"Galia jako całość dzieli się na trzy części"
Juliusz Cezar
Prawdę mówiąc, wolę cytować Churchilla. Ale wśród wszystkich dostępnych wypowiedzi wybitnego brytyjskiego polityka nie znalazłem żadnej, która by mniej pasowała do tego, co w tej książce zostanie napisane. A próbuję zdobyć mistrzostwo świata w cytowaniu najmniej odpowiednich mott, złotych myśli, aforyzmów. Z braku dobrego Churchilla musi wystarczyć rzymski dyktator. A i tak podejrzewam, że ktoś kiedyś znajdzie w tym cytacie jakieś drugie dno, ukryty głęboko sens. Niech tam! Z ludzką złośliwością i tak nie wygram!
Maria Czubaszek się ucieszyła. Bo miała to z głowy. A Wojciech Karolak naprawdę się zmartwił, kiedy książka "Każdy szczyt ma swój Czubaszek" ukazała się w księgarniach. I nie chodziło o treść, ale raczej o proces twórczy. Podobno kilka tygodni po zakończeniu pisania odbyła się mniej więcej taka rozmowa między nimi:
Karolak: - Kiedy Artur przyjdzie?
Czubaszek: - A co ty się tak stęskniłeś?
Karolak: - No bo jak przychodził, to i mnie czasami coś skapnęło.
Chodzi o potrawy, które Marysia przygoto... kupowała w hinduskiej restauracji i podgrzewała na każde moje przyjście. Najpierw była kawa, stolik zastawiony słodyczami i owocami, potem wjeżdżało hinduskie danie, na koniec lody albo ciasto. A najczęściej i lody, i ciasto. I tak za każdym razem. Żeby tylko zająć się czymś innym, żeby nie pytał o wspomnienia z młodości. Przy okazji wyszło na jaw, że mówiąc o braku zdolności kucharskich, że jakoby potrafi tylko przygotować parówki, bezczelnie kłamie. Świetnie podgrzewa gotowe dania! Uważam, że powinna mieć swój program w telewizji, w którym uczyłaby perfekcyjnego podgrzewania potraw.
Druga część rozmowy, tym razem w rozszerzonym o Karolaka gronie, powstała więc z troski o kulinarny poziom życia jednego z najwybitniejszych polskich muzyków jazzowych.
Informacja dla tych, którzy czytają przez przypadek - bohaterami tej książki są:
Czubaszek, Maria - satyryczka i dziennikarka, jak sama siebie określa - autorka rozrywkowa, o której napisano już wiele w różnych miejscach, chociaż na przykład w "Encyklopedii Muzyki Popularnej - Jazz" nie ma o niej ani słowa. A mogłoby być pomiędzy: "Curson, Ted (trębacz)" a "Cyrille, Andrew (perkusista)".
Karolak, Wojciech - o którym w "Encyklopedii Muzyki Popularnej - Jazz" napisano prawie dwie strony, zaczynając od słów: "Ur. 28.05.1939 r. w Warszawie. Choć Karolak postrzegany jest głównie jako pianista i organista, dał się także poznać jako ciekawy kompozytor i aranżer oraz jako saksofonista...". Opublikowano nawet jego zdjęcie, w przeciwieństwie do następującego po Karolaku "Kawasaki, Ryo (gitarzysta)", o którym napisano dużo mniej i bez fotografii.
Przystępując do pracy nad tą książką, po raz kolejny przekonałem się, że materiałów nie można szukać po omacku. Na przykład w listach Johna Lennona i Yoko Ono nie znalazłem wzmianki na temat naszych bohaterów. Ale już we wspomnieniach Michała Urbaniaka pojawiają się częściej, na przykład: "Karolak był zakochany i chciał czym prędzej wracać do Warszawy, gdzie czekała na niego narzeczona - Maria Czubaszek" (A. Makowiecki "Ja, Urbanator"). A tak w ogóle to najlepiej zapytać ich samych. I tak się zaczęła druga seria gastronomiczno-towarzyskich spotkań na warszawskim Mokotowie. Kawa, słodycze, owoce, podgrzane danie (restaurację hinduską zamknęli, więc pojawiły się tradycyjne dania kuchni polskiej, na przykład de volaille), ciastka, lody. A właśnie! Okazało się, że talent kulinarny Marii Czubaszek bardzo się rozwinął. Po pierwsze potrafi chronić orzeszki przed kurzem. Przy okazji którejś wizyty, kiedy Marysia stała w kuchni i podgrzewała, Wojtek zapytał:
- A orzeszki odkurzyłaś?
- Przecież one stoją tam pod kwiatami, tam są zasłony... - odpowiedziała Marysia.
Wtedy uświadomiłem sobie, że nie wyjadam, za każdym razem, gdy u nich jestem, orzeszków, które w małej miseczce stoją zawsze obok lodów, kawy i ciastek. Zostają, więc czekają na następną wizytę. A żeby się nie kurzyły, trzeba je postawić "tam pod kwiatami, tam są zasłony...".
Po drugie Marysia - do wszystkiego dodaje koperek. De volaille z koperkiem, do tego ziemniaki z koperkiem i surówka z dodatkiem koperku. Musiałem szybko chwytać filiżankę kawy, żeby i tam nie dosypała. Uważam, że po zakończeniu show "Maria Czubaszek podgrzewa, co popadnie" powinna rozpocząć cykl programów telewizyjnych "Maria Czubaszek dosypuje koperek".
Podczas tych wizyt odkryłem również wynalazek kulinarny Wojciecha Karolaka. Mianowicie do truskawek, które od czasu do czasu pojawiały się jako deser po potrawach z koperkiem, podawana była zawsze mała buteleczka. Nie używałem, ale w końcu zapytałem, co to takiego. Marysia odpowiedziała, że Wojtek zawsze polewa truskawki sosem... truskawkowym. Moja sugestia, że w takim razie pomidory można by polewać przecierem pomidorowym, spotkała się z żywym zainteresowaniem Wojtka i nie zdziwiłbym się, gdyby została wprowadzona w życie.
W mieszkaniu panuje ciemność (bo nie lubią zapalać światła, a okna mają stale zasłonięte). I papierosy panują. I telewizor. Wielki. Na pewno ma tyle cali, ile centymetrów ma pół Karolaka. Telewizora właściwie nie wyłączają. Stale nastawiony na program informacyjny. Czasem udało mi się uprosić o przyciszenie głosu. Co zresztą też było okazją do żartu. Oto zapis pewnej rozmowy:
Czubaszek (do Karolaka przyciszającego pilotem telewizor): - Co ty robisz?
Karolak: - Przyciszam telewizor.
Czubaszek: - Ale komórką?
Karolak: - Oczywiście, że komórką. Ty nie potrafisz telefonem przyciszyć telewizora?
Czubaszek: - A moim też można?
Świadkiem powyższej sceny byłem osobiście, tę poniższą znam tylko z opowieści. Marysia przysnęła w fotelu przed telewizorem (tak zwany skrętek fotelowy), Wojtek potrzebował jakiejś kasety wideo leżącej gdzieś w pobliżu telewizora. Nie chcąc jej obudzić, podszedł po cichu, oświetlając sobie miejsce składowania kaset latarką. Marysia się budzi. Przestraszona.
Czubaszek: - Jezu! Co to?! Co ty robisz?!
Karolak: - Naświetlam kasety wideo.
Czubaszek: - Po co?
Karolak: - To ty nie wiesz, że kasety wideo trzeba raz na jakiś czas naświetlić latarką? Żeby nie zniknęły nagrania.
Marysia z pełną powagą przyjęła do wiadomości informację pochodzącą z tak pewnego źródła.
Telewizor podczas naszych rozmów był włączony stale. Później, podczas odsłuchiwania nagrań z dyktafonu, trafiałem czasem na jakąś wiadomość podawaną przez prezentera albo komentarz niemający żadnego związku z tematem rozmowy (najczęściej dotyczący polityka, którego twarz pojawiła się właśnie na ekranie). Najżywsze reakcje dotyczyły pojawiających się na ekranie zwierząt. "O, jaki piesek!", "O, jaki konik!", "O, jaki osiołek!" - gdyby ktoś postronny posłuchał tych nagrań, mógłby dojść do wniosku, że to odgłosy przedszkola albo ogrodu zoologicznego. A to mieszkanie satyryczki i muzyka jazzowego! Chociaż... Przecież tak naprawdę to mieszkanie Zająca i Zajączki. Tak się do siebie zwracają.
Spotykaliśmy się niezbyt często. Raz na tydzień, czasem rzadziej. Tylko wtedy, gdy udało się zebrać całą trójką. I kiedy cała trójka w miarę nie śpi. Czyli tak po 20.00, bo Karolak wstaje koło 18.00. Doszedłem do wniosku, że tylko takie wspólne rozmowy mają sens. Łatwo nie było. Wojtek jeździ po kraju i grywa albo nagrywa. Marysia, po sukcesie książki "Każdy szczyt ma swój Czubaszek", ruszyła w Polskę i odbyła setki spotkań autorskich w bibliotekach, domach kultury i przeróżnych klubach. W kilku jej towarzyszyłem. Przychodziły tłumy. Ludzie świetnie bawili się, słuchając jej opowieści. Zadawali pytania. Zazwyczaj na wszystkie potrafiła błyskotliwie odpowiedzieć. Ale pamiętam jedno, które wprawiło ją w osłupienie. Podczas spotkania w Łodzi opowiedziała o dziesiątkach par butów, które dostawała od męża w prezencie, a wielu z nich do dziś nawet nie włożyła i leżą w szafie. Na co jeden ze słuchaczy zareagował pytaniem:
- A nie myślała pani nigdy, żeby otworzyć boks na ptaku?
Z osłupienia wyszła dopiero kilka godzin później, kiedy w drodze powrotnej do Warszawy wyjaśniłem jej, że w tym przypadku "Ptak" należało usłyszeć z wielkiej litery. Że to nazwa znanego podłódzkiego centrum handlowego i bazaru. Mam trochę takich opowieści z podróży i stacjonarnych spotkań z Marysią. Trochę mniej związanych z Wojtkiem, bo z nim nie podróżuję. Te, które sobie przypomnę, będę co jakiś czas wtrącał. W formie krótkich notatek. Pomyślałem nawet, że na cześć zacytowanego wyżej pytania te historie nazwałbym "Boks Na Ptaku". Umówmy się więc, że jeśli gdziekolwiek w tej książce znajdzie się hasło "Boks Na Ptaku", to będą to luźne dygresje, opisy niewynikające bezpośrednio z naszej rozmowy, czasem tylko z lekka do niej nawiązujące.
Zastanawiałem się, jak nazwać ten gatunek literacki. Nie jest to biografia. Nie jest to dokument. Chociaż elementy i jednego, i drugiego niewątpliwie zawiera. "Rozmowa z elementami"? A może lepiej tego nie nazywać, nie zastanawiać się nad tym, co to jest, tylko napisać? I mam nadzieję, że z tego czegoś wyniknie, jakimi są dla siebie ludźmi, jaki rodzaj więzi jest między nimi. Dlaczego, mimo że ona ma do instytucji małżeństwa stosunek żartobliwy, a on nie jest w stanie jej do niczego zmusić, są ze sobą już kilkadziesiąt lat?
Zanim zacząłem wypytywać o prawdziwe życiorysy, poprosiłem o napisanie wymarzonych. Jak wyglądałoby ich życie, gdyby sami mogli o nim w pełni decydować? Oto efekt: