Ból ptaszęcia
Był las piękny i cichy, woniejący, wspaniały.
Rosły w nim i iglaste i liściaste drzewa, do niebios wznosiły się szczyty sosen, ku ziemi opadały gałęzie starych modrzewi i jodeł.
Cudnie tu było i latem i wczesną wiosną i zimą...
Nie tak, jak w ogrodzie, gdzie zimą pusto, smutno i głucho - tutaj wciąż było pięknie, wciąż wonno i wesoło.
Na wiosnę świerki i buki i dąbek puszczał pąki, zieleń drzew stawała się świeża i zdala świeżością pachnąca, brzozy miały prześliczne baśki, drzewa iglaste, zielone jak szmaragd szyszki.
A mchy, a paprocie, jakież wtedy były mięciutkie, jak świeże!
Minęła wiosna - nowy urok... Konwalje leśne, dzwonki, jagody... bo czegoż tam nie było! A jesienią orzechy, maliny, jeżyny, grzyby... Same, same cuda!..
Ale wszystkim tym pięknościom towarzyszyło coś, co było największym cudem, co upiększało i ożywiało cichy, ciemny las.
Były to ptaszęta...
A ileż tam tego rodzajów! I białe I czarne i siwe i żółte i niebieskawe i czerwone... Pełno, pełno ich wszędzie.
Tu ciemna ptaszyna - słowik, cudnemi tony napełnia powietrze, tam wilga, siedząc na morwie wyciąga trele, tu znowu kraska połyskuje przeróżną barwą. A w głębi drzewa ukryty kuje niestrudzenie dzięcioł i wyciąga z pod kory robaki szkodniki. W kącie gdzieś kukułka wydzwania swoje monotonne: ku-ku-ku-ku!
Cały las roił się od ptactwa, które napełniało go wesołością i śpiewem. Od wschodu słońca budziło się to wszystko i ćwirkało, dzwoniło, piszczało w gniazdach o pożywienie. I dobrze tu było wszystkim i szczęśliwie, żeniono się, bawiono, wyprawiano bale...
Ale pewnego ranka cicho było i smutno, mrok jakiś padł na serduszka ptasie i zalał je bólem.
Zbierały się gromadkami i jakby kwiliły żałośnie.
Ale trwało to krótko. Dzieci dopominały się o żywność, troska o te małe skarby rozpędziła ptaki na różne strony, tylko pozostałe zaczęły latać z niepokojem, ćwirkać, oglądać się trwożnie, coś wołać do towarzyszy, rozmawiać po ptasiemu ze sobą.
- Dzięciole, dzięciole! - zawołała, do zajętego kuciem w drzewo ptaszka, kukułka. - Czy wiesz, ze sikorkę spotkało jakieś nieszczęście?
- Polecę zaraz, dowiem się, co ją takiego spotkało! - krzyknął dzięcioł, zaprzestał swej pracy, uniósł się w powietrze i poleciał.
- Ach, jakżem ciekawa, co się tam takiego stało! Polecę razem z tobą! Poczekaj! - zawołała kukułka i pośpieszyła za dzięciołem.
- Sójko, sójko! a słyszałaś ty, o nieszczęściu sikorki? - zawołał drozd w przelocie.
- Jakie? Chcę ją zobaczyć i zapytać. A może ty wiesz, to mi powiedz, mówże prędzej!
- Ależ i ja nie mam pojęcia, co się tam u sikorki stało - odpowiedział drozd.
- Polecę z tobą! - zawołała sójka i polecieli.
- Kraska, ej, kraska! A wiesz ty, o nieszczęściu sikorki? - wołał przelatując żółtopióry trznadel.
- A cóż się tam stało za nieszczęście? - pytała zaniepokojona ptaszyna, była ona w wielkiej przyjaźni z sikorką i nawet miała pewne względem niej obowiązki, była chrzestną matką jej najstarszego synka.
- Nie wiem, nic nie wiem! - zawołał trznadel - właśnie lecę tam do niej!
- To i ja z tobą! - zakrzyknęła kraska - ja ją bardzo kocham i może w czem dopomogę.
Polecieli.
Zebrały się różne ptaki koło siedzącej na gałązce brzozy, sikorki, patrzą na nią, rozmawiają ze sobą po ptasiemu, jedna z ptaszynek radzi jej to, druga co innego, ktoś gniewa się i wymyśla biedaczce, niektóre litują się, kiwając główką i piórkami ocierając łezki...
A mała ptaszyna odchodzi od pamięci ze swego bólu; płacze, szlocha, główki unieść z rozpaczy nie może.
- Co z tobą? Co ci się stało? Czego tak gorzko płaczesz? - dopytywały się ptaki.
A biedna sikorka słowa wymówić nie w stanie.
Tak boleje, tak kwili żałośnie, że i patrzeć ciężko.
- Co się stało? Kto ją skrzywdził? Nad czem ona tak biada? - dopytywały się ptaki.
- Czy wiecie, sikorce zburzyli gniazdeczko - szepnęła żona słowika do sąsiadów.
- Ach! jakież to okropne! - zakrzyknęły chórem wszystkie ptaki.
- Któż to taki? Nie wiecie?
- Zrobiło to dwóch złych chłopców.
- Czy gniazdko było puste?
- O, nie, były tam już w niem pisklęta, jej dzieciny najmilsze.
- O, to rzeczywiście straszne nieszczęście! - krzyknęły ptaki.
Słowiczka zapłakała żałośnie i szybko poleciała do swych dzieci, czekały tam na nią małe pisklątka, otwierając żółte dziobki i prosząc pożywienia. Z miłością przytuliła je matka do swej puchowej piersi, nakarmiła, ogrzała i wspomniała o biednej sikorce, której odebrano największe szczęście.
A ptaki w dalszym ciągu otaczały biedną, skrzywdzoną przez ludzi matkę.
- Powinnaś była pobiedz za niegodziwymi chłopcami i wydziobać im oczy! - radził dzięcioł.
- Także dobra i troskliwa matka! Zostawiła pewnie dzieci bez opieki... Nie można dzieci tak opuszczać! Samaś winna nieszczęściu! - gderała kukułka.
- Heh! ta kukułka! Lepiejby milczała! - zaćwirkał czyżyk, kręcąc ruchliwą główką - sama dzieci w cudze gniazdo wkłada, leniwa, nie chce jej się wysiedzieć, a kogoś strofuje. Bądź ty tylko taką matką jak sikorka, to będzie dobrze!
- I czegoż ty płaczesz? Łzami nie przywrócisz gniazdka i dzieci... Lepiej zajmij się, a zapomnisz... Nic już nie poradzisz na to, co się stało - mówił szpak.
Porozmawiały, poradziły i odleciały do swoich gniazd, w przeróżne strony lasu.
A sikorka wciąż płacze, wciąż szlocha, główki unieść nie może.
- Sikorko, miła, kochana, biedna! Wiem, że ci ciężko, ach, jak ciężko w serduszku, ale cóż począć? Taka nasza dola, że krzywdzą nas, że nam burzą gniazda...
Chodź do mnie, polecimy do mojego gniazdka i tam będziemy wspólnie twoje dzieci żałować...
Ja cię nie opuszczę w niedoli, droga moja, pójdź do mnie, lżej ci tam będzie cierpieć...
Głos taki cichy, rzewny posłyszała sikorka koło siebie, ktoś przytem głaskał ją po piórkach, tulił ją do maleńkiego serduszka, a serduszko to biło wielką, wielką litością dla osieroconej matki.
Podniosła główkę, odgłos współczucia dodał jej siły i spojrzała............................