Część czwarta TRUD PRZEBACZENIA
1. Święty Dzierbołek
Łagiewnik Borsuk wygotował Dzierbołkowi pięć wielkich cebrów do słodzenia piwa a dziesięć stągwi z dębowych klepek - zrazu radował się piwowar z przybytku, później żal go ogarniał i złość: nie będzie wielkiego zjazdu w Gniezdnie, na marne dał roczną ciołkę sąsiadowi, opędziłby się na razie starym sprzętem. Próżno mu Jaszko gadał: "Cóż się smęcicie, abo to kadzie żrą, abo to wyzdychają?" - Dzierbołek ilekroć wchodził do kleci, gdzie równo jedno na drugim ustawione naczynia błyszczały świeżym drewnem, zawsze patrzył na nie markotny, tarł nos, pomrukiwał: "Nie mogła to pąć z Gniezdna ruszyć, zjechałaby się ćma luda, kiej za czasów Ottona - wiadomo, jak jest przy każdym weselu: piwo rzeką płynie. A nynie..." - machał ręką ze zniechęceniem, wzdychając, zamykał kleć, zasępiony wracał do domu. Już ta pąć wświdrowała mu się w dumki, rady sobie dać nie mógł: nie było dla niego nic milszego nad dobry spiech, nad tarżenie, nad ruch i gwar, czuł wówczas podniecenie i radość, życie. Dobrze piwowarom krakowskim - jeśli tamok są tacy, co piwo warzą, a tarżą onym - nie nadążą ze słodzeniem. A on... tfu! mór by zadławił tych, co Kraków księdzu naraili.
Aż raz w czasie tych niekończących się dumek stanął, po łbie się pacnął, długo patrzył na zawartą kleć z Borsukowymi łagwiami, strzelił w palce, sam do siebie zagadał:
- Stary dureń z ciebie, Dzierbołek, koziołki ci skaczą po łbie, nic jeno koziołki. Ty sobie głupie dumki wybij z głowy, po staremu warz piwo, a grodowym przedawaj za ziarno abo co inszego... - Splunął, zrobił parę kroków, znów stanął, całkiem niespodzianie zachichotał.
Przez trzy dni chodził nieswój, niespodzianie kazał zięciowi wozy opatrzeć a wysmarować, kiej do długiej drogi. Jaszko nawet nie pytał o nic, wiedział: teraz Dzierbołek słowa nie piśnie, już go cosik żre w wątpiach, nie uspokoi się teść, dopóki nie nasyci swej chuci. Bez słowa zabrał się do roboty. Dzierbołek kręcił się po obejściu, miejsca sobie znaleźć nie mógł, pomrukiwał, chichotał; czasem klął.
W końcu klepnął po plecach pochylonego nad kołem Jaszka, wyrwało mu się:
- Um trzeba mieć, ot co! Z Krakowa pójdzie pąć?... a gdzie Kraków, za górami? Nie zbutwieją mi stągwie a kadzie, przydadzą się w dobry czas. - Jaszko, siedząc w kucki z garnczkiem dziegciu w ręku, spojrzał podejrzliwie na teścia.
- Cóżeście znowu umyślili?
- Mój um, kupiecki um, kupieckie moje dumki. Ty wozy oporządź, a koniom owsa nie żałuj, słyszysz? - Jaszko ruszył ramionami, nie naciskał bolej: i tak Dzierbołek długo nie utrzyma tajemnicy, dość nań popatrzeć - aż rozpiera go, aż ponosi. Zgodnie z nakazem załadował oba wozy cebrami a wszelakim piwowarskim statkiem, wyjechali ze świtem. Minęli ostatnie chaty, przed nimi wiła się pusta droga. Dzierbołek zakręcił się, zeskoczył z wozu, przesiadł się do zięcia. Milczał, Jaszko takoż: ani du du... Teść kosił oczy, nadymał policzki, zaczął ważnie, przez nos:
- Radowali my się na zjazd w Gniezdnie, zrobili nam w Krakowie zjazd, ot, jaka dula! A tyś zaraz nos zwiesił: całkiem zając spłakany. Aniś pomyślał, durniu, że kto kupcem chce ostać, takiemu w jednym miejscu nie siedzieć, by grzybowi w boru: kiej kucnął w mchu, kroku nie zrobi, chyba ji dziewka do krobi włoży a k'sobie przyniesie, chi chi chi... A on brodacz z Kijowa, bacz na onego... Wieleż mu dni jechać, by wóz czerwiu wytarżyć, a choćby i dwa. Mnogo dni. Bo um kupiecki taki: trza kupcowi tam być, gdzie spor można znaleźć, w Gniezdnie, abo w Krakowie, wszytko jedno. Toć i świnia chodzi od dębu do dębu żołędzi szukać i tamok pójdzie, gdzie co dobrego poczuje. Abo to ja gorszy od świni, powiedz, Jaszko i cięgiem wokół jednego dębu mam się kręcić? Nie gorszym. I bacz jeszcze, mój zięciu: dla mnie księstwo to jak dla świni las, a grody, by dęby: pod jednym dębem wyżarłem, pod drugi dyrdam. Widzisz, jaki kupiecki um, cudze kupce to pojmują i lazą k'nam: możeć tu jaką żołędź najdą. A ja co? Kiej żołędzi brak, to mi jeno ryj zadrzeć i płakać: chru chru a chru chru? Nie będę ja do góry chrukać, jeno cebry na wóz i do Krakowa jadę, chi chi chi... - Dzierbołek był rad z siebie, jak nigdy.
W Krakowie zrazu widać: zjazd, jak się patrzy. Gdzie nie spojrzeć - rycerski łańcuch świeci, ledwo krok zrobisz - na wielmożę się natkniesz; świątków chmara, napłodzilo się tego tyle, by much w lato. Wszyscy jeno o pąci gadają - a nikt dobrze nie wie, czemu ma służyć owa pąć, kogo pognają w długą drogę aż kajś pod Międzyrzecz. Pytlowania było, że ślina ludziom w gębie gęstniała. Pewnie z dziesięć nakazów przysłał już ksiądz do Sulisława - a to przysposobić, a tamto, a ogłosić nakaz biskupa Poppona o mirze pokutnym. Włodarze na Wawelu i na podgrodziu krzyczeli na całe gardło: "...a przed pącią i w czasie pąci pokutny mir nakazuje ksiądz: nie lza ani mieczem, ani toporem, ani sulicą czy strzałą dochodzić swego, abo mścić; a wróżda karana będzie, by zwykła napaść. A jeśliby kto nie uczcił pokutnego miru, sulicą pchnął, abo z łuku ustrzelił, brać tego w dyby, w jamę sadzać, choćby wielmożnego był rodu. Taka wola księdza waszego i pana, Bolka Mieszkowica..." - ludzie słuchali gromadnie, kiwali głowami.
Kazano miejsca dla gości nagotować - na wielki zjazd z całego księstwa. Goniec stał przed Sulisławem, tłumaczył, jak mu powiedziano, grododzierżca od czasu do czasu pomrukiwał do komornika grodowego, Tomisława: "Słuchajże, uważaj..." - Komornik ruszał ostro wąsami, zająkał się, wyrywał:
- Pąć... ja wiem! - Sulisław obracał nań roztargnione wejrzenie, huczał:
- Co tam ty wiesz, stary capie? - Tomisław jeszcze szybciej ruszał wąsami.
- Ja wiem... - I zacinał się. Sulisław prychał.
- Już ty jeno w gębie takiś chwat. Wżdy czy nam mus wiedzieć? Nie nasz um, księdza um. A kazał nam ksiądz miejsce zrobić na zjazd, trza je zrobić. I tyle. Mus i na podgrodzie zajrzeć, niech się pocisną ździebko, gościnę gotują.
- Już ja im dam - podrywał się Tomisław - ja ich pocisnę, ja wiem... I na podgrodziu, jakże: podgrodzie takoż ma pąci służyć. Wraz włodarzy poślę, niech obwołają wolę księdza. Ja wiem...
Ale na podgrodziu już było pełno - wszystko ciągnęło do Krakowa, by pszczoły do barci. Dzierbołek ledwo rozejrzał się w tym rojowisku, ręce zacierał, o jęczmień się rozpytywał, o chmiel. Wziął stan u kołodzieja Grudy, wyłożył konie, zasypał owies, wszedł ze swym zięciem, kulawym Jaszkiem, do chaty; kołodziejówny nakryły stół, przygotowały gościnę. Dzierbołek chwalił jadło, spróbował piwa, zachichotał; rzekł ważnie do gospodzina:
- Czekajcie i ja was uczęstuję piwem, moje piwo dobre, jeszczeście takiego piwa nie pili. - Gruda ciekaw był, co to za jeden z onego gościa, czyli na pąć przyjechał, pokutować jako ich Jakub uczył; wżdy nie będziesz gościa wypytywał. Ale ów się rozgadał niepytany, długo prawił o sobie i swym bogactwie, o pokrewieństwie z grododzierżcą gniezdnieńskim i o zięciu swoim, Jarosławie Białowąsowicu, iże jest żupanem Śliźni, grodu znacznego. Gruda tylko dolewał do kubka, mieszał się coraz bardziej: nie lada jaki człek doń zajechał.
Na palenisku trzaskał ogień, wieczory były już chłodne, Dzierbołek grzał się, gęba się mu nie zamykała; widział: gospodniu a jego córom aż uszy odstają z dziwu nad jego ważnością i znaczeniem. Powiódł dokoła oczyma, zagadnął:
- A z pącią pójdziecie?
- My?... z pącią?... - Tylko usta otwarli w zdumieniu; zapomnieli już, co prezbiter Jakub krzyczał do nich zimą w cyrkwi.
- Noo... - nadął się Dzierbołek - nie każdemu smardowi iść z pącią, cześć oddawać świętym truchłom. Ważne one truchła, niezwyczajne. Dwóch mężów przyszło do nas z kraju wielkiego... z Italii. A dwóch z Krakowa, znałem onych, piwem gościłem.
- Dyć to Żuraw a Dudek - krzyknęła starsza kołodziejówna, wraz pochyliła się ze sromu, przykryła pokraśniałą twarz. Ale Dzierbołek głową kiwnął.
- Nno... tako ich tu wołano, z prosta. A w eremie uczcili onych dobrym imieniem: na jednego wołali Izaak, na wtórego Matej. A kto na świętych mężów po staremu woła, język takiemu w parchy pójdzie z Krystusowego nakazu. A wyście znali onych?
- Jakże... Wżdy niedaleczko żyje wdowa jednego w dawnej chacie Żurawiowej i siostry obu; a Dudków syn, Ważyk, cięgiem tu siedzi, gędzi a śpiewa, do Raduchny się zaleca. - Dziewczyna pisnęła cichutko: "tata", zerwała się, by uciec. Gruda pokiwał głową, mruknął:
- Siadaj, głupia, czego się płoszysz? Całe podgrodzie wie, po co tu otrok łazi. Może bym dał córę onemu, choć nogę za sobą ciąga, co mu ją Niemiec przebił; wżdy leń jeno gędzi, ucieszne gadki prawi, a kładziwo mu śmierdzi.
Dzierbołek zamyślił się głęboko, aż się pochylił nad ogniem; dotąd Żuraw i Dudek byli dlań niby dwa stoliny z baśni - cudnie o nich słuchać w czas wieczornych gadek, wżdy każdy wie: zza siedmiu rzek ta drużyna, zza siedmiu lasów i gór. Prawda: byli owi mężowie w Gniezdnie, wżdy nie zasiedli się tam, nie wkorzenili - przeszli, jak chmura, jak wiatr; i to prawda: żyli ponoć przedtem w Krakowie, aleć Kraków dla gniezdnieńskich by góra lodowa z baśni, daleki gród, jeno z imienia znany. A nynie do tegoż dalekiego Krakowa przyjechało się z zięciem Jaszkiem, iżby piwo tu po zwyczajnemu warzyć i oto siedzą sobie z Żurawiowym sąsiadem, a niedaleczko stoi chata wdowy po świętym męczenniku. Dzierbołek poderwał się ostro, jął wypytywać:
- Gdzie?... Gdzie ona chata?... A Dudków syn?... - Kazał sobie opowiadać o Żurawiu i Dudku, o Sławce i Ważyku, o obu siostrach. Teraz Gruda zaczął bajać - czego nie pomniał dobrze, córek pytał: rozjazgotała się izba w niekończącej się gadaninie. Późno w noc zaczęli się zbierać do snu - Dzierbołek był zafrasowany, milczący, aż zwróciło to uwagę Jaszka.
- Co to wam? Umorzyliście się? - Teść nic nie odpowiedział, odsznurowywał skórznie, potem długo siedział z onucą w ręku. Byli sami w izbie, kołodziej poszedł spać do Maka, Grudówny wdrapały się na wyżki, na siano. Dzierbołek mościł się na odstąpionym posłaniu, potem leżał bez ruchu, zadumany. Aż w pewnej chwili trącił w bok Jaszka.
- Nie śpisz?
- Uhm...
- Bo widzisz... klina mi w łeb zapędziło. Sam jeno nie wiem, jak to zrobić, wżdy nie szkodziłoby... hm! Skoro nogi w końcu wyciągnę, może by i mnie mogli tak uczcić, widzisz: ksiądz, świątki, wielmoże. Kiej kowalów... Już tam Dudek na krok nie odchodził od Gaudentego i ksiądz był mu rad, wiem. Wżdy cóż to, kowal lepszy od piwowara? A ja Wojciechowi dwie świece ulałem, nikt takich grubych nie ulał i jeszcze uleję. Zasłużę się Kyryi Krysti a Wojciechowi, ugodzę księdzu a świątkom... hm! Prawda, Dudek im krzyż wykuł na podgrodziu krakowskim, wżdy ja piwa zaniosę, dobrego piwa... może by i mnie uczcili? Nie mołwię, żeby wraz pącią, aleć mogliby cosik wymyślić, jak ci się widzi? W kutą trumnę włożyć, śpiewać w cyrkwi a dymić.
- Dajcie spać. Kości nie czuję - zamruczał Jaszko.
- Bo widzisz, mnie wtedy będzie za jedno. A wam nie za jedno i wnęczkom... Wojciechowi a Wartkowi. I twoja już chodzi z brzuchem, a jeszcze nie wieczór. Piwa by nikt ci nie wzbraniał nosić do grodu, a każdy by cześć wam oddał po świętym Dzierbołku, lekcej by się wam żyło. Niełatwa to rzecz, wżdy warto się pomozolić, słuchajże...
- Wpierw trza by wam siekierą łeb rozszczepić - warknął już rozeźlony zięć.
- Tako mołwisz? - Dzierbołek podrapał się po sierści na piersiach, sapnął. - Siekierą, mołwisz? Prawda i Wojciecha włócznią przebili. Wszelako... - Ale zięć obrócił się na drugi bok, nie słuchał dłużej, zachrapał. Piwowar wiercił się jeszcze, wkrótce i on zaczął poświstywać przez nos - zdrożony był tą pośpieszną jazdą do Krakowa.
Lecz myśl musiała utkwić w upartym łbie, bo rankiem rzekł do Jaszka:
- Trza się wszystkiego wywiedzieć o tym Żurawiu a Dudku. Żuraw godny ptak i wiosną pięknie na niebie gulgocze, wżdy Dudek?... Jeno mu pióra na łbie sterczą i długi dziób na nosie; a kiej żuka chce połknąć, mus mu ji wprzódy w górę podrzucić, inaczej nie da rady robakowi. Wżdy nynie, widzisz: wysoko zaleciały dwa ptaszki, niemałą, widno, można mieć korzyść ze świętych trucheł; próżno ci zawżdy gadam: umem się dochodzi do bogactwa. Kiej taki ład przyszedł, że truchła nynie w lik idą, trza wiedzieć o nich wszytko co i jak. Pójdę do onej wdowy, a tam obaczym: może całkiem się k'niej przeniesiem. Już jej słowo bolej będzie znaczyć niźli grododzierżcy, wiem to. Ty o jęczmień dalej pytaj a o chmiel, ja k'Żurawiowej dunę, Dudkowego syna obaczę: przygodzi się w dobry czas ich poręka, dziesięć stągwi piwa może wartać. - Dzierbołek aż się zasapał w pośpiesznej gadaninie, przepasał się, poszedł. Jaszko ruszył ramionami - nigdy się dość nie mógł nadziwić, skąd teściowi zamysły spadają; całkiem gruszki do podstawionej czapy.
Gdy Dzierbołek znalazł się przed Żurawiową chatą, stanął zdumiony, oczyma mrugał, aż gębę otworzył. Czyliż to owa chata? - ta niska kleć z zapadłym dachem i zbutwiałymi węgłami, z jatą wspartą na czterech słupach, pod którą ledwo się trzech ludzi pomieści? Jakże to tak? - prawda, Żuraw a Dudek byli kowalami... krakowskiego podgrodzia, wżdy ich stan widział się Dzierbołkowi wielmożny, wielki; nie zdawał sobie sprawy piwowar, że w oczach nosi zwid własnego obejścia, ważnego obejścia, kupieckiego. A ta kleć, ta wyparszywiała strzecha, ta plugawa nora?... - nie mogło się widziane pomieścić w głowie. Jeżeli takich czczą, w takiej chacie żyjących... to jego - kupca, piwowara, Dzierbołka... "Dzierbołka!..." - piwowar sapnął, nosem ważnie pociągnął, wydął wargi: teraz dopiero pojął, kim jest, jak wysoko się wspiął. Raz jeszcze powiódł zmrużonymi ślepiami po Żurawiowej chałupie, wszedł do zasmolonej izby, zapytał, myśląc, że może się jednak pomylił, źle trafił:
- Tu-li stan świętego męża, Izaaka?
Przy ogniu siedziała białka - niemłoda już, biednie odziana; mieszała w garnku. Powiedziała niepewnie:
- Tu chata Żurawiowa.
Niemało przeszło już przez tę chatę ciekawych - wielmożów, świątków, wojów, sama księżna otwarła ten korowód - a Sławka wciąż nie mogła przyzwyczaić się do tych gości, nie wiedziała, jak do nich gadać; z jej wyblakłych oczu zawsze wyglądała bojaźń, ilekroć obcy wparł się do izby, rozglądał się dokoła z nieskrywanym zdziwieniem i szyderstwem. A każdy pytał nieodmiennie: "To-li jest chata Żurawiowa? ta kleć?" - nieproszony siadał na ławie: "a co? a jak? czy długo Żuraw tu żył? a skąd przyszedł? a czemu do eremu uciekł?..." - i tak bez końca. Poniektóry jawnie się naśmiewał: "Nie lada bogacz był z Żurawia, widzim to nynie, nie miał czego żałować. A w puszczę dunął... rzeknijcie no... wasze imię jak? Sławka?... pewnieście mu wałkiem wszy biły w kołtunie, to i zabrał się od was. A nynie mnie nakazali..." - gość zamyślał się, patrzył na nierówne klepisko, potem wodził raz jeszcze po czarnych od sadzy ścianach, odchodził bez pożegnania; nierzadko z drwiącym słowem; czasem spluwał z obrzydzeniem, ledwo przestąpił próg. Sławka przewodziła gościa wzrokiem, nie zasłaniała twarzy rękoma, nie wydawała głosu, jeno po policzkach nieodmiennie spływało jej parę łez. "Widzisz, jakiej to doczekałeś się sławy, Żuraw, widzisz jako cię czczą..." - A jednak i ksiądz... i świątki... Wciąż nic nie mogła pojąć z zawiłej, niezwyczajnej sprawy Żurawiowej.
Ten niski, pękaty gość był inny. Wprawdzie i on powiódł ze zdziwieniem oczyma, i on siadł nieproszony, ale wraz rozsypał się w gładkich słowach, strasznie chwalił Żurawia i Dudka - i o sobie nie zapomniał; Sławka słyszała wprzódy, że jej chłop w eremie jeno wodę pił, a ten bajał, jak ji piwem częstował, dobrym, chmielonym piwem. Na moment ścisnął białkę żal, oto wali się jakowaś baśń o jej chłopie, o tamtym dalekim, niepojętym życiu, ale wraz poczuła wdzięczność do gościa, że dał Żurawiowi chwilę uciechy - kowal lubił piwo, zdarzało się, że podpity ucieszne gadki bajał, abo śpiewał wesoło, nie słyszała odeń nigdy złego słowa, gdy był pijany; bo na trzeźwo różnie bywało, wiadomo - jak to w życiu.
Na te niekończące się gawędy przyszedł Ważyk; stanął w progu, stał, słuchał. Dzierbołek dojrzał go, urwał w pół słowa, skinął ręką.
- A to pewno i jest syn męczennika Mateja? Pódź no bliżej... - Chłopak zrobił nieufnie parę kroków i on nie lubił tych odwiedzin, a drwiące słowa księżnej piekły go potąd rozpalonym żelazem. Wżdy tłusty gość uśmiechnął się wesoło, sięgnął do sakwy u boku.
- Przyniosłem wam - zachichotał, oczy mu wesoło błyszczały - godne dary dla uczczenia świętych mężów. Dla was, Sławka... - wydobył szary płat wełny w brunatne pasy - to sukno, dobre sukno. A dla Matejowego syna oną skrzynkę - podał oniemiałemu Ważykowi niewielką szkatułkę, obijaną mosiądzem - abyście pamiętali piwowara Dzierbołka. Dzierbołka! - powtórzył z naciskiem; zmrużył oczy, radowało go zdumienie gospodzinów. Zaraz też gawęda potoczyła się swobodnie, wesoło - Ważyk oczarowany wpatrywał się w gościa, na jego prośbę skoczył po gęśle, zagrał najskoczniejszą, jaką umiał, śpiewkę. Dzierbołek lekko klaskał w tłuste dłonie do taktu, chichotał; dookoła palca owinął oboje, wdowę po Izaaku i Matejowego synka, nynie łatwiej mu będzie wcisnąć się między tych, co świętych mężów uczcili.
Tak, nie lada jaki um miał Dzierbołek, kupiecki um, piwowarski. Rad był z siebie i z całej krakowskiej wyprawy, widział już nynie: dobry spiech go tu czeka, przybytek i bogactwo. A uda się, to i po śmierci swojaki będą mieć z niego pożytek, poważanie i cześć: warto się ździebko potrudzić i jaką taką ponieść utratę - opłaci się ta utrata. Wiedział dobrze: skąpy niedaleko zajedzie.
2. Duma rodu Sławnikowiców
Bolko Rudy ciskał się po swej nieobszernej komorze - obijał się o ściany. Dopiero co wyszedł odeń Gaudenty - jeszcze słychać nierówny stukot jego trepów. Ślepcem wstrząsały drgania - jakby szlochu; ale były to wstrząsy wściekłości. Ach, tego odeń żądają? - i w dodatku przysłali Radzyma, Sławnikowica, którego braci on to przecie - na czele Wrszowców - wymordował w Libicach w sam dzień świętego Wacława. Wszystko mu zabrali i tego jeszcze żądają ku ostatecznemu pohańbieniu, dla okrutnej drwiny. Rudy przyciskał pięści do pustych oczodołów, kiwał się do przodu i w tył, wciąż do przodu i w tył, z gardła się mu wydobywało charczenie: - Księstwo zabrał, wolę zabrał, ze światłem świat zabrał, a nynie... Niechże mi odda wprzódy, co wziął chytrością a gwałtem, w on czas obejmę go jak brata... gadzinę. A Slawnikowica?... - w piersi mu rzęziło, wciąż się miotał. Lecz przecie przed chwilą dopiero wyrzekł - wydarli odeń, ciemnego, te słowa: "Niechaj przyjdzie..." - tak, powiedział to. Teraz miota się w komorze - oszalały z wściekłości i żalu. - "Niechaj przyjdzie, jeżeli go stać, by spojrzeć w moje jamy po oczach..." - Urwał, zarechotał:
- He he he... Nie spodziewałem się, że i ja msty jeszcze zażyję.
Wtedy Gaudenty go objął - i nim wstrząsały dreszcze. Za cały swój żywot nie miał straszniejszej walki, jak z tym opętanym ślepcem. Tyle już czasu doń mówił, chciał słowami przekonać, ujednać i zmiękczyć tę ślepą nienawiść i zaciekłość. Opowiadał:
- Bolesław pokutuje jak prawy chrześcijanin. Pości o chlebie i wodzie dni czterdzieści, leżąc wytrwale na ziemi w popiele i ukorzeniu, z ludźmi gada tyle jeno, co sprawy księstwa wymagają, ma ziemię za stół, garść słomy z posłania za ręcznik, jak to mu przykazano w czas pokuty. A odpuszczenia nie dostał, jako że spowiednik rzekł mu: "Pojednaj się wprzódy z tym, któregoś pokrzywdził ponad potrzebę i miarę". - "Nie zechce ze mną gadać". - "Zechce, dla zbawienia duszy swej zechce, prawy to chrześcijanin..." - Gaudentemu znów przerwał obmierzły rechot Rudego; w rechocie tym nieubłagana zaciekłość:
- Niechże nie otrzyma odpuszczenia! Niech nie otrzyma. Choćbym się miał w płomienie zapaść, gotówem na to, bylem w objęciu trzymał dobrego brata i druga.
Gaudenty skoczył, zatkał ślepcowi usta. Krzyknął:
- Nie bluźnij! - Zda się poprzez dłoń przechodzi obmierzły śmiech: - He he he...
Gaudenty puścił Bolesława, siadł; modlił się pochylony. Ciszę przerywał tylko świst oddechu Rudego - komora była oddalona od gwarnych izb dworskich. Gaudenty słyszał bicie własnego serca. Mówił, jakby w głąb siebie samego, z całego natężenia duszy, z całego wysiłku: "Wojciechu, ciebie wzywam na pomoc. To nie tylko Bolka rozprawa, nie tylko polańskiego księstwa, to również nasza rozprawa, synów Sławnika. Wżdy to Rudy uczynił rzeź na Libicach, Rudy prowadził Wrszowców, a na prośbę Libiczan, by odświęcić dzień świętego Wacława, napastnicy krzyczeli, drwiąc i naigrawając się z Boga: "Większy ci nasz Bolesław niźli wasz święty Wacław!" Wojciechu, Wojciechu, słyszysz-li mnie? Skrusz twarde serce Bolesława, niechże odpuści winy, żeby i jemu odpuszczono..." - i w tejże chwili Gaudentemu się zdało, że słyszy śmiech. Ale nie był to rechot Rudego, to się w nim samym coś śmiało, to w nim wstawała drwina, gorsza od tamtego rechotu. Gaudentemu mrozem ścisnęło wnętrze, zimny pot oblał skronie. Wyszeptał: "I otpuści nam nasze winy, jako i my otpuszczamy naszym winowaćcom. A ja?..." - Drżał. Czyjaż to dłoń przyprowadziła go do tej komory, do tego człeka, by się dowiedział, że nie zdołał był dotąd odpuścić krwawych godów libickich? Sam o tym nie wiedział, a jednak tak było: nie odpuścił ich. Nigdy. Jakże to rzekł Bolesławowi, gdy go namawiał na pąć: "Niech wszelka wina będzie po stronie Rudego, ksze". - Niech będzie wina! - niechże jej nie odkupi... tamten. Czemuż to Gaudenty tak dbał o swego księdza i druga, a nigdy nie pomyślał o Rudym? A był przecie nieraz w Krakowie, widywał ślepca, gadał z nim - łagodnym, sztucznie łaskawym głosem. "Niechaj wszelka wina będzie po stronie Rudego..." Strach wstrząsnął arcybiskupem, pojął, że to on zawinił, że musi swą winę naprawić - naprawić od razu, tu, w tej izbie, nie odkładając ni chwili. Gdy mówił, głos miał zduszony i martwy:
- Nie lada jakie są przewiny ludzkie... nie tylko wyście grzeszyli zaciekłością. I ja... i mnieście ukrzywdzili... przed laty. Anim wiedział o tym, wżdy zaciekałem się, nie mogłem wydrzeć zadziory. Teraz pora!... Za wszystkich Sławnikowiców odpuszczam wam rzeź na Libicach... - Poczuł głęboką ulgę, jakby puściła obręcz, która ściskała mu pierś. I w tejże chwili rozległ się znowu drwiący śmiech Rudego:
- He he he... Odpuszczacie? Za wszystkich synów Sławnika? Daremne to odpuszczenie, za późne. Wasz starosta rodowy, Sobiebor, wziął już na mnie odpłatę za Libice... w gródku starego Włodka. On to mnie chwycił z wojewodą Stojgniewem, on mię oddał Rysiowi. Wesoło mu było ginąć na moście praskim, msty dokonał, he he... zostawił mię w tej komorze na mrok, na poniewierkę. Czegóż się nynie pchacie ze swym odpuszczeniem, Radzymie? Trza było wprzód przyjść... przed Rysiem.
Sobiebor?... - Gaudenty się zerwał. Jezu Chryste! - tyleż on musi odpuszczać Rudemu co Rudy - jemu. Sobiebor - jego krew; jego ród - dokonał wróżdy na wrogu. A jeśli Radzym odpuszczał w imieniu całego rodu, teraz trzeba samemu się kajać przed Rudym. Za wydarte oczy żebrać przebaczenia, za niewolę i hańbę.
Spojrzał na tę twarz okoloną czerwonym wieńcem zarostu i poczuł, że tego dokonać nie zdoła. A jednocześnie poznał, że nie odpuścił, ni źdźbła, że jeno wyrzekł przebaczenie wargami, jak przystało świątkowi - lecz nie przygarnął Rudego sercem, jak brata, jak swojaka. Nie przygarnął, nie zdołał tego. Za kilka słów wypowiedzianych bez trudu i - widział to teraz - z wewnętrznym wywyższeniem się chciał kupić sobie Boga na własność. A teraz nie może się ugiąć, nie może klęknąć przed tym umęczonym, podjąć go pod nogi i błagać z rozpaczą i żalem o darowanie bratowej winy. Na samą myśl o tym ogarnęła Gaudentego odraza, a ulegając jej, zdał się sam sobie najmarniejszym z ludzi, gorszym od tego ślepca - ślepca na ciele i duszy, a przez ślepotę swą niewinnego jak dziecię - on, brat świętego, który śmiał nawoływać ludzi, by szli za Wojciechowym przykładem. Kiedyś na wieść o śmierci Sobiebora - klęczał wtedy przed srebrną trumną i szukał własnej drogi, drogi wyrzeczenia i pełnego oddania się Bogu - myślał, że musi wyrzec się tęsknoty: za domem, za ojcem i macią, za braćmi, za ziemią i grodem. Jakby to wszystko nie Bóg mu dał, jakby to było złe, jakby świat stworzył Pan Ciemności i Nienawiści, nie zaś Bóg Miłowania i Światła. I oto poznał Gaudenty prawdziwą drogę wyrzeczenia się tego, co płynie z nienawiści i pychy, a co usztywnia mu w tej chwili kark, trzyma jak na łańcuchu, nie dozwala ugiąć się przed człowiekiem, któremu brat i rodowy starosta wydarł oczy. I pojął Gaudenty jeszcze jedno: namawiał Bolesława na pąć i pokutę, ale gdy przyszło samemu odbyć pokutę - nie jeno w pielgrzymce iść ku zbudowaniu innych, ale pokutę odbyć - wówczas zbuntowała się w nim dusza, stanęła dęba, rwie wędzidło, i cofa. Teraz dopiero znalazł się na rozdrożu - po raz pierwszy w swym życiu.
I w tej chwili poczuł żal: nie wyrwał z siebie pychy Sławnikowiców, drwił z Jezu Krysta - każdym uczeniem w cyrkwi, każdym słowem wołającym do pokory i poskromienia siebie. "Niechże cała wina..." - poczuł żal, bolesny i rwący, usta mu napełniły się śliną, w oczach ściemniało; zwinął się wewnątrz od nagłego namiętnego pragnienia, jednego tylko: by ten rechoczący ślepiec darował - Sobieborowi i jemu - swą mękę, swe wydarte oczy, swe gnicie w nieustannym mroku, ową nienawiść i zaciętość, jaką wszyscy Sławnikowice doń czuli. Nieświadomie, bez myśli i woli, jednym odruchem, gwałtownym niby spazm, pochylił się przed Rudym, kurczowo chwycił jego dłoń, cisnął do warg. Nie mówił, jęczał:
- Ulitujcież się nade mną, Bolesławie, ulitujcie się nad bratem moim, a nieprzyjacielem waszym... nad Sobieborem. W pokutnej pąci pójdę, za brata i za siebie, za cały ród Sławnika, iże miał was w nienawiści krom Wojciecha.
- Krom Wojciecha? - spytał Rudy zgrubiałym, drewnianym głosem.
- Tak. Wojciech nie miał nienawiści do was. Zawżdy modlił się za was, nie ustawał. Ja... ja nie mogłem, nie chciałem. Jeno gębą, jeno ustami, z zaciekłością! Nie chciałem.
- Modlił się? - powtórzył głucho Rudy. - Jeszcze wtedy... gdy Wojciech żył, byłem w Pradze, po trupach braci jego szedłem k'władztwu... - Umilkł, pochylił się, milczał. Gaudenty wciąż klęczał, odchylił się, przysiadł na łydkach, głowę uniósł, czekał. Cisza, muchy sennie brzęczą pod pułapem, przerywany, świszczący oddech Rudego. Aż naraz - jakby wróciła doń fala wściekłości - namacał ramię Gaudentego, jął nim potrząsać, krzyczeć:
- Z czymżeście do mnie przyszli? Dręczyć mnie? Ślepca?
- Z czym przyszedłem? - powtórzył nieprzytomnie Radzym, mrużąc oczy i ocierając czoło. Przecie przyszedł prosić, by Rudy odpuścił Bolesławowi - zapomniał o tym, zgłupiał z tego zmagania się ze sobą. Odetchnął głęboko, zaszeptał żarliwie i błagalnie:
- Jeśliście mnie darowali, jeśli możecie darować... dajcie znak, ulitujcie się, dajcie znak: zwólcie przyjść do siebie Bolesławowi, by mógł pokutę odbyć... - Wtedy to Rudy zamachał gwałtownie pięściami, zaczął uderzać nimi po kolanach, krzyknął z roznoszącej go wściekłości.
- Niechże przyjdzie... niech przyjdzie, ach ty... dusicielu! oprawco!... - Gaudenty wstał na wpół przytomnie, objął miotającego się Rudego, w gwałtownym porywie przycisnął do siebie. Ślepiec wparł mu obie dłonie w pierś, rozerwał uścisk, odepchnął, wrzasnął nieprzytomnie:
- Wyjdź już... Dławi mię! Ty...
Kiedy Gaudenty opuszczał komorę, zataczał się, by po chmielnym godowaniu. Za sobą zostawiał burzę ślepej, oszalałej wściekłości. Rudy pochylił się, dotknął czołem swych kolan, stękał w poczuciu poniżenia i hańby.
3. Życie się całe rozlało
Dzik ruszył wreszcie z Gniezdna do zapadłego w podgórską głusz osiedla Starych Łosiów - nie dojechał. Ugrzązł na dobre w Krakowie - teraz myślał z pącią pójść do Międzyrzecza, stamtąd dopiero obrócić konie na południe, przed zimą dotrzeć do domu. Jakże mu było nynie opuszczać rojny, hałaśliwy Kraków, dokąd pół księstwa ściągnęło, wszyscy drugowie i towarzysze z wojny i hulanek gniezdnieńskich; szeroką strugą płynęła wesołość na falach lejącego się piwa - gniezdnieńscy spotkali tu Dzierbołka, po staremu brali odeń napitek, klepali tłuściocha po plecach, dziwili się ździebko, skąd się ten wziął w Krakowie; ale nie bardzo - kogóż tu nie było, lik stracili.
Może żaden zjazd nie buchał takim weselem, jak ta pąć; prawdę mówiąc, nikt nie miał żadnych trudnych spraw do uładzenia, nijakich sporów nie trzeba było rozstrzygać, z nikim się godzić ni wadzić. Ot! - dobrą zabawę wymyśliły świątki, zegnały mrowie luda, to i rozigrali się goście na całego, do samego dna. Gadano o pokucie księdza, który zamknął się samo jeden, tylko Gaudentego dopuszcza do siebie, Bogusza a Poppona - aleć dawno zapomnieli o złości, jaka targała nimi na samą myśl o uroszczeniach świątków. Nynie, kiej się zjechali, kiej nikt ich do niczego nie pędził ani nakłaniał, kiej po prostu czekali w nieróbstwie na uroczyste obiaty - mieli wolę i czas: pili, grali w kości, opowiadali gadki i krotofile, wałęsali się kupami po grodzie i podgrodziu, rzucali do celu oszczepem i strzelali z łuku, zaczepiali dziewki, radowali się. Dzik nie opuścił ni jednej pijatyki - wesoły, nieżałujący dobra na jadło i picie, zapamiętały w zabawie, wciąż szukający uciechy: pochrząkiwał, śmiał się, wyrywał się przed innymi do każdego szaleństwa, każdej gry i nowego zamysłu.
Nieraz wspominał Kłąba: gdzież się zapodział gad - ugrzązł w Poznaniu czy jak? A nadałby się, jak nikt, do tego życia przewalającego się gwarem, kipiącego beztroską - takiego towarzysza w zabawie nie spotkał Dzik nigdy; a w kości jak grał, a jak pieśni wyciągał! Grubas wypytywał o druga, ależ tak, widziano go tu i tam, w Poznaniu i we Wrocławiu, na swaćbie Dzierżka z Odrzykoniówną; ktoś spotkał Kłąba, gdy ten jechał z Gniewkiem w wielkim pośpiechu - tylko krzyknęli coś w drodze i zakurzyło za nimi. Dokąd to tak pędzili - może do Orczycy? Iście, Stojgniew do Czarnej śpieszył, a Kłąb? Przyczepił się ponoć do wojewody, by końska pijawka, wie dobrze smard, jak wokół swych spraw zabiegać, kogo za połę trzymać. W zamroczonej głowie Dzika rozjaśniło się ździebko - toć przecie mówił mu Kłąb, że zamyśla do Orczycy słać dziewosłębów, starać się o wdowę po Zefridzie. Grubas zachrząkał z żalem, pojął: utracił towarzysza zabaw, przepadł dlań Kłąb. Szkoda!
Lecz przecie nie pora się troskać w taki wesoły, chmielny czas. Hum hum hum!... Poszedł nad Wisłę, gdzie mieli nową uciechę: Przemko założył się z Zadorą, iż jaskółkę w locie ustrzeli. No, przepadł Przemko, pijanego wyzwał Zadora, a ten zapalił się, dał się złapać. Po dziesięć kubków miodu miał płacić za każdą zmarnowaną strzałę - lelum, wszystkie sytniki wzbogacą się na durniu, już się tam cieszą, zacierają ręce. Wiadomo: nikt jaskółki w locie nie dosięgnie.
Kłąb jechał do Krakowa jakby zdrętwiały; nie czuł boleści ni żalu, był otępiały - iste drewno. Lasy już zaczynały czerwienieć, czasem liść zrywał się z gałęzi, nierównym lotem - niby okaleczony motyl - krążył ku ziemi, osiadał na wrzosowisku. Pachniało ustępującym chłodem poranka. Pod brunatnym cieniem drzew siwiała rosa; gdzie słońce przedarło się przez gąszcz, rozpryskiwała się w tysiąc błysków, kopyta Kłąbowego konia wyciskały w niej okrągłe, ciemne ślady. Koń szedł powoli, nie przynaglany, kiwał łbem; czasem chwytał zębami gałązkę brzozy, wstrząsał drzewem - wtedy na głowę i barki jeźdźca opadało parę krągłych płatków.
Lato pochylało się ku jesieni. W leśnych głębiach wisiała cisza.
Kłąb nie widział ni lasu, ni drogi. Czuł się bardzo znużony, jechał bez jednej myśli, bez jednej chęci: niechże nic nie przerywa tej ciszy, tego spokoju, ogarniającego wszystko niby szeroko rozlany staw; niekiedy daleki powiew zaszumi w trzcinach, pokryje senną płaskoć wód drobnymi zmarszczkami rybiej łuski. Kłąb przeciąga dłonią po czole, odgania wspomnienia: staw wygładza się znowu, znów cisza, rosa migocze, skrzą się rozciągnięte między pniami pajęczyny, brzęczą muchy. Słońce koi łagodnym ciepłem członki stężałe w chłodzie poranka. Dobre jest słońce, przychylne człowiekowi.
Chwilami ostry, niespodziewany lęk przebija Kłąba, przechodzi przezeń na wylot niczym kościany grot; jeździec ściska kolana, przyśpiesza krok konia. Potem rusza ramionami w tępym zdziwieniu: czegóż to się boi? Zaraz... - dokąd jedzie? Aha, do Krakowa, ponoć całe księstwo wali do Krakowa, wzywali ich tam... ksiądz wzywał? czy może Piekuta?
Tak, to pewnie Piekucie coś nowego strzeliło do łba...
Ale Kłąbowi nie chce się myśleć - ma czas: długa jest droga do Krakowa, przypomni sobie. Półobudzony rozgląda się po lesie - brzozy przetkane złotem, rosa nawet w cieniu już wyschła, jest ciepło, miło. Wraz słońce rozgrzeje go całkiem, minie ten zjadliwy, kąsający do kości chłód - musiał zmarznąć tego wilgotnego poranka, nie dziw: jęczmień już z pola zebrany, późno już. Teraz jest dobrze, całkiem dobrze. Ucisza wolny krok konia, usypia - w rękach, w nogach odrętwienie, niby po długim dołaniu się, po napięciu nad możność, nad ludzką wytrzymałość. Jak szczęśliwie, że taka długa droga do Krakowa, że las jest cichy, że się nie trzeba zdobywać na żaden wysiłek, na żadne wytężenie. Nie ma nic, nic... cisza i pustka. Pustka? - Kłąb czuje dreszcz biegnący mu po plecach: gdzież to słyszał te słowa o pustce? Ach, coś mu się przywidziało, może sen? - pewnie, że sen.
Słońce wciąż gra między brunatnymi stwołami plamistym migotem światła. Ni powiewu, ni tchnienia - las pochyla się sennie nad samotnym jeźdźcem, utula go.
U Dzika tłok co wieczora. Wymyślili sobie taką oto zabawę: dwóch wojów zawiązywało oczy, stawało jeden przeciw drugiemu, mocnym pchnięciem trzeba było obalić przeciwnika na ziemię. Kucali, uchylali się, uderzali na oślep - zdarzało się, że ten, co pchał, przewracał się, trafiwszy w próżnię, przegrywał. Był tam Odrzykoń, Przemko, księżyc, Dziek Sobieborowic, Zadora, Giez Ślizień. Doplątał się do gromady Boruta z rodu Gdalów, który przed rokiem wepchał się do Odrzykoniowej seciny, złupiwszy w czas wojny godną zbroję i konia; darł nynie nosa do góry, z dawnymi towarzyszami z drużyny ledwo chciał gadać, wykpiwał ich niezgulstwo, aż uszy puchły. Ale tu - z pierwszymi wojami księstwa - bał się sobie popuścić: więc złość go spierała, chodził na podgrodzie dogryzać spotkanym przypadkowo wojom, nawet smardom nie darował. Odrzykoniowi owszem - przypochlebiał, lecz wojewoda nie lubił złośliwca; prawdę rzekłszy, nikt go nie lubił. Jak zresztą wszystkich mężów z zaczepnego, złośliwego Gdalowego pomiotu.
Zabawa szła na całego. Aż kładli się na ławach z uciechy, patrząc na niezgrabne ruchy zapaśników, na bicie z rozmachu w powietrze, na ostrożne macanie ślepymi palcami. Kiedy jednoręki Munia w pierwszym starciu zwalił na klepisko Gza Śliźnia, rozkrzyczała się gromada.
- Widział, widział...
- Jakże: zadarł łeb, potem zaraz pchnął Gza prosto w pierś. A Ślizień odchylony stał, nie było jak trafić.
- I płachtę wraz zdarł z głowy, baczyliście? Widział.
- Nie widziałem - bronił się Munia, kiwał rudą czupryną na boki. - Sam Dzik wiązał.
- Hum hum hum... - chrząkał zakłopotany gospodzin.
W tejże chwili drzwi się otwarły, stanął w nich woj w szerokim płaszczu, wodził spojrzeniem po izbie - szuka kogoś czy jak? Odrzykoń poznał go pierwszy, uderzył dłonią po udzie.
- Patrzcie no... Kłąb! Gdzie piwo rzeką płynie, wraz szczupak paszczę rozwiera: żeby i do niej kapło. Widzielim u Pałuby, jaki ma spust. Bywaj, Kłąb, bywaj...
- Hoo!... - zakrzyczała gromada. Dzik - z gulgotaniem w gardle, rozradowany, spocony - szedł już z rogiem w ręce.
- Bywaj, Kłąb, hum hum... radziśmy, ach, jakeśmy radzi, Kłąb. Przepijam do cię, Kłąb. Zaweselim się nynie, obaczysz Kłąb, obaczysz, hum hum...
W błyszczących oczach gościa nieprzytomne szaleństwo - Kłąb zatrzymał dłoń druga, powiedział z głośnym, niezwyczajnym u tego opanowanego zawsze człeka wybuchem śmiechu:
- Cóż to, rożkiem przepijasz do mnie, Dzik? Widzę: podchmieliliście godnie. Cebrzyk dawaj, cebrzykiem do mnie przepijaj: mus mi dogonić wszystkich... wszystkich, ilu was tu jest... - Nigdy jeszcze Kłąb nie był tak pewny siebie, tak śmiały, obejmował ich i całował, by równy bogactwem i stanem; księżyca po plecach poklepał. - Na uciechę przyjechałem, na wesele.
- Oo! - krzyczały pijane gęby - cebrzykiem doń, słyszysz, Dzik, a później mu łeb zawiązać, niech z Munią się doła. - Otoczyli Kłąba dokoła, ten nie zawahał się, przyjął od Dzika drewniane naczynie, pił, pił do dna, tylko mu grdyka grała. "Ha ha ha..." - zaśmiewała się gromada, uderzali go po barkach, chwalili: z jego przyjściem ochota się podwoiła. Kłąb dał sobie głowę omotać, przykurczył się, ręce wyciągnął, namacał Munię, nim tamten się opamiętał, już pchnięty leciał tyłem przez izbę, tylko mu pięty postukiwały po ziemi - oparł się aż między rozstawionymi nogami księżyca. Gromada się rozkrzyczała, Kłąb zerwał płachtę, targnął głową, by znarowiony koń, zawołał:
- Ejże, zapiejcie no o junaku wdałym, co smoka pobił. A ja wam pokażę, jak było z oną rubieżą. - Pod ryk pieśni zatańczył, przemienił się, przykurczał i skakał na pół chłopa wysoko, rękoma wymachiwał; jakby włócznią uderzał, cofał się i nacierał, szczytem odbijał ciosy. Woje krąg utworzyli, śpiewali całym gardłem, takt wybijali dłonią; Mieszka walił na płask w dno cebrzyka - coraz szybciej, coraz gwałtowniej. Pod ten zagęszczający się rytm Kłąb drobił po klepisku, okręcał się w miejscu, jak bąk, szerokim zamachem ramion zadawał uderzenia - tak prędkie, że okiem nie dojrzysz. Zapamiętał się w tym pląsie, zrywały mu się z gardła okrzyki - widać już było, że wygra, że smok ze stu zranień już broczy, ciecze śmierdzącą juchą. Aż Kłąb z wyciem zwycięzcy pchnął wypadem całego ciała, zabił siedmiogłowego gada. Pod nieustający, rozpędzony rytm pieśni trwał długą chwilę bez ruchu, trzymając ostrze włóczni w śmiertelnie pulsującym smoczym sercu. Wyprostował się wolno, ugiął prawe kolano, oparł się na samych jeno palcach, zrazu widać: stanął na bezwładnym cielsku wroga. Głową targnął do góry, zaśpiewał dziką, gwałtowną pieśń - pieśń o chwale zwycięstwa, o swej sile i męstwie:
Przepadaj Licho i Złe,
przepadaj na bajora i plesa
- Łado, Łado - po borze
leży gad, smok, latawiec - po morze... po morze...
He-eeej!...
Gromada klaskała w dłonie, powtarzała po wielekroć końcowe zawołanie.
- Rzadko nynie spotkać tyli pląs wojenny. - Zadora odwrócił łeb do Odrzykonia; w końskiej szczęce żółto zaświeciły zęby.
- Iście - przytwierdził wojewoda pancernych - miętkie nynie woje, nie ci, co drzewiej bywali. A Kłąb z puszczańskiego ponoć jest rodu, zrazu poznasz: wilczą paszczą chyci wroga za gardziel. - Wciąż bił w dłonie.
Z takimż szalonym rozmachem, jak walczył w tańcu ze smokiem, rzucił się Kłąb w ową przelewającą się po grodzie wesołość, w niekończące się igry wojackie, w nocne pijaństwa, w wyprawy po łaźniach nad Wisłą - w cały ten kipiący warem kocioł krakowski. Dzik jeno chrząkał z podziwem - no! takiego wesołka w całym księstwie próżno by szukać. I prawda: najtęższych moczymordów Kłąb zdołał przepić, najwytrwalszych przetrzymał - wszystko się w nim paliło, buchało wysokim słupem ognia, oczy miał wciąż nieprzytomne jak wtedy, gdy po raz pierwszy stanął w drzwiach Dzikowej gospody. Zda się: nie ma dlań umiaru, nie ma ukojenia, cięgiem mu mało wszystkiego, w wątpiach go żre nieustanny głód, rozpiera niepohamowana chuć. Jakby zakrzyczeć coś chciał, zaśmiać i zapić, jakby nie potrafił żyć bez tego rozpasania, bez zerwania wszelkich zapór i wszelakich nawięzów.
Któregoś ranka po długiej wyprawie łodziami w górę Wisły, gdzie bili ościeniem ryby przy ogniu, Dzik obudził się późno, wylegiwał się na posłaniu, leniwy i ciężki; porwane i nieporządne tłukły się dumki o tych dobrych dniach krakowskich, przypominały się zabawy i krotofile; grubas przeciągał się, uśmiechał. Kłąb siedział na zydlu, toczył nóż do golenia, raz po raz spluwał na osełkę, wodził poduszeczką palca po ostrzu, dalej toczył. W pewnej chwili złożył nóż i brusek w dłonie, łokcie oparł na kolanach, pobrzękując dłońmi, niby grzechotką, pochylił się do przodu, zadumał się. Była to inna twarz - bez tego nieustannego naprężenia, bez owych nieprzytomnych błysków w źrenicach. Dzik ziewnął szeroko, spojrzał na druga.
- Ale śmiesznie było, kiej Słowik gibnął się w łodzi, w wodę pluchnął... co?
Kłąb nie odpowiedział, siedział przygarbiony, patrzył przed siebie; jakby przezierał ściany chaty, jakby nie było przegrody dla jego wzroku; od warg ku dołowi dwie zmarszczki, w półotwartym owalu ust nieruchomo świecą zęby. Ale Dzik nie dostrzegł wyrazu tej odmienionej twarzy, rozbawienie w nim rosło.
- Pomnisz, Kłąb? Śmiesznie było, co? Ej ty, zasnąłeś z rozwartymi ślepiami?
Teraz Kłąb obrócił oczy na Dzika, nie zgasło w nich owo niewidzące zapatrzenie, powiedział półprzytomnie:
- Co mołwisz? Aha, tak... śmiesznie było... - Naraz jakby obudził się, odłożył nóż i brusek, podszedł do Dzika. Stał nad nim długą chwilę, patrzył, wzrok mu się zmienił, zesrożał i stwardniał, stał się nieprzyjazny, chłodny. Dzik spojrzał - i siadł od razu. Zapytał trochę przestraszony:
- Co ci to... hum! hum! Kłąb!...
- Kiedyś... - Kłąb mówił bardzo powoli, z trudem, jakby słowa mu się gdzieś pochowały, nie umiał ich odnaleźć - kiedyś w Gniezdnie... raiłeś mi, Dzik... swoją świestkę raiłeś... na małżonę... jakże to ją wołają... nie pomnę...
- Jaskra - zabulgotało zdziwieniem w gardle Dzika.
- A no tak... Jaskra - Kłąb mówił z coraz większym wysiłkiem - czyliż tegdy... czy nynie... nie dałbyś mi jej... za małżonę, mołwię... świestkę swoją... tę Jaskrę...
- Ojej, Kłąb! - wykrzyknął Dzik, poderwał się, chwycił druga w gorący uścisk. Ale tamten w niezrozumiałym rozzłoszczeniu oderwał Dzikowe ramiona, pchnął rozradowane sadło z powrotem na posłanie; jego głos miał wrogie, niemal nienawistne brzmienie - w mowie już nie czuć jąkania:
- No cóż, Dzik? Dasz mi Jaskrę? Gadaj!...
- Dam, Kłąb, takiemu drugowi jak ty?... jakże? Pewno, że dam, hum hum...
- Dobrze, Dzik - tamten odrąbał tylko te dwa słowa, nic nie zagrało mu w twarzy; wciąż była zamknięta, nieustępliwa. Odszedł ku swemu zydlowi, wziął nóż, zaczął ostrzyć; zda się: kamień zedrze do cna. Dzik patrzył nań sowimi oczyma, nic nie rozumiał.
Po długim czasie - Kłąb wciąż zgrzytał nożem - grubas obrócił głowę do ściany, powiedział cicho:
- Mołwiłeś mi... hum hum!... w Gniezdnie, że chcesz do Orczycy jechać, że... Mołwiłeś, że... hum hum!... A widzieli cię z Gniewkiem ku Wiśle jadących... Hum hum hum, Kłąb... - Dzik zająknął się, odetchnął. - Byłeś-li u Zefridowej wdowy?
- Byłem.
Dzik znowu milczał, wciąż patrzył na utkane mchem belki. Raz po raz otwierał usta, niby ryba wyjęta z wody, całkiem mu zabrakło śmiałości. W końcu się przemógł.
- I... co?
- I nic!
- Nic, Kłąb?... hum hum... - Dzikowi się przypomniało, jak położył ongiś, wtedy właśnie, gdy Jaskrę drugowi raił, dłoń na plecach Kłąba - i wstrząsy tamtych pochylonych pleców. Zaczął wyskubywać ze ściany suchy mech, rozcierał go w palcach. Już go nie dochodził zgrzyt noża o kamień, jeno cienkie drobienie, jakby kura dziobała po glinie. Grubas ozwał się głucho, zda się - z błaganiem:
- Rozdarło się, Kłąb?
Cisza. Owo lekkie stukanie ustało - ni westchnienia. Aż z głębi tej ciszy obojętny głos, rzekłbyś - znudzony:
- Tak, Dzik. Rozdarło się... - A po chwili niby ze zdziwieniem, z niedowierzaniem:
- Rozdarło się, Dzik. Rozdarło się wszytko... - I znów gęste dziobanie.
Teraz Dzik odwrócił głowę, spojrzał, jakby coś kradł: Kłąb stał na szeroko rozstawionych nogach, końcem noża uderzał o brusek, bezmyślnie patrzył na kamyk. W pochyleniu głowy, w przykurczonych ramionach, w całej postawie druga - tak zwisa z drzewa półułamana gałąź trzymająca się na kilku niedorwanych włóknach - Dzik dostrzegł wszystko, co zasypane hucznym rozbawieniem uchodziło dotąd przed jego przyjacielskim widzeniem; nie mógł tego znieść, zerwało się w nim ostre, karcące wołanie:
- Kłąb!... Kłąb!... Nuże, Kłąb!... - Już to nie był rozlazły tłuścioch, bulgocąca kupa sadła.
Na podcinający jak biczem krzyk ów śmiały i mocny mąż, jeden z najudalszych w księstwie, niezwyciężony w zapasach i wesołości, złachmaniał; zleciała zeń nałożona zbroja, był nagi i słaby, plugawy: nie ten to junak, co smoka w boju uśmiercił i wołał głosem zwycięstwa - to w niego wszedł latawiec, wnętrzności mu żre. Ostrożnie położył na zydlu nóż i brusek, spojrzał na Dzika oczyma skrzywdzonego chłopca, obitego szczeniaka. Dzik zrobił niezgrabny ruch ręką, rzekłbyś: pogłaskał powietrze. Wówczas Kłąb się odwrócił - by z kamienia miał nogi - wyszedł z izby. Dzik patrzył za nim okrągłymi, niebieskimi oczyma, chrząkał; leżał czas jakiś, zerwał się, chwycił odzienie, wszystko mu z rąk leciało. Zaczął się ubierać - pośpiesznie, byle jak. Aby zdążyć za Kłąbem, aby go zaraz przyłapać! - sam nie wiedział, co ma drugowi powiedzieć, co mu zrobić czy dać; po prostu niejasnym odruchem chciał być z nim razem w tej chwili - więcej nic.
4. Pogańskie gęśle
Wszyscy na podgrodziu wiedzieli o prezbiterze Jakubie, że człek zeń twardy a nieużyty. Sam wychudły jak szczapa, ponoć jedzący byle co, mało śpiący i modlący się dzień i noc, tegoż samego żądał od kołodziejów, kowalów a sytników. Krzyczał na nich, klął strasznie, aż skóra cierpła, bajał okropne gadki o wielgiej-wielgachnej jamie, w której ogień buzuje, biesy palą tęgie, żywiczne bierwiona, smołę leją, a w tym ogniu, w tym żarze i kipiącej smole pieklą się ci, co do roboty się brali w dzień święty, co w post mięsa zjedli, abo klusek ze skwarkami, abo białkę tknęli; ci, co radowali się życiem, popuszczali sobie w napitku, co puste gadki bajali, pieśni piali, bezecne krotofile pletli; co stawiali kaszę skrzatom, abo obiatny miód lali na ogień; co barłożyli się w pochuciach, klęli, zła życzyli, bogactwo zbierali, księdzu a świątkom sztorcem stawali. "Kiej niesiesz łyżkę z polewką do ust - wołał prezbiter Jakub - bacz, czyli nie nadto się zajadasz, obżarstwu się nie oddajesz, czyli diabli nie będą ci wrzącej smoły lać w gardło za ono folgowanie swym chuciom, za ono grzeszne życie. Pośćcie, umartwiajcie się a pokutujcie! Po-ku-tuuujcie! - krzyczał cienkim, przerywającym się głosem, aż purpurowiał z gniewu - dzień i noc żyjcie w świętej bojaźni, bo straszny jest Boży sąd i Boża msta nad grzesznikiem. Już tam obmyślił Wszechmogący Bóg taką kaźń dla tych, co popuszczają sobie, że ani oko tego nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani język nigdy nie wypowie. A gorszy cię twoje oko: wyłup je; a ręka cię gorszy: utnij oną; tako uczył nas Jezu Kryst, tegdy bójcie się, w nieustannym strachu żyjcie, w utrapieniu a pokucie, bo miłe jest takie życie Bogu, aniołom i świętym..."
Iście, tężeli z lęku i niezrozumienia; a jednocześnie wstawała w nich głęboka, nie ujawniona niechęć i złość na tę wiarę, co przyszła do nich od niedawna, na ten nowy obyczaj, na prezbitera Jakuba i świątków, na samego Jezu Krysta: nieprzyjacielem człowieka jest ona wiara, całkiem niby dawniejsze złe moce, biesy i wilkołaki a dziwożony i odmieńce, chcące wciąż szkodzić ludziom i żałujący im każdej radości, stwory mroku i zła, które odganiali zaklęciem, urokiem, myleniem, ofiarą. Kiej budowano cyrkiew na podgrodziu, kiej pierwszy raz zagrały srebrne dzwony, kiej słuchali ongiś Wojciechowego gadania i wchodzili do wielkiej kadzi ze świętą wodą, zdawało się im - głupim! - że nowa wiara przyniesie im wyzwolenie, że owe złe moce uciekną od znaku Kyryi Krysti zatkniętego na cyrkwi, od głosu srebrnych dzwonów, spodziewali się - durnie nabite! - że pochowają się wilkołaki po chaszczach i zarosłych dzikim zielskiem parowach, że biesy będą się błąkać po pustkowiach i mszarach. A nynie jak wypadło?...
Ciężkim brzemieniem lęku kładła się nowa wiara na codzienne dni, na każdą miskę strawy, na każdy kubek miodu - Wojciech poszedł kajś w puszczę pruską i tamok ubili go dzidą, a z nimi ostał twardy, nieużyty Jakub.
- Po-ku-too-wać! - wołał wciąż w cyrkwi, jakże to: abo życie jest jeno pokutą a udręczeniem, abo jest złe i nienawistne? A tako właśnie krzyczał prezbiter Jakub.
I oto - powoli, nieznacznie - wracały w tych kowalach, sytnikach i kołodziejach niewyraźne ciągoty za dawnym ładem, za starym, półzapomnianym obyczajem. Za wesołymi ogniami letnimi, za obiatami w przetkanych słońcem gajach, za jasnym, rozsiewającym blask i światło Dadźbogiem, przysparzającym dobro, a chroniącym od mroków i lęku. Prawda, wygnali nynie Dadźboga, nie lza nawet w pozdrowieniu go wspomnieć. Aleć może się zdarzyć, może przyjść taki czas... - cóż to im chodzi po głowach, jakie dumki się roją? - włosy zaczynały swędzić na one rojenia, ślina gęstniała w ustach. Nie gadali ze sobą o tych niejasnych majakach, o swych ciągotach i tążeniu, ale po chatach, po kleciach, na podgrodziu i wzdłuż Wisły wracały półzatarte wspomnienia tamtych dni, które przygniótł surowy Bóg, sprowadzony przez Czechów a starego księdza Mieszkę ku udręczeniu ludzkiemu, ku niewoli i trwodze powszechnej.
Żebyż to można było - by drzewiej - odsypać garstkę kaszy dla skrzatów, a później radować się tłustym, sytnym jadłem w poczuciu, że domownice uchronią od wszelakiego zła i każdej nienawistnej człowiekowi mocy. A Jezu Kryst czyha jeno, by człek się potknął, później go diabłom oddaje z okrutną, złośliwą radością: tak przecie prezbiter Jakub uczył w cyrkwi - rozstawiali palce od uroku i spluwali nieznacznie.
Zauważono na podgrodziu, że stary głuptak Oksza przesiaduje u prezbitera Jakuba, często późno odeń wychodzi, zresztą staruch się z tym nie skrywał, chwalił się w każdej chacie: "Podrużył się ze mną Jakub, obaczył, że nie jestem chwost byczy, jeno mędrek". Oksza zasiadał przy prezbiterskim stole z godnością, rozwalał łokcie, ważnie siąkał nosem. Świątek sam służył biedakowi, dokładał kaszy abo klusek. "Jeno piwa mi skąpi, jednego kubka nie da, suchy gnat" - żalił się Oksza ludziom. Po jedzeniu Jakub długo wypytywał o podgrodzie, gwarzył o każdym człeku z osobna, wywiadywał się. - Mak z Gadem żyją by dwa psy rozwścieczone, jeno im pyski kurczą się w złości - stary paplał prędko, łzawił się ze szczęścia, iż tak dostojny mąż chce się z nim drużyć, czci go i poważa. - A Ślepacz wygaduje na Żurawia, strach, jak ji wypomina, jak urąga... Ja mu mołwię: "Ty Ślepacz dureń", a on: "Zatknij się, bo ci twój kaprawy pysk pobiję". - "Tako to na świętego wygaduje?" - ciekawił się Jakub. - "Ho ho ho, juże on nie żałuje jęzora, jego jęzor chybki, kiej rozpędzone koło" - stary głową kiwał, przypominał sobie wszystkie doznane urazy, rad, że ma cierpliwego słuchacza, iże się nad nim użali. - A raz przyszedłem do onego i mołwię: "Daj mi kapkę słoniny, Ślepacz, w brzuchu wierci", a on kiej nie wjedzie na mnie: "Ty bacz, jeszcze psa na cię puszczę, śmierdzielu". A ja cyrkiew stawiłem z przywłokami, sławili mój um a chytrość, piałem z onymi - i Oksza wyciągał cienkim starczym dyszkantem trzy tony zapamiętanej melodii, wyżej i niżej: pokazywał, jak to on śpiewał.
Zgadali się jakoś o Ważyku, Jakub pytał o chłopca, nachmurzył się, skoro Oksza powiedział, że "Dudków syn to najweselszy szust na podgrodziu, jeno mu prześmieszki, by kiełbiki, we łbie skaczą". Świątek zmarszczył się z obrzydzeniem, ściągnął siwe brwi. - "Taki wesoły, prawisz?" - "A no - Oksza kiwał z powagą głową - gdzie jeno jaka uciecha czy gody, wraz Ważyka wołają, ten ci jeno na gęślach brząka, a przytupuje zdrową nogą, aj aj!..." - i staruch zatrząsł się w drobnym, jazgotliwym chichocie. - "Hm! - zamruczał prezbiter Jakub - Dudków syn tako wojuje? Syn męczennika i świętego?... Jemu by trzeba jeno w cyrkwi klęczeć, dziękować Bogu za pobożnego rodzica..." - Wstał, zachodził po izbie, nasępiony i mroczny; po ścianie tam i z powrotem biegał jego wysoki cień. - "Dudek takiż był - wtrącił Oksza ochoczo - takoż śmieszek, niedaleczko odskoczy wić od pnia". Na te słowa nie wiadomo dlaczego Jakub rozeźlił się strasznie. "Nie powiadaj byle czego, ty głupcze, Mateusz był Boży mąż, święty mąż, nie powsinoga. Śmieszek, śmieszek... Za takie gadki trza ci pokutę zadać, srogą pokutę, iżeś zbluźnił przeciw męczennikowi". Oksza skurczył się ze strachu, prezbiter ciągnął gniewnie: "A z Ważykowym gędzeniem trza skończyć, zgorszenie przynosi smark, całe podgrodzie zarazi. Gody, cięgiem jeno gody... Prawie zmienił się Kraków na istą Sodomę, na Sodomę mołwię a Gomorę, ognia niebieskiego doczeka ono pochutne miasto" - cień prezbitera biegał coraz pośpieszniej, wciąż tam i na powrót, okropnie wymachiwał rękoma. Oksza patrzył nań wybałuszony, aż zakrył sobie twarz dłońmi, przykurczył ramiona, przestraszył się. Dopiero kiedy przestały stukać Jakubowe kroki, spojrzał przez szczeliny między palcami: prezbiter ukląkł przed krzyżem, bił się po piersi; cień powtarzał za nim każdy ruch, przedrzeźniał świątka. Teraz Oksza już się nie bał, śmiesznie to wyglądało, zachichotał. Jakub podniósł się zrazu, wyciągnął przed siebie ramię i pokazując palcem na gościa, zakrzyczał:
- Pochucie, nic jeno pochucie, grzech a obraza Boża. Trza wyrwać kąkol z pszenicy, w wiązki zebrać a spalić, iżby nie pokarał nas Pan Bóg za niedbałe włodarstwo. - Wówczas Oksza się zerwał, dopadł drzwi, uciekł w popłochu.
Ważyk żył w tym czasie niejako w dwóch światach. Jeden to były coraz częściej słyszane gadki o ojcu - zwłaszcza Dzierbołek nie kończył bajań o tym, co sam widział i co zasłyszał od wielu gości, którzy piwo odeń brali. Od opowiadań tych pomieszało się chłopcu w głowie, bo i dziwaczne były to opowieści, jakby do cna przesiąknięte piwnym odorem. Dzierbołek często wspominał swego druga, prezbitera Kędziorka, na którego wołano po kościelnemu Andrzej - ponoć w całym księstwie nie najdziesz zajadlejszego odeń piwożłopa; a nynie jest Kędziorek głównym świątkiem w eremie i dobrze mu się wiedzie - choć nie tak dobrze, jak w chacie Dzierbołkowej. Z tych niepowiązanych ze sobą gadek ogarniał chłopca jakiś wnętrzny niepokój, zdawało się mu, jakby go tatka oszukał; lecz jednocześnie ojciec stawał się bliski i zrozumiały - Ważyk nie przestawał za nim tęsknić. Kiedyś spytał piwowar, czy Dudków syn myśli iść w pąci. Otrok zalał się krwią, przypomniały mu się odwiedziny księżnej, jej chłodne, pogardliwe spojrzenie i drwiące współczucie: "Nie pokusztykasz na jednej nodze z pącią...". Wtedy odkrzyknął śmiało: "Pójdę" - ale teraz dręczyła go obawa: gdzie tam iść kulawemu tyli świat? I nie wezmą go, na śmiech podadzą. Zwierzył się ze swych obaw drugowi: piwowar potarł nos, oczy mu błysnęły, zapytał:
- A na koniu byś pojechał?
- Na koniu? - powtórzył Ważyk z zapartym tchem.
- No, na wozie... Kiej pąć pójdzie, nie siedzieć mi w Krakowie, com miał tu ułowić, ułowię przez ten czas, chi chi chi... A potem pojadę... i tak na północ mi droga... z pącią pojadę, mógłbym i ciebie na wóz zabrać... - Przy ostatnim słowie niespodzianie się zaciął, w oczach mu błysnęło, jakby przejrzał. Wstał z pośpiechem i zaraz siadł, patrzył wciąż na Ważyka, ale nie widział go. Powiedział bardzo wolno, poruszony: - Z pącią?... Mnogo luda pójdzie z pącią. A w drodze... abo to w drodze ludzie pić nie chcą? - Siedział głęboko zadumany, wygładzone zawsze czoło przecięła pionowa zmarszczka; aż uderzył chłopca po ramieniu.
- Cał, Ważyk, łeb do góry. Pojedziesz na wozie, a nie puste będą one wozy. - W chichocie trząsł się Dzierbołkowi podbródek i policzki.
Drugi przyjaciel Ważyka też był grubas - z Dzikiem nie rozstawał się otrok nieraz po trzy dni. Dobrze bajał Oksza prezbiterowi: gdzie było pijaństwo a uciecha, tam wołali gęślarza, piwem gościli, kazali sobie gędzić i śpiewać - a Dzik przed innymi. I to był wtóry świat, swobodny i wesoły, wojacki. Tu mniej rozprawiali o eremie i męczeństwie, ale z czcią wspominali kowala, iże taką broń ukuł dla syna, że ksiądz by się onej nie powstydził; szkoda, że otrokowi nogę w wojnie przebito. Wypytywali też, jak to było z tą raną - Ważyk zupełnie się załgał, aż go kiedyś Giez Ślizień trzepnął ciężką ręką po gębie, powiedział: "Nie plaskaj pytą na próżno, widziałem cię w grodzie Cyryn i wiem, kto jakiego z pancernych zaciukał; a tobie pewno ten, co o nim łżesz, żeś go ubił, kulas przetrącił" - trochę podrwili wtedy z chłopca, ale bez nadmiernej złośliwości: każdy z tych wojów wiedział, jaka jest wojna, że nikogo nie gładzą na wojnie, jeno biją na oślep, że najudalszego zdoła ostrze dosięgnąć; mało wśród nich było takich, którzy żadnej szczerby na sobie nie mieli, gładko przeszli poprzez wszystkie boje a rzeźby. Ważykowi na te przekpinki zrazu łzy w oczach stanęły, naburmuszył się, a potem śmiechem buchnął; owa zaś gniła drzazga nie wyszła w tych gadkach, wszyscy myśleli, że otroka w bitce kolnięto - przyjęli go, kulawego, do wojackiej wspólnoty. Ważyk aż puchł z uciechy - i tym mocniej kłuło go w piersi żałością, że przez oną głupią zadziorę na zawsze się dlań zamknęło to bujne, wojackie bytowanie.
Dzik roztrąbił po całym grodzie, że się poswatał z Kłąbem, bo mu świestkę za małżonę obiecał - jeszcze huczniej potoczyły się igry. A właśnie przybył do Krakowa Dobrosz Ostoja - uprosili Kłąba, by drugi raz odtańczył ową walkę z latawcem; w ostatnich czasach Kłąb wiele stracił ze swej wesołości, jaką był przywiózł z Orczycy, ale - trochę pod przymusem - przystał. - Mieli wołać Dudkowego syna z gęślami, iżby pieśń jeszcze godniej wypadła. Zebrali się w zwykłym gronie - Odrzykoń, Zadora, Giez, Dziek Sobieborowic, Boruta, Munia, Dzik, Kłąb - u Przemka Świradowica, iże miał wielką gospodę w grodzie wawelskim; prócz wojów a wielmożów był na onych godach grododzierżca Sulisław i komornik Piekuta. Stoły ustawiono wzdłuż ław przy trzech ścianach, wszyscy siedzieli twarzą do siebie, mogli społem gadać a śpiewać. Ważyk kucnął u drzwi, rzępolił z rozmachem, tylko mu smyk latał do dołu i w górę - dziw, jak zmyślny był do tych gęśli.
Jedli i pili - wesoło zaczęły się te gody. Na stołach kopiaste michy z kaszą zalaną słoniną, wieprzowe mięso, placki jęczmienne, dzbany z piwem a miodem. Ogień na palenisku strzelał wysokim płomieniem, trzaskały świerkowe szczapy. Było duszno, na dworze żółcił się popołudniowy blask. Zadora krzyknął, żeby drzwi na oścież otworzyć, ale Przemko sprzeciwił się ostro:
- Dobrze wam na podgrodziu hulać, a tu Poppon zezem na godowanie patrzy. Księdza świątki całkiem wzięły w jarzmo, wołał mię niedawno dla opatrzenia podgórskich grodów, spytałem ji, czyby na łowy nie poszedł? Spojrzał jeno spode łba, burknął: "Później to, dopiero po pąci. A i wy nie rozbuchajcie się zbytnio w pokutny czas". A Poppon, iże tam był, wraz się rozgdakał: "Ta-ak... ta-ak... za wesoło nynie w Krakowie, obraza to Bogu i księdzu". Cięgiem tam uradzają z Gaudentym, z Tunim, z Popponem... na zło to uradzanie.
- A u mojego brata, kiedy jenż córę wydawał i później na Dzierżkowej porębie roztupał się był ksiądz, całkiem źrebiec, co się ze stajni wyrwał - mruknął Odrzykoń. - Nic to, przejdzie ona pokuta, skończy się kwaszenie a posty, zażyjem z księdzem po staremu, szeroko. Nynie... ejże, dolejcie miodu do rogów, nie nasza to sprawa, nie wojacka... - Ale sam był ździebko zwarzony, tarł łysinę, milczkiem miód ciągnął. Popsuła się jakoś zabawa.
A potem szło coraz gorzej - próżno lali w siebie piwo i miód; bywa tak czasem w gromadzie: nikła szczerba, ledwo widoczne pęknięcie rozszerza się i rośnie, nie wiadomo kiedy i skąd przyjdzie wybuch, rozwali wszystko. Nie dokończyli tych wesoło zaczętych godów - kiedy wysypywali się rojnie z Przemkowej gospody, rozkrzyczani i zgorączkowani, słońce zaledwie się pochyliło nad rozpłomienioną Wisłą, oblewało czerwonym, drgającym złotem wapienne skały Wawelu. Jakiś człek biegł szybko obok katedry, wyskoczył za róg, obejrzał się, zniknął w drzwiach Popponowego domostwa. Było już po igrach, po zabawie.
Ważyk wracał do domu oszołomiony: wszystko się stało tak nagle - oto jak woje się mszczą, oto jak szybko nóż odpowiada na słowo. Kroczył w zamroczeniu, ani się spostrzegł, kiedy stanął przed stryjową chatą. Ukrył gęśle, jak zawsze, w starym miechu kowalskim, wiszącym na ścianie jaty - paliło go w ustach, by opowiedzieć stryjnom o godach wawelskich. Ale w drzwiach zetknął się z wychodzącym prezbiterem Jakubem. Wysoki świątek spojrzał nań srogo, od razu pogroził palcem; spytał:
- Tyś jest Ważyk, Dudków syn?
- Jam ci... - Nie wiadomo dlaczego niepokój ścisnął chłopca; był zresztą wstrząśnięty, półprzytomny.
- Chodźże... mam ci coś rzec. - Jakub rozejrzał się, dostrzegł ławkę pod jatą, siadł. Srogim, nieprzyjaznym wzrokiem spoglądał na otroka; tamten szurował stopą po ziemi, raz po raz przepływał mu przed oczyma obraz siedzącego na zydlu Kłąba, obejmującego głowę rękoma, słychać, zda się, jego psie zawodzenie. Ale blade, wiercące oczy prezbitera przywróciły Ważyka do przytomności.
- Mołwią - powiedział wolno Jakub - że masz gęśle, że grasz na onych wesołe śpiewki.
- Mam... - wyjąkał Dudków syn.
- Pokaż mi one - rozkazał świątek; a widząc wahanie chłopca, krzyknął: - Cóż to, przeciwisz się? Gdzie masz gęśle?
- W miechu ukryte.
- Pokaż.
Ważyk wyjął gęśle, podał świątkowi: tamten nawet nie spojrzał, wziął je pod pachę, patrzył dalej nieruchomo na chłopca. Ruszał wargami, jakby smakował - coś niedobrego, gorzkiego. Aż zagadał karcąco i groźnie:
- Twój rodzic jest święty mąż, męczennik. A ty po podgrodziu się wąkronisz, grzeszne gędzenie uprawiasz, naigrawasz się z ojcowej pamięci. Po godach pono chodzisz, z ludzką zakałą przestajesz. Nie tak-li?... gadaj!
- Tak... - wyszeptał całkiem osłupiały chłopak i znów mu przed oczyma stanęła tamta czerwona izba i błyszcząca smuga spadającego noża.
- Ach, tak? ta-ak?... przyznajesz się? W grzechu brodzisz, a nie myślisz o naprawie żywota? Cóże to tuszysz, smark: azali długo zwoli Bóg gardzić swoim zakonem? Juże pokarał cię za przewiny, nogę ci wykręciwszy ku pożytkowi dusznemu. Wiedz to: sprawiedliwy jest Bóg i straszny w karaniu. Młodyś, a patrz na siebie: jakbyś był jamą pełną nieczystości a plugastwa. I mołwię ci: popraw się, pokutuj, w prochu leż przed wielkością Boga, ty, uwiedziony przez ciemne moce i zło. A pomnij... żebyś nie przestawał z opojami a zbereźnikami, żebyś do roboty się wziął, do kucia, jako ciota ci każe, żebyś do cyrkwi chodził, Bogu służył i ojca czcił. Pojmujesz?
Chłopiec patrzył jak głupi, milczał.
- Pojmujesz? Mówże... - zniecierpliwił się prezbiter Jakub. Ważyk znowu wyszeptał:
- Tak.
- Tegdy pomnij... - Srogie były oczy świątka, nieprzyjazne. - A nynie gdzieś był? Gadaj.
- U wojewody... Przemka Świradowica... Na godach... - Już miał na języku to wszystko, co chciał po całym podgrodziu roznieść, ale spojrzał spode łba na długą, wysuszoną postać Jakuba - jakby mu usta kto zawiązał. Świątek siedział bez ruchu, mamlał wargami, nic nie wyrozumiesz z zamazanych dźwięków tych starczych warg, prócz powtarzanego z obrzydzeniem słowa: "gody... gody...". Aż Jakub znów podniósł oczy na chłopca, pogroził mu palcem, jak przy spotkaniu, dźwignął się z ławy; z gęślami pod pachą ruszył przed siebie długim, posuwistym krokiem. Ważyk stał nieruchomo, odurniały ze szczętem, bezmyślnie patrzył za świątkiem. Gdy tamten był o sto kroków, otrok jakby się zbudził, nie myślał w tej chwili o Kłąbie, o mście wojackiej, o krwawych godach u wojewody; rzucił się nieprzytomny przed siebie, biegł z krzykiem przerywanym przez szloch:
- Gęśle!... Moje... gęśle!...
Ale prezbiter Jakub nie zwolnił kroku, znikł za zakrętem. Wówczas Ważyk stanął, oparł się o ścianę Pałubowej chaty, zapłakał gorzkimi łzami pokrzywdzenia i bezsilności.
5. Gody u Przemka Świradowica
Może by prezbiter Jakub nie był tak pewien siebie, gdyby nie czuł za sobą poparcia biskupa Poppona. Gadano o tym niejednokrotnie, że ci dwaj spiskują przeciwko grodowym, układają się. Pochodzili ponoć z tego samego klasztoru, przyszli zaś do barbarzyńskiego kraju północy, iżby prowadzić półpogańską trzodę do wrót Królestwa niebieskiego; ale ciężko im szło to prowadzenie, oporny był chrobacki lud, nieużyty; zadufany w sobie i w starym obyczaju; nieufny i krnąbrny. Dwaj drugowie niejednokrotnie narzekali na nicość swojej roboty. Siadywali w biskupiej stancji, naradzali się nad sposobami ujarzmienia tych twardych karków - ich gawędy kończyły się zwykle wspominkami o rodzinnym klasztorze; o surowym opacie Jozuem, o grubym bracie Arnulfie i świątobliwym Odylonie; o długiej walce przeciw uroszczeniom kluniaków, których zwierzchnictwo i regułę przyjęli dopiero po przegranej walce z bezbożnym dukiem Martelem, kiedy trzeba było szukać jakiegoś oparcia przed ostateczną ruiną klasztoru. Obaj mnisi byli chudzi, ale prezbiter Jakub przypominał tykę chmielową, gdy Poppon zdawał się podobniejszy do ruchliwego, wysuszonego smardza; twarz miał brązową, ciemne oczy, ruchy prędkie i gwałtowne; mimo tej jednak gwałtowności nosił w sobie jakowąś godność, nie prześmiewano się zeń, jak z wielu świątków, którzy widzieli się ludziom cudaczni i - chociaż żyli w grodach od tylu lat - jakby obcy; ździebko obmierzli i właśnie - śmieszni. Poppon wiernie służył Bolkowi, ksiądz go poważał i lubił; ale dziw - nigdy się go nie radził. Gdy biskup - sięgający księdzu ledwo do piersi - wymachiwał rękoma i coś gwałtownie wywodził, Bolko patrzył nań z góry, uśmiechał się, głową kiwał; a jednak zrazu poznasz: mimo uszu puszcza gorące słowa biskupa. I teraz: Poppon zapalił się do pąci pokutnej, w smak mu poszedł ten zamysł Brunona i Gaudentego - kilkakroć przybiegał do Bolesława z żalami na weselących się wojów, jako że "abo w popiele a włosiennicy będziemy Bogu służyli, abo w pochuciach z diabłem się kumać" - ksiądz przytwierdzał i na tym się kończyło; nawet palcem nie kiwnął, by drużynę wziąć na postronek, tyle że kiedyś coś tam wyburczał Przemkowi dla uciechy biskupa - i wszystko.
Ale teraz Poppon zacierał suche ręce: przebrała się miara. Oto czym się skończyło pobłażanie księdza a folgowanie swym ulubieńcom - zabójstwem; już to w kraju tym spory zawsze jednym się kończą: dzidą albo uderzeniem topora, inaczej nie. Potem się rody wadzą ze sobą bez końca, zasadzają na drogach i najeżdżają się wzajem ze zbrojnymi drużynami krewniaków i drugów; płoną siodła i bezcześci się trupy porzucone bez pogrzebu na miejscu bitek. Wróżda, wróżda! - Popponowi ciemniała twarz z gniewu na myśl o tym mordowaniu się synów za ojców, wnuków za dziadów, co jest pogańskim obyczajem i Bogu wstrętnym. A nic tej ciemnej trzodzie nie pomoże uczenie Bożego zakonu, bezsilne są święte słowa - karać trzeba.
- Oo! karać, karać... - skwapliwie przytakiwał prezbiter Jakub.
Widziano go na podgrodziu, jak rankiem następnego dnia po godach u Przemka Świradowica biegł szybko na Wawel, zgorączkowany i wzburzony. Z zadyszką wpadł do biskupa - od progu krzyknął o zabójstwie. Ale Poppon już wiedział. Jeszcze woje nie zdołali wybiec z Przemkowej gospody, a już był u niego jeden z godowników, który w pośpiesznej, gwałtownej opowieści, przerywanej gniewnymi wykrzykami biskupa, powiadomił go o zabójstwie i zbezczeszczeniu pokutnego miru. Prezbiter Jakub siadł ciężko na zydel, głową kiwał, wysapywał zmęczenie; potem podniósł wskazujący palec do góry, powiedział:
- Mówiłem, że tak będzie. Wołałem od ołtarza. A im nic: godowanie jeno a godowanie. Obaczycie, co się teraz zacznie: Gdale możny ród i mściwy.
Poppon małą pięścią uderzył po kolanie.
- Nie pozwolę! Klątwę rzucę! Klątwę! - Prezbiter Jakub z pochwałą kiwał głową.
Munia przyjechał do Krakowa na pąć pokutną. Nie wiedział dokładnie, kiedy pąć z grodu wyjdzie, zjawił się zaraz po drugim pokosie. Wziął gospodę na podgrodziu, zaraz następnego dnia ruszył na Wawel do Poppona. Niestety przed domem księdza natknął się na wojów grających w kości; przystanął, żeby popatrzeć ździebko. Wśród graczy był Zadora, którego Munia znał jeszcze z drużyny starego Mieszki. Podszedł do wojewody, pogadali mało-wiele. Woj sam nie wiedział, kiedy i jak dał się wciągnąć do kości, pobił wszystkich; twarz miał zaczerwienioną, oczy błyszczące. Potem poszli oczywiście na piwo. Jak za pierwszym pobytem w Krakowie, Munia wsiąkł w to gwarne rojowisko wojackie - zbyt głośno odzywało się w nim wołanie młodości, zbyt mocno tążył za dawnym swym życiem, odrąbanym bardą rogatego Rusa. Ale tym razem nie zapamiętał się bez reszty. Mołwił sobie nocami po chmielnym godowaniu: "Przyjechałem ci na pąć, abo to moja wina, że pąć się późni? I tak nie otrzymałem odpuszczenia. Cyrkiew postawię, w pąci pójdę, odpokutuję wszystko zaraz, czemuż to nie mam ździebko popuścić sobie? A co w kości wygram, z tego dziesięcinę Jezu Krystu dam woskiem, niechże pali się mój wosk przed świętym znakiem" - i uradował się: kiej Jezu Kryst ma spor z tych jego kości, to o jedno trza tylko zadbać - o wygraną. Toteż ciskał bijak lewą ręką, aż powietrze warczało - po dwóch i trzech przeciw niemu stawało, rzadko kto dawał mu rady. Munia był wesoły i rad - na ten czas odszedł odeń lęk przed sądem i piekłem - da się z Jezu Krystem ugodzić, trzeba jeno um mieć a przemyślność.
Ale chwilami brał woja strach przed małym, porywczym Popponem. Co wieczora postanawiał: "Rankiem pójdę do biskupa, powiem mu, com zamyślił" - i co dzień odkładał odwiedziny. Przed oczyma stawała mu zagniewana twarz świątka, Munia pocierał o bok prawym łokciem, myślał: "Jutro". I tak szło - aż do tamtych krwawych godów u Przemka Świradowica. Nie trup walący się na deskę stołową otrzeźwił rozhukanego woja, zbyt wiele widział był takich bitek na godach, lecz słowa grododzierżcy o mirze pokutnym. Złamany mir pokutny? - lelum! Z przeraźliwą jasnością ujrzał Munia, jak ciężko zgniewał Jezu Krysta, łamiąc zakazany czas - chwilę stał porażony, zdrewniały z trwogi, aż pomyślał: "Trza odciąć się od godowników, nie moja to wina, ich to rzecz... Do biskupa polecę, powiem mu, co i jak... tfu, na bajora i plesa!" - Jeszcze nie wyszli wszyscy z Przemkowej gospody, on już biegł chyłkiem pod kleciami, koło katedry obejrzał się, czy go nie widzą, wpadł do Popponowego domostwa. Zadyszany pytał, czy może biskupa zobaczyć - ma mu ważną nowinę powiedzieć.
Poppon spojrzał na wchodzącego swymi bystrymi, czarnymi ślepiami, poznał woja od razu. Munia nie oddał pozdrowienia. Stał chwilę w milczeniu, tarł łokciem prawe biodro. Aż naraz wybuchnął w podnieceniu:
- Byłem na godach u wojewody Przemka...
Zdawało mu się, jakby wszystko powiedział tym okrzykiem. Ale biskup niczego nie pojął, zmarszczył brwi, wyrzekł z jawną naganą w głosie:
- Znowu?
- Tak... - dyszał Munia - za wcześniem przyjechał do Krakowa. W kości grałem, obiatę złożyłem Jezu Krystu, że ze sporu... z każdej gry dziesięcinę dam... w wosku... - pod zagniewanym wejrzeniem biskupa mieszał się coraz bardziej. - A nynie... na godach u wojewody pokutny mir złamany... człeka na onych godach ubito... woja nożem ubito...
Poppon wstał, swym szybkim porywczym kroczkiem podbiegł do Muni, chwycił woja za spięcie na piersi. Krzyknął:
- Jak? Człeka ubito? A wżdy ogłosiłem w grodzie pokutny mir, treuga Dei. Jak ono było... gadajcie, wraz gadajcie...
- Byli my u wojewody, godowali... Aż tu...
- Kto? - zawrzeszczał zbieszony biskup przeraźliwym, ścieniałym w gniewie głosem.
Munia jął wyliczać godowników... - Przemko, Giez Ślizień, Zadora... - jak siedzieli za stołami wzdłuż ścian przed kopiastymi misami a dzbanami z piwem i miodem. Pili. Trochę prześmiewali się z Dzika, Przemko bajał, jak to baby jego ongiś wystraszył sprośną śpiewką. "Nie dziwota - wołał - że Dzik kamieniem w grodzie siedzi, przykucnąwszy by zając w bruździe, boi się k'sobie wracać: znów ji tam na postronek uwiążą, na smarowane sadłem kółko". Woje zaśmiali się jednym gardłem, Dzik srogo zawiercił oczyma, nos zmarszczył, zachrząkał:
- Kij obu na karkach połamię, młodej i starej, hum...
- Już ty tam ręką nie ruszysz, wieprzu spasiony, po tobie zabębnią: łupu cup, du du du!... by po koziej skórze. A ty Kłąb, bacz - obrócił się do siedzącego mrukiem woja - w osie gniazdo leziesz. Wraz cię tam osy opadną, znam ja one... - Zaśmiał się, spojrzał uważnie. - Widzę, widzę jako nasz junak całkiem nos spuścił, czuje, co ji czeka w siodle Starych Łosiów.
- Nic, Kłąb, ty się nie bój... - mruczał przestraszony Dzik, wodził krągłymi niebieskimi oczyma od jednego biesiadnika do drugiego.
Poppon już się był uspokoił, siedział naprzeciw Muni z oczyma wlepionymi w twarz woja, cierpliwie słuchał niezdarnego dukania o tych godach Przemkowych; ale kto go znał, wraz by dojrzał, że w biskupie pali się wielki, niepohamowany gniew. Spytał:
- Kłąb? Kto jest Kłąb?
- Ważny woj, jeden z pierwszych w księstwie. Drug Odrzykonia i Piekuty. Ale mołwią o nim - Munia głos ściszył - ledwo to podpieczony ptaszek, ponoć niedawno jeszcze w łapciach chodził. Nie wiem, mołwią. A nynie Łosiową ciełuszkę ułapał.
- Cóż tegdy zrobił Kłąb?... Gadaj, Munia.
Munia oblizał wargi, dalej dukał o tych godach, które od początku jakoś się nie kleiły, rozłaziły się. Piwo szumiało już w łbach, a wesołości brakło.
Kłąb przyszedł do Przemka osowiały, jadł milczkiem. Pił wiele, ale gęba mu nie czerwieniała, bladł coraz bardziej; nie zwracał uwagi na piosenki i gadki - zdawał się coś rozpamiętywać, jakoweś swoje sprawy rozgryzać. Dopiero gdy go Przemko zaczepił, obudził się, na twarz mu wypłynęła sztuczna, robiona wesołość. Uderzył dłonią o stół, zaśmiał się szeroko. Zawołał na cały głos:
- W osie gniazdo? Już ja nie boję się os, zwyczajnym.
- On się nie boi. Oho, Kłąb! - Dzik sapał by miech, ożywił się.
Boruta siedział po drugiej stronie izby, w sam raz naprzeciw Kłąba. Zmrużył swe kocie oczy, zmarszczył się krzywym uśmiechem. Zagadał:
- Różny stwór różne rzeczy lubi. Wilk za mięsem goni, wiewiórka szyszki ogryza, a bocian żab w błocie szuka, łyka one żaby z wielgą lubością. To i Kłąb... pono osę woli od pczoły, osi miód mu słodszy. A może użądliła ji pczoła, duma spuchnięty: "Pczoła tnie, możeć osa całuje? Popróbuje osich całunków, kiej pczele gorzkie".
Kłąb wlepił w Borutę ślepia, od razu przestał się śmiać. Zbladł jeszcze bardziej, straszny był z tą białą gębą, w której jeno złe oczy świecą. Ale słowa nie pisnął.
- Bajali mi w setce... - Boruta zaśmiał się sam do siebie - że raz borsuk makolągwę polubił. Chodził wokół drzewa na krzywych łapach, pysk zadzierał a chrząkał. A ptaszka, jak to ptaszka: ogonek w górę, nakakała srogiemu zwierzu w gardło. To borsuk tył jej pokazał, poszedł w swaty k'myszy: ta w ziemi żyje, nie puści nań czym niedobrym. - Boruta powiódł wkoło oczyma, spodziewał się chóralnego śmiechu, ale się nie doczekał. Kłąb siedział skamieniały, bez ruchu; tylko czoło mu pokryło się potem. Niepewną ręką sięgnął po dzban, nalał do kubka.
- Ponoś jeździł do Orczycy, Kłąb? - Głos Boruty był niby ostrze kościanego szydła.
- Przestań, Boruta - warknął Odrzykoń.
- A no... przestań, to przestań. Przepijam do was, wojewodo. Nie będę ci ja wiele gadał, iżby smardowego ucha nie urazić. Bo nos mu już pewnikiem urazili.
Dziek Sobieborowic wychylił się z boku, zapytał:
- Nos? Czymże mu nos urazili?
- Gadaliście niemało o świątkach, psie to nasienie. Pomnę, jako po śmierci starego księdza chciała drużyna łeb Ungerowi rozszczepić, i Puchała Starogniew chciał, pomnicie Starogniewa?... A od onego czasu rozpłodziło się to-to, by szczury. Wżdy ja wam powiem gadkę o niedźwiedziu i pczole, a i świątek w niej będzie. Zachciało się miodojedźcy słodkości, upatrzył sobie barć na najwyższym drzewie w lesie, włazi na ono drzewo, aże się oblizuje: aj, jaki słodki miód, aj, jaka wielga barć. Dolazł, mordę w ul wsadził, a tu miód wyćkany do cna, jeno kadzidłem z dziury niesie. Pobywał tamok już świątek, prześmiardła barć onym cnym zapaszkiem, tfu!... A durny mieszka suchy wosk ssie, ćmaka a mruczy, chwali sobie...
Przez całą tę gadkę Munia nie patrzył na Kłąba, rad słuchał sprośnych docinków Boruty, rósł w nim śmiech i wesołość: jak to chytrze wywiódł Boruta o tym kadzidle i barci. Poderwał głowę na rumor spod tamtej ściany: Kłąb przeskakiwał stół, równymi nogami łupnął na środek izby, leciał na Borutę. W biegu wychwycił nóż spod szyi, nim się kto spostrzegł, nim zdążył się zerwać, zaświeciła czerwona smuga spadająca na Borutową pierś. Kłąb jednocześnie zacharczał, zduszony okrzyk, nie wyrozumiesz tego głosu. Jeszcze mu było mało: wyrwał wbity po trzonek nóż, znów pchnął zamachem całego ramienia. Boruta rozrzucił ręce na boki, jakby chciał Kłąba objąć, zakiwał się, pochylił, łbem uderzył w stół; przewrócony dzban potoczył się po obrusie, spadł pod nogi zabójcy; w martwej ciszy głucho trzasła bijąca się glina. Kłąb stał bez ruchu, ramiona miał obwisłe, w oczach niezgasłe szaleństwo; lewe ramię raz po raz podrygiwało mu do góry. Jak ich było dwudziestu, siedzieli bez ruchu - w strasznej, napiętej ciszy. Aż w jednej chwili ze wszystkich gardeł zerwał się pomieszany krzyk, każdy coś wołał oddzielnie, ni jednego słowa nie rozeznać w rozgwarze. Porwali się, wraz kilku chwyciło Kłąba za barki, za kark - nie bronił się. Giez i Dobrosz podejmowali Borutę, patrzyli, czy żyje - woj stęknął głucho, wygiętą, ciemną strugą chlusnęło mu z gardła; drgnął mocno całym ciałem, oczy wylazły mu na wierzch; mimo trzymających go dłoni opadł, znów stuknął głową w czerwoną plamę na obrusie. "Trup!" - krzyknął Piekuta, twarz mu zachodziła, spojrzał na Kłąba; i naraz pokraśniał, kark mu napęczniał. Sulisław przepychał się przez tłum, z pośpiechem wyciągnął zza pasa maczużkę - rozstąpili się. Wołał na cały głos, jakby z daleka:
- Ubiłeś ji, ścierwo, nynie pod księży sąd pójdziesz. Brać ji w dyby, gadzinę.
Kłąb nic nie odpowiedział, pokiwał głową. Z gromady zawołał jakiś głos:
- Boruta zaczął! Jakie to gadki prawił, nie lza ich było znieść. Boruta winien.
Rozkrzyczały się wszystkie gardła.
- Prawie! Boruta zaczął.
- Ii... kaj tam? Boruta jęzorem plaskał, nie nożem.
- Co się miele na godach, w krobię nie wsypać. A ten zaraz z żelazem... tfu!
- W dyby gada!...
- Siostrę Stojgniewa pogańbił Boruta...
- ...ale!
- ...to i nie wytrzymał Kłąb. Nuże, Kłąb, gadaj, bo cię grododzierżca w dyby weźmie.
- Nie mam co gadać - powiedział ochrypłym głosem Kłąb. - Niech bierze.
- Aa?... Niech bierze?... Niesłodka to rzecz jama księdza. Wżdy kiej sam się pchasz...
- Nuże, nuże Kłąb!... - Sulisławowi świszczało z gniewu w gardle.
W tejże chwili przepchał się do grododzierżcy Dzik, spod jasnych, niemal białych brwi przestrachem, a jednocześnie zdecydowaniem świeciły krągłe oczy.
- Słuchajcie no... - chrząknął - on mi swak nynie, hum hum... Dam za niego poręczne, jakie chcecie, do księdzowego sądu. Wiele trzeba?... hum hum, poręczne mołwię. Dziesięć grzywien?... Dwadzieścia?...
Sulisław obrócił doń głowę.
- Poręczne?... Nie przyjmuję poręki. W dyby gada!
- On mi swak - powiedział Dzik z błaganiem w głosie.
Sulisław zdawał się trochę niepewny, znów powiódł oczyma po wszystkich twarzach: wyciągali szyje, czekali, co powie. Grododzierżca zawahał się, ale rzekł twardo:
- Nie!
W gromadzie, niedawno rozdartej na dwoje (byli tu tacy, co chcieliby bronić Kłąba z drużby i z niechęci do ubitego Boruty, ale byli inni, którzy radzi byli z pogańbienia dawnego komornika), na twardy ton Sulisława podniosło się serce: wżdy to prawo rodowych do ręczenia za swojaków, a Dzik przysposobił Kłąba. Cóże to, Sulisław nowy obyczaj wwodzi? abo to po raz pierwszy broni się woj nożem przed gańbą? Sapali, mruczeli gniewnie. Odrzykoń położył dłoń na ramieniu grododzierżcy.
- Słuchajcie no, Sulisławie, cóżeście się to zauporzyli? Dzik ma prawo poręczyć za swojego: wiecie, kaj ji szukać. Nie stawajcie sztorcem...
Sulisław schylił lekko głowę, odparł:
- Nie mogę, wojewodo. Biskup ogłosił pokutny mir, ksiądz potwierdził. A mir ten taki: nie lza przed pącią mieczem abo toporem, abo nożem dochodzić swego, jeno odłożyć wszystko do księżego sądzenia; a wróżda karana będzie, by prosty mord. A jeśliby kto nie posłuchał, a sulicą pchnął, abo z łuku ustrzelił, brać takiego w dyby, choćby wielmożnego był rodu. Tako nakazał ksiądz, a Tomisław obwołał po grodzie, sami wiecie. Wszyscy widzielim, jak Kłąb ubił tego tu... - Sulisław pokazał maczużką leżące na stole ciało.
- Za poduszczeniem świątków wojów więżą - okrzyk z ciżby był podjudzający i groźny.
- Oo! - zakrzyczało kilka gąb - cóże to? Poręcznego nie lza już dać, rodowych dybami będą poniewierać? Nie dozwolim!
- Nie dozwolim! - wrzeszczeli już wszyscy, zapomniawszy, jak zwada powstała. Kłąb patrzył na nich niewidzącymi, odurniałymi oczyma; jakby nie jego to dotyczyło.
Sulisław podniósł wysoko maczużkę, sam jeden przeciw całej gromadzie pierwszych w księstwie, wojewodów i wielmożów; nie ugiął się, krzyknął:
- Wola księdza!
Umilkli, oczy im zabiegały, zmieszali się. Chwila ciszy. Aż przerwał ją głos Piekuty, komornik stał na rozstawionych nogach, twarz mu latała:
- Nie lza przeciwić się woli księdza, nie będziem. Wy, Sulisławie - zwrócił się do grododzierżcy - bierzcie zbója, kiej taki macie nakaz. Wżdy nie sadźcie ji w jamę, nie zakleszczajcie w dyby, w komorze zamknijcie, iżby nie uciekł. A my rankiem do księdza pójdziem, będziem prosić. No jak, zrobicie to, Sulisławie?
Grododzierżca popatrzył na rozognione twarze i skinął głową.
Skupili się, zaczęli rozprawiać, w podnieceniu, w gorączce. Sulisław posłał po stróżę. Kłąb ostał sam, stał jakiś czas nieruchomo, naraz osunął się na zydel, głowę objął rękoma, zaskomlał:
- Ajajaj...
Spojrzeli nań pogardliwie, ale i ze współczuciem: tako przeląkł się sądu smard. Wżdy godownicy nie zgadli: to nie obawa przed karą i kaźnią wydarła z Kłąbowej piersi owo bolesne, psie zawodzenie.
Już przyszło trzech wojów z toporami, Sulisław trącił Kłąba maczużką między łopatki, zbój podniósł się, słowa nie rzekł; twarz miał martwą, bez czucia; poszedł ze zbrojnymi. Jeszcze przedtem jednoręki Munia odłączył się od gromady, wyskoczył na dwór, kłusem pobiegł w stronę biskupiego domostwa.
6. Matka i syn
W tych dniach krakowskiego zjazdu Mieszka chętnie przyjmował gościnę u wojewodów a wielmożów - i on dał nura w rozhukaną wesołość, jaka ogarnęła drużynę i gości przed świętą pącią. Dziwili się temu trochę - całkiem nie stracha się księżyc pokuty przed oczyma całego księstwa; a wprzódy byle nań palcem kiwnąć, zamykał się w sobie, pochmurniał, boczył się. Teraz był prosty, pogodny, poważał starszych, lecz znać po nim, że wie o swej przyszłej godności wojewody i księdza. Jakoś - celował wówczas do jaja położonego na słupku - Mieszka po nieudanym strzeleniu wesoło się zaśmiał i sam o sobie powiedział ciętą przekpinkę z beztroską chłopięcą zuchwałością; wtedy to Odrzykoń obrócił się do Zadory.
- Bacz, stary, odmieniło się cosik w księżycu. A baliśmy się, że wyrośnie na mruka, zatnie się w sobie, nieużyty a mroczny. No, prawy będzie ksiądz z niego, udały.
- Bolko takoż był źrebak w jego leciech, pomnę - zamruczał Zadora, patrząc na rozweseloną twarz młodzika.
Na gody do Przemka Świradowica, na których został ubity Boruta, Mieszka nie poszedł; wołała go do siebie Emnilda, a on również miał do niej prośbę. Od przyjazdu do Krakowa wybierał się z tą prośbą do ojca, raz już nawet nacisnął na Stanka, by go zapowiedział; ale ujrzawszy księdza siedzącego samotnie na ławie, z twardą, zamkniętą twarzą, stchórzył. Nie starcia z ojcem się przeląkł - bał się przenikliwego ojcowego spojrzenia, które się wświdrowuje do wnętrza, czyta w oczach, jak Tuni w grubej księdze; bał się krótkiego pytania: "Czemuż się to troskasz o zdrajcę; kto cię prosił?!" - jakże to powie? Że nikt go nie prosił, że sam to sobie obiecał, ściskając młodą małżonę, o której ojciec nic nie wie? Już lepiej zrobić przez innych - przez matkę, przez Piekutę.
Ale i matkę wolał ominąć w tej sprawie - któregoś popołudnia poszedł do Piekuty.
Komornika nie było - księżyca powitała Dziewanna. Przyjechała do Krakowa wraz z mężem, choć zrazu Piekuta krzyczał na nią za durne dumki, za napieranie się na pątniczy korowód. Dziewanna wtedy uśmiechnęła się chytrze, przymrużyła oczy, patrzyła na latającą, zagniewaną twarz męża z drwinką - aj, jaki to srogi człek z Piekuty - aj, jaki zawzięty! Wiedziała: zaraz ustąpi. Podeszła doń, założyła mu ręce na szyję, nachyliła się do ucha i - choć usiłował się uwolnić - zaszeptała:
- Byłam u trumny Wojciechowej, wielką obiatę złożyłam: że w świętej pąci pójdę, iżby mi Boży człek dał syna. - Dotąd dzieci nie mieli, Piekuta zwalał to na Lubuszowe uroki. Dziewanna widziała, że ilekroć mąż zoczył małego szkraba turlającego się po klepisku, czy z wypiętym puzem chodzącego ważnie w krótkim giezełku, albo choćby babę z brzuchem, tylekroć gęba zaczynała mu drgać by w zimnicy. Teraz ujął w garście żonine dłonie, oderwał je od siebie, nie puszczając, spytał surowo:
- Zwodzisz?...
- Zaśbym zwodziła. Sam wiesz.
- To pojedziem.
Zobaczył, że Dziewannie znów drwinka zaskakała w oczach, białka zaśmiała się, uderzyła dłonią po zapasce.
- Och, Piekuta, Piekuta... - Nie wiedział, czy śmieje się z jego słabości, czy mu dziękuje; a może głupio zrobił, ustępując? Ani mu do głowy nie przyszło, że Dziewanna spodziewa się już dziecka i że zataiła to w strachu, by nie zostawił jej w Gniezdnie. Odetchnął, powiedział groźnie:
- A nie będziesz nic miała po pąci, zbiję. Pamiętaj.
- Tegdy z Wojciechem się wadź, nie ze mną - odparła, wciąż śmiejąc się do swych dumek. I pojechała.
W Krakowie było tak, jak się tego spodziewała: wesoło. Gdy się mężowie zbierali na igry wojackie, białki chodziły jedna do drugiej, częstowały się słodyczą i solonymi racuszkami, piły z rożków słabą sytę, pytlowały, aż języki im w końcu sztywniały. Małżona rycerza Unwana z Minden, który przybył do Polan w orszaku Ottona Rudego i tak tu sobie upodobał, że ściągnął białkę z Saksonii, osadził w Krakowie, umiała cudne wzory dziergać z kręconych nici - wraz wszystkim białkom na gwałt zachciało się takich wełniaków, jakie miała Unwanowa; do swych dawnych od razu potraciły smak. Jedna przed drugą wysadzały się strojami, kabłączkami, bisiorem. Gadały o dzieciach, o urokach, baśnie opowiadały, śpiewały. Nie wiadomo skąd i dlaczego odczuły jakowyś luz w twardej swej babiej uległości. Chodziły na pienia do cyrkwi, słuchały rade opowieści o Adamie, Ewie i jabłku, o Bożym mężu Abrahamie, iże własnego syna chciał nożem przebić na ofiarę, o Mojżeszu, co dostał od Boga zakon śród srogiej burzy i o wojewodzie onego, iże biorąc gród jeden na wrogach, kazał swojej drużynie dąć w trąby, aż wał rozsypał się w próchno. Ale najbardziej lubiły opowieści o tym, jak to skrzydlaty mąż, imieniem Anioł, przyszedł do Bogurodzicy i jak skroś zimy nikt Jej nie dał - gadzina! - gościny, a Ona porodziła w dziurawej kleci dla bydła, i gwiazda świeciła nad Oną, a zapach szedł mocny, jako w lecie z kwiecistej łąki; i przyszli króle do małego Skrzatka, wielgie bogactwa przynieśli, i nie był już nędzny, jak ostatni rob. Do łez się roztkliwiały, słuchając, jak srogi ksiądz onej ziemi wybił wszystkie dzieci, a Maryja uciekła z Maleńkim i skryła się w cudzym kraju. Lubiły takoż słuchać, jak Jezus podrastał, jako się był zgubił i znalazł, jak z pięciu chlebów zrobił moc wielgą, po wodzie chodził i dobrze ludziom czynił, a później porwali Ji zbóje, do drzewa przybili z nakazu księdza onej ziemi, iże się zwał Piłat. Zdarzało się, że słyszały te opowieści od Gaudentego, Poppona i Jakuba, ale najczęściej przychodził na ich babie pogwarki niewielki, wronowaty świątek imieniem Alfker, a takoż gruby Anioł: ci miód ciągnęli, by pijawki, aż im w gardłach grało, bajali za ono picie i o świętych mężach a dziewach, i o wojach z dalekich ziem, i o miłowaniu zdołali gadkę złożyć, o rubieżach, grodach i zbójach. Białkom uszy czerwieniały od onych opowieści, dech zapierało - potem powtarzały je bez końca, cięgiem mało im było; a przecie o niejednym dziwie słyszały już wprzódy, ale nie tak: nie zebrane do kupy, w poczuciu, że oto czekają na pąć, że i one w lik idą, że wraz z mężami a księdzem ruszą korowodem aż pod Poznań i Międzyrzecz. A wśród wszystkich białek nieodmiennie rej wodziła Dziewanna - najśmielsza, najbardziej języczliwa, najudalsza.
Prawda - przychodziły i na nią złe chwile: mdłości, wymioty, nocne pocenie się, słabość. Ale nie poddawała się. Za nic, za żadne spodziewanie nie ustąpi nic z życia, ni jednej radości, żadnej nowinki. Ciasno owijała się w pasie, skronie i policzki nacierała octem, barwiła wiśniowym sokiem, jej oczy nigdy nie przestawały ciekawie spozierać, usta się nie zamykały; nawet w chwilach, gdy rwało ją pod żebrami, śmiała się, paplała trzy po trzy. Najbardziej wprawne białki, poznające brzemię niemal od początku, niczego się nie domyślały: każda z nich żółkła w przypadłości, była skwaszona czy niemrawa, a ta... - by na rozhukanym źrebcu jedzie, ista dziewka.
Jej radość była tym większa, że nosiła oto Piekutowego dziedzica: pewna była, że to chłopiec, nie dziewka. Przez wszystkie te jałowe, bezpłodne lata, widząc tęsknotę męża za synem, za założeniem nowego, wielmożnego rodu, przychodziły na nią chwile lęku: a jeśli Piekuta się zniecierpliwi, odeśle ją na polanę, do Śliźniów? Prawda, wiedziała to: mąż jest rad ze swej jarej, wesołej białki, wżdy... I w piersi Dziewannie tężało na myśl, że może się znowu znaleźć na okolonej puszczą polanie, pod ręką niemrawego Lubuszy, że będzie jeno przędła i żęła, a wieczorami będzie gadała, jak to drzewiej bywało, jak Sliźnie jomsborczyków pobiły, która krowa się ocieliła, że Żywula pożarła się z Dobrachą, a Jagoda czeka znowu dzieciaka. Obmierzłe i puste, nudne zdawało się tamto życie, jakby z innego świata, jakby Śliźnie nie z tego były księstwa. Życie jest tutaj, w grodach, w księstwie, a tam... - ani razu nie poczuła chętki, by tam pojechać, pożyć; chybaby się przed swojakami pochwalić swym znaczeniem i bogactwem, pokazać im, jako są stadem nierozumnego bydła i że tak im do niej daleko, jak wrzosowi do szumiącej sosny. A przy bezpłodności przez wszystkie te lata groziło, że Piekuta odeśle ją w zastałe Śliźniowe bajoro.
Lecz nynie skończyła się jej bezpłodność, nosiła w sobie życie i sama żyła bujnym, wesołym bytowaniem. Więc radość biła z jej pokraszonej wiśnią twarzy, oczy błyszczały, nie zamykały się usta. Za to ślepe zaufanie w dolę lubiano ją - jakby wszędzie, gdzie weszła, niosła ze sobą tę swoją ufność i swoje wesele. Mieszka ledwie ją zoczył, uśmiechnął się, przyjął gościnę.
Dziewanna powitała księżyca dwornie, zasłała stół, postawiła gościnny napitek, wysłała dziewkę po Piekutę. Nim komornik przyszedł, ugwarzała godnie - o Emnildzie, o pięknej tego roku pogodzie, o wielkim zjeździe wielmożów a świątków; aż podnosiło ją, że księżyca gości, że Mieszka gada z nią chętnie, śmieje się, patrzy z upodobaniem. Parsknęła na surowy wzrok wchodzącego Piekuty, znała go dobrze, wiedziała: mąż boi się, czy nie wypaplała o czym niepotrzebnie; lecz ona nie głupia, nie przegada się ani o spiskowaniu Piekuty z Karnieszem i jego wesołym teściem, ni o układach z obcymi kupcami, od których komornik ciągnął, ile mógł, a którym dawał to tylko, co ksiądz rad widział, ni o wszystkich tych zawiłych i strasznych sprawach, które znała przecie nie z samego tylko podsłuchiwania zza niedomkniętych drzwi - niemało wie o księstwie małżona pierwszego komornika, choćby mąż pary przed nią z gęby nie puścił; lecz pamiętała: nieutrzymanie jęzora byłoby wiele straszniejsze i gorsze niż dośmiertna bezpłodność; ta paplająca i terkocząca bez przerwy Dziewanna umiała milczeć. I Piekuta wiedział o tym.
Ledwo zaczął rozmowę, ledwo spojrzał na napiętą twarz Mieszki, już poznał: księżyc przyszedł ze sprawą, z nie byle jaką sprawą - nie utrzymałby się komornik w siodle, gdyby nie miał nosa by pies gończy, od jednego rzutu oka nie poznawał, z której strony zagraża mu niebezpieczeństwo. I teraz: kiejby prosta była sprawa Mieszkowa - dla nich obu - nie drgałyby tak księżycowe żuchwy, nie przypominałby otrok bodącego byka. Piekuta wiedział o wielu rzeczach w księstwie, które dalekie były od kupczenia jantarem i ściągania dani - ilekroć ksiądz rozpoczynał zawiłą grę, chciał przepłacać kogo w cesarstwie, albo słać cichcem szpiegierzów, albo wyłowić kogo - wołał Piekutę. Nie tylko złoto było w komorach Piekutowych, były tam także ostre jak ość noże i stalowe topory - choć komornik sam dotąd nikogo nie ubił i wojem nie był; ale lepiej było zetrzeć się z uzbrojonym po zęby pancernym niż z chodzącym w żółtym kubraku i miękkich ciżmach Piekutą. Komornik wiedział o wielu ludziach w księstwie takie rzeczy, które woleliby oni kamieniem przywalić; i o Mieszce wiedział: ma księżyc swoje, niełatwe do uładzenia sprawy - pewno o Turzycę wraz zahaczy. Niosąca miód Dziewanna dojrzała od drzwi, jak mąż głową jej skinął i dłonią klapnął po kolanie - umówiony między nimi znak, że ma iść do komory; nadęła się ździebko - rozwydrzona była w te dni - ale podawszy napitek, wyszła. Piekuta milczał, czekał; twarz mu drgała.
Mieszka pociągnął miodu, nie odejmując kubka od twarzy, powiedział, patrząc znad naczynia zuchwale i wyzywająco:
- Dzieło mam do was, Piekuta.
- Słucham, ksze. - Mieszka po raz pierwszy w życiu usłyszał tę nazwę "ksze"; zmieszał się i odstawił kubek.
- Prośbę mam. - Próżno starał się uczynić swój głos obojętnym, pozbyć się naprężonej sztuczności. - A prośba moja taka: wyście główny komornik księstwa... i Złotą Górą władacie...
"Aha! tu raki zazimowały!" - przeleciało przez łeb Piekuty: komornik już wiedział, co robić; kiwnął głową.
- Jam ci...
- Jest tam woj jeden... wysłany za knucie przeciw księdzu z królem... - Mieszka wciąż usiłował mówić od niechcenia, ale policzki mu poczerwieniały, a oddech się skrócił - ...z możnego rodu Turów. Na imię mu Zabój... Czylibyście nie mogli... czy nie możecie zwolnić ji, księdza uprosić. Pono nynie, przed pącią ma ksiądz zbójów z jam puszczać. To może i Zaboja...
Piekuta milczał, patrzył badawczo na siedzącego przed nim chłopca. Tamten mieszał się coraz bardziej, sięgnął do dzbana, gospodzin - nie spuszczając zeń oczu - uprzedził go, nalał, wciąż milczał. Mieszka wychylił kubek do dna.
- No co? - spytał, nie mogąc wytrzymać naprężenia.
- Słuchajcie mię, ksze - Piekuta pochylił się przez stół, mówił powoli i dobitnie - prosił was ktoś o Zaboja, ale wybijcie to sobie z głowy. Ksiądz kazał mi puścić niejednego z dybów, wżdy rzekł: "Tych, co przeciwko mnie knowali w czas wojny, ni jednego... Słyszysz, Piekuta?... ni jednego". Tako zaciął się na onych zdrajców, a Zabój pierwszy wśród nich. Jakże mi nynie iść z prośbą?
Mieszka pobladł trochę, ciężko postawił kubek. Powiedział głosem o ton wyższym:
- Więc odmawiacie? - Piekuta w milczeniu ruszył ramionami, uradował się w sobie: skończone, próżno obawiał się smarka. Mieszka wstał, podziękował za gościnę, ruszył ku drzwiom; nie wyczuł pobłażliwego lekceważenia Piekuty. Był na progu, gdy doszły go - umyślnie wstrzymane do końca - dobroduszne i niedbałe słowa komornika:
- A jeśli wolno radzić wam, ksze, to powiem: zaniechajcie Zaboja Tura, nie chodźcie z tym ni do księdza, ni do maci.
Na słowa te Mieszka odwrócił się ostro, jak podcięty; stał chwilę na środku izby, oczy się mu zwęziły, spytał:
- Czemu tak?
Ale Piekuta jakby nie widział naprężenia księżyca; odparł tymże niedbałym głosem:
- Tak lepiej... radzę wam. Kiej nie chcecie...
W tejże chwili w Mieszce coś się zmieniło, wyprostował się, broda mu pojechała do przodu, już nie miał zmrużonych oczu; spytał głucho, rzekłbyś - zawarczał:
- Piekuta! Co wy wiecie?
Piekuta szybko pomyślał: "Niepotrzebniem to rzekł. Zaraz...? Powiedzieć mu?". Odparł ostrożnie:
- Wiem niemało... Różne wieści dochodzą... nie rozeznać...
I naraz zdało mu się, że stoi przed nim - młodszy o lat dwadzieścia - Bolesław. Piekucie twarz zalatała, otwarł trochę usta, patrzył. Mieszka szybko zrobił trzy kroki, chwycił komornika za kubrak, pociągnął, słowa padały mu twardo i groźnie:
- Ejże, Piekuta, nazbyt chytry z was lis. Wiecie? Nie pytam was, skąd wiecie. Wżdy... - komornik poczuł, że garść trzymająca go za odzienie zaciska się mocniej - ...ni pary z gęby! Choć wyście pierwszy komornik i ulubieniec księdza, a ja ledwo księżyc, wżdy lepiej wam posłuchać: ni pary z gęby! Nikomu. - I Mieszka puścił kubrak. Piekuta spojrzał, głos mu się zmienił zupełnie, był suchy i uważający.
- Siądźcie, ksze. Pogwarzymy. - Mieszka usiadł bez słowa, nie spuszczał oczu z latającej gęby komornika. Tamten milczał, myślał. Wyrzekł:
- Wiem... - A potem od razu ostro, jak ciśnięcie bijakiem: - Wasza mać kazała mi się wywiedzieć, ksze.
- Mać?... - zdumiał się Mieszka: skądże matce przyszło do głowy? Ze zmarszczonym czołem słuchał ostrożnie odmierzanych słów:
- Wołała mię Emnilda i rzekła: "Słuchajcie, Piekuta, wiem ci ja, że służycie wiernie księdzu a całemu rodowi Lestkowiców. A Mieszka zadumał jakowąś durnotę - mać wasza tak mołwiła - chodzi, by zaczadzony. Widzi mi się, zaplątał się w dziewczyńską kosę ani chybi. Wywiedzcie się, Piekuta, a dajcie mi znać: chcę uchronić kpa, iżby nie wpadł w jakową sieć, księdza nie zgniewał".
- A wy?... - Mieszka urwał w pół oddechu.
- A ja?... - Piekuta zaśmiał się sucho. Aż niespodzianie przysiadł się do księżyca, położył mu dłoń na ramieniu, zaczął mówić poufale, z życzliwością w głosie:
- Słuchajcie mię, ksze, i darujcie, że tako wam mołwię, jako drug... Bo i jestem wam drug, wierny sługa i drug - nie zważał na sztywne, odpychające wyprostowanie księżyca. - I radzę wam: rzućcie to, nie będzie kaszy z tego ziarna. Prędzej czy później ksiądz się dowie, a tegdy... przyjechała ciota wasza, Świętosława, i... - przetrzymał - ...i Bezprym może przyjechać. Ja wam drug i dlatego nie będę o Zaboja prosił i maci waszej powiem, iżby was ratowała. Bo jamę pod swoimi nogami kopiecie, a może być głębsza ta jama niźli tamta z Mogilnem i później ze strykiem. Nie gniewajcie się za śmiałość, wżdy moją jest, starszego komornika, rzeczą wszytko w oczy rąbać, miłe-li to księdzu, abo nie.
Na Piekutę spojrzały chłodne, Bolkowe ślepia - znowu księżyc był podobny do ojca, jak jedna strzała do drugiej. Spytał:
- Nie mówiliście jeszcze maci?
- Nie.
- I nie powiecie. Ni słowa nie powiecie.
- Jakże to? Wżdy mię księżna zawezwie, spyta.
Mieszka uderzył dłonią po kolanie, roześmiał się.
- Już wy tam zdołacie bajdę jaką ułożyć, nie boję się. A Bezprymem nie straszcie: i jego się nie boję. Nynie słuchajcie mię, Piekuta: mołwicie, żeście mi drug. A chociaż ze mnie otrok i niedolatek, lepiej nie wadźmy się. Dla was lepiej, dla mnie lepiej... - I urwał.
Komornik patrzył na ściągniętą twarz Mieszki, na wargach miał księżyc przylepiony życzliwy, uspokajający uśmiech. Ale oczy były surowe, chłodne i błysk tych utkwionych w komornika oczu sprawił, że Piekuta pomyślał: "Lepiej nie wchodzić w wojnę z tym smarkiem...". Poczuł złość, twarz mu zachodziła. Mówił już bez uprzedniego przyjacielstwa i dobroduszności:
- To co mi robić? Zataić? Nie zdarzyło mi się potąd taić przed księdzem: głowa w tym moja.
- To zdarzy się. A głowa? Ejże, Piekuta, raz jeszcze wam mołwię: nie wadźmy się. Głowa wasza? I głowie ta zdrada może nie wyjść na spor, szkoda jej, nie byle jaka to głowa. Wasza rzecz trzymać pysk zawiązany, a ja?... już ja wam nie zapomnę milczenia. No co? Ugodzimy się? - Wyciągnął dłoń do uderzenia.
Piekuta siedział przykurczony, zgarbił się. Czoło przecięła mu zmarszczka, zrazu widać: waży tę rzecz, na obie strony przekłada. Długo tak ważył. Aż naraz podniósł ponure oczy, popatrzył w ostro utkwione weń niechłopięce Mieszkowe źrenice, bez słowa uderzył w nadstawioną dłoń. Wtedy po wargach księżyca znowu przewinął się pół wesoły, pół szydliwy uśmieszek.
- Dobrze, Piekuta, nie pożałujecie - wyrzekł słowa, które komornik nie raz, nie dwa razy słyszał od jego ojca. - A z tamtą sprawą, jak będzie? Wstawicie się za Zabojem Turem?
- Tego ode mnie nie możecie wymagać, ksze - powiedział z gniewem Piekuta. - Kiej już tak wyszło, że razem knujem przeciw księdzu, nie trza śladu dawać. Niedobrze.
Mieszka kiwnął głową, wstał. Zdjął pierścień z palca, podał go komornikowi.
- Miejcie on obłąk jako znak tego, co otrzymacie później, i zakład naszej ugody. A będę miał jaką biedę, abo rady mi będzie potrzeba, przyjdę do was - mówił to, jakby wiedział, że słowami tymi wiąże Piekutę mocniej niźli poprzednio groźbą i teraz bogatym darem. Raz jeszcze skinął głową, wyszedł bez pożegnania.
Gdy się zjawiła Dziewanna, chcąc przygotować wieczerzę, zastała męża siedzącego przed stołem, chmurnie zamyślonego. Przed nim świecił na stole grubo kowany pierścień. Piekuta uniósł czoło, spojrzał przewlekle na małżonę, rzekł w zadumie:
- Daj no mi syna po świętej pąci, Dziewanna, a będzie mu wiele łatwiej iść w górę niźli jego ojcu na początku: nie byle jaką będzie miał pomoc i opiekę - aż niespodzianie przykrył pierścień dłonią, powiedział z niewesołym śmiechem:
- Kiej mi wprzódy głowy na pień nie położą abo na Złotą Górę nie poślą, by Sobiesława. Jeszczem nigdy tak blisko nie był topora, na karku ostrze czuję. - Gęba mu latała, jakby zimnicy dostał.
Dziewanna stała z półotwartymi ustami - nic nie zrozumiała z podsłuchanej pod drzwiami rozmowy. Piekuta dźwignął się ciężko, wyjął zza pasa uczepiony na rzemyku klucz, podszedł do stojącej na zydlu w rogu izby skrzynki, otworzył i wrzucił pierścień, zda się - ze złością. Potem patrzył nań jeszcze przez chwilę, przypomniała mu się inna skrzynka, w której takoż chowany był pierścień - i tamten miał ponoć wprawiony czerwony kamień. Komornik wzdrygnął się na wspomnienie: w mrocznej izbie mignął mu cień Zefrida. Ów takoż knuł przeciw księdzu i zginął przez swoje matactwa, nawet utopienie pierścienia nie zdołało go uratować. Piekuta był pewny do dziś dnia, że nikt go nigdy nie wplącze w grę przeciw księdzu, a nynie... Powoli zamknął wieko, przekręcił klucz.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej