Boję się zmienić pracę
INTRORozdział 1 - Czy naprawdę chcesz odejść?Rozdział 2 - Bezpieczeństwo, które czasem tylko tak wyglądaRozdział 3 - Twój mózg nie lubi przeprowadzekRozdział 4 - Czekanie na pewność, która nie przyjdzieRozdział 5 - Przestań negocjować z własnym lękiemRozdział 6 - Pułapka lojalnościRozdział 7 - Idealna chwila nie istniejeRozdział 8 - Nie składaj wypowiedzenia po złym wtorkuRozdział 9 - Zbuduj wyjście, zanim z niego skorzystaszRozdział 10 - Szukaj pracy jak człowiek, który jeszcze ją maRozdział 11 - Rozmowa rekrutacyjna to nie przesłuchanieRozdział 12 - Sprawdź firmę, zanim firma sprawdzi ciebie do końcaRozdział 13 - Jak porównać ofertę z tym, co już maszRozdział 14 - Negocjuj, zanim powiesz "tak"Rozdział 15 - A jeśli rynek nie chce współpracować?Rozdział 16 - Dostałeś dobrą ofertę. Teraz naprawdę zaczynasz się baćRozdział 17 - Co zrobić, kiedy po zmianie dopada cię "stara praca była lepsza"Rozdział 18 - Nie zamieniaj nowej pracy w nowe więzienieRozdział 19 - Zostań, jeśli chcesz. Nie dlatego, że się boiszRozdział 20 - Drzwi są lżejsze, niż wyglądały
Title Page
Cover
Table of Contents
INTRO
Jest niedziela, godzina 19:43. Jeszcze teoretycznie masz weekend, ale organizm już otrzymał oficjalną informację, że jutro trzeba iść do pracy. Kawa nagle smakuje trochę gorzej, serial przestaje wciągać, a w głowie rozpoczyna się tradycyjny festiwal myśli pod hasłem: "Może tym razem w poniedziałek wydarzy się cud". Nie wydarzy się. Twój szef nie obudzi się jutro z nową osobowością, kolega, który od trzech lat "wraca do ciebie z tematem", prawdopodobnie nadal nie wróci, a spotkanie o spotkaniu dotyczącym kolejnego spotkania pozostanie ważnym elementem strategii firmy. Wiesz to. I mimo wszystko następnego ranka wstajesz, ubierasz się i jedziesz tam znowu.
Bo przecież jest bezpiecznie.
Pensja wpływa. Mniej więcej wiadomo kiedy. Znasz ludzi, procedury, drukarkę, która zacina się tylko przy ważnych dokumentach, oraz dokładną lokalizację miejsca w kuchni, gdzie ktoś od sześciu miesięcy przechowuje trzy samotne saszetki zielonej herbaty. Wiesz, kto czego nie zrobi, komu czego nie mówić i które "szybkie pięć minut" w kalendarzu oznacza w praktyce czterdzieści siedem. Praca może cię męczyć, frustrować, nudzić albo powoli przerabiać na człowieka, który w piątek o 16:58 patrzy na zegarek z intensywnością kontrolera lotów, ale jest przewidywalna.
A przewidywalne piekło ma jedną ogromną przewagę nad nieznanym światem.
Znasz rozkład temperatur.
Myśl o zmianie pracy pojawia się zwykle niewinnie. Ktoś znajomy mówi, że przeszedł do innej firmy. Widzisz ofertę. Dostajesz wiadomość od rekrutera. Albo któregoś dnia siedzisz przed monitorem, słuchasz kolejnej dyskusji o czymś, co można było załatwić jednym e-mailem, i nagle dociera do ciebie, że nie chcesz spędzić następnych pięciu lat dokładnie w ten sposób. Przez chwilę pojawia się energia. "Dobra. Zmieniam pracę." Otwierasz portal z ofertami. Czytasz pierwszą. Druga wygląda interesująco. Trzecia nawet bardzo.
A potem mózg wchodzi do pokoju z segregatorem zatytułowanym MOŻLIWE KATASTROFY.
A co, jeśli nowa firma będzie gorsza? Co, jeśli sobie nie poradzisz? Co, jeśli trafisz na fatalnego szefa? Co, jeśli obiecają jedno, a będzie drugie? Co, jeśli podczas okresu próbnego podziękują ci za współpracę? Co, jeśli stracisz stabilność? Co, jeśli będziesz żałować? Co, jeśli nowi ludzie będą dziwni?
To ostatnie jest szczególnie zabawne, jeśli obecnie pracujesz z ludźmi, których zachowanie od lat opisujesz znajomym słowami: "Nie uwierzysz, co dzisiaj zrobił".
Lęk przed zmianą pracy nie musi oznaczać, że jesteś tchórzem, brakuje ci ambicji albo zostałeś biologicznie zaprogramowany do zajmowania tego samego biurka aż do emerytury. Znacznie częściej oznacza coś prostszego: obecne ryzyko znasz, a przyszłego nie. Człowiek zadziwiająco łatwo przyzwyczaja się do dyskomfortu, jeśli jest regularny. Zły poniedziałek o ósmej rano jest przynajmniej znajomym złym poniedziałkiem. Nowa praca natomiast przychodzi bez instrukcji obsługi. Może być znacznie lepsza. Może być podobna. Może być gorsza. I właśnie ten brak gwarancji sprawia, że nawet osoba rozsądna zaczyna traktować wysłanie CV tak, jakby miała właśnie zrzucić spadochron i wyskoczyć z samolotu nad nieznanym kontynentem.
Tyle że wysłanie CV to nie wypowiedzenie.
Rozmowa rekrutacyjna to nie ślub.
A sprawdzenie, jakie masz możliwości, nie oznacza, że jutro o dziewiątej musisz wejść do gabinetu szefa, położyć identyfikator na biurku i odejść w zwolnionym tempie przy muzyce z filmu akcji.
To jedna z najważniejszych rzeczy, które będziemy w tej książce rozbrajać: twój mózg często przedstawia zmianę pracy jako jeden gigantyczny skok. Dzisiaj masz etat, jutro stoisz na ulicy z kartonem, rośliną doniczkową i pytaniem, gdzie popełniłeś błąd. Tymczasem rozsądna zmiana zawodowa składa się z wielu małych decyzji. Możesz najpierw sprawdzić rynek. Zaktualizować CV. Porozmawiać z kilkoma firmami. Dowiedzieć się, ile naprawdę jesteś wart. Sprawdzić warunki. Zadać niewygodne pytania. Porównać ryzyka. Policzyć finansową poduszkę bezpieczeństwa. Dopiero później zdecydować, czy gdziekolwiek idziesz.
Nie musisz wysadzać mostu, żeby sprawdzić, co jest po jego drugiej stronie.
Problem polega na tym, że wiele osób robi dokładnie odwrotnie. Latami nie sprawdzają żadnych możliwości, ponieważ nie są jeszcze "gotowe odejść". Czekają na magiczny moment pewności. Taki dzień, kiedy obudzą się rano i pomyślą: "Tak. Dzisiaj jestem całkowicie spokojny przed zmianą pracy, nie mam żadnych wątpliwości, rynek gospodarczy jest przewidywalny, wszyscy przyszli szefowie zostali sprawdzeni, a wszechświat przesłał mi podpisane zaświadczenie, że wszystko się uda".
Dokument oczywiście nie przychodzi.
Przychodzi za to kolejny poniedziałek.
I kolejny.
W pewnym momencie stabilność przestaje być bezpieczeństwem, a zaczyna być ceną, którą płacisz za unikanie decyzji. Możesz mieć stałą pensję, znajome obowiązki i jednocześnie codziennie tracić energię, rozwój, ciekawość, poczucie wpływu albo zwyczajną radość z tego, że spora część twojego życia nie wygląda jak oczekiwanie na piątek. To nie oznacza, że każdą trudną pracę należy natychmiast rzucać. Czasem problem można naprawić bez zmiany firmy: negocjując zakres obowiązków, wynagrodzenie, sposób współpracy, stanowisko czy granice. Czasem najlepszą decyzją rzeczywiście jest zostać.
Ale zostać dlatego, że dokonałeś wyboru, to zupełnie co innego niż zostać dlatego, że boisz się sprawdzić drzwi.
Ta książka nie będzie cię przekonywać, że "musisz wyjść ze strefy komfortu", ponieważ to zdanie zrobiło już wystarczająco dużo nadgodzin w internecie. Nie będziemy też udawać, że każda zmiana jest dobra, ryzyko nie istnieje, a wystarczy "uwierzyć w siebie". Rachunek za mieszkanie wykazuje zaskakująco małe zainteresowanie twoją nową energią życiową. Dlatego zamiast romantycznych skoków w nieznane zajmiemy się czymś mniej widowiskowym i znacznie skuteczniejszym: rozsądnym przygotowaniem zmiany.
Zobaczysz, jak odróżnić zwykły strach przed nowym od realnych powodów, żeby zostać. Jak sprawdzić, czy naprawdę potrzebujesz nowej pracy, czy raczej nowych warunków w obecnej. Jak badać rynek bez składania wypowiedzenia po pierwszym przypływie odwagi. Jak przygotować finanse, CV, rozmowy i pytania do potencjalnego pracodawcy. Jak rozpoznać czerwone flagi, zanim podpiszesz umowę, zamiast trzy tygodnie później odkrywać, że "dynamiczne środowisko" oznacza chaos, a "jesteśmy jak rodzina" oznacza, że ktoś będzie pisał do ciebie w niedzielę o 22:14.
Będziemy też rozmawiać o tym, co dzieje się później, kiedy oferta naprawdę się pojawi i nagle teoria zamienia się w decyzję. Bo właśnie wtedy człowiek potrafi przez miesiące marzyć o odejściu, przejść pięć etapów rekrutacji, dostać lepszą pensję, ciekawsze stanowisko i korzystniejsze warunki, po czym usiąść w kuchni i powiedzieć:
"Nie wiem. Tutaj przynajmniej wiem, że jest źle."
To zdanie jest właściwie całym problemem w pigułce.
Nieznane nigdy nie da ci takiego poczucia pewności jak coś, co znasz od lat. Dlatego celem nie będzie osiągnięcie stuprocentowej pewności. Celem będzie zdobycie wystarczającej ilości informacji, przygotowanie zabezpieczeń i podjęcie decyzji, którą potrafisz przed sobą uzasadnić. Bez heroizmu. Bez rzucania laptopem. Bez publikowania na LinkedInie historii zaczynającej się od "Po dziesięciu niezwykłych latach nadszedł czas na nowy rozdział", jeśli jedyną rzeczą, o której naprawdę marzysz, jest trzytygodniowy urlop i żeby nikt do ciebie nie dzwonił.
Zmiana pracy nie musi być skokiem z klifu.
Może być przejściem przez drzwi, które najpierw dokładnie obejrzysz, sprawdzisz klamkę i upewnisz się, że po drugiej stronie nie stoi człowiek mówiący "u nas nadgodzin właściwie nie ma", mrugając przy tym podejrzanie często.
Jeśli więc tkwisz dziś w miejscu, którego nie lubisz, ale boisz się odejść, nie będziemy cię wypychać.
Najpierw sprawdzimy, czy rzeczywiście warto otworzyć drzwi.
A potem zrobimy wszystko, żebyś nie musiał wychodzić przez okno.
Rozdział 1 - Czy naprawdę chcesz odejść?
We wtorek o 10:17 jesteś gotów rzucić pracę. O 10:31 emocje trochę opadają. O 11:05 kolega przynosi ci kawę, o 12:20 udaje się wreszcie zamknąć irytujący temat, a o 15:40 przypominasz sobie, że za dwa tygodnie wypłata. Wieczorem myślisz: "Może jednak przesadzam".
W środę sytuacja się powtarza.
W piątek firma jest już prawie cudowna, ponieważ weekend znajduje się na tyle blisko, że nawet człowiek od comiesięcznego raportu przestaje wydawać się zagrożeniem dla cywilizacji.
To pierwszy problem z decyzją o zmianie pracy: emocje są fatalnym systemem pomiarowym, jeśli korzystasz z nich pojedynczo. Jeden koszmarny dzień nie oznacza, że musisz odejść. Jeden dobry dzień nie oznacza, że powinieneś zostać. Potrzebujesz czegoś więcej niż poniedziałkowej furii albo piątkowego optymizmu napędzanego wizją dwóch dni bez Teamsa.
Najpierw więc ustalmy rzecz podstawową: czy problemem rzeczywiście jest praca?
Bo czasami nie jest.
Możesz być przemęczony po trudnym kwartale. Możesz mieć konflikt z jedną osobą. Możesz od kilku miesięcy pracować przy projekcie, którego szczerze nie znosisz, ale który zaraz się kończy. Możesz dostać nowego przełożonego i jeszcze nie wiedzieć, czy współpraca będzie katastrofą, czy jedynie początkowo niezręcznym tańcem dwóch ludzi próbujących ustalić, kto właściwie za co odpowiada.
Możesz też po prostu mieć trzy fatalne tygodnie.
I nie warto podejmować kilkuletniej decyzji zawodowej na podstawie trzech tygodni, podczas których jednocześnie zepsuł ci się samochód, dziecko kaszlało przez pół nocy, a firma postanowiła wdrożyć nowy system dokładnie wtedy, kiedy stary zacząłeś wreszcie rozumieć.
Nowy system oczywiście reklamowany jest jako "intuicyjny".
To znaczy, że instrukcja ma dziewięćdziesiąt cztery strony.
Zanim nazwiesz pracę piekłem
Zrób prosty test. Nie pytaj siebie:
"Czy lubię swoją pracę?"
To pytanie jest zbyt ogólne. Można lubić ludzi i nienawidzić obowiązków. Można lubić obowiązki i nie znosić firmy. Można zarabiać świetnie i codziennie czuć, że człowiek wymienia osiem godzin życia na pieniądze oraz dostęp do firmowej drukarki.
Rozbij problem na części.
Przez dwa tygodnie, najlepiej po każdym dniu pracy, oceń od 0 do 10 pięć obszarów:
poziom energii po pracy, - stres związany z samą pracą, - poczucie sensu lub użyteczności, - relacje z przełożonym i zespołem, - warunki: wynagrodzenie, czas, elastyczność, rozwój.
Nie musisz tworzyć arkusza kalkulacyjnego z wykresem kołowym, dashboardem i analizą predykcyjną. Wystarczy notatka w telefonie.
Poniedziałek: energia 3, stres 8, sens 4, ludzie 6, warunki 5.
Wtorek: energia 4, stres 7, sens 4, ludzie 5, warunki 5.
Po kilkunastu dniach zaczniesz widzieć coś ważniejszego niż chwilowe emocje: wzorzec.
Jeżeli niemal każdego dnia energia kończy na poziomie rozładowanego pilota, stres jest wysoki, nie widzisz sensu, relacje są trudne, a warunki przeciętne, to problem raczej nie polega na jednym kiepskim poniedziałku.
Jeśli natomiast większość pracy oceniasz dobrze, ale jedna rzecz regularnie niszczy cały obraz, być może nie potrzebujesz nowego pracodawcy.
Być może potrzebujesz jednej konkretnej zmiany.
I to jest dobra wiadomość, bo zmiana jednego elementu jest zazwyczaj tańsza niż wymiana całego życia zawodowego na nowy model.
Oddziel firmę od stanowiska
Bardzo często człowiek mówi:
"Mam dość tej firmy".
A po chwili okazuje się, że tak naprawdę ma dość jednego typu zadań.
Albo jednego szefa.
Albo braku pracy zdalnej.
Albo wynagrodzenia.
Albo faktu, że od czterech lat robi właściwie to samo i jego największym zawodowym osiągnięciem ostatniego kwartału było odkrycie, że można skopiować poprzednią prezentację i zmienić datę.
Dlatego zadaj sobie trzy osobne pytania.
Czy nadal chcę wykonywać ten rodzaj pracy?
Jeżeli lubisz samą specjalizację, ale nie miejsce, w którym ją wykonujesz, zmiana firmy ma sens.
Czy chcę pracować w tej firmie?
Jeżeli firma daje ci sensowne możliwości, ale konkretne stanowisko już cię dusi, być może wystarczy zmiana zespołu, roli albo zakresu obowiązków.
Czy chcę pracować w taki sposób?
To trzecie pytanie bywa najważniejsze. Możesz nie mieć problemu ani z zawodem, ani z firmą. Możesz mieć problem z pięcioma dniami w biurze, ciągłym byciem pod telefonem, delegacjami, zmianowością, brakiem autonomii albo harmonogramem ułożonym tak, jakby twoje życie prywatne było ciekawym dodatkiem do zatrudnienia.
Te trzy pytania chronią przed klasycznym błędem: zmianą firmy bez zmiany problemu.
Bo jeśli twoim prawdziwym problemem jest to, że nie znosisz sprzedaży, przejście z firmy A do firmy B na stanowisko sprzedażowe może przynieść krótką euforię. Nowy laptop. Nowi ludzie. Nowy kubek w kuchni.
Po trzech miesiącach nadal sprzedajesz.
Tylko z inną stopką w e-mailu.
Co dokładnie cię męczy?
Spróbuj dokończyć zdanie:
"Gdyby w mojej obecnej pracy zmieniła się jedna rzecz, najbardziej chciałbym, żeby..."
Nie zastanawiaj się dziesięć minut. Pierwsza sensowna odpowiedź zwykle jest bardzo cenna.
"...żeby szef przestał kontrolować każdy drobiazg."
"...żebym zarabiał więcej."
"...żebym mógł pracować dwa dni z domu."
"...żebym nie prowadził tego typu projektów."
"...żebym wreszcie dostał odpowiedzialność odpowiednią do doświadczenia."
"...żeby ludzie nie pisali do mnie wieczorami."
Jeżeli pojawia się jedna dominująca rzecz, masz hipotezę do sprawdzenia.
Jeżeli pojawia się siedemnaście rzeczy i w połowie odpowiedzi używasz słów, których nie wypada drukować w poradniku, sytuacja jest nieco bardziej czytelna.
Nie oznacza to jeszcze: "odchodzę".
Oznacza: "problem jest systemowy, a nie incydentalny".
Test naprawialności
Zanim zaczniesz wysyłać CV, sprawdź, czy główne problemy są naprawialne.
Weź trzy rzeczy, które najbardziej ci przeszkadzają, i przy każdej odpowiedz:
Czy mam na to realny wpływ? 2. Czy firma ma interes, żeby to zmienić? 3. Czy próbowałem o tym konkretnie rozmawiać? 4. Czy dostałem jakąkolwiek obietnicę, termin albo działanie? 5. Czy podobne problemy wracają mimo wcześniejszych rozmów?
Załóżmy, że problemem jest przeciążenie.
Jeżeli nigdy nie powiedziałeś przełożonemu, że masz za dużo zadań, a zamiast tego przez pół roku heroicznie wszystko przyjmowałeś, po czym wieczorem opowiadałeś domownikom, jak bardzo firma cię wykorzystuje, warto najpierw przeprowadzić jedną konkretną rozmowę.
Nie dlatego, że firma na pewno wszystko naprawi.
Dlatego, że dobrze wiedzieć, czy w ogóle próbowała.
Możesz powiedzieć:
"Mam obecnie pięć zadań o wysokim priorytecie. Realnie jestem w stanie dobrze dowieźć trzy. Potrzebuję ustalić, które dwa przesuwamy albo komu je przekazujemy."
To jest znacznie skuteczniejsze niż:
"Mam trochę dużo na głowie."
"Trochę dużo" w języku firmowym potrafi oznaczać wszystko od trzech e-maili po człowieka znajdującego się pięć minut od ucieczki w Bieszczady.
Konkret daje szansę na reakcję.
Jeżeli reakcją jest:
"Rozumiem. Przeorganizujmy to",
sytuacja może być naprawialna.
Jeżeli reakcją jest:
"Wszyscy mają dużo, musisz lepiej zarządzać czasem",
a następnie otrzymujesz dwa kolejne zadania, też dostałeś odpowiedź.
Tylko mniej przyjemną.
Uważaj na chwilowe lekarstwa
Niektóre rzeczy sprawiają, że zła praca przez moment wydaje się całkiem dobra.
Premia.
Urlop.
Nowy projekt.
Zmiana biurka.
Wyjazd integracyjny w hotelu, gdzie człowiek przez dwa dni udaje, że escape room rozwiązał problemy komunikacyjne zespołu.
To może poprawić atmosferę, ale nie musi naprawiać przyczyny.
Jeżeli po każdym urlopie potrzebujesz dwóch dni, żeby znów zacząć myśleć o odejściu, urlop prawdopodobnie nie rozwiązuje problemu. Po prostu daje ci przerwę od niego.
Podobnie działa podwyżka.
Jeśli główną przyczyną frustracji są pieniądze, wyższa pensja może realnie zmienić sytuację.
Jeśli nienawidzisz obowiązków, nie masz wpływu, szef traktuje cię jak podejrzanego, a pracę kończysz codziennie z napięciem w karku i przekonaniem, że ludzkość jednak przeceniła korzyści z wynalezienia korporacji, dodatkowe 700 zł netto może wystarczyć na kilka miesięcy.
Potem będziesz nienawidził tej samej pracy.
Trochę drożej.
Test roku
Wyobraź sobie coś bardzo mało romantycznego.
Nic się nie zmienia.
Nie awansujesz. Szef pozostaje ten sam. Zakres obowiązków pozostaje podobny. Wynagrodzenie rośnie tylko symbolicznie. Firma działa dokładnie tak jak dziś.
Mija rok.
Jak reagujesz?
Jeżeli czujesz coś w rodzaju:
"W sumie w porządku. Nie idealnie, ale mogę tak funkcjonować",
to być może nie jesteś w sytuacji alarmowej. Możesz spokojnie badać możliwości bez presji.
Jeśli natomiast sama wizja kolejnych dwunastu miesięcy powoduje, że mentalnie zaczynasz liczyć dni robocze do emerytury, warto potraktować to poważniej.
Nie chodzi o katastrofizowanie.
Chodzi o cenę bezczynności.
Ludzie bardzo dokładnie analizują ryzyko zmiany, a zadziwiająco rzadko analizują ryzyko pozostania. Tymczasem pozostanie również jest decyzją. Ma swoje konsekwencje, koszty i potencjalne straty.
Jeśli przez kolejne trzy lata nie nauczysz się niczego nowego, twoja pozycja na rynku może osłabnąć.
Jeśli przeciążenie trwa długo, możesz mieć coraz mniej energii na jakąkolwiek zmianę.
Jeśli wynagrodzenie wyraźnie odstaje od rynku, każdy kolejny rok może powiększać różnicę.
Jeśli praca odbiera ci większość sił, cenę płacisz również po godzinach.
To nadal może być rozsądna cena.
Ale dobrze wiedzieć, że istnieje.
Najprostsza wersja na dziś
Jeżeli nie masz energii na analizę kariery, plan pięcioletni i rozmowę z mentorem siedzącym na skórzanym fotelu przy biblioteczce, zrób tylko jedno.
Weź kartkę i napisz dwie kolumny:
CHCĘ ZOSTAĆ, BO...
CHCĘ ODEJŚĆ, BO...
Po pięć punktów.
Nie pisz tego, co brzmi rozsądnie. Napisz prawdziwe powody.
"Chcę zostać, bo mam dobrą pensję."
To jest powód.
"Chcę zostać, bo znam ludzi."
Też.
"Chcę zostać, bo boję się, że gdzie indziej będzie gorzej."
To również jest powód. Tylko ważne, żeby nazwać go poprawnie.
Bo strach nie staje się argumentem tylko dlatego, że założy garnitur i przedstawi się jako "stabilność".
Z drugiej strony:
"Chcę odejść, bo dziś szef mnie zdenerwował"
nie jest jeszcze mocnym powodem.
"Od roku mam obiecany awans, termin był przesuwany trzy razy, obowiązki już wykonuję, ale wynagrodzenie i stanowisko nie zostały zmienione"
jest.
Im bardziej konkretnie opiszesz sytuację, tym mniej miejsca zostawiasz lękowi, żeby sam napisał ci całą historię.
Na końcu nie musisz podejmować decyzji.
Masz tylko odpowiedzieć na jedno pytanie:
Czy chcę naprawić tę pracę, czy zacząć sprawdzać alternatywy?
To wystarczy.
Nie składasz wypowiedzenia.
Po prostu przestajesz udawać, że problem rozwiąże się sam podczas kolejnego długiego weekendu.
Rozdział 2 - Bezpieczeństwo, które czasem tylko tak wygląda
Masz umowę. Dostajesz pensję. Wiesz, gdzie jutro rano masz się pojawić. Wszystko wydaje się stabilne.
I właśnie dlatego mózg bardzo lubi obecne miejsce pracy.
Nie dlatego, że jest fantastyczne.
Dlatego, że już istnieje.
Znane rzeczy mają u człowieka ogromną przewagę nad rzeczami potencjalnie lepszymi. Stary fotel może być niewygodny, ale przynajmniej dokładnie wiesz, gdzie wbija ci się sprężyna. Nowy fotel mógłby być wygodniejszy, ale kto wie? Może będzie za miękki. Może za twardy. Może przyjedzie w siedemdziesięciu trzech częściach z instrukcją narysowaną przez człowieka, który nigdy wcześniej nie widział fotela.
Podobnie traktujemy pracę.
"Tutaj przynajmniej wiem, czego się spodziewać."
To prawda.
Pytanie brzmi: czy to naprawdę bezpieczeństwo, czy tylko znajomość problemu?
Znane ryzyko wydaje się mniejsze
Jeżeli twój szef ma zwyczaj zmieniać zdanie w ostatniej chwili, po pewnym czasie zaczynasz to przewidywać. Przygotowujesz plan B. Nie wysyłasz pliku za wcześnie. Zachowujesz poprzednią wersję. Wiesz, że kiedy mówi "to już ostateczna decyzja", należy spokojnie poczekać do jutra.
Problem nadal istnieje.
Ty po prostu stałeś się jego specjalistą.
Podobnie jest z chaosem, nadgodzinami, dziwnymi procedurami czy słabą komunikacją. Po kilku latach rozwijasz cały zestaw umiejętności przetrwania. Wiesz, którego spotkania nie warto traktować poważnie, z kim wszystko trzeba potwierdzić e-mailem i kiedy najlepiej nie odbierać telefonu.
To daje poczucie kontroli.
Nowa praca tej kontroli nie daje, ponieważ nie znasz jeszcze zasad.
Dlatego obecna firma może wyglądać bezpieczniej nawet wtedy, gdy obiektywnie ma wiele wad.
Mózg dokonuje wtedy dość kreatywnego porównania:
obecną pracę ocenia na podstawie tego, co wie,
a nową na podstawie wszystkiego, co może pójść źle.
To trochę jak porównywanie własnego mieszkania z hotelem, którego jeszcze nie zarezerwowałeś.
W domu odpada tynk w łazience, sąsiad wierci w ścianie w sobotę o 7:12, a kaloryfer wydaje dźwięki przypominające komunikację wielorybów.
Ale hotel?
Hotel może mieć fatalne śniadania.
Ryzyko nieporównywalne.
"Stabilna firma" nie znaczy "stabilne życie"
Słowo "stabilność" jest w pracy używane bardzo szeroko.
Stabilna może być firma z długoletnią historią.
Stabilne może być zatrudnienie.
Stabilny może być dochód.
Stabilna może być branża.
Ale to nie są dokładnie te same rzeczy.
Możesz pracować w ogromnej, dochodowej firmie i stracić stanowisko w wyniku reorganizacji.
Możesz pracować w małej firmie od dziesięciu lat, ponieważ właściciel naprawdę potrzebuje twojej wiedzy.
Możesz mieć umowę na czas nieokreślony i pracować w branży, która właśnie przechodzi gwałtowną zmianę.
Możesz też mieć poczucie bezpieczeństwa wyłącznie dlatego, że przez ostatnich siedem lat nic złego się nie wydarzyło.
Historia bardzo lubi przypominać ludziom, że zdanie "u nas redukcji nigdy nie było" jest prawdziwe dokładnie do pierwszej redukcji.
Nie chodzi o to, żeby teraz nerwowo obserwować prezesa podczas każdego spotkania i analizować, czy powiedział "efektywność" o dwa razy za dużo.
Chodzi o realistyczne rozumienie stabilności.
Żadna praca nie daje stuprocentowej gwarancji.
Dlatego prawdziwe bezpieczeństwo zawodowe warto budować również poza aktualnym pracodawcą.
Twoje bezpieczeństwo to nie logo na identyfikatorze
Wyobraźmy sobie dwie osoby.
Pierwsza pracuje od dziesięciu lat w tej samej firmie. Ma dobre stanowisko, ale od dawna nie aktualizowała CV, nie wie, ile zarabia się na rynku, nie rozmawiała z żadnym rekruterem, nie rozwija nowych kompetencji i zna przede wszystkim wewnętrzne systemy swojej organizacji.
Druga również pracuje stabilnie, ale co jakiś czas sprawdza rynek, zna swoje mocne strony, utrzymuje kontakty zawodowe, rozwija użyteczne kompetencje i ma odłożone kilka miesięcy kosztów życia.
Która z nich jest bezpieczniejsza?
Pierwsza może czuć się bezpieczniej.
Druga jest lepiej przygotowana.
To ogromna różnica.
Bezpieczeństwo zawodowe nie polega wyłącznie na tym, że masz pracę.
Polega również na tym, że gdybyś ją stracił, potrafisz znaleźć następną.
I właśnie dlatego jednym z najlepszych sposobów na zmniejszenie strachu przed zmianą pracy nie jest ciągłe przekonywanie siebie, że "trzeba być odważnym".
Jest nim zwiększenie liczby opcji.
Człowiek z jedną opcją boi się ją stracić.
Człowiek z pięcioma opcjami zaczyna negocjować.
Cztery filary prawdziwego bezpieczeństwa
Nie potrzebujesz do tego planu kariery rozpisanego do 2047 roku.
Wystarczą cztery elementy.
1. Pieniądze
Im mniejszy masz finansowy margines, tym bardziej każda zmiana pracy wygląda jak operacja na otwartym sercu wykonywana podczas jazdy autobusem.
Jeżeli utrata jednej wypłaty natychmiast powoduje problem z ratą, czynszem i podstawowymi kosztami, nic dziwnego, że nawet dobra oferta może wywoływać lęk.
Finanse nie usuwają całego ryzyka.
Kupują czas.
A czas jest podczas zmiany pracy jednym z najcenniejszych zasobów.
Nie musisz od razu zgromadzić rocznej poduszki finansowej. Jeśli dziś nie masz żadnej, pierwszym celem może być jeden miesiąc podstawowych kosztów. Potem dwa. Potem trzy.
Wersja minimum:
sprawdź, ile miesięcznie naprawdę potrzebujesz na życie bez luksusów.
Nie ile wydajesz teraz.
Ile musisz wydać.
Rata lub czynsz. Jedzenie. Media. Transport. Leki. Zobowiązania. Podstawowe koszty rodzinne.
Nie wpisuj 1600 zł na jedzenie, jeśli w tej kwocie 700 zł stanowi sushi zamawiane po dniu, w którym "już nie mam siły gotować".
Sushi jest ważne.
Nie aż tak ważne.
Taka liczba daje ci realną informację: ile kosztuje miesiąc bezpieczeństwa.
2. Kompetencje
Drugi filar brzmi mniej efektownie, ale działa świetnie.
Czy twoje umiejętności są wartościowe także poza obecną firmą?
Jeżeli przez lata nauczyłeś się głównie obsługi procesu, który istnieje wyłącznie u twojego pracodawcy, jesteś bardzo cenny wewnętrznie, ale twoja wartość może gorzej przenosić się na rynek.
Dlatego warto regularnie zadawać sobie pytanie:
"Gdybym jutro musiał zmienić firmę, za co konkretnie ktoś inny chciałby mi zapłacić?"
Za prowadzenie zespołu?
Sprzedaż?
Analizę danych?
Zarządzanie projektem?
Negocjacje?
Programowanie?
Znajomość konkretnej technologii?
Budowanie procesów?
Kontakty z klientami?
Rozwiązywanie określonego typu problemów?
Im bardziej potrafisz opisać swoje kompetencje językiem rynku, a nie nazwami wewnętrznych projektów, tym lepiej.
"Prowadziłem Projekt Feniks w obszarze KDP-7B" może robić ogromne wrażenie na trzech osobach w twojej firmie.
Reszta świata potrzebuje tłumaczenia.
3. Rynek
Wiele osób nie zmienia pracy przez dziesięć lat, a potem nagle zostaje zmuszonych do szukania nowej i odkrywa, że rekrutacja nie wygląda już tak jak w 2016 roku.
To nie jest idealny moment na pierwszy rekonesans.
Sprawdzanie rynku nie oznacza zdrady pracodawcy.
Nie musisz codziennie wysyłać aplikacji. Wystarczy raz na kilka miesięcy zobaczyć:
jakie stanowiska są oferowane, - czego wymagają firmy, - jakie kompetencje pojawiają się najczęściej, - jakie widełki wynagrodzeń są dostępne tam, gdzie są publikowane, - jakie role są blisko twojego doświadczenia.
To zajmuje godzinę.
Godzinę, którą bardzo łatwo wcześniej przeznaczyłeś na oglądanie filmu "10 rzeczy, których nie wiedziałeś o lotniskach".
Teraz przynajmniej dowiesz się czegoś o własnym rynku pracy.
4. Relacje
Nie chodzi o "networking" polegający na chodzeniu z kieliszkiem po sali konferencyjnej i rozpoczynaniu rozmów od pytania:
"A ty czym się zajmujesz?"
Normalne relacje zawodowe wystarczą.
Byli współpracownicy.
Klienci.
Dostawcy.
Znajomi z branży.
Osoby, z którymi dobrze ci się pracowało.
Ludzie zmieniają firmy, awansują, budują zespoły i szukają pracowników. Im więcej osób kojarzy cię jako kogoś kompetentnego i rozsądnego, tym mniej jesteś zależny od jednego pracodawcy.
Nie musisz pisać do trzydziestu osób:
"Hej, dawno się nie odzywałem, ale właśnie aktywizuję swoją sieć zawodową".
Brzmi to trochę jak komunikat systemowy.
Wystarczy zachować normalny kontakt.
Złota klatka nadal ma kraty
Jednym z najtrudniejszych przypadków jest praca, która daje świetne warunki i jednocześnie cię unieszczęśliwia.
Dobra pensja.
Samochód.
Premia.
Pakiet medyczny.
Dodatkowe dni urlopu.
Może akcje, prywatna opieka, szkolenia, bonusy.
Im więcej firma daje, tym trudniej odejść, nawet jeśli codzienna praca dawno przestała ci odpowiadać.
To nie znaczy, że masz lekceważyć te korzyści.
Byłoby absurdalne mówić:
"Pieniądze nie mają znaczenia".
Mają.
Bank przyjmujący ratę kredytu jest w tej sprawie dość konserwatywny.
Trzeba jednak policzyć pełną cenę.
Jeżeli zarabiasz o 3000 zł więcej niż potencjalnie w spokojniejszej pracy, pytanie nie brzmi tylko:
"Czy chcę stracić 3000 zł?"
Brzmi również:
"Za co dostaję te dodatkowe 3000 zł?"
Za większą odpowiedzialność?
Za większy zakres?
Za presję?
Za częste wyjazdy?
Za bycie dostępnym po godzinach?
Za konfliktową kulturę?
Za brak czasu dla siebie?
Czasem odpowiedź będzie brzmiała:
"Tak, ta wymiana mi odpowiada".
Świetnie.
Ale wtedy zostajesz świadomie.
Nie dlatego, że złota klatka jest przypadkiem jedyną architekturą, jaką znasz.
Nie pytaj: "A co, jeśli będzie gorzej?"
To pytanie jest oczywiście rozsądne.
Tylko niepełne.
Dodaj trzy kolejne:
A co, jeśli będzie podobnie?
A co, jeśli będzie trochę lepiej?
A co, jeśli będzie znacznie lepiej?
Lęk bardzo chętnie analizuje wyłącznie pierwszy wariant.
Nowy szef może być gorszy.
Prawda.
Może też być lepszy.
Nowa firma może mieć chaos.
Prawda.
Może też mieć znacznie lepsze procesy.
Możesz żałować odejścia.
Możesz również za dwa lata żałować, że nie odszedłeś wcześniej.
Nie chodzi o pozytywne myślenie.
Chodzi o uczciwą analizę wszystkich scenariuszy.
Jeżeli bierzesz pod uwagę wyłącznie katastrofę, nie jesteś ostrożny.
Jesteś stronniczy.
Zrób własny audyt bezpieczeństwa
Oceń od 0 do 5:
mam odłożone pieniądze na nieprzewidziany okres bez pracy, - wiem, jakie kompetencje sprzedaję na rynku, - moje CV jest aktualne, - wiem mniej więcej, ile jestem wart, - znam osoby z branży poza obecną firmą, - wiem, jakie stanowiska mógłbym objąć, - w ostatnim roku nauczyłem się czegoś przydatnego również poza moją firmą, - moje bezpieczeństwo finansowe nie zależy całkowicie od najbliższej wypłaty.
Nie chodzi o zdobycie czterdziestu punktów.
Chodzi o znalezienie najsłabszego miejsca.
Jeżeli masz zero oszczędności, zacznij od pieniędzy.
Jeżeli nie wiesz, jakie masz opcje zawodowe, zacznij od rynku.
Jeżeli twoje CV pamięta jeszcze czasy, kiedy Skype był przyszłością komunikacji, zaktualizuj CV.
Jedna rzecz.
Nie osiem naraz.
Prawdziwe bezpieczeństwo buduje się kawałkami.
Najmniejszy krok
Dzisiaj zrób jedną rzecz, która sprawi, że będziesz choć odrobinę mniej zależny od obecnej pracy.
Odłóż pierwsze 200 zł poduszki.
Zapisz pięć kompetencji, za które ktoś mógłby ci zapłacić.
Sprawdź dziesięć ofert.
Napisz do dawnego współpracownika.
Popraw pierwszą połowę CV.
To nie wygląda spektakularnie.
I bardzo dobrze.
Najlepsze zabezpieczenia zawodowe rzadko wyglądają jak scena z filmu. Zazwyczaj wyglądają jak nudne działania wykonane odpowiednio wcześnie.
Dzięki nim pewnego dnia możesz spojrzeć na swoją pracę i pomyśleć:
"Mogę zostać."
A potem dodać:
"Ale nie muszę."
I właśnie to drugie zdanie jest początkiem prawdziwego bezpieczeństwa.
Rozdział 3 - Twój mózg nie lubi przeprowadzek
Wyobraź sobie, że dostajesz ofertę nowej pracy. Pensja wyższa o 15 procent. Zakres ciekawszy. Dojazd krótszy. Dwa dni pracy zdalnej. Firma wygląda sensownie, rozmowy przebiegły dobrze, ludzie sprawiali wrażenie normalnych, co podczas rekrutacji jest już pewnym osiągnięciem.
Czytasz ofertę po raz trzeci.
Wszystko się zgadza.
I wtedy pojawia się myśl:
"Ale tutaj mam już swoje miejsce parkingowe."
Mózg właśnie rozpoczął negocjacje.
Nie jest przeciwko tobie. Nie jest też szczególnie zainteresowany twoim rozwojem zawodowym. Jego podstawowym hobby jest przewidywanie zagrożeń, ograniczanie niepewności i utrzymywanie świata w stanie, który zna. Jeśli od sześciu lat codziennie jedziesz tą samą trasą, wchodzisz do tego samego budynku i wykonujesz mniej więcej znane czynności, twój układ nerwowy ma sporą część tego procesu zautomatyzowaną.
Nowa praca oznacza natomiast mnóstwo niewiadomych.
Gdzie usiądę?
Jak działa firma?
Czy dam radę?
Czy ludzie mnie polubią?
Czy będę musiał coś udowodnić?
Czy mój nowy szef okaże się normalnym człowiekiem, czy po trzech tygodniach zacznie wysyłać wiadomości zaczynające się od "mała prośba" o 21:37?
Niepewność nie musi oznaczać zagrożenia.
Mózg ma jednak zwyczaj traktować jedno i drugie jak dalekich kuzynów.
Strata boli bardziej niż potencjalny zysk cieszy
Załóżmy, że obecnie zarabiasz 10 000 zł.
Nowa firma oferuje 11 500 zł.
Teoretycznie zyskujesz 1500 zł miesięcznie.
Ale twoja głowa może nie koncentrować się na dodatkowych pieniądzach. Zamiast tego zaczyna wyliczać wszystko, co możesz stracić:
znaną atmosferę,
pozycję,
elastyczność,
pewność,
kontakty,
autorytet,
wiedzę o tym, jak działa firma,
możliwość zadzwonienia do Ani z księgowości, która zawsze wie, gdzie jest formularz, którego nikt inny nie potrafi znaleźć.
To normalny mechanizm. Psychologia od dawna opisuje zjawisko, w którym potencjalne straty odczuwamy silniej niż porównywalne zyski. Nie trzeba znać jego akademickiej nazwy, żeby zobaczyć je w praktyce.
Dostajesz 500 zł premii.
Miło.
Tracisz 500 zł.
Co za skandal, hańba, upadek cywilizacji i kto za to odpowiada?
W zmianie pracy ten mechanizm potrafi działać bardzo mocno. Nowe korzyści są hipotetyczne, bo jeszcze ich nie doświadczyłeś. Obecne rzeczy już masz, więc ich utrata wydaje się konkretna.
Dlatego analiza zmiany musi być symetryczna.
Nie pytaj tylko:
"Co mogę stracić, odchodząc?"
Dopisz:
"Co tracę, zostając?"
To bardzo niewygodne pytanie.
I właśnie dlatego jest dobre.
Możesz tracić pieniądze, jeśli od kilku lat zarabiasz poniżej rynku.
Możesz tracić rozwój.
Możesz tracić czas.
Możesz tracić energię.
Możesz tracić możliwość wejścia do branży, która za trzy lata będzie znacznie trudniej dostępna.
Możesz tracić kolejne wieczory na narzekanie o pracy, której od dawna nie próbujesz ani naprawić, ani zmienić.
Strata nie zawsze wygląda jak coś, co znika z konta.
Czasem wygląda jak coś, co nigdy się nie wydarzyło.
Im dłużej jesteś w firmie, tym więcej masz do stracenia. Pozornie
Po wielu latach w jednym miejscu pojawia się dodatkowa warstwa lęku.
Znasz system.
Znasz ludzi.
Masz reputację.
Wiesz, komu wystarczy wysłać jedno zdanie, a komu trzeba przygotować trzy slajdy, dwa wykresy i najlepiej świadka.
Nowa firma zeruje sporą część tej wygody.
Nagle jesteś nowy.
Nie wiesz, gdzie się zgłasza urlop.
Nie znasz skrótów.
Nie masz pojęcia, czy "Piotr" oznacza Piotra z finansów, Piotra z logistyki czy jeszcze jednego Piotra, którego najwyraźniej zatrudniono wyłącznie po to, żeby organizacja nigdy nie osiągnęła pełnej jasności komunikacyjnej.
To może być bardzo niekomfortowe dla kogoś, kto w obecnej pracy czuje się kompetentny.
I właśnie tutaj pojawia się ważny lęk:
"A co, jeśli w nowym miejscu okaże się, że wcale nie jestem taki dobry?"
Może przez lata zdobyłeś pozycję.
Ludzie pytają cię o zdanie.
Znasz odpowiedzi.
Nowa praca odbiera ten komfort.
Przez pierwsze tygodnie możesz pytać o rzeczy banalne. Możesz popełniać błędy. Możesz nie wiedzieć, kto podejmuje decyzję. Możesz przez dziesięć minut szukać w intranecie procedury, którą stary pracownik znajduje w czternaście sekund.
To nie oznacza utraty kompetencji.
To oznacza utratę znajomości środowiska.
Bardzo łatwo pomylić jedno z drugim.
Nie musisz od razu być dobry w byciu nowym
Ludzie czasem odrzucają świetne możliwości nie dlatego, że nie poradzą sobie z pracą, ale dlatego, że nie chcą znowu przechodzić przez etap początkującego.
To szczególnie częste u osób z dużym doświadczeniem.
Masz piętnaście lat stażu. Jesteś ekspertem. Nie chcesz nagle siedzieć na szkoleniu zatytułowanym "Witamy w firmie", oglądać filmu z prezesem spacerującym po korytarzu i dowiadywać się, że jedną z wartości organizacji jest "wspólna podróż ku doskonałości".
Spokojnie.
Film się skończy.
Prawdziwa praca też się zacznie.
Bycie nowym jest stanem przejściowym. Nie jest nową tożsamością.
Możesz nie wiedzieć, gdzie zaparkować, i jednocześnie nadal świetnie znać swój zawód.
Możesz zapytać, jak zamówić sprzęt, i nadal być bardzo dobrym menedżerem.
Możesz nie rozumieć wszystkich skrótów w pierwszym miesiącu i nadal wnosić do firmy wiedzę, której właśnie dlatego potrzebowali, że cię zatrudnili.
Firma nie zatrudnia cię za umiejętność znajdowania sal konferencyjnych.
Choć po trzech tygodniach możesz zacząć podejrzewać, że to główny test okresu próbnego.
"Zmarnuję wszystkie te lata"
Kolejny argument brzmi poważnie:
"Pracuję tutaj jedenaście lat. Szkoda to wszystko zostawiać."
Zostawiać co?
Doświadczenie?
Nie zostawiasz.
Kompetencje?
Zabierasz.
Kontakty?
W większości również.
Wiedzę?
Nie zostanie automatycznie wymazana przy oddawaniu identyfikatora.
To, że spędziłeś w firmie jedenaście lat, nie oznacza, że musisz spędzić dwanaście tylko po to, żeby poprzednie jedenaście "miało sens".
Miały sens już wtedy, gdy zdobywałeś doświadczenie, zarabiałeś pieniądze, budowałeś relacje i uczyłeś się zawodu.
Przeszłość nie wystawia rachunku za odejście.
To ważne, ponieważ człowiek ma tendencję do kontynuowania czegoś tylko dlatego, że już dużo w to zainwestował. Dotyczy to projektów, relacji, abonamentów na siłownię i pudełka kabli, które przeprowadzamy z mieszkania do mieszkania od 2009 roku, bo "któryś może się jeszcze przydać".
Nie przyda się.
To kabel do Nokii.
W pracy zadaj sobie proste pytanie:
Gdybym dzisiaj nie pracował w tej firmie i dostał ofertę dokładnie takich warunków, jakie mam obecnie, czy chciałbym ją przyjąć?
To potężny test.
Usuwa historię.
Usuwa przywiązanie.
Usuwa "tyle lat już tu jestem".
Zostawia samą ofertę.
Jeżeli odpowiedź brzmi "tak", obecna praca prawdopodobnie nadal ma dla ciebie wartość.
Jeżeli odpowiedź brzmi "absolutnie nie", warto się zastanowić, dlaczego akceptujesz warunki tylko dlatego, że przyzwyczajałeś się do nich stopniowo.
Tożsamość zawodowa też boi się przeprowadzki
Czasem nie boisz się utraty pracy.
Bardziej boisz się utraty tego, kim jesteś w tej pracy.
"Jestem dyrektorem."
"Jestem specjalistą w tej firmie."
"Jestem człowiekiem, do którego wszyscy przychodzą."
"Mam swój zespół."
"Mam pozycję."
Nowa rola może mieć inny tytuł, mniejszy zespół albo inny rodzaj odpowiedzialności. Nawet jeśli obiektywnie daje lepsze możliwości, ego zaczyna bardzo uważnie oglądać wizytówkę.
Można czasem odmówić interesującej pracy, bo słowo "Senior" występuje w złym miejscu.
To nie znaczy, że stanowisko i pozycja nie mają znaczenia. Mają. Mogą wpływać na przyszłą karierę, wynagrodzenie czy zakres odpowiedzialności.
Ale dobrze wiedzieć, czy bronisz realnej wartości, czy dekoracji.
Jeżeli nowa rola daje ci więcej wpływu, lepsze pieniądze, ciekawsze projekty i lepszy styl życia, ale tytuł brzmi odrobinę mniej imponująco, warto zastanowić się, czy naprawdę kupujesz karierę, czy plakietkę.
LinkedIn przeżyje.
Strach przed żalem
Jednym z najbardziej paraliżujących pytań jest:
"A jeśli będę żałować?"
Możesz.
Nie istnieje metoda decyzyjna eliminująca żal z życia.
Możesz zmienić pracę i po pół roku stwierdzić, że poprzednia była lepsza.
Możesz zostać i po pół roku żałować, że odrzuciłeś świetną ofertę.
Żal działa w obie strony.
Dlatego zamiast próbować przewidzieć własne emocje z przyszłości, zbuduj kryteria decyzji teraz.
Przykładowo:
"Zmieniam pracę tylko wtedy, gdy nowa oferta spełnia minimum cztery z pięciu warunków: wynagrodzenie, zakres, elastyczność, kultura pracy, możliwość rozwoju."
Wtedy decyzja nie opiera się wyłącznie na chwilowej ekscytacji albo lęku.
Opiera się na zasadach ustalonych wcześniej, kiedy jeszcze nikt nie położył ci przed nosem umowy i nie powiedział:
"Potrzebujemy odpowiedzi do jutra."
Człowiek podejmuje znacznie lepsze decyzje, kiedy nie musi ich wymyślać w chwili największego napięcia.
Zrób listę strachów, nie jedną wielką chmurę
Lęk przed zmianą jest szczególnie trudny, kiedy funkcjonuje jako ogólne:
"Boję się."
Rozbij go.
Napisz:
Boję się, że...
i dokończ zdanie pięć razy.
Na przykład:
"Boję się, że nowy szef będzie gorszy."
"Boję się, że nie przejdę okresu próbnego."
"Boję się, że nie dam rady merytorycznie."
"Boję się, że stracę finansowo."
"Boję się, że będę żałować."
Teraz przy każdym pytaniu dopisz:
Co mogę zrobić, żeby zmniejszyć to ryzyko?
Nowy szef? Więcej pytań podczas rekrutacji. Rozmowa z przyszłym przełożonym. Sprawdzenie opinii. Obserwacja sposobu komunikacji.
Okres próbny? Poduszka finansowa. Dokładne ustalenie oczekiwań. Pytanie o sposób oceny pracy.
Kompetencje? Analiza wymagań. Ustalenie, czego naprawdę nie umiesz. Uzupełnienie jednej konkretnej luki.
Finanse? Policzenie pełnego pakietu, nie tylko pensji brutto.
Żal? Jasne kryteria decyzji.
Nagle zamiast jednego potwora masz pięć mniejszych problemów.
A z problemem można coś zrobić.
Z potworem jest trudniej.
Zwłaszcza jeśli mieszka wyłącznie w głowie i ma nielimitowany budżet na efekty specjalne.
Najmniejszy krok
Nie próbuj dzisiaj przestać się bać.
To kiepski cel.
Zrób coś bardziej praktycznego:
zamień jeden konkretny lęk w jedno konkretne zabezpieczenie.
Jeżeli boisz się finansów, policz minimalny miesięczny budżet.
Jeżeli boisz się swojej wartości, sprawdź wymagania w pięciu ofertach.
Jeżeli boisz się, że nie dasz rady, wypisz kompetencje, które już masz.
Jeżeli boisz się złej firmy, przygotuj pytania, które pozwolą ją sprawdzić.
Lęk maleje nie wtedy, kiedy powtarzasz sobie, że wszystko będzie dobrze.
Maleje wtedy, kiedy wiesz, co zrobisz, jeśli nie będzie.
I to jest znacznie solidniejsza forma odwagi.
Rozdział 4 - Czekanie na pewność, która nie przyjdzie
Masz już dość.
Wiesz, że obecna sytuacja ci nie odpowiada.
Od pół roku regularnie myślisz o zmianie.
Nie robisz jednak niczego gwałtownego, bo jesteś człowiekiem rozsądnym.
Najpierw musisz się upewnić.
Czytasz więc oferty.
Analizujesz branżę.
Rozmawiasz ze znajomymi.
Oglądasz filmy o karierze.
Czytasz opinie pracowników.
Sprawdzasz wynagrodzenia.
Robisz test osobowości.
Potem drugi, ponieważ pierwszy zasugerował coś niepokojącego.
Mija siedem miesięcy.
Jesteś dziś znacznie lepiej przygotowany do myślenia o zmianie pracy.
Nadal jej nie zmieniasz.
Witaj w jednym z najbardziej eleganckich sposobów unikania decyzji: ciągłym przygotowywaniu się.
Wygląda odpowiedzialnie.
Brzmi rozsądnie.
Można nawet kupić notes.
"Jeszcze tylko muszę być pewny"
Pewność jest bardzo atrakcyjnym warunkiem rozpoczęcia działania.
Ma tylko jedną wadę.
Zwykle pojawia się po działaniu, a nie przed nim.
Nie możesz wiedzieć, jak wygląda praca w nowej firmie, dopóki nie poznasz ludzi, procesu i codzienności. Możesz zbierać informacje, zmniejszać ryzyko i zadawać dobre pytania, ale stuprocentowej wiedzy nie dostaniesz.
Nawet obecna firma nie jest stuprocentowo przewidywalna.
Za miesiąc może zmienić się zarząd.
Za kwartał strategia.
Za pół roku struktura.
Twój obecny szef może odejść.
Może awansować.
Może dostać nowego szefa i nagle zacząć organizować spotkania zatytułowane "Nowy sposób pracy".
Nikt nie wie, co dokładnie oznacza nowy sposób pracy.
Ale wszyscy już dostali zaproszenie na warsztat.
Czekanie na pełną pewność jest więc warunkiem niemożliwym.
Lepsze pytanie brzmi:
"Ile informacji potrzebuję, żeby wykonać następny bezpieczny krok?"
Nie żeby rzucić pracę.
Następny krok.
Może nim być wysłanie CV.
Rozmowa z rekruterem.
Sprawdzenie wynagrodzeń.
Umówienie się na interview.
Żaden z tych kroków nie wymaga pewności, że odejdziesz.
Wymaga tylko ciekawości większej od bezczynności.
Błąd numer jeden: myślenie o całej zmianie naraz
Jeżeli wyobrażasz sobie zmianę pracy jako jedną decyzję, tworzysz sobie psychologiczny koszmar.
"Muszę zdecydować, czy odejść."
Nie.
Na początku musisz zdecydować, czy sprawdzić możliwości.
Potem czy aplikować.
Potem czy pójść na rozmowę.
Potem czy kontynuować proces.
Potem czy przyjąć ofertę.
Dopiero później czy złożyć wypowiedzenie.
To sześć różnych decyzji.
Twój mózg natomiast lubi je ścisnąć w jedną:
WYŚLIJ CV = ODEJDŹ Z FIRMY = STRAĆ STABILNOŚĆ = ZOSTAŃ BEZ PIENIĘDZY = KONIEC.
Trochę szybko.
CV nie ma takiej mocy prawnej.
Kiedy rozdzielasz zmianę na etapy, napięcie maleje, ponieważ na każdym etapie możesz się zatrzymać.
To bardzo ważne.
Masz prawo pójść na rozmowę i odmówić.
Masz prawo przejść trzy etapy rekrutacji i zrezygnować.
Masz prawo dostać ofertę i zostać w obecnej firmie.
Masz nawet prawo po kilku rozmowach dojść do wniosku:
"Wiecie co? Moja obecna praca nie wygląda już tak źle."
To też jest cenna informacja.
Rynek właśnie pomógł ci docenić to, co masz.
Rzadki przypadek, w którym rozmowa z rekruterem może poprawić relację z własnym pracodawcą bez jego udziału.
Błąd numer dwa: porównywanie realnej pracy z idealną pracą
Obecne stanowisko znasz bardzo dokładnie.
Wiesz o wszystkich wadach.
Nową pracę często oceniasz według fantazji.
Albo odwrotnie: obecne miejsce traktujesz jako normę, a od nowego wymagasz ideału.
"Chciałbym więcej zarabiać, mieć świetnego szefa, pełną elastyczność, ciekawe projekty, brak stresu, rozwój, krótszy dojazd, stabilność, mniej spotkań i ludzi, którzy odpowiadają na e-maile."
Ostatni punkt może już wykraczać poza możliwości rynku.
Każda praca ma koszt.
Pytanie nie brzmi:
"Czy nowa praca będzie idealna?"
Brzmi:
"Czy jej zestaw plusów i minusów jest dla mnie lepszy niż obecny?"
To radykalnie zmienia sposób porównania.
Możesz przejść do pracy, która jest trochę bardziej stresująca, ale daje ci znacznie większe pieniądze i rozwój.
Możesz zgodzić się na niższe wynagrodzenie w zamian za więcej czasu.
Możesz zaakceptować dłuższy dojazd, jeśli pracujesz z biura tylko dwa razy w tygodniu.
Możesz wybrać mniejszą firmę, jeśli daje ci większy wpływ.
Nie szukasz pracy bez wad.
Szukasz wad, które są dla ciebie tańsze.
Błąd numer trzy: zbieranie opinii od wszystkich
Kiedy boisz się decyzji, bardzo kuszące jest przeprowadzenie narodowego referendum.
Pytasz partnera.
Rodziców.
Znajomych.
Kolegę z pracy.
Byłego kolegę z pracy.
Człowieka, który kiedyś pracował w podobnej branży.
Może jeszcze fryzjera, bo podczas strzyżenia akurat dobrze się rozmawiało.
Każdy daje radę przez własny filtr.
Rodzic może wysoko cenić stabilność.
Znajomy przedsiębiorca może mówić:
"Rzucaj wszystko, zawsze trzeba ryzykować."
Kolega z obecnej firmy może nie chcieć, żebyś odchodził.
Partner może patrzeć głównie na finanse.
Nikt nie musi mieć złych intencji.
Po prostu każdy doradza ci trochę w sprawie własnego życia.
Dlatego opinie są użyteczne, ale nie powinny zastępować kryteriów.
Jeżeli pytasz dziesięć osób, zanim podejmiesz decyzję, często nie szukasz informacji.
Szukasz pozwolenia.
A jeżeli pięć osób powie "idź", a pięć "zostań", właśnie stworzyłeś sobie komisję, która nie może uchwalić budżetu.
Decyzja nadal wraca do ciebie.
Błąd numer cztery: czekanie na moment, kiedy będzie łatwiej
"Zmienię pracę po projekcie."
Projekt się kończy.
"Teraz poczekam na premię."
Premia wpływa.
"Może po wakacjach."
Po wakacjach jest dużo pracy.
"Na koniec roku nie ma sensu."
W styczniu zaczyna się nowy budżet.
"Teraz trochę głupio odchodzić."
I tak kalendarz staje się bardzo elegancką maszyną do odkładania życia.
Oczywiście istnieją lepsze i gorsze momenty na zmianę.
Warto uwzględnić premię, okres wypowiedzenia, ważne zobowiązania rodzinne, sytuację finansową czy sezonowość rynku.
Ale istnieje ogromna różnica między:
"Poczekam do marca, ponieważ wtedy otrzymuję roczną premię równą dwóm pensjom"
a:
"Poczekam, aż wszystko będzie spokojniejsze".
W pracy wszystko bywa spokojniejsze mniej więcej przez czternaście minut między świętami a pierwszym spotkaniem styczniowym.
Jeżeli odkładasz decyzję, ustaw konkretny warunek.
Nie:
"później".
Tylko:
"Do 15 marca zbieram informacje. Od 16 marca aplikuję do minimum trzech firm."
Data zamienia wymówkę w plan.
Błąd numer pięć: rzucanie pracy, żeby wreszcie poczuć ulgę
Na drugim końcu skali jest metoda bardzo dynamiczna.
Masz fatalny dzień.
Wracasz do domu.
Piszesz wypowiedzenie.
Nagle czujesz ogromną ulgę.
To może być dobra decyzja.
Może też być po prostu bardzo skuteczny sposób na natychmiastowe usunięcie napięcia.
Problem polega na tym, że ulga nie jest dowodem jakości decyzji.
Jeśli praca realnie szkodzi twojemu zdrowiu lub bezpieczeństwu, sytuacja może wymagać szybkiego działania i wsparcia specjalisty, lekarza, prawnika czy odpowiednich instytucji, zależnie od problemu. Ale w zwykłej sytuacji zawodowej impulsywne odejście często odbiera ci największą przewagę:
czas na spokojne znalezienie czegoś lepszego.
Znacznie łatwiej negocjować warunki, kiedy nie musisz przyjąć pierwszej oferty.
Łatwiej odmówić firmie, która nie pasuje.
Łatwiej zadać niewygodne pytania.
Łatwiej poczekać miesiąc.
Obecna praca może być irytująca, ale czasem właśnie ona finansuje twoje wyjście z niej.
To trochę niewdzięczna rola.
Ale praktyczna.
Błąd numer sześć: używanie rekrutacji jako terapii poczucia własnej wartości
Bywa też odwrotnie.
Nie chcesz naprawdę zmienić pracy.
Chcesz tylko sprawdzić, czy ktoś cię jeszcze chce.
Wysyłasz CV, dostajesz zaproszenie, przechodzisz proces i czujesz przypływ energii.
"Ha! Jednak jestem dobry."
To może być przyjemne.
Tylko warto wiedzieć, jaki jest cel.
Jeśli nie zamierzasz przyjąć żadnej oferty niezależnie od warunków, prawdopodobnie nie prowadzisz poszukiwań.
Prowadzisz zewnętrzny audyt ego.
Nie ma w tym zbrodni.
Ale szkoda własnego czasu i czasu innych ludzi.
Lepszy test brzmi:
"Czy istnieją warunki, przy których naprawdę rozważyłbym odejście?"
Jeżeli tak, określ je.
Jeżeli nie, najpierw ustal, czego właściwie szukasz.
Wprowadź próg decyzji
Zamiast rozważać każdą ofertę od zera, ustal minimalne warunki.
Na przykład:
Nowa praca musi spełnić co najmniej pięć z siedmiu punktów:
wynagrodzenie wyższe o minimum określoną kwotę, - maksymalnie dwa dni w biurze, - sensowny zakres odpowiedzialności, - brak regularnej pracy wieczorami, - dobry kontakt z przyszłym przełożonym, - możliwość rozwoju w konkretnym kierunku, - dojazd nie dłuższy niż określony czas.
Nie kopiuj tej listy automatycznie.
Twoja może wyglądać zupełnie inaczej.
Dla osoby z małymi dziećmi elastyczność może być ważniejsza niż awans.
Dla osoby na początku kariery rozwój może być ważniejszy niż idealne godziny.
Dla kogoś obciążonego kredytem minimalne wynagrodzenie może być warunkiem nienegocjowalnym.
Chodzi o to, żebyś wiedział, czego szukasz, zanim rynek zacznie ci coś sprzedawać.
Bo rekrutacja również jest sprzedażą.
Firma pokazuje ci swoje najlepsze zdjęcia.
Ty pokazujesz jej swoje.
Pierwsza randka zawodowa.
Nikt nie zaczyna od:
"A teraz opowiem ci szczegółowo o naszych problemach z komunikacją między działami."
Szkoda.
Byłoby szybciej.
Metoda trzech drzwi
Jeżeli utknąłeś między "zostaję" i "odchodzę", wybierz na najbliższe trzydzieści dni trzecią opcję:
sprawdzam.
Nie wypowiadasz umowy.
Nie deklarujesz odejścia.
Nie ogłaszasz rodzinie nowej ery.
Przez miesiąc wykonujesz tylko cztery działania:
Aktualizujesz CV. 2. Sprawdzasz minimum dwadzieścia ofert. 3. Wysyłasz kilka aplikacji do miejsc, które naprawdę cię interesują. 4. Odbywasz rozmowy, jeśli pojawią się zaproszenia.
Po miesiącu będziesz miał dane.
Być może rynek potwierdzi, że możesz dostać lepsze warunki.
Być może okaże się, że musisz najpierw uzupełnić jedną kompetencję.
Być może odkryjesz, że twoja obecna firma płaci znacznie lepiej, niż sądziłeś.
Każdy z tych wyników jest lepszy niż siedzenie wieczorem i próba mentalnego zgadywania całego rynku pracy.
Mózg jest świetny w wielu rzeczach.
Nie ma jednak dostępu do wszystkich aktualnych ofert.
Choć zachowuje się, jakby miał.
Najmniejszy krok
Jeżeli od miesięcy "myślisz o zmianie", zrób dzisiaj rzecz banalnie małą.
Nie wypowiadaj umowy.
Nie pisz pięcioletniego planu.
Nie zmieniaj branży.
Znajdź jedną ofertę, którą naprawdę mógłbyś rozważyć.
Przeczytaj ją spokojnie.
Sprawdź, czego wymagają.
Zobacz, ile punktów spełniasz.
Zapisz, czego ci brakuje.
To wszystko.
Jutro możesz zrobić następny krok.
Bo największym błędem w zmianie pracy nie jest czasem wybranie niewłaściwej firmy.
Jest nim spędzenie trzech lat na przygotowywaniu się do wykonania pierwszego ruchu.
Rozdział 5 - Przestań negocjować z własnym lękiem
Poniedziałek rano.
Patrzysz na ofertę pracy zapisaną od trzech dni w zakładkach. Pasuje do ciebie. Wymagania w większości spełniasz. Firma wygląda sensownie. Wynagrodzenie prawdopodobnie lepsze.
Wystarczyłoby kliknąć "Aplikuj".
Nie klikasz.
Najpierw postanawiasz jeszcze raz przeczytać opis stanowiska.
Potem sprawdzasz opinie o firmie.
Potem stronę firmy.
Potem LinkedIn przyszłego szefa.
Potem profil człowieka, który pracował tam dwa lata temu i już odszedł, bo to przecież niezwykle istotne śledztwo.
Po czterdziestu minutach jesteś znacznie lepiej poinformowany.
I nadal nie wysłałeś CV.
Lęk właśnie wygrał kolejną rundę, ale zrobił to bardzo elegancko.
Nie powiedział:
"Bój się."
Powiedział:
"Bądź rozsądny."
To jedna z najważniejszych rzeczy do zrozumienia podczas zmiany pracy: strach rzadko wygląda jak panika. Znacznie częściej przebiera się za analizę, ostrożność, przygotowanie, odpowiedzialność albo "jeszcze tylko sprawdzę jedną rzecz".
Wygląda profesjonalnie.
Dlatego tak dobrze działa.
Nie próbuj wygrać z lękiem argumentami
Kiedy boisz się zmiany, możesz próbować przekonać siebie logicznie.
"Na pewno sobie poradzę."
Lęk odpowiada:
"A skąd wiesz?"
"Mam dużo doświadczenia."
"Ale w innej firmie."
"Spełniam wymagania."
"Nie wszystkie."
"Ludzie zmieniają pracę cały czas."
"Ludzie również popełniają błędy cały czas."
Bardzo szybko odkrywasz, że wewnętrzna dyskusja nie ma regulaminu i druga strona może produkować argumenty bez końca.
To dlatego próba osiągnięcia spokoju przed działaniem często nie działa.
Lęk nie potrzebuje dowodów.
Potrzebuje możliwości.
Jeżeli istnieje choćby jeden scenariusz, w którym coś może pójść źle, dostaje materiał na kolejne posiedzenie.
Nie wygrasz więc poprzez udowodnienie sobie, że ryzyka nie ma.
Bo jest.
Lepsza odpowiedź brzmi:
"Tak. To może pójść źle. A mimo to mogę zrobić następny mały krok."
To kończy negocjacje.
Nie obiecujesz sobie idealnego wyniku.
Nie próbujesz przepchnąć pozytywnego myślenia przez odporny na optymizm układ nerwowy.
Po prostu działasz mimo niepełnej pewności.
Strach rośnie, kiedy każesz mu czekać
Załóżmy, że dostałeś zaproszenie na rozmowę rekrutacyjną.
Rozmowa jest w czwartek.
Dzisiaj jest poniedziałek.
Masz więc trzy dni na przygotowanie.
Brzmi świetnie.
Tylko że jeśli masz tendencję do zamartwiania się, trzy dni oznaczają również siedemdziesiąt dwie godziny produkcji katastroficznych scenariuszy.
W poniedziałek myślisz:
"Powinno być okej."
We wtorek:
"A jeśli zapytają o ten projekt?"
W środę:
"A jeśli spytają po angielsku?"
W czwartek o 7:40:
"Może jednak nie jestem gotowy zawodowo na jakąkolwiek aktywność człowieka dorosłego."
Im dłużej analizujesz, tym większe znaczenie nadajesz wydarzeniu.
Rozmowa rekrutacyjna zaczyna wyglądać jak egzamin państwowy z całej twojej wartości jako człowieka.
Tymczasem to rozmowa.
Jedna firma ocenia, czy pasujesz.
Ty oceniasz, czy pasuje firma.
Jeśli nie wyjdzie, nadal masz dokładnie to samo życie, które miałeś dzień wcześniej.
Firma nie przyjeżdża po rozmowie zabrać ci obecnej pracy.
To dość istotne udogodnienie.
Zasada ruchu przed pewnością
W przypadku lęku skuteczniejsza od "najpierw się uspokoję" jest prosta zasada:
najpierw mały ruch, potem ocena.
Znalazłeś ofertę?
Nie rozważaj przez tydzień, czy chciałbyś tam pracować przez kolejnych pięć lat.
Sprawdź, czy jest wystarczająco interesująca, żeby wysłać CV.
Rekruter napisał?
Nie analizuj, czy firma pasuje do twojej długoterminowej strategii życiowej.
Umów krótką rozmowę i zdobądź dane.
Dostałeś zaproszenie na kolejny etap?
Dopiero wtedy oceniasz, czy chcesz iść dalej.
To jest praktyczny sposób na zmianę pracy bez organizowania wewnętrznego referendum przed każdym kliknięciem.
Ustal limit analizy
Lęk kocha decyzje bez terminu.
Jeśli możesz "jeszcze trochę pomyśleć", będziesz myślał.
Dlatego przy małych krokach ustawiaj limit.
Oferta pracy:
15 minut analizy.
Jeżeli pasujesz mniej więcej do większości istotnych wymagań i stanowisko cię interesuje, aplikujesz.
Nie musisz spełniać stu procent wymagań.
Opisy ofert często przedstawiają kandydata idealnego, który istnieje głównie w wyobraźni działu HR i prawdopodobnie właśnie pracuje za granicą za dwukrotność proponowanego budżetu.
Jeśli spełniasz 70-80 procent kluczowych warunków, aplikacja ma sens.
Resztę oceni firma.
Nie wykonuj pracy rekrutera za niego, odrzucając siebie przed pierwszym etapem.
To bardzo popularna usługa.
I wyjątkowo słabo płatna.
"Nie jestem jeszcze gotowy"
To zdanie zasługuje na osobny fragment, ponieważ potrafi zatrzymać człowieka na lata.
"Muszę najpierw poprawić angielski."
"Muszę zrobić kurs."
"Muszę mieć jeszcze jeden projekt."
"Muszę zdobyć certyfikat."
"Muszę trochę podciągnąć Excela."
Czasami to prawda.
Jeżeli wszystkie interesujące cię oferty wymagają kompetencji, której rzeczywiście nie masz, warto ją zdobyć.
Ale sprawdź, czy "muszę się przygotować" oznacza realną lukę, czy kolejną wersję unikania ryzyka.
Najprostszy test:
sprawdź dziesięć ofert.
Zapisz wymagania, których nie spełniasz.
Jeżeli ta sama luka powtarza się w siedmiu lub ośmiu ofertach, masz prawdziwy obszar do pracy.
Jeśli w jednej ofercie chcą Power BI, w drugiej niemieckiego, w trzeciej doświadczenia w farmacji, a ty uznajesz, że musisz teraz nauczyć się wszystkiego, właśnie próbujesz zostać kandydatem uniwersalnym.
Nie istnieje.
Nawet scyzoryk szwajcarski ma ograniczony zestaw funkcji.
Nie lecz strachu przygotowaniem bez końca
Przygotowanie jest dobre.
Nadprzygotowanie może być formą unikania.
Załóżmy, że rozmowa jest za dwa dni.
Możesz poświęcić dwie godziny na poznanie firmy, przygotowanie przykładów swoich osiągnięć i odpowiedzi na typowe pytania.
To sensowne.
Możesz też spędzić dwanaście godzin, opracowując odpowiedzi na 140 pytań, czytając każde zdanie na stronie firmy i próbując przewidzieć, co powie dyrektor działu o godzinie 14:23.
To już nie jest przygotowanie.
To próba kupienia pewności.
Nie sprzedają.
Zamiast tego określ, co znaczy "wystarczająco przygotowany".
Na przykład:
znam zakres stanowiska, - rozumiem, czym zajmuje się firma, - mam trzy konkretne przykłady osiągnięć, - wiem, dlaczego chcę zmienić pracę, - mam pięć pytań do pracodawcy.
Koniec.
Reszta wydarzy się w rozmowie.
Przecież właśnie dlatego nazywa się rozmową, a nie recytacją zatwierdzonego wcześniej protokołu.
Unikaj katastroficznych symulacji
Lęk lubi przeprowadzać testy przyszłości.
"Wyobraź sobie, że zmienisz pracę i po miesiącu cię zwolnią."
Dobrze.
Co wtedy?
Jeżeli masz poduszkę finansową, aktualne CV i kontakty, zaczynasz szukać kolejnej.
To nie byłoby przyjemne.
Ale nie oznacza końca kariery.
"A jeśli nowy szef okaże się fatalny?"
Próbujesz znaleźć inne miejsce.
"A jeśli będę żałować?"
Wyciągasz wnioski.
"A jeśli okaże się, że źle wybrałem?"
Wtedy dokonałeś złego wyboru.
Człowiekowi wolno.
Największy błąd polega na traktowaniu jednej niewłaściwej decyzji zawodowej jak nieodwracalnego wyroku.
Praca nie jest tatuażem na czole.
Można ją zmienić ponownie.
Oczywiście częste chaotyczne przeskakiwanie może komplikować CV i finanse, ale pojedyncza nietrafiona decyzja nie kończy kariery.
Bardzo wiele osób ma w historii zawodowej firmę, o której mówi:
"No cóż. To było ciekawe sześć miesięcy."
I żyją.
Niektórzy nawet awansowali później.
Daj sobie zgodę na średnią odwagę
Nie musisz być człowiekiem, który z uśmiechem kocha ryzyko.
Możesz być człowiekiem, który się boi i działa ostrożnie.
To często nawet lepszy model.
Bo ludzie zakochani w ryzyku mają czasami imponujące historie.
Nie wszystkie są historiami sukcesu.
Twoim celem nie jest zostanie zawodowym hazardzistą.
Celem jest nauczenie się, że odwaga może wyglądać mało efektownie.
Wysłanie CV.
Odbycie rozmowy.
Zapytanie o pieniądze.
Odmowa złej oferty.
Przyjęcie dobrej mimo napięcia.
Nie ma muzyki w tle.
Nikt nie bije brawo.
Najczęściej siedzisz przy stole w kuchni i klikasz "Wyślij".
Bardzo niekinematograficzne.
Bardzo skuteczne.
Stwórz procedurę na moment strachu
Gdy pojawia się lęk, nie improwizuj.
Użyj czterech pytań:
Czego konkretnie się boję?
Nie "zmiany".
Konkretnie.
Czy to ryzyko jest realne, czy tylko możliwe?
Realne: nowa praca ma niższą podstawę wynagrodzenia.
Możliwe: nowi ludzie mogą mnie nie polubić.
To nie jest to samo.
Jak mogę zmniejszyć to ryzyko?
Pytanie, sprawdzenie, negocjacja, oszczędności, dodatkowa informacja.
Jaki jest najmniejszy następny krok?
Nie "zmienić pracę".
Napisać wiadomość.
Wysłać CV.
Umówić rozmowę.
Kiedy zaczynasz odpowiadać w ten sposób, lęk przestaje być komendą.
Staje się informacją.
Czasem użyteczną.
Czasem przesadzoną.
Ale zawsze do sprawdzenia.
Najmniejszy krok
Znajdź dzisiaj jedną ofertę, której nie wysłałeś wyłącznie dlatego, że zacząłeś się zastanawiać "a co, jeśli".
Daj sobie piętnaście minut.
Sprawdź wymagania.
Jeżeli stanowisko ma sens, wyślij CV.
Nie zobowiązujesz się do odejścia.
Zobowiązujesz się tylko do zdobycia informacji.
To dużo mniejsza decyzja.
I znacznie trudniej urządzić z niej narodową tragedię.