Wiedeń, 27 lutego 1984
Droga Pani Ewo,
jestem u Pani zadłużony na dwa listy, alić wiem, że się Pani z mężem w międzyczasie widziała z moją żoną. Więc mniemając, iż moja żona coś tak powiedziała o różnych częściach ciała, które mi po trochu wysiadają, nic w tej przykrej, choć nieciekawej kwestii pisać nie będę.
Austriacy są mniej więcej Polakami mówiącymi popsutym niemieckim językiem. Moje życzenie o jasiek - Ohrkissen - jak to wie każde normalne dziecko niemieckie, budzi powszechny lęk, bo tu się mówi jakoś Polster; poza tym mniemają oni (nieco fałszywie), że takie wyrazy, jak Kolatschen, Kren, są echt niemieckie. Zresztą bo ja wiem, co oni mówią, skoro głuchnę nadal, pomału, lecz uporczywie: jedyne korzystne spostrzeżenie a propos jest takie, iż widząc monetę lub banknocik, zaczynają wszystko całkiem dobrze rozumieć, nawet chyba gdyby kto mówił po EGIPSKU.
Nasza TV chciała pchnąć na ekrany mój Pamiętnik znaleziony w wannie i b. chętniem na to poszedł, ino już byłem napisał ongi - co prawda dla Niemców, ale po naszemu - scenariusz do spółki z Janem Józefem i ten J.J. ich jakoś zraził. Jak słyszę, ludzie nie mający lepszej pracy biorą się do pisania Monografii o mej osobie, resp.[ectively] mym dziele, co jest lekkomyślnością, zważywszy, iż najpierw nie jestem klasykiem typowym (czyli w stanie daleko posuniętego rozkładu), a ponadto mogę nawet po śmierci, mało że nękać, widmem nalatywać, lecz ręce i nogi powyrywać, bo osoby, które szczególnie - jakem słyszał - palą się do tego, nawet w piecu uczciwie zapalić nie potrafią.
Nam jest tu dość smutno, i choć moje słabowanie nie wyłącznym jest powodem, to jednak takoż. TV tutejszej oglądać sił nie mam; a gdyby jakaś inna była gorsza, to jest akurat taka sama mała pociecha jak to, że człowiekowi porwanemu dla okupu tylko jedno ucho odcięli, a drugiemu oba i jeszcze kawałek szpondra, dla lepszego przekonania rodziny, że warto płacić. Zdaje mi się, iż popadam w styl zwany peryfrastycznym, ale cóż zrobić. To bardzo dobrze, że Pani pisze książeczkę, bo choć Pana Boga nie ma, PO TO Panią stworzył, a krój, mój Boże, z jednego można mieć satysfakcję, a z drugiego ponadto jeszcze grosiwo na Cheopsa. Nb. słyszałem o tych Cheopsach i wahadełkach - to już dawno wymyślono, i wcale nie w Polsce. Marzę o tym, aby się zdobyć na zmianę taśmy w maszynie, ale nie mam dość silnej woli. Cóż więcej? Tomasz dziękuje za życzliwe słowa, nie wiem, czy Państwo widzieli go ostatnio na Klinach, bo i tam się pochorował.
Już nie muszę kupować pornograficznych pism, gdyż rozdział o Granicy wzrostu w kulturze[24], gdzie o mass media i o porno być też miało, skończyłem wreszcie i teraz po trochu te piękne magazyny wynoszę z domu i wrzucam do takich pojemników na papiery i gazety, tylko się rozglądam, czy kto nie widzi, bo mógłby sobie coś błędnie pomyśleć. Zostawiłem sobie na razie edycję parodystyczną "Playboya", gdzie jest całkiem goła Diana, ta synowica Elżbiety angielskiej, i poniekąd zachęca czytelników, a właściwie oglądaczy do tego, co Pani wie, i chociaż jest to niechybnie tzwany pic, czyli fotomontaż, nie pojmę, czemu to nie jest karalne. Ale być może już Pani pisałem o tej Dianie, bo ja tu mam niewiele silnych przeżyć, jeśli brzucha nie liczyć ani tej polędwicy wołowej, co ją teraz właśnie usiłowałem zjeść, a chociaż Teściowa (bo przyjechała do nas) z żoną bardzo wielkie lanie jej (polędwicy) spuściły, TEŻ była zelówka. Pisałem do pani Smorąg, żeby dyrektor Próchno, względnie Staub[25], który wrócił, jak słyszę, starał się o prawa do Eco Imienia róży; nowe PISMO, które tu dostałem raz, zamieściło kawałki tak przełożone, że gdybym oryginału nie czytał (właściwie w wersji niemieckiej i jeszcze angielskiej), nigdy bym nie dał wiary, że tak można dobry tekst złajnić. I tym się kończy epistoła, w której jest sama prawda goła i rymy pełne, chociaż wiem, że to nie to,
Stanisław Lem
PS No i masy serdeczności dla Pani i dla Pana od nas wszystkich.
Brudnopis listu Ewy Lipskiej do Stanisława Lema, 1984.