Bomba. Alfabet polskiego szołbiznesu - Karolina Korwin-Piotrowska


Reflow text when sidebars are open.
ADAMCZYK PIOTR
Wybitny aktor i bardzo fajny facet. Mistrz dubbingu, patelni i opowiadania dowcipów, po których mięśnie brzucha bolą miesiąc. Ostatnio trochę w zawodowym i prywatnym dołku. A wielka szkoda. On, który nigdy nie ujawniał szczegółów swego życia prywatnego, nagle podkuszony przez kogoś bardzo sprytnego i źle mu życzącego zdecydował się na ślubną sesję i okładkę w kolorowej gazecie. Był to dramat na całej linii, tym większy, że Piotrek tego nigdy wcześniej robić nie musiał. Bo jak ma się taki talent, to się nie musi. Po prostu. A że zbiegło się to z ewidentnym przesytem jego osobą w mediach, bo pełno go było w telewizjach wszelkich, serialach i kronikach towarzyskich, efekt był łatwy do przewidzenia. Media dają mu popalić, jemu i jego żonie. Do tego superról jakoś nie ma, wręcz przeciwnie, raczej ostatnio same bolesne wtopy, a więc paparazzi śledzą go jak jakieś yeti, co na pewno nie jest miłe. To się nazywa, proszę Państwa, zły timing na całej linii.
A aktor to, jak napisałam, przedni. Uszedł z życiem i z wielką klasą po zagraniu ról Jana Pawła II czy Chopina. Każdy inny poddałby się, ale nie on. Z epizodu w mdłym filmie "Listy do M." robi smakowitą perełkę. Jest przecudną Żabcią w "Przepisie na życie", megasukinsynem w "Czasie honoru", słodkim dupkiem w "Testosteronie" i cudownym kryptogejem w "Lejdis". Genialnie ratuje nieudanego "Naznaczonego" i równie nieudany "Święty interes". Nawet w manierycznym "Hansie Klossie" jest smaczny. Ale niech mi ktoś powie, dlaczego zagrał w czymś tak złym, jak "Bitwa pod Wiedniem", "Och, Karol 2" czy koszmarne i uwłaczające jego talentowi "Śniadanie do łóżka"? Naprawdę, kiedy oglądałam "Och, Karol 2", chciało mi się płakać... i pomyślałam, że byłoby strasznie, gdyby on poszedł tą drogą, drogą wyboru fatalnych ról pod publiczkę i dla kasy oraz marnej sławy. Bardzo Piotrka lubię i cenię. On nigdy nie aspirował do bycia bohaterem taniej sensacji i tabloidów. Jego ambicje były gdzie indziej. Ma, co prawda, rękę do lansowania kobiet u swojego boku - wie coś o tym Anna Czartoryska (? Czartoryska Anna), podobno lansuje teraz swoją żonę Kate Rozz, ale to nie powinno zamącić mu kariery. Oby wyszedł na prostą. Zasługuje na to.
AGENCI
W Polsce - wielka ściema. Teoretycznie są i ostro się rządzą, w praktyce w przeważającej większości traktują swych podopiecznych jak bankomaty. Mają przynosić dochody, regularnie i za każdą cenę. Na polskim rynku niewielu jest agentów z prawdziwego zdarzenia, znających się na swojej pracy, szanujących swego klienta, który czasami wymaga specjalnej troski, planujących kariery tych, u których są na procencie. Tacy specjaliści czasem każą się zamknąć, zniknąć, zamilknąć. Albo wysyłają na detoks czy terapię. Traktują swoich klientów po ludzku, po prostu. Większość z agentów to życiowe i zawodowe niezdary z kompleksami i ogromnym apetytem na więcej i więcej. Zmorą są byłe fanki artystów, które zostają ich agentkami. Nie umieją nic, kochają ślepo i głupio, a wstydu potrafią narobić na cały kraj. Trzeba też uważać na życiowych partnerów, którzy zostają agentami, bowiem w większości to nie działa i jest podszyte niezdrowymi emocjami. Zasada gdzie rabotajesz, tam bzykajesz, niestety, dla takich związków się sprawdza i tych, którzy usiłują coś załatwić, stawia w kiepskiej sytuacji. No, może z wyjątkiem Janusza Gajosa (? Gajos Janusz) i Roberta Gawlińskiego. Ale ich wspaniałe żony to wyjątki potwierdzające tę smutną regułę.
Agent z prawdziwego zdarzenia nie dopuszcza do medialnych wpadek, a jeśli są, bo mają prawo się zdarzyć, natychmiast gasi sytuację. I niekoniecznie polega to na straszeniu prawnikami, bo taka taktyka na nikogo nie działa. Gwiazda nie musi być intelektualistą z wyczuciem stylu i do tego dobrze wychowanym. Agent bierze pieniądze za to, aby jej wszelkie braki tuszować i ratować ją z opresji, oraz za planowanie jej kariery. Konia z rzędem temu, kto znajdzie w Polsce agenta, czy to z działu muzyka, aktorstwo czy estrada, który jest w stanie powiedzieć, co jego podopieczny będzie robił za rok, dwa lata i jakie są plany jego rozwoju. Wolna amerykanka, czyli wolne żarty. Świetną agentką, wybitną specjalistką od gaszenia medialnych pożarów i niepokazywania publicznie licznych wpadek swych podopiecznych była Maja Sablewska (? Sablewska Maja). Najlepszymi agentami są ci związani latami z jednym artystą, znacznie częściej spotykani w świecie muzyki niż aktorskim, na przykład agenci ? Kayah, Agnieszki Chylińskiej (? Chylińska Agnieszka), zespołu Hey, Anny Marii Jopek (? Jopek Anna Maria) czy T.Love. Na pewno najlepszy, jeśli chodzi o tak zwane keszowanie popularności, jest Filip Mecner. To agent między innymi Anny Muchy (? Mucha Anna), która jest żywym słupem reklamowym.
Ostatnio praca tak zwanego agenta, jak zauważyłam, często ogranicza się do załatwiania w mediach ustawek z paparazzimi, zaproszeń na zakupy z rabatami czy układów z firmami na zasadzie barteru albo półbarteru, czyli my tobie, droga gwiazdo, damy sukienkę, meble dla dziecka, wyprawkę, torebkę albo zegarek, może jakaś kaska nawet na konto wpłynie, a ty nam - materiał w gazecie, ślub, wizytę w myjni samochodowej, w gabinecie kosmetycznym, baby shower, zdjęcie w kronice towarzyskiej. Jednak kiedy zdarza się jakaś wpadka, agent od faktur ze świnką skarbonką zamiast mózgu jest kompletnie bezradny w zetknięciu z mediami. Ostatnią agentką, która walczyła jak lwica o piar, role i stawki dla swych aktorów, była niegdyś bardzo kontrowersyjna, ale za to niezwykle skuteczna Lucyna Kobierzycka. Dziś takich agentów już nie ma.
Jeśli artysta obdarzony jest talentem i inteligencją (? inteligencja), w Polsce agenta nie potrzebuje. Lepiej wydawać pieniądze na dobrego prawnika, który wie, jak czytać i negocjować umowy. Znam kilkunastu aktorów, którzy tak funkcjonują i bardzo to sobie chwalą.
ANDRUS ARTUR
Udowadnia, że można zarabiać w Polsce, nie będąc pustym kretynem, nie biegając po imprezach dla ekshibicjonistów i nie mając sztucznych cycków, bowiem jego płyta "Myśliwiecka" była najchętniej kupowana w 2012 roku. Płyta ta zyskała status podwójnej platyny, o czym lansowane nachalnie na okładkach i w mediach pseudogwiazdy mające problem ze złożeniem prostego zdania mogą jedynie pomarzyć. "Piłem w Spale, spałem w Pile", "Glanki i pacyfki" albo "Królowa nadbałtyckich raf" to są autentyczne hity i wiele wskazuje na to, że hity na lata, bo takie piosenki się nie starzeją.
Absolwent Wydziału Dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, dziennikarz i satyryk od zawsze, czyli od 1994 roku, związany z radiową Trójką. Człowiek wybitnie inteligentny i oczytany, do tego megadowcipny, choć nie chamski, co ostatnio zbyt częste. Spotkałam go kiedyś w pracy z okazji wywiadu do programu, który robiłam, i to było, przynajmniej dla mnie, cudowne spotkanie z ciekawym człowiekiem, którego wiedza mi zaimponowała. Jest on bowiem znawcą historii polskiego kabaretu i autentycznym mistrzem mowy polskiej.
Ma zdolności aktorskie - jego Jonathan Owens ze "Spadkobierców" to rola na miarę chęci i możliwości. Pogadać też mądrze potrafi, o czym świadczy książka "Każdy szczyt ma swój Czubaszek" - przezabawna i inteligentna rozmowa z Marią Czubaszek (? Czubaszek Maria), z którą łączy go intelektualny i burzliwy romans z wyższych sfer. Ta książka też była bestselerem, udowadniając czarno na białym, że nie wszyscy Polacy to bezmózgi. Artur Andrus wzbudza we mnie nadzieję na to, że człowiek bez karpich ust i wyprasowanej twarzy, za to umiejętnie używający swego mózgu i inteligencji (? inteligencja) oraz dowcipu może być prawdziwą i szanowaną gwiazdą w Polsce.
Więcej takich.
APARTAMENT
Polskie gwiazdy bez względu na stan konta i status zawodowy nie mieszkają już w zwykłych, szaraczkowych mieszkaniach, nie daj Bóg w blokach z wielkiej płyty, obskurnych kawalerkach, tylko w apartamentach. Pokaż mi swój apartament, a powiem ci, kim jesteś. Ja nie mieszkam w apartamencie, na co jeden mój były kolega z pracy zareagował z nieukrywanym obrzydzeniem, mówiąc: "No wiesz, myślałem, że chociaż mieszkasz w jakimś czystym nowym domu z portierem". No, nie mieszkam. I nie jesteśmy już na szczęście kolegami.
W kilku programach telewizyjnych gwiazdy pokazywały swoje apartamenty. Wypas był maksymalny. Obowiązkowo urządzone przez architektów wnętrz, bo samemu latać po IKEI albo wybierać kafelki to obciach. Obowiązkowa jest garderoba, a w niej obowiązkowe markowe torebki, najlepiej Louis Vuitton albo Dior, i szpilki Louboutin w ilościach hurtowych, bo po tym poznasz gwiazdę. Nowoczesne kuchnie, w kibelkach ładne kafelki i jacuzzi, obowiązkowe, jak w hollywoodzkich rezydencjach, wielkie i wygodne kanapy w salonach i zwyczajowo bardzo mało (albo wcale, bo się pewnie kurzy, a każdy lata teraz przecież z białą rękawiczką i sprawdza) gazet czy kompletnej intelektualnej ekstrawagancji, czyli książek. Za to w każdym mieszkaniu był wielki plazmowy telewizor. Albo i dwa.
O KAROLINIE KORWIN PIOTROWSKIEJ POWIEDZIELI...
Jej ataki na podobnie smutnym poziomie dotyczą nie tylko mnie, ale i wielu innych osób. (...) Takim postępowaniem wydaje ona opinię przede wszystkim sama o sobie. Z przykrością więc muszę zgodzić się z opinią większości, iż jest to kobieta głęboko nieszczęśliwa, z ogromnym problemem nienawiści do ludzi.
Katarzyna Skrzynecka ("Dziennik", wrzesień 2009 r.)
Proszę o niecytowanie Karoliny Korwin Piotrowskiej, bo to dla mnie jest na tyle negatywna postać w mediach i tak nieżyczliwa ludziom, że nie chciałabym w ogóle na temat tej osoby rozmawiać, bo nic dobrego nie mogłabym powiedzieć. Ona nie jest żadnym autorytetem i nigdy w życiu nie będzie.
Katarzyna Skrzynecka ("Super Express", 4 sierpnia 2012 r.)
Akurat Karolina od lat wykorzystuje fakt, że kompletnie ją ignoruję i lekceważę jej żenujące próby wyszydzania i zniesławienia mnie - lub nas - na łamach mediów. Takie osoby określam jako ciężko chore na nienawiść do ludzi. Ten zalew jadu na umysł musi chyba strasznie boleć. Rozmaici ujadacze niech tam sobie brzęczą, co chcą, a my jesteśmy zajęci śpiewaniem turli-laj, turli-laj i zabawą w noski. To o wiele ciekawsze.
Katarzyna Skrzynecka ("Viva!", marzec 2012 r.)
Rozumiem, że jej sylwetka narzuca pewne ograniczenia, ale nie jest to powód, aby z kolei narzucać na siebie takie wstrętne ciuchy. Karolina nie ma za grosz stylu, nawet tego złego. Oddała się w ręce specjalistów i wyszło jeszcze gorzej, niż było: włosy na donicę, nos na kwintę i wiecznie skwaszona mina.
Karolina Malinowska ("Party", 23 stycznia 2012 r.)
To jest nikt. To jest osoba, która jest psychicznie chora. Nikt normalny nie obrzuca bluzgami innych. Ja myślę, że ta pani powinna po prostu się leczyć. Nas to nie interesuje, co ona mówi, nawet nie chcę wiedzieć. Ciemna strona telewizji to nie są tacy ludzie, bo taka osoba w ogóle nie powinna pracować w mediach i nie wiem, kto w ogóle jej daje możliwość wypowiadania się, to już jest smutne, że ktoś jej daje możliwość wypowiadania się na temat innych osób, których ona kompletnie nie zna.
Paulina Smaszcz-Kurzajewska (celebryci.wp.pl, 27 października 2012 r.)
Prasa szumnie doniosła: "Dramat Karoliny Korwin Piotrowskiej". Wezbrały we mnie najgorsze lęki o życie jej albo jej bliskich, a tu nagle czytam dalej: "Musi schudnąć do programu". Nieprawda. Każdy, kto widział uczestniczki "Top Model", wie, że nie musi.
Kuba Wojewódzki ("Polityka", 21 czerwca 2011 r.)
To może być hit. Mariusz Kałamaga, niesforny lider formacji Łowcy. B, poprowadzi własny program (...) "Nie rób tego w domu", a Mariusz będzie gotował jajka w klimatyzacji czy fajerwerki w mikrofalówce. Patronem show jest Straż Pożarna. Próby do widowiska odbywały się wcześniej w domach Szymona Majewskiego i Karoliny Korwin Piotrowskiej.
Kuba Wojewódzki ("Polityka", 27 lutego 2012 r.)
Będziemy tęsknić za Karoliną. Był to ostatni wolny człowiek w tym programie. Absolutnie wolny zarówno od słowa "top", jak i "model".
Kuba Wojewódzki ("Polityka", 23 maja 2012 r.)
W mediach, tak jak i wszędzie, są ludzie, którzy najpierw mówią lub piszą, a dopiero później myślą. Coś takiego regularnie zdarza się między innymi Karolinie Korwin Piotrowskiej czy też małżeństwu Janiaków... Nikt nie może zmusić dziennikarki do tego, żeby myślała o tym, co pisze lub mówi.
Tomasz Kammel ("Viva!", 12 listopada 2009 r.)
Dziwi mnie, że kobieta, która jest bardzo wykształcona, bierze udział w takiej szmirze. Mało tego - stara się wykazać w jakiś sposób! Być może dlatego, że wygląda jak Harry Potter. Być może dlatego, że jest mężczyzną. Nie wiem, jest to przykre i żałosne. Dla mnie, Karolino, jesteś ścierwem.
Michał Wiśniewski (mwisniewski.blog.onet.pl, 23 sierpnia 2007 r.)
No, cóż miałbym powiedzieć Babie, która już zdobyła niegdyś zaszczytny tytuł "Ścierwa Roku". Musiała być okropnie sfrustrowana po stracie pracy zarówno w Plejada.pl, jak i "Top Model". Nikt jej nie chce. A to boli, więc trzeba się dowartościować wylewaniem żółci. Po całości. I tak dyplomatycznie, pozwolicie kochani, że przyznam, że chciałbym jej przyznać tytuł "Głupia Cipa Roku", ale ze względu na względną kulturę osobistą tego nie zrobię.
Michał Wiśniewski (blog, styczeń 2012 r.)
Kochani, "Karolina z Piotrkowa" ma syndrom tak zwanej najbrzydszej dziewczyny w klasie - rozumiecie, co mam na myśli. Wystartowała w dziennikarstwie mniej więcej równolegle z panią Olejnik, a zobaczcie, kim stała się pani Olejnik, a gdzie jest "Karolcia". Zobaczcie, jak zawiść brzydko się starzeje. Nieurodziwa, bez partnera życiowego, bez dziecka. Jest agresywna, bo chce być widoczna. Nigdy nie będzie autorytetem. My już to wiemy. Ona jeszcze nie...
Edyta Górniak (Facebook, listopad 2012 r.)
...o Korwin Piotrowskiej i Robercie Kozyrze mogę bez żadnych wątpliwości powiedzieć: CHAMSTWO. (...) To, co mnie WQURWIŁO w tym artykule to, że bronią jej hieny polskiej małomiasteczkowości. Obrzydliwa w swoich wypowiedziach, przez co i zdewaluowana Korwin Coś Tam i Były Rycerz Na Białym Koniu Sir Robert Kozyra. Wydaje im się, że są autorytetami w tej zasranej zawiścią Polsce, a w rzeczywistości są nikim. Kupą gówna z przewagą kupy co najwyżej. Ona wygląda jak "Wyjdź Stąd" i to nie tylko przez swoje zgryźliwe i nieprawdziwe wypowiedzi, a On ubrany w podrabianą Pradę tłamsił przez lata zdolnych tego kraju w Zetce, aby tylko nic nie osiągnęli. Zero w sensie.
Michał Wiśniewski (Facebook, styczeń 2013 r.)
CELIŃSKA STANISŁAWA
W 1970 roku miała dwadzieścia trzy lata i świat u swoich stóp. Zadebiutowała jako Żydówka Nina u boku Daniela Olbrychskiego (? Olbrychski Daniel) w genialnym filmie Andrzeja Wajdy "Krajobraz po bitwie". Była śliczna, zdolna, bardzo młoda i jak sama mówi dzisiaj - bardzo przestraszona. Polskie kino nie miało takiej aktorki. Z tajemnicą, niby zwyczajnej, a szlachetnej, ciekawej, intrygującej. Z wrodzoną kulturą, ale gotowej na każdą przemianę. W jednej chwili prawdziwa dama, za moment uduchowiona jak poetka, a po chwili - wulgarna dziwka. To trzeba umieć, by nie otrzeć się o banał. To wielka aktorka. Była, jest i będzie nią zawsze.
Dzisiaj Stanisława Celińska przeżywa drugą młodość. Pokazuje, że kariera nie ma metryki. Że liczy się człowiek, jego historia i talent.
Kim jest dla mnie? Rosłam z nią u boku. Była ze mną przez całe moje życie i nie mam nic przeciwko temu, by została do końca. Myślę, że to ktoś taki, u kogo w domu dostałabym na obiad pomidorową, naleśniki i pyszny kompot wiśniowy. Ktoś, u kogo zawsze jest dom. Kojarzy mi się ze spokojem, wewnętrzną siłą i wielką pokorą. To wartości, do których tęsknię.
Zagrała niesamowicie dużo ról - filmowych, teatralnych, telewizyjnych i w dubbingu. Tytan pracy. Co trzeba zapamiętać? Na pewno genialny film "Nie ma róży bez ognia", gdzie z powalającego prostactwa uczyniła atrakcyjny i miły dla oka walor, Helę z "Zaklętych rewirów", cudowną, porywająco naiwną, ale i mądrą Agnieszkę Niechcic z "Nocy i dni", wspaniałą, nostalgiczną Zosię z "Panien z Wilka", kochliwą i nadętą nauczycielkę Bożenę Lewicką z serialu "Alternatywy 4" czy emocjonalną Lusię z serialu "Zmiennicy".
Jej bohaterki to nie są miłe panie - bywają głupie, chamskie, naiwne i wkurzające, ale Celińska ma cudowny dar: czyni je ludzkimi, uczłowiecza nawet najgorsze ich cechy, usprawiedliwia ich postępowanie. Ostatnio zachwyciła mnie w filmie "Katyń" w roli Stasi - gospodyni u generałowej, która staje się w powojennych czasach wielką panią i swej byłej pracodawczyni przywozi po wojnie szablę jej zamordowanego w Katyniu męża... Zaledwie kilka scen, a zostaje w pamięci. Celińska nie daje o sobie zapomnieć. Ona nawet z dalekiego planu jest zawsze widoczna. Choć często niby nic nie robi. Tylko jest. Ale za to JAK jest... Patrzenie na nią, gdy gra, czy to w filmie, czy w teatrze, to uczta.
Jest niezwykle skromną, z pozoru zwyczajną osobą, która zachwyca prostotą. Ostatnio oglądałam wywiad z nią. Siedziała w fotelu, w zwykłej sukience, włosy jakoś spięte, niemal bez makijażu. Zobaczyłam mądrą twarz dojrzałej kobiety, pięknej przez to, co w życiu przeszła i czego nie ukrywa. Jako pierwsza polska aktorka z klasą i spokojem, bez fałszywego wstydu i modnej ostentacji, przyznała się kilka lat temu do alkoholizmu. Nikt tak jak ona nie opowiada o walce z nałogiem i samą sobą. Może być wzorem dla innych. Powinna nim być, ale o to nie zabiega. Bo to chodząca skromność. Słyszałam od znajomych, którzy z nią grali, że to urocza, uczynna, niewiarygodnie skromna, ambitna i pracowita osoba. I diabolicznie dowcipna.
Świetnie śpiewa, choć nie ma głosu operowego, ale podczas śpiewania myśli i to wystarczy. Dzięki niej termin "piosenka aktorska" nabiera artystycznego znaczenia. Polecam wejść na YouTube i posłuchać piosenek "Uśmiechnij się", "Blues konduktorski", "Stopklatka" albo kultowego "Songu sprzątaczki" z Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. Kawał największej aktorskiej roboty, jaką można sobie tylko wyobrazić. Każda jej piosenka jest jak monodram. Jak rola. Mistrzostwo.
Niedawno zadebiutowała, nagrywając solową płytę z piosenkami o Warszawie. Wcześniej, w 2009 roku, nagrała singla "Atramentowa rumba" z zespołem Los Locos. Posłuchajcie, jest na YouTube. Ciarki. Od pierwszej do ostatniej sekundy. Nie trzeba mieć wielkiego głosu, trzeba wiedzieć, co się śpiewa, i słuchacz, jak ja, najzwyczajniej w świecie odlatuje. W 2012 roku nagrała płytę "Nowa Warszawa" (z pianistą Bartłomiejem Wąsikiem i The Royal String Quartet). Na krążku znalazły się piosenki Niemena, Bowiego i T.Love o Warszawie. Sukces artystyczny i komercyjny. Dowód na to, że ludzie potrzebują nie tylko skandali, ale i czystych wzruszeń. Mają serca, a nie tylko portfele. To cudowne. Kiedy słucham, jak śpiewa słynną "Warszawę" zespołu T.Love, mam łzy w oczach. Pani Stanisławo, bardzo dziękuję wszelkim mocom sprawczym na niebie i na ziemi za to, że Pani jest.
CHYLIŃSKA AGNIESZKA
Kiedy patrzę na skrajnie wyretuszowaną okładkę "Zwierciadła" z 2012 roku z Agnieszką Chylińską i przypominam sobie moment, kiedy kilka lat wcześniej w "Maglu towarzyskim" pokazała swoją niegdysiejszą okładkę "Elle" z ostrym autoironicznym komentarzem, widzę, jaka naprawdę zaszła w niej zmiana. Będzie się przed tym broniła, ale powoli staje się jedną z takich osób, z jakich jeszcze niedawno szydziła. Obym się myliła.
Do szołbiznesu, a dokładnie do zespołu O.N.A., trafiła jako nastolatka równie niedojrzała, co zdolna. Popełniła wszystkie możliwe grzechy dorastania na oczach milionów. Miała niegrzeczny wizerunek, co w czasach, kiedy na polskiej scenie królowały uduchowione topielice, wzbudzało kontrowersje. Głośna, momentami wulgarna, zawsze bardzo dowcipna i wybitnie inteligentna. Jakaś. Na dodatek jeszcze coś - ona wspaniale śpiewa. A więc niebyt muzyczny jej nie groził, z czego, moim zdaniem, zdawała sobie sprawę, dlatego często pozwalała sobie na więcej. Bo wiedziała, że "mogą jej naskoczyć". Bo z takim głosem i osobowością sceniczną zawsze sobie poradzi. Dostawała też ostro po tyłku, bowiem jej - nagrany po głośnym odejściu z O.N.A. i wyzwoleniu się spod bata Grzegorza Skawińskiego - ambitny projekt solowy, czyli "Chylińska", niesłusznie poległ, a jej płyta "Modern Rocking" doprowadzała dawnych fanów i niektórych krytyków muzycznych do szału. Nie byli oni w stanie przyjąć do wiadomości, że wrzeszcząca na scenie Chylińska marzy o duecie z Thomasem Andersem z Modern Talking. A ona naprawdę o tym marzy. Sama kupowałam jej w Empiku solową płytę boskiego Thomasa. Wiem, co mówię.
Kiedyś była bardziej otwarta, dzisiaj wkrada się do niej przypudrowany konformizm. Jej felieton o trudach macierzyństwa napisany po urodzinach syna wywołał burzę. Wówczas nikt nie mówił głośno, że poród to rzeźnia. Ona była wtedy odważniejsza niż obecnie i powiedziała coś, o czym masa kobiet bała się mówić. Ciąża doprowadziła do tego, że lubiąca procenty Chylińska nagle po dwunastu latach odstawiła alkohol i wytrzeźwiała, w czym trwa do dzisiaj. Kiedyś też ostro mówiła o szołbiznesie. Jej słynny cytat z Antyradia o duecie Edyty Bartosiewicz (? Bartosiewicz Edyta) i Krzysztofa Krawczyka, czyli: "Czekasz na płytę tej cipy tyle lat, a ona se, kurwa, leci w chuja", to już klasyka. Zresztą, bardzo trafnie to wtedy ujęła. Dodała też, że "tonący Krawczyka się chwyta". Trzeba lepiej, mocniej? Ona to kiedyś potrafiła, nie bała się, nie odwracała za siebie.
Zrobiłam z nią kilka wywiadów. Była też gościem między innymi programu "66 niezapomnianych filmów", gdzie odpytywałam gości. To był dynamit, od którego telewizyjni zawodowcy powinni się uczyć. Była genialna. To najinteligentniejsza polska wokalistka. Świadoma tego, co, kiedy i do kogo chce powiedzieć. Tak było kiedyś. Nie wiem, czy teraz zrobiłybyśmy choć w połowie tak dobry wywiad jak wtedy. Bałabym się, że przy autoryzacji w imię tworzenia nowego wizerunku matki-Polki-pisarki-jurorki wywaliłaby wszystko to, co kiedyś ją stworzyło, dało podstawę do tak niewiarygodnej kariery.
Dzisiaj jest panią z telewizji, która swoje kolejne stany błogosławione ogłasza na kanapie w telewizji śniadaniowej. Szkoda. Zawsze była czuła, i słusznie, na punkcie swego wizerunku. Doprowadza jednak do tego, że na zdjęciach zaczyna przypominać swojego własnego avatara. Coś mi tu zgrzyta, czegoś nie rozumiem, a bardzo się staram. Wiem, że to ona decyduje o swoim życiu, ma do tego prawo, ale nadal zgrzyta mi baaardzo. Na szczęście nie pokazuje swojej rodziny, ? dzieci, nie robi, póki co, kretyńskich sesji do gazet. Ale obserwując jej telewizyjno-medialny rozwój, boję się, że kiedyś to może nastąpić, bo zatraca tak cudowną niegdyś u siebie bezkompromisowość i ostrość w widzeniu świata. Obym się myliła.
To bardzo dobra, szczera i wartościowa osoba. Jedna z niewielu w szołbiznesie. I nie tylko. Bardzo ją lubię, doceniam jej niesamowite oczytanie, żywą inteligencję (? inteligencja), jej wiedzę na temat filmu i książek. Czekam na jej kolejne projekty muzyczne. Dla mnie mogłaby nagrać nawet covery zespołu Mazowsze, i tak bym to łyknęła. Czekam na każdy jej muzyczny projekt.
Wolę ją, kiedy śpiewa, kiedy mówi do ludzi swoim językiem, niż kiedy w telewizyjnym show zaopatrzona w słuchawkę w uchu, do której mówi reżyser, z sezonu na sezon traci swoją przecudowną osobowość. Bo traci. Pewnie mnie po tym znienawidzi i już nigdy nie zjemy razem steka, ale warto czasami posłuchać kogoś, kto w powiedzeniu prawdy, nawet gorzkiej, nie ma żadnego interesu poza nieustającą sympatią.
CHYRA ANDRZEJ
Najlepszy aktor pokolenia. Najbardziej skomplikowany i modelowo pokręcony we wszystkie możliwe strony. I pewnie dlatego tak wybitny. Jego się szanuje.
Dla mnie aktor kilku ról, ale za to jakich. Na pewno zimny skurwiel, czyli Gerard z "Długu", uroczy Dzieciak z "Tulipanów", nieludzki Lucjan Bohme z "Komornika", doskonały w serialu "Oficer" jako Krzysztof Ryś, mocny i wyrazisty w "Katyniu" jako porucznik Jerzy, a ostatnio jako Jakub Goliński w niedocenionym, pełnym przepychu filmie "Daas" i ojciec Kariny w rewelacyjnym filmie "Nieulotne", którego reżyser, Jacek Borcuch, ma do niego rękę jak mało kto. Chyra ratuje też niewypały: jeżeli da się oglądać dramatycznie manieryczną "S@motność w sieci", to tylko dlatego, że on tam gra.
Trzeba go zobaczyć obowiązkowo w teatrze. Na scenie staje się demonem, który wchodzi bez trudności w dusze widzów i nimi rządzi, dyryguje jak najlepszy dyrygent, bo to ogromny teatralny talent. Zobaczcie "Anioły w Ameryce", "Dybuka" albo "(A)pollonię". Warto. Na scenie gra nie tylko po polsku. To jeden z niewielu polskich aktorów swobodnie grających w języku obcym. Wystąpił w przedstawieniu "Tramwaj" Krzysztofa Warlikowskiego u boku wielkiej gwiazdy francuskiego kina Isabelle Huppert. Z sukcesem.
Jak napisałam, jego się szanuje i nawet foty paparazzich pokazujące go w sytuacjach codziennych, czasem niezbyt chwalebnych, po godzinach pracy, nie są w stanie tego zmienić. Jego kilkuletni związek z Magdaleną Cielecką (? Cielecka Magdalena) był modelowym przykładem na to, że dwoje znanych ludzi może być ze sobą i mimo nacisków, bo wiem, że te były z wielu stron, nie robić z tego medialnego, żenującego, ekshibicjonistycznego cyrku. Dlaczego szanuje się Chyrę? Bo nie jest medialną i zawodową dziwką. Nie biega po bankietach. Nie udziela wywiadów bez sensu, ale tylko wtedy, kiedy chce i ma coś do powiedzenia. Robiłam z nim dwa wywiady. Jest bardzo skupiony i docenia, jeśli ktoś, kto z nim rozmawia, wie, o co pyta, obejrzał parę filmów, przeczytał kilka książek, nie jest po prostu totalnie głupi. Sam aktor jest niezwykle oczytaną, inteligentną osobą. Namiętnie ogląda też filmy. Wśród dziennikarzy ma opinię małomównego gbura. I to go ratuje, bo każdy się dwadzieścia razy zastanowi, zanim zadzwoni do Chyry i zapyta o jakiś duperel. Lepiej mieć opinię gbura, dziwaka, odludka niż kretyna, który dla zdjęcia w gazecie i na rękach stanie, i USG pokaże. On to wie.
Nie jest aktorem, który dosłownie wkłada na siebie kolejne maski. Nie chudnie i nie tyje do roli. To cały czas ten sam Chyra. Buduje kolejne postacie na bazie samego siebie, bez dodatków. Raczej nie zagra bohatera kina akcji, jest często melancholikiem świadomym swej siły, patrzącym na świat z boku.
Ostatnio szuka swego miejsca na scenie operowej, gdzie reżyseruje. Nie każdy wie, że skończył wydział reżyserii warszawskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Z sukcesem. Jako reżyser zadebiutował spektaklem "Gracze" w Operze Bałtyckiej w Gdańsku. Recenzenci są zachwyceni, widownia też.
Rok 2013 może być jego rokiem. Na ekrany kin wejdzie film Małgorzaty Szumowskiej "W imię..." pokazywany w konkursie głównym Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Berlinie. Chyra gra w nim księdza, który zakłada w swej parafii ognisko dla tak zwanej trudnej młodzieży i ukrywa przed lubiącymi go wiernymi swoją przeszłość.
CICHOPEK KASIA
Lider zespołu ? Weekend marzy, aby zagrała w jego teledysku, bowiem jest według jego kryteriów ideałem kobiecości. Zdziwieni?
Oto jak zwyczajność staje się towarem. Od 2000 roku, kiedy po raz pierwszy zagrała Kingę w serialu "M jak miłość", zawojowała wyobraźnię Polaków. Dlaczego dziewczyna, która nie jest uosobieniem seksapilu, nie ma wybitnego aktorskiego talentu, nie wynalazła lekarstwa na raka ani nie ma na półce Oscara, zrobiła taką karierę? Bo umiała sprzedać swą zwyczajność, ładnie się uśmiechała i była grzeczna. Ani za piękna, ani za mądra, w sam raz. Nie wzbudza zazdrości, nie prowokuje do rywalizacji, jest idealnym obiektem do podziwiania, bo jeśli jej się udało, ja też mogę zostać gwiazdą.
Proste? Nie do końca. Kasia Cichopek miała jeden ostry zakręt wizerunkowy, z którego jakoś wyszła, ale łatwo nie było i rany pozostały do dzisiaj. W 2005 roku wzięła udział w drugiej edycji "Tańca z gwiazdami" (? "Taniec z gwiazdami"). Jej partnerem był Marcin Hakiel. Między parą szybko zaiskrzyło, co skrupulatnie i skutecznie wykorzystano w public relations programu. Ich filmiki nagrywane do programu powalały infantylizmem, ale czego wymagać od zakochanych? To, co w normalnych warunkach dzieje się w świecie prywatnym, tu stało się z dnia na dzień publiczne i wzbudziło chorobliwe zainteresowanie. "Nasza Kasia/Kinga" zaczęła dorastać na oczach milionów Polaków. Hakiel i Cichopek stali się z dnia na dzień bohaterami negatywnymi numer jeden, bo wylatywali z każdego kąta, wyskakiwali z każdej lodówki i puszki tuńczyka. I jak ćmy lecące do światła robili coraz głupsze rzeczy, pozując do nowych sesji, udzielając coraz bardziej infantylnych wywiadów o miłości, podręcznikach do tańca i nowych szkołach tańca zakładanych przez Hakiela, jakby kompletnie nie wiedzieli, że się ośmieszają. Byli pierwszymi, którzy zaczęli wykorzystywać popularność show. Spirala się nakręcała. Nienawiść, głównie w internecie, osiągnęła apogeum. Na dodatek zaczęli zarabiać realne pieniądze, a tego już się u nas nie wybacza. Media wycisnęły ich jak cytrynę i zostawiły samych, kiedy nie dało się już nic wycisnąć. To, co stało się z nimi po "Tańcu z gwiazdami", to klasyczny przykład czego nigdy nie robić w kwestii obecności medialnej i wizerunku. Na szczęście szybko wrócili do pionu. Uratował ich własny ślub, bo pokazali klasę, pozując do sesji, ale przekazując honorarium na cele charytatywne. Niby-obciachowe Cichopki pokazały, że inni mogliby się od nich uczyć.
Kiedy urodziło im się dziecko, nie było słodkiej sesji w gazecie, co tylko się chwali. Chronią wizerunek syna. Za to Kasia postanowiła zarobić na zrzucaniu pociążowej wagi i napisała poradnik "Sexy mama". Było to, delikatnie mówiąc, takie sobie, choć znam kilka dziewczyn, które doceniały pokazane tam ćwiczenia. Robiłam kiedyś z Kasią wywiad i wiem, że to przemiła, bardzo kulturalna i zabawna dziewczyna, która nie pozuje na diwę i jest świadoma tego, jakie błędy popełniła. Bezcenne.
Dzisiaj ani Kasia, ani Marcin nie wzbudzają chorej sensacji. Pojawiające się w mediach informacje o końcu Cichopków są przesadzone. Zwyczajność, do tego spokojnie podana, co akurat oboje umieją dobrze zrobić, sprzeda się zawsze. Niestety, jeśli Kasia Cichopek zamierza realnie pójść drogą projektanta mody, znowu wystawia się na zasłużoną śmieszność. Niech więc potem nie narzeka głośno, że sobie z niej jaja robią. Bo robią słusznie. Tym bardziej że Kasia chyba lubi być wyśmiewana, bowiem robi ostatnio sporo, by tak się stało. Jej marzenie o byciu projektantką jest tego dowodem.
CIELECKA MAGDALENA
Ona przejdzie do historii. Rozwaliła moje życie na atomy jednym spektaklem - "4.48 Psychosis". I od tej pory, choć po wyjściu z teatru o mało nie wpadłam pod tramwaj, kiedy ktoś mówi przy mnie, że to żadna aktorka, mam ochotę dać w mordę.
Pamiętam, jak w 1995 roku na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych pokazano "Pokuszenie" w reżyserii Barbary Sass, w którym grała Cielecka. To było objawienie. W polskim kinie nie było wtedy tak wyrazistej postaci. Absolwentka Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie, oddana teatrowi, z miejsca zawojowała media. Piękna blondynka o klasycznej urodzie, do tego utalentowana i niegłupia. Nie wiem, jak to się stało, że nie wpadła ani na chwilę w spiralę ikon mody, urody i innych pierdół. Robi swoje.
Ma instynkt do wyboru dobrych albo chociaż niezłych scenariuszy. Nie zniszczyli jej naiwni "Zakochani" ani dramatycznie pretensjonalna "S@motność w sieci". Nawet koszmarny "Palimpsest" czy minoderyjny "Trzeci" nie zachwiały mojej wiary w nią. Była genialna jako rozedrgana Anka w "Egoistach", Teresa w niedocenionych "Listach miłosnych" czy Agnieszka w drewnianym "Katyniu". Paradoksalnie, choć długo unikała seriali, to one dały jej pole do popisu. Już w "Defekcie" u boku Fronczewskiego pokazała pazurki jako pani prokurator. Jej Rita w "Oficerze", "Oficerach" i "Trzecim oficerze" to przebiegła, sprytna i wielce seksowna suka, od której bohaterki "CSI" mogłyby się wiele nauczyć nie tylko w kwestii umiejętnego pokazywania swych walorów.
Na ekranie niezwykle dobrze rozumie się z Pawłem Małaszyńskim (? Małaszyński Paweł), co wykorzystano poza trylogią o oficerach także w "Magdzie M.", gdzie grała jego niedobrą żonkę. Ach, jakże kochaliśmy ją nienawidzić. To sztuka tak manipulować widzami. Ona to robi bez najmniejszego wysiłku. To się nazywa osobowość i charyzma.
Rok 2012 to dwa seriale, w których pokazała światową klasę. W "Czasie honoru" gra dyrektor Departamentu Bezpieczeństwa Publicznego wprowadzającą nowe porządki w powojennej Polsce - to zimna, ostra suka z papierosem w dłoni wzorowana na Wandzie Wasilewskiej, tylko znacznie ładniejsza. W drugim sezonie serialu "Bez tajemnic" gra Natalię, prawniczkę, kobietę sukcesu obarczoną wieloma zaszłościami z życia osobistego, osobę po czterdziestce, która desperacko chce zajść w ciąże. To jej wielka kreacja, jest w tej roli fenomenalna. Z wiekiem tylko zyskuje. Nie musi się bać upływu czasu, on jest jej sojusznikiem. Kino nie ma na nią dobrego pomysłu, co tylko fatalnie świadczy o kinie.
DROGI CZYTELNIKU!
Jeśli to czytasz, znaczy - jesteś kozakiem. Po pierwsze - witaj! Miło mi cholernie, że na świecie jest jeszcze ktoś równie pokręcony jak ja. Cieszę się, że śmieciowe jedzenie, dziura ozonowa, misie żelki, "Familiada" i wszechogarniający - wlewający się wszystkimi otworami ciała kretynizm nie zdołały wykastrować wszystkich z jaj, rozumu i poczucia humoru.
Uprzedzam: jeśli to czytasz, musisz być przygotowany na niezłą jazdę. Myślałeś, że coś wiesz o mnie i o moich poglądach? Biedaku, dawałeś się wkręcić jak dziecko. Jestem jeszcze gorsza, niż myślałeś. Wersja niecenzurowana mnie, którą trzymasz w ręku, może być ponad Twoje siły i pojmowanie rozumowe. Jeśli więc teraz masz ochotę rzucić tą książką w kąt z okrzykiem: "Głupia pinda!", ewentualnie: "Pieprzona krowa!" albo użyć modnego ostatnio w niektórych kręgach określenia: "Morda jak u ogra", zrozumiem. Mało tego. To może być ostatnia chwila, aby to zrobić...
Gotowy?
Zacznijmy od informacji bardzo osobistej i opisu pewnej sytuacji, która pomoże zrozumieć wiele. A więc... Miałam niespełna sześć lat, kiedy moja biedna matka, mając dość wyszczekanego i oczytanego bachora, postanowiła iść ze mną do psychologa i zasięgnąć rady w kwestii posłania mnie do szkoły. Umiałam pisać, liczyć, mnożyłam i dzieliłam. Nie, nie byłam geniuszem. Robiłam to wszystko z nudów. Czytać nauczyłam się z bajek Tuwima i szyldów sklepowych, a liczyć - z telewizji. Pewnie gdybym wiedziała, że jest coś takiego jak "Encyklopedia Britannica", nauczyłabym się jej na pamięć. Tak dla jaj. Może nawet lepiej, że o tym nie wiedziałam. Psychiatryk murowany. Na razie znałam na pamięć Marysię i krasnoludki oraz Króla Maciusia Pierwszego, czytałam "Kobietę i Życie" (był taki tygodnik i miał ładne zdjęcia) i uwielbiałam Filutka z "Przekroju". Oglądałam też telewizję, moimi idolami byli bohaterowie seriali "Bonanza" i "Święty". Pewnie nie wszyscy wiedzą, ale kiedyś były dwa kanały telewizji, oba nudne, ale jak się nie ma nic innego... Czasem myślę, że gdybym bardziej poszła drogą Świętego niż sierotki Marysi, byłabym może dzisiaj bohaterką kronik kryminalnych, a nie Pudelka. Choć teraz i kryminaliści zostają gwiazdami popkultury, więc kto wie.
Z moimi ówczesnymi zdolnościami pewnie pokazaliby mnie dzisiaj w śniadaniówce jako genialne dziecko, może wygrałabym "Mam talent!", a tak wylądowałam na kozetce u psychologa w wieku sześciu lat.
Życie.
To była zima. Styczeń, kilka dni po moich urodzinach. U pani psycholog podczas dwóch wizyt było miło i kolorowo. Pani się ładnie uśmiechała, choć głupio. Pokazywała klocki, obrazki, rebusy i układanki. Cały czas mnie obserwowała, a ja udawałam, że jestem miła. Starałam się bardzo, aby dobrze wypaść, i grzecznie odpowiadałam na pytania. Instynktownie czułam bowiem, że od tego, co powiem i zrobię, wiele zależy. Byłam cwana albo tak mi się wydawało. Między innymi zapytana o ulubione koleżanki podałam Agatkę z wakacji na wsi, z którą bawiłam się na cmentarzu, co opowiedziałam ze szczegółami, oraz mojego psa. A raczej sukę rasy pudel królewski, u której na posłaniu lubiłam spać. Zapytana, czy często z nią rozmawiam, oczywiście potwierdziłam i dodałam, że dużo się razem bawimy. Uczono mnie, że nie należy kłamać. U obcych byłam zawsze miłym, świetnie wychowanym dzieckiem, o którym inni mówili: "Jaka to miła dziewczynka!", a moja rodzicielka kombinowała, jak zrobić, by wersja "u ludzi" przekładała się na wersję domową, bo ta druga była nie do zniesienia.
Moja biedna matka, z jednej strony, miała już dość gadającego non stop dzieciaka i chyba nawet trochę cieszyła się, że pozbędzie się mnie z domu wcześniej. Z drugiej strony jednak, martwiła się, bo wiedziała, że szkoła może być dla mnie traumatycznym doświadczeniem. Nie ze względu na naukę, bo istniało realne prawdopodobieństwo, że z nudów nauczę się tego, co trzeba, i raczej wstydu rodzinie nie przyniosę. Chodziło o powtarzalność pewnych czynności. Rutynę. Narzucenie mi czegokolwiek było niemożliwe. Dupogodziny na lekcjach? To może się okazać niewykonalne.
Pani psycholog nie była zadowolona. Jej ocena była ostra. Uznała, że będę miała ogromne problemy w szkole. I później też. Zobaczyła we mnie bystrego obserwatora, ale takiego, który lubi siedzieć z boku i na podstawie wniosków z obserwacji dobiera koleżanki, z którymi się bawi, gry, w które gra, i książki, które czyta. Dostrzegła, że niczego nie dam sobie narzucić. Uznała, że jestem zbyt dorosła jak na swój wiek i wyrastam na skrajną indywidualistkę. Mogę więc nie zafunkcjonować zbyt dobrze w grupie. Moja przyszłość rysowała się w czarnych barwach, bowiem miało się okazać, że będę aspołeczna. Ale generalnie jest git, bo jestem zdolnym dzieckiem i mogę iść od razu do trzeciej klasy. Czyli aspołeczna psychopatka, ale za to geniusz. Grunt to nauka. Brawo.
Nie wiem, czy matka się poryczała, czy nie. Raczej była twardzielką. Jej jedyne dziecko wyrastało na co prawda inteligentnego, ale aspołecznego obserwatora otaczającego świata, bez wielkiej przyszłości, bo tacy zwykle źle kończą. I do tego najlepiej dogadują się z psem. Całe jednak szczęście, że nie zauważono u mnie instynktu psychopatycznego mordercy. To były lata siedemdziesiąte. Z takich jak ja dziewczynek w warkoczykach i haftowanych sweterkach (tak, miałam taki, niebieski w haftowane kolorowe kwiatki) wyrastały elementy wywrotowe.
Zamiast do szkoły poszłyśmy z mamą na wyżerkę, którą pamiętam do dziś. Do kawiarni w Hotelu Europejskim na torcik W-Z i coca-colę.
Uwielbiałam tę kawiarnię, starszego pana w szatni, u którego mama kupowała marlboro albo gitanesy i który podawał mi płaszczyk jak dorosłej. Do dziś pamiętam wielkie lustro, charakterystyczne obrusy i kelnerki w fartuszkach. Czułam się tam jak królewna. No i te smakołyki. To był kultowy, bo wyłącznie od święta posiłek mojego dzieciństwa, którego smak pamiętam do dziś. Zawsze kojarzył mi się z czymś szczególnym. Pewnie dlatego pamiętam ten dzień. Bo była cola, koniecznie z rurką do puszczania bąbelków, i najlepsze na świecie ciastko. Na co dzień surowo zabronione, dlatego tak zawsze wyczekiwane i wymarzone. Pałaszowałam słodkości nieświadoma niczego, odstrojona na wizytę na kozetce, zadowolona po zrobieniu całej masy kolorowanek i testów, a moja matka, pijąc koniak i paląc papierosa (tak, kiedyś można było wszędzie pić, palić i palono oraz pito przy dzieciach, co nie robiło z nikogo złego rodzica, mordercy i cholera wie kogo jeszcze), patrzyła na mnie uważnie znad kłębów dymu. Pamiętam pytanie, które zadała: "Kim ty chcesz zostać?". Czując w ustach niebiański smak i będąc dzięki temu na zupełnie nieznanych do tej pory wyżynach odczuwania rzeczywistości, odpowiedziałam dobitnie: "Jak to kim? Pisarką!".
To proste. Pisarz nie chodził codziennie do nudnej pracy. Siedział w domu, pił kawkę i pisał, a w czasie wolnym chodził do teatru, kawiarni i czytał książki. Życie idealne. Opowiadano, że tak pracował przed wojną mój dziadek, który dużo pisał i był dziennikarzem, tak pracował również autor moich ulubionych bajek, Julian Tuwim. Podskórnie czułam, co chcę robić w życiu. Ma być przyjemnie, zabawnie, w dobry towarzystwie, a reszta zrobi się sama. Miałam sześć lat. Miałam prawo marzyć i być naiwna... Chociaż, mówiąc prawdę, sporo z tego się spełniło.
Kiedy mój ojciec dowiedział się, że jego córka wyrasta na inteligentną, ale chorobliwie indywidualną dziewczynkę, która za dużo gada, powiedział tylko: "Przecież to moje dziecko. Nie mogło być inaczej". Jego drugie imię brzmiało "lakoniczność", gdyby się ktoś pytał. Wersję o zostaniu pisarką przyjął spokojnie. Choć wolałby, gdybym została prawnikiem.
Jesienią poszłam do szkoły. Do pierwszej klasy. Przepowiednie pani psycholog i obawy mojej matki potwierdziły się. Szkołę znienawidziłam już drugiego dnia (pierwszego było uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego, ale drugiego kazali mi założyć tarczę i odpadłam) i stan ten trwał do matury. Jestem bardzo stała w uczuciach. Zapytajcie o to moich byłych chłopaków. Potwierdzą. Robiłam, co chciałam i kiedy chciałam. Gadałam na lekcjach, rysowałam, nudziłam się niemiłosiernie i nauczyłam się mówić "kurwa mać" i "pierdolić" oraz "jebany". Gdy nie dawałam rady, próbowałam iść do domu. Bezskutecznie. Do dziś śnią mi się po nocach rekordowe ilości uwag w dzienniczku ucznia o treści: "Wychodzę z klasy bez pozwolenia pani". Nikt nie dopisał: "bo mi nudno". Szkoda.
Ten obyczajowo-autobiograficzny obrazek nie znalazł się tutaj bez powodu. Skłonność do obserwacji świata nasilała się u mnie. Obserwowanie, a potem ocenianie otaczającego mnie świata, szczególnie kiedy przeczytałam coś więcej niż "Kubusia Puchatka" i obejrzałam coś więcej niż "Gwiezdne wojny", nasilało się. Lubiłam to coraz bardziej, sprawiało mi to nieprzyzwoitą przyjemność, a że jako dziecko uznałam, iż warto, aby w życiu było przede wszystkim przyjemnie, więc... robiłam rzeczy przyjemne, a ponieważ znajdowałam zawsze odbiorców...
Dostatecznie wcześnie przeczytałam parę ważnych książek i obejrzałam kilka filmów, o których mogę powiedzieć z perspektywy osoby dorosłej, że zmieniły moje życie i dzięki nim funkcjonuję. To jest powieść Joanny Chmielewskiej "Lesio", "Dziennik 1954" Tyrmanda i filmy "Żywot Briana" oraz "Sens życia według Monty Pythona". Tak, wiem, widzę te miny... Jak to? Przecież jako gazetowa "intelektualistka" powinnam podać co najmniej "Nad Niemnem", "Siłaczkę", obowiązkowo Miłosza, Szymborską, na dodatek poezje Jana Pawła II, okraszając to kinem niezależnym z Papui-Nowej Gwinei i Ghany.
Sorry. Będzie tak, jak ja chcę.
Wreszcie.
To, co czytasz i - mam nadzieję - doczytasz do końca, to jedyny w swoim rodzaju wytwór pracy moich komórek mózgu (mam mózg i nie boję się go używać), dowód na moją megalomanię (ją też mam, jak każdy) i niepohamowane parcie na szkło okraszone dziedzicznym cynizmem i abstrakcyjnym poczuciem humoru. Na własny temat i na temat innych.
Już widzę Twoją minę... Jak to? Parcie? Ano tak. Każdy, kto pracuje w mediach i pewnego dnia siada przed mikrofonem, kamerą albo klawiaturą komputera, jest bezczelnym megalomanem z parciem na szkło. Kocha tę robotę i niczego innego poza tym nie umie. Albo umie niewiele. I wszyscy, którzy mówią inaczej, bezczelnie dorabiając ideologię do bycia na świeczniku, łżą. Jak psy. Oczywiście, bywają wzniosłe momenty, kiedy naprawdę myślimy, że jesteśmy jak Batman połączony z Wołodyjowskim, MacGyverem i Iron Manem, pomagający ludzkości, ekosystemowi, i że walczymy o pokój na świecie i przyjaźń między narodami oraz o to, aby ludzie sprzątali po swoich psach. Jeśli na dodatek jesteśmy Polakami, oczywiście dwadzieścia cztery godziny na dobę modlimy się i myślimy o Polsce, o Matce Boskiej i o tym, jak bardziej jeszcze kochać ten kraj i jego mieszkańców, bo inaczej nie wypada. Guzik prawda. I tak chodzi o to, aby inni dali się nabrać, a my i tak wiemy i robimy swoje. Chwalimy się sobą jak najlepsi piarowcy i sprzedajemy siebie trochę jak dobry alfons swój najlepszy towar. Taka jest prawda, która wcale nie jest bolesna, bo bywa dość często bardzo miło. I do tego jeszcze narzucamy innym swoją wizję świata tak skutecznie, że zdarza się, że widzicie świat naszymi oczami. Zdziwiony? Opowiem Ci, Czytelniku, o tym właśnie świecie. Moimi własnymi słowami.
Od ponad trzech lat jestem pewna, że muszę zrobić coś dokładnie tak, jak JA chcę. Bez nacisków, cenzury, autocenzury i dobrych rad niekoniecznie mądrych cioć i wujków, i tak zwanych przyjaciół. Miałam organicznie dość otaczającej mnie rzeczywistości prywatnej, medialnej, mentalnej i zawodowej. Mogłam kogoś zabić albo zacząć pisać. Nie lubię zamknięcia, cela więzienna raczej nie dla mnie, więc piszę. Ta książka to efekt podjęcia poważnej decyzji. Także tej o sporym odkryciu się i odarciu z tajemnic. Ale na moich warunkach.
Trzymasz w reku swoiste podsumowanie moich ostatnich dwudziestu lat. Są tu ludzie, zjawiska i wydarzenia, które przez to, że zajmuję się tym, a nie innym, wpłynęły na mnie, wkurzyły mnie, zachwyciły.
Nawet nie wiesz, Drogi Czytelniku, jak się denerwuję, choć jak już wiesz, na kozetce wylądowałam wcześnie, więc emocjonalne jazdy są dla mnie jak kaszka z mlekiem. Tak, to pachnie trochę jak emocjonalny szantaż, ale nie bój się. Nie ma sensu.
Wpadłeś i tak.
Już trzymam Cię stalowym uchwytem za jaja.
Choć jeszcze o tym nie wiesz.
BAAR KAMILLA
Anarchistka o hipnotyzującym głosie obdarzona wielkim talentem. Drobna, krucha, wyrazista. Trudna w obsłudze, bo wie, czego chce. Nie jest typem frontmanki gotowej na wszystko, by zaistnieć.
Zobaczyłam ją po raz pierwszy w 2002 roku w sztuce Teatru Telewizji pod tytułem "Oszuści". Była świetna. Mam niedosyt Kamilli, chciałoby się jej więcej w filmach i serialach. Obawiam się jedynie, że jej szlachetna, inteligencka i niewspółczesna uroda może stać na przeszkodzie. Takie jak ona nie zmasakrują sobie twarzy kolagenem, aby zaistnieć i zrobić karierę, tylko zapytają, dlaczego, czym skutecznie wkurzą decydentów przyzwyczajonych do tego, że gwiazda dla kasy zrobi wszystko, nie pytając o nic, tylko o stan konta. Baar myśli i nie boi się tego pokazać. To szlachetne. Ale może przeszkodzić w wielkiej karierze, na którą ona zasługuje. Wiem, że kilka razy przegrała ze sprytniejszymi, choć niekoniecznie lepszymi i zdolniejszymi od niej koleżankami, które dla roli i kariery są gotowe na wszystko i nawet więcej. Aktorstwo to piękny i koszmarny zawód. Ona go kocha, co pokazała, choćby czytając pięknie poezję dla magazynu "Żurnal", który robię. Nie zapytała nigdy: "za ile", bo wszyscy pracujemy tam za darmo, ale "czy dobrze wyszło". To świetnie rokuje na przyszłość.
BARTOSIEWICZ EDYTA
Powiem tylko tyle jak stuprocentowy Koziorożec do stuprocentowego Koziorożca: Edyta, weź wreszcie nagraj do jasnej cholery tę płytę i skończ z tym ściemnianiem, bo ci nogi z dupy powyrywam. Mam dosyć czekania. Ile można słuchać "Ostatniego"? No, ile? Uwielbiam twoją muzykę. Wiesz o tym, mówiłam ci to wiele razy. Wzrastałam z nią, śpiewałaś moje słowa, byłaś w mojej głowie i wątrobie; ta muzyka to był głos naszego megapopieprzonego pokolenia, które wchodziło naiwnie w zupełnie nowy świat i płaciło za to straszną cenę. I dokładnie wiesz, co mam na myśli. Ta muzyka była w moim krwiobiegu przez lata i wiele wskazuje, że z nią w sercu umrę. Ale jak czegoś nowego nie nagrasz, przerzucę się na zespół ? Weekend i zacznę nucić "Gangnam Style".
Nie leć w kulki, tylko leć do studia. Over.
BEDNAREK KAMIL
Oto gwiazda nowej generacji, która na oczach milionów widzów z sukcesem wydupczyła system. Poszedł w 2010 roku do trzeciej edycji "Mam talent!", zabłysnął i został gwiazdą, bo postawił wszystko na jedną kartę. Proste? Bardzo, ale trzeba mieć tak jak Bednarek talent, gotowy materiał na płytę, świadomość muzyczną i świetny zespół. Wtedy się udaje. Grzechem wielu bardzo uzdolnionych ludzi idących do talent show jest brak muzycznej świadomości i gustu. Oni nie wiedzą, co chcą śpiewać, a coverów nikt o zdrowych zmysłach im nie wyda. Widzimy w telewizji dziewusię, która ładnie śpiewa, i w dziewięciu przypadkach na dziesięć możemy być niestety pewni, że dalej niż na scenę danego programu typu talent show nie zajdzie. Nie dlatego, że nie jest zdolna. Nie, ona często ma ogromny talent. Nie zrobi nic więcej dlatego, że nie ma pojęcia, co chce śpiewać, co jej - mówiąc banalnie - w duszy gra. Opowiadali mi ludzie z wytwórni i agenci (? agenci), co się dzieje na spotkaniach ze zdolnymi ludźmi z takich telewizyjnych show. Zwykle - encyklopedyczna masakra. Oni chcą być sławni, chcą wylądować na kanapie w "Dzień Dobry TVN" czy u Wojewódzkiego (? Wojewódzki Kuba), zarabiać szmal, żeby im koleżanki i koledzy zazdrościli. A jakiś repertuar? Piosenki? No, jakoś się znajdzie. Niestety, raczej się nie znajduje i talent ląduje w koszu zapomnienia. Takie są realia. Ci ludzie, choć zdolni, mający często fenomenalne głosy, nie wiedzą, co dalej.
Bednarek był sprytny i świadomy. Już w listopadzie 2010 roku wydał ze swoim zespołem Star Guard Muffin płytę "Szanuj" i był to gigantyczny sukces. Taki, na jaki wyjadacze sceny muzycznej w Polsce czekają często latami. A on, spryciulek, to zrobił. Na oczach wszystkich pokazał, jak powinno się wykorzystywać nadarzające się okazje. Za to wielkie brawo!
Dzisiaj jest jedną z najciekawszych postaci polskiej sceny muzycznej. Ma swój świat i swoją muzykę, ma też wiernych fanów, których bardzo szanuje. Zarabia realne pieniądze, sprzedaje płyty i koncerty. To gwiazda przyszłości.
BLOGERKI MODOWE (SZAFIARKI, SZATNIARKI)
Niedoszłe modeleczki, obsesyjne fanki mody i ciuchów marzące o karierze znalazły wreszcie kanał do zaistnienia i zarabiania niezłych pieniędzy. Blogi modowe zalały polski internet niczym epidemia świńskiej grypy, a ich autorki powoli wyrastają na celebrytki pełną gębą i pozują na ściankach na imprezach, a niektóre, choć nie za bardzo umieją się wypowiadać, oceniają styl innych. Pełny odlot.
Najbardziej wpływowym blogerem świata, gwiazdą, która dzięki blogowi zarabia spore pieniądze i jest autorytetem dla innych, jest słynny Scott Schuman, autor bloga The Sartorialist. Prowadzony od 2005 roku blog to głównie zdjęcia ludzi z całego świata ubranych oryginalnie, ciekawie, modnie albo i nie. Można tam trafić bez względu na stan konta, wiek, pochodzenie, wykonywany zawód. The Sartorialist jak nikt inny pokazuje modę uliczną, dając do zrozumienia, że wielkie marki, domy mody mogą sobie robić, co chcą, liczy się to, co założą na siebie ludzie, że moda ulicy rządzi. Schuman przez swój blog wpływa na rynek światowej mody. Współpracował z takimi firmami, jak GAP, Kiehl's, Nespresso, DKNY Jeans, Gant, OVS, Crate & Barrel. Jego blog odwiedza miesięcznie czternaście milionów ludzi, rocznie zarabia około miliona dolarów.
Inne ważne nazwiska światowej modowej blogosfery to Garance Doré, autorka hitowego bloga, który dziennie odwiedza siedemdziesiąt tysięcy ludzi, świetna ilustratorka, fotografka, prywatnie dziewczyna Scotta Schumana współpracująca między innymi z firmą GAP; Bryan Grey Yambao (www.bryanboy.com), zwykły chłopak z Filipin, jeden z najbardziej kontrowersyjnych blogerów, postać tyleż kochana, co znienawidzona, na samym Twitterze jego profil śledzi czterysta tysięcy ludzi, wystąpił w amerykańskiej edycji "Top Model"; Emily Schuman (www.cupcakesandcashmere.com) pochodzi z Los Angeles, uwielbia do it yourself, czyli DIY, podpisała kontrakt z Estée Lauder i w 2012 roku wydała książkę "Cupcakes and Cashmere: A Guide for Defining Your Style, Reinventing Your Space, and Entertaining with Ease".
Szał na blogerów w wieku nastoletnim na świecie rozpoczęła niejaka Tavi Gevinson, rocznik 1996, autorka bloga Style Rookie. Miała jedenaście lat, trzydzieści tysięcy wejść na bloga dziennie i wywołała szok w świecie mody, na zdjęciach na swoim blogu pozując w super modnych ciuchach, fajnych zestawach, pokazując, że dorosła moda jest dla dzieciaków i dzieciaki się nią bawią lepiej niż dorośli. Lubiący wszelkie oryginalności, nie mówiąc o wynaturzeniach, świat mody zafascynowany cudownym dzieckiem szybko zaprosił ją na fashion week do Paryża i Nowego Jorku, pisała teksty na strony "Harper's Bazaar" i "Barneys". Obecnie jest naczelną Rookie Magazine i od dwóch lat jest na publikowanej przez "Forbes" liście najważniejszych w mediach osób przed trzydziestym rokiem życia. Można o niej pisać, że za wcześnie dorosła, że jest poprzebierana, ale nie można odmówić jej kreatywności oraz wiedzy.
W Polsce w większości przypadków prowadzenie bloga polega na tym, że dana blogerka fotografuje się w skopiowanych z magazynów modowych pozach i coraz to nowych ciuchach, butach i dodatkach, obowiązkowo robiąc opis po angielsku, bo jak wiemy, angielski jest cool i za chwilę zapewne nasza szafiarka zrobi karierę zagraniczną. Zdjęcia jak zdjęcia są różne, nie mnie oceniać, częściej jednak wyglądają tanio niż dobrze. Jednak kiedy przejdziemy do czytania prób literackich, krew sama mrozi się w żyłach, a na czoło występuje krwawy pot, bo takiego koszmarnego banału i niejednokrotnie umysłowego dna ze świecą szukać. "Bravo Girl" i wynurzenia o tym, czy zajdzie się w ciążę przez dotyk, to przy tym Henryk Sienkiewicz. Błędy stylistyczne, brak wiedzy ogólnej, o historii mody czy sztuki nawet nie wspomnę, brak logiki i wszechobecne przekonanie o swej absolutnej zajebistości. Bo jak się założy miętowe gacie z Zary i neonową bluzkę w ohydny wzorek z Top Shopu, jest się z założenia zajebistym. Najfajniejsze są ich "wywiady" z ludźmi ze świata mody, czyli walka z martwą materią mózgu autora/autorki. Można od tego paść trupem na miejscu. To po prostu kwintesencja głupoty i mentalnego onanizmu autorów. Radzę nie czytać.
Niektóre blogerki i blogerzy występują w mediach w roli ekspertów. To ewidentny dowód na to, że nie ma w Polsce wielu osób, które cokolwiek mogą o modzie powiedzieć, więc się bierze dziewczyniny i robi z nich ekspertki. Moda jest modna mimo kryzysu, trzeba czymś albo raczej kimś "szyć". Wtedy niestety jak na dłoni widać, kto ma tylko parcie, a kto jeszcze cokolwiek więcej. Ładne ciuchy, zwykle Zara, H&M i szmateksy, nie wystarczą do zrobienia kariery w mediach bez ośmieszania się. Dziewczątka (chłopcy też są) mają chorobliwe parcie na szkło, gorzej z umiejętnością opisania zjawisk. Nie wiem, kto im dał matury, a niektórzy podobno nawet coś studiują. Cóż, cuda się zdarzają. Dodatkowo - o czym pisze się i mówi coraz głośniej - większość blogów to ordynarne słupy reklamowe firm odzieżowych, kosmetycznych, obuwniczych mające z modą tyle wspólnego, co ja z baletem, czyli nic. Ale na tych blogach - dzięki pozowaniu w ubraniach i butach pewnych firm, smarowaniu się określonymi kremami, jedzeniu konkretnych potraw i używaniu właściwych kropli do oczu, balsamu do ciała czy szamponu albo i garnka lub tostera - zarabia się spore pieniądze. Nie są to wpływy regularne, ale przekraczają średnią krajową.
W zalewie mentalnego ścieku można jednak odkryć perełki. Parę dziewczyn zna się na tym, o czym pisze, zna modę, sztukę, porusza się dobrze w popkulturze, czyta zagraniczne media piszące o modzie, bywa nie tylko na łódzkich "feszyn łikach" i umie składać zdania zarówno proste, jak i wielokrotnie złożone, a przed kamerą też wypada nieźle.
Niektóre blogi są zauważane przez wielki modowy świat. Tak było z Maff, Julią Kuczyńską, która jest chyba najlepiej zarabiającą i najbardziej rozpoznawalną polską blogerką modową (ma dwie firmy), Raspberry and Red czy zabawną Jessy Mercedes, która obsesyjnie tropi podróbki znanych marek, będąc postrachem niektórych naszych celebrytek.
Moje ulubione blogi, oceniane głównie ze względu na to, jak są pisane, a nie tylko ze względu na ładne fotki, to Raspberry and Red tworzony przez skromną, ale bardzo kreatywną, oryginalną i już odkrywaną przez zagraniczne media dziewczynę z Krakowa, Weronikę; ciekawy jest również blog Alice Point - Alicji Zielasko, która była jedną z pierwszych rozpoznawalnych blogerek, jeździ na światowe pokazy mody, jest ambasadorką marki Nasty Gal; dobra jest także Joanna Glogaza, jej styledigger.blogspot.com poświęcony został nie tylko modzie, ale i książkom, filmom, jest to dobry lajfstajlowy blog; obłędnie oryginalna i zabawna przy tym jest Macademian Girl, czyli Tamara Gonzales Perea ze Szczecina pokazująca, że Polska nie musi być szara, ale w odcieniach upalnego hiszpańskiego lata; klasą samą w sobie jest Kasia Tusk z Make Life Easier, dla wielu zbyt zachowawcza i sztywna, ale dla mnie to przyszła Martha Stewart, choć powinna popracować nad tekstami, zdjęcia i same stylizacje ma świetne. Co będzie z tymi blogerkami za rok, dwa, czas pokaże.
W Polsce najlepiej, najbardziej profesjonalnie pisane i mające największe znaczenie opiniotwórcze (bez latania po ściankach) są moim zdaniem: blog Gosi Boy (www.gosiaboy.com), byłej redaktor naczelnej portalu kimono.pl, jeden z niewielu bezkompromisowych blogów o modzie i stylu, bez politycznej poprawności, coś dla spragnionych prawdy, a nie rzeczywistości ze sponsorowanych artykułów w gazetach; blog Harel o modzie subiektywnie (www.harelblog.pl), pisany z wiedzą, zaangażowaniem i bez wchodzenia wszystkim, nawet niezdolnym, ale za to lansowanym projektantom, w tyłki; bardzo lubię i zawsze czytam ostrego jak brzytwa, zabawnego i merytorycznego Michała Zaczyńskiego (michalzaczynski.wordpress.com); poza konkurencją jest niezrównana pogromczyni modowej ciemnoty i celebryckiej głupoty, czyli Dorota Wróblewska (? Wróblewska Dorota) (dorotawroblewskablog.pl). Najlepszym obok wymienionych blogiem o modzie, stylu i kulturze jest www.freestylevoguing.com. Prowadzi go Tobiasz Kujawa, który ma świetny styl, wiedzę, siedzi w temacie po końcówki włosów i to się czuje, a poza tym jest wyraźnie bezukładowy, chyba nieumoczony w żadnym towarzysko-łóżkowo-alkoholowo-biznesowym układzie. Szkoda, że pisanie bloga zawiesiła uwielbiana przeze mnie Alicja Kowalska, dziewczyna, która jeśli do Polski wejdzie "Vogue", powinna natychmiast zostać jego naczelną, choć jest poza modowymi i medialnymi układami, a to w karierze w prasie nie pomaga. Może wróci do blogowania.
Autorzy najlepszych blogów to nie są ambitne i lubiące ciuszki oraz lans nastoletnie panienki, to ludzie z wiedzą i doświadczeniem. Jako odpowiedź na zalew blogosfery modowej powstało wiele alternatyw. Moja ulubiona to arcyzłośliwa i inteligentna, robiona w Krakowie strona niemodnepolki.blogspot.com oraz facebookowa Beka z Szafiarek.
Najsłynniejszą, mocno ostatnio lansowaną szafiarką z przeraźliwymi ambicjami na bycie piosenkarką i celebrytką pełną gębą jest niejaka Honey, czyli Honorata Skarbek (? Honey/Honorata Skarbek).
BOHOSIEWICZ SONIA
Jedna z lepszych aktorek swego pokolenia i zdumiewająco normalna jak na sukces, który jest jej udziałem. Do tego, co u aktorek jest rzadkością, inteligentna i wygadana bestia. Dobrze śpiewa. Lubi ryzykować - była pierwszą serialową lesbijką w "39 i pół" i Polska jakoś to przeżyła, bo Bohosiewicz ani sekundy nie szarżowała i nie latała jak nawiedzona z tęczową flagą. Jej Natasza z "Wojny polsko-ruskiej" porażała chamstwem i prostactwem tak jak funkcjonariuszka SB z filmu "80 milionów". Hanna Kondolewicz z "Obławy" to kobieta z tajemnicą i nieokiełznanym libido. Od 2007 roku i roli w filmie "Rezerwat" w czołówce aktorów. Co ciekawe, bez skandali, opowiadania głupot i ekshibicjonizmu. Ktoś wie, jak wyglądają jej ? dzieci? Była sesyjka w "Vivie!" pod tytułem ja, mój mąż, nasza kanapa i dzieci oraz pies? Była jakaś relacja ze ślubu? Albo z randek? Guzik. Bohosiewicz ma klasę i kulturę w tym, jak sprzedaje siebie w mediach. Bo aktorstwo to sprzedawanie siebie. Ona to umie.
Mam jednak czasem problem z tym, jakie role wybiera. Rozumiem, że trzeba płacić rachunki, ale niech mi ktoś wytłumaczy, po jaką cholerę był jej debilny film pod tytułem "Kac Wawa"? Albo żenująca i obrażająca ją jako aktorkę "Wojna żeńsko-męska"? Jest jeszcze koszmarek w filmie "Podejrzani zakochani"... Sonia, WHY?
No i ta twarz... Coś przy niej chyba majstrowała (? botoks) i za wcześnie wyszła z tym do ludzi, bo jej usta, zaiste, nagle zmieniły się i nie była to zmiana na korzyść. W "Obławie" trochę za bardzo skupiają uwagę widza. Ja oczu oderwać nie mogłam. No chyba że to kwestia cudownej nieinwazyjnej diety, od której puchną usta i policzki... W takim razie ja taką dietę też poproszę.
Ale nogi ma obłędne.
BOTOKS
Trucizna usztywniająca mięśnie i dająca złudzenie wiecznej młodości, ewentualnie plastikowej lalki albo egipskiej mumii w zależności od tego, co kto lubi mieć w twarzy. Oficjalnie używa go tylko jakieś dziesięć osób. Nieoficjalnie - i aby to stwierdzić, wystarczy porównać zdjęcia sprzed kilku lat i współczesne - niemal wszyscy. Oficjalnie jest to wynik diet zmieniających rysy twarzy; rzekomo woda też wygładza skórę (ale chyba tylko ta z Lichenia), nie mówiąc o wegetariańskiej diecie, soku z marchwi, jodze i spacerach z psem. Seks też podobno odmładza, czyli wynika z tego, że większość naszych celebrytów to seksoholicy albo zboczeńcy - tak masowo młodnieją. Nieoficjalnie - jeśli ktoś chce wiedzieć, kto i co sobie robi, musi studiować kroniki towarzyskie w gazetach. Tam jest czarno na białym cała prawda o wiecznej młodości polskiego szołbiznesu. Wystarczy zobaczyć, kto chodzi i z uśmiechem pozuje na eventach w licznych obfotografowanych klinikach medycyny estetycznej, i już wiadomo, kto i gdzie, choć oficjalnie nikt tego przecież nie robi i wszyscy żyją w zgodzie z naturą, piekąc orkiszowy chleb i sadząc na balkonie marchew. Za każdy taki uśmiech - jeden zabieg albo i dwa. Wiem, bo mi też wiele razy to proponowano. Ale jak będę chciała sobie coś zrobić, wolę dla komfortu psychicznego zapłacić. Na razie mnie nie stać. Może zarobię na lifting na tej książce...
Celebrytkom i celebrytom masowo rosną więc usta (tak zwany efekt karpia lub mrówkojada), puchną policzki (tak zwany efekt chomika powstający w wyniku podniesienia kości policzkowych i żuchwy), podnoszą się powieki (efekt pod tytułem "ktoś wsadził mi coś w odbyt i nie wiem, jak to wyjąć, a chciałabym usiąść" - zabieg niemal niezbędny po tak zwany efekcie eskimoskiego chomika, po którym trudno zobaczyć cokolwiek, bo oczy robią się jak u Azjaty, czyli małe).
Opowiadano mi niedawno, że ? Doda swoje nagle wydatne kości policzkowe usprawiedliwia publicznie tym, że tak bardzo chciała je mieć, tak sobie to wmówiła, że się samo zrobiło. Czyli siła woli w celu osiągnięcia piękna jest ogromna. Jej się sama zrobiła niemal cała nowa twarz. Podobno niektóre gwiazdy salonów już się nie śmieją, bo kiedy się śmieją, kończą w toalecie, a to nie jest miła wizyta, szczególnie kiedy trzeba szybko zdjąć uciskające i modelujące majtki. Kiedy ogląda się zdjęcia z imprez, widać szokujący efekt ksero - wszystkie celebrytki zaczynają niepokojąco upodabniać się do siebie i wyglądają jak kolonia lalek Barbie albo klony pacjentów doktora Frankensteina po wzięciu za dużej ilości amfetaminy. Identyczne spuchnięte usta, krągłe policzki, proste noski jak ze sztancy, szeroko otwarte oczy i czoła, na których można stawiać kieliszki, tak są gładkie. Podobno sami mężowie już ich nie rozróżniają, chyba że po głosie albo liniach papilarnych.
Uwielbiam patrzeć na dziennikarki informacyjne, które bez względu na to, z jakiej są stacji, są identyczne - u wszystkich jedyną ruchomą częścią twarzy są gałki oczne.
Zapytane, czy coś majstrują przy twarzy czy innych częściach ciała, gwiazdy odpowiadają wymijająco. Tomasz Jacyków (? Jacyków Tomasz) robi sobie wszystko, jak leci, i kocha o tym opowiadać, tym bardziej że za to opowiadanie i wciskanie, gdzie się da, nazwiska dobrodziejki lekarki ma kolejne darmowe zabiegi albo rabat. Krzysztof Ibisz (? Ibisz Krzysztof), którego podejrzewano, że w swej pasji odmładzania się zacznie zapraszać ludzi na własne pępkowe, bo wygląda już młodziej od swych małoletnich ? dzieci, nadal nie komentuje zmian w aparycji. I powoli się starzeje. Po wielkich bólach do poprawiania ust przyznały się Maja Sablewska (? Sablewska Maja) i Iwona Węgrowska. Modnie jest maskować zrobienie ust jednoczesnym założeniem aparatu na zęby. Że niby wargi puchną, bo ma się metal w ustach. Jak ktoś ma problemy ze wzrokiem i nie ma w domu internetu, może się nabrać.
Biust zrobiły sobie Mandaryna (podobno wydała po dziesięć tysięcy złotych za sztukę) i Iwona Węgrowska (trudno było tego nie zauważyć - wylewał się zewsząd). Doda biustu nie zrobiła, tylko "Radzio masował". Grunt to mąż o cudownym dotyku. Ona podobno w ogóle niczego nie robiła, a chirurga, który w programie "Na językach" czarnym flamastrem dokładnie zaznaczył na jej zdjęciu, co zmieniła (a było tego sporo, co nawet gołym okiem widać, gdy porównamy jej fotografie sprzed kilku lat i obecne - dość szokujące doznanie), chce podać do sądu... Będzie najzabawniejszy proces stulecia. Krążą opowieści o tym, jak wiele uczestniczek "Tańca z gwiazdami" (? "Taniec z gwiazdami") robiło sobie odsysanie tłuszczu z pleców , bo nie wypadało straszyć milionów widzów wałkami tłuszczyku od tyłu. Odsysa się tłuszcz z brzucha i ud - to podobno zabieg tak powszechny jak botoks. Ostatnio Edyta Górniak (? Górniak Edyta) uznała za stosowne przyznać się do poprawienia ust. Trudno, żeby tego nie zrobiła - jej usta to od lat indywidualny byt, mają już swój numer PESEL i pierwsze wchodzą do pokoju, a dopiero po nich ona. Uzasadniła to tym, że była smutna. Aż strach myśleć, co robi, gdy jest wesoła.
Wierzcie lub nie, ale zobaczenie niektórych znanych osób z bliska i bez tapety skutkuje depresją i moczeniami nocnymi. Niby widzieliśmy już wszystko i jesteśmy przygotowani na wszystko, ale są rzeczy, których nie wymyśliliby seryjni mordercy.
BRACIA FIGO FAGOT
Jestem pod wrażeniem. Ogromnym. Śpiewam ich piosenki i dlatego tutaj są. Dawno nie było w polskiej satyrze, kabarecie czegoś TAKIEGO. To rzekomo "disco polo dla inteligenta", a w rzeczywistości powiew świeżości, czegoś naprawdę zabawnego. Bracia Figo Fagot to dla mnie alternatywa, kwintesencja kontestacji otaczającej rzeczywistości, którą jeśli jej zmienić nie można, można chociaż obśmiać, zaatakować jej własną bronią. Kiczem w kicz. To działa. Są też tacy, którzy uważają, że Bracia Figo Fagot to zespół punkowy. Jak zwał, tak zwał, według mnie - rewelacja, hit nie tylko sezonu, ale na lata. I dowód na to, że można być znanym, nagrywać płyty, sprzedawać je oraz trasy koncertowe i nie lansować się na imprezach.
Bracia Figo Fagot to Bartosz Walaszek i Piotr Połać. Wzięli się z serialu komediowego "Kaliber 200 volt" pokazywanego w stacji Rebel TV. Tam w każdym odcinku robiono teledysk w manierze disco polo ze wszystkim tym, co nam się z owym gatunkiem muzycznym kojarzy. Czyli panowie rubaszni w stylu wieśniackiego macho, tekst prosty o miłości, bez obciachu, jak trzeba, to z wyrazami. No i muzyka - klasyczne umpa-umpa, banalne do bólu, ale nóżki same chodzą, choć troszkę wstyd. Ale kto nie lubi skocznych piosenek o miłości, no, kto?
Zespół zadebiutował w 2011 roku na IV Festiwalu Twórczości Żenującej Zacieralia, ale faktycznie powstał w roku 2012. I od razu z siłą wodospadu z reklam tabletek do protez zdobył publiczność. Mnie też.
W maju 2012 roku wydano ich pierwszą płytę - "Na bogatości". Wydawca był ten sam, co Kultu i Kazika. To wcale nie jaja, to real. Bardzo szybko ta świetna płyta dotarła do siódmego miejsca na liście najchętniej kupowanych płyt w Polsce. Wynik, o jakim bohaterki plastikowych okładek mogą jedynie marzyć. Daje do myślenia...
"O Boże, Boże, Bożenko, zdradziłaś mnie z Cyganem..." to szlagwort, który łazi za mną od roku. Kto nie widział "Bożenki", ten cienias. Niech to nadrobi. Ale niech nie bierze wszystkiego na poważnie, bo ten zespół, jego genialna stylistyka to wielki test na dystans i nasze ? poczucie humoru. Trzeba też koniecznie posłuchać, a jeszcze lepiej - zobaczyć teledysk do piosenki "Zobacz dziwko, co narobiłaś". Braciom partneruje tam niejaki Sztefan Wons, czyli Czesław Mozil (? Mozil Czesław). Wystąpi on gościnnie na płycie zespołu, która ma się ukazać w 2013 roku.
Rok 2013 może być ich. Życzę im tego bardzo. ? Doda, Górniak (? Górniak Edyta) i inne wydmuszki powinny zacząć się bać. Pokona ich ktoś sto razy lepszy, ładniejszy i bardziej seksowny od nich. Idzie nowa era.
Rozmarzyłam się...
BRAUNEK MAŁGORZATA
Gwiazda absolutna. Gdyby urok osobisty można butelkować i sprzedawać, ona byłaby miliarderką. Uśmiech wart miliony i hipnotyzująca twarz. Najlepsza ambasadorka buddyzmu w Polsce. Grała u Andrzeja Wajdy, Andrzeja Żuławskiego, Witolda Leszczyńskiego czy Jerzego Hoffmana. Kiedy okazało się, że ma zagrać Oleńkę w "Potopie", w Polsce o mało nie doszło do krwawych zamieszek. Tak, kiedyś u nas naprawdę kochało się filmy i aktorów... U szczytu kariery, w 1978 roku, po zagraniu w filmie "Wejście w nurt" przerwała karierę. Trzeba było mieć naprawdę silny charakter i motywację, żeby powiedzieć sobie: "już mnie to nie bawi". I nie bawiło jej to aż do roku 2004 i do genialnej roli w filmie "Tulipany" Jacka Borcucha. To był wymarzony powrót na wielki ekran, nagrodzony między innymi Orłem. Jej zmysłowy miłosny duet z Janem Nowickim wart jest każdych pieniędzy i nie sposób się w tej parze nie zakochać. A scena, kiedy idą ze sobą, wreszcie, do łóżka... cudo! Widziałam ten film z dziesięć razy, zawsze z podobnym uczuciem zachwytu. Teraz Braunek z sukcesem czaruje widzów w serialu "Życie nad rozlewiskiem".
Jej życie to temat na film albo i serial, ale taki pewnie nigdy nie powstanie, bo Braunek, jeśli już o sobie mówi, to z dystansem i kulturą oraz szacunkiem między innymi do byłych partnerów życiowych. Miała trzech mężów, ma dwoje udanych ? dzieci i tyle o niej wiemy. Reklamuje kremy przeciwzmarszczkowe tak skutecznie, że chce się je jeść łyżką, jest wegetarianką i walczy o prawa zwierząt. W czasach poprzebieranych w cudze ciuchy gwiazd ona ubiera się normalnie. Normalność to w ogóle jej znak rozpoznawczy.
Jest żywym dowodem na to, że nie trzeba przypominać lalki z sex shopu, żeby zrobić karierę, oraz na to, że klasa sprzedaje się najlepiej. I brak sztucznej napinki. Bo to jedna z najnormalniejszych i najbardziej wyluzowanych osób, jakie dane mi było poznać. Robiłam z nią kiedyś wywiad i pomyślałam sobie wtedy, że gdybym była facetem, to wysyłałabym jej co tydzień bukiet kwiatów. Ot tak. Bo jest tego warta.
BRODKA MONIKA
Artystyczny gejzer najwyższej klasy. W małym ciele wielki duch i megatalent oraz niezły charakterek. Zobaczyłam ją po raz pierwszy w "Idolu". Stała na scenie mała i harda. Bardzo urodziwa. I zdolna. BARDZO zdolna. Dzisiaj to kawał samodzielnie myślącej artystki pełną gębą. Brodka wiele osób wkurwia, i to strasznie. Możecie nasłuchać się o niej niesamowitych opowieści. Nic dziwnego - jak ktoś ma swoje zdanie, musi być albo niespełna rozumu, albo nienormalny, ewentualnie - mieć parszywy charakter. Ja rozumiem to, że Brodka bezkompromisowo walczy o swoje. Sama uchodzę za taką, co ma parszywy charakter i jest nienormalna.
Brodka nie jest głupia. W przeciwieństwie do większości swoich koleżanek po fachu nie myśli tylko o kasie, a na przykład - czyta umowy, zanim je podpisze, i twardo negocjuje. Sama widziałam, jak skrupulatnie wykreśla z umów pola eksploatacji nagranego z nią materiału, co powodowało u producentów myśli co najmniej mordercze. Nic dziwnego, że w niektórych kręgach może mieć fatalną opinię. To tylko potwierdza, jak wielki sukces odniosła. Wie, co, kiedy i do kogo mówi. To jedna z niewielu osób w polskim szołbiznesie, która w mediach nie opowiada bredni, nie jest wykreowanym od początku do końca sztucznym tworem gadającym jak robot tylko to, co mu każą. Żadna z niej mazowiecka Whitney Houston czy prowincjonalna Lady Gaga. Nie jest też medialną dziwką, która w imię rabatu na torebkę albo buty, zarabiania na kolejne głupoty i robienia kariery sprzeda wszystko łącznie z wydzielinami. Brodka sprzedaje muzykę i siebie poprzez to. W sprostytuowanym i sztucznym świecie bez zasad to rzadkość. Szanuję ją za to. Publiczność też, o czym świadczy fakt, że nawet w czasach kryzysu nadal kupuje jej płyty. To się nazywa sukces.
BRODZIK JOANNA
Polska dziewczyna z sąsiedztwa. Mogłaby wykładać na uniwersytetach przedmiot "jak być jedną z ukochanych polskich gwiazd bez rozkładnia nóg w każdej gazecie". Mimo absolutnej rozpoznawalności niemal nic o niej nie wiemy. Na początku kariery wygrała kilka procesów z brukowcami, które teraz piszą o niej albo dobrze, albo wcale. Nie robi ustawek z paparazzimi, nie dzwoni do gazet z newsami, nie donosi na koleżanki. Poza tym nie uświadczysz jej wypróżniającej się publicznie, klnącej ani wrzeszczącej także dlatego, że niemal nie bywa na imprezach. Doskonale zna swoją wartość. Przez to wielu wkurza.
Miała to szczęście, że znalazła się w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu. Mogła bowiem stać się synonimem kiczu i gwiazdką jednego sezonu po pokazaniu okazałego biustu w "Dzieciach i rybach" albo po wygraniu konkursu "Z Cinema do Cannes", który medialnie robił z niej tanią seksbombę biegającą po canneńskiej plaży w mokrej bluzce. W 2002 roku szczęście się do niej uśmiechnęło uśmiechem jak z obrazka - zagrała w serialu, który na zawsze odmienił mentalność Polaków i jej życie. Był to serial pod tytułem "Kasia i Tomek". Cała Polska zwariowała na punkcie Brodzik. Dziewczyny chciały się tak ubierać, czesać i malować jak ona. Z drugoplanowej, ładnej i seksownej dziewczyny awansowała w kilka tygodni na gwiazdę pierwszej ligi. I co ciekawe - specjalnie jej nie odbiło, wykazała się zdrowym rozsądkiem i wyobraźnią. Ani "Viva! Najpiękniejsi", ani Telekamery i inne statuetki nie zatarły jej ostrości patrzenia na szołbiznesowe szambo.
Poszła za ciosem i zagrała w "Magdzie M.", gdzie całowała się z Małaszyńskim (? Małaszyński Paweł). A potem pojawiła się w "Domu nad rozlewiskiem" - dobrym serialu na podstawie hitowej powieści, który również odniósł sukces, choć nie powstał w TVN, gdzie po odejściu do konkurencji wróżono jej rychły koniec. Polska jednak znowu oszalała i szaleje nadal, oglądając "Miłość nad rozlewiskiem" i "Życie nad rozlewiskiem", choć tabloidy czasem lubią napisać, że "Brodzik się kończy". Ale sądząc po tym, jak prowadzi swą karierę, nie skończy się jeszcze długo. Tylko niech już nie prowadzi programów o gotowaniu. I niech nie opowiada w reklamach, że "wygląd to podstawa". Ja wiem, że to za pieniądze, ale...
To nie jest wybitna aktorka, to jest aktorka popularna i mająca to "coś", co wystarczy za talent na miarę Oscara. Aśkę Brodzik się po prostu lubi i już. Ja ją lubię i życzę jej jak najlepiej. Ma to, czego nie da się kupić w sklepie - szacunek odbiorców. Może dlatego, że nie wiemy o niej wiele, że nie kupczy sobą w mediach. To bezcenne. Aśka ma w dupie, co o niej piszą. Jest inteligentna i nie przeszkadza jej to w wykonywaniu zawodu.