut­nym po­zio­mie do­ty­czą nie tyl­ko mnie, ale i wie­lu in­nych osób. (...) Ta­kim po­stę­po­wa­niem wy­da­je ona opi­nię przede wszyst­kim sama o so­bie. Z przy­kro­ścią więc mu­szę zgo­dzić się z opi­nią więk­szo­ści, iż jest to ko­bie­ta głę­bo­ko nie­szczę­śli­wa, z ogrom­nym pro­ble­mem nie­na­wi­ści do lu­dzi.

Ka­ta­rzy­na Skrzy­nec­ka ("Dzien­nik", wrze­sień 2009 r.)

Pro­szę o nie­cy­to­wa­nie Ka­ro­li­ny Kor­win Pio­trow­skiej, bo to dla mnie jest na tyle ne­ga­tyw­na po­stać w me­diach i tak nie­życz­li­wa lu­dziom, że nie chcia­ła­bym w ogó­le na te­mat tej oso­by roz­ma­wiać, bo nic do­bre­go nie mo­gła­bym po­wie­dzieć. Ona nie jest żad­nym au­to­ry­te­tem i nig­dy w ży­ciu nie bę­dzie.

Ka­ta­rzy­na Skrzy­nec­ka ("Su­per Express", 4 sierp­nia 2012 r.)

Aku­rat Ka­ro­li­na od lat wy­ko­rzy­stu­je fakt, że kom­plet­nie ją igno­ru­ję i lek­ce­wa­żę jej że­nu­ją­ce pró­by wy­szy­dza­nia i znie­sła­wie­nia mnie - lub nas - na ła­mach me­diów. Ta­kie oso­by okre­ślam jako cięż­ko cho­re na nie­na­wiść do lu­dzi. Ten za­lew jadu na umysł musi chy­ba strasz­nie bo­leć. Roz­ma­ici uja­da­cze niech tam so­bie brzę­czą, co chcą, a my je­ste­śmy za­ję­ci śpie­wa­niem tur­li-laj, tur­li-laj i za­ba­wą w no­ski. To o wie­le cie­kaw­sze.

Ka­ta­rzy­na Skrzy­nec­ka ("Viva!", ma­rzec 2012 r.)

Ro­zu­miem, że jej syl­wet­ka na­rzu­ca pew­ne ogra­ni­cze­nia, ale nie jest to po­wód, aby z ko­lei na­rzu­cać na sie­bie ta­kie wstręt­ne ciu­chy. Ka­ro­li­na nie ma za grosz sty­lu, na­wet tego złe­go. Od­da­ła się w ręce spe­cja­li­stów i wy­szło jesz­cze go­rzej, niż było: wło­sy na do­ni­cę, nos na kwin­tę i wiecz­nie skwa­szo­na mina.

Ka­ro­li­na Ma­li­now­ska ("Par­ty", 23 stycz­nia 2012 r.)

To jest nikt. To jest oso­ba, któ­ra jest psy­chicz­nie cho­ra. Nikt nor­mal­ny nie ob­rzu­ca blu­zga­mi in­nych. Ja my­ślę, że ta pani po­win­na po pro­stu się le­czyć. Nas to nie in­te­re­su­je, co ona mówi, na­wet nie chcę wie­dzieć. Ciem­na stro­na te­le­wi­zji to nie są tacy lu­dzie, bo taka oso­ba w ogó­le nie po­win­na pra­co­wać w me­diach i nie wiem, kto w ogó­le jej daje moż­li­wość wy­po­wia­da­nia się, to już jest smut­ne, że ktoś jej daje moż­li­wość wy­po­wia­da­nia się na te­mat in­nych osób, któ­rych ona kom­plet­nie nie zna.

Pau­li­na Smaszcz-Ku­rza­jew­ska (ce­le­bry­ci.wp.pl, 27 paź­dzier­ni­ka 2012 r.)

Pra­sa szum­nie do­nio­sła: "Dra­mat Ka­ro­li­ny Kor­win Pio­trow­skiej". Wez­bra­ły we mnie naj­gor­sze lęki o ży­cie jej albo jej bli­skich, a tu na­gle czy­tam da­lej: "Musi schud­nąć do pro­gra­mu". Nie­praw­da. Każ­dy, kto wi­dział uczest­nicz­ki "Top Mo­del", wie, że nie musi.

Kuba Wo­je­wódz­ki ("Po­li­ty­ka", 21 czerw­ca 2011 r.)

To może być hit. Ma­riusz Ka­ła­ma­ga, nie­sfor­ny li­der for­ma­cji Łow­cy. B, po­pro­wa­dzi wła­sny pro­gram (...) "Nie rób tego w domu", a Ma­riusz bę­dzie go­to­wał jaj­ka w kli­ma­ty­za­cji czy fa­jer­wer­ki w mi­kro­fa­lów­ce. Pa­tro­nem show jest Straż Po­żar­na. Pró­by do wi­do­wi­ska od­by­wa­ły się wcze­śniej w do­mach Szy­mo­na Ma­jew­skie­go i Ka­ro­li­ny Kor­win Pio­trow­skiej.

Kuba Wo­je­wódz­ki ("Po­li­ty­ka", 27 lu­te­go 2012 r.)

Bę­dzie­my tę­sk­nić za Ka­ro­li­ną. Był to ostat­ni wol­ny czło­wiek w tym pro­gra­mie. Ab­so­lut­nie wol­ny za­rów­no od sło­wa "top", jak i "mo­del".

Kuba Wo­je­wódz­ki ("Po­li­ty­ka", 23 maja 2012 r.)

W me­diach, tak jak i wszę­dzie, są lu­dzie, któ­rzy naj­pierw mó­wią lub pi­szą, a do­pie­ro póź­niej my­ślą. Coś ta­kie­go re­gu­lar­nie zda­rza się mię­dzy in­ny­mi Ka­ro­li­nie Kor­win Pio­trow­skiej czy też mał­żeń­stwu Ja­nia­ków... Nikt nie może zmu­sić dzien­ni­kar­ki do tego, żeby my­śla­ła o tym, co pi­sze lub mówi.

To­masz Kam­mel ("Viva!", 12 li­sto­pa­da 2009 r.)

Dzi­wi mnie, że ko­bie­ta, któ­ra jest bar­dzo wy­kształ­co­na, bie­rze udział w ta­kiej szmi­rze. Mało tego - sta­ra się wy­ka­zać w ja­kiś spo­sób! Być może dla­te­go, że wy­glą­da jak Har­ry Pot­ter. Być może dla­te­go, że jest męż­czy­zną. Nie wiem, jest to przy­kre i ża­ło­sne. Dla mnie, Ka­ro­li­no, je­steś ścier­wem.

Mi­chał Wi­śniew­ski (mwi­sniew­ski.blog.onet.pl, 23 sierp­nia 2007 r.)

No, cóż miał­bym po­wie­dzieć Ba­bie, któ­ra już zdo­by­ła nie­gdyś za­szczyt­ny ty­tuł "Ścier­wa Roku". Mu­sia­ła być okrop­nie sfru­stro­wa­na po stra­cie pra­cy za­rów­no w Ple­ja­da.pl, jak i "Top Mo­del". Nikt jej nie chce. A to boli, więc trze­ba się do­war­to­ścio­wać wy­le­wa­niem żół­ci. Po ca­ło­ści. I tak dy­plo­ma­tycz­nie, po­zwo­li­cie ko­cha­ni, że przy­znam, że chciał­bym jej przy­znać ty­tuł "Głu­pia Cipa Roku", ale ze wzglę­du na względ­ną kul­tu­rę oso­bi­stą tego nie zro­bię.

Mi­chał Wi­śniew­ski (blog, sty­czeń 2012 r.)

Ko­cha­ni, "Ka­ro­li­na z Piotr­ko­wa" ma syn­drom tak zwa­nej naj­brzyd­szej dziew­czy­ny w kla­sie - ro­zu­mie­cie, co mam na my­śli. Wy­star­to­wa­ła w dzien­ni­kar­stwie mniej wię­cej rów­no­le­gle z pa­nią Olej­nik, a zo­bacz­cie, kim sta­ła się pani Olej­nik, a gdzie jest "Ka­rol­cia". Zo­bacz­cie, jak za­wiść brzyd­ko się sta­rze­je. Nie­uro­dzi­wa, bez part­ne­ra ży­cio­we­go, bez dziec­ka. Jest agre­syw­na, bo chce być wi­docz­na. Nig­dy nie bę­dzie au­to­ry­te­tem. My już to wie­my. Ona jesz­cze nie...

Edy­ta Gór­niak (Fa­ce­bo­ok, li­sto­pad 2012 r.)

...o Kor­win Pio­trow­skiej i Ro­ber­cie Ko­zy­rze mogę bez żad­nych wąt­pli­wo­ści po­wie­dzieć: CHAM­STWO. (...) To, co mnie WQUR­WI­ŁO w tym ar­ty­ku­le to, że bro­nią jej hie­ny pol­skiej ma­ło­mia­stecz­ko­wo­ści. Obrzy­dli­wa w swo­ich wy­po­wie­dziach, przez co i zde­wa­lu­owa­na Kor­win Coś Tam i Były Ry­cerz Na Bia­łym Ko­niu Sir Ro­bert Ko­zy­ra. Wy­da­je im się, że są au­to­ry­te­ta­mi w tej za­sra­nej za­wi­ścią Pol­sce, a w rze­czy­wi­sto­ści są ni­kim. Kupą gów­na z prze­wa­gą kupy co naj­wy­żej. Ona wy­glą­da jak "Wyjdź Stąd" i to nie tyl­ko przez swo­je zgryź­li­we i nie­praw­dzi­we wy­po­wie­dzi, a On ubra­ny w pod­ra­bia­ną Pra­dę tłam­sił przez lata zdol­nych tego kra­ju w Ze­tce, aby tyl­ko nic nie osią­gnę­li. Zero w sen­sie.

Mi­chał Wi­śniew­ski (Fa­ce­bo­ok, sty­czeń 2013 r.)

C

CE­LIŃ­SKA STA­NI­SŁA­WA

W 1970 roku mia­ła dwa­dzie­ścia trzy lata i świat u swo­ich stóp. Za­de­biu­to­wa­ła jako Ży­dów­ka Nina u boku Da­nie­la Ol­brych­skie­go (? Ol­brych­ski Da­niel) w ge­nial­nym fil­mie An­drze­ja Waj­dy "Kra­jo­braz po bi­twie". Była ślicz­na, zdol­na, bar­dzo mło­da i jak sama mówi dzi­siaj - bar­dzo prze­stra­szo­na. Pol­skie kino nie mia­ło ta­kiej ak­tor­ki. Z ta­jem­ni­cą, niby zwy­czaj­nej, a szla­chet­nej, cie­ka­wej, in­try­gu­ją­cej. Z wro­dzo­ną kul­tu­rą, ale go­to­wej na każ­dą prze­mia­nę. W jed­nej chwi­li praw­dzi­wa dama, za mo­ment udu­cho­wio­na jak po­et­ka, a po chwi­li - wul­gar­na dziw­ka. To trze­ba umieć, by nie otrzeć się o ba­nał. To wiel­ka ak­tor­ka. Była, jest i bę­dzie nią za­wsze.

Dzi­siaj Sta­ni­sła­wa Ce­liń­ska prze­ży­wa dru­gą mło­dość. Po­ka­zu­je, że ka­rie­ra nie ma me­try­ki. Że li­czy się czło­wiek, jego hi­sto­ria i ta­lent.

Kim jest dla mnie? Ro­słam z nią u boku. Była ze mną przez całe moje ży­cie i nie mam nic prze­ciw­ko temu, by zo­sta­ła do koń­ca. My­ślę, że to ktoś taki, u kogo w domu do­sta­ła­bym na obiad po­mi­do­ro­wą, na­le­śni­ki i pysz­ny kom­pot wi­śnio­wy. Ktoś, u kogo za­wsze jest dom. Ko­ja­rzy mi się ze spo­ko­jem, we­wnętrz­ną siłą i wiel­ką po­ko­rą. To war­to­ści, do któ­rych tę­sk­nię.

Za­gra­ła nie­sa­mo­wi­cie dużo ról - fil­mo­wych, te­atral­nych, te­le­wi­zyj­nych i w dub­bin­gu. Ty­tan pra­cy. Co trze­ba za­pa­mię­tać? Na pew­no ge­nial­ny film "Nie ma róży bez ognia", gdzie z po­wa­la­ją­ce­go pro­stac­twa uczy­ni­ła atrak­cyj­ny i miły dla oka wa­lor, Helę z "Za­klę­tych re­wi­rów", cu­dow­ną, po­ry­wa­ją­co na­iw­ną, ale i mą­drą Agniesz­kę Nie­chcic z "Nocy i dni", wspa­nia­łą, no­stal­gicz­ną Zo­się z "Pa­nien z Wil­ka", ko­chli­wą i na­dę­tą na­uczy­ciel­kę Bo­że­nę Le­wic­ką z se­ria­lu "Al­ter­na­ty­wy 4" czy emo­cjo­nal­ną Lu­się z se­ria­lu "Zmien­ni­cy".

Jej bo­ha­ter­ki to nie są miłe pa­nie - by­wa­ją głu­pie, cham­skie, na­iw­ne i wku­rza­ją­ce, ale Ce­liń­ska ma cu­dow­ny dar: czy­ni je ludz­ki­mi, uczło­wie­cza na­wet naj­gor­sze ich ce­chy, uspra­wie­dli­wia ich po­stę­po­wa­nie. Ostat­nio za­chwy­ci­ła mnie w fil­mie "Ka­tyń" w roli Sta­si - go­spo­dy­ni u ge­ne­ra­ło­wej, któ­ra sta­je się w po­wo­jen­nych cza­sach wiel­ką pa­nią i swej by­łej pra­co­daw­czy­ni przy­wo­zi po woj­nie sza­blę jej za­mor­do­wa­ne­go w Ka­ty­niu męża... Za­le­d­wie kil­ka scen, a zo­sta­je w pa­mię­ci. Ce­liń­ska nie daje o so­bie za­po­mnieć. Ona na­wet z da­le­kie­go pla­nu jest za­wsze wi­docz­na. Choć czę­sto niby nic nie robi. Tyl­ko jest. Ale za to JAK jest... Pa­trze­nie na nią, gdy gra, czy to w fil­mie, czy w te­atrze, to uczta.

Jest nie­zwy­kle skrom­ną, z po­zo­ru zwy­czaj­ną oso­bą, któ­ra za­chwy­ca pro­sto­tą. Ostat­nio oglą­da­łam wy­wiad z nią. Sie­dzia­ła w fo­te­lu, w zwy­kłej su­kien­ce, wło­sy ja­koś spię­te, nie­mal bez ma­ki­ja­żu. Zo­ba­czy­łam mą­drą twarz doj­rza­łej ko­bie­ty, pięk­nej przez to, co w ży­ciu prze­szła i cze­go nie ukry­wa. Jako pierw­sza pol­ska ak­tor­ka z kla­są i spo­ko­jem, bez fał­szy­we­go wsty­du i mod­nej osten­ta­cji, przy­zna­ła się kil­ka lat temu do al­ko­ho­li­zmu. Nikt tak jak ona nie opo­wia­da o wal­ce z na­ło­giem i samą sobą. Może być wzo­rem dla in­nych. Po­win­na nim być, ale o to nie za­bie­ga. Bo to cho­dzą­ca skrom­ność. Sły­sza­łam od zna­jo­mych, któ­rzy z nią gra­li, że to uro­cza, uczyn­na, nie­wia­ry­god­nie skrom­na, am­bit­na i pra­co­wi­ta oso­ba. I dia­bo­licz­nie dow­cip­na.

Świet­nie śpie­wa, choć nie ma gło­su ope­ro­we­go, ale pod­czas śpie­wa­nia my­śli i to wy­star­czy. Dzię­ki niej ter­min "pio­sen­ka ak­tor­ska" na­bie­ra ar­ty­stycz­ne­go zna­cze­nia. Po­le­cam wejść na YouTu­be i po­słu­chać pio­se­nek "Uśmiech­nij się", "Blu­es kon­duk­tor­ski", "Stop­klat­ka" albo kul­to­we­go "Son­gu sprzą­tacz­ki" z Prze­glą­du Pio­sen­ki Ak­tor­skiej we Wro­cła­wiu. Ka­wał naj­więk­szej ak­tor­skiej ro­bo­ty, jaką moż­na so­bie tyl­ko wy­obra­zić. Każ­da jej pio­sen­ka jest jak mo­no­dram. Jak rola. Mi­strzo­stwo.

Nie­daw­no za­de­biu­to­wa­ła, na­gry­wa­jąc so­lo­wą pły­tę z pio­sen­ka­mi o War­sza­wie. Wcze­śniej, w 2009 roku, na­gra­ła sin­gla "Atra­men­to­wa rum­ba" z ze­spo­łem Los Lo­cos. Po­słu­chaj­cie, jest na YouTu­be. Ciar­ki. Od pierw­szej do ostat­niej se­kun­dy. Nie trze­ba mieć wiel­kie­go gło­su, trze­ba wie­dzieć, co się śpie­wa, i słu­chacz, jak ja, naj­zwy­czaj­niej w świe­cie od­la­tu­je. W 2012 roku na­gra­ła pły­tę "Nowa War­sza­wa" (z pia­ni­stą Bar­tło­mie­jem Wą­si­kiem i The Roy­al String Qu­ar­tet). Na krąż­ku zna­la­zły się pio­sen­ki Nie­me­na, Bo­wie­go i T.Love o War­sza­wie. Suk­ces ar­ty­stycz­ny i ko­mer­cyj­ny. Do­wód na to, że lu­dzie po­trze­bu­ją nie tyl­ko skan­da­li, ale i czy­stych wzru­szeń. Mają ser­ca, a nie tyl­ko port­fe­le. To cu­dow­ne. Kie­dy słu­cham, jak śpie­wa słyn­ną "War­sza­wę" ze­spo­łu T.Love, mam łzy w oczach. Pani Sta­ni­sła­wo, bar­dzo dzię­ku­ję wszel­kim mo­com spraw­czym na nie­bie i na zie­mi za to, że Pani jest.

CHY­LIŃ­SKA AGNIESZ­KA

Kie­dy pa­trzę na skraj­nie wy­re­tu­szo­wa­ną okład­kę "Zwier­cia­dła" z 2012 roku z Agniesz­ką Chy­liń­ską i przy­po­mi­nam so­bie mo­ment, kie­dy kil­ka lat wcze­śniej w "Ma­glu to­wa­rzy­skim" po­ka­za­ła swo­ją nie­gdy­siej­szą okład­kę "Elle" z ostrym au­to­iro­nicz­nym ko­men­ta­rzem, wi­dzę, jaka na­praw­dę za­szła w niej zmia­na. Bę­dzie się przed tym bro­ni­ła, ale po­wo­li sta­je się jed­ną z ta­kich osób, z ja­kich jesz­cze nie­daw­no szy­dzi­ła. Obym się my­li­ła.

Do szoł­biz­ne­su, a do­kład­nie do ze­spo­łu O.N.A., tra­fi­ła jako na­sto­lat­ka rów­nie nie­doj­rza­ła, co zdol­na. Po­peł­ni­ła wszyst­kie moż­li­we grze­chy do­ra­sta­nia na oczach mi­lio­nów. Mia­ła nie­grzecz­ny wi­ze­ru­nek, co w cza­sach, kie­dy na pol­skiej sce­nie kró­lo­wa­ły udu­cho­wio­ne to­pie­li­ce, wzbu­dza­ło kon­tro­wer­sje. Gło­śna, mo­men­ta­mi wul­gar­na, za­wsze bar­dzo dow­cip­na i wy­bit­nie in­te­li­gent­na. Ja­kaś. Na do­da­tek jesz­cze coś - ona wspa­nia­le śpie­wa. A więc nie­byt mu­zycz­ny jej nie gro­ził, z cze­go, moim zda­niem, zda­wa­ła so­bie spra­wę, dla­te­go czę­sto po­zwa­la­ła so­bie na wię­cej. Bo wie­dzia­ła, że "mogą jej na­sko­czyć". Bo z ta­kim gło­sem i oso­bo­wo­ścią sce­nicz­ną za­wsze so­bie po­ra­dzi. Do­sta­wa­ła też ostro po tył­ku, bo­wiem jej - na­gra­ny po gło­śnym odej­ściu z O.N.A. i wy­zwo­le­niu się spod bata Grze­go­rza Ska­wiń­skie­go - am­bit­ny pro­jekt so­lo­wy, czy­li "Chy­liń­ska", nie­słusz­nie po­legł, a jej pły­ta "Mo­dern Roc­king" do­pro­wa­dza­ła daw­nych fa­nów i nie­któ­rych kry­ty­ków mu­zycz­nych do sza­łu. Nie byli oni w sta­nie przy­jąć do wia­do­mo­ści, że wrzesz­czą­ca na sce­nie Chy­liń­ska ma­rzy o du­ecie z Tho­ma­sem An­der­sem z Mo­dern Tal­king. A ona na­praw­dę o tym ma­rzy. Sama ku­po­wa­łam jej w Em­pi­ku so­lo­wą pły­tę bo­skie­go Tho­ma­sa. Wiem, co mó­wię.

Kie­dyś była bar­dziej otwar­ta, dzi­siaj wkra­da się do niej przy­pu­dro­wa­ny kon­for­mizm. Jej fe­lie­ton o tru­dach ma­cie­rzyń­stwa na­pi­sa­ny po uro­dzi­nach syna wy­wo­łał bu­rzę. Wów­czas nikt nie mó­wił gło­śno, że po­ród to rzeź­nia. Ona była wte­dy od­waż­niej­sza niż obec­nie i po­wie­dzia­ła coś, o czym masa ko­biet bała się mó­wić. Cią­ża do­pro­wa­dzi­ła do tego, że lu­bią­ca pro­cen­ty Chy­liń­ska na­gle po dwu­na­stu la­tach od­sta­wi­ła al­ko­hol i wy­trzeź­wia­ła, w czym trwa do dzi­siaj. Kie­dyś też ostro mó­wi­ła o szoł­biz­ne­sie. Jej słyn­ny cy­tat z An­ty­ra­dia o du­ecie Edy­ty Bar­to­sie­wicz (? Bar­to­sie­wicz Edy­ta) i Krzysz­to­fa Kraw­czy­ka, czy­li: "Cze­kasz na pły­tę tej cipy tyle lat, a ona se, kur­wa, leci w chu­ja", to już kla­sy­ka. Zresz­tą, bar­dzo traf­nie to wte­dy uję­ła. Do­da­ła też, że "to­ną­cy Kraw­czy­ka się chwy­ta". Trze­ba le­piej, moc­niej? Ona to kie­dyś po­tra­fi­ła, nie bała się, nie od­wra­ca­ła za sie­bie.

Zro­bi­łam z nią kil­ka wy­wia­dów. Była też go­ściem mię­dzy in­ny­mi pro­gra­mu "66 nie­za­po­mnia­nych fil­mów", gdzie od­py­ty­wa­łam go­ści. To był dy­na­mit, od któ­re­go te­le­wi­zyj­ni za­wo­dow­cy po­win­ni się uczyć. Była ge­nial­na. To naj­in­te­li­gent­niej­sza pol­ska wo­ka­list­ka. Świa­do­ma tego, co, kie­dy i do kogo chce po­wie­dzieć. Tak było kie­dyś. Nie wiem, czy te­raz zro­bi­ły­by­śmy choć w po­ło­wie tak do­bry wy­wiad jak wte­dy. Ba­ła­bym się, że przy au­to­ry­za­cji w imię two­rze­nia no­we­go wi­ze­run­ku mat­ki-Po­lki-pi­sar­ki-ju­ror­ki wy­wa­li­ła­by wszyst­ko to, co kie­dyś ją stwo­rzy­ło, dało pod­sta­wę do tak nie­wia­ry­god­nej ka­rie­ry.

Dzi­siaj jest pa­nią z te­le­wi­zji, któ­ra swo­je ko­lej­ne sta­ny bło­go­sła­wio­ne ogła­sza na ka­na­pie w te­le­wi­zji śnia­da­nio­wej. Szko­da. Za­wsze była czu­ła, i słusz­nie, na punk­cie swe­go wi­ze­run­ku. Do­pro­wa­dza jed­nak do tego, że na zdję­ciach za­czy­na przy­po­mi­nać swo­je­go wła­sne­go ava­ta­ra. Coś mi tu zgrzy­ta, cze­goś nie ro­zu­miem, a bar­dzo się sta­ram. Wiem, że to ona de­cy­du­je o swo­im ży­ciu, ma do tego pra­wo, ale nadal zgrzy­ta mi ba­aar­dzo. Na szczę­ście nie po­ka­zu­je swo­jej ro­dzi­ny, ? dzie­ci, nie robi, póki co, kre­tyń­skich se­sji do ga­zet. Ale ob­ser­wu­jąc jej te­le­wi­zyj­no-me­dial­ny roz­wój, boję się, że kie­dyś to może na­stą­pić, bo za­tra­ca tak cu­dow­ną nie­gdyś u sie­bie bez­kom­pro­mi­so­wość i ostrość w wi­dze­niu świa­ta. Obym się my­li­ła.

To bar­dzo do­bra, szcze­ra i war­to­ścio­wa oso­ba. Jed­na z nie­wie­lu w szoł­biz­ne­sie. I nie tyl­ko. Bar­dzo ją lu­bię, do­ce­niam jej nie­sa­mo­wi­te oczy­ta­nie, żywą in­te­li­gen­cję (? in­te­li­gen­cja), jej wie­dzę na te­mat fil­mu i ksią­żek. Cze­kam na jej ko­lej­ne pro­jek­ty mu­zycz­ne. Dla mnie mo­gła­by na­grać na­wet co­ve­ry ze­spo­łu Ma­zow­sze, i tak bym to łyk­nę­ła. Cze­kam na każ­dy jej mu­zycz­ny pro­jekt.

Wolę ją, kie­dy śpie­wa, kie­dy mówi do lu­dzi swo­im ję­zy­kiem, niż kie­dy w te­le­wi­zyj­nym show za­opa­trzo­na w słu­chaw­kę w uchu, do któ­rej mówi re­ży­ser, z se­zo­nu na se­zon tra­ci swo­ją prze­cu­dow­ną oso­bo­wość. Bo tra­ci. Pew­nie mnie po tym znie­na­wi­dzi i już nig­dy nie zje­my ra­zem ste­ka, ale war­to cza­sa­mi po­słu­chać ko­goś, kto w po­wie­dze­niu praw­dy, na­wet gorz­kiej, nie ma żad­ne­go in­te­re­su poza nie­usta­ją­cą sym­pa­tią.

CHY­RA AN­DRZEJ

Naj­lep­szy ak­tor po­ko­le­nia. Naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­ny i mo­de­lo­wo po­krę­co­ny we wszyst­kie moż­li­we stro­ny. I pew­nie dla­te­go tak wy­bit­ny. Jego się sza­nu­je.

Dla mnie ak­tor kil­ku ról, ale za to ja­kich. Na pew­no zim­ny skur­wiel, czy­li Ge­rard z "Dłu­gu", uro­czy Dzie­ciak z "Tu­li­pa­nów", nie­ludz­ki Lu­cjan Boh­me z "Ko­mor­ni­ka", do­sko­na­ły w se­ria­lu "Ofi­cer" jako Krzysz­tof Ryś, moc­ny i wy­ra­zi­sty w "Ka­ty­niu" jako po­rucz­nik Je­rzy, a ostat­nio jako Ja­kub Go­liń­ski w nie­do­ce­nio­nym, peł­nym prze­py­chu fil­mie "Daas" i oj­ciec Ka­ri­ny w re­we­la­cyj­nym fil­mie "Nie­ulot­ne", któ­re­go re­ży­ser, Ja­cek Bor­cuch, ma do nie­go rękę jak mało kto. Chy­ra ra­tu­je też nie­wy­pa­ły: je­że­li da się oglą­dać dra­ma­tycz­nie ma­nie­rycz­ną "S@mot­ność w sie­ci", to tyl­ko dla­te­go, że on tam gra.

Trze­ba go zo­ba­czyć obo­wiąz­ko­wo w te­atrze. Na sce­nie sta­je się de­mo­nem, któ­ry wcho­dzi bez trud­no­ści w du­sze wi­dzów i nimi rzą­dzi, dy­ry­gu­je jak naj­lep­szy dy­ry­gent, bo to ogrom­ny te­atral­ny ta­lent. Zo­bacz­cie "Anio­ły w Ame­ry­ce", "Dy­bu­ka" albo "(A)pol­lo­nię". War­to. Na sce­nie gra nie tyl­ko po pol­sku. To je­den z nie­wie­lu pol­skich ak­to­rów swo­bod­nie gra­ją­cych w ję­zy­ku ob­cym. Wy­stą­pił w przed­sta­wie­niu "Tram­waj" Krzysz­to­fa War­li­kow­skie­go u boku wiel­kiej gwiaz­dy fran­cu­skie­go kina Isa­bel­le Hup­pert. Z suk­ce­sem.

Jak na­pi­sa­łam, jego się sza­nu­je i na­wet foty pa­pa­raz­zich po­ka­zu­ją­ce go w sy­tu­acjach co­dzien­nych, cza­sem nie­zbyt chwa­leb­nych, po go­dzi­nach pra­cy, nie są w sta­nie tego zmie­nić. Jego kil­ku­let­ni zwią­zek z Mag­da­le­ną Cie­lec­ką (? Cie­lec­ka Mag­da­le­na) był mo­de­lo­wym przy­kła­dem na to, że dwo­je zna­nych lu­dzi może być ze sobą i mimo na­ci­sków, bo wiem, że te były z wie­lu stron, nie ro­bić z tego me­dial­ne­go, że­nu­ją­ce­go, eks­hi­bi­cjo­ni­stycz­ne­go cyr­ku. Dla­cze­go sza­nu­je się Chy­rę? Bo nie jest me­dial­ną i za­wo­do­wą dziw­ką. Nie bie­ga po ban­kie­tach. Nie udzie­la wy­wia­dów bez sen­su, ale tyl­ko wte­dy, kie­dy chce i ma coś do po­wie­dze­nia. Ro­bi­łam z nim dwa wy­wia­dy. Jest bar­dzo sku­pio­ny i do­ce­nia, je­śli ktoś, kto z nim roz­ma­wia, wie, o co pyta, obej­rzał parę fil­mów, prze­czy­tał kil­ka ksią­żek, nie jest po pro­stu to­tal­nie głu­pi. Sam ak­tor jest nie­zwy­kle oczy­ta­ną, in­te­li­gent­ną oso­bą. Na­mięt­nie oglą­da też fil­my. Wśród dzien­ni­ka­rzy ma opi­nię ma­ło­mów­ne­go gbu­ra. I to go ra­tu­je, bo każ­dy się dwa­dzie­ścia razy za­sta­no­wi, za­nim za­dzwo­ni do Chy­ry i za­py­ta o ja­kiś du­pe­rel. Le­piej mieć opi­nię gbu­ra, dzi­wa­ka, od­lud­ka niż kre­ty­na, któ­ry dla zdję­cia w ga­ze­cie i na rę­kach sta­nie, i USG po­ka­że. On to wie.

Nie jest ak­to­rem, któ­ry do­słow­nie wkła­da na sie­bie ko­lej­ne ma­ski. Nie chud­nie i nie tyje do roli. To cały czas ten sam Chy­ra. Bu­du­je ko­lej­ne po­sta­cie na ba­zie sa­me­go sie­bie, bez do­dat­ków. Ra­czej nie za­gra bo­ha­te­ra kina ak­cji, jest czę­sto me­lan­cho­li­kiem świa­do­mym swej siły, pa­trzą­cym na świat z boku.

Ostat­nio szu­ka swe­go miej­sca na sce­nie ope­ro­wej, gdzie re­ży­se­ru­je. Nie każ­dy wie, że skoń­czył wy­dział re­ży­se­rii war­szaw­skiej Pań­stwo­wej Wyż­szej Szko­ły Te­atral­nej. Z suk­ce­sem. Jako re­ży­ser za­de­biu­to­wał spek­ta­klem "Gra­cze" w Ope­rze Bał­tyc­kiej w Gdań­sku. Re­cen­zen­ci są za­chwy­ce­ni, wi­dow­nia też.

Rok 2013 może być jego ro­kiem. Na ekra­ny kin wej­dzie film Mał­go­rza­ty Szu­mow­skiej "W imię..." po­ka­zy­wa­ny w kon­kur­sie głów­nym Mię­dzy­na­ro­do­we­go Fe­sti­wa­lu Fil­mo­we­go w Ber­li­nie. Chy­ra gra w nim księ­dza, któ­ry za­kła­da w swej pa­ra­fii ogni­sko dla tak zwa­nej trud­nej mło­dzie­ży i ukry­wa przed lu­bią­cy­mi go wier­ny­mi swo­ją prze­szłość.

CI­CHO­PEK KA­SIA

Li­der ze­spo­łu ? Week­end ma­rzy, aby za­gra­ła w jego te­le­dy­sku, bo­wiem jest we­dług jego kry­te­riów ide­ałem ko­bie­co­ści. Zdzi­wie­ni?

Oto jak zwy­czaj­ność sta­je się to­wa­rem. Od 2000 roku, kie­dy po raz pierw­szy za­gra­ła Kin­gę w se­ria­lu "M jak mi­łość", za­wo­jo­wa­ła wy­obraź­nię Po­la­ków. Dla­cze­go dziew­czy­na, któ­ra nie jest uoso­bie­niem sek­sa­pi­lu, nie ma wy­bit­ne­go ak­tor­skie­go ta­len­tu, nie wy­na­la­zła le­kar­stwa na raka ani nie ma na pół­ce Osca­ra, zro­bi­ła taką ka­rie­rę? Bo umia­ła sprze­dać swą zwy­czaj­ność, ład­nie się uśmie­cha­ła i była grzecz­na. Ani za pięk­na, ani za mą­dra, w sam raz. Nie wzbu­dza za­zdro­ści, nie pro­wo­ku­je do ry­wa­li­za­cji, jest ide­al­nym obiek­tem do po­dzi­wia­nia, bo je­śli jej się uda­ło, ja też mogę zo­stać gwiaz­dą.

Pro­ste? Nie do koń­ca. Ka­sia Ci­cho­pek mia­ła je­den ostry za­kręt wi­ze­run­ko­wy, z któ­re­go ja­koś wy­szła, ale ła­two nie było i rany po­zo­sta­ły do dzi­siaj. W 2005 roku wzię­ła udział w dru­giej edy­cji "Tań­ca z gwiaz­da­mi" (? "Ta­niec z gwiaz­da­mi"). Jej part­ne­rem był Mar­cin Ha­kiel. Mię­dzy parą szyb­ko za­iskrzy­ło, co skru­pu­lat­nie i sku­tecz­nie wy­ko­rzy­sta­no w pu­blic re­la­tions pro­gra­mu. Ich fil­mi­ki na­gry­wa­ne do pro­gra­mu po­wa­la­ły in­fan­ty­li­zmem, ale cze­go wy­ma­gać od za­ko­cha­nych? To, co w nor­mal­nych wa­run­kach dzie­je się w świe­cie pry­wat­nym, tu sta­ło się z dnia na dzień pu­blicz­ne i wzbu­dzi­ło cho­ro­bli­we za­in­te­re­so­wa­nie. "Na­sza Ka­sia/Kin­ga" za­czę­ła do­ra­stać na oczach mi­lio­nów Po­la­ków. Ha­kiel i Ci­cho­pek sta­li się z dnia na dzień bo­ha­te­ra­mi ne­ga­tyw­ny­mi nu­mer je­den, bo wy­la­ty­wa­li z każ­de­go kąta, wy­ska­ki­wa­li z każ­dej lo­dów­ki i pusz­ki tuń­czy­ka. I jak ćmy le­cą­ce do świa­tła ro­bi­li co­raz głup­sze rze­czy, po­zu­jąc do no­wych se­sji, udzie­la­jąc co­raz bar­dziej in­fan­tyl­nych wy­wia­dów o mi­ło­ści, pod­ręcz­ni­kach do tań­ca i no­wych szko­łach tań­ca za­kła­da­nych przez Ha­kie­la, jak­by kom­plet­nie nie wie­dzie­li, że się ośmie­sza­ją. Byli pierw­szy­mi, któ­rzy za­czę­li wy­ko­rzy­sty­wać po­pu­lar­ność show. Spi­ra­la się na­krę­ca­ła. Nie­na­wiść, głów­nie w in­ter­ne­cie, osią­gnę­ła apo­geum. Na do­da­tek za­czę­li za­ra­biać re­al­ne pie­nią­dze, a tego już się u nas nie wy­ba­cza. Me­dia wy­ci­snę­ły ich jak cy­try­nę i zo­sta­wi­ły sa­mych, kie­dy nie dało się już nic wy­ci­snąć. To, co sta­ło się z nimi po "Tań­cu z gwiaz­da­mi", to kla­sycz­ny przy­kład cze­go nig­dy nie ro­bić w kwe­stii obec­no­ści me­dial­nej i wi­ze­run­ku. Na szczę­ście szyb­ko wró­ci­li do pio­nu. Ura­to­wał ich wła­sny ślub, bo po­ka­za­li kla­sę, po­zu­jąc do se­sji, ale prze­ka­zu­jąc ho­no­ra­rium na cele cha­ry­ta­tyw­ne. Niby-ob­cia­cho­we Ci­chop­ki po­ka­za­ły, że inni mo­gli­by się od nich uczyć.

Kie­dy uro­dzi­ło im się dziec­ko, nie było słod­kiej se­sji w ga­ze­cie, co tyl­ko się chwa­li. Chro­nią wi­ze­ru­nek syna. Za to Ka­sia po­sta­no­wi­ła za­ro­bić na zrzu­ca­niu po­cią­żo­wej wagi i na­pi­sa­ła po­rad­nik "Sexy mama". Było to, de­li­kat­nie mó­wiąc, ta­kie so­bie, choć znam kil­ka dziew­czyn, któ­re do­ce­nia­ły po­ka­za­ne tam ćwi­cze­nia. Ro­bi­łam kie­dyś z Ka­sią wy­wiad i wiem, że to prze­mi­ła, bar­dzo kul­tu­ral­na i za­baw­na dziew­czy­na, któ­ra nie po­zu­je na diwę i jest świa­do­ma tego, ja­kie błę­dy po­peł­ni­ła. Bez­cen­ne.

Dzi­siaj ani Ka­sia, ani Mar­cin nie wzbu­dza­ją cho­rej sen­sa­cji. Po­ja­wia­ją­ce się w me­diach in­for­ma­cje o koń­cu Ci­chop­ków są prze­sa­dzo­ne. Zwy­czaj­ność, do tego spo­koj­nie po­da­na, co aku­rat obo­je umie­ją do­brze zro­bić, sprze­da się za­wsze. Nie­ste­ty, je­śli Ka­sia Ci­cho­pek za­mie­rza re­al­nie pójść dro­gą pro­jek­tan­ta mody, zno­wu wy­sta­wia się na za­słu­żo­ną śmiesz­ność. Niech więc po­tem nie na­rze­ka gło­śno, że so­bie z niej jaja ro­bią. Bo ro­bią słusz­nie. Tym bar­dziej że Ka­sia chy­ba lubi być wy­śmie­wa­na, bo­wiem robi ostat­nio spo­ro, by tak się sta­ło. Jej ma­rze­nie o by­ciu pro­jek­tant­ką jest tego do­wo­dem.

CIE­LEC­KA MAG­DA­LE­NA

Ona przej­dzie do hi­sto­rii. Roz­wa­li­ła moje ży­cie na ato­my jed­nym spek­ta­klem - "4.48 Psy­cho­sis". I od tej pory, choć po wyj­ściu z te­atru o mało nie wpa­dłam pod tram­waj, kie­dy ktoś mówi przy mnie, że to żad­na ak­tor­ka, mam ocho­tę dać w mor­dę.

Pa­mię­tam, jak w 1995 roku na Fe­sti­wa­lu Pol­skich Fil­mów Fa­bu­lar­nych po­ka­za­no "Po­ku­sze­nie" w re­ży­se­rii Bar­ba­ry Sass, w któ­rym gra­ła Cie­lec­ka. To było ob­ja­wie­nie. W pol­skim ki­nie nie było wte­dy tak wy­ra­zi­stej po­sta­ci. Ab­sol­went­ka Pań­stwo­wej Wyż­szej Szko­ły Te­atral­nej w Kra­ko­wie, od­da­na te­atro­wi, z miej­sca za­wo­jo­wa­ła me­dia. Pięk­na blon­dyn­ka o kla­sycz­nej uro­dzie, do tego uta­len­to­wa­na i nie­głu­pia. Nie wiem, jak to się sta­ło, że nie wpa­dła ani na chwi­lę w spi­ra­lę ikon mody, uro­dy i in­nych pier­dół. Robi swo­je.

Ma in­stynkt do wy­bo­ru do­brych albo cho­ciaż nie­złych sce­na­riu­szy. Nie znisz­czy­li jej na­iw­ni "Za­ko­cha­ni" ani dra­ma­tycz­nie pre­ten­sjo­nal­na "S@mot­ność w sie­ci". Na­wet kosz­mar­ny "Pa­limp­sest" czy mi­no­de­ryj­ny "Trze­ci" nie za­chwia­ły mo­jej wia­ry w nią. Była ge­nial­na jako ro­ze­dr­ga­na Anka w "Ego­istach", Te­re­sa w nie­do­ce­nio­nych "Li­stach mi­ło­snych" czy Agniesz­ka w drew­nia­nym "Ka­ty­niu". Pa­ra­dok­sal­nie, choć dłu­go uni­ka­ła se­ria­li, to one dały jej pole do po­pi­su. Już w "De­fek­cie" u boku Fron­czew­skie­go po­ka­za­ła pa­zur­ki jako pani pro­ku­ra­tor. Jej Rita w "Ofi­ce­rze", "Ofi­ce­rach" i "Trze­cim ofi­ce­rze" to prze­bie­gła, spryt­na i wiel­ce sek­sow­na suka, od któ­rej bo­ha­ter­ki "CSI" mo­gły­by się wie­le na­uczyć nie tyl­ko w kwe­stii umie­jęt­ne­go po­ka­zy­wa­nia swych wa­lo­rów.

Na ekra­nie nie­zwy­kle do­brze ro­zu­mie się z Paw­łem Ma­ła­szyń­skim (? Ma­ła­szyń­ski Pa­weł), co wy­ko­rzy­sta­no poza try­lo­gią o ofi­ce­rach tak­że w "Mag­dzie M.", gdzie gra­ła jego nie­do­brą żon­kę. Ach, jak­że ko­cha­li­śmy ją nie­na­wi­dzić. To sztu­ka tak ma­ni­pu­lo­wać wi­dza­mi. Ona to robi bez naj­mniej­sze­go wy­sił­ku. To się na­zy­wa oso­bo­wość i cha­ry­zma.

Rok 2012 to dwa se­ria­le, w któ­rych po­ka­za­ła świa­to­wą kla­sę. W "Cza­sie ho­no­ru" gra dy­rek­tor De­par­ta­men­tu Bez­pie­czeń­stwa Pu­blicz­ne­go wpro­wa­dza­ją­cą nowe po­rząd­ki w po­wo­jen­nej Pol­sce - to zim­na, ostra suka z pa­pie­ro­sem w dło­ni wzo­ro­wa­na na Wan­dzie Wa­si­lew­skiej, tyl­ko znacz­nie ład­niej­sza. W dru­gim se­zo­nie se­ria­lu "Bez ta­jem­nic" gra Na­ta­lię, praw­nicz­kę, ko­bie­tę suk­ce­su obar­czo­ną wie­lo­ma za­szło­ścia­mi z ży­cia oso­bi­ste­go, oso­bę po czter­dzie­st­ce, któ­ra de­spe­rac­ko chce zajść w cią­że. To jej wiel­ka kre­acja, jest w tej roli fe­no­me­nal­na. Z wie­kiem tyl­ko zy­sku­je. Nie musi się bać upły­wu cza­su, on jest jej so­jusz­ni­kiem. Kino nie ma na nią do­bre­go po­my­słu, co tyl­ko fa­tal­nie świad­czy o ki­nie.

DRO­GI CZY­TEL­NI­KU!

Je­śli to czy­tasz, zna­czy - je­steś ko­za­kiem. Po pierw­sze - wi­taj! Miło mi cho­ler­nie, że na świe­cie jest jesz­cze ktoś rów­nie po­krę­co­ny jak ja. Cie­szę się, że śmie­cio­we je­dze­nie, dziu­ra ozo­no­wa, mi­sie żel­ki, "Fa­mi­lia­da" i wszech­ogar­nia­ją­cy - wle­wa­ją­cy się wszyst­ki­mi otwo­ra­mi cia­ła kre­ty­nizm nie zdo­ła­ły wy­ka­stro­wać wszyst­kich z jaj, ro­zu­mu i po­czu­cia hu­mo­ru.

Uprze­dzam: je­śli to czy­tasz, mu­sisz być przy­go­to­wa­ny na nie­złą jaz­dę. My­śla­łeś, że coś wiesz o mnie i o mo­ich po­glą­dach? Bie­da­ku, da­wa­łeś się wkrę­cić jak dziec­ko. Je­stem jesz­cze gor­sza, niż my­śla­łeś. Wer­sja nie­cen­zu­ro­wa­na mnie, któ­rą trzy­masz w ręku, może być po­nad Two­je siły i poj­mo­wa­nie ro­zu­mo­we. Je­śli więc te­raz masz ocho­tę rzu­cić tą książ­ką w kąt z okrzy­kiem: "Głu­pia pin­da!", ewen­tu­al­nie: "Pie­przo­na kro­wa!" albo użyć mod­ne­go ostat­nio w nie­któ­rych krę­gach okre­śle­nia: "Mor­da jak u ogra", zro­zu­miem. Mało tego. To może być ostat­nia chwi­la, aby to zro­bić...

Go­to­wy?

Za­cznij­my od in­for­ma­cji bar­dzo oso­bi­stej i opi­su pew­nej sy­tu­acji, któ­ra po­mo­że zro­zu­mieć wie­le. A więc... Mia­łam nie­speł­na sześć lat, kie­dy moja bied­na mat­ka, ma­jąc dość wy­szcze­ka­ne­go i oczy­ta­ne­go ba­cho­ra, po­sta­no­wi­ła iść ze mną do psy­cho­lo­ga i za­się­gnąć rady w kwe­stii po­sła­nia mnie do szko­ły. Umia­łam pi­sać, li­czyć, mno­ży­łam i dzie­li­łam. Nie, nie by­łam ge­niu­szem. Ro­bi­łam to wszyst­ko z nu­dów. Czy­tać na­uczy­łam się z ba­jek Tu­wi­ma i szyl­dów skle­po­wych, a li­czyć - z te­le­wi­zji. Pew­nie gdy­bym wie­dzia­ła, że jest coś ta­kie­go jak "En­cy­klo­pe­dia Bri­tan­ni­ca", na­uczy­ła­bym się jej na pa­mięć. Tak dla jaj. Może na­wet le­piej, że o tym nie wie­dzia­łam. Psy­chia­tryk mu­ro­wa­ny. Na ra­zie zna­łam na pa­mięć Ma­ry­się i kra­sno­lud­ki oraz Kró­la Ma­ciu­sia Pierw­sze­go, czy­ta­łam "Ko­bie­tę i Ży­cie" (był taki ty­go­dnik i miał ład­ne zdję­cia) i uwiel­bia­łam Fi­lut­ka z "Prze­kro­ju". Oglą­da­łam też te­le­wi­zję, mo­imi ido­la­mi byli bo­ha­te­ro­wie se­ria­li "Bo­nan­za" i "Świę­ty". Pew­nie nie wszy­scy wie­dzą, ale kie­dyś były dwa ka­na­ły te­le­wi­zji, oba nud­ne, ale jak się nie ma nic in­ne­go... Cza­sem my­ślę, że gdy­bym bar­dziej po­szła dro­gą Świę­te­go niż sie­rot­ki Ma­ry­si, by­ła­bym może dzi­siaj bo­ha­ter­ką kro­nik kry­mi­nal­nych, a nie Pu­del­ka. Choć te­raz i kry­mi­na­li­ści zo­sta­ją gwiaz­da­mi po­pkul­tu­ry, więc kto wie.

Z mo­imi ów­cze­sny­mi zdol­no­ścia­mi pew­nie po­ka­za­li­by mnie dzi­siaj w śnia­da­niów­ce jako ge­nial­ne dziec­ko, może wy­gra­ła­bym "Mam ta­lent!", a tak wy­lą­do­wa­łam na ko­zet­ce u psy­cho­lo­ga w wie­ku sze­ściu lat.

Ży­cie.

To była zima. Sty­czeń, kil­ka dni po mo­ich uro­dzi­nach. U pani psy­cho­log pod­czas dwóch wi­zyt było miło i ko­lo­ro­wo. Pani się ład­nie uśmie­cha­ła, choć głu­pio. Po­ka­zy­wa­ła kloc­ki, ob­raz­ki, re­bu­sy i ukła­dan­ki. Cały czas mnie ob­ser­wo­wa­ła, a ja uda­wa­łam, że je­stem miła. Sta­ra­łam się bar­dzo, aby do­brze wy­paść, i grzecz­nie od­po­wia­da­łam na py­ta­nia. In­stynk­tow­nie czu­łam bo­wiem, że od tego, co po­wiem i zro­bię, wie­le za­le­ży. By­łam cwa­na albo tak mi się wy­da­wa­ło. Mię­dzy in­ny­mi za­py­ta­na o ulu­bio­ne ko­le­żan­ki po­da­łam Agat­kę z wa­ka­cji na wsi, z któ­rą ba­wi­łam się na cmen­ta­rzu, co opo­wie­dzia­łam ze szcze­gó­ła­mi, oraz mo­je­go psa. A ra­czej sukę rasy pu­del kró­lew­ski, u któ­rej na po­sła­niu lu­bi­łam spać. Za­py­ta­na, czy czę­sto z nią roz­ma­wiam, oczy­wi­ście po­twier­dzi­łam i do­da­łam, że dużo się ra­zem ba­wi­my. Uczo­no mnie, że nie na­le­ży kła­mać. U ob­cych by­łam za­wsze mi­łym, świet­nie wy­cho­wa­nym dziec­kiem, o któ­rym inni mó­wi­li: "Jaka to miła dziew­czyn­ka!", a moja ro­dzi­ciel­ka kom­bi­no­wa­ła, jak zro­bić, by wer­sja "u lu­dzi" prze­kła­da­ła się na wer­sję do­mo­wą, bo ta dru­ga była nie do znie­sie­nia.

Moja bied­na mat­ka, z jed­nej stro­ny, mia­ła już dość ga­da­ją­ce­go non stop dzie­cia­ka i chy­ba na­wet tro­chę cie­szy­ła się, że po­zbę­dzie się mnie z domu wcze­śniej. Z dru­giej stro­ny jed­nak, mar­twi­ła się, bo wie­dzia­ła, że szko­ła może być dla mnie trau­ma­tycz­nym do­świad­cze­niem. Nie ze wzglę­du na na­ukę, bo ist­nia­ło re­al­ne praw­do­po­do­bień­stwo, że z nu­dów na­uczę się tego, co trze­ba, i ra­czej wsty­du ro­dzi­nie nie przy­nio­sę. Cho­dzi­ło o po­wta­rzal­ność pew­nych czyn­no­ści. Ru­ty­nę. Na­rzu­ce­nie mi cze­go­kol­wiek było nie­moż­li­we. Du­po­go­dzi­ny na lek­cjach? To może się oka­zać nie­wy­ko­nal­ne.

Pani psy­cho­log nie była za­do­wo­lo­na. Jej oce­na była ostra. Uzna­ła, że będę mia­ła ogrom­ne pro­ble­my w szko­le. I póź­niej też. Zo­ba­czy­ła we mnie by­stre­go ob­ser­wa­to­ra, ale ta­kie­go, któ­ry lubi sie­dzieć z boku i na pod­sta­wie wnio­sków z ob­ser­wa­cji do­bie­ra ko­le­żan­ki, z któ­ry­mi się bawi, gry, w któ­re gra, i książ­ki, któ­re czy­ta. Do­strze­gła, że ni­cze­go nie dam so­bie na­rzu­cić. Uzna­ła, że je­stem zbyt do­ro­sła jak na swój wiek i wy­ra­stam na skraj­ną in­dy­wi­du­alist­kę. Mogę więc nie za­funk­cjo­no­wać zbyt do­brze w gru­pie. Moja przy­szłość ry­so­wa­ła się w czar­nych bar­wach, bo­wiem mia­ło się oka­zać, że będę aspo­łecz­na. Ale ge­ne­ral­nie jest git, bo je­stem zdol­nym dziec­kiem i mogę iść od razu do trze­ciej kla­sy. Czy­li aspo­łecz­na psy­cho­pat­ka, ale za to ge­niusz. Grunt to na­uka. Bra­wo.

Nie wiem, czy mat­ka się po­ry­cza­ła, czy nie. Ra­czej była twar­dziel­ką. Jej je­dy­ne dziec­ko wy­ra­sta­ło na co praw­da in­te­li­gent­ne­go, ale aspo­łecz­ne­go ob­ser­wa­to­ra ota­cza­ją­ce­go świa­ta, bez wiel­kiej przy­szło­ści, bo tacy zwy­kle źle koń­czą. I do tego naj­le­piej do­ga­du­ją się z psem. Całe jed­nak szczę­ście, że nie za­uwa­żo­no u mnie in­stynk­tu psy­cho­pa­tycz­ne­go mor­der­cy. To były lata sie­dem­dzie­sią­te. Z ta­kich jak ja dziew­czy­nek w war­ko­czy­kach i ha­fto­wa­nych swe­ter­kach (tak, mia­łam taki, nie­bie­ski w ha­fto­wa­ne ko­lo­ro­we kwiat­ki) wy­ra­sta­ły ele­men­ty wy­wro­to­we.

Za­miast do szko­ły po­szły­śmy z mamą na wy­żer­kę, któ­rą pa­mię­tam do dziś. Do ka­wiar­ni w Ho­te­lu Eu­ro­pej­skim na tor­cik W-Z i coca-colę.

Uwiel­bia­łam tę ka­wiar­nię, star­sze­go pana w szat­ni, u któ­re­go mama ku­po­wa­ła marl­bo­ro albo gi­ta­ne­sy i któ­ry po­da­wał mi płasz­czyk jak do­ro­słej. Do dziś pa­mię­tam wiel­kie lu­stro, cha­rak­te­ry­stycz­ne ob­ru­sy i kel­ner­ki w far­tusz­kach. Czu­łam się tam jak kró­lew­na. No i te sma­ko­ły­ki. To był kul­to­wy, bo wy­łącz­nie od świę­ta po­si­łek mo­je­go dzie­ciń­stwa, któ­re­go smak pa­mię­tam do dziś. Za­wsze ko­ja­rzył mi się z czymś szcze­gól­nym. Pew­nie dla­te­go pa­mię­tam ten dzień. Bo była cola, ko­niecz­nie z rur­ką do pusz­cza­nia bą­bel­ków, i naj­lep­sze na świe­cie ciast­ko. Na co dzień su­ro­wo za­bro­nio­ne, dla­te­go tak za­wsze wy­cze­ki­wa­ne i wy­ma­rzo­ne. Pa­ła­szo­wa­łam słod­ko­ści nie­świa­do­ma ni­cze­go, od­stro­jo­na na wi­zy­tę na ko­zet­ce, za­do­wo­lo­na po zro­bie­niu ca­łej masy ko­lo­ro­wa­nek i te­stów, a moja mat­ka, pi­jąc ko­niak i pa­ląc pa­pie­ro­sa (tak, kie­dyś moż­na było wszę­dzie pić, pa­lić i pa­lo­no oraz pito przy dzie­ciach, co nie ro­bi­ło z ni­ko­go złe­go ro­dzi­ca, mor­der­cy i cho­le­ra wie kogo jesz­cze), pa­trzy­ła na mnie uważ­nie znad kłę­bów dymu. Pa­mię­tam py­ta­nie, któ­re za­da­ła: "Kim ty chcesz zo­stać?". Czu­jąc w ustach nie­biań­ski smak i bę­dąc dzię­ki temu na zu­peł­nie nie­zna­nych do tej pory wy­ży­nach od­czu­wa­nia rze­czy­wi­sto­ści, od­po­wie­dzia­łam do­bit­nie: "Jak to kim? Pi­sar­ką!".

To pro­ste. Pi­sarz nie cho­dził co­dzien­nie do nud­nej pra­cy. Sie­dział w domu, pił kaw­kę i pi­sał, a w cza­sie wol­nym cho­dził do te­atru, ka­wiar­ni i czy­tał książ­ki. Ży­cie ide­al­ne. Opo­wia­da­no, że tak pra­co­wał przed woj­ną mój dzia­dek, któ­ry dużo pi­sał i był dzien­ni­ka­rzem, tak pra­co­wał rów­nież au­tor mo­ich ulu­bio­nych ba­jek, Ju­lian Tu­wim. Pod­skór­nie czu­łam, co chcę ro­bić w ży­ciu. Ma być przy­jem­nie, za­baw­nie, w do­bry to­wa­rzy­stwie, a resz­ta zro­bi się sama. Mia­łam sześć lat. Mia­łam pra­wo ma­rzyć i być na­iw­na... Cho­ciaż, mó­wiąc praw­dę, spo­ro z tego się speł­ni­ło.

Kie­dy mój oj­ciec do­wie­dział się, że jego cór­ka wy­ra­sta na in­te­li­gent­ną, ale cho­ro­bli­wie in­dy­wi­du­al­ną dziew­czyn­kę, któ­ra za dużo gada, po­wie­dział tyl­ko: "Prze­cież to moje dziec­ko. Nie mo­gło być in­a­czej". Jego dru­gie imię brzmia­ło "la­ko­nicz­ność", gdy­by się ktoś py­tał. Wer­sję o zo­sta­niu pi­sar­ką przy­jął spo­koj­nie. Choć wo­lał­by, gdy­bym zo­sta­ła praw­ni­kiem.

Je­sie­nią po­szłam do szko­ły. Do pierw­szej kla­sy. Prze­po­wied­nie pani psy­cho­log i oba­wy mo­jej mat­ki po­twier­dzi­ły się. Szko­łę znie­na­wi­dzi­łam już dru­gie­go dnia (pierw­sze­go było uro­czy­ste roz­po­czę­cie roku szkol­ne­go, ale dru­gie­go ka­za­li mi za­ło­żyć tar­czę i od­pa­dłam) i stan ten trwał do ma­tu­ry. Je­stem bar­dzo sta­ła w uczu­ciach. Za­py­taj­cie o to mo­ich by­łych chło­pa­ków. Po­twier­dzą. Ro­bi­łam, co chcia­łam i kie­dy chcia­łam. Ga­da­łam na lek­cjach, ry­so­wa­łam, nu­dzi­łam się nie­mi­ło­sier­nie i na­uczy­łam się mó­wić "kur­wa mać" i "pier­do­lić" oraz "je­ba­ny". Gdy nie da­wa­łam rady, pró­bo­wa­łam iść do domu. Bez­sku­tecz­nie. Do dziś śnią mi się po no­cach re­kor­do­we ilo­ści uwag w dzien­nicz­ku ucznia o tre­ści: "Wy­cho­dzę z kla­sy bez po­zwo­le­nia pani". Nikt nie do­pi­sał: "bo mi nud­no". Szko­da.

Ten oby­cza­jo­wo-au­to­bio­gra­ficz­ny ob­ra­zek nie zna­lazł się tu­taj bez po­wo­du. Skłon­ność do ob­ser­wa­cji świa­ta na­si­la­ła się u mnie. Ob­ser­wo­wa­nie, a po­tem oce­nia­nie ota­cza­ją­ce­go mnie świa­ta, szcze­gól­nie kie­dy prze­czy­ta­łam coś wię­cej niż "Ku­bu­sia Pu­chat­ka" i obej­rza­łam coś wię­cej niż "Gwiezd­ne woj­ny", na­si­la­ło się. Lu­bi­łam to co­raz bar­dziej, spra­wia­ło mi to nie­przy­zwo­itą przy­jem­ność, a że jako dziec­ko uzna­łam, iż war­to, aby w ży­ciu było przede wszyst­kim przy­jem­nie, więc... ro­bi­łam rze­czy przy­jem­ne, a po­nie­waż znaj­do­wa­łam za­wsze od­bior­ców...

Do­sta­tecz­nie wcze­śnie prze­czy­ta­łam parę waż­nych ksią­żek i obej­rza­łam kil­ka fil­mów, o któ­rych mogę po­wie­dzieć z per­spek­ty­wy oso­by do­ro­słej, że zmie­ni­ły moje ży­cie i dzię­ki nim funk­cjo­nu­ję. To jest po­wieść Jo­an­ny Chmie­lew­skiej "Le­sio", "Dzien­nik 1954" Tyr­man­da i fil­my "Ży­wot Bria­na" oraz "Sens ży­cia we­dług Mon­ty Py­tho­na". Tak, wiem, wi­dzę te miny... Jak to? Prze­cież jako ga­ze­to­wa "in­te­lek­tu­alist­ka" po­win­nam po­dać co naj­mniej "Nad Nie­mnem", "Si­łacz­kę", obo­wiąz­ko­wo Mi­ło­sza, Szym­bor­ską, na do­da­tek po­ezje Jana Paw­ła II, okra­sza­jąc to ki­nem nie­za­leż­nym z Pa­pui-No­wej Gwi­nei i Gha­ny.

Sor­ry. Bę­dzie tak, jak ja chcę.

Wresz­cie.

To, co czy­tasz i - mam na­dzie­ję - do­czy­tasz do koń­ca, to je­dy­ny w swo­im ro­dza­ju wy­twór pra­cy mo­ich ko­mó­rek mó­zgu (mam mózg i nie boję się go uży­wać), do­wód na moją me­ga­lo­ma­nię (ją też mam, jak każ­dy) i nie­po­ha­mo­wa­ne par­cie na szkło okra­szo­ne dzie­dzicz­nym cy­ni­zmem i abs­trak­cyj­nym po­czu­ciem hu­mo­ru. Na wła­sny te­mat i na te­mat in­nych.

Już wi­dzę Two­ją minę... Jak to? Par­cie? Ano tak. Każ­dy, kto pra­cu­je w me­diach i pew­ne­go dnia sia­da przed mi­kro­fo­nem, ka­me­rą albo kla­wia­tu­rą kom­pu­te­ra, jest bez­czel­nym me­ga­lo­ma­nem z par­ciem na szkło. Ko­cha tę ro­bo­tę i ni­cze­go in­ne­go poza tym nie umie. Albo umie nie­wie­le. I wszy­scy, któ­rzy mó­wią in­a­czej, bez­czel­nie do­ra­bia­jąc ide­olo­gię do by­cia na świecz­ni­ku, łżą. Jak psy. Oczy­wi­ście, by­wa­ją wznio­słe mo­men­ty, kie­dy na­praw­dę my­śli­my, że je­ste­śmy jak Bat­man po­łą­czo­ny z Wo­ło­dy­jow­skim, Mac­Gy­ve­rem i Iron Ma­nem, po­ma­ga­ją­cy ludz­ko­ści, eko­sys­te­mo­wi, i że wal­czy­my o po­kój na świe­cie i przy­jaźń mię­dzy na­ro­da­mi oraz o to, aby lu­dzie sprzą­ta­li po swo­ich psach. Je­śli na do­da­tek je­ste­śmy Po­la­ka­mi, oczy­wi­ście dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na dobę mo­dli­my się i my­śli­my o Pol­sce, o Mat­ce Bo­skiej i o tym, jak bar­dziej jesz­cze ko­chać ten kraj i jego miesz­kań­ców, bo in­a­czej nie wy­pa­da. Gu­zik praw­da. I tak cho­dzi o to, aby inni dali się na­brać, a my i tak wie­my i ro­bi­my swo­je. Chwa­li­my się sobą jak naj­lep­si pia­row­cy i sprze­da­je­my sie­bie tro­chę jak do­bry al­fons swój naj­lep­szy to­war. Taka jest praw­da, któ­ra wca­le nie jest bo­le­sna, bo bywa dość czę­sto bar­dzo miło. I do tego jesz­cze na­rzu­ca­my in­nym swo­ją wi­zję świa­ta tak sku­tecz­nie, że zda­rza się, że wi­dzi­cie świat na­szy­mi ocza­mi. Zdzi­wio­ny? Opo­wiem Ci, Czy­tel­ni­ku, o tym wła­śnie świe­cie. Mo­imi wła­sny­mi sło­wa­mi.

Od po­nad trzech lat je­stem pew­na, że mu­szę zro­bić coś do­kład­nie tak, jak JA chcę. Bez na­ci­sków, cen­zu­ry, au­to­cen­zu­ry i do­brych rad nie­ko­niecz­nie mą­drych cioć i wuj­ków, i tak zwa­nych przy­ja­ciół. Mia­łam or­ga­nicz­nie dość ota­cza­ją­cej mnie rze­czy­wi­sto­ści pry­wat­nej, me­dial­nej, men­tal­nej i za­wo­do­wej. Mo­głam ko­goś za­bić albo za­cząć pi­sać. Nie lu­bię za­mknię­cia, cela wię­zien­na ra­czej nie dla mnie, więc pi­szę. Ta książ­ka to efekt pod­ję­cia po­waż­nej de­cy­zji. Tak­że tej o spo­rym od­kry­ciu się i odar­ciu z ta­jem­nic. Ale na mo­ich wa­run­kach.

Trzy­masz w reku swo­iste pod­su­mo­wa­nie mo­ich ostat­nich dwu­dzie­stu lat. Są tu lu­dzie, zja­wi­ska i wy­da­rze­nia, któ­re przez to, że zaj­mu­ję się tym, a nie in­nym, wpły­nę­ły na mnie, wku­rzy­ły mnie, za­chwy­ci­ły.

Na­wet nie wiesz, Dro­gi Czy­tel­ni­ku, jak się de­ner­wu­ję, choć jak już wiesz, na ko­zet­ce wy­lą­do­wa­łam wcze­śnie, więc emo­cjo­nal­ne jaz­dy są dla mnie jak kasz­ka z mle­kiem. Tak, to pach­nie tro­chę jak emo­cjo­nal­ny szan­taż, ale nie bój się. Nie ma sen­su.

Wpa­dłeś i tak.

Już trzy­mam Cię sta­lo­wym uchwy­tem za jaja.

Choć jesz­cze o tym nie wiesz.

B

BAAR KA­MIL­LA

Anar­chist­ka o hip­no­ty­zu­ją­cym gło­sie ob­da­rzo­na wiel­kim ta­len­tem. Drob­na, kru­cha, wy­ra­zi­sta. Trud­na w ob­słu­dze, bo wie, cze­go chce. Nie jest ty­pem front­man­ki go­to­wej na wszyst­ko, by za­ist­nieć.

Zo­ba­czy­łam ją po raz pierw­szy w 2002 roku w sztu­ce Te­atru Te­le­wi­zji pod ty­tu­łem "Oszu­ści". Była świet­na. Mam nie­do­syt Ka­mil­li, chcia­ło­by się jej wię­cej w fil­mach i se­ria­lach. Oba­wiam się je­dy­nie, że jej szla­chet­na, in­te­li­genc­ka i nie­współ­cze­sna uro­da może stać na prze­szko­dzie. Ta­kie jak ona nie zma­sa­kru­ją so­bie twa­rzy ko­la­ge­nem, aby za­ist­nieć i zro­bić ka­rie­rę, tyl­ko za­py­ta­ją, dla­cze­go, czym sku­tecz­nie wku­rzą de­cy­den­tów przy­zwy­cza­jo­nych do tego, że gwiaz­da dla kasy zro­bi wszyst­ko, nie py­ta­jąc o nic, tyl­ko o stan kon­ta. Baar my­śli i nie boi się tego po­ka­zać. To szla­chet­ne. Ale może prze­szko­dzić w wiel­kiej ka­rie­rze, na któ­rą ona za­słu­gu­je. Wiem, że kil­ka razy prze­gra­ła ze spryt­niej­szy­mi, choć nie­ko­niecz­nie lep­szy­mi i zdol­niej­szy­mi od niej ko­le­żan­ka­mi, któ­re dla roli i ka­rie­ry są go­to­we na wszyst­ko i na­wet wię­cej. Ak­tor­stwo to pięk­ny i kosz­mar­ny za­wód. Ona go ko­cha, co po­ka­za­ła, choć­by czy­ta­jąc pięk­nie po­ezję dla ma­ga­zy­nu "Żur­nal", któ­ry ro­bię. Nie za­py­ta­ła nig­dy: "za ile", bo wszy­scy pra­cu­je­my tam za dar­mo, ale "czy do­brze wy­szło". To świet­nie ro­ku­je na przy­szłość.

BAR­TO­SIE­WICZ EDY­TA

Po­wiem tyl­ko tyle jak stu­pro­cen­to­wy Ko­zio­ro­żec do stu­pro­cen­to­we­go Ko­zio­roż­ca: Edy­ta, weź wresz­cie na­graj do ja­snej cho­le­ry tę pły­tę i skończ z tym ściem­nia­niem, bo ci nogi z dupy po­wy­ry­wam. Mam do­syć cze­ka­nia. Ile moż­na słu­chać "Ostat­nie­go"? No, ile? Uwiel­biam two­ją mu­zy­kę. Wiesz o tym, mó­wi­łam ci to wie­le razy. Wzra­sta­łam z nią, śpie­wa­łaś moje sło­wa, by­łaś w mo­jej gło­wie i wą­tro­bie; ta mu­zy­ka to był głos na­sze­go me­ga­po­pie­przo­ne­go po­ko­le­nia, któ­re wcho­dzi­ło na­iw­nie w zu­peł­nie nowy świat i pła­ci­ło za to strasz­ną cenę. I do­kład­nie wiesz, co mam na my­śli. Ta mu­zy­ka była w moim krwio­bie­gu przez lata i wie­le wska­zu­je, że z nią w ser­cu umrę. Ale jak cze­goś no­we­go nie na­grasz, prze­rzu­cę się na ze­spół ? Week­end i za­cznę nu­cić "Gan­gnam Sty­le".

Nie leć w kul­ki, tyl­ko leć do stu­dia. Over.

BED­NA­REK KA­MIL

Oto gwiaz­da no­wej ge­ne­ra­cji, któ­ra na oczach mi­lio­nów wi­dzów z suk­ce­sem wy­dup­czy­ła sys­tem. Po­szedł w 2010 roku do trze­ciej edy­cji "Mam ta­lent!", za­bły­snął i zo­stał gwiaz­dą, bo po­sta­wił wszyst­ko na jed­ną kar­tę. Pro­ste? Bar­dzo, ale trze­ba mieć tak jak Bed­na­rek ta­lent, go­to­wy ma­te­riał na pły­tę, świa­do­mość mu­zycz­ną i świet­ny ze­spół. Wte­dy się uda­je. Grze­chem wie­lu bar­dzo uzdol­nio­nych lu­dzi idą­cych do ta­lent show jest brak mu­zycz­nej świa­do­mo­ści i gu­stu. Oni nie wie­dzą, co chcą śpie­wać, a co­ve­rów nikt o zdro­wych zmy­słach im nie wyda. Wi­dzi­my w te­le­wi­zji dzie­wu­się, któ­ra ład­nie śpie­wa, i w dzie­wię­ciu przy­pad­kach na dzie­sięć mo­że­my być nie­ste­ty pew­ni, że da­lej niż na sce­nę da­ne­go pro­gra­mu typu ta­lent show nie zaj­dzie. Nie dla­te­go, że nie jest zdol­na. Nie, ona czę­sto ma ogrom­ny ta­lent. Nie zro­bi nic wię­cej dla­te­go, że nie ma po­ję­cia, co chce śpie­wać, co jej - mó­wiąc ba­nal­nie - w du­szy gra. Opo­wia­da­li mi lu­dzie z wy­twór­ni i agen­ci (? agen­ci), co się dzie­je na spo­tka­niach ze zdol­ny­mi ludź­mi z ta­kich te­le­wi­zyj­nych show. Zwy­kle - en­cy­klo­pe­dycz­na ma­sa­kra. Oni chcą być sław­ni, chcą wy­lą­do­wać na ka­na­pie w "Dzień Do­bry TVN" czy u Wo­je­wódz­kie­go (? Wo­je­wódz­ki Kuba), za­ra­biać szmal, żeby im ko­le­żan­ki i ko­le­dzy za­zdro­ści­li. A ja­kiś re­per­tu­ar? Pio­sen­ki? No, ja­koś się znaj­dzie. Nie­ste­ty, ra­czej się nie znaj­du­je i ta­lent lą­du­je w ko­szu za­po­mnie­nia. Ta­kie są re­alia. Ci lu­dzie, choć zdol­ni, ma­ją­cy czę­sto fe­no­me­nal­ne gło­sy, nie wie­dzą, co da­lej.

Bed­na­rek był spryt­ny i świa­do­my. Już w li­sto­pa­dzie 2010 roku wy­dał ze swo­im ze­spo­łem Star Gu­ard Muf­fin pły­tę "Sza­nuj" i był to gi­gan­tycz­ny suk­ces. Taki, na jaki wy­ja­da­cze sce­ny mu­zycz­nej w Pol­sce cze­ka­ją czę­sto la­ta­mi. A on, spry­ciu­lek, to zro­bił. Na oczach wszyst­kich po­ka­zał, jak po­win­no się wy­ko­rzy­sty­wać nada­rza­ją­ce się oka­zje. Za to wiel­kie bra­wo!

Dzi­siaj jest jed­ną z naj­cie­kaw­szych po­sta­ci pol­skiej sce­ny mu­zycz­nej. Ma swój świat i swo­ją mu­zy­kę, ma też wier­nych fa­nów, któ­rych bar­dzo sza­nu­je. Za­ra­bia re­al­ne pie­nią­dze, sprze­da­je pły­ty i kon­cer­ty. To gwiaz­da przy­szło­ści.

BLO­GER­KI MO­DO­WE (SZA­FIAR­KI, SZAT­NIAR­KI)

Nie­do­szłe mo­de­lecz­ki, ob­se­syj­ne fan­ki mody i ciu­chów ma­rzą­ce o ka­rie­rze zna­la­zły wresz­cie ka­nał do za­ist­nie­nia i za­ra­bia­nia nie­złych pie­nię­dzy. Blo­gi mo­do­we za­la­ły pol­ski in­ter­net ni­czym epi­de­mia świń­skiej gry­py, a ich au­tor­ki po­wo­li wy­ra­sta­ją na ce­le­bryt­ki peł­ną gębą i po­zu­ją na ścian­kach na im­pre­zach, a nie­któ­re, choć nie za bar­dzo umie­ją się wy­po­wia­dać, oce­nia­ją styl in­nych. Peł­ny od­lot.

Naj­bar­dziej wpły­wo­wym blo­ge­rem świa­ta, gwiaz­dą, któ­ra dzię­ki blo­go­wi za­ra­bia spo­re pie­nią­dze i jest au­to­ry­te­tem dla in­nych, jest słyn­ny Scott Schu­man, au­tor blo­ga The Sar­to­ria­list. Pro­wa­dzo­ny od 2005 roku blog to głów­nie zdję­cia lu­dzi z ca­łe­go świa­ta ubra­nych ory­gi­nal­nie, cie­ka­wie, mod­nie albo i nie. Moż­na tam tra­fić bez wzglę­du na stan kon­ta, wiek, po­cho­dze­nie, wy­ko­ny­wa­ny za­wód. The Sar­to­ria­list jak nikt inny po­ka­zu­je modę ulicz­ną, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że wiel­kie mar­ki, domy mody mogą so­bie ro­bić, co chcą, li­czy się to, co za­ło­żą na sie­bie lu­dzie, że moda uli­cy rzą­dzi. Schu­man przez swój blog wpły­wa na ry­nek świa­to­wej mody. Współ­pra­co­wał z ta­ki­mi fir­ma­mi, jak GAP, Kiehl's, Ne­spres­so, DKNY Je­ans, Gant, OVS, Cra­te & Bar­rel. Jego blog od­wie­dza mie­sięcz­nie czter­na­ście mi­lio­nów lu­dzi, rocz­nie za­ra­bia oko­ło mi­lio­na do­la­rów.

Inne waż­ne na­zwi­ska świa­to­wej mo­do­wej blo­gos­fe­ry to Ga­ran­ce Doré, au­tor­ka hi­to­we­go blo­ga, któ­ry dzien­nie od­wie­dza sie­dem­dzie­siąt ty­się­cy lu­dzi, świet­na ilu­stra­tor­ka, fo­to­graf­ka, pry­wat­nie dziew­czy­na Scot­ta Schu­ma­na współ­pra­cu­ją­ca mię­dzy in­ny­mi z fir­mą GAP; Bry­an Grey Yam­bao (www.bry­an­boy.com), zwy­kły chło­pak z Fi­li­pin, je­den z naj­bar­dziej kon­tro­wer­syj­nych blo­ge­rów, po­stać ty­leż ko­cha­na, co znie­na­wi­dzo­na, na sa­mym Twit­te­rze jego pro­fil śle­dzi czte­ry­sta ty­się­cy lu­dzi, wy­stą­pił w ame­ry­kań­skiej edy­cji "Top Mo­del"; Emi­ly Schu­man (www.cup­ca­ke­sand­ca­sh­me­re.com) po­cho­dzi z Los An­ge­les, uwiel­bia do it your­self, czy­li DIY, pod­pi­sa­ła kon­trakt z Es­tée Lau­der i w 2012 roku wy­da­ła książ­kę "Cup­ca­kes and Ca­sh­me­re: A Gu­ide for De­fi­ning Your Sty­le, Re­inven­ting Your Spa­ce, and En­ter­ta­ining with Ease".

Szał na blo­ge­rów w wie­ku na­sto­let­nim na świe­cie roz­po­czę­ła nie­ja­ka Tavi Ge­vin­son, rocz­nik 1996, au­tor­ka blo­ga Sty­le Ro­okie. Mia­ła je­de­na­ście lat, trzy­dzie­ści ty­się­cy wejść na blo­ga dzien­nie i wy­wo­ła­ła szok w świe­cie mody, na zdję­ciach na swo­im blo­gu po­zu­jąc w su­per mod­nych ciu­chach, faj­nych ze­sta­wach, po­ka­zu­jąc, że do­ro­sła moda jest dla dzie­cia­ków i dzie­cia­ki się nią ba­wią le­piej niż do­ro­śli. Lu­bią­cy wszel­kie ory­gi­nal­no­ści, nie mó­wiąc o wy­na­tu­rze­niach, świat mody za­fa­scy­no­wa­ny cu­dow­nym dziec­kiem szyb­ko za­pro­sił ją na fa­shion week do Pa­ry­ża i No­we­go Jor­ku, pi­sa­ła tek­sty na stro­ny "Har­per's Ba­za­ar" i "Bar­neys". Obec­nie jest na­czel­ną Ro­okie Ma­ga­zi­ne i od dwóch lat jest na pu­bli­ko­wa­nej przez "For­bes" li­ście naj­waż­niej­szych w me­diach osób przed trzy­dzie­stym ro­kiem ży­cia. Moż­na o niej pi­sać, że za wcze­śnie do­ro­sła, że jest po­prze­bie­ra­na, ale nie moż­na od­mó­wić jej kre­atyw­no­ści oraz wie­dzy.

W Pol­sce w więk­szo­ści przy­pad­ków pro­wa­dze­nie blo­ga po­le­ga na tym, że dana blo­ger­ka fo­to­gra­fu­je się w sko­pio­wa­nych z ma­ga­zy­nów mo­do­wych po­zach i co­raz to no­wych ciu­chach, bu­tach i do­dat­kach, obo­wiąz­ko­wo ro­biąc opis po an­giel­sku, bo jak wie­my, an­giel­ski jest cool i za chwi­lę za­pew­ne na­sza sza­fiar­ka zro­bi ka­rie­rę za­gra­nicz­ną. Zdję­cia jak zdję­cia są róż­ne, nie mnie oce­niać, czę­ściej jed­nak wy­glą­da­ją ta­nio niż do­brze. Jed­nak kie­dy przej­dzie­my do czy­ta­nia prób li­te­rac­kich, krew sama mro­zi się w ży­łach, a na czo­ło wy­stę­pu­je krwa­wy pot, bo ta­kie­go kosz­mar­ne­go ba­na­łu i nie­jed­no­krot­nie umy­sło­we­go dna ze świe­cą szu­kać. "Bra­vo Girl" i wy­nu­rze­nia o tym, czy zaj­dzie się w cią­żę przez do­tyk, to przy tym Hen­ryk Sien­kie­wicz. Błę­dy sty­li­stycz­ne, brak wie­dzy ogól­nej, o hi­sto­rii mody czy sztu­ki na­wet nie wspo­mnę, brak lo­gi­ki i wszech­obec­ne prze­ko­na­nie o swej ab­so­lut­nej za­je­bi­sto­ści. Bo jak się za­ło­ży mię­to­we ga­cie z Zary i neo­no­wą bluz­kę w ohyd­ny wzo­rek z Top Sho­pu, jest się z za­ło­że­nia za­je­bi­stym. Naj­faj­niej­sze są ich "wy­wia­dy" z ludź­mi ze świa­ta mody, czy­li wal­ka z mar­twą ma­te­rią mó­zgu au­to­ra/au­tor­ki. Moż­na od tego paść tru­pem na miej­scu. To po pro­stu kwin­te­sen­cja głu­po­ty i men­tal­ne­go ona­ni­zmu au­to­rów. Ra­dzę nie czy­tać.

Nie­któ­re blo­ger­ki i blo­ge­rzy wy­stę­pu­ją w me­diach w roli eks­per­tów. To ewi­dent­ny do­wód na to, że nie ma w Pol­sce wie­lu osób, któ­re co­kol­wiek mogą o mo­dzie po­wie­dzieć, więc się bie­rze dziew­czy­ni­ny i robi z nich eks­pert­ki. Moda jest mod­na mimo kry­zy­su, trze­ba czymś albo ra­czej kimś "szyć". Wte­dy nie­ste­ty jak na dło­ni wi­dać, kto ma tyl­ko par­cie, a kto jesz­cze co­kol­wiek wię­cej. Ład­ne ciu­chy, zwy­kle Zara, H&M i szma­tek­sy, nie wy­star­czą do zro­bie­nia ka­rie­ry w me­diach bez ośmie­sza­nia się. Dziew­cząt­ka (chłop­cy też są) mają cho­ro­bli­we par­cie na szkło, go­rzej z umie­jęt­no­ścią opi­sa­nia zja­wisk. Nie wiem, kto im dał ma­tu­ry, a nie­któ­rzy po­dob­no na­wet coś stu­diu­ją. Cóż, cuda się zda­rza­ją. Do­dat­ko­wo - o czym pi­sze się i mówi co­raz gło­śniej - więk­szość blo­gów to or­dy­nar­ne słu­py re­kla­mo­we firm odzie­żo­wych, ko­sme­tycz­nych, obuw­ni­czych ma­ją­ce z modą tyle wspól­ne­go, co ja z ba­le­tem, czy­li nic. Ale na tych blo­gach - dzię­ki po­zo­wa­niu w ubra­niach i bu­tach pew­nych firm, sma­ro­wa­niu się okre­ślo­ny­mi kre­ma­mi, je­dze­niu kon­kret­nych po­traw i uży­wa­niu wła­ści­wych kro­pli do oczu, bal­sa­mu do cia­ła czy szam­po­nu albo i garn­ka lub to­ste­ra - za­ra­bia się spo­re pie­nią­dze. Nie są to wpły­wy re­gu­lar­ne, ale prze­kra­cza­ją śred­nią kra­jo­wą.

W za­le­wie men­tal­ne­go ście­ku moż­na jed­nak od­kryć pe­reł­ki. Parę dziew­czyn zna się na tym, o czym pi­sze, zna modę, sztu­kę, po­ru­sza się do­brze w po­pkul­tu­rze, czy­ta za­gra­nicz­ne me­dia pi­szą­ce o mo­dzie, bywa nie tyl­ko na łódz­kich "fe­szyn łi­kach" i umie skła­dać zda­nia za­rów­no pro­ste, jak i wie­lo­krot­nie zło­żo­ne, a przed ka­me­rą też wy­pa­da nie­źle.

Nie­któ­re blo­gi są za­uwa­ża­ne przez wiel­ki mo­do­wy świat. Tak było z Maff, Ju­lią Ku­czyń­ską, któ­ra jest chy­ba naj­le­piej za­ra­bia­ją­cą i naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­ną pol­ską blo­ger­ką mo­do­wą (ma dwie fir­my), Ra­sp­ber­ry and Red czy za­baw­ną Jes­sy Mer­ce­des, któ­ra ob­se­syj­nie tro­pi pod­rób­ki zna­nych ma­rek, bę­dąc po­stra­chem nie­któ­rych na­szych ce­le­bry­tek.

Moje ulu­bio­ne blo­gi, oce­nia­ne głów­nie ze wzglę­du na to, jak są pi­sa­ne, a nie tyl­ko ze wzglę­du na ład­ne fot­ki, to Ra­sp­ber­ry and Red two­rzo­ny przez skrom­ną, ale bar­dzo kre­atyw­ną, ory­gi­nal­ną i już od­kry­wa­ną przez za­gra­nicz­ne me­dia dziew­czy­nę z Kra­ko­wa, We­ro­ni­kę; cie­ka­wy jest rów­nież blog Ali­ce Po­int - Ali­cji Zie­la­sko, któ­ra była jed­ną z pierw­szych roz­po­zna­wal­nych blo­ge­rek, jeź­dzi na świa­to­we po­ka­zy mody, jest am­ba­sa­dor­ką mar­ki Na­sty Gal; do­bra jest tak­że Jo­an­na Glo­ga­za, jej sty­le­dig­ger.blog­spot.com po­świę­co­ny zo­stał nie tyl­ko mo­dzie, ale i książ­kom, fil­mom, jest to do­bry laj­fstaj­lo­wy blog; obłęd­nie ory­gi­nal­na i za­baw­na przy tym jest Ma­ca­de­mian Girl, czy­li Ta­ma­ra Gon­za­les Pe­rea ze Szcze­ci­na po­ka­zu­ją­ca, że Pol­ska nie musi być sza­ra, ale w od­cie­niach upal­ne­go hisz­pań­skie­go lata; kla­są samą w so­bie jest Ka­sia Tusk z Make Life Easier, dla wie­lu zbyt za­cho­waw­cza i sztyw­na, ale dla mnie to przy­szła Mar­tha Ste­wart, choć po­win­na po­pra­co­wać nad tek­sta­mi, zdję­cia i same sty­li­za­cje ma świet­ne. Co bę­dzie z tymi blo­ger­ka­mi za rok, dwa, czas po­ka­że.

W Pol­sce naj­le­piej, naj­bar­dziej pro­fe­sjo­nal­nie pi­sa­ne i ma­ją­ce naj­więk­sze zna­cze­nie opi­nio­twór­cze (bez la­ta­nia po ścian­kach) są moim zda­niem: blog Gosi Boy (www.go­sia­boy.com), by­łej re­dak­tor na­czel­nej por­ta­lu ki­mo­no.pl, je­den z nie­wie­lu bez­kom­pro­mi­so­wych blo­gów o mo­dzie i sty­lu, bez po­li­tycz­nej po­praw­no­ści, coś dla spra­gnio­nych praw­dy, a nie rze­czy­wi­sto­ści ze spon­so­ro­wa­nych ar­ty­ku­łów w ga­ze­tach; blog Ha­rel o mo­dzie su­biek­tyw­nie (www.ha­rel­blog.pl), pi­sa­ny z wie­dzą, za­an­ga­żo­wa­niem i bez wcho­dze­nia wszyst­kim, na­wet nie­zdol­nym, ale za to lan­so­wa­nym pro­jek­tan­tom, w tył­ki; bar­dzo lu­bię i za­wsze czy­tam ostre­go jak brzy­twa, za­baw­ne­go i me­ry­to­rycz­ne­go Mi­cha­ła Za­czyń­skie­go (mi­chal­za­czyn­ski.word­press.com); poza kon­ku­ren­cją jest nie­zrów­na­na po­grom­czy­ni mo­do­wej ciem­no­ty i ce­le­bryc­kiej głu­po­ty, czy­li Do­ro­ta Wró­blew­ska (? Wró­blew­ska Do­ro­ta) (do­ro­taw­ro­blew­ska­blog.pl). Naj­lep­szym obok wy­mie­nio­nych blo­giem o mo­dzie, sty­lu i kul­tu­rze jest www.fre­esty­le­vo­gu­ing.com. Pro­wa­dzi go To­biasz Ku­ja­wa, któ­ry ma świet­ny styl, wie­dzę, sie­dzi w te­ma­cie po koń­ców­ki wło­sów i to się czu­je, a poza tym jest wy­raź­nie bez­u­kła­do­wy, chy­ba nie­umo­czo­ny w żad­nym to­wa­rzy­sko-łóż­ko­wo-al­ko­ho­lo­wo-biz­ne­so­wym ukła­dzie. Szko­da, że pi­sa­nie blo­ga za­wie­si­ła uwiel­bia­na prze­ze mnie Ali­cja Ko­wal­ska, dziew­czy­na, któ­ra je­śli do Pol­ski wej­dzie "Vo­gue", po­win­na na­tych­miast zo­stać jego na­czel­ną, choć jest poza mo­do­wy­mi i me­dial­ny­mi ukła­da­mi, a to w ka­rie­rze w pra­sie nie po­ma­ga. Może wró­ci do blo­go­wa­nia.

Au­to­rzy naj­lep­szych blo­gów to nie są am­bit­ne i lu­bią­ce ciusz­ki oraz lans na­sto­let­nie pa­nien­ki, to lu­dzie z wie­dzą i do­świad­cze­niem. Jako od­po­wiedź na za­lew blo­gos­fe­ry mo­do­wej po­wsta­ło wie­le al­ter­na­tyw. Moja ulu­bio­na to ar­cy­zło­śli­wa i in­te­li­gent­na, ro­bio­na w Kra­ko­wie stro­na nie­mod­ne­pol­ki.blog­spot.com oraz fa­ce­bo­oko­wa Beka z Sza­fia­rek.

Naj­słyn­niej­szą, moc­no ostat­nio lan­so­wa­ną sza­fiar­ką z prze­raź­li­wy­mi am­bi­cja­mi na by­cie pio­sen­kar­ką i ce­le­bryt­ką peł­ną gębą jest nie­ja­ka Ho­ney, czy­li Ho­no­ra­ta Skar­bek (? Ho­ney/Ho­no­ra­ta Skar­bek).

BO­HO­SIE­WICZ SO­NIA

Jed­na z lep­szych ak­to­rek swe­go po­ko­le­nia i zdu­mie­wa­ją­co nor­mal­na jak na suk­ces, któ­ry jest jej udzia­łem. Do tego, co u ak­to­rek jest rzad­ko­ścią, in­te­li­gent­na i wy­ga­da­na be­stia. Do­brze śpie­wa. Lubi ry­zy­ko­wać - była pierw­szą se­ria­lo­wą les­bij­ką w "39 i pół" i Pol­ska ja­koś to prze­ży­ła, bo Bo­ho­sie­wicz ani se­kun­dy nie szar­żo­wa­ła i nie la­ta­ła jak na­wie­dzo­na z tę­czo­wą fla­gą. Jej Na­ta­sza z "Woj­ny pol­sko-ru­skiej" po­ra­ża­ła cham­stwem i pro­stac­twem tak jak funk­cjo­na­riusz­ka SB z fil­mu "80 mi­lio­nów". Han­na Kon­do­le­wicz z "Ob­ła­wy" to ko­bie­ta z ta­jem­ni­cą i nie­okieł­zna­nym li­bi­do. Od 2007 roku i roli w fil­mie "Re­zer­wat" w czo­łów­ce ak­to­rów. Co cie­ka­we, bez skan­da­li, opo­wia­da­nia głu­pot i eks­hi­bi­cjo­ni­zmu. Ktoś wie, jak wy­glą­da­ją jej ? dzie­ci? Była se­syj­ka w "Vi­vie!" pod ty­tu­łem ja, mój mąż, na­sza ka­na­pa i dzie­ci oraz pies? Była ja­kaś re­la­cja ze ślu­bu? Albo z ran­dek? Gu­zik. Bo­ho­sie­wicz ma kla­sę i kul­tu­rę w tym, jak sprze­da­je sie­bie w me­diach. Bo ak­tor­stwo to sprze­da­wa­nie sie­bie. Ona to umie.

Mam jed­nak cza­sem pro­blem z tym, ja­kie role wy­bie­ra. Ro­zu­miem, że trze­ba pła­cić ra­chun­ki, ale niech mi ktoś wy­tłu­ma­czy, po jaką cho­le­rę był jej de­bil­ny film pod ty­tu­łem "Kac Wawa"? Albo że­nu­ją­ca i ob­ra­ża­ją­ca ją jako ak­tor­kę "Woj­na żeń­sko-mę­ska"? Jest jesz­cze kosz­ma­rek w fil­mie "Po­dej­rza­ni za­ko­cha­ni"... So­nia, WHY?

No i ta twarz... Coś przy niej chy­ba maj­stro­wa­ła (? bo­toks) i za wcze­śnie wy­szła z tym do lu­dzi, bo jej usta, za­iste, na­gle zmie­ni­ły się i nie była to zmia­na na ko­rzyść. W "Ob­ła­wie" tro­chę za bar­dzo sku­pia­ją uwa­gę wi­dza. Ja oczu ode­rwać nie mo­głam. No chy­ba że to kwe­stia cu­dow­nej nie­in­wa­zyj­nej die­ty, od któ­rej puch­ną usta i po­licz­ki... W ta­kim ra­zie ja taką die­tę też po­pro­szę.

Ale nogi ma obłęd­ne.

BO­TOKS

Tru­ci­zna usztyw­nia­ją­ca mię­śnie i da­ją­ca złu­dze­nie wiecz­nej mło­do­ści, ewen­tu­al­nie pla­sti­ko­wej lal­ki albo egip­skiej mu­mii w za­leż­no­ści od tego, co kto lubi mieć w twa­rzy. Ofi­cjal­nie uży­wa go tyl­ko ja­kieś dzie­sięć osób. Nie­ofi­cjal­nie - i aby to stwier­dzić, wy­star­czy po­rów­nać zdję­cia sprzed kil­ku lat i współ­cze­sne - nie­mal wszy­scy. Ofi­cjal­nie jest to wy­nik diet zmie­nia­ją­cych rysy twa­rzy; rze­ko­mo woda też wy­gła­dza skó­rę (ale chy­ba tyl­ko ta z Li­che­nia), nie mó­wiąc o we­ge­ta­riań­skiej die­cie, soku z mar­chwi, jo­dze i spa­ce­rach z psem. Seks też po­dob­no od­mła­dza, czy­li wy­ni­ka z tego, że więk­szość na­szych ce­le­bry­tów to sek­so­ho­li­cy albo zbo­czeń­cy - tak ma­so­wo młod­nie­ją. Nie­ofi­cjal­nie - je­śli ktoś chce wie­dzieć, kto i co so­bie robi, musi stu­dio­wać kro­ni­ki to­wa­rzy­skie w ga­ze­tach. Tam jest czar­no na bia­łym cała praw­da o wiecz­nej mło­do­ści pol­skie­go szoł­biz­ne­su. Wy­star­czy zo­ba­czyć, kto cho­dzi i z uśmie­chem po­zu­je na even­tach w licz­nych ob­fo­to­gra­fo­wa­nych kli­ni­kach me­dy­cy­ny es­te­tycz­nej, i już wia­do­mo, kto i gdzie, choć ofi­cjal­nie nikt tego prze­cież nie robi i wszy­scy żyją w zgo­dzie z na­tu­rą, pie­kąc or­ki­szo­wy chleb i sa­dząc na bal­ko­nie mar­chew. Za każ­dy taki uśmiech - je­den za­bieg albo i dwa. Wiem, bo mi też wie­le razy to pro­po­no­wa­no. Ale jak będę chcia­ła so­bie coś zro­bić, wolę dla kom­for­tu psy­chicz­ne­go za­pła­cić. Na ra­zie mnie nie stać. Może za­ro­bię na li­fting na tej książ­ce...

Ce­le­bryt­kom i ce­le­bry­tom ma­so­wo ro­sną więc usta (tak zwa­ny efekt kar­pia lub mrów­ko­ja­da), puch­ną po­licz­ki (tak zwa­ny efekt cho­mi­ka po­wsta­ją­cy w wy­ni­ku pod­nie­sie­nia ko­ści po­licz­ko­wych i żu­chwy), pod­no­szą się po­wie­ki (efekt pod ty­tu­łem "ktoś wsa­dził mi coś w od­byt i nie wiem, jak to wy­jąć, a chcia­ła­bym usiąść" - za­bieg nie­mal nie­zbęd­ny po tak zwa­ny efek­cie eski­mo­skie­go cho­mi­ka, po któ­rym trud­no zo­ba­czyć co­kol­wiek, bo oczy ro­bią się jak u Azja­ty, czy­li małe).

Opo­wia­da­no mi nie­daw­no, że ? Doda swo­je na­gle wy­dat­ne ko­ści po­licz­ko­we uspra­wie­dli­wia pu­blicz­nie tym, że tak bar­dzo chcia­ła je mieć, tak so­bie to wmó­wi­ła, że się samo zro­bi­ło. Czy­li siła woli w celu osią­gnię­cia pięk­na jest ogrom­na. Jej się sama zro­bi­ła nie­mal cała nowa twarz. Po­dob­no nie­któ­re gwiaz­dy sa­lo­nów już się nie śmie­ją, bo kie­dy się śmie­ją, koń­czą w to­a­le­cie, a to nie jest miła wi­zy­ta, szcze­gól­nie kie­dy trze­ba szyb­ko zdjąć uci­ska­ją­ce i mo­de­lu­ją­ce majt­ki. Kie­dy oglą­da się zdję­cia z im­prez, wi­dać szo­ku­ją­cy efekt kse­ro - wszyst­kie ce­le­bryt­ki za­czy­na­ją nie­po­ko­ją­co upo­dab­niać się do sie­bie i wy­glą­da­ją jak ko­lo­nia la­lek Bar­bie albo klo­ny pa­cjen­tów dok­to­ra Fran­ken­ste­ina po wzię­ciu za du­żej ilo­ści am­fe­ta­mi­ny. Iden­tycz­ne spuch­nię­te usta, krą­głe po­licz­ki, pro­ste no­ski jak ze sztan­cy, sze­ro­ko otwar­te oczy i czo­ła, na któ­rych moż­na sta­wiać kie­lisz­ki, tak są gład­kie. Po­dob­no sami mę­żo­wie już ich nie roz­róż­nia­ją, chy­ba że po gło­sie albo li­niach pa­pi­lar­nych.

Uwiel­biam pa­trzeć na dzien­ni­kar­ki in­for­ma­cyj­ne, któ­re bez wzglę­du na to, z ja­kiej są sta­cji, są iden­tycz­ne - u wszyst­kich je­dy­ną ru­cho­mą czę­ścią twa­rzy są gał­ki oczne.

Za­py­ta­ne, czy coś maj­stru­ją przy twa­rzy czy in­nych czę­ściach cia­ła, gwiaz­dy od­po­wia­da­ją wy­mi­ja­ją­co. To­masz Ja­cy­ków (? Ja­cy­ków To­masz) robi so­bie wszyst­ko, jak leci, i ko­cha o tym opo­wia­dać, tym bar­dziej że za to opo­wia­da­nie i wci­ska­nie, gdzie się da, na­zwi­ska do­bro­dziej­ki le­kar­ki ma ko­lej­ne dar­mo­we za­bie­gi albo ra­bat. Krzysz­tof Ibisz (? Ibisz Krzysz­tof), któ­re­go po­dej­rze­wa­no, że w swej pa­sji od­mła­dza­nia się za­cznie za­pra­szać lu­dzi na wła­sne pęp­ko­we, bo wy­glą­da już mło­dziej od swych ma­ło­let­nich ? dzie­ci, nadal nie ko­men­tu­je zmian w apa­ry­cji. I po­wo­li się sta­rze­je. Po wiel­kich bó­lach do po­pra­wia­nia ust przy­zna­ły się Maja Sa­blew­ska (? Sa­blew­ska Maja) i Iwo­na Wę­grow­ska. Mod­nie jest ma­sko­wać zro­bie­nie ust jed­no­cze­snym za­ło­że­niem apa­ra­tu na zęby. Że niby war­gi puch­ną, bo ma się me­tal w ustach. Jak ktoś ma pro­ble­my ze wzro­kiem i nie ma w domu in­ter­ne­tu, może się na­brać.

Biust zro­bi­ły so­bie Man­da­ry­na (po­dob­no wy­da­ła po dzie­sięć ty­się­cy zło­tych za sztu­kę) i Iwo­na Wę­grow­ska (trud­no było tego nie za­uwa­żyć - wy­le­wał się ze­wsząd). Doda biu­stu nie zro­bi­ła, tyl­ko "Ra­dzio ma­so­wał". Grunt to mąż o cu­dow­nym do­ty­ku. Ona po­dob­no w ogó­le ni­cze­go nie ro­bi­ła, a chi­rur­ga, któ­ry w pro­gra­mie "Na ję­zy­kach" czar­nym fla­ma­strem do­kład­nie za­zna­czył na jej zdję­ciu, co zmie­ni­ła (a było tego spo­ro, co na­wet go­łym okiem wi­dać, gdy po­rów­na­my jej fo­to­gra­fie sprzed kil­ku lat i obec­ne - dość szo­ku­ją­ce do­zna­nie), chce po­dać do sądu... Bę­dzie naj­za­baw­niej­szy pro­ces stu­le­cia. Krą­żą opo­wie­ści o tym, jak wie­le uczest­ni­czek "Tań­ca z gwiaz­da­mi" (? "Ta­niec z gwiaz­da­mi") ro­bi­ło so­bie od­sy­sa­nie tłusz­czu z ple­ców , bo nie wy­pa­da­ło stra­szyć mi­lio­nów wi­dzów wał­ka­mi tłusz­czy­ku od tyłu. Od­sy­sa się tłuszcz z brzu­cha i ud - to po­dob­no za­bieg tak po­wszech­ny jak bo­toks. Ostat­nio Edy­ta Gór­niak (? Gór­niak Edy­ta) uzna­ła za sto­sow­ne przy­znać się do po­pra­wie­nia ust. Trud­no, żeby tego nie zro­bi­ła - jej usta to od lat in­dy­wi­du­al­ny byt, mają już swój nu­mer PE­SEL i pierw­sze wcho­dzą do po­ko­ju, a do­pie­ro po nich ona. Uza­sad­ni­ła to tym, że była smut­na. Aż strach my­śleć, co robi, gdy jest we­so­ła.

Wierz­cie lub nie, ale zo­ba­cze­nie nie­któ­rych zna­nych osób z bli­ska i bez ta­pe­ty skut­ku­je de­pre­sją i mo­cze­nia­mi noc­ny­mi. Niby wi­dzie­li­śmy już wszyst­ko i je­ste­śmy przy­go­to­wa­ni na wszyst­ko, ale są rze­czy, któ­rych nie wy­my­śli­li­by se­ryj­ni mor­der­cy.

BRA­CIA FIGO FA­GOT

Je­stem pod wra­że­niem. Ogrom­nym. Śpie­wam ich pio­sen­ki i dla­te­go tu­taj są. Daw­no nie było w pol­skiej sa­ty­rze, ka­ba­re­cie cze­goś TA­KIE­GO. To rze­ko­mo "di­sco polo dla in­te­li­gen­ta", a w rze­czy­wi­sto­ści po­wiew świe­żo­ści, cze­goś na­praw­dę za­baw­ne­go. Bra­cia Figo Fa­got to dla mnie al­ter­na­ty­wa, kwin­te­sen­cja kon­te­sta­cji ota­cza­ją­cej rze­czy­wi­sto­ści, któ­rą je­śli jej zmie­nić nie moż­na, moż­na cho­ciaż ob­śmiać, za­ata­ko­wać jej wła­sną bro­nią. Ki­czem w kicz. To dzia­ła. Są też tacy, któ­rzy uwa­ża­ją, że Bra­cia Figo Fa­got to ze­spół pun­ko­wy. Jak zwał, tak zwał, we­dług mnie - re­we­la­cja, hit nie tyl­ko se­zo­nu, ale na lata. I do­wód na to, że moż­na być zna­nym, na­gry­wać pły­ty, sprze­da­wać je oraz tra­sy kon­cer­to­we i nie lan­so­wać się na im­pre­zach.

Bra­cia Figo Fa­got to Bar­tosz Wa­la­szek i Piotr Po­łać. Wzię­li się z se­ria­lu ko­me­dio­we­go "Ka­li­ber 200 volt" po­ka­zy­wa­ne­go w sta­cji Re­bel TV. Tam w każ­dym od­cin­ku ro­bio­no te­le­dysk w ma­nie­rze di­sco polo ze wszyst­kim tym, co nam się z owym ga­tun­kiem mu­zycz­nym ko­ja­rzy. Czy­li pa­no­wie ru­basz­ni w sty­lu wie­śniac­kie­go ma­cho, tekst pro­sty o mi­ło­ści, bez ob­cia­chu, jak trze­ba, to z wy­ra­za­mi. No i mu­zy­ka - kla­sycz­ne umpa-umpa, ba­nal­ne do bólu, ale nóż­ki same cho­dzą, choć trosz­kę wstyd. Ale kto nie lubi skocz­nych pio­se­nek o mi­ło­ści, no, kto?

Ze­spół za­de­biu­to­wał w 2011 roku na IV Fe­sti­wa­lu Twór­czo­ści Że­nu­ją­cej Za­cie­ra­lia, ale fak­tycz­nie po­wstał w roku 2012. I od razu z siłą wo­do­spa­du z re­klam ta­ble­tek do pro­tez zdo­był pu­blicz­ność. Mnie też.

W maju 2012 roku wy­da­no ich pierw­szą pły­tę - "Na bo­ga­to­ści". Wy­daw­ca był ten sam, co Kul­tu i Ka­zi­ka. To wca­le nie jaja, to real. Bar­dzo szyb­ko ta świet­na pły­ta do­tar­ła do siód­me­go miej­sca na li­ście naj­chęt­niej ku­po­wa­nych płyt w Pol­sce. Wy­nik, o ja­kim bo­ha­ter­ki pla­sti­ko­wych okła­dek mogą je­dy­nie ma­rzyć. Daje do my­śle­nia...

"O Boże, Boże, Bo­żen­ko, zdra­dzi­łaś mnie z Cy­ga­nem..." to szla­gwort, któ­ry łazi za mną od roku. Kto nie wi­dział "Bo­żen­ki", ten cie­nias. Niech to nad­ro­bi. Ale niech nie bie­rze wszyst­kie­go na po­waż­nie, bo ten ze­spół, jego ge­nial­na sty­li­sty­ka to wiel­ki test na dy­stans i na­sze ? po­czu­cie hu­mo­ru. Trze­ba też ko­niecz­nie po­słu­chać, a jesz­cze le­piej - zo­ba­czyć te­le­dysk do pio­sen­ki "Zo­bacz dziw­ko, co na­ro­bi­łaś". Bra­ciom part­ne­ru­je tam nie­ja­ki Szte­fan Wons, czy­li Cze­sław Mo­zil (? Mo­zil Cze­sław). Wy­stą­pi on go­ścin­nie na pły­cie ze­spo­łu, któ­ra ma się uka­zać w 2013 roku.

Rok 2013 może być ich. Ży­czę im tego bar­dzo. ? Doda, Gór­niak (? Gór­niak Edy­ta) i inne wy­dmusz­ki po­win­ny za­cząć się bać. Po­ko­na ich ktoś sto razy lep­szy, ład­niej­szy i bar­dziej sek­sow­ny od nich. Idzie nowa era.

Roz­ma­rzy­łam się...

BRAU­NEK MAŁ­GO­RZA­TA

Gwiaz­da ab­so­lut­na. Gdy­by urok oso­bi­sty moż­na bu­tel­ko­wać i sprze­da­wać, ona by­ła­by mi­liar­der­ką. Uśmiech wart mi­lio­ny i hip­no­ty­zu­ją­ca twarz. Naj­lep­sza am­ba­sa­dor­ka bud­dy­zmu w Pol­sce. Gra­ła u An­drze­ja Waj­dy, An­drze­ja Żu­ław­skie­go, Wi­tol­da Lesz­czyń­skie­go czy Je­rze­go Hof­f­ma­na. Kie­dy oka­za­ło się, że ma za­grać Oleń­kę w "Po­to­pie", w Pol­sce o mało nie do­szło do krwa­wych za­mie­szek. Tak, kie­dyś u nas na­praw­dę ko­cha­ło się fil­my i ak­to­rów... U szczy­tu ka­rie­ry, w 1978 roku, po za­gra­niu w fil­mie "Wej­ście w nurt" prze­rwa­ła ka­rie­rę. Trze­ba było mieć na­praw­dę sil­ny cha­rak­ter i mo­ty­wa­cję, żeby po­wie­dzieć so­bie: "już mnie to nie bawi". I nie ba­wi­ło jej to aż do roku 2004 i do ge­nial­nej roli w fil­mie "Tu­li­pa­ny" Jac­ka Bor­cu­cha. To był wy­ma­rzo­ny po­wrót na wiel­ki ekran, na­gro­dzo­ny mię­dzy in­ny­mi Or­łem. Jej zmy­sło­wy mi­ło­sny duet z Ja­nem No­wic­kim wart jest każ­dych pie­nię­dzy i nie spo­sób się w tej pa­rze nie za­ko­chać. A sce­na, kie­dy idą ze sobą, wresz­cie, do łóż­ka... cudo! Wi­dzia­łam ten film z dzie­sięć razy, za­wsze z po­dob­nym uczu­ciem za­chwy­tu. Te­raz Brau­nek z suk­ce­sem cza­ru­je wi­dzów w se­ria­lu "Ży­cie nad roz­le­wi­skiem".

Jej ży­cie to te­mat na film albo i se­rial, ale taki pew­nie nig­dy nie po­wsta­nie, bo Brau­nek, je­śli już o so­bie mówi, to z dy­stan­sem i kul­tu­rą oraz sza­cun­kiem mię­dzy in­ny­mi do by­łych part­ne­rów ży­cio­wych. Mia­ła trzech mę­żów, ma dwo­je uda­nych ? dzie­ci i tyle o niej wie­my. Re­kla­mu­je kre­my prze­ciw­zmarszcz­ko­we tak sku­tecz­nie, że chce się je jeść łyż­ką, jest we­ge­ta­rian­ką i wal­czy o pra­wa zwie­rząt. W cza­sach po­prze­bie­ra­nych w cu­dze ciu­chy gwiazd ona ubie­ra się nor­mal­nie. Nor­mal­ność to w ogó­le jej znak roz­po­znaw­czy.

Jest ży­wym do­wo­dem na to, że nie trze­ba przy­po­mi­nać lal­ki z sex sho­pu, żeby zro­bić ka­rie­rę, oraz na to, że kla­sa sprze­da­je się naj­le­piej. I brak sztucz­nej na­pin­ki. Bo to jed­na z naj­nor­mal­niej­szych i naj­bar­dziej wy­lu­zo­wa­nych osób, ja­kie dane mi było po­znać. Ro­bi­łam z nią kie­dyś wy­wiad i po­my­śla­łam so­bie wte­dy, że gdy­bym była fa­ce­tem, to wy­sy­ła­ła­bym jej co ty­dzień bu­kiet kwia­tów. Ot tak. Bo jest tego war­ta.

BROD­KA MO­NI­KA

Ar­ty­stycz­ny gej­zer naj­wyż­szej kla­sy. W ma­łym cie­le wiel­ki duch i me­ga­ta­lent oraz nie­zły cha­rak­te­rek. Zo­ba­czy­łam ją po raz pierw­szy w "Ido­lu". Sta­ła na sce­nie mała i har­da. Bar­dzo uro­dzi­wa. I zdol­na. BAR­DZO zdol­na. Dzi­siaj to ka­wał sa­mo­dziel­nie my­ślą­cej ar­tyst­ki peł­ną gębą. Brod­ka wie­le osób wkur­wia, i to strasz­nie. Mo­że­cie na­słu­chać się o niej nie­sa­mo­wi­tych opo­wie­ści. Nic dziw­ne­go - jak ktoś ma swo­je zda­nie, musi być albo nie­speł­na ro­zu­mu, albo nie­nor­mal­ny, ewen­tu­al­nie - mieć par­szy­wy cha­rak­ter. Ja ro­zu­miem to, że Brod­ka bez­kom­pro­mi­so­wo wal­czy o swo­je. Sama ucho­dzę za taką, co ma par­szy­wy cha­rak­ter i jest nie­nor­mal­na.

Brod­ka nie jest głu­pia. W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści swo­ich ko­le­ża­nek po fa­chu nie my­śli tyl­ko o ka­sie, a na przy­kład - czy­ta umo­wy, za­nim je pod­pi­sze, i twar­do ne­go­cju­je. Sama wi­dzia­łam, jak skru­pu­lat­nie wy­kre­śla z umów pola eks­plo­ata­cji na­gra­ne­go z nią ma­te­ria­łu, co po­wo­do­wa­ło u pro­du­cen­tów my­śli co naj­mniej mor­der­cze. Nic dziw­ne­go, że w nie­któ­rych krę­gach może mieć fa­tal­ną opi­nię. To tyl­ko po­twier­dza, jak wiel­ki suk­ces od­nio­sła. Wie, co, kie­dy i do kogo mówi. To jed­na z nie­wie­lu osób w pol­skim szoł­biz­ne­sie, któ­ra w me­diach nie opo­wia­da bred­ni, nie jest wy­kre­owa­nym od po­cząt­ku do koń­ca sztucz­nym two­rem ga­da­ją­cym jak ro­bot tyl­ko to, co mu każą. Żad­na z niej ma­zo­wiec­ka Whit­ney Ho­uston czy pro­win­cjo­nal­na Lady Gaga. Nie jest też me­dial­ną dziw­ką, któ­ra w imię ra­ba­tu na to­reb­kę albo buty, za­ra­bia­nia na ko­lej­ne głu­po­ty i ro­bie­nia ka­rie­ry sprze­da wszyst­ko łącz­nie z wy­dzie­li­na­mi. Brod­ka sprze­da­je mu­zy­kę i sie­bie po­przez to. W spro­sty­tu­owa­nym i sztucz­nym świe­cie bez za­sad to rzad­kość. Sza­nu­ję ją za to. Pu­blicz­ność też, o czym świad­czy fakt, że na­wet w cza­sach kry­zy­su nadal ku­pu­je jej pły­ty. To się na­zy­wa suk­ces.

BRO­DZIK JO­AN­NA

Pol­ska dziew­czy­na z są­siedz­twa. Mo­gła­by wy­kła­dać na uni­wer­sy­te­tach przed­miot "jak być jed­ną z uko­cha­nych pol­skich gwiazd bez roz­kład­nia nóg w każ­dej ga­ze­cie". Mimo ab­so­lut­nej roz­po­zna­wal­no­ści nie­mal nic o niej nie wie­my. Na po­cząt­ku ka­rie­ry wy­gra­ła kil­ka pro­ce­sów z bru­kow­ca­mi, któ­re te­raz pi­szą o niej albo do­brze, albo wca­le. Nie robi usta­wek z pa­pa­raz­zi­mi, nie dzwo­ni do ga­zet z new­sa­mi, nie do­no­si na ko­le­żan­ki. Poza tym nie uświad­czysz jej wy­próż­nia­ją­cej się pu­blicz­nie, klną­cej ani wrzesz­czą­cej tak­że dla­te­go, że nie­mal nie bywa na im­pre­zach. Do­sko­na­le zna swo­ją war­tość. Przez to wie­lu wku­rza.

Mia­ła to szczę­ście, że zna­la­zła się w od­po­wied­nim cza­sie w od­po­wied­nim miej­scu. Mo­gła bo­wiem stać się sy­no­ni­mem ki­czu i gwiazd­ką jed­ne­go se­zo­nu po po­ka­za­niu oka­za­łe­go biu­stu w "Dzie­ciach i ry­bach" albo po wy­gra­niu kon­kur­su "Z Ci­ne­ma do Can­nes", któ­ry me­dial­nie ro­bił z niej ta­nią seks­bom­bę bie­ga­ją­cą po can­neń­skiej pla­ży w mo­krej bluz­ce. W 2002 roku szczę­ście się do niej uśmiech­nę­ło uśmie­chem jak z ob­raz­ka - za­gra­ła w se­ria­lu, któ­ry na za­wsze od­mie­nił men­tal­ność Po­la­ków i jej ży­cie. Był to se­rial pod ty­tu­łem "Ka­sia i To­mek". Cała Pol­ska zwa­rio­wa­ła na punk­cie Bro­dzik. Dziew­czy­ny chcia­ły się tak ubie­rać, cze­sać i ma­lo­wać jak ona. Z dru­go­pla­no­wej, ład­nej i sek­sow­nej dziew­czy­ny awan­so­wa­ła w kil­ka ty­go­dni na gwiaz­dę pierw­szej ligi. I co cie­ka­we - spe­cjal­nie jej nie od­bi­ło, wy­ka­za­ła się zdro­wym roz­sąd­kiem i wy­obraź­nią. Ani "Viva! Naj­pięk­niej­si", ani Te­le­ka­me­ry i inne sta­tu­et­ki nie za­tar­ły jej ostro­ści pa­trze­nia na szoł­biz­ne­so­we szam­bo.

Po­szła za cio­sem i za­gra­ła w "Mag­dzie M.", gdzie ca­ło­wa­ła się z Ma­ła­szyń­skim (? Ma­ła­szyń­ski Pa­weł). A po­tem po­ja­wi­ła się w "Domu nad roz­le­wi­skiem" - do­brym se­ria­lu na pod­sta­wie hi­to­wej po­wie­ści, któ­ry rów­nież od­niósł suk­ces, choć nie po­wstał w TVN, gdzie po odej­ściu do kon­ku­ren­cji wró­żo­no jej ry­chły ko­niec. Pol­ska jed­nak zno­wu osza­la­ła i sza­le­je nadal, oglą­da­jąc "Mi­łość nad roz­le­wi­skiem" i "Ży­cie nad roz­le­wi­skiem", choć ta­blo­idy cza­sem lu­bią na­pi­sać, że "Bro­dzik się koń­czy". Ale są­dząc po tym, jak pro­wa­dzi swą ka­rie­rę, nie skoń­czy się jesz­cze dłu­go. Tyl­ko niech już nie pro­wa­dzi pro­gra­mów o go­to­wa­niu. I niech nie opo­wia­da w re­kla­mach, że "wy­gląd to pod­sta­wa". Ja wiem, że to za pie­nią­dze, ale...

To nie jest wy­bit­na ak­tor­ka, to jest ak­tor­ka po­pu­lar­na i ma­ją­ca to "coś", co wy­star­czy za ta­lent na mia­rę Osca­ra. Aśkę Bro­dzik się po pro­stu lubi i już. Ja ją lu­bię i ży­czę jej jak naj­le­piej. Ma to, cze­go nie da się ku­pić w skle­pie - sza­cu­nek od­bior­ców. Może dla­te­go, że nie wie­my o niej wie­le, że nie kup­czy sobą w me­diach. To bez­cen­ne. Aśka ma w du­pie, co o niej pi­szą. Jest in­te­li­gent­na i nie prze­szka­dza jej to w wy­ko­ny­wa­niu za­wo­du.