II.
Gdy Bolesław zabawiał się tak na królewskim dworcu, o kilka mil z tamtąd ściągało się po cichu rycerstwo, zwołane na radę przez Mścisława z Bużenina i innych ziemian, którzy od króla odeszli. Na ten zbór jechał i Biskup krakowski Stanisław ze Szczepanowa, którego Boleszczyce z małym orszakiem na drodze spotkali.
Zwołano radę jakby ów stary wiec, który wprzódy wiciami rozsyłanemi gromadzono, ale potajemnie i cicho. Teraz już starych tych obyczajów porzucono wiele, nie godziły się już one z nowym ładem i składem. - Gromady nie miały głosu jak bywało. Od czasów Mieszka panowali knezie a królowie; oni sami tylko zwoływać wiece mieli prawo, a szli na nie ci, których pozwano i przypuszczono, kogo pan zażądał.
Pod żelazną dłonią Chrobrego, ziemianie i rycerstwo starych swych praw wyrzec się i zapomnieć musieli, nikt do nich odwołać się nie śmiał, choć żyły jeszcze w starych ludzi pamięci. Gdy potem Mieszko Bolesławów syn z Ryksą objęli rządy, podniosła nieco głowę dawna swoboda słowiańska, ale się to nieładem, burzą i zniszczeniem skończyło. Za Kazimierza wrócił dawny królewski porządek i posłuszeństwo, a gdy rządy po nim objął rycerskiego ducha Bolko Szczodry, nikomu też z sobą władzy dzielić nie dawał.
Od początku niemal panowania, wojował bezustanku, rycerstwo wodził ze sobą to do Węgier, to na Ruś, spoczywać mu nie dając. Ziemian innych znać niechciał, oprócz tych co mu służyli. - Głowy podnosić zbyt wysoko nie pozwolił nikomu.
Urodzony z matki rusinki Dobrogniewy, ożeniony z ruską księżniczką, z Rusią związany ciągłemi wojny i brataniem, Bolko jak wojak krajem rządził, jak wódz i pan, a u siebie doma tak chciał mieć jak w zawojowanym kraju, i jak bywało na kijowskiej Rusi.
Musiało mu służyć na skinienie wojsko, ziemianie, lud, nawet duchowieństwo, które on sam sadzał na biskupich stolicach i chciał je mieć sobie posłusznem. Wolał przeto polskich mieć biskupów, niż Włochów i Francuzów, których mu z Rzymu stręczono.
Z duchowieństwem szło opornie; czuło się ono nadto silnie związanem z całą potęgą kościoła na Zachodzie - by mu ulegać miało nie broniąc swej niezależności, gdy gdzieindziej albo władzę ze świeckiemi dzieliło lub nad niemi brało górę.
Była to w całej Europie chwila przełomu, która o losach kościoła stanowić miała, - miałli on, wedle wyrażenia Hildebranda, być słońcem, a królowie i panujący księżycami, czyli przy słońcu cesarskiem, jak skromny stanąć satelita.
Cesarstwo wprawdzie wasalów mnogich liczyło, siły wielkie, ale czemże one były obok potęgi duchowieństwa, rozsianego po świecie całym, skupionej w ognisku z którego płynęły rozkazy; dzierżącego w ręku najpotężniejszy oręż klątwy i wyłączenia ze społeczności, równającej się śmierci i nad samą nawet śmierć straszniejszej.
Piętnastu biskupów polskich otaczało tron Bolesława Szczodrego, w czasie koronacyi jego w Gnieźnie; - byli to jakby piętnastu wojewodowie potężnego zastępu, który władzy królewskiej albo mógł iść w pomoc, lub z nią walczyć.
Bolko ani znać od nich nic innego nie chciał nad posłuszeństwo i poddanie się rozkazom. Spotykał opór bierny, choć mu się otwarcie jeszcze sprzeciwiać nie śmiano, czuł że tu miłości nie miał - zastraszyć nawet nie potrafił.
On też na czele rycerstwa swojego nie lękał się żadnej wojny.
Tymczasem duchowieństwu wypadki w pomoc przywiodły część tej siły którą król za swoją rachował.
Mścisław z Bużenina, którego młodą żonę wziął Bolesław z mężowskiego domu, wrzał chęcią zemsty przeciw niemu, mieli też i inni ziemianie niechęci powody; zwołano więc w pewnem uroczysku niedostępnem, zwanem "dziewiczy łan" wiec, który miał stanowić, jak sobie dalej poczynać miano.
Był to początek zmowy przeciw królowi, który wielu już dorobił się nieprzyjaciół w domu.
Mścisław nie naznaczył na ów zbór miejsca, ani we dworze, ni we wsi, ani na oczach ludzi, bo wiedział że to by się prędko doniosło do uszu króla, który pospolity lud miał za sobą. - Obawiano się zdrady, naprowadzenia i napaści - bo choć ziemianie i część rycerstwa na króla sarkała, zniechęconą będąc do niego - miał on z sobą drużynę swoją, swych Boleszczyców i żołnierzy, którzyby zań życie dali i poszli choćby na rodzonych braci.
Obesłali się więc starsi, uproszeni przez Mścisława, głowy rodów znaczniejszych: Toporczycy, Śreniawy, Doliwy, Lisy i inni, po cichu a ostrożnie, na dzień ów stawić mając na dziewiczym łanie w lesie, sami bez czeladzi, bo tej nieufano. - Jeździł pan z Bużenina sam od dworu do dworu i nie żałując trudu, aby na swem postawił.
On był duszą tego zboru przeciw królowi, a wiedząc iż i biskup krakowski mu był niechętnym - narzekając i bolejąc nad jego swawolą, - także go na radę zaprosił. Nie pierwszy to raz Mścisław się do niego udawał, znał go już dawniej Biskup, rodzinie też nie będąc obcy, więc gdy przybył na zbór go prosząc, miejsce i czas oznajmując, rzekł mu pasterz:
- Nie przystało mi, słudze Chrystusowemu i kapłanowi jego, potajemne czynić zmowy, i kryć się z tem co czynię. Czyny moje i słowa jawne są, nie lękam się ich ani światu ni królowi na oczy postawić. Nie żądajcie więc po mnie tego abym z wami był.
Ale Mścisław, do rąk jego przypadłszy, całować je począł i błagać aby dla nich to uczynił i przybyć raczył, bez czego, jak powiadał, gorszy nieład i zaburzenie przypaść mogło.
A tak biskup Stanko, po długiem namyśle i pilnem rozpytaniu, gdy się przekonał, iż skuteczną być może bytność jego, przyjechać wreszcie obiecał, zapobiegając aby niesforne umysły rozjątrzonych ludzi, szkodliwego co nie postanowiły.
Pod wieczór dnia tego widok dziwny przedstawiała dolina wśród lasów, zwana "Dziewiczym łanem" - oddalona od osad i wsi, odosobniona i w koło ścianą drzew i gąszczy objęta.
Była to łąka i pola część dość rozległa, zdawna odłogująca. - U stóp wzgórza na którem się rozpościerała, ku jednej ławie puszczy zlekka skłaniając, płynął strumień leśny po brzegach gdzieniegdzie kamieniami usłany...
W samym środku pola onego stał odwieczny dąb rozłożysty, ogromny, tak jeszcze żyw i zdrów jakby kilkuset lat i niezlicznych burz i zim nie przebył.
Niegdyś tu, wedle podań, odbywały się Sobótki, schadzały czasem wiece, a nieopodal miało być cmentarzysko pogańskie i zgliszcze. Pod lasem widać było zielonym darniem okrytą mogiłę, zwaną Kurową, od imienia wodza jakiego; który tu zginął przed wieki. Lud dotąd w pewne dni zbierał się nocami nad strumień, na uroczysko, pieśni śpiewał i obrzędy pogańskie odprawiał. Dla tego proboszcz wystawił tu był krzyż drewniany, na którym, jak dawniej na drzewach, zawieszano płachty chorych, a pod nim stawiano obiaty.
Przed zachodem słońca, przybyło już pod dąb jezdnych kilku, a choć nikogo nie znaleźli, powoli się rozkładać zaczęli.
Ponieważ, dla bezpieczeństwa, nikt z sobą czeladzi nie prowadził, sami panowie około koni swych staranie mieć musieli, i sami też sobie posługiwali. Niektórzy, co synów i młodzież zabrali na radę, nią się wyręczać mogli. Wszyscy też naówczas nawykli byli do najtwardszej pracy i nikt się od niej nie wymawiał, a chlubę z tego ciągnął, gdy sam sobie we wszystkiem dawał radę.
Trzech Toporów, którzy tu przybyli pierwsi, bracia Starżowie, nie długo pozostali sami, zjawiło się wnet dwu innego rodu, a po nich pięciu Toporów, których Kołkami zwano. Witali się jedni, drudzy mniej znani sobie, bliżej dopiero zapoznawali.
Wszyscy podesławszy opony z koni zdjęte na ziemi się porozkładali, bo jak czeladzi i wozów, tak namiotów też nikt nie brał z sobą, trzeba było pod dębem się chronić...
Obojętna poczęła się rozmowa co i gdzie się w okolicach działo, jak stało we dworach, osobliwie tych, które jeszcze po kijowskiej wyprawie i swawoli służebnych, do ładu przyjść nie mogły.
Posępni byli wszyscy i nie zbyt radzi wiecowi; nie małą bowiem rzeczą było na owe czasy, zjeżdżać się niechętnym i poróżnionym z królem, który o zdjęcie głowy z karku ziemianinowi nikogo nie pytał, nikogo się nie zwykł był radzić, a gdy ukarać postanowił, sądów nie zbierał, posyłał siepaczy swych i ścinać kazał, tak dobrze prostego człeka jak najmożniejszego władykę. -
Choć ze zgromadzonych tu, mało komu co na sercu nie leżało, nie spieszyli ze skargami i żalami, czekano, aż się zbierze więcej ludzi i Mścisław zagai. Niektórzy zapewniali że i Biskupa z Krakowa spodziewać się było można, lecz temu nie bardzo dawano wiarę. Znano go jako męża co otwarcie zawsze występywać był nawykły, a po królu największą miał powagę.
Z każdą chwilą powiększał się ów zbór u starego dębu, i o słońca zachodzie już z pół seciny, po większej części mężów statecznych i podżyłych naliczyć było można. Wielu z nich siwy włos okrywał, a młódź, ściągnięta starszym ku posłudze, nieco się opodal trzymała. Po uzbrojeniu i szatach rozpoznać było można zamożnych władyków i ziemian dostatnich, u niektórych nawet oręż i sprzęt złotem obficie połyskiwał. - Konie też, które młódź na łąkę, splątawszy puściła, piękne były i dobrane, a pieszczono znać chowane, jak u rycerzy zwyczajnie. Boć pieszy człek naówczas nie wiele był wart, i wojak nie stąpił bez konia.
Zebrani gwarzyli głosy stłumionemi, gdy naostatek z lasu pokazał się Mścisław, duchownego pana mając u boku, sam jeden z nim, bo czeladź swą i brata młodszego opodal zostawił. Obaczywszy go niektórzy zdala rękami witać poczęli, inni wołać ku niemu:
- Bywaj!
Mścisław żywo z konia zeskoczył, księdzu, którego wiódł z sobą pomagając, i oba wierzchowce, do gromady odpędziwszy, sam pospieszył do tych co nań oczekiwali.
Znani i nieznajomi mogli się teraz lepiej przypatrzeć dawno niewidzianemu panu z Bużenina; który po wzięciu mu żony, długo na świat oczów nie pokazywał. - Mąż to był lat średnich, czarno zarosły, zawczasu siwizną przypruszony, oczu bystrych, nizkiego czoła, krępy i silny, w którym niepomiernej zaciętości, a zarazem żalu wielkiego, boleści głębokiej wyraz uderzał.
Szedł zwolna, z pod gęstych brwi nachmurzonych rzucając wejrzenia niespokojne na tych co go witali, z dumą jakąś i wstydem niemal. Widok tylu ludzi przed któremi na srom swój się miał użalać, mięszał go i burzył razem. U boku jego idący bratanek, duchowny z Krakowa, przy nim się zdał wylękły i do zbytku pokorny, a spokojniejszy daleko. Szepcząc też coraz coś na ucho Mścisławowi starał się i jego ukoić.
Powstawali z darni leżący pod dębem aby witać przybyłego, który ze wzruszeniem znacznem jednych obejmował, drugich w twarze i ramiona całował, innych pokłonami pozdrawiał, rozglądając się ile już ich tam było. - Tymczasem nowi przybywali coraz, rosła liczba zebranych, i gwar w kółku, a jeszcze jakby oczekiwano na kogoś, i ku lasom spoglądano.
- No - ozwał się najstarszy z Toporów, my tu sobie sami sługami dziś być musiemy, gdy nam na to zeszło że własnej czeladzi wierzyć nie można. - Niechże młodzi ognia naniecą, kołem siadajmy wszyscy, a zacznijmy radzić o sobie aby czasu nie tracić.
Tedy Mścisław, obejrzawszy się dokoła, odezwał się głosem cichym, iż Biskupa Stanka ma nadzieję oglądać, życząc aby się z naradą wstrzymano aż przybędzie. Na to też inni godząc się, zamilkli wszyscy.
Nieco na uboczu, młodzi, których myśl weselsza nie opuszczała, choć starszych twarze posępne były, wzięli się ochoczo i swawolnie do naniecenia ognia. Wieczór był piękny i spokojny, ale rosa padała tak obfita, iż ognia rozpalić nie przyszło łatwo. Namęczyli się dosyć nim go potrafili dobyć, a gdy z chrustu suchego i gałęzi płomię się ukazało, aż raźniej się zrobiło wszystkim. Ten i ów dobywać począł co przywiózł z sobą, bo każdy się po troszę opatrzył na drogę. Pokładziono na trawie, co kto przywiózł, podobywano baryłki podróżne, wyciągnięto z sukien kubki, i wzajem się częstując, pokrzepiać zaczęto, przyczem wrzawa i rozmowy coraz się weselsze rozlegały...
Mścisław tylko z księdzem siadłszy na uboczu, sparł się na kolanach, i ani jadł ani pił, ani się zdawał słyszeć co się wkoło niego działo, tak był w myślach zatopiony - poglądał wciąż niespokojnie w tę stronę, z której się przybycia Biskupa spodziewał...
Nikt też zbolałego człowieka nie zaczepiał słowem, nie drażnił wzrokiem, bo wszyscy nad nim litość mieli.
Mrok już padł był dobry, gdy z lasu ujrzano wyjeżdżających dwu mężów, a w jednym z nich poznano Biskupa Stanka, przeciw któremu, zerwawszy się z ziemi, pospieszył zaraz Mścisław z bratankiem swym i kilką innemi.
Reszta zgromadzonych żywo wstawać i poruszać się zaczęła, gotując do wiecu, rzucając dlań jadło i rozmowy.
Młodzi podłożyli ognia, który jaśniej znowu gorzeć zaczął, oświecając jaskrawo dąb, dolinę, gromadę zebranych ziemian, i w dali pasące się konie.
Gdy tak stali w niemem oczekiwaniu wszyscy, ukazał się Biskup zwolna idący pieszo, z twarzą swą poważną i pogodną, zamiast pozdrowienia błogosławiąc krzyżem na wsze strony. Głowy wszystkich skłoniły się z poszanowaniem.
U boku jego zajęli miejsca dwaj duchowni, a tuż przy nich stanął Mścisław.
Była chwila milczenia, w czasie której Biskup stanąwszy, ze złożonemi rękami, zdawał się cichą odmawiać modlitwę.
Dokoła ściskając się i starając przybliżyć, stanęli ziemianie, a Biskup skinął na Mścisława. Pan z Bużenina pochylił głowę, potrzebował chwili by mu głos w piersi zastygły powrócił, tak gniew i przypomnienie krzywdy doznanej je ucisnęło. - Nareście stłumionym, cichym ozwał się oczy podnosząc.
- Radzić nam o sobie potrzeba, miłościwi panowie - radzić samym, bo i my się bez opieki zostali, wydani na pastwę jakby dzikiemu zwierzowi! Radzić nam trzeba, jeśli ginąć nie mamy.
Zatrzymał się nieco, szmer poszedł koło.
- Czas o sobie myśleć - dodał, - i głowę spuścił, bo znowu mu głosu zabrakło. Milczeli wszyscy, czekając co dalej mówić będzie. Mścisław, jakby się w nim gotowało i wrzało, bełkotał tylko, ręką po czole wodząc spotniałem, w ziemię patrząc nie na ludzi. Żal brał widząc silnego człowieka, którego boleść niemym czyniła.
- Radźmy - rzekł stłumionym głosem, jeśli ginąć nie chcemy.
- Radźmyż! podchwycił ulitowawszy się nad nim Topor, na lasce z siekierką oparty - radźmy o sobie. (Wszyscy owi Topory, Starżowie i Kołki bez siekier nigdy nie stąpili).
- Sprawę moją znacie - odezwał się wreszcie Mścisław niepodnosząc oczów. - Srom mówić o niej, a no, gdy człeka zwierz okaleczy, ranę okazać musi, choćby sromotnie był okaleczony. Tak i ze mną. - Sromotnie okaleczony jestem przez tego, który mnie od sromu bronić był powinien... Król, co opiekunem być miał, stał się rabusiem, żonę mi wziął...
W tem z boku mu któryś przerwał.
- Azali białogłowa lekka nie sama go ku temu wyzwała? Sam ci pokrewnym jej, mówił dalej, a bronić nie chcę i obwinię raczej. Któraby nie dozwoliła nie byłoby z nią tego co się z twoją Krystą stało.
Mścisław gniewnie odwrócił się ku mówiącemu, i rzucając się niemal na niego, zawołał.
- Azali nie wiecie co niewiasta każda jest? alboli która z nich rozum ma? Przeto gdy jedna z nich zgrzeszy, nie jej winą, a tego co ją przywiódł do grzechu - bo ona dzieckiem jest... Winien Król co miał więcej psiej chuci niż rozumu i sumienia.
Uderzył się Mścisław silnie w piersi.
- Wy ją winicie, a ja jej nie winię! Słabą była i nierozumną, a ten, co ją uwiódł, silny był i podły.
Zaszemrano dokoła, a potem milczenie się stało głuche.
W tem poruszył się jeden co stał w drugim rzędzie, mąż opalony, barczysty, wojak z postawy i twarzy; przedarł się naprzód dokoła, stał i mówić począł.
- Alboż to jedno co zbroił ten kat a nie król? alboli to jedno?
Pytajcie co się u mnie stało, co u innych wielu? Trzymał nas lat tyle w Kijowie u boku swego, a doma zbytki się działy. Po co i my tam siedzieli, aby mu za straż służyć, gdy szalał? I ja tak rzeknę jak Mścisław, nie niewiasty nasze były winne, bo to są dzieci, choćby i jak stare były. - Serce się nam rwało do domów i dzieci, trzymał nas bezlitośnie za górami, a doma sługi i pachołki, widząc że nas nie stało, gwałtem sobie żony nasze pobrali.
Toć wiecie cośmy potem zastali, gdy cierpliwości zbrakło...
Jak nas wieść doszła w Kijowie co się działo, i ja i sotnia cała, nie pytając pana lecieliśmy na skręcenie karku, bronić tego co jak życie drogie.
Tu tłuszcza ta, własne nam wrota pozamykała, wiedzieli łotry z czem przybywamy. Do domów nam swoich szturmem się dobijać przyszło, siec, karać i wieszać gwałtowników.
A za kimże się król ujął?
Za nami?
Nie - za tłuszczą i gwałtownikami, za czeladzią naszą, a żonom którym niepoczciwy gwałt zadano, szczenięta do piersi przystawiać kazał, i swoją klacz wodzić krzycząc, że ona więcej była warta niż te żony co się sprzeniewierzyły!!
Ścięto dziesięciu i więcej braci naszych, za to że samowolnie zbiegli z Kijowa, ja głowę musiałem ratować ucieczką, po lasach się tułam, bo i mnie miecz czeka!
Na żony nasze, na nas spadły gniewy, a niepoczciwe sługi, a motłoch i czerń niewinna, tej się nam tknąć nie godzi, choćby ludzi niewolnych!
Gdy tak coraz mocniej głos podnosił, dech mu zabiło, ustał - rękami w powietrzu rzucając, miotając się cały, potem za czoło chwycił się ręką jedną, za piersi drugą i jęknął boleśnie.
Patrzali nań wszyscy w milczeniu, żal było wojaka mężnego, który kryć i tułać się musiał...
Tuż wystąpił drugi, odarty jak on, w resztkach zszarzanego i oszarpanego pancerza.
- To co on mówił i ja potwierdzić mogę, odezwał się schrypłym głosem. - Królowi ziemianie i rycerstwo solą w oku, nasby się wszystkich rad zbyć, a z motłochu sobie dobrać drużynę. - Rusinami się otacza co mu pokłony biją, Pieczyngów przy sobie chowa i niewolników. My cośmy na tej ziemi ojczyce dawni, u niegośmy i psa nie warci; krom tych co jak Boleszczyce i za katów mu służą i za druhów do wszelkiego plugawstwa.
Takli ma dłużej być? poginiemy wszyscy...
- Do dziś dnia - począł inny, którego głowę tylko z za stojących widać było i włosy najeżone, do dziś dnia nam żeśmy z Kijowa uszli i żonom naszym nie przebaczył. Ino się który ukaże, wołają nań, zbieg, włóczęga, na gałąź z nim, łeb mu ściąć.
A jakżeśmy nie mieli uchodzić z Kijowa, gdy nam dobro nasze czerń łupiła? Mnie, żonę i siostrę parobcy wzięli... Powiesiłem ich obu - tak należało. Baby nie winne nic...
Za tem począł się taki gwar, coraz podnoszących głosów, iż już nic posłyszeć nie było można, nikt nie hamował wrzawy, okrzyki namiętne wznosiły się ze stron wszystkich.
Nie rychło poczęto syczeć, lecz gdy jedni milkli, drudzy się wyrywali z żalami i skargami, którym końca nie było...
- Chodził Tomko Swadźba do króla, chcąc go przebłagać - rzekł ktoś z tłumu, do nóg mu padł z pokorą, a nie był winien więcej tylko że z Kijowa bieżał i sześciu parobków co mu dom skazili, wieszać kazał. Ścięto go przeto bez litości...
- Nie przebaczy żadnemu! potwierdził inny.
Stary Topor podniósł do góry siekierkę na znak iż mówić chciał, i uciszyło się jakoś powoli, zatem on zabrał głos.
- Nie tak bywało, rzekł za Mieszka starego i za Bolka Chrobrego. Królowie surowi bywali, ale sprawiedliwi, bez rady też swej nie czynili nic. Ziemianie do nich szli jak dzieci do ojca, we wszelkiej potrzebie. Ten znać innej nie chce tylko swoją wolę, swój miecz, my u niego z czernią za jedno stoimy. Władyka, żupan czy wojak, a rab i parobek u niego równo waży.
I zwrócił się ku przysłuchującemu Biskupowi.
- Ojcze miłościwy, odezwał się, wy znacie i wiecie, jak gdzieindziej na świecie się dzieje, wiecie co nas boli, wy nam radźcie co począć mamy.
Gdy ujrzeli wszyscy iż na Biskupa wskazał i spodziewali się że przemówi, ucichło wszystko nagle; ciekawe głowy zwróciły się ku kapłanowi. Biskup stał poważny, zadumany, nie spiesząc ze słowem.
- Co mówicie, na co się użalacie, rzekł w końcu - jam też to widział i patrzę na to; lecz nim się co pocznie przeciw złemu, rozwagi potrzeba, aby większego zła nie ściągnąć.
Pamiętają z was niektórzy, jak po Mieszku i Ryksie, gdy panów nie stało wygnanych, wszystka ta ziemia zniszczoną była i w popiół obróconą. - Lepiej więc, zaprawdę próbować czy się go do opamiętania nie przywiedzie, niżeli knować na jego obalenie.
Do ostatka cierpliwości wyczerpać potrzeba.
Rozśmiał się Mścisław cicho, ale mu znak dano, aby milczał, i cofnął się za Biskupa.
- Może też, da Bóg, kończył Biskup, krew ta bujna, wojacza ostygnie w nim i uspokoi się. Gdyby gorszego nam co groziło, a król upamiętać się nie chciał, naówczas nie wam się porywać na niego i wojować z nim, ale nam - kościołowi wystąpić przyjdzie, któremu także krnąbnie się stawi.
Po nad tą koroną, którą z Rzymu ma, od papieża, stoi Biskup rzymski, kościół i my słudzy jego... Kościół co korony rozdaje, co rozkazuje światu i prowadzi go, kościół słowem jednem więcej uczynić może niż wy mieczami waszemi i odgróżkami. Przed nim on ukorzyć się będzie musiał.
To mówiąc Biskup wskazał na ziemię, jakby dumną głowę ugiąć chciał ku niej. - Milczeli wszyscy. Biskup nie rzekł więcej, a Starża drugi począł.
- Tak, miłościwy ojcze - ratujcie nas chrześcian przeciw poganom, których miłuje król. Ziemianie, rycerstwo, ojczyce starzy tutejsi, na woli jego jesteśmy jako pachołkowie. Bywała Rada przy królu, on jej znać nie chce. - Garściami złoto rzuca i nam i czerni, ale poczciwego słowa nie da; przystępu doń innego nie ma tylko na kolanach, głową bijąc pokłony. Jednemu z nas życie wziąć, majętności odebrać, czci zbawić - toć igraszka...
Zwrócił się do stojącego nie daleko, człowieka nie wielkiego wzrostu, palcem go wytykając.
- Waszych on lubi, Kaniowy u niego w łaskach, Boleszczyców z waszego rodu najwięcej... tak, waszych... waszych...
Kaniowa ów łysy, mały człeczek, napuszył się i ostro stanął przeciw Starży.
- Widzicie przecie że choć tej krwi co oni, tu z wami jestem, a nie tam z niemi! Więc nie wszystkie Kaniowy z nim. A że się znalazło kilku co mu dworują, co przy nim wiszą, a co ród winien!
- Winien - przerwał Starża - ich tam najwięcej, waszych Mszczuja synów! Jakuszowieckich waszych krewniaków. Czemu tam nie ma moich, albo i drugich?
- Jako żywo, odparł rozjątrzony Kaniowa, nie sami tam nasi koło niego, są Śreniawy, są Drużyny...
- A waszych najwięcej! powtórzył Topor gniewnie.
- Każdy za siebie odpowiada - odezwał się zwadę uśmierzając Biskup - nie ród winien a ludzie.
Stary Kaniowa cofnął się gniewny, pomrukując i zapalczywe rzucając wejrzenia.
- Brat mój przecie Biskupem we Wrocławiu - krzyknął odchodząc, azali i jego winić będziecie?
- Winni ci wszyscy co królowi dopomagają do swawoli, mówił Topor. - Gdyby ich z sobą nie miał, siły by mu do znęcania się nad nami zabrakło; gdyby nie Kaniowy, Śreniawy i Drużyny owe, nie ważył by się.
- Nie byłoby ich, byliby Rusini i Pieczyngi, coby nas gorzej jeszcze dusili; krzyknął z tłumu nieustępujący Kaniowa.
- Dusiliby a nie gorzej - zawrzał Topor. Z cudzej ręki cierpieć niczem jest, od swoich to już ostatnia zguba.
- Ani oni winni, ni kto kolwiek inny, wtrącił Doliwa, który stał milczący oszczepem się podparłszy - winien on, on sam... Jaki pan taki sługa. Sługa pana nie czyni, a pan sobie urabia służkę, jakiego mieć chce. Winien on...
- On winien! on! zaczęto powtarzać żywo dokoła. - On winien!
- Ukojcie się, ukojcie - przerwał Biskup. - Nie chronię go ani oczyszczam, do cierpliwości skłaniam tylko, azali się nie upamięta. Chodziłem doń raz, gdy z Kijowa przypadł gniewny, grożąc pomstą i śmiercią - chodziłem nadaremnie, pójdę jeszcze i chodzić nie przestanę... Nie usłuchali rady i napomnienia, będzieli gorzej niż jest - ujrzemy co naówczas czynić mamy.
Tak Biskup starał się niespokojne, rozgorączkowane głowy i serca skłonić do cierpliwości i pomiarkowania. Miasto ukojenia jednak, zgromadzenie w którem każdy się z żalem rozwodził, coraz więcej na jaw dobywając samowoli - podrażniło wszystkich i wzburzyło.
Gniew wybuchał gwałtowniej coraz, rosnąc gniewy pokrewnemi.
Mścisław, który ziemian zwoływał, stał ponuro patrząc pod nogi.
- Ojcze wielebny - rzekł w końcu - czyńcie i rozkazujcie jako wam się zda. Cierpieliśmy dłużej, pocierpiemy jeszcze, lecz, gdyby się miłości waszej nie powiodło, a słowo nie skutkowało, my o sobie też myśleć musimy i pomyślemy.
Rzucił dokoła oczyma, szukając wspólników, rąk sporo wyciągnęło się ku niemu, kilka wejrzeń strzeliło, i z różnych stron poczęły się odzywać głosy.
- Pójdziemy z tobą!
- Ujmiemy się za ciebie...
Biskup tedy, widząc, że noc już dość późna była, bo przerywana rozmowa i głosy trwały długo, raz się odezwał jeszcze.
- Dla dobra waszego, proszę was, nie rwijcie się za gorąco i nieopatrznie. - Dajcie mi czynić, nie pożałuję zdrowia ni życia, a powinność kapłańską spełnię. Pójdę doń, prawdę mu niosąc, nie ulęknę się - usłyszy ją z ust moich całą.
Namaszczon jestem jako on i - jemu równy, a potęga tego kościoła, co mnie posyła, większą jest nad wszystkich królów potęgę.
Mówiąc to Biskup spojrzał z dumą i ufnością w siebie po zgromadzeniu, które głowy w milczeniu skłaniało.
Za czem słów jeszcze dodawszy nie wiele ku pokojowi i cierpliwości, szepnął Mścisławowi iż jechać pragnie.
Przeżegnawszy potem zgromadzonych, z których bliżsi ręce mu całowali, cofnął się Biskup z koła. Starszyzna, widząc że się do odjazdu zabiera, wyszła przeprowadzając go. A tak szedł Biskup, po bokach mając dwu duchownych i gromadę starszych za sobą, ku łące, gdzie już młodzież, przodem poskoczywszy, konia mu wiodła i ramię podać do siedzenia gotowała się.
Księżyc się podniósł nad lasy, noc była jasna, spokojna i widno prawie jak we dnie, gdyż do wiosennego poranku było nie daleko.
Szli tak przy Biskupie Topor, Starża, Doliwa, dwu Śreniawów i Belina stary, ku którym, gdy się od gwarnego oddalili tłumu, zwrócił się jeszcze raz Biskup.
- Nie godzi się słów niebacznych rzucać przed tłumem - rzekł - bo się one z ust do ust szeroko przed czasem rozchodzą i tętnią daleko...
Źle jest - lecz, gdyby lepiej już być nie mogło - co myślicie czynić?
Topor długo milczał zasępiony, ręką rzucił, głowę podniósł.
- Ojcze miły, odezwał się. - Dziadowie moi Piastom wierni byli a co im z tego przyszło? Co nam wszystkim z Piastów?
Ród to nasz własny, nie od dziś ich znamy, - albo się z nich rodzą bohatery lub znoski i potwory... A czemubyśmy innego rodu panów szukać sobie nie mieli?
Śmiałe te wyrazy innym usta zamknęły, spoglądali na się z obawą, jakby myśli swe przeniknąć chcieli.
- Mieszko, mówił Topor - ostatni, na poły się niemcem uczynił. - Kazimirz też przez niemców był chowany. Bolko się zrusił i tamtejszym obyczajem chce nas prowadzić - albo my to sobie innego pana znaleźć nie możemy, jak to już bywało?
Biskup położył mu rękę na ramieniu, a Topor umilkł spoglądając mu w oczy.
- Ze słowy temi nie spieszcie - odezwał się, niebezpieczne one są, a zamięszanie wzniecić mogą.
- Dla tegom ich tam nie rzekł, ciągnął Topor, a mówię to, przed wami ojcze, bo wiem że u królowej Światawy i na dworze czeskim macie zachowanie. - Niech oni nas zabiorą, jako już byli raz zawojowali, niech nami rządzą tak jako Czechami. Siłę z niemi mieć będziemy większą, aby się oprzeć Cesarstwu.
Biskup tylko nań spojrzał.
- Zawczesne to słowa - rzekł. Prawda to że siostrę króla naszego Światawę szanuję, a małżonka jej mam dla siebie życzliwym - ale daleko jeszcze do tego byśmy nowego pana i panowania szukać potrzebowali. - Nie czas jeszcze.
- Król się już nie poprawi, rychlej zepsuje, gdy go gniewy ogarną - dodał Doliwa.
Nie mówili więcej, Biskup szedł ku koniowi, którego dlań trzymano, podsadzili go starsi, ucałowali rękę, i powoli, zadumani do koła wrócili.
W kole, po oddaleniu się Biskupa, którego przytomność wybuch hamowała, gwar się wszczął coraz burzliwszy, namiętnemi mowy na króla się rzucano. Narady jednak ogólnej nie było, gdy głowy zabrakło kupkami pościągali się jedni do drugich; starzy wojacy, ziemianie, młodzież, z osobna każdy. Mścisław błądził między niemi szukając sobie ludzi, którychby mógł też na stronę odciągnąć, bo miał na sercu niedolę własną.
Nawinął mu się Sokoł Dryja i Benko z Kurowa, oba starzy druhowie. Tych wziął z sobą na bok. Inni widząc że z narady nic już więcej nie urośnie, poczęli myśleć o powrocie do domów, dopóki by nie weszło słońce. Wielu też, zaraz po odjeździe Biskupa, po konie poszło, i nie żegnając tylko bliższych - precz ruszyło w lasy na różne strony.
Mścisław z Dryją i Beńkiem, opodal nieco odszedłszy, na ziemi przysiadł. Obu ich nie widział od czasu jak mu porwano żonę, więc począł żale rozwodzić.
- Cóż wy na tę moją nieszczęsną przygodę mówicie? odezwał się, ręce załamane na kolanach zakładając - co myślicie o niej i o mnie? Mało ten człowiek bab miał do wyboru, żeby mu moją jedynę wziąć było potrzeba?
- A co ci ma boleć już? odparł Dryja. Zapomnieć trzeba i wziąć inną.
- Nie mogę! nie mogę! krzyknął zrozpaczony Mścisław. - Plunąłbym na nią, gdyby mi nie siedziała tu, w głowie i za pazuchą... to dziecko było! Ona niewinna, a ja ją podziśdzień miłuję jak oczy moje...
- A co ci teraz po niej! rzekł Benko - co ci po niej!
- Jabo bez niej nie wyżyję! jęczał Mścisław. Niech się ludzie ze mnie wyśmiewają kiedy chcą, bylem ją miał!!
- Człecze! począł Dryja - toć mi wstyd za cię! Gdyby cię ona miłowała, nie poszłaby za nim...
- Gwałtem mi ją wziął! gwałtem! zakrzyczał rwąc się Mścisław. Ja to wiem i baby świadczą które tam były. - Klną się iż rzewnie płakała, gdy on śmiejąc się na koń ją sadził. - Ona! ona nie winna - biedniątko! Któż się takiemu drapieżnikowi oprzeć potrafi!
- A ty mu też jej teraz nie wydrzesz - dokończył Dryja.
Mścisław siedzącego przy sobie pochwycił za szyję, objął rękami i całować począł.
- Pomóżcie wy mi tylko! wydrę mu ją! Na to was tu ściągnąłem, abym o pomoc prosił. Swoje odebrać i od króla się godzi.
A! ja wiem, biedaczka tęsknić musi za domem i za mną jak ja za nią; ten ją w żelaznych trzyma okowach, na oczach ciągle. Ale my mu ją wydrzeć możemy, chytrością czy siłą...
Dryja ramionami ruszył.
- Szalony z ciebie człek! odezwał się - jakim sposobem ze dworu ją mamy wziąć, gdy sam mówisz, że z oka jej nie spuszcza. Słychać, że ją przy sobie na zamku posadził, straże dzień i noc chodzą!! Nadaremnieby człek karku nastawił i śmiechu tylko napytał.
Mścisław słuchać nawet nie chciał.
- Na zamek się wkraść, gdzie wchodzi kto chce, łatwo - zawołał gorąco. Ona, byle mnie zobaczyła, poleci za mną! Z dobremi końmi w lasy łatwa ucieczka! o w puszczy nikt mnie nie wyszuka. Bylem się pokazał Kryście, porzuci wszystko, pomoże do ucieczki! - Na zamku samym znajdę przyjaciół i pomocników.
Mówił coraz żywiej Mścisław, ciągle oczy zwracając to na jednego to na drugiego ze swych słuchaczów; ci milcząc, namyślając się po sobie trwożliwie spoglądali, nie kwapiąc się z obietnicą pomocy. Rzekł w końcu Beńko.
- Miarkujno, król się do niej przywiązał, pewnie też i pilnować musi tego skarbu, ludzi dużo, oczów wiele, o zdrajcę nie trudno... Ciebie czy nas pochwycą, głowę damy, a zaprawdę, czy warto, sądź sam? Zdala to ci się łatwem zdaje!!
- Jam wszystko wyważył - odezwał się Mścisław, ani chcąc słuchać towarzyszów. - Pochwycić nas nie mogą. Król jej przecie z sobą na łowy nie wozi, a gdy zamki objeżdża, zostawia ją w Krakowie. Dzień taki wybrać gdy go nie ma w domu, moja rzecz, ludzi kilkunastu i konie rącze.
- Królowej starej i młodszej dwór, choćby co widział, nie ruszy się, rad będzie gdy ją weźmiemy. - Byleście pomogli.
Mimo upartego dowodzenia Mścisława, że porwanie Krysty możliwe było i łatwe, Dryja i Beńko, głowami potrząsali, cmokali dziwnie i ochoty w nich widać nie było. Nie śmieli wręcz odmawiać, a przyrzekać też nie chcieli.
Mścisław ciągle nalegał.
- Dryjo, bracie, tyś mi, pomnij, pobratymem poprzysiągł być, bądź że nim w złej doli. Beńku, ty mnie ratowałeś nie raz, jam ci pomagał, nie odmawiaj mi gdy proszę. Nic nie pragnę tylko ją nazad dostać. - Bylem ją miał, nie znajdą mnie, nie wytropią - Świat szeroki, będę wiedział dokąd uciekać i zajdę na Ruś.
- Człecze, Bolko na Rusi jak we własnym domu! zawołał Dryja.
- To do Węgier.
- Tam ci on pan - przerwał Beńko.
- No, to do Czech, do Niemiec. Za świat! choćby do pogan na Pomorze - krzyczał Mścisław rzucając się - bylem ją miał!
- Hej! Hej! ozwał się Dryja głową kręcąc - co za dziw że król się w niej tak rozmiłował, kiedy oto ten jeszcze za nią szaleje. Urok na cię rzuciła, ziele ci dała pić.
- Kto ją wie! Czary nie czary! pić mi ziele dała! albo ja wiem? albo ja rozumiem! mówił Mścisław gorączkowo - jedno znam że mi się śni gdy spię, że we dnie mi się przed oczyma snuje, że głos jej w uszach słyszę, że chodzę jak skręcony.
A! wyście bo mojej Krysty nie znali!
- To mówiąc westchnął, zakrywając sobie oczy, a Beńko ramionami potrząsł i na Dryję popatrzał, jakby mówił. - Oszalał.
- Nic innego tylko to gusła są, odezwał się głośno. - Żeby nie wiem jaką była, człekby się w nią żaden tak jak ty nie wlepił. Pamiętam ja pierwszą żonkę moją, - hej! co to była za krasa! Nikt jej nie zrównał! Kwiateczek był co się na niego człek dmuchnąć bał, aby nie zwiądł zaraz... Miłowałem ci ją i jak żonę i jak dziecko, a jak mi przy pierwszym synu zmarła - choć mi na kilka dni jakby czarną nocą oczy zawlekło, tociem w trzy miesiące Tacianę wziął i tak pokochał jakby tamtej na świecie nie było...
Mścisław słuchając zżymał się ciągle.
- Co prawisz! przerwał - twoja pierwsza!! Ani ta ani żadna inna do Krysty się nie równa! Takiej jak ona drugiej nie było i nie ma jak świat szeroki. I oczy i głos i ruch i uśmiech - tylko by przy niej siedzieć, patrzeć na nią - albo umierać.
- Lubczyku mu dała i oszalał! szepnął Dryja. Czarownica baba!
- Zwijcie mnie szalonym, a przez miłosierdzie pomóżcie! wołał Mścisław, - nie, to się gdzie na gałęzi powieszę, albo z kamieniem u szyi pójdę do wody. Po co mi życie! Głowy dla mnie nastawiać nie potrzebujecie, podeprzyjcie zdaleka! osłońcie! Ludzi orężnych kilkunastu dosyć... Na Kleparzu, na Wąwole, na Stradomiu staniemy pod noc, gdzie ja mam gospodę pewną - ludzie też swoi, na zamku mi rękę dadzą... Pochwycimy ją, a wziąwszy między siebie, gdy się lasami ku Czechom rzucimy, żeby stu za nami puścił, ani wytropi, ani dogoni. Znajdą się tacy co mu fałszywą drogę skażą. Ja myślałem o wszystkiem!
- A, no, a no - rzekł w końcu Dryja - jakby na pocieszenie biednego człowieka, gdy na pobratymstwo zaklinasz, choćby karku nastawić przyszło, trudno odmawiać - myśl jeno wprzódy dobrze o sobie, bo czyja głowa najprędzej zapłaci, to twoja, jeżeli w ucieczce ułapią.
- Niech głowę moją bierze! krzyknął Mścisław - i ona mi już i życie nie miłe!!
To mówiąc pochylił się Mścisław ku nim, słowy serdecznemi usiłując ich nakłonić, aby mu pomocą byli, bo na czeladź się spuścić nie mógł. Beńko i Dryja milcząc słuchali, nie przeciwili mu się, mieli może nadzieję że rzecz sama spełznie na niczem. Widać było po nich, iż przez litość tylko przystawali na to co po nich żądał. Mścisław, cały przejęty myślą odzyskania Krysty, gdy sądził że tych sobie pozyskał, począł innych ściągać z kupki pod dębem pozostałej. - Lecz tu już było nie wielu, kilkunastu tylko znużonych, opończami się osłoniwszy, na ziemi spało, dnia oczekując.
Udało się panu z Bużenina kilku najzaciętszych przeciw królowi, z tych co z pod Kijowa pouciekali i prześladowani byli za zbiegowstwo, - nic już do stracenia nie mających - namówić z sobą. Tym w zamian dach swój ofiarował, opiekę i pomoc wszelką. - Biedny człek w przekonaniu tem że mu Krysta jego sprzyjała, myślał tylko teraz o środkach, jakiemiby jej oznajmił o sobie, aby w pierwszej chwili gdy się przed nią ukaże, z radości krzykiem ludzi nie ściągnęła. - Reszta mu się łatwą zdawała; - nie wątpił że, choć u króla pieszczona, na szyję mu się rzuci i zbieży z nim za kraj świata.
Dryja i Beńko, upewniwszy go że gdy wszystko będzie pogotowiu i oni z nim pójść nie odmówią, nad ranem koni dosiedli i do domów odjechali. - Inni też ręce mu dali na to, że go w ucieczce osłonią. Sam jeden pozostawszy, Mścisław się wreście znękany na ziemi rozciągnął i usnął głęboko.
Dzień już był gorący i słońce wysoko, gdy się obudził, bo mu nad głową kukułka śpiewała... Koń jego sam jeden już się na łące wypasał, bo wszyscy towarzysze się rozjechali. Mścisław śnił o pięknej Kryście, że ją królowi wydarłszy, gnał z nią w nad Łabiańskie lasy...
Zemsta, którą żył cały, rozbudziła go, - nie widział trudności, nie wierzył w przeszkody żadne, nie lękał się niebezpieczeństwa, dwojaka namiętność czyniła go ślepym i głuchym.
Potęga królewska, czujność straży, warowny zamek go nie ustraszał... W kilkanaście koni był pewien zwycięztwa i już mu się uśmiechało ono. - Spojrzał na słońce i pobiegł, czasu nie tracąc po konia...
- Choćbym sam jeden miał się porwać - mówił w duchu, choćby mnie oni wszyscy porzucili i nie strzymali - pójdę sam! Z gardła mu ją wydrę! Nawinie mi się, tem gorzej, nie zlęknę się go; a zabije mnie - niech krew niewinna padnie na jego głowę.
Tak marząc Mścisław konia pochwycił, dosiadł, i ściskając go a poganiając, jak szalony w puszczę i gąszcze się rzucił... Godziny jednej straconej żal mu było. - Krysta czekała na niego!!
I.
Było to na wiosnę 1079 roku.
Drzewa już się rozwijać zaczynały, gdzieniegdzie dąb głuchy stał tylko jeszcze z pączkami nabrzękłemi, niedowierzając wczesnemu w tym roku ciepłu, słońcu i pogodzie. Do koła szumiała i woniała Niepołomicka puszcza, wśród niej na zielonej łące, u strumienia, przy którym złociły się gęsto rozkwitłe łotocie, w cieniu drzew kilku, które występowały z lasu, siedzieli i leżeli na ziemi odpoczywający podróżni czy myśliwcy. - Czeladź ich przy małym ogniu grzała sobie strawę i przypiekała mięsiwo; panowie na pagórku zasiadłszy, gwarzyli między sobą po cichu. Było ich pięciu ludzi, średniego wieku, raczej młodych niż starych, a po odzieży i z twarzy łacno rozpoznać mógł każdy, że do możnych należeli rodów. Patrzało im z oczów, że rozkazywać byli nawykli, a choć do lasu przystrajać się nie potrzebowali, wszystko, co na sobie mieli dowodziło dostatku i zamiłowania w pewnej wytworności.
Pod samym dębem starym, który stał w pośrodku, z rękami w tył zarzuconemi siedział z odkrytą głową, lat średnich mężczyzna przystojnej twarzy, butnego wyrazu, z jasną, bujną brodą, która mu się szeroko na piersi rozkładała. - Rumiany, zdrów, z oczyma niebieskiemi, nosem orlim, na ustach miał uśmieszek, pogardliwy zarazem, wesoły i dumny. Odziany w kaftan skórzany, wyszywany barwisto, na którym drugi, lżejszy wisiał wolno porozpinany, odjął był miecz, złożywszy go na boku, i czapką przykrył; piersi miał na pół odsłonięte, włos porozrzucany. - Widać, że mu błogo było tak wygodnie wyciągniętemu, na suchej ziemi, mchu i darni, używać wczasu w cieniu. Umieścił się też jak mógł najlepiej, nie wiele troszcząc, jak to będzie wyglądać.
Obok niego siedzący, młodsi z twarzy, a rysami doń podobni, równie byli porozpierani wygodnie, rozkładali się ze swobodą - jedni na pół leżąc, drudzy na rękach głowy złożywszy
Ubiory wszystkich były krojem i barwami do siebie podobne, z cienkich tkanin, kaftany jednym szyte wzorem, obówie misternie pookowywane, szłyki lekkie futrzane jednego kształtu i szerści.
Po za niemi i około nich porozrzucane były łowieckie i rycerskie przybory, łuki, lekkie oszczepy, ostremi zakończone żelazcami, miecze małe i noże w bogatych oprawach. I te znać z jednego wychodziły skarbcu, bo wszystkie były prawie jednakie.
Toż co o stroju i zbroi, powiedzieć było można o ludziach, spojrzawszy na twarze; widać było, że z jednego pochodzili rodu, bo choć w obliczach tych wyraz był nieco odmienny, choć wiek różny, rysy mieli dziwnie do siebie podobne. - Orle ich nosy, ciemniejszych nieco, lub świetlejszych odcieni włosy jasne, usta mięsiste, pociągłe twarze, wysokie czoła, wszyscy mieli jednego kroju. - W ruchach też ich było pokrewieństwo, w mowie dźwięki brzmiały tonem jednym.
Była to jedna krew, w różnych rozkwitnienia stanach - jeden typ urozmaicony odmianami, jakie do nieskończoności umie mu nadawać natura.
Siedzący pod dębem, był widocznie najstarszym z braci, i zdawał się też rej wieść między niemi.
Słońce się już było ku zachodowi skłaniać zaczęło, ale promienie jego mocno jeszcze dogrzewały; gromadka też odpoczywająca nie myślała się ruszać z wygodnej zaciszy, i chłodem a cieniem lasu się rozkoszowała. Pomiędzy niemi stały rogowe kubki podróżne ponalewane miodem i naczynia z wodą, którą ludzie z niedalekiego zaczerpnęli zdroju. Niedaleko od nich na łące, pasły się bujną trawą wiosenną, konie zażywne z sierścią lśniącą, grzywami długiemi, suchemi nóżkami, nieco dzikie. - Niekiedy podnosiły głowy, jakby się rozpatrzeć chciały, a te które się napasły, zaczepiały się do zabawy i walki wyzywając. Wesołe to były stworzenia, jak panowie co pod dębami spoczywali.
Ludzie nie spuszczali ich z oka, na uboczu siedząc przy dogasającem ognisku, otoczeni zgrają psów, z których jedne leżały, drugie resztek jadła szukały do koła. Na berłach wbitych w ziemię, widać było osadzone trzy zakapturzone i spętane ptaki.
Szum wiatru, rżenie koni, skowyczenie psie, i swary, cichy szept czeladzi, przerywały tylko milczenie. Młoda owa drużyna siedziała, jakby odpoczywając po znużeniu, ust nawet leniąc się otworzyć. Czasem który sięgnął do kubka z miodem lub naczynia z wodą, napił się, otarł usta i legł znowu, pół drzemiąc, na pół czuwając. - Spoglądali na cienie od słońca, jakby wyczekiwali nadchodzącego wieczora.
Choć raźno a butnie wyglądali myśliwcy, nie można było powiedzieć, aby się na ich twarzach odbijało wesele; rycerska ochota była w spojrzeniu, lecz z niepokojem pewnym zmięszana.
Niekiedy wzrok starszego utkwił w dali nieruchomy, a myśl się widocznie zabłąkała też daleko od puszczy i doliny. Drudzy dumali również nad wiek poważnie i tęskno.
- A co! czasby może do powrotu? - odezwał się ziewając ten, co u dębu siedział, a któremu imie Borzywój było.
- Czegóż się tak spieszyć mamy! - odparł drugi wyciągnięty na ziemi, szczypiąc trawę i wyrywając drobne kwiatki, któremi był otoczony. - Zwano go Zbilutem, a chłopak był piękny, rumiany i włos miał obfity, złocisty, który mu spadał na ramiona. - Czego się spieszyć mamy? nic nie pędzi, a tu jak u Boga za piecem cicho i wygodnie - człek choć spocznie.
- Pewnie - odezwał się trzeci - łowy też teraz, żal się Boże, nie potem; słońce piecze jak śród lata, zwierz chudy, skóra z niego na licha się nie zdała, darmo się ganiać po lesie.
Ten, który to mówił, Dobrogost było mu imie, do starszych należał i twarz miał zmęczoną, a wyraz jej posępny.
Pozostali nawet się nie odzywali, gdy Borzywój z pod dębu dodał:
- Na służbę do pana przecie warto pospieszyć, aby mu tam tęskno, ani gniewno nie było, żeby którego nie zażądał...
- E! - odparł jeden z tych co milczeli, zwany Odolajem - jest komu nas zastąpić. W lesie człek trochę odetchnie, gdy na zamku we dnie i w nocy spoczynku nie ma.
- Kiedy ci się tak odpoczywać chce - przerwał dotąd milczący Ziema - jedź doma do pana rodzica, albo do Jakuszowic do dziada - jeżeli stary ślepiec cię przyjmie - a nie było ci się zaciągać na dwór królewski. Kiedyś grzyb, to leż w kosz, o miłym spokoju nie ma co i prawić.
Rozśmieli się drudzy.
- To prawda - rzekł Odolaj - że u nas o pokoju ni myśleć, ni pytać, a jednakbym ci Wawelu na Jakuszowice nie mieniał, ani na Zborów... W Jakuszowicach u dziada ledwiebym się zdał ślepemu na parobka, w Zborowie ojcu na nic, a na Wawelu, u boku pana służąc, choć w pocie czoła, człowiek się czegoś kiedyś dochrapie...
Borzywój się rozśmiał niemal pogardliwie.
- A, co my wiemy, czego się dosłużemy i kiedy - rzekł. - Albo się dobije który bardzo wiela, albo gorzej niż nic, boć to u nas wojna nieustanna, a co najpewniejsza w niej, to guzy. Niech Bóg da królowi panu wszyćko dobre, pan dla swoich i obcych szczodry jako żaden, ale w inną godzinę srogi, zapamiętały, i tak mu łatwo dać skarb, jak głowę zdjąć.
- A no - rzekł Ziema - królem ci jest, to mu przystało. Najgorszy bodaj taki co ni ciepły, ni zimny, bo człowiek przy nim zagnije i roześpi się. - Wojennemu rzemiosłu trzeba raz wraz jak w łaźni, to ukropu, to zimnej wody.
- Pewnie - rzekł pierwszy - król musi w dłoni wszystko dzierżeć a krzepko, gdyby cugli popuścił ludziom, roznieśliby go na cztery wiatry. A co było za Mieszka, gdy król szalał a baba musiała rządzić?
- Jemu też na sile nie zbywa - odezwał się Borzywój. - Od Bolka Wielkiego pana u nas takiego, jako ten nie bywało... Drży przed nim co żyje i co żywe słuchać go musi...
- Oj! oj, - przerwał Zbilut - nie tak to wszyscy mu się korzą, a bardzo słuchają. Podczas gdyśmy w Kijowie gościli, dużo się wyprzęgło i wiele do roboty zostało, póki znowu się w ład wprowadzi. Ho! ho!
- Wszyćko się to zrobi powoli, czekaj - dodał Borzywój - początek już jest, przyjdzie koniec.
- I ja nie wątpię - rzekł Zbilut - gdyby tylko z rycerstwem było do czynienia, z ziemiany i z żonkami ich, co sobie pohulały, gdy im się na mężów czekać sprzykrzyło - dawnoby już koniec temu był - ale się biskup wdał... a to już bieda, kiedy z szablami trzeba pod próg kościelny, i z tym panem do boju, który ma za oręż laskę krzywą, co jej nie odbić mieczem, a na głowie mitrę jak królik jaki. W kościele on też królem.
Namarszczył się Borzywój i westchnął.
- Bodaj żeby i wszędzie po całej ziemi oni królami być nie chcieli, a królów za namiestników swych nie trzymali. - A no z biskupem jednym radaby może łacniejsza była - mówił Dobrogost - choć i to człek twardy i uparty - gorzej, że poza nim stoi dużo władyków i rycerstwa, którzy wolą księdza w rękę całować, niż królowi się pokłonić... Tym w gębie wędzidło nie smakuje, jużci im lepiej z rąk biskupów panować, niż królewskie spełniać rozkazanie...
- Kiedyś też z niemi się przyjdzie rozprawić - rzekł Ziema - do tego się gotuje i musi dojść. Próżno ich biskup zasłania... a i z tym biskupem.
Rozmowa ta chmurami twarze powlokła.
- Co tam o tem naprzód prawić! - odezwał się po chwili Borzywój na pół ziewając. Kto wie, co się stać może, my jedno znać powinniśmy. - Wszyscy, jako tu stojemy, Boleszczyce jesteśmy. Przezwano nas tak drużynę pańską, jakby na urągowisko, dla tego, że przy królu Bolesławie stoimy - my się chwalimy tem imieniem, żeśmy Boleszczyce, prawi słudzy jego! Znajmyż to, że gdy skinie, my za nim w ogień czy w wodę!
- W ogień i wodę! - zawołali wszyscy - a Zbilut dodał śmiejąc się:
- A jak na Biskupa skinie!
- To co? - odparł Borzywój - my swej woli nie mamy, tylko jego, ja pójdę kędy powie.
Drudzy zmilczeli patrząc po sobie.
- E! - cicho, przebąknął Ziema - gdyby się jednak z biskupem mir złożył, lepiejby było. - Bodaj księdza nie zaczepiać. Mają oni takie siły i moc, której żaden król nie ma. Prawda, że król żelazny i mężny, ano i ten twardy, kamienny, bo czuje poza sobą nietylko władyków, ale anioły i świętych!!
- O świętych i aniołach co my tam wiemy, prości ludzie - rzekł Borzywój - dosyć tego, że ma za sobą duchowieństwo i biskupów naszych, i tych co w Rzymie są i gdzieindziej! Wszyscy się oni za ręce trzymają. Nawet proboszcze, którym teraz żenić się zakazują, muszą iść jak żołnierze posłuszni.
- To co - odparł Zbilut - przecie ich tam lik nie tak straszny, a ludzie do boju nie wprawni... Ja mówię, przyjść do tego musi, że się z niemi wyrąbać będzie trzeba... I, czem prędzej tem lepiej. - Cóż to jest? król co na Rusi zwycięzcą był, na Węgrzech panem, wszędzie gdzie doszedł, rozkazywał, żeby w domu panem nie był?? Za się!!
- Czekaj! - rozśmiał się Borzywój. - Nie znasz chyba Bolka, będzie on i doma panem - byle czas miał.... Myśmy od początku jego panowania gośćmi w domu, nie było się czasu rozpatrzeć. Królowa albo namiestnicy siły nie mieli, wszystko się rozlazło i rozpuściło.... Teraz, gdy król sam na swoich śmieciskach, zrobimy porządek, zrobimy!
Zbilut w żart to obrócił.
Naprzód około żonek trzeba zrobić porządek... niech nam król zda to na ręce...
- Cha! cha! - rozśmiał się Ziema - tybyś naprzód poszedł ład zaprowadzać u Krysty, u samego króla, ty jakiś!!
- A no, jeszczeby się tu kto znalazł może, coby się tego samego podjął!! - mruknął Borzywój. Tymczasem cień się długi wyciągnął, do koni!
- Do koni!
Wszyscy zwolna ze swych legowisk się ruszać poczęli, skinąwszy na ludzi, którzy zrywali się, szybko biegnąc na łąkę, gdy odjazdu znak dano a psy za niemi pobiegły, wesoło się przeganiając, aby pasące się pochwytać wierzchowce. Te, choć popętane uciekać nie mogły, rwały się i skakały.
W milczeniu młodzież przypasywała mieczyki. Każdy broń swą rozpoznając brał z kupy, głowę nakrywał, kaftan zapinał. Niektórzy kubki dopijając, chowali je do worków u pasa.
Gotowano się tak do odjazdu, gdy na drodze, co nieopodal wybita szeroko szła lasem ku Krakowu, zatętniało zdala. Wszystkich oczy zwróciły się w tę stronę, zkąd głos przychodził, schylając się, aby pod gałęźmi zobaczyć przybywających... Liście jeszcze nie puściły były wszystkie, więc z za nich drogę dobrze widać było.
Milczeli pospieszając poprzypasywać miecze i łuki mieć w pogotowiu, choć żadnego nieprzyjaciela obawiać się nie mieli powodu.
Tentent zbliżając się, poczynał mieszać z gwarną rozmową kilku jezdnych...
Borzywój, który naprzód najdalej się wysunął, dał znak ręką braciom, i odwróciwszy się szepnął ku nim.
- Mścisław z Bużenina!!
To mówiąc rozśmiał się szydersko.
- Czyby go nie pozdrowić - boć to zasłużony człek! - złośliwie, z przekąsem rzekł Zbilut do braci.
- Od nas, Boleszczyców poznałby się na drwinach - odezwał się drugi - dać mu pokój. - Ma on i bez tego zgryzoty dość.
Wszyscy ciekawie zaglądali, chcąc się przypatrzeć zapowiedzianemu.
Droga szła tak blizko od ognia i miejsca, na którem stali Boleszczyce, iż pominąć ich, nie widząc - nie było podobna.
Wszyscy jeszcze podsunęli się o kilka kroków naprzód i stanęli niemal wyzywająco. W boki się pobrali, twarze nastroili butno a szydersko, czapki pokładli na głowy przewiesiwszy je na ucho. - Strasznie zaczepnie i zwadliwie im z oczów patrzało.
Wtem na drodze orszak jezdnych się pokazał Przodem ich jechało trzech; rycerz lekko zbrojny, ciemnych już, siwiejących nieco włosów, twarzy rozgniewanej, pochmurnej, smętnej - mąż w czerni wyglądający na kapłana i młode pachole wesołe, zręczne, z wesołemi oczyma.
Za niemi szło ludzi zbrojnych sześciu, wiozących broń i w sakwach zapasy podróżne.
Ten, który się dowodzić zdawał, nazwany Mścisławem z Bużenina, choć wyraz jego rysów gniewny stan duszy malował - w innych ludziach obudziłby raczej politowanie niż szyderstwo, tak z oczów i czoła głęboki w nim panował smutek.
Gdy nadjeżdżającym pokazali się ci, co nad drogą stali, żachnął się nieco Mścisław, brwi zmarszczył, usta mu się zatrzęsły, ręka zdawała się szukać czegoś; oczyma powiódł po ludziach swych, ale wnet jakby ochłonąwszy, koniowi popuścił cugli, uderzył go, pospieszał. - Mijając wszakże Boleszczyców, wejrzenie groźne, śmiałe skierował ku nim, jakby chciał dowieść, że się ich nie lęka...
Ręką się wziął w bok i tak ich mijał, jakby żadnego nie znał.
Ani Boleszczyce, ani ów podróżny, którego oni Mścisławem z Bużenina nazwali, cicho między sobą żarty zeń strojąc jawne - nie myśleli się pozdrawiać. - Oczyma się mierzyli, ścigali z pogardą i gniewem, lecz ni z jednej, ni z drugiej strony wzrok sobie nie chciał ustąpić.
Widać było, że mało co brakło, by się nie rzucili na siebie.
Pan z Bużenina konia zrazu podpędził, potem namyśliwszy się, strzymał go umyślnie, stępią minął jadąc Boleszczyców i czeladź ich, która z końmi nadciągnęła. - Dopiero gdy cała gromadka o kilka kroków odjechała, a Mścisława plecy tylko już widać było, w kupce stojących nad drogą, parsknęły śmiechy głośne, dojmujące, szyderskie.
Zdawało się, że Boleszczyce z niemi wybuchli naumyślnie, popisując się z hałaśliwą wesołością, zanosili się rozlegającemi śmiechami, jedni po drugich, i co który ustał, poczynał inny, a reszta mu wtórowała.
Jeźdźcy odjechawszy nieco gościńcem, stanęli, jakby się namyślali, czy mają upomnieć o zniewagę; słychać było głos męzki gniewny, i drugi duchownego, który hamował i uspokajał. Boleszczyce stali nieulęknieni, niewzruszeni, brali się tylko do mieczyków, poglądając po sobie, lecz po chwilce, tentent koni powolny oznajmił, że jeźdźcy dalej ciągnęli w milczeniu.
- Nieboszczyk mąż pięknej Krysty! On sam! poznałem go zdala! - odezwał się Borzywój - On sam!
- On! on! - potwierdzili inni - ale jakże zestarzał.
- Słyszę teraz żonę dopiero kochać strasznie począł, gdy mu ją król wziął - mówił Dobrogost - rady sobie po niej dać nie może....
- A tybyś lepszy był, gdybyś ją miał i wzięto ci ją?? - rzekł Zbilut.
Zapytany nie odpowiedział.
- Zważaliście - rzekł Borzywój - wszakci księdza z sobą miał! Ani ruszy teraz bez nich. - Ten co z nim jechał, przy biskupie jest w Krakowie. Mścisław też teraz u biskupa pierwszy sługa, popycha go gdzie zechce.
- Jać bo mówiłem - powtórzył Zbilut - komuby taką żonkę wzięto, ten szukając ratunku, nie z biskupem a z djabłemby gotów się pokumać!
Ofuknął nań Borzywój oglądając się.
- Cichobyś był, w drodze pod noc takie licho wspominać!
- Sam sobie winien - głupi człek - dodał Ziema - nie przyszłoby do tego, żeby rozum miał...
- Cóżby mu rozum pomógł? - odezwał się drugi.
- Nie zaszkodziłby - mówił Dobrogost. - Tyś na to nie patrzał jak my, a gadasz, myśmy świadkami byli, wiemy jak sprawa szła; - nam nie tobie sądzić o tem. - Tyś jeszcze podówczas, czy w Jakuszowicach, czy w Zborowie za łaniami latał...
- A nauczcież miłościwie, jak to było? - rzekł młodszy - ciekawym.
- Naprzód głupi człek - mówił starszy - że taką śliczną, młodą żonkę, wystroiwszy jak łątkę, przywiózł na okaz na dwór królowej, jakby mu pilno się nią pochwalić było. - Doma ją trzymać winien był za zasuwą i nie pokazywać nawet rodzonemu bratu...
Toćto śliczność jest, jakiej drugiej niema.
- Prawda! - potwierdził Zbilut gorąco - dziś na zamku ona królową, i gdzie się pokaże, królowa... Człekby za nią w ogień i w wodę skoczyć gotów!
- Król też nie mnich - mówił pierwszy - aby sobie oczy zakrywał, gdy mu hoże liczko wpadnie do oka... Jak ją raz zobaczył, spokoju nie miał, póki znowu jej nie widział. Mnie dziw tylko, że ją pierwszego dnia puścili z zamku! - Ile nas było wówczas, szeptaliśmy sobie - król ją weźmie. - A co za dziw? Królowa nie młoda, zajęta synkiem, a hożą taki nigdy nie była jak ta... Czy to królowi nie należy się najpiękniejsza w królestwie niewiasta, jak na wsi panu??
Mścisław zmiarkował od pierwszego razu, że król mu się coś do żony bardzo swatał, bo od niej cały dzień nie odstał. - A i Krysta nie była od tego; co król, to król, lepiej być królewską kochanką niż ziemianina żoną. Wywiózł ją mąż do Bużenina, toć przecie nie za światem. Pojechaliśmy w tamtą stronę na łowy, dobrawszy taką porę, kiedy pana doma nie było. - Zmiarkowali zaraz wszyscy, o co królowi szło. Byłem z nim, gdy do dworu przyciągnął, musiała żona wyjść przeciw, bo gospodarza nie było... Król się nam obozem kazał rozłożyć w podwórzu, a sam do dworca szedł i został tam dzień jeden i drugi. - Drugiego dnia już wszyscy wiedzieli, że ją z sobą wywieziemy. Młodziutkie stworzenie dało się wziąć jak kuropatwa, kiedy jastrząb nad nią zawiśnie. Płakałać niby i opierała się wrzekomo, a śmiała drugiem oczkiem i szła bez przymusu... Trzeciego dnia jechaliśmy do Krakowa, upolowawszy jeno Krystę, ale ta nam za najlepszą stała zwierzynę. Król ją na zamku we dworcu posadził osobnym i pilnuje jak oka w głowie.
Stał się dopiero srogi krzyk i wrzask a gwałt! Jakby królowi nie wolno było mieć miłośnic? - jakby to ich Mieszkowi broniła Dubrawka, albo Bolko Chrobry nie chował ich we dworze, ile mu się chciało? - jakby to cesarze i panowie tego samego nie czynili co dnia?
- Tać - rzekł drugi cicho - niechby był brał jaką chciał, tylko nie ziemianinowi żonę. - Drudzy tego nie czynili.
- Kto tam wie! - ciągnął dalej opowiadający - bywało różnie, wrzawy takiej dla jednej niewiasty nie podnoszono. Biskupowi, co do króla ząb miał, było to na rękę. Wziął się sam za tę sprawę i począł grozić...
Ale król się z niego i z gróźb tych śmieje - a Krysta na dworze została i siedzi.
- Czego bo od niego chcą i biskup i królowa - przerwał Ziema - alboby lepiej było, żeby królowę odprawił, a drugą sobie wziął natomiast? Przecie się matce Mieszkowej krzywda nie dzieje, bo jej wszyscy cześć oddają.
- Dość bo już tego mlewa, z którego tylko otręby - krzyknął Borzywój ruszając się. - Na konie czas siadać! - mała rzecz a gadanina bez miary. Biskup z tego straszne rzeczy robi, bo mu tak trzeba; przez Mścisława wszystkich władyków i ziemian burzy, że już żon i córek swych nie są bezpieczni. - Jak królowi doje, to co się dziś śmieje, burknie, nie daj Boże z nim wówczas rozprawy, nie daj!
- Gdyby Biskup nie był Biskupem - dodał Ziema cicho.
- Jakby to biskup nie był człowiekiem, jako my? - odparł Borzywój.
- I tej ziemi ojczycem, a nie żadnym Włochem lub Francuzem, jak inni, bo do tamtych, co ich papież z Rzymu przysyła - król takiego prawa nie ma - rzekł Zbilut.
- Pewnie! - potwierdzili inni - toć ze Szczepanowa jest rodem.
Po chwili Zbilut w oczy starszemu spojrzawszy, szepnął mu ciszej:
- Nie godzi się to może panu bratu starszemu przymawiać, ani go drażnić - anobym rzekł, że sprawy królewskiej tak broni; bo i jemu Kryście w oczy zaglądaćby się chciało!! Ej! ej!
Borzywój namarszczył się i pięść mu ściśniętą pokazał.
- Milczałbyś ty, gołowąsie jakiś, co mleko masz pod nosem! Dam ja ci! dam!
Zbilut pokorną zrobił minę, głowę w ramiona schował, a z pode łba uśmiechał się do braci - tylko starszemu w oczy spojrzeć nie śmiał.
Drudzy też na starszego spoglądając, wszyscy się po troszę śmieli i poprychiwali.
Borzywój, choć tak srogą twarz był przybrał zrazu, sam też nieco usta krzywił i nic nie mówiąc, zabierał się do drogi.
Podawano konie, które czeladź już dawno w pogotowiu trzymała pokiełznane i popodpinane.
Wszyscy ujmując się grzyw, skakali na nie raźno, choć im nikt ręki nie podawał. - Żwawe wierzchowce rwały się zaraz z miejsca, tak że je ledwie utrzymać było można.
Czeladź pościągawszy reszty sakw podróżnych i przyborów, natychmiast dosiadła swoich mierzynów, puszczając się za panami, tą samą drogą, którą jechał niedawno Mścisław z Bużenina, ale w stronę przeciwną.
Słońce, chociaż już dawno było z południa, jeszcze na niebie kawał przebiedz miało do zachodu - ale już upał wiosenny się zmniejszył - chmurki je przycieniały i powietrze było do oddychania lżejsze,
Aż miło jechać było, i Boleszczyce nie spiesząc, przebywali skraje puszczy, pod sam już wieczór wydobywając się z niej w żyzny kraj ku Krakowu. Tu też ruch na gościńcu zaczynał być znaczniejszy coraz, spotykali więcej wozów, konnych i pieszych ludzi.
Wszystko to na widok jadących, którzy z czeladzią, psami i ptakami, całą szerokość drogi zajmowali, zdala już ustępowało przed niemi, zsuwało się na kraje, piesi stawali, kłaniając się do ziemi, bo w nich królewską drużynę poznawano.
Boleszczyce, jakby byli w swojem prawie, nie myśleli ustępować ani się ścisnąć dla nikogo - wozy nawet musiały przed niemi zjeżdżać na role. Psy uganiały się swobodnie za owcami w polu, a odpędzić ich nie śmieli pastusi... Była to królewska drużyna.
Ludzie i niewiasty niewolne, zdala na pole zbiegali, by się z nią nie spotykać.
Nad wieczorem już za lasem byli w otwartem miejscu, gdy zdala ukazał się naprzeciw nich jezdny orszak, który też zajmował drogę całą... Borzywój, gdy się nieco zbliżyli, wpatrzywszy się weń, oczyma dał znak swoim braciom i czeladzi, ażeby nie ustępowali.
Zdala widać już było ludzi konnych i zbrojnych, skromnie poodziewanych z cudzoziemska. - Liczba ich nie przechodziła gromadki Boleszczyców z ich czeladzią.
- To biskupi dwór i słudzy - odezwał się Borzywój półgłosem - ja ich znam, musi ktoś jechać z jego pobocznych, jeśli nie on sam... dokąd? kto wie. - A no, mniejsza o to, choćby i sam Biskup był, czego mamy mu ustępować! albo nie jesteśmy królewską drużyną?
- Nie ustąpim pewnie - zawołał Dobrogost.
- A no, nie! nie! - zaczęli powtarzać inni, mając się już do oręży. - Oczy się im zapalać zaczęły.
- Nie przepuścim - powtarzali.
Dwa orszaki coraz się ku sobie zbliżały. Z drugiej też strony musiano poznać, z kim miano do czynienia; ludzie się nieco zatrzymali, zwalniając kroku, jakby dla narady, co począć mieli.
Tylko jeden, przodem jadący na nic się nie zdawał uważać, wyprzedzając tych, co mu towarzyszyli,
W milczeniu, ściśnięci, ławą jechali Boleszczyce, oszczepy trzymając w ręku, ramię do ramienia, w bok się biorąc, i butę okazując straszliwą...
Jeden drugiemu oczyma odwagi dodawał - spoglądali na czeladź, aby ją utrzymać w porządku. Borzywój niby wódz zajął miejsce w pośrodku i postępowali zwolna, ale tak, jakby na nieprzyjaciela uderzyć mieli.
Z tamtej strony ciszej, spokojniej szli ludzie, jakby pewni byli, że się im nic stać nie może. - Patrzali przed się nieulęknieni wcale, nie okazując żadnego wrażenia.
W pośrodku ich jechał na koniu kapą okrytym mężczyzna lat średnich, pięknej postawy, wspaniałego oblicza. Wierzchowiec jego spokojny, nie świecił żadnemi ozdobnemi rzędami, ani wisiadły; na sukni też czarnej, którą on sam był odziany, oprócz krzyża na piersi nic więcej widać nie było. Twarz nie potrzebując oznak innych dostojności, znamionowała męża co się czuł silnym i nad pospolity tłum wzniesionym wysoko.
Wejrzenie miał, które raz zwrócone na człowieka, zmuszało do poszanowania i trwogi, nie żeby gniewne było, albo surowością zaprawne, ale majestat z niego promieniał i siła jakaś niezwyciężona. Piękne rysy osłaniał pokój niewzruszony...
Jechał zwolna powstrzymując konia, jakby chciał dać czas do namysłu tym, co mu drogę zastępowali. - Czeladź otaczająca go, choć zbrojna, nie spieszyła z żadną oznaką, jakoby gościniec sobie miała torować siłą; jak on sam, zdała się pewną, iż broni użyć nie będzie potrzebowała.
Borzywój mocno się nasrożywszy, gdy oko w oko stanął z jadącymi naprzeciw, widocznie się zawahał, rzucił wejrzeniem gniewnem, lecz - stało się to sam nie wiedział jak - ustąpił w bok, konia ściągnąwszy gwałtownie i szparko, tak, że na tylnych osadził się nogach. - Inni też zobaczywszy to, ruszyli nieco z miejsc, tak, że dla orszaku biskupiego pozostał wolny wązki przesmyk, między dwoma kupkami ściśniętych Boleszczyców, jakby go między siebie wziąć i osaczyć chcieli.
Nieulękniony biskup konia potrącił nogą i wjechał w tę gromadę zwolna, nie spiesząc wcale, ani się troszcząc o to, co się z ludźmi jego stanie. Ci za przykładem pana jechać środkiem chcieli, gdy, Biskupa przepuściwszy, Boleszczyce się ścisnęli groźnie i pozostała czeladź musiała, pana samego zostawiwszy, zjechać na bok z gościńca w pole, przyśpieszając kroku, jakby uchodziła. - Młodsi Boleszczyce na widok nieładu, który powstał między orszakiem Biskupa, w głos szydzić i śmiać się zaczęli.
Po twarzach ludzi towarzyszących Biskupowi, widać było złość i oburzenie, nikt się z nich jednak porwać pierwszy nie ważył na królewską drużynę, a Biskup wolnym krokiem przejechawszy przez rozstępujących się, i głowy nawet nie zwrócił, aby zobaczyć, co się po za nim działo, tak się zdał pewnym, iż się ani jemu ni czeladzi nic złego stać nie może.
Tą powagą i wejrzeniem pełnem ufności w swą siłę, zmusił on królewskę drużynę do cofnięcia się przed sobą. Borzywój i oni wszyscy ani wiedzieli jak się to stało, iż ustąpili. Sami na siebie gniewni byli, a czuli, że ich do tego skłoniła jakaś potęga, którą uczuli, spotykając ten wzrok królewskim majestatem zbrojny.
Zaledwie się to stało, Boleszczyce ochłonąwszy obejrzeli się za siebie naśmiewając i szydząc, a w istocie chcąc pokryć wrażenie, którego doznali, niektórzy ręce zbrojne popodnosili do góry. - Biskup nie widział tego, gdyż wzroku nie zwrócił ku nim, towarzysze tylko ze szmerem oburzenia dognali go, oburzeni i gniewni, ale wkrótce na zakręcie drogi znikł im z oczów poczet cały.
- Czegóżeś mu z drogi ustąpił! - zawołał Dobrogost do Borzywoja - byłoby mu stanąwszy zaprzeć gościniec, a nie zjeżdżać w bok... niechby on był zmuszony cofać się przed nami, a nie my przed nim!
- Albo ja wiem, co się z moim koniem stało! - odparł Borzywój - uląkł się i w bok żachnął, nie pospiałem go strzymać.... Zresztą Biskupem ci jest! a nie ustąpiłem się dla niego... tylko...
- Tylko dla czego? - rozśmiał się Dobrogost.
- Aby ludzi mu wprawić w zamięszanie - Na gościńcu się z nim rozprawiać nie nasza rzecz.
- Spojrzałeś ty mu w oczy? - odezwał się Zbilut.
- Cóż myślisz? pewnie - wzrokubym się nie uląkł niczyjego! - wołał Borzywój.
- Ale srogo patrzy jakoś, aż mrozem ścina - wtrącił Ziema. - Ciarki po mnie poszły, gdy mijając go, oczy spotkałem.
Inni się nie przyznawali, starając pokryć wrażenie żartami i szyderstwy. Oglądano się jeszcze, ale już tylko tuman kurzawy widać było za niemi.
Słońce zapadało, wśród wesołych chmur, pomalowanych dziwnie czerwono, złocisto, pomarańczowo i fioletowo... W górze obłoczki, jakby fręzlami oszyte, rozpinały się po niebieskiem tle niebios. - Ptastwo uwijało się gromadami w powietrzu, zabierając pospiesznie do spoczynku - mrok już z drugiej strony niebios nadchodził.
Jechali jakiś czas w milczeniu posępnem.
- Wyznaj Borzywój - szepnął Ziema - i tyś go się uląkł jak ja! Ani ci się dziwię. Ten ci to sam, co Piotrowia zmartwych wskrzesił na świadectwo, nie trudnoby mu więc było żywych martwemi uczynić, gdyby chciał. - Ja wolałbym go ani widzieć, ni zaczepiać....
- Pewnie - szepnął starszy po długim przestanku. - Jak mam przeciw sobie żelazo i strzały, wiem, z kim walczę i co mi grozi, a z temi co niewidzialną siłą mogą zabić lub wskrzesić - jak tu wojować! Wolałbym, żeby i król z nim pokój zawarł, ale pono po czasie o tem myśleć. Biskup srodze rozjątrzony, odgraża się na pana, iż go precz wyżenie...
Wszyscy księża mówią teraz, że do tego doprowadzą króla, iż jak cesarz papieża niedawno, on biskupa w nogę będzie musiał całować.
- Cesarza ja nie znam - dodał pomilczawszy Borzywój - ale króla do tego zmusić - bodaj ciężko będzie.
Spojrzeli po sobie głowami potrząsając Boleszczyce i westchnęli.
- Co o cesarzu prawią, że mu papież nogę na karku postawił - przebąknął Zbilut - to tam baśnie być muszą, które klechy roznoszą, aby straszyć świeckich ludzi.
- Nie bajki, - zaprzeczył Borzywój - słyszałem o tem od króla nieraz. Śmiał się z cesarza mówiąc:
- Gdybym ja cesarzem był, rychlejbym koronę postradał, niż cześć moją.
Gwarzyli tak jeszcze jadąc, gdy się w dali na boku gościńca pokazał dworzec znaczny, ostrokołami i drzewy otoczony. Na wyjaśnionych niebiosach drzewa i zabudowania ciemną się massą malowały, wśród której otwarte okna i drzwi silnie oświecone błyskały jak ogniska, w podwórcu zaś smolne stosy i beczki pozapalane, łuną szeroką okolicę zalewały... Zdala widać było jakby gorejące drzew wierzchołki i unoszące się w górę krwawe od płomieni dymy, iskrami natykane.
- Hej! hej! - zawołał wesoło Dobrogost - wszak ci to chyba się król tu zabawia, na swym wiejskim dworze, bo któżby inny!
Ruszyli wszyscy ochoczo pokrzykując...
- Król nasz! król!.... dobrze się nam go spotkało! A no żywiej!
Kłusem puściła się cała gromadka, przyspieszywszy kroku.
Im się bardziej zbliżali, tem światło większą łuną na nich biło; wrzawę, śpiewy, gęśle słychać było coraz donośniejsze.
- Król bez wątpienia... powtarzano.
- I wesoło tam około pana naszego - mówili - w dobry czas ku wieczerzy przybywamy. Ani chybi też z królem Krysta być musi, a kto rad się jej uśmiecha, choć w oczy jej zajrzy...
Z wesołemi śmiechy i okrzyki, Boleszczyce się ku wrotom zbliżyli, gdzie czeladź stała liczna - dalej konie powiązane do żłobów stojących w dziedzińcu rzędami. - Inne czeladź w rękach oprowadzała.
Przez okna, których otwarte okiennice na oścież stały, w środku widać było pochodniami oświecone izby, z których wesołe śpiewy i brzęczenie muzyki dochodziło.
Zaledwie Boleszczyce w dziedziniec wjechali, zewsząd ich pół-głosami witać poczęto. - Tu też dla czeladzi prawdziwie królewską ucztę zastawiono. Beczki stały gęsto, kubki i czerpaki przy nich, chleb leżał stosami, sery bielały na słomianych matach i woń pieczonego mięsiwa rozchodziła się do koła.
Drzwi i okna oblegała czeladź i dwór strojny i zbrojny bogato, ludzie orężni w pięknych sukniach.
Tuż pod złocistem okryciem, aż do ziemi spadającem, dwóch ludzi zwolna przeprowadzało piękną klacz ulubioną królewską, którą Orlicą zwano. Około niej z wielką pieczą i troskliwością kręcili się ludzie chleb jej z rąk podając, to podstawując napój - ale ona obojgiem gardzić się zdawała.
Niewielkiej miary, siwo jabłkowita, z połyskującą sukienką, czarnemi kopyty, nozdrzami różowemi rozdartemi, czarnemi wielkiemi oczyma, długą grzywą jedwabną i ogonem jak kosa zaplecionym wstęgami złotemi - królewska faworyta zdawała się wiedzieć do kogo należała. Szła dumnie nie dając się pociągnąć, zatrzymując ludzi, podnosząc głowę czasem i rżeniem zdając się okazywać niepokój i znudzenie.
Gdy się ten głos ozwał w dziedzińcu, naówczas konie, które u żłobów stały, rwały się, rżały, mieszały i całe podwórze rozlegało temi końskiemi rozhowory, które śpiewy i gędźbę głuszyły...
Orlicę, jak królowę tego stada, otaczał dwór jej własny, miała nawet namiot osobny, w którym spocząć mogła gdy chciała na świeżo podesłanej słomie, wśród kubłów z wodą, naczyń z owsem i wonnego siana.
Boleszczyce witani wesoło, pozsiadali z koni, pościągali suknie, pozapinali kaftany, pooddawali części uzbrojenia czeladzi, i wprzódy nim weszli do środka, przez okna starali się przypatrzeć obrazowi, który ztąd wnętrze dworu przedstawiało.
W izbie długiej, nizkiej a niezbyt szerokiej, którą stojący przy ścianach pachołkowie oświecali, - widać było ustawiony stół długi, okryty obrusami szytemi na rusi wzorzysto, zastawiony naczyniami srebrnemi i złotemi. Konwie, dzbany, kubki, misy, wszystko było z tych kruszców grubo kute i świeciło a lśniło się w ogni blasku. Mnogość tych naczyń prawdziwie królewska, dziwiła ciekawy tłum, który cisnąc się do okien, przypatrywał pańskiej biesiedzie.
Nie odpychano gawiedzi, bo król łaskaw był dla prostych ludzi, niekiedy aż do zbytku, tak, że ziemianie i rycerstwo za złe mu mieli, iż więcej nimi się opiekował, niż temi, co z nim i za niego krew przelewali. - Widać było ze swobodnych śmiechów i ruchów tych gromad, że się tu czuły jakby u siebie, i wcale królewskiego dworu, jego ciwunów i sotników nie lękały.
Na szerokiej z poręczem ławie, obwieszonej suknem bogato, siedział na podwyższeniu lat średnich mężczyzna, ciemnych oczów, włosa i brody, którą nieco postrzyżoną nosił, w sukni z jedwabiu złotem szytej, ze sznury i kutasy złotemi, bramowanej bogato. Na szyi miał gruby łańcuch, pas na biodrach szeroki i mieczyk przy nim kamieniami sadzony. - Na głowie przechylony siedział szłyk szkarłatny z futerkiem. - Nogi miał obcisło suknem okryte, z niechcenia założone, jedna na drugą, ozute butami czerwonemi ze złotemi skówkami na nosach.... Siedział rozparty wygodnie, rękę jednę na poręczy trzymając, drugą wyciągnąwszy ku pięknej niewieście, którą miał obok siebie.
Twarz jego, choć zmęczona, piękną jeszcze była, nadewszystko dumy, siły, namiętności i ufności w siebie pełną. - Króla w nim znać było zdala, nienawykłego ustępować nikomu, Gorzały ogniem jakimś wewnętrznym rozpłomienione, żywo biegające oczy - usta wydatne, wydęte były i mięsiste, policzki okrywały rumieńce silne, czoło miał wyniosłe, nos orli z nozdrzami rozdętemi.... Po twarzy widać było gdzieniegdzie krwią wzdęte żyły, zdające się skórę podnosić, jakby im pod nią ciasno było. Z królewską dumą na twarzy tej łączyły się królewska ludzi pogarda i pycha niezmierzona. Młode i zdrowe lice, życie i trudy jego już pofałdowały były i zmięły, wyciskając na niem ślady burz, przez które przeszło zwycięzko.
Oczy czarne czasami zmrużał dziwnie, niekiedy usta oddymał, srożył się i marszczył, na chwilę prawie spokoju nie dając obliczu swemu. Biegały po niem prądy różne i widome dla wszystkich, bo się z niemi ukrywać nie chciał i nie potrzebował.
Gniewy, radość, szyderstwo, oburzenie, zniecierpliwienie, przelatywały jak chmury po niebiosach, mieniały się, nikły, wracały, tak, że kto chciał czytał w tej twarzy na oścież stojącej, co się działo w duszy pana.
A twarz to była, jak kwietniowych dni niebo zmienna, błękitem naprzemiany, obłokami czarnemi, chmurkami białemi, oponami szaremi, słońcem wesołem i złocistem malowana, której poranek nie ręczył za wieczór, a burza nie trwała dłużej pogody... Piorun mógł z niej uderzyć niespodziany, a w chwilę potem mogły się otworzyć spokojne błękity...
Od dziecka niemal pan, żołnierz, wódz, zwycięzca; co rozdawał trony - był nieulęknionym i nie rozumiał może, iżby dlań co niepodobnem być mogło.
Niewiasta siedząca przy nim, piękna i młoda, na twarzyczce niemal dziecinnej, miała wyraz zalotności wyzywającej, śmiałej, nie wstydzącej się wcale, naiwnej.
Białej płci, z małym rumieńcem, nieco blada, czarnemi wielkiemi, wesołemi oczyma z pod ciemnych łuków brwi, patrzała w króla jak w tęczę. Maleńkie jej usteczka uśmiechały mu się lubieżnie, a w uśmiechu biały pasek ząbków śnieżnych przeglądał. - Ciemny włos rozpuszczony miała na ramiona, które się od niego bielsze jeszcze wydawały.
Niebieska sukienka ze złotem szyciem, ciasno obejmująca kształty ciała, pokryta była drugą szkarłatną w fałdach bogatych osłaniającą ją, od niechcenia rzuconą.... Na piersiach, głowie, ramionach, rękach, u pasa, złote ozdoby świeciły i wyglądały, gdzie tylko się mogły umieścić. - Strojną była do zbytku, chciała być piękną i wyglądać po królewsku, choć na to się tak bardzo stroić nie potrzebowała. - Młodość jej była pełną uroku, świeżość wdzięku, który gasił wszelką urodę niewieścią, coby z nią chciała wystąpić do walki.
Król jedną ręką spierał się na białem jej ramieniu i z rozkoszą patrzał w czarne jej oczy, rozjaśnione weselem dziecinnem. Śmiała się jemu, światu, życiu, wszystkiemu na co patrzała, mężczyznom co przechodzili, złotym dzbanom, pochodniom i nocy pogodnej, która oknami zaglądała. Ani wstydu, ani uczucia innego nad to roztrzpiotane wesele nie widać w niej było. Smutnemu panu ten śmiech perłowy musiał serce zastygłe rozgrzewać.
Tuż za tą królewską parą stało kilka niewiast młodych, pięknych, strojnych, wesołych także, szepczących poufnie między sobą, śmiejących się i chichoczących ciągle, spoglądających śmiało po mężczyznach, którzy króla otaczali.
Piękne te niewiasty zdawały się dobrane, aby i wesołość pani i jej wdzięczną twarzyczkę, jeszcze weselszą i wdzięczniejszą czyniły. Przy niej wydawały się tak gminne, pospolite, jakby z innego pochodziły świata.
Ich srom nawet był od jej zalotności bezwstydniejszym.
Dwór męzki, który króla otaczał, składał się z samych młodych i rycerskich postaci. Niektóre z nich ledwie się zdawały wychodzić z dzieciństwa i puszek ledwie się im na brodzie i na policzkach wysypywać zaczynał. Wszyscy oni błyszczęli od złota i bławatów, przepysznie strojni - i znać lubujący się w wytwornej odzieży - wszyscy mieli twarze wesołe, usta uśmiechnięte, trochę pańskiej dumy na licu i buty dworaczej.
Ani jednej siwej głowy, ni jednego starca poważniejszego w całem tem okoleniu nie było. - Król się wydawał najstarszym ze wszystkich i najbardziej uwiędłym.
Wszyscy stojący około pana, czekali, patrzali rozkazu i skinienia, zdając się chcieć odgadnąć z oczów króla, jakiej może zapragnąć usługi. - Nawet mieniając wejrzenia z niewiastami, co ich oczyma i ruchami wyzywały na psoty, młodzież ta ciągle ku panu jednem okiem spoglądała.
Jak żadnej starej, tak też i posępnej nie widać było twarzy. - Królowało wesele, pan smutku w tych godzinach nie lubił.
Na ławie w głębi siedziała gędźba, pobrząkując w struny, a gdy się ozwała, niewiasty za królem stojące, nucić poczynały z cicha. Śpiew ich zrazu nieśmiały, wzmagał się potem coraz silniej, łączyły się z nim głosy nowe, i pieśń wesoła swawolna, przerywana śmiechami, przebrzmiewała po komnacie, wylewając się na podwórze, gdzie jej zdala wtórowano.
Śpiewające dziewuchy, gdy przyszło coś zbyt surowego w pieśni, zakrywały sobie oczy, odwracały głowy, osłaniały się rękami, zarzucały fartuszkami, ale śpiewały ochoczo.
W chwilę potem opadały ręce, odgarniano zasłony, błyskały oczy śmiechu pełne i usta różowe.
Piękna czarnobrewa swobodnie się opierając na poręczy siedzenia, przechylała się w takt pieśni, kołysała, jakby giętką kibić i kształty toczone chcąc ukazać. Czasem podnosiła rączki białe, klaskała w nie zlekka, to spuszczała na kolana, niekiedy szybkiem, ukradkowem wejrzeniem przelatywała po izbie i twarzach, po drodze zawadzając swawolnie o gorące oczy młodzieży.
Każdy, na którego padł wzrok ten czarodziejki, mimowolnie drgnął, jakby go kto mieczem przebił, ale nim pogonił za nim, już on gdzieś odleciał daleko - król na nią tylko patrzał, czasem usta zwilżył trochę w złotym kubku, który stał przed nim i znowu go stawił przed sobą zamyślony. Dwór czatujący na pańskie wejrzenia, dzisiaj go nie mógł pochwycić.
Boleszczyce popatrzywszy przez okna, poszeptawszy w progu, pośmiawszy się z przyjaciołmi u wnijścia, wreszcie się do izby skierowali. Rozstąpiły się im straże, zaczęli głośno witać znajomi - usuwali się wszyscy. Szmer się stał, król odwrócił głowę, brew zrazu zmarszczył, lecz obaczywszy swą wierną drużynę, uśmiechał się im znak dając, aby szli do napitku i jadła.
Za królewskim wzrokiem poszły oczy czarnobrewy, spotkały się z wejrzeniami, które ich już szukały; zarumieniła się mocno, niby zadąsana odwróciła szybko głowę, wnet spojrzała powtórnie i pokraśniała mocniej jeszcze... Borzywój i Zbilut szczególniej ścigali ją wzrokiem zuchwałym. - Wszedłszy Boleszczyce stanęli nieco zdala między swemi.
Król w chwilę skinął, aby się zbliżyli. Podszedł Borzywój jako starszy.
- Cóż tam wasze łowy? - zapytał król obojętnym głosem.
- O mało się nam bardzo nie udały - odezwał się Borzywój - bośmy spotkali na drodze straszną zwierzynę.
- A cóżeście z nią poczęli? - rzekł król - zabiliście?
- A! nie - mówił starszy z Boleszczyców - nie wiedzieć jak się to stało. Stado poszło w rozsypkę, a zwierz nas rozpędził.
Król spoglądał ciągle nie wiele wagi przywiązując do opowiadania, jakby o czem innem myślał, w tem Zbilut podszedłszy, dodał za brata.
- Nie udały się nam łowy, miłościwy panie, bo biskup Stanko drogę nam przejechał.
Posłyszawszy to imie, król się żachnął i zmarszczył nic nie odpowiadając. - Nawet w żarcie wspomnienie o biskupie przykrem mu było.
- Dziś bo zgoła szczęścia nie było w lesie - mówił dalej Borzywój oczyma strzelając ku pięknej czarnobrewie - wszak ci to i pana z Bużenina spotkaliśmy na gościńcu w lesie.
Twarz niewiasty oblała się cała krwią, pokraśniały nawet białe ramiona, odwróciła głowę, przelękła, jakby na padalca nastąpiła.
- Byłoż go tu zabrać z sobą - przemówił król obojętnie a szydersko - niechby się napił i poweselał, bo zły, słyszę, chodzi i gniewny.
- O! jechał smętny jak post - odezwał się Borzywój - kędy? Bóg wiedzieć raczy i z księdzem, jakby się na śmierć gotował.
Król usta odął, uśmiechnął się wzgardliwie i odwrócił żywo do siedzącej przy sobie. - Boleszczyców już jakby nie widząc, zapomniawszy o nich...
Ci też, wyczekawszy mało, ustąpili z przed króla, wmięszali między dwór, a młodsi, po za niewiasty wszedłszy, gzić się z niemi i zaczepiać je ostrożnie zaczęli... towarzyszki czarnobrewej nie zdały się im tego brać za złe, srożyły się wprawdzie, ale w tak dziwny sposób, jakby wyzywać chciały. Ręce co innego, oczy co innego mówiły, co innego usta. - Król choć słyszał chichotania i szepty, wcale się nie odwrócił nawet, bo znać tak zawsze bywało...
Czarnobrewa tylko spozierała surowo nie na swe niewiasty, ale na tych niewiernych, co na inne twarze w jej obecności patrzeć mogli.
Parę razy wzrok jej pobiegł za Borzywojem i Zbilutem, na każdego z nich spoglądając inaczej. Śledzić się zdawał pierwszego, drugiego szukać niespokojnie, jednego obawiać, drugiego pożądać, jak dziecię zabawki...
Wszystko w niej było aż do zalotności dziecinnem.
Właśnie się krótka rozmowa Boleszczyców z królem skończyła, gdy gęślarze, którzy byli umilkli trochę i spoczywali, brzęknęli w struny, szmer ucichł, piosnka cicho i nieśmiało poczęła się odzywać jakby z dali.
Stara to była pieśń miłosna:
Stanę się, stanę siwym kaczorem...
Niewiasty, jakby urokiem jej porwane, rozśpiewały się na dobre, zapomniały o wszystkiem, prześcigały głosami, i pieśń rozlegała znowu po izbie, w podwórzu, kołysząc jak fala, aż póki z ostatnią nie umarła zwrotką.
Westchnęła czarnobrewa - może się jej dawne jakie przypomniały czasy, inne głowy pospuszczały. Niewiadomo co pieśń niesie, za słowami jej kryje się tyle widm i upiorów.
Długo tak w noc król śpiewać kazał i przysłuchiwał pieśniom, w oczy patrzał pięknej Kryście, to z nią żartował, to się zasępił i na służbę gniewał, to śmiał do rozpuku, a za nim tłumy, nie wiedząc czego się śmiały - aż po północy gęślarze na ławie, przy miodzie się pospali, król i czarnobrewa gdzieś znikli, dwór się, gdzie kto mógł i chciał do snu rozłożył i zwolna we dworcu ucichło. W podwórcach tylko u koni czaty chodziły i u drzwi pańskich mieniali się ludzie, by ich miał król na zawołanie.
Bywało tak czasem, któż mógł przewidzieć? że się Bolesław zerwał śród nocy i rozkazał na łowy, na Wawel, na wojnę, na drugi państwa koniec, gdzie się myśli pańskiej pobiedz zachciało. Czasem obozem leżał miesiąc, niekiedy spoczynku nie dał jednej nocy - przebiegały w nim zachcenia różne, których hamować nie chciał i nie umiał. Tak samo dobrym był i okrutnym, szyderskim i litościwym bez miary. Ci, co z nim żyli, w oczy mu patrzali, nigdy powiedzieć nie mogli, co wieczór, noc i poranek przyniesie. Na wszystko gotowi być musieli.